Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyktatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyktatura. Pokaż wszystkie posty

Lektury podróżne (II) - Lorena Salazar Masso "Rana pełna ryb", Caro De Robertis "Perła"

Dziś druga i ostatnia część moich refleksji o książkach czytanych w podróży. Poprzednio pisałam o "Niedobrym zwyczaju" Alany S. Portero i "Czerwonym kwietniu" Santiago Roncagliolo.

Kolejną powieścią, jaką udało mi się przeczytać, jest "Rana pełna

ryb" kolumbijskiej pisarki Loreny Salazar Masso (Mova 2022; przełożyła Katarzyna Sosnowska). O tej książce usłyszałam kilka lat temu w podcaście, w którym ekspertka od Ameryki Łacińskiej, Doma Matejko, opowiadała o twórczości trzech kolumbijskich pisarek. A że ten zakątek świata bardzo mnie interesuje, co jakiś czas sięgam po jedną z omawianych wtedy pozycji. Ta jest trzecia, wcześniej przeczytałam "Otchłanie" Pilar Quintany i "Delirio" Laury Restrepo. Kolejne czekają w czytniku i w bibliotece. Muszę od razu napisać, że "Rana pełna ryb" zrobiła na mnie duże wrażenie i okazała się obok "Niedobrego zwyczaju" najciekawszą z tegorocznych podróżnych lektur. Jakież było moje zdumienie, kiedy z posłowia tłumaczki dowiedziałam się, że była pracą zaliczeniową na studiach kreatywnego pisania. Dopiero wykładowcy zachęcili jej autorkę, aby spróbowała poszukać wydawcy. 

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku dni w roku 2002. Główna bohaterka i narratorka płynie ze swoim przybranym synem rzeką Atrato z miejscowości, w której mieszkają, do osady Bellavista. Droga mogłaby im zająć kilka godzin, gdyby stać ich było na bilety na szybki statek, ale ponieważ tak nie jest, skazani są na niewygody podróży łodzią, która tę trasę pokonuje znacznie wolniej. Tu koniecznie muszę dodać, że są to tereny słabo zurbanizowane, biedne, do których trudno się dostać, a najwygodniejszą drogą jest właśnie ta rzeka. Tak zresztą było w tym regionie zawsze. No i trzeba też wiedzieć, że w roku 2002 w Kolumbii wojna domowa trwała w najlepsze, a właśnie takie regiony jak ten, trudno dostępne, dzikie, były szczególnie nękane przez organizacje partyzanckie walczące z rządem. Tu łatwo było się ukryć, łatwo też było, często siłą, pozyskać nowych kandydatów na partyzantów. Miejscowa ludność daremnie prosiła władzę o pomoc, ale zostawiono ich samym sobie. Ślady nawiązujące do czającego się niebezpieczeństwa zorientowana w najnowszej historii Kolumbii czytelniczka lub takiż czytelnik odnajdą w powieści. A to łódź zwalnia, a sterniczka prosi wszystkich o ciszę i nieoglądanie się za inną łodzią, która właśnie ich mija. A to w jednej z osad, w której się zatrzymają, zostało spalonych kilka domów. A to jakiś mężczyzna pokazuje chłopcu broń, a potem znika spłoszony. A to jakaś matka skarży się, że  jej synowie zostali zabrani przez partyzantów. No i książka bezpośrednio nawiązuje do jednego ze zdarzeń, jakie rozegrały się w tym rejonie. Wszystkich interesujących się Kolumbią i jej problemami odsyłam do bardzo interesującej książki "Cafe Macondo. Reportaże z Kolumbii" Macieja Wesołowskiego, jednej z moich lektur podróżnych sprzed kilku lat, o której niestety z braku czasu nie napisałam.

Dlaczego wobec tego bohaterka wybiera się z kilkuletnim chłopcem w tak trudną i niebezpieczną podróż? Bo spełnia życzenie matki swojego przybranego syna, która chce go zobaczyć.  Kiedyś zjawiła się u swojej dalekiej znajomej z niemowlęciem, które jej zostawiła, właściwie stawiając przed faktem dokonanym, bo nie stać jej było na kolejne dziecko. Teraz narratorka boi się, że rodzona matka zechce odzyskać swojego syna.

To bardzo poruszająca, pięknie napisana powieść. Chociaż niewielkich rozmiarów sporo mówi o Kolumbii. Znajdziemy tu i opisy przyrody, bujnej selwy porastającej brzegi rzeki, i historie ludzi spotkanych na łodzi albo w osadach, w których się zatrzymają. Najczęściej ich losy są smutne. Poznamy też historię głównej bohaterki, która wspomina niektóre epizody ze swojego dzieciństwa. Jest też o różnicach klasowych i rasowych. Ale przede wszystkim to piękna opowieść o miłości matki i syna. O więzi, która się między nimi nawiązała. O trosce i staraniu o dziecko, któremu mimo skromnych możliwości chce się zapewnić jak najlepsze życie. Wzruszający jest też obraz czarnoskórego chłopca, który został przybranym dzieckiem białej kobiety.

Ta powieść na pewno zostanie w mojej pamięci.

Ostatnią podróżną lekturą jest "Perła" argentyńskiej pisarki Caro

De Robertis (Albatros 2025; przełożyła Izabela Matuszewska). Jak się o tej powieści dowiedziałam, nie pamiętam. Z pewnością musiałam o niej usłyszeć w jakimś podcaście, sama bym raczej jej nie odgrzebała w morzu wydawanych tytułów, tym bardziej że rzadko zdarza mi się sięgać po książki Albatrosa. Jeśli w ogóle. Prawdopodobnie zostałam zachęcona do lektury, a że temat bardzo mnie interesuje, więc zdecydowałam się nawet na kupno. Jakiż to temat? Opowieść nawiązuje do tragicznego okresu w historii Argentyny - dyktatury wojskowej junty w latach 1976- 1983. Nie jest to pierwsza powieść, jaką na ten temat przeczytałam. Kilka lat temu pisałam tu o wstrząsającej książce "Dwa razy czerwiec" Martina Kohana. Oczywiście trochę też o tym wiedziałam dzięki reportażom nieocenionego Artura Domosławskiego. Specjalnością junty były okrutne tortury więźniów politycznych, zrzucanie ich do oceanu z helikopterów albo masowe egzekucje, odbieranie niemowląt i małych dzieci więzionym matkom i oddawanie ich na wychowanie ideologicznie zdrowym rodzinom. Mówi się o tych ludziach zniknięci (desaparecidos). Do dziś rodziny poszukują swoich znikniętych dzieci lub wnucząt. I jeszcze jeden bulwersujący fakt - kiedy krwawy terror miał się w Argentynie znakomicie, odbyły się tam mistrzostwa świata w piłce nożnej. Nikogo jakoś ten dysonans nie ruszał. O tym jest właśnie powieść Martina Kohana.

