"Ojciec"

Kiedy zdecydowałam się wybrać do kina na bułgarski film "Ojciec", nie miałam pojęcia, że jego reżyserką jest Kristina Grozeva, która nakręciła znakomitą "Lekcję". Chociaż jej najnowszy film nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia, to jednak obejrzałam go z przyjemnością. To kameralna historia opowiadająca o relacji ojca i syna, którzy spotykają się na pogrzebie żony i matki. Trochę takie znacie to posłuchajcie opowiedziane nieco melancholijnie, nieco śmiesznie. Opowieść o tym, jak nieoczekiwane zdarzenia odrywają człowieka od spraw, które są dla niego ważne. Drażnią i irytują, bo zabierają czas i energię, każą się zatrzymać, zweryfikować priorytety, pomyśleć. I jeszcze o tym, jak zatajenie prawdy, nawet ze szlachetnych pobudek, komplikuje życie - jedno kłamstwo pociąga kolejne, rozbudza wyobraźnię, prowadzi do nieporozumień. No i wreszcie, o czym wspominałam, o relacjach pomiędzy ojcem i synem. 


Możemy się domyślać, że Pavel nie spodziewał się śmierci matki, jak zresztą nikt z rodziny. Jest pewien, że przyjedzie na pogrzeb i szybko wróci do Sofii do swoich zawodowych, pilnych, zobowiązań, i do żony, która źle znosi ciążę. Tymczasem troska o ojca zatrzymuje go na wsi i wpędza obu w niezłe tarapaty. Ojciec irytuje go swoim nieracjonalnym zachowaniem, gadulstwem, ale jednocześnie budzi poczucie obowiązku. Jakby nagle, kiedy zabrakło matki, dostrzegł jego starczą kruchość i bezbronność. W tle są jakieś zadawnione konflikty, żale i pretensje. Domyślamy się, że syn ma za złe ojcu jego postawę - kreował się na dysydenta, kiedy naprawdę wiele zawdzięczał koneksjom swojego ojca-komunisty. Ale Pavel też kłamie - nie powiedział żonie prawdy i musi wymyślać kolejne nieprawdziwe powody, żeby wytłumaczyć się, dlaczego nie wraca. W tle może pojawić się pytanie - czy to tylko ten raz z troski o żonę? 


Bohater cały czas rozdarty jest pomiędzy telefonami od współpracowników, którzy bombardują go pilnymi sprawami, i od żony, która się niecierpliwi i marzy o domowym dżemie z pigwy, a poczuciem obowiązku wobec ojca. Da się tu wyczuć ten nerwowy nastrój, pośpiech, zniecierpliwienie, bo ma na głowie co innego i jak najszybciej chce się wyrwać do swojego życia. Tymczasem ta nowa rzeczywistość wsysa go niczym bagno. 

Z takiej opowieści można zrobić rodzinną psychodramę, ale reżyserka wybrała inną drogę. Historia jest ciepła i zabawna, bo Pavel i jego ojciec wpadają w coraz bardziej absurdalne tarapaty. Sporo tu różnych obyczajowych obserwacji, barwnych epizodycznych postaci, śmiesznych sytuacji. Przyjemny drobiazg obsypany nagrodami na kilku festiwalach.

Elena Ferrante "Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska", "Historia ucieczki", "Historia zaginionej dziewczynki" (II)

Dziś druga część refleksji po lekturze neapolitańskiej tetralogii Eleny Ferrante. (tom I Sonia Draga 2014; przełożyła Alina Pawłowska-Zampino, pozostałe 2015-2016; przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór) Tydzień temu pisałam, co w jej powieściach mnie irytowało, a w tej notce zgodnie z tym, co zapowiadałam, będzie o tym, co mi się podobało. A wbrew pozorom nie jest tego mało. 

