Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witkacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witkacy. Pokaż wszystkie posty

Natalia Budzyńska "Witkiewicz. Ojciec Witkacego"

Kiedy dwa lata temu usłyszałam o książce Natalii Budzyńskiej

"Witkiewicz. Ojciec Witkacego" (Znak 2022), początkowo nie miałam zamiaru jej czytać, ale po wysłuchaniu kilku rozmów z autorką, jak to często bywa, zmieniłam zdanie. Tym bardziej, że znakomicie wpisywała się w krąg dwóch innych pozycji, które poznałam. Pierwsza to "Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie" Grzegorza Łysia, druga "Witkacy i kobiety. Metafizyczny harem" Małgorzaty Czyńskiej. Wszystkie trzy łączył oczywiście Witkacy. Stwierdziłam, że to kolejna okazja, aby poszerzyć to poletko. A poza tym co ja właściwie wiedziałam o Stanisławie Witkiewiczu? Wcześniej, przed lekturą dwóch wspomnianych tytułów, że był twórcą stylu zakopiańskiego i malarzem (chociaż tego ostatniego nie jestem już taka pewna). Później trochę o jego stosunku do syna i trójkącie, w jakim przez wiele lat żył. Do tego sprowadzała się moja wiedza. A że każda biografia to znakomita okazja do zdobycia nowych wiadomości nie tylko o jej bohaterce czy bohaterze, ale także o związanych z nimi ludziach i jeszcze szerzej o epoce, nie było na co czekać. To właśnie z tych dwóch powodów co jakiś czas sięgam po ten gatunek, czasem magnesem jest sama postać, a czasem, jak w tym wypadku, także kontekst. No i uwielbiam wkraczać na terra incognita, likwidować wszelkie białe plamy, odkrywać coś, o czym nie miałam pojęcia.

Co w wypadku biografii Witkacego stało się takim odkryciem? Było ich kilka. Pierwsze to cały obszar związany z jego pobytem na Syberii w Tomsku. Miał trzynaście lat, kiedy w ramach represji po powstaniu styczniowym jego ojciec został tam zesłany. Za nim podążyła żona i kilkoro ich dzieci. Dzięki jej przebojowości, energii i kontaktom na Syberię dostali się w cywilizowany sposób, jadąc, a nie wędrując. Także opis życia polskich zesłańców w Tomsku jest bardzo interesujący. Chociaż od dawna już mam świadomość, że zesłanie nie zawsze oznaczało katorżniczą pracę w tajdze, to warto dowiedzieć się więcej. Już bardzo długo w czeluściach mojego czytnika leży książka Wojciecha Lady "Pożytki z Syberii" właśnie na ten temat i wreszcie powinnam ją przeczytać. (W tym momencie autorka tej notki pada pod ciężarem świadomości, jaki ocean książek czekających na lekturę znajduje się w jej czytniku, na jej półkach i na dwóch listach - kupić/wypożyczyć z biblioteki.) 

Dość dygresji, wracam do Witkiewicza. Powstanie styczniowe, podobnie jak w wypadku wielu Polaków, było końcem sielskiego życia młodego Stacha. Odtąd zawsze będzie się mierzył z problemami finansowymi, wielokrotnie będzie korzystał z pomocy przyjaciół, przed czym zawsze się wzbraniał, właściwie  takiej pomocy odmawiał, a znajomi często musieli uciekać się do rozmaitych forteli, aby zmylić jego czujność. Honorowa i ideowa postawa sprawiała, że nie zarabiał nawet na tym, na czym pewnie mógł zrobić spore pieniądze. Kiedy stworzony i propagowany przez niego styl zakopiański stał się bardzo popularny, nie brał pieniędzy za projekty domów, a zleceń miał mnóstwo, bo uważał, że rozpowszechnianie takiego budownictwa, będącego według niego istotą stylu narodowego, to jego obowiązek. Kolejnym problemem stanie się z czasem zdrowie Witkiewicza. To między innymi z tego powodu przeniesie się na stałe do Zakopanego, a ostatnie lata życia spędzi na Istrii w Lovranie.