Akcja "Perły" toczy się już kilkanaście lat po upadku dyktatury. Główną bohaterką i narratorką wielu fragmentów jest Perla Correa, studentka psychologii, która wychowuje się  w zamożnej dzielnicy w rodzinie emerytowanego oficera marynarki wojennej. Dziewczyna jest bardzo przywiązana do swoich rodziców, zwłaszcza do ojca. A i on darzy ją wielką miłością. Wątpliwości pojawiają się, kiedy poznaje i zakochuje się z wzajemnością w starszym o kilku lat dziennikarzu zaangażowanym politycznie po przeciwnej stronie barykady. Gabriel zajmuje się w swojej pracy zbrodniami wojskowej junty. To, co opowiada Perli, stoi w sprzeczności z tym, jak mówią jej o tamtych czasach rodzice. Dlatego dziewczyna ukrywa przed nimi swój związek. Kiedyś jednak stanie pewnie przed dylematem - Gabriel i skonfrontowanie się z przeszłością rodziny czy całkowita lojalność wobec rodziców i rozstanie z ukochanym.

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia wobec tej powieści. Na pewno do plusów zaliczam temat. Może nie dowiedziałam się wiele nowego, ale nigdy nie zawadzi sobie przypomnieć. Od razu ostrzegam, że sporo tu okrutnych, wstrząsających scen. Autorka nie oszczędza czytających. Ciekawie pokazana jest relacja córki i ojca. Odwieczny dylemat - jak pogodzić dwa oblicza tego samego człowieka? Kochającego, czułego, troskliwego, ubóstwianego ojca i fanatycznego zwolennika wojskowej junty. Bardzo ciekawa jest też sama historia. Jak się to wszystko skończy? Na co zdecyduje się Perla?

Co w takim razie budzi moje wątpliwości? Przede wszystkim elementy realizmu magicznego, jakie znajdują się w powieści. Nieraz już dawałam tutaj wyraz moim upodobaniom - realizm, realizm, realizm. To jest to, co najbardziej w literaturze lubię. Więc kiedy od razu na początku pojawił się taki właśnie element, najpierw mnie zmroziło, a potem pomyślałam sobie - trudno, potraktuj to jako metaforę. W gruncie rzeczy ta powieść jest przecież do bólu prawdziwa. Jeszcze bardziej jednak irytowały mnie fragmenty mocno egzaltowanej narracji pisanej z perspektywy jednego z bohaterów, takie emocjonalne pustosłowie. 

Mimo wszystko nie żałuję lektury. Jeśli ktoś interesuje się Ameryką Łacińską albo chciałby się zainteresować, to warto sięgnąć po każdą ze wspomnianych tutaj książek.

Almudena Grandes "Matka Frankensteina"

Jakiś czas temu ukazała się w Polsce kolejna powieść hiszpańskiej

pisarki, Almudeny Grandes. To "Matka Frankensteina" (Sonia Draga 2021; przełożyła Magdalena Olejnik). Niestety autorka zmarła w tym samym roku. Ta powieść stanowi część sześciotomowego cyklu "Epizody niekończącej się wojny", który opowiada o czasach dyktatury Franco, ale z punktu widzenia jej przeciwników, ludzi popierających siły republikańskie. Jak wyczytałam w wywiadzie z pisarką, który udało mi się znaleźć w necie, w Hiszpanii jest to historia  z takiej perspektywy stale nieopowiedziana. W Polsce kilka lat temu wyszła czwarta książka z tego cyklu, "Pacjenci doktora Garcii", a wcześniej "Pocałunki składane na chlebie", współczesna opowieść o mieszkańcach jednej z madryckich dzielnic w dobie kryzysu ekonomicznego. O ile ta druga  mnie rozczarowała, czemu dałam wyraz w jednej z notek, o tyle rzecz ma się zupełnie inaczej z tą pierwszą. A sięgnęłam po nią po niezwykle ciekawym spotkaniu z Almudeną Grandes, która była gościnią Festiwalu Conrada w roku 2019. Pamiętam, że pisarka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Nic dziwnego, że teraz koniecznie musiałam przeczytać "Matkę Frankensteina", kolejną, piątą, powieść cyklu. Mam nadzieję, że Sonia Draga wyda pozostałe części tej serii.