Przede wszystkim tło społeczne, polityczne i obyczajowe. Bohaterowie powieści pochodzą z ubogiej dzielnicy Neapolu, która jest dla nich całym światem. Spacer po centrum miasta czy nad morze to wyprawa niemal jak za granicę.  Dla małej Lenucii i Lili pierwsza taka samodzielna próba kończy się niepowodzeniem. Niektórzy nigdy nie przekroczą tej granicy. Zresztą czują, że odstają od eleganckich mieszkańców dobrych dzielnic. Tłoczą się w ciasnych mieszkaniach, w starych kamienicach, ciężko harują, są inaczej ubrani, inaczej mówią, najczęściej kończą edukację na szkole podstawowej, dziewczyny wychodzą za mąż bardzo wcześnie. To świat, w którym obowiązuje ścisła hierarchia. W domach rządzą mężczyźni, przemoc wobec kobiet i wobec dzieci jest powszechna. Nawet dorosła, wykształcona Lenucia potrafi uderzyć swoje córki w twarz w chwilach zdenerwowania. W dzielnicy są oczywiście równi i równiejsi. Rządzą lokalni bogacze powiązani z mafią. Trudno im się przeciwstawić. Kto chce jakoś żyć, kto marzy o odrobinę lepszej egzystencji, musi wisieć u ich klamki. Przemoc w dzielnicy, nie tylko w czterech ścianach mieszkania, też jest codziennością - nawet morderstwa nie są rzadkością. Do tego dochodzi polityka. Starcie faszystów z komunistami i związkowcami, o czym więcej za chwilę. 

Z takiego miejsca wywodzi się Lenucia, dla której z jednej strony to dziedzictwo będzie garbem, z drugiej stanie się inspiracją dla jej twórczości. Wychodząc poza dzielnicę, mozolnie zdobywając wykształcenie, odczuje wielokrotnie swoją gorszość w zetknięciu z ludźmi wykształconymi. Historia jej trudnej drogi jest bardzo interesująca. Od takich drobiazgów jak sposób uczenia się, przyjmowania rozmaitych strategii, aby wydać się mądrzejszą, bardziej obytą, nieustanna walka ze zniechęceniem, poczucie, że jest się tą gorszą pod każdym względem, nawet ubioru czy wyglądu, po osiągnięcie sukcesu, załamanie kariery i letarg, a wreszcie wejście na szczyt. Równie ciekawe jest jej życie osobiste. Podporządkowanie mężczyznom, szaleńcze miłości, małżeństwo, w którym nie wytrzymałabym ani chwili, mozolne próby wybijania się na niezależność, najpierw od męża, potem od kochanka. Mówimy o latach, kiedy rozwód czy separacja były czymś niezwykłym, a w środowisku, z którego się wywodziła, wywoływały oburzenie. W dzielnicy można było bezkarnie żonę bić i zdradzać, ale odejście od męża było nie do pomyślenia. Dla Lenucii małżeństwo stanie się pułapką, z której nie bardzo wie, jak się wydostać. Wreszcie jej relacja z córkami - balansowanie na granicy. Lenucia potrafi, chociaż z bólem, poświęcić je nie tylko dla kariery, ale także dla swojej wielkiej miłości. Może nie tyle poświęcić, ile postawić na drugim planie, bo przecież nie porzuca ich na zawsze. Kiedy pisałam o wadach powieści Ferrante, wspominałam, że Lenicia była dla mnie bohaterką żywą w przeciwieństwie do Lili. Dlatego podziwiałam ją, współczułam jej albo irytowałam się jej wyborami. Szczególnie drażniła mnie jej uległość wobec mężczyzn. I o ile rozumiem, jak trudno było w tamtych czasach wyjść z małżeństwa i dlatego jestem gotowa usprawiedliwić to, że tak bardzo zatraciła siebie, o tyle jej ślepe brnięcie w romans z Ninem, miłością od czasów szkolnych, strasznie mnie irytowało. Miałam ochotę krzyczeć: Kobieto, nie bądź ślepa, nie daj się znowu zdominować! Cóż, dziś łatwo mi się tak myśli, ale różnie bywało, więc wymądrzam się mądra po szkodzie, ale przecież w gruncie rzeczy doskonale rozumiem, że można się aż tak zatracić. 