Niewiele wiedziałam o malarstwie artysty i jego działalności jako krytyka. Nic o jego pobytach w Monachium, powrotach do Warszawy, gdzie drażnił go marazm i przystosowanie do życia po klęsce powstania, odczuł to szczególnie, kiedy przyjechał do Warszawy po powrocie z Tomska, wzmożony patriotycznie. Wspólnie z Józefem Chełmońskim, Adamem Chmielowskim i kilkoma innymi malarzami propagowali nowe podejście do sztuki. Krytykował historyzm, między innymi twórczość Jana Matejki, uważał, że sztuka powinna być wyrazem duszy artysty, a nie wpisywać się w jakieś obowiązki. Bronił przed zarzutami konserwatywnej krytyki malarstwa Józefa Chełmońskiego i braci Gierymskich. Nie miałam pojęcia, że ci malarze byli tak bardzo atakowani. 

Kolejną sprawą, o której niewiele wiedziałam, to fascynacja Witkiewicza starszą od niego Heleną Modrzejewską i ich wieloletnia przyjaźń. Było dla mnie odkryciem, że miał wziąć udział, razem z nią,  Henrykiem Sienkiewiczem i kilkoma innymi osobami, w ich amerykańskiej eskapadzie, która, jak wiadomo, zakończyła się klapą. Jedną z przyczyn tego, że nie ruszył z nimi do Kalifornii, był brak pieniędzy na bilet. Ale z artystką utrzymywał kontakt do końca jej życia. Odwiedzała go w Zakopanem, oglądał ją w teatrze, o ile zdrowie pozwalało mu na wyjazd do Krakowa, korespondował, no i Helena Modrzejewska była matką chrzestną jego jedynego syna, Witkacego.

Warto wspomnieć o stosunku Witkiewicza do syna. Najpierw dawał mu ogromną swobodę, mały Witkacy wychowywał się wśród dorosłych, sam szedł za tym, co go interesowało, tylko z konieczności ocierał się o system szkolny, bo jeśli chciał mieć maturę, musiał zdawać państwowe egzaminy. Jego ojciec był wielkim wrogiem ustrukturyzowanego szkolnictwa, uważał, że zabija w dziecku ciekawość, tłumi jego zainteresowania, ogranicza swobodę. Potem jednak, kiedy syn dorósł, próbował sterować jego życiem, krytykował jego wybory, między innymi studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, udzielał rad. W tym wypadku słowo rada nie oddaje istoty rzeczy - do stylu jego listów lepiej pasuje kazanie albo memorandum.

Największym jednak problemem w jego życiu, niespójnością pomiędzy szlachetnością, ideowością, szacunkiem, jakim się cieszył, było jego życie miłosne. Przez wiele lat żył w trójkącie. W Zakopanem związał się z Marą (Marią) Dembowską, żoną swojego przyjaciela. Poznał ją znacznie wcześniej, kiedy przebywał w Meranie na kuracji. To Dembowscy ściągnęli go do Zakopanego. Jeszcze za życia przyjaciela coś już ich łączyło, potem związali się jeszcze bardziej. To ona spędziła z nim ostatnie lata, opiekując się nim w Lovranie. Przyjaciele i znajomi zaakceptowali ten układ. Wszystko jednak odbywało się kosztem żony, która robiła dobrą minę do złej gry, gorzkniała i zatapiała się w pracy, co z jednej strony było koniecznością, z drugiej ucieczką. Zresztą pod tym względem od początku stanowili małżeństwo partnerskie, wcześniej wieloletni związek, oboje pracowali. Dlaczego się nie rozwiódł? Dlaczego udawał, że nie ma problemu? Dlaczego upokarzał żonę? 

Cieszę się, że przeczytałam biografię Stanisława Witkiewicza. 

Grzegorz Łyś "Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie"

Kiedy półtora roku temu ukazała się bardzo chwalona książka

Grzegorza Łysia "Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie" (W.A.B. 2021), pomyślałam, że chętnie bym po nią sięgnęła, ale biografia Malinowskiego to nie mój priorytet, więc z braku czasu na wszystkie lektury, na które miałoby się ochotę, nie wpisałam jej na listę książek oczekujących. Ale kilka miesięcy temu przeczytałam "Witkacego i kobiety. Harem metafizyczny" Małgorzaty Czyńskiej, gdzie Malinowski trochę się pojawia, a ostatnio szczególnie zelektryzowała mnie wiadomość o tym, że Karakter wydaje powieść Agnety Pleijel "Lord Nevermore" w nowym tłumaczeniu Justyny Czechowskiej. Zanim przeczytam książkę szwedzkiej pisarki, której bohaterowie wzorowani są na Witkacym i Malinowskim, postanowiłam sięgnąć po biografię tego ostatniego pióra Grzegorza Łysia. Natychmiast też wpisałam na wspomnianą listę niedawno wydaną książkę o Stanisławie Witkiewiczu, ojcu Witkacego.