"Matka Frankensteina' to książka dla tych wszystkich, którzy lubią grube, porządnie opowiedziane historie, a czytając, mają jednocześnie pewność, że to rzecz ważna, a nie tylko pospolite czytadło. Zasadnicza część akcji rozgrywa się w latach pięćdziesiątych w Madrycie i okolicach, zwłaszcza w miejscowości Ciempozuelos, gdzie znajduje się szpital psychiatryczny, w którym rozpoczyna pracę doktor German Velazquez, który dał się namówić dyrektorowi wspomnianego szpitala na powrót do ojczyzny ze Szwajcarii, gdzie studiował medycynę i pracował jako psychiatra. Ma wdrożyć leczenie nowym, obiecującym, lekiem, czym zajmował się w szwajcarskiej klinice. Ale, podobnie jak w "Pacjentach doktora Garcii", autorka pozwala sobie na retrospekcje, które są istotną częścią tej opowieści. Poznajemy historię doktora Velazqueza, który był synem znanego hiszpańskiego profesora psychiatrii. Jego rodzina opowiedziała się jednoznacznie za republikanami. Jemu udało się w ostatnim momencie uciec przez północną Afrykę, Francję do Szwajcarii, gdzie dzięki wstawiennictwu ojca znalazł dom w rodzinie żydowskiego profesora Goldsteina, też psychiatry. Używam tu gładkiego słowa uciec, ale była to gehenna, droga przez mękę, która miała wielkie szanse skończyć się niepowodzeniem, co oznaczało ekstradycję do Hiszpanii, a tam więzienie albo nawet śmierć. Jest więc to też opowieść bardzo na czasie, bo pozwala pochylić się nad losem uciekiniera, imigranta, człowieka, który podejmuje ryzykowną i trudną decyzję o emigracji, a jeśli mu się uda, musi zapuścić korzenie w nowym kraju, zmierzyć się z samotnością, wykorzenieniem i wyrzutami sumienia wobec bliskich, którzy w Hiszpanii zostali, i wobec innych zwolenników republiki, którzy nie mieli szansy uciec. Jemu się poszczęściło, bo ojciec, który mógł uratować siebie, postanowił ocalić jego. Dlaczego tak zrobił, nie mogę zdradzić. German nie jechał w ciemno - wiedział, że jeśli do Szwajcarii dotrze, znajdzie opiekę u Goldsteinów. I tu otwiera się kolejna szkatułka, kolejny wątek znakomicie korespondujący z jego losami - to historia żydowskiej rodziny, której niemal w ostatnim momencie udało się opuścić III Rzeszę. Ich historia stanowi jeszcze jeden, bardzo ciekawy, kamyk w mozaice ludzkich losów, które zamknięte są w tej opowieści.

Kolejny ważny wątek i kolejna poruszająca historia to opowieść o Marii, młodej dziewczynie, salowej w szpitalu w Ciempozuelos, która okazuje się osobą niezwykle wrażliwą i życiowo mądrą. Może dlatego, że los nie był dla niej łaskawy. Maria wychowywała się na terenie szpitala, bo tam pracował  jako ogrodnik jej dziadek, a babcia też wykonywała jakieś proste prace. Jej rodzice  zginęli w czasie wojny domowej. W jakich okolicznościach dokładnie nie wiadomo.  Dzięki jednej z pacjentek, o której jeszcze wspomnę, nauczyła się pisać i czytać. To pokazało jej nowy świat, otworzyło na nowe doznania i inne, nieznane jej dotąd, perspektywy. Książki stały się jej pasją i gdyby mogła, na pewno próbowałaby wyjść z zaklętego kręgu przypisanego jej miejscem urodzenia. Ale dla takich jak ona droga była jedna - posada służącej w Madrycie i ewentualnie małżeństwo, oczywiście z człowiekiem z jej warstwy społecznej. Maria nie chce pogodzić się z takim losem, ale popełnia błąd, jaki przed nią popełniło wiele dziewczyn pracujących jako służące. Zakochuje się w paniczu. Jednak w jej wypadku chodzi nie tylko o miłość. Maria jest świadoma swojego ciała, a seks sprawia jej przyjemność. W katolickiej, frankistowskiej Hiszpanii, przynajmniej oficjalnie, to nie do przyjęcia. Dziewczyna zostanie schwytana w pułapkę i chociaż uda jej się wyjść z opresji, to kilka lat później pętla zaciśnie się na jej szyi. Szantażem zostanie zmuszona do czegoś, czego nie będzie chciała. Tym razem sytuacja wydaje się jeszcze bardziej beznadziejna, bez wyjścia. Jej historia porusza i trzyma w napięciu. Piszę bardzo ogólnikowo i nie zdradzam, jak potoczy się życie Marii, aby nie odebrać przyjemności płynącej z lektury. Bo, jak wspominałam, w książkach Almudeny Grandes opowieść jest bardzo ważna.

Postać Marii jest w tej historii niezwykle istotna, bo na przykładzie jej losów pokazuje autorka wszechwładzę Kościoła w czasach Franco, jego sojusz z władzami i hipokryzję związanych z nim ludzi. Jest to też opowieść o świecie patriarchalnym, w którym kobieta, zwłaszcza ta z klasy niższej, jest całkowicie podporządkowana mężczyźnie, a jej los jest od początku ustalony. Na niezależność mogą sobie pozwolić tylko nieliczne, a i to pokątnie. Ale oddajmy głos autorce, która objaśnia genezę tej powieści.

Napisałam tę książkę w hołdzie wszystkim tym kobietom, które nie mogły pozwolić sobie na podejmowanie własnych decyzji, jeśli nie chciały się narazić na miano dziwki. Kobietom, które przeszły wprost spod opieki rodzicielskiej pod kuratelę mężów, które spóźniły się na wolność, jaką cieszyły się ich matki, i nie zdążyły na wolność, w jakiej żyjemy my, ich córki.

To nie wszystkie obecne w książce problemy i wątki. Almudena Grandes tworzy obraz życia społeczeństwa hiszpańskiego w czasach dyktatury generała Franco w latach pięćdziesiątych. Jest to kraj duszny, a jego mieszkańcy żyją w kleszczach między Kościołem i autorytarną władzą, które zawarły sojusz. Kraj, w którym mówi się szeptem, w którym ci, którzy próbują żyć inaczej, muszą być bardzo ostrożni i płacić rozmaite koncesje na rzecz Kościoła i państwa. Tkwią w dwójmyśleniu. Jest to też kraj pęknięty. Ci, którym ta sytuacja odpowiada, narzucają swoją wolę pozostałym.

No i na koniec muszę odnieść się do tytułu. Kim jest owa matka Frankensteina? To bogata pacjentka szpitala psychiatrycznego, w którym pracują doktor Velzquez i Maria - Aurora  Rodriguez Carballeira, która przed laty zabiła swoją córkę, cudowne dziecko, działaczkę społeczną, zwolenniczkę rewolucji seksualnej i eugeniki. Obie ze sobą współpracowały, ale w pewnym momencie doszło między nimi do konfliktu, matka uznała, że córka nie spełnia jej oczekiwań i nie jest dość doskonała. Potem Aurora zostanie owładnięta obsesją stworzenia człowieka idealnego. Jej wątek wprowadza do powieści kolejny temat - inżynierii społecznej i eugeniki. Jak się okazuje jest to postać autentyczna, jej historia była w Hiszpanii bardzo znana, powstały o niej artykuły, książki i filmy. Wplatanie do powieści z tego historycznego cyklu postaci autentycznych jest stałym zabiegiem autorki.