Dla mnie niezwykle interesujące było też tło polityczne. Konflikty między faszystami, a komunistami, zamachy, przemoc, czasy ołowiu, rok 1968 na uczelniach, anarchia, dyskusje światopoglądowe, budzenie się świadomości feministycznej. Niestety konwencja sagi sprawia, że te wątki nie wybrzmiewają dostatecznie mocno. Na pierwszy plan wysuwają się problemy osobiste bohaterek. Z tego jednak nie czynię zarzutu, bo taka jest natura tego gatunku. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie te fragmenty, kiedy Lenucia odwiedza Lilę, która pracuje w zakładach mięsnych. Opis harówy zatrudnionych tam ludzi, opis tego upiornego miejsca wydał mi się jedną z lepszych partii powieści. Do złudzenia przypomina podobne fragmenty z "Ludzi bezdomnych" Żeromskiego, których sobie całkiem niedawno odświeżyłam. (Niestety nie napisałam, ale lekturę polecam, chociaż nie łudzę się, bo kto dziś czyta Żeromskiego.) Opowieść o tym, jak doktor Judym odwiedza w fabryce swoją szwagierkę, robi takie samo przygnębiające wrażenie. Kłania się też "Ziemia obiecana" Reymonta. Niewiele się zmieniło, mimo że dzieli te historie szmat czasu. Ciekawe, jak takie miejsca wyglądają dzisiaj. Pewnie tylko trochę mniej upiornie. Z tym fragmentem łączy się bardzo interesujący wątek walki o przestrzeganie prawa pracy, o poprawę doli pracowników, o to, aby byli traktowani jak ludzie. Pracują nie tylko w koszmarnych warunkach, niewiele zarabiając, ale poddani są mobbingowi, a kobiety wykorzystywane są seksualnie przez właściciela zakładu. Jak z tym walczyć, skoro za właścicielem stoją bojówki faszystowskie? Konflikt pomiędzy związkowcami, a lewicowymi studentami z dobrych domów, którzy w tę walkę się angażują, jest bardzo ciekawy. Pytanie, na ile rzeczywiście mogą pomóc, na ile są w stanie zrozumieć robotników, nie dzieląc ich losu, a na ile to dla nich pięknoduchowska zabawa? Czy mogą coś zrobić wbrew woli samych robotników? Studenci się znudzą albo wrócą do swoich zamożnych domów, a robotnicy zostaną w swoim zakładzie. Czy nagłośnienie sprawy w prasie pomoże, czy zaszkodzi? Wszystko komplikuje powszechna korupcja - inspektor pracy siedzi w kieszeni właściciela. A przecież nie można tym studentom odmówić szlachetnych intencji i poświęcenia. Często sami padają ofiarami faszystowskich bojówek. Warto, czytając powieść, sięgnąć do historii Włoch, aby lepiej zrozumieć tło polityczne i społeczne. Ja odsłuchałam sobie ponownie kilka podcastów z radia TOK FM - rozmów z italianistą Piotrem Podemskim, którego bardzo lubię słuchać. 

Konkluzja - w żadnym wypadku nie żałuję lektury, chociaż nie podzielam bezkrytycznych zachwytów. Postawiłabym te powieści na półce z ambitną literaturą popularną. 

Elena Ferrante "Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska", "Historia ucieczki", "Historia zaginionej dziewczynki" (I)"

Być może, czytelniku tej notki, wyda ci się dziwne, że dopiero teraz przeczytałam powieści Eleny Ferrante z cyklu neapolitańskiego. (Od razu spieszę wyjaśnić, że to moje pierwsze spotkanie z włoską pisarką.) Przecież nie sposób, aby nałogowy czytelnik nie słyszał wcześniej o "Genialnej przyjaciółce"(Sonia Draga 2014; przełożyła Alina Pawłowska-Zampino) i trzech kolejnych tomach cyklu (Sonia Draga 2015-2016; przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór). Słyszałam, słyszałam, wrzawa była wielka, recenzje pochwalne, a atmosferę podgrzewał jeszcze fakt, że Elena Ferrante to osoba tajemnicza, nie uczestniczy w życiu publicznym, nie udziela wywiadów, nie bardzo wiadomo, kim naprawdę jest. Jakoś jednak oparłam się temu szałowi, ale nazwisko pisarki  pozostało gorące, zaczęły pojawiać się jej inne powieści i dlatego w końcu postanowiłam spróbować. Właściwie chciałam najpierw przeczytać powieść, która w Polsce ukazał się jako ostatnia. Chodzi oczywiście o "Czas porzucenia". Zamierzałam przekonać się, czy warto ewentualnie wchodzić w lekturę najgłośniejszych książek Ferrante, czyli tetralogii neapolitańskiej, ale kiedy okazało się, że właśnie na nią jest promocja, zdecydowałam, że od razu rzucę się na głęboką wodę. Wahając się jeszcze, zaczęłam szperać w internecie i ze zdumieniem stwierdziłam, że odbiór tych powieści wcale nie był, jak mi się wydawało, jednoznacznie pochwalny. Były też głosy krytyczne. Tym bardziej podbechtało to moją ciekawość. 