I jak to zazwyczaj mam z biografiami, znowu dokonałam wielkiego odkrycia. No bo co wiedziałam o Bronisławie Malinowskim? Że przyjaźnił się z Witkacym, że w dramatycznym dla niego okresie po samobójczej śmierci narzeczonej zabrał go ze sobą na wyprawę na wyspy Oceanii - jestem prawie pewna, że nie bardzo miałam świadomość, iż konkretnie chodziło o Trobriandy - no i że napisał "Życie seksualne dzikich". Tyle. Myślę, że nie stanowię wyjątku. Jak zauważa Grzegorz Łyś, większość z nas nie ma pojęcia, jaką rolę w światowej antropologii odegrał Bronisław Malinowski. Jesteśmy dumni z Marii Skłodowskiej-Curie, a z jego znaczenia nie zdajemy sobie sprawy. 

Autor odtwarzając krętą i nieoczywistą drogę na naukowy szczyt bohatera swojej książki, pokazuje, jakim przełomem w antropologii w tamtym czasie było to, co zrobił Malinowski. Po pierwsze badania terenowe. Dziś to oczywistość, ale wtedy naukowcy zajmujący się tą dziedziną nie ruszali się zza biurek. Swoje teorie na temat innych społeczeństw snuli na podstawie doświadczeń misjonarzy, kupców, urzędników kolonii. Autor "Złotej gałęzi", uznany wtedy antropolog James Frazer, zapytany o to, czy odwiedził społeczności, o których pisze, odparł z dumą, że nie. Jego najdalsze podróże to Grecja i Włochy. To tę książkę przeczytał student Bronisław Malinowski, to ona stała się jedną z podwalin jego późniejszych zainteresowań, do których droga była jednak bardzo kręta i wcale nieoczywista, to on w końcu dokonał symbolicznego ojcobójstwa na jej autorze. W książkach i artykułach, które były rezultatem jego kilkuletnich badań terenowych na Trobriandach, stanął po stronie tych nielicznych, którzy kwestionowali teorię ewolucjonizmu głoszącą, że prymitywne ludy to relikt ewolucji, skamielina w ewolucyjnym łańcuchu, i późniejszą nieco teorię dyfuzjonizmu (rozprzestrzenianie się  kultury na inne obszary z jednego lub zaledwie kilku centrów). Uważał, że badane przez niego dzikie ludy, mają swoją kulturę, inną niż ludzie biali, ani lepszą, ani gorszą, i nie można patrzeć na nią przez pryzmat białego człowieka. Poza tym stał się jednym z twórców antropologicznej teorii funkcjonalizmu głoszącej, że każde zjawisko kulturowe ma jakąś funkcję istotną w systemie społecznym. Jak pisze autor jego biografii, stworzył pierwszy w historii nauki kompletny i do dziś najdoskonalszy opis pierwotnej społeczności plemiennej.

Grzegorz Łyś pokazuje też kontrowersje, jakie pojawiły się wokół Bronisława Malinowskiego, szczególnie, kiedy w latach sześćdziesiątych, długo po jego śmierci (1942), odkryto  dziennik nieprzeznaczony do druku. Kiedy decyzją żony został wydany w obszernych fragmentach, wywołał skandal, bo obrońca praw i tradycji dzikich w prywatnych notatkach bywał rasistą, zwolennik uprawnienia kobiet męskim szowinistą, a empatyczny badacz społeczny okazał się skrajnym egocentrykiem. Wielu jego dawnych uczniów odcięło się od niego. Z jednej strony pisał o Trobriandczykach: Oto nasi bracia. Mają kulturę podobnie jak my, niekiedy fascynującą. Chociaż ich kultura różni się od naszej, są tacy sami jak my. Z drugiej w swoim dzienniku w czasie pobytu na Cejlonie w drodze na Trobriandy zanotował: Czarne małpy udające Europejczyków w tramwaju dają mi poczucie wyższości rasy białej. Ale mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wyszedł dziennik, odkryli go dla siebie postmoderniści i na nowo zainteresowano się jego dorobkiem. Jeszcze później, bo w latach siedemdziesiątych, na Trobriandach pojawili się turyści, dzieci rewolucji seksualnej. Zwabiła ich tam oczywiście najbardziej chyba znana jego książka "Życie seksualne dzikich".  Obrońcy Malinowskiego wskazują, że dziennik służył mu do wiwisekcji, a profesor Tokarska-Bakir uważała, że był dowodem jego depresji i rodzajem terapii. Wytykano mu też, że jego badania służyły państwom kolonialnym, szczególnie Imperium Brytyjskiemu. Autor twierdzi, że  badacz nie był apologetą kolonializmu, krytykował ingerencję państwa w życie tubylców. 