Polecam "Matkę Frankensteina" wszystkim miłośnikom Hiszpanii, historii, a przede wszystkim tym, którzy choćby od czasu do czasu lubią przeczytać grubą, porządnie opowiedzianą powieść, od której trudno się oderwać. Co ważne, jednocześnie ma się poczucie, że nie jest to czas stracony.

Nona Fernandez "Strefa mroku"

Ameryka Łacińska to jeden z tych obszarów, które interesują mnie

w sposób szczególny - trudna historia i często niewesoła teraźniejszość. Oczywiście nie da się czytać wszystkich powieści czy reportaży dotyczących tego regionu świata, a jest ich niemało, trzeba wybierać. Ostatnio zdecydowałam się na książkę Nony Fernandez "Strefa mroku" (ArtRage 2022; przełożyła Agata Ostrowska). Dlaczego? Bo to opowieść o mrocznych czasach dyktatury Pinocheta. Nie ukrywam, że wciąż dziwię się, jak to możliwe, że nadal są ludzie, którzy usprawiedliwiają rządy takich krwawych dyktatorów jak on, Franco w Hiszpanii czy generałowie sprawujący władzę w Argentynie w latach siedemdziesiątych. Może właśnie takie osoby przede wszystkim powinny sięgnąć po tę powieść? No i oczywiście wszyscy ci, którzy na ten temat niewiele wiedzą. Nie jest to przyjemna lektura, ale bardzo ważna. A czyta się szybko, mnie wystarczył weekend.

Zacznę od wątpliwości dotyczących formy. Wydawca wkłada ją do szufladki powieść, ale czy "Strefa mroku" rzeczywiście nią jest? Co tu jest fikcją, a co prawdą? Ile w narratorce autorki? Wszystko? Bardzo dużo? Na pewno prawdziwa jest historia Andresa Antonia Valenzueli Moralesa, funkcjonariusza wywiadu, który w roku 1984 zdecydował się na szczerą spowiedź w opozycyjnym piśmie Cauce, która ukazała się pod znamiennym tytułem "Torturowałem". Oczywiście po takim wyznaniu, a właściwie jeszcze przed jego publikacją, Morales musiał zniknąć z Chile, bo inaczej zostałby potraktowany w taki sam sposób, jak on traktował więźniów politycznych. Dzięki kontaktom działaczy opozycyjnych, prawników, ludzi związanych z Kościołem udało się wywieźć go z kraju i umieścić we Francji, gdzie dalej dzielił się makabrycznymi informacjami dotyczącymi metod działania zbrodniczej dyktatury. Domyślam się, że prawdziwe są również historie zaginionych działaczy opozycji. Zaginionych, czyli uprowadzonych przez funkcjonariuszy wywiadu takich jak Morales, a potem więzionych, torturowanych w sposób straszny, a na końcu zastrzelonych. Ich ciała wrzucano do rzeki, do morza albo głęboko zakopywano. Tak, aby rodziny nigdy nie dowiedziały się, co się z nimi stało. To zresztą specjalność nie tylko chilijskiej dyktatury. Właśnie szczegóły wielu takich operacji zdradził Morales, który już dłużej nie potrafił żyć jak dotąd. A więc w tych przypadkach sprawa jest oczywista - to historie prawdziwe. Największe wątpliwości dotyczą narratorki. Ile w niej z autorki? Wydaje się, że to jej historia. Urodziła się w roku 1971 dwa lata przed obaleniem Allende. Opowiada historię swojego dzieciństwa i dorastania - wychodzenia z owej tytułowej strefy mroku, kiedy jako dziecko nie bardzo zdawała sobie sprawę, co dzieje się w kraju,  i przechodzenia w strefę światła, czyli zdobywanie świadomości zła, jakie działo się wokół.

Tytuł "Strefa mroku" jest zresztą wieloznaczny. Z mroku wychodzi Morales, z mroku wydobywa na światło dzienne zbrodnie, w których sam brał udział albo o których wiedział. Z mroku wychodzi wreszcie społeczeństwo, które może po latach strachu swobodnie czcić pamięć zamordowanych. Krąg tych, którzy co roku spotykają się, aby to zrobić, stale się powiększa.  Strefa mroku to także tytuł ulubionego serialu narratorki z czasów dzieciństwa - opowieści o tajemniczych, często nierozwikłanych historiach. 

Po tej dygresji dotyczącej tytułu wrócę jeszcze do pytania o formę. Co w takim razie sprawia, że książka szufladkowana jest jako powieść? Na pewno jak powieść można potraktować historię narratorki. W powieść próbuje zamienić narratorka  historie zaginionych i ucieczkę Moralesa z kraju. Rekonstruuje je, wyobrażając sobie na przykład ich ostatni poranek w domu, uczucia ich dzieci i rodzin, trudy i komplikacje związane z wywiezieniem skruszonego funkcjonariusza z kraju. Ta historia, chociaż wiemy, że plan ryzykowny, ale jedyny możliwy, powiódł się, trzyma w napięciu. I tu muszę zgłosić moje wątpliwości. Czasem przeszkadzało mi to wczuwanie się. Za dużo było w tym ozdobnej formy, nieco egzaltacji. Miałam poczucie nadmiaru, nie mogłam uciec od refleksji, że mniej znaczy więcej. A nieczęsto mi się to zdarza, bo nie przepadam za lakonicznością stylu, za redukowaniem słów. Tym razem bywało odwrotnie. Szczególnie drażniło mnie to na początku lektury, potem przywykłam. Te wątpliwości wcale jednak "Strefy mroku" nie przekreślają. Przeciwnie, książka robi wrażenie i zmusza do refleksji.