Czytało się znakomicie. Lektura całości przetykana innymi książkami (po każdym tomie robiłam sobie krótką przerwę na coś innego) zajęła mi trochę ponad miesiąc, a przecież w tym czasie pracowałam (zdalnie niestety). Mogę powiedzieć, że stało się to rodzajem nałogu, a może rytuału, tym bardziej, że trwał lockdown. Na szczęście nie dotknął mnie syndrom odstawienia. To wszystko jednak nie oznacza, że pozostałam bezkrytyczna. Nie mogę stwierdzić, że zaliczam się do apologetów neapolitańskiego czteroksięgu. Ba, nie mam potrzeby sięgania po inne powieści Ferrante. A już twierdzenie, jakie od czasu do czasu da się słyszeć, że to kandydatka do Nobla, uważam za nieporozumienie. Bez przesady! I nie tylko dlatego, że moi ukochani pisarze Amos Oz i Philip Roth Nobla nie dostali i już niestety nie dostaną. Ale nie mogę też stwierdzić, że całość mi się nie podobała, że to czas stracony. A więc do rzeczy. Za co doceniam ten powieściowy cykl, a co mnie w nim drażniło, czego zabrakło, co się nie podobało? Ponieważ wpis zrobił się bardzo długi, postanowiłam podzielić go na dwie części. Dziś będę marudzić, za tydzień chwalić.

Przede wszystkim nie jest to książka wielka literacko. Styl, język są doskonale przezroczyste. Mówienie, że autorka wskrzesza wielką dziewiętnastowieczną powieść, a takie głosy słyszałam, jest grubą przesadą. Ferrante skupia się głównie na zdarzeniach i życiu wewnętrznym bohaterek, niemal zupełnie zaniedbując opisy miejsc, co w powieści dziewiętnastowiecznej było normą. A przecież miasto, Neapol, jest  jednym z bohaterów. Informacje o przestrzeni są dość powierzchowne, ograniczają się raczej do topografii, nie budują nastroju. Trudno mi sobie jakoś dokładniej wyobrazić opisywane miejsca. O kunszcie językowym w ogóle nie ma co mówić. Najbardziej raziła mnie kwestia dialektu, którego autorka zupełnie nie próbowała oddać (Chyba że to wina tłumaczek? Nie przypuszczam.), a który, jak zorientowałam się w trakcie lektury, jest kwestią podstawową. To przecież język konstytuuje bohaterów. Mówią dialektem neapolitańskim od urodzenia, bo przyszli na świat i wychowali się w ubogim środowisku, w ubogiej dzielnicy. Włoski literacki poznają w szkole, jest to język ich aspiracji. Dla większości na zawsze zostanie czymś sztucznym. Nawet Lenucia, jedna z dwóch głównych bohaterek, która wyrwała się z dzielnicy, zdobyła wykształcenie, została pisarką, w chwilach zdenerwowania używa  dialektu. Kiedy ma kogoś zwyzywać, kiedy jest wściekła, wraca do swojego pierwszego języka, nawet w kontaktach z mężem, profesorem pochodzącym z mediolańskich intelektualnych elit. Początkowo bardzo drażniły mnie informacje narratora, że ktoś powiedział coś w dialekcie albo użył dialektalnego przekleństwa, potem przywykłam, ale uważam to za poważny brak. Przypomina to częstą praktykę kina amerykańskiego, kiedy w filmie, którego akcja rozgrywa się powiedzmy w Niemczech, bohaterowie mówią po angielsku. Zdarzało mi się z takiego powodu nie pójść do kina! Właściwie dopiero teraz, pisząc te słowa, uświadomiłam sobie, że w powieści nie pada chyba żadne grube słowo, a że przekleństwa są chlebem codziennym w dzielnicy, czytelnik jest dość często informowany. Przecież jedna z dwóch głównych bohaterek, Lila, przyjaciółka Lenucii, kiedy się nie stara albo kiedy prowokuje, mówi językiem prostackim, klnie jak szewc, o czym za każdym razem informuje czytelnika narrator. Niestety w  dialogach przekleństw brak!

Co jeszcze mnie drażniło? Dłużyzny. Niestraszne mi grubaśne powieści, przeciwnie, lubię zanurzyć się w jakąś opowieść, w wykreowany świat, żyć życiem bohaterów, ale tym razem miewałam uczucie przesytu. Ciągnące się niemiłosiernie zdarzenia, analizowanie do przesady stanów ducha bohaterek czasami, powtarzam czasami, nużyło, chociaż nie przeszkadzało w szybkiej lekturze.