Bronisław Malinowski jawi się jako postać bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności, zmagająca się z lękami, słabościami, niedoskonałościami, problemami ze zdrowiem. Klął, był snobem, prowokatorem, uwielbiał, kiedy go podziwiano, świadomie budował swoją legendę jako króla antropologii. Jednocześnie to ciepły, wrażliwy człowiek, pamiętał o bliskich, pomagał im, kiedy tego potrzebowali. Miał liczne grono oddanych zwolenników i uczniów, którzy go uwielbiali, inni jednak nie lubili go i dyskredytowali jego dorobek naukowy.  Angażowanie się w politykę od czasów młodości było mu obce, nie walczył w żadnej z wojen. W pierwszej, bo właśnie wtedy prowadził swoje badania na Trobriandach i nie przyszło mu nawet na myśl, aby je przerwać i zaciągnąć się na przykład do legionów. To między innymi z powodu tej apolitycznej postawy przyjaźni Bronia i Stasia, jeszcze  w czasach zakopiańskich, sprzeciwiał się ojciec tego ostatniego, szczery patriota. Osobna historia to związki Malinowskiego z kobietami - uwielbiał pakować się w sytuacje skomplikowane, w trójkąty. Uczuciowe burze długo nadawały sens jego egzystencji. Były przyczyną moralnych rozterek, cierpień, ale i ekscytacji.  Autor biografii skłania się ku stwierdzeniu, że miał też skłonności homoseksualne, które tłumił. To kolejny powód, dla którego nie przepadał za nim ojciec Witkacego. Podobne obawy, że uwiedzie ich syna, żywiła jego żona.

Bardzo ciekawe są rozdziały opowiadające o młodości Malinowskiego, szczególnie o jego związkach z Zakopanem, trudnej przyjaźni z Witkacym i Leonem Chwistkiem, ich wędrówkach po Tatrach i zażartych sporach światopoglądowych oraz dyskusjach. To w tamtym okresie autor biografii dopatruje się podwalin pod jego późniejsze zainteresowania. Przyjaciele byli świadkami różnego podejścia do sfery seksualnej. Z jednej strony dulszczyzna, hipokryzja i tabu. To świat mieszczański. Z drugiej swoboda i rozpusta w kurorcie, jakim stało się Zakopane. Na czas pobytu tam ci sami mieszczanie zawieszali normy społeczne obowiązujące w tej sferze życia. Z trzeciej strony swoboda artystów Młodej Polski, Przybyszewski i do tego pierwotny seks góralski. Na to wszystko napatrzył się młody Bronio. Grzegorz Łyś twierdzi, że bez Młodej Polski i bez Zakopanego nie byłoby Malinowskiego badacza. Wskazuje jeszcze jedną inspirację dla jego metody naukowej - badań terenowych. W taki sposób pracował jego ojciec, Lucjan, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, językoznawca, badacz dialektów śląskich i folkloru. Na całe miesiące znikał w Beskidzie Śląskim, zbierając materiały do swojej pracy. Czasem w tych wyprawach towarzyszył mu syn. Stosunek do ojca i matki to kolejny ważny wątek w biografii Malinowskiego.

Takich wątków jest w tej niezwykle ciekawej książce bardzo dużo. Zachęcam do lektury i odkrycia ich. Nie sposób oddać skomplikowanej postaci Bronisława Malinowskiego i jego pokrętnej drogi do naukowej kariery w tej krótkiej notce. Zresztą nie o streszczenie tu chodzi, a o lekturową inspirację.