Na koniec w telegraficznym skrócie o tym, co mnie poruszyło. Oczywiście przede wszystkim historie znikniętych, jak ich się często określa. Ich bohaterstwo nie podlega wątpliwości, ale wielką odwagą wykazywali się także dziennikarze opozycyjnej prasy, obrońcy praw człowieka, prawnicy, niektórzy duchowni. Odwagi wymagało też branie udziału w manifestacjach, kolportowanie ulotek, zapalanie zniczy ku pamięci znikniętych. Do refleksji nad rolą przypadku zmusza historia Moralesa. Gdyby jako dziewiętnastolatek nie zaciągnął się do wojska, może nigdy nie stałby się mordercą. Nie urodził się nim, był przecież tylko trybikiem w maszynie zbrodni. Uwierzył, że wypełnia misję czy bezwolnie wykonywał rozkazy? Jak łatwo można stać się zbrodniarzem, wierząc przy tym, że postępuje się właściwie, pokazuje autorka, przywołując zdarzenia, które  rozegrały się na Okinawie w czasie drugiej wojny światowej, kiedy do brzegów wyspy zbliżała się amerykańska armia. Sprawdziłam, to historia prawdziwa. Ale równie mocno poruszyła mnie dwoistość świata. Kiedy w więzieniach i w miejscach internowania torturowano uprowadzonych działaczy politycznych i związkowych, obok  toczyło się normalne życie. Dosłownie obok, bo czasem tuż za płotem willi, w której  męczono zatrzymanych. Dorośli odwracali wzrok, kiedy nagle na ulicy zaczynało dziać się coś podejrzanego, kiedy nieoczekiwanie z miejskiego autobusu wyprowadzono kogoś i wepchnięto do samochodu, który  pojawił się znikąd. Zamykali okna i drzwi do mieszkania, kiedy słychać było helikopter albo wybuchy i strzały, a dzieciom kazali jeść kolację, jakby się nic nie stało. Ale co mieli robić? Co przyniósłby ich protest? Jedną śmierć więcej. Dzieci oczywiście niewiele z tego rozumiały. Jednym z ważniejszych wspomnień z dzieciństwa narratorki jest historia jej szkolnej koleżanki, po którą przyjeżdżał eleganckim samochodem sympatyczny wujek. Raz nawet została razem ze swoją przyjaciółką zaproszona na przejażdżkę tą elegancką limuzyną. Była to bardzo miła wycieczka. Dopiero po latach dowiedziała się, kim był ojciec koleżanki i ten sympatyczny człowiek. Zrozumiała, czym się zajmowali. Oczywiście inne było dzieciństwo dzieci z rodzin znikniętych. Wreszcie moje nieustające zdumienie budzi fakt, jakie miękkie lądowanie zapewniają sobie funkcjonariusze dyktatury, kiedy przychodzi czas transformacji i przemian. Autorka kilka razy, przytaczając fakty z tego okresu, pisze świat śmieje się z chilijskiej demokracji. Ale zwykle w takich sytuacjach zadaję sobie pytanie - czy można było inaczej, bez tych zgniłych kompromisów?

Bardzo ciekawa książka, zmuszająca do namysłu, refleksji, zadawania niewygodnych pytań. I nieważne, czy nazwiemy ją powieścią, czy raczej zaliczymy do literatury faktu.

Martin Kohan "Dwa razy czerwiec"

Po lekturze "Gorączki latynoamerykańskiej" Artura

Domosławskiego wybór książki argentyńskiego pisarza Martina Kohana "Dwa razy czerwiec" (Filtry 2021; przełożyła Barbara Jaroszuk) był dla mnie oczywisty. Bo to właśnie dzięki Domosławskiemu dowiedziałam się więcej o rządach wojskowej junty w Argentynie z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zeszłego  wieku. Więcej to delikatnie powiedziane - właściwie nie miałam o nich bladego pojęcia, coś mi się tylko obiło o uszy. Żadnych szczegółów. Kiedyś widziałam jakiś argentyński film na ten temat, chyba nominowany do Oscara. A już na pewno nie kojarzyłam, że kiedy wojskowi krwawo rozprawiali się ze swoimi politycznymi wrogami, zamykając w więzieniach i torturując nawet licealistów, którzy śmieli protestować przeciwko podwyżce cen biletów komunikacji miejskiej (ich masowe aresztowania nazwano nocą ołówków), w Argentynie odbywała się wielka fiesta - mistrzostwa świata w piłce nożnej. I jakoś nikt ich nie bojkotował. Przywódcy państw zasiadający na trybunach i władze sportowych federacji na pewno wiedzieli, gdzie jadą, ale nikomu to nie przeszkadzało. Nic dziwnego, że mając to wszystko w pamięci, chciałam przeczytać powieść Martina Kohmana, która bezpośrednio odnosi się do tamtych wydarzeń.

Nie jest to lektura przyjemna, chociaż autor okrucieństwo ogranicza do niezbędnego minimum. To  jednak wystarczy, a wyobraźnia i tak podsuwa koszmarne obrazy. Akcja tej krótkiej powieści rozgrywa się w czerwcu 1978 roku właśnie w czasie mistrzostw świata i cztery lata później, kiedy Argentyna toczy z Wielką Brytanią wojnę o Falklandy (Malwiny), której fiasko przyczyniło się do upadku wojskowej dyktatury. Bohaterem jest młody chłopak odbywający służbę wojskową. Urządził się dobrze - jest kierowcą wojskowego lekarza. Cztery lata później studiuje medycynę. To przede wszystkim z jego punktu widzenia poznajemy zdarzenia. Ale jest też punkt widzenia młodej kobiety, więźniarki politycznej.