I wreszcie pretensja trzecia. Bardzo irytowała mnie konstrukcja jednej z dwóch głównych bohaterek, Lili. Przyznasz, czytelniku tej notki, że to sprawa poważna, jeśli kwestionuje się sposób wymyślenia tak istotnej dla książki postaci - wszak tytuł "Genialna przyjaciółka" brzmi dwuznacznie, może odnosić się do jednej i drugiej bohaterki. Lenucia jest genialna, bo wyrwała się z dzielnicy, zdobyła wykształcenie, została pisarką, ale to Lila jest prawdziwym geniuszem, mimo że edukację zakończyła na szkole podstawowej. I w tym tkwi szkopuł. Lila wydała mi się postacią wydumaną, nieprawdziwą. We wszystkim, czego się tknie, jest doskonała. Nawet jej wady, jej odpychające zachowanie, charakter, są w jakiejś mierze zaletami. Z góry wiadomo, że jeśli zechce coś osiągnąć, to osiągnie. Jeśli przegrywa to dlatego, że jej nie zależy. Skończyła tylko szkołę podstawową, ale jak ma ochotę, to czyta nawet trudne, ambitne książki, poprawia teksty pisane przez Lenucię, natychmiast skupia na sobie uwagę wszystkich, nawet ludzi wykształconych, przy niej bledną inni. To w niej kochają się na zabój mężczyźni, to ona jest punktem odniesienia i autorytetem  dla mieszkańców dzielnicy, nawet dla tych, którzy jej nie lubią albo się jej boją, to wokół niej tańczą bracia Solarowie, rządzący dzielnicą, to o nią troszczą się przyjaciele. Z tych wszystkich powodów ginie gdzieś złożoność tej postaci, jej tragedie, depresje, a może nawet choroba psychiczna. Niby to wszystko jest, ale sprawia wrażenie wykoncypowanego. Wiem, ale nie współodczuwam z bohaterką. Wiem, że jest postacią tragiczną, rozdartą, ale nie umiem wejść w jej tragedię. Nie umiem jej współczuć, irytować się jej wyborami, podziwiać. Jest literackim konstruktem, nie kobietą z krwi i kości. Zupełnie inaczej rzecz się ma z drugą główną bohaterką, Lenucią, która jest postacią żywą. Ale o tym za tydzień, kiedy napiszę, co mi się w tetralogii neapolitańskiej podobało.

Edouard Louis "Historia przemocy"

Rzadko się zdarza, abym niemal od razu po przeczytaniu jakiejś książki sięgała po kolejny tytuł tego samego autora. Tak się stało w wypadku francuskiego pisarza Edouarda Louisa. Niedawno skończyłam "Koniec z Eddym" i niemal natychmiast zabrałam się za "Historię przemocy" (Pauza 2018; przełożyła Joanna Polachowska). Bardzo się cieszę, że obie pozycje przeczytałam w  chronologicznej kolejności, a nie w takiej, jak ukazały się w Polsce. Dlaczego? Bo Edouard Louis to pisarz, który opowiada o sobie, czerpie ze swojego życia i nadaje tym autobiograficznym opowieściom wymiar uniwersalny, pokazując pewne szersze problemy i zjawiska. W pierwszej książce pisał o dzieciństwie spędzonym w małej miejscowości w Pikardii i o swojej rodzinie, a szerzej o środowisku, a właściwie o klasie, w której się wychował. Opowiadał o wykluczeniu, dziedziczeniu biedy, postaw życiowych i losu. W swojej drugiej książce, w której zajmuje się przemocą, wielokrotnie nawiązuje do tamtych opowieści i zagadnień. Oczywiście można oba tytuły czytać w oderwaniu od siebie. 

"Historia przemocy" to rzecz jeszcze bardziej przykra niż "Koniec z Eddym". Autor opowiada o swoim własnym doświadczeniu przemocy - gwałcie i próbie morderstwa. Wszystko wydarzyło się w wigilijną noc, kiedy wracał z kolacji od przyjaciół. Najpierw spędził miłą noc z przygodnie poznanym mężczyzną, Redą, który potem zgwałcił go i próbował udusić. Czy chciał zabić, czy działał w afekcie, nie ma większego znaczenia. Dlaczego to zrobił? Przez moment zastanawiałam się, czy wyjaśniając motywy, nie będę spojlerować, ale w wypadku prozy Louisa to nie ma znaczenia, wobec tego napiszę - bo został przyłapany na kradzieży i to go tak rozwścieczyło. A wspominam o tym, bo ten aspekt wydaje mi się bardzo ważny, o czym za chwilę.