Małgorzata Czyńska "Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny"

Właściwie sama nie wiem, jaki impuls stał za tym, że postanowiłam

przeczytać książkę Małgorzaty Czyńskiej "Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny" (Marginesy 2022). Tym bardziej, że, jak się zorientowałam, jest to drugie, uzupełnione, wydanie pod nieco zmienionym tytułem i z inną okładką. Pierwsze ukazało się w innym wydawnictwie. Jak wyłowiłam ją z morza nowości? I dopiero teraz, kiedy ją wznowiono? Nie jest tak, abym jakoś specjalnie interesowała się Witkacym. Owszem, lubię jego malarstwo i zdjęcia, chętnie wybiorę się do teatru na adaptację jego sztuki (mam wrażenie, że jego teksty są coraz rzadziej wystawiane), trochę o nim wiem (trudno nie wiedzieć), ale nigdy nie czytałam jakiejś porządnej biografii ani żadnej z jego powieści. Prawdopodobnie magnesem była sama barwna i skandalizująca postać Witkacego i nazwisko autorki - Małgorzaty Czyńskiej. Przed kilku laty przeczytałam biografię Katarzyny Kobro jej pióra - "Kobro. Skok w przestrzeń", która zrobiła na mnie spore wrażenie.

Małgorzata Czyńska jest historyczką sztuki i kuratorką wystaw, no i pisarką. Pisze o kobietach związanych ze sztuką, nie tylko o artystkach, ale także o tych, które pozowały do słynnych obrazów czy w inny sposób związane były z artystą. W wypadku Witkacego jedno ściśle łączy się z drugim. Kobiety, z którymi łączył go dłuższy czy krótszy romans, malował i fotografował wielokrotnie. 

Ta książka to opowieść o Witkacym, ale przede wszystkim o kobietach, z którymi był związany. Najczęściej to kochanki, ale nie tylko, bo autorka wiele miejsca poświęca matce artysty, a przede wszystkim żonie, Jadwidze Witkiewiczowej, nazywanej Niną. Zastanawiam się, ile w tej lekturze guilty pleasure, a ile poważnej książki. No ale nie da się pisać i mówić o Witkacym, pomijając tę, tak istotną dla niego, sferę życia. Tym bardziej, że ważne dla niego kobiety pozostawiły ślad w jego sztuce. Nie tylko je malował i fotografował, ale także uwieczniał w powieściach czy sztukach teatralnych. Autorka zamieszcza reprodukcje ich portretów, zdjęcia, ale także obszernie cytuje jego teksty. Co prawda Witkacy potrafił oburzać się, kiedy twierdzono, że w swoich utworach literackich portretuje znajomych i siebie, jednak dla wszystkich było jasne, że szczególnie powieści są tekstami z kluczem. 

Małgorzata Czyńska wyciąga z cienia kobiety, z którymi się wiązał, opowiada o nich, pisze, jak się poznali, co czuły, a przede wszystkim o tym, jaki wpływ miał na ich życie ten ekstrawagancki człowiek i artysta. Czasem, jak w wypadku Ireny Solskiej, był jednym z wielu kochanków, ale w kilku wypadkach spotkanie z nim okazało się przełomowe, wywróciło ich życie do góry nogami. To przypadek Asymetrycznej Damy, niczym niewyróżniającej się kobiety, żony jubilera z Częstochowy, którą Witkacy zobaczył na ulicy w Warszawie, kiedy była tam z wizytą u krewnych. Przypominała mu narzeczoną, która popełniła samobójstwo, dlatego namówił ją, aby mu pozowała. Panią Hankę, bo tak ją nazywał, malował potem  wielokrotnie, była, jak twierdzi autorka, raczej jego muzą niż kochanką. Opuściła Częstochowę i męża, zamieszkała w Zakopanem, bo dzięki Witkacemu poznała inny, artystyczny świat, który ją pochłonął. Można się zastanawiać, czy to źle, czy dobrze. Dla męża, jubilera, pewnie nie najlepiej, nie wiemy, czy cierpiał z powodu zawiedzionej miłości, kiedy opuściła go żona, czy może tylko była to plama na męskim honorze. Dla niej być może lepiej - rozwinęła skrzydła, nie była już tylko żoną przy mężu, zainteresowała się fotografią, miała kolekcję jego prac.