To niedługa powieść, napisana zwięzłym, skondensowanym chłodnym językiem, ale mimo tego ma ogromne pole rażenia. Obojętność narratora, który w beznamiętny, suchy, precyzyjny, drobiazgowy, ale bezduszny sposób relacjonuje rzeczywistość, jakby był jakimś bezmyślnym służbistą, robi piorunujące wrażenie. Podobnie beznamiętne, bezosobowe są instrukcje i opinie lekarzy dotyczące torturowanych więźniów. Pytanie jednego z nich zadane drugiemu Od jakiego wieku można torturować dziecko? nie robi na nikim wrażenia. Ani na nich, ani na narratorze, który je przez przypadek przeczytał. Dla niego najważniejsze jest to, że zapisujący je żołnierz zrobił błąd ortograficzny! W ogóle nie zastanawia się nad treścią. Podobnie lekarze. Kiedy się w końcu spotkają, aby rozstrzygnąć dylemat, będą toczyć suchą, medyczną rozmowę dotyczącą wagi dziecka i jego masy mięśniowej. Podobnie obojętni na to, co dzieje się za murami katowni, są kibice, którzy zmierzają na mecz Argentyny. Tylko wynik jest dla nich ważny. Przegrana to narodowa tragedia, która psuje humory wszystkim. W przepastnych, odgrodzonych od świata więzieniach torturuje się ludzi, a wokół życie toczy się normalnie. Jak to możliwe?

Może kluczem jest autorytaryzm i patriarchat? Gdzieś z boku głównej akcji  jest relacja między lekarzem, którego wozi narrator, a jego synem, Sergio, licealistą. Relacja ledwie subtelnie zarysowana, ale przecież nie bez znaczenia dla wymowy powieści. Krzywda, jaką niewątpliwie wyrządza synowi ojciec, będąc przekonanym, że sprawia mu przyjemność, kładzie się prawdopodobnie cieniem na jego życiu. Nieważne, czy Sergio ma na to ochotę, ważne, że ojciec uważa, że tak powinno być. Bo tak zabawia się mężczyzna, rozładowując swoje frustracje, a przecież mecz przegrany przez narodową reprezentację jest powodem do wielkiej frustracji. Coś trzeba zrobić, żeby ten podły wieczór nie do końca był stracony. Druga strona tego zagadnienia to traktowanie kobiet. Przedmiotowe, brutalne, wyższościowe, pogardliwe. Kobieta jest ciałem, którego można dowolnie używać, a potem odebrać jej dziecko, jeśli zajdzie w ciążę. Bo i ten problem poruszany jest w tej książce - dzieci odebranych matkom, politycznym wrogom i oddanych na wychowanie ludziom o właściwych poglądach. To w czasach rządów generałów był proceder powszechny. W takim maczystowskim społeczeństwie przemoc i obojętność nie dziwią. 

Kiedy dziś czyta się tę powieść, nie sposób uciec od refleksji bieżących. Przecież tak blisko nas dzieje się krzywda, a my też żyjemy swoimi sprawami. I wcale nie czuję się lepsza tylko dlatego, że o tym myślę. 

Mario Vargas Llosa "Święto Kozła"

Trwam w swoim postanowieniu i właśnie skończyłam trzecią z

czterech zakupionych ostatnio powieści Mario Vargasa Llosy "Święto Kozła" (Znak 2016; przełożyła Danuta Rycerz). W moim prywatnym rankingu stawiam ją zaraz  po "Rozmowie w Katedrze", której nic nie przebije.

I tym razem jest to książka polityczna osadzona w realiach historycznych. Akcja toczy się na Dominikanie na dwóch planach czasowych. W roku 1961, kiedy grupa spiskowców dokonała zamachu na dyktatora Rafaela Trujillo, i dziewiętnaście lat później. Równolegle przeplatają się trzy wątki - śledzimy poczynania dyktatora zwanego przez współpracowników Szefem, a po jego śmierci prezydenta Joaquina Balaguera, poznajemy losy zamachowców i wreszcie historię głównej kobiecej bohaterki, Uranii Carbal, córki senatora, który nieoczekiwanie wypadł z łask wszechwładnego Trujillo. Urania pod wpływem impulsu po dziewiętnastu latach wraca na kilka dni na Dominikanę. Odwiedza schorowanego, zniedołężniałego ojca, któremu nigdy nie wybaczyła, że posłużył się nią, wtedy czternastoletnią dziewczynką, aby ponownie wkraść się w łaski kapryśnego Szefa i ratować swoją polityczną karierę. Czy tylko o karierę chodziło? Trujillo był człowiekiem nieobliczalnym i potrafił mścić się także na rodzinie tego, kogo odsuwał na boczny tor. Czy rzeczywiście senator Carbal znalazł się w sytuacji bez wyjścia? Nic nie usprawiedliwia tego, co zrobił. Tamte zdarzenia odcisnęły się piętnem na życiu Uranii. Jej opowieść o tym, co zaszło w czasach, kiedy była młodą dziewczyną, dzieckiem jeszcze, z trudem daje się czytać, tak bardzo jest wstrząsająca. Ale to wcale nie jedyny fragment, przez który brnęłam z trudem, ponieważ był taki okrutny. Bo okrutne były bezwzględne rządy Rafaela Trujillo.

Mario Vargas Llosa stwarza wnikliwy, fascynujący portret dyktatora - człowieka bezwzględnego i groteskowego jednocześnie. Pokazuje go nie tylko jako polityka, ale też jako człowieka. Trujillo sprawuje rządy dyktatorskie, wszystko w kraju zależy od jego kaprysu. Jak swoją własność traktuje kobiety - jego woli nikt nie śmie się sprzeciwić, dlatego współpracownicy udają, że nie widzą, kiedy odwiedza ich żony. On sam jest przekonany, że dla nich to zaszczyt. Uważa się za wspaniałego kochanka. Intryguje, bezwzględnie rozprawia się ze swoimi przeciwnikami politycznymi i tymi, którzy mu podpadli, za swoją prawą rękę mając sadystycznego szefa służb specjalnych Johnnego Abbesa Garcię, tego samego, który jest jednym z głównych bohaterów najnowszej powieści Llosy "Burzliwych czasów". Tortury, skrytobójstwa, polityczne morderstwa. Cieszące się ponurą sławą więzienia są pełne. Taki los spotyka nie tylko politycznych wrogów, ale także ich rodziny. Aresztuje się nawet dzieci. Jednocześnie szerzy się kult jednostki - dyktatora traktuje się niemal jak cesarza albo boga. Kultem otoczona jest także rodzina Truijllo - matka, bracia, synowie, córka. Wszyscy oni czerpią oczywiście finansowe zyski z jego władzy - on sam jest właścicielem wielkich obszarów ziemi i licznych przedsiębiorstw. A Trujillo nimi gardzi, ma ich za nierobów, rozpustników, krwiopijców, którzy przysparzają mu nieustannych kłopotów. W tym jednym ma rację - tacy naprawdę są. Otoczony jest dworem pochlebców gotowych zrobić wszystko, aby nie wypaść z łask Szefa, aby być jak najbliżej jego ucha. Groteskowe są cowieczorne spacery dyktatora w otoczeniu tych klakierów. Groteskowy jest sposób, w jaki mówi, jak się zachowuje, groteskowa jest jego mania wielkości. Jednocześnie poznajemy jego słabe miejsca - strach przed starzeniem się, przed niesprostaniem roli kochanka.