Autor szczegółowo opowiada o tym, co go spotkało i co nastąpiło potem. Przeprowadza drobiazgową wiwisekcję swojej historii i przygląda się kilku jej aspektom. Każdy z nich jest dla niego istotny, a kolejność, w jakiej będę o nich pisać, nie ma żadnego znaczenia. 

A więc po pierwsze zachowanie i trauma ofiary. Ten aspekt jest pewnie najbardziej rozpoznany. Edouard Louis opowiada  drobiazgowo, niemal krok po kroku o tym, co myślał i co czuł w czasie, kiedy Reda dusił go i gwałcił. Z perspektywy czasu stara się zrozumieć swoją bierność i uległość, swoje reakcje. Pisze też o tym, jak to zdarzenie zmieniło jego życie - jak zaczął nim rządzić lęk, jak przez wiele miesięcy nie był zdolny do podjęcia jakiejkolwiek sensownej aktywności i trwał w letargu. Pisze o wszystkich dodatkowych cierpieniach, z którymi zmaga się ofiara, jeśli musi skorzystać z usług służby zdrowia i jeśli zdecyduje się zgłosić sprawę na policję. To syndrom opisany wielokrotnie - kiedy wpada w machinę wymiaru sprawiedliwości, zmuszona zostaje do wielokrotnego przeżywania swojej tragedii. Nawet jeśli policjanci, lekarze, a potem, gdy dojdzie do procesu, adwokaci, prokuratorzy i sędziowie będą najdelikatniejsi, to i tak wielokrotne opowiadanie o gwałcie dokłada ofierze cierpień. Do tego dochodzi mierzenie się ze wstydem. Trauma będzie jeszcze większa, jeśli wymienionym przed chwilą osobom zabraknie empatii, wrażliwości i delikatności. To między innymi dlatego wiele osób nie zgłasza gwałtów na policję.  Bohater książki również nie chciał tego zrobić, w końcu został przekonany przez przyjaciół. Nie chodzi o zemstę, ale o to, aby ustrzec innych. Na koniec tego akapitu chciałabym polecić reportaż amerykańskiego dziennikarza  Jona Krakauera "Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim", w którym autor przygląda się tym samym mechanizmom, analizując gwałty na studentkach miejscowego uniwersytetu. Chociaż książka przez swą drobiazgowość bywa nużąca, to jest bardzo ważna, pozwala wiele zrozumieć - bierność, czasem dziwne, z perspektywy obserwatora, zachowanie ofiar, powody bezkarności gwałcicieli i fenomen, dlaczego opinia publiczna bardzo często broni ich, bagatelizuje ich winę i jednocześnie zrzuca ją na pokrzywdzoną. Już po lekturze "Missouli"  kilkakrotnie zdarzyło mi się czytać artykuły o sprawach zgwałconych kobiet  i za każdym razem odnajdowałam opisane w książce mechanizmy.

Kolejny aspekt sprawy, który interesuje autora, to opowieść o przemocy. Edouard Louis przyglądając się swojej historii, zastosował pewien zabieg. Cały czas konfrontuje swoją opowieść z opowieścią siostry, która relacjonuje wszystko mężowi. Oczywiście obie są różne. I nie chodzi o rozbieżność faktów, ale o sposób ich widzenia i interpretację. I tak bohater, decydując się na opowiedzenie o tym, co się zdarzyło, traci swoją historię. Powstaje tyle jej wersji, ilu słuchaczy, a właściwie ilu opowiadaczy. Paradoks polega na tym, że od razu czuje potrzebę mówienia. Od chwili, kiedy pojawił się w szpitalu, jest gotów zwierzyć się z tego, co go spotkało, niemal każdej napotkanej osobie. Przyznam, że akurat ten aspekt sprawy wydał mi się najmniej interesujący. Wiem jednak z kilku wywiadów, jakie przeczytałam i jakich wysłuchałam, że bardzo ważny był dla autora.

I wreszcie ostatni problem, jaki porusza Edouard Louis. Dla mnie najważniejszy i najciekawszy, bardzo silnie związany z jego biografią i z zagadnieniami poruszanymi w poprzedniej książce. Tu muszę wrócić do tego, o czym już wspominałam - dlaczego nie chciał się zgłosić na policję. Jeden z powodów podałam, ale był i drugi, a nawet trzeci. Otóż w historii Redy mógł przejrzeć się jak w lustrze. Kim był jego kochanek, który zamienił się w kata? Prostym człowiekiem, hydraulikiem, utrzymującym się z dorywczych prac. Ich historia była w pewnym sensie podobna. Autor przypomina sobie swoje