Tragicznie skończyła się znajomość z Witkacym dla jego pierwszej narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej. Zafascynowana artystą, którego poznała w zakopiańskim pensjonacie prowadzonym przez jego matkę, przyjmuje jego oświadczyny. Nie wie jeszcze, że jest skłonny do stanów depresyjnych, wybuchów gniewu, zazdrości. Potem wielokrotnie rozstają się i schodzą, cierpią oboje. Aż w końcu, kiedy Witkacy zadręcza narzeczoną podejrzeniami o romans z Karolem Szymanowskim, po kłótni zdesperowana Jadwiga bierze dorożkę, jedzie do Doliny Kościeliskiej i strzela do siebie. Być może była wtedy w ciąży, być może jedną z przyczyn kłótni było dziecko, którego Witkacy nie chciał. To sfera domysłów wysnutych z jednej z jego powieści, "Pożegnania jesieni". Zakopane huczy od plotek, a Witkacy cierpi, bierze winę na siebie, a samobójcza śmierć narzeczonej będzie do niego wracała wielokrotnie.

Drugą tragiczną kochanką jest Czesława Oknińska-Korzeniowska, jego ostatnia miłość, ostatni romans. Też zwyczajna kobieta, której życie niczym by się pewnie nie wyróżniło, gdyby nie spotkanie z Witkacym. To z nią we wrześniu 1939 roku wyruszył w swoją ostatnią podróż, uciekając przed wojną. To razem z nią postanowił się zabić na wieść o wkroczeniu Rosjan na wschodnie tereny Polski. Ona przeżyła, on odebrał sobie życie skutecznie. Nie trzeba mówić, jaki wpływ wywarła na nią ta tragiczna historia. Dawała temu świadectwo wielokrotnie. A przecież i wcześniej ich związek, który trwał kilka lat, był bardzo burzliwy. Rozchodzili się i schodzili. Ona nie mogła wybaczyć mu zdrady z narzeczoną fryzjera. Tak, zdradzał ją, bo Witkacy potrafił się wiązać z kilkoma kobietami naraz i równie silnie przeżywać uczucia do każdej z nich. Liczyła też, że rozwiedzie się z żoną i wezmą ślub. On cierpiał, kiedy z nim zrywała. Prosił nawet żonę o wstawiennictwo!

No właśnie, żona. Nie sposób tu o niej nie wspomnieć. Pobrali się w roku 1923, kiedy ona dobiegała trzydziestki, a on czterdziestki. Szybko przyjęła jego oświadczyny. Była panną z dobrego domu, ale bez majątku. Małżeństwo raczej z rozsądku, okazało się bardzo trwałe, burzliwe, a ich związek najsilniejszy ze wszystkich jego związków. Szybko zamieszkali osobno, ona w Warszawie na ulicy Brackiej, on w Zakopanem. Oczywiście widywali się, ale przede wszystkim prowadzili bogatą korespondencję. Była jego powierniczką, przyjaciółką, to jej zwierzał się ze swoich cierpień, nieszczęśliwych romansów, kłopotów z kobietami. To bez niej nie mógł żyć. Kiedy kilkakrotnie go porzucała, co oznaczało, że nie mógł przyjeżdżać na Bracką, cierpiał. A ona? Jak znosiła jego romanse? Czy odpowiadała jej taka rola, jaką wyznaczył jej w swoim życiu? Historia Niny jest szkieletem tej książki. Zaczyna się od niej i na niej kończy. Jest obecna niemal cały czas. Albo w pisanych do niej listach, albo w jej wspomnieniach, które wydała po wojnie, albo w poświęconych tylko jej rozdziałach. Nie od razu pogodziła się z tym, że jej mąż nie potrafi być monogamistą, że zakochuje się z wielką łatwością, że afery miłosne to istotna część jego życia. Początkowo próbowała walczyć, obarczała winą swoją oziębłość, potem kilkakrotnie odsuwała go od siebie. Jednak żyła z nim do końca, była powiernicą, przyjaciółką, sama miewała kochanków. To ona dbała o jego spuściznę. Szczególnie literacką. Na pewno postać tragiczna.

Ale książka Małgorzaty Czyńskiej to także opowieść o Witkacym. O tym jak reżyserował swoje życie, jaki był, jak wpływał na innych, o jego twórczości.

Ciekawa lektura, czyta się niemal jednym tchem. Zmusza do zastanowienia się, jak niejednoznaczne bywają ludzkie wybory, pozwala skonfrontować się z nimi. Czasem aż korci, aby krzyknąć - kobieto, co robisz? - chociaż to krzyk poniewczasie. Czy mamy prawo je oceniać? Czy potrafimy je zrozumieć? Tak naprawdę wiedzieć, co czuły? 

Popularne posty