Jak wspominałam, trzecim wątkiem są historie politycznych przeciwników dyktatora, którzy zdecydowali się zawiązać spisek i zamordować go. To jedyna droga, aby zmienić sytuację w kraju, która staje się nie do zniesienia. Ale sam zamach nie wystarczy, potem trzeba doprowadzić do przejęcia władzy przez opozycjonistów. To bardzo ryzykowna gra. Każdy z nich ma swoje powody, aby zaangażować się w tę sprawę. Prawie wszyscy długie lata współpracowali z reżimem, ale w końcu powiedzieli dość. Doskonale wiedzą, że jeśli coś pójdzie nie tak, konsekwencje poniosą nie tylko oni, ale ich rodziny, także dzieci. Zanim stracą życie, zostaną poddani bezwzględnym torturom. Mimo tej świadomości decydują się wziąć udział w spisku. Ale czy mają prawo dysponować losem swoich bliskich? Po zamachu następuje kilka miesięcy bezwzględnego terroru, zanim rzeczywiście kraj wpłynie na nowe tory. Dotąd marionetkowy prezydent, z którym nikt się nie liczył, Joaquin Balaguer, nieoczekiwanie dla wszystkich chwyta wiatr w żagle. Manewrując, sprytnie intrygując, przypochlebiając się żonie i synowi zmarłego Szefa, poświęcając życie niektórych, aby przynajmniej uratować kilku innych, stąpając po bardzo kruchym lodzie, ostatecznie osiąga cel - pozbywa się rodziny Trujillo i zaprowadza w kraju nowe porządki.

Powieść od początku do końca trzyma w napięciu. Chociaż mogłam sobie bez trudu wygooglować fakty historyczne, to i tak z zapartym tchem śledziłam zdarzenia. Fascynujące są wnikliwe portrety bohaterów, ich rozterki wewnętrzne, zaniechania, słabości, które doprowadzają do klęski. Albo odwrotnie ich wierność raz podjętej decyzji, siła, poświęcenie. Są tchórze gotowi zadenuncjować, ale są też cisi bohaterowie gotowi pomóc, narażając swoje życie. Fascynują kulisy polityki i jej mechanizmy. A nad wszystkim unoszą się pytania. O granice poświęcenia. O prawo do narażania innych w imię wyższych wartości. Znakomita książka.

Artur Domosławski "Gorączka latynoamerykańska"

Kolejna książka reporterska Artura Domosławskiego, którą przeczytałam. Niestety na razie ostatnia. Mam nadzieję, że będą kolejne. Po "Śmierci w Amazonii" i "Wykluczonych" przyszedł czas na pierwszą w kolejności - "Gorączkę latynoamerykańską" (Wielka litera 2017). Niestety od skończenia lektury do powstania tej notki upłynęło trochę czasu, więc z konieczności wrażenia będą przefiltrowane przez zawodną pamięć. Zastanawiałam się nawet, czy pisać, ale każda książka Artura Domosławskiego warta jest polecenia. Dla ciekawych świata, dla chcących zrozumieć skomplikowane procesy polityczne i społeczne, dla wrażliwych na niesprawiedliwość, biedę i wykluczenie to lektura obowiązkowa. Trudno pozostać obojętnym na to, co Domosławski pisze. Dlaczego? Ponieważ emocjonalnie angażuje się w sprawy, które porusza. Jego książki są czymś więcej niż reportażem. Często opatruje je odautorskim komentarzem (co najbardziej widoczne jest w "Wykluczonych"), dlatego czytelnik nie ma wątpliwości, że reporter opowiada się po stronie słabszych, skrzywdzonych, wyzyskiwanych, wykluczonych. Jest jeszcze coś, za co cenię jego pisarstwo. Domosławski nie twierdzi, że wie najlepiej, że znalazł rozwiązanie. Rozważa, rozmyśla, staje bezradny wobec poruszanych problemów. Czytajcie jego książki!

A teraz czas przejść do sedna, czyli do pozycji, którą zajmuję się dzisiaj. Ameryka Łacińska to specjalność Domosławskiego, co nie znaczy, że nie zdarza mu się pisać o innych rejonach świata. Tak było w "Wykluczonych".  "Gorączka latynoamerykańska" poświęcona jest jednak w całości temu regionowi świata. Tytuł jest nieprzypadkowy. W swoich reportażach autor opowiada o rewolucjach, o krwawych prawicowych dyktaturach, a potem o odbiciu neoliberalnym, jakie nastało po ich obaleniu, i jego skutkach. Gorączka, bo tu nic nie jest letnie, wszystko wrze i kipi. Opowiada, oddając głos ludziom o rozmaitych poglądach i punktach widzenia. Zwyczajnym, przeciętnym, ale też działaczom zaangażowanym w walkę albo intelektualistom czy pisarzom.

Książka zaczyna się od opowieści o Kubie, a ściślej o kubańskiej rewolucji, o jej przywódcy Fidelu Castro i o Che Guevarze, któremu później poświęca więcej miejsca, zastanawiając się nad jego fenomenem. Najpierw się nieco żachnęłam, bo jakoś temat Kuby nie wydawał mi się specjalnie interesujący. Oczywiście myliłam się, przede wszystkim okazało się, że niewiele na ten temat wiedziałam, a o Che Guevarze, jego związkach z kubańską rewolucją i jej przywódcą, o jego życiu jeszcze mniej. Właściwie był dla mnie tylko encyklopedycznym hasłem. Ot, rewolucjonista kochany przez jednych, znienawidzony przez innych, bo przecież to komunista wysługujący się kubańskiemu reżimowi. A mój stosunek do niego był żaden. 

Domosławski nieprzypadkowo rozpoczyna swoją książkę od kubańskiej rewolucji, bo odcisnęła swoje piętno na tym, co działo się później w wielu krajach Ameryki Łacińskiej - wszystkie prawicowe dyktatury były potem jej efektem. Strach, że lewicowa rebelia rozleje się na inne kraje kontynentu, strach przed utratą przywilejów i władzy prowadził do wojskowych przewrotów, których efektem były krwawe rządy prawicy. Swoją niechlubną rolę odegrały też oczywiście zakulisowe działaniach Stanów Zjednoczonych. Rzecz jasna sytuacja nie jest prosta - zawsze jako kontrargument podaje się działania lewicowych bojówek, które wcale nie obchodziły się ze swoimi przeciwnikami w białych rękawiczkach, albo negatywne skutki gospodarcze rządów lewicowych (Chile za Salvadora Allende czy Argentyna za czasów Perona). Zapomina się jednak, że do lewicowych przewrotów doprowadzały olbrzymie nierówności społeczne, bieda, wykluczenie, brak perspektyw. No i sprawa najważniejsza - wszystkie prawicowe dyktatury w Ameryce Łacińskiej były niebywale krwawe, czy w Chile za Pinocheta, czy w Argentynie, czy w Brazylii. Niby o tym wiedziałam, zwłaszcza o sytuacji w pierwszym z wymienionych krajów, ale to, co znalazłam w książce Domosławskiego, przerosło moje wyobrażenie. Już o tym kiedyś pisałam, ale powtórzę - mam wrażenie, że czytałam o wszystkich niegodziwościach, jakie człowiek może zrobić człowiekowi w amoku politycznej walki. Tymczasem co jakiś czas dowiaduję się o jeszcze wymyślniejszych okrucieństwach. Tak było i tym razem. Polowanie na ludzi, dosłownie, masowe rozstrzeliwania, zniknięcia, a przede wszystkim trudne do wyobrażenia tortury. 

Szczególne wrażenie robi opowieść o dyktaturze Pinocheta, o której wiedziałam najwięcej, i o rządach generałów w Argentynie, a największe noc ołówków. To porwania uczniów szkół średnich, które miały miejsce 16 września 1976 roku w argentyńskim mieście La Plata. Ich winą było to, że działali w związku Uczniów Liceów i domagali się obniżenia cen biletów, które nagle stały się dwa razy droższe. Większość z tych uczniów nigdy nie wróciła do domów. Powiększyła grono tak zwanych znikniętych, istną plagę Ameryki Łacińskiej. Co się z nimi działo? Aresztowani, torturowani, gwałceni, osadzeni w obozach, a na końcu rozstrzelani, pochowani w masowych grobach. Szczegóły są jeszcze bardziej wstrząsające. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie coś jeszcze - kiedy w najlepsze trwała w Argentynie krwawa dyktatura generałów, w roku 1978 odbyły się tam kolejne Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. I nikomu to nie przeszkadzało. Przeciętny człowiek, przeciętny kibic pewnie nic nie wiedział o tym, co dzieje się w Argentynie. Ale przywódcy państw siedzący na trybunach? Sportowe federacje? 

Bardzo ciekawe są rozważania Artura Domosławskiego dotyczące polskiej oceny dyktatury Pinocheta, który często ma w naszym kraju dobrą prasę. Jego obrońcy zdają się zapominać, jak okrutny był to czas w dziejach Chile. Dla nich ważne jest, że generał powstrzymał lewicowe szaleństwo, które mogło doprowadzić do rewolucji i całkowitej destabilizacji kraju. Argumentem za jego rządami jest rozwój gospodarczy kraju, ale tę tezę Domosławski obala. Autor przedstawia afirmatywny, a nawet apologetyczny, stosunek niektórych polskich publicystów czy polityków do Pinocheta i próbuje go zrozumieć, co nie znaczy, że aprobuje i podziela.

W drugiej części  książki Domosławski zajmuje się tym, co stało się w Ameryce Łacińskiej po obaleniu prawicowych dyktatur. I wcale niestety nie jest to obraz optymistyczny. Bo potem nastąpił czas bezkrytycznego neoliberalizmu, a z nim powiększenie się społecznych nierówności, obszarów biedy i wykluczenia, które to zjawiska szczególnie dotykają ludność rdzenną. Co z tego, że mityczne PKB rośnie, skoro nie przenosi się to na poprawę życia całych rzesz społeczeństwa. Kolejnym problemem jest panoszenie się wielkich koncernów, które za przyzwoleniem rządzących, cichym lub jawnym, drenują niektóre kraje. Nie bacząc na szkody wyrządzane środowisku, wydobywają surowce, eksploatują uprawy. Robią coś, na co nie poważyłyby się na przykład w Stanach. Dokładniej tym problemem zajmował się Domosławski w "Śmierci w Amazonii".

Ameryka Łacińska stale wrze, stale się w niej kotłuje. Krajów o stabilnej sytuacji, gdzie żyje się w miarę bezpiecznie i dobrze, nie ma wiele. Zmiany zachodzą ciągle. Tak jest choćby w Brazylii, gdzie po lewicowym eksperymencie Luli i rządach jego następczyni, do władzy doszedł Jair Bolsonaro. Powiedzieć o nim populista, to nic nie powiedzieć, że posłużę się frazą klasyka. O nim oczywiście Domosławski nie pisze, bo pierwsze wydanie "Gorączki latynoamerykańskiej" to rok 2004. Dlatego czekam na jego kolejne książki.

PS. Ta notka powstała w lipcu. Od tej pory wiele się wydarzyło. Ameryka Południowa znowu kipi - protesty w Chile, w Boliwii, niekończący się konflikt w Wenezueli, wybory w Argentynie. A sytuacja w Chile jest znakomitym przykładem tego, do czego prowadzi skrajny liberalizm gospodarczy.

Popularne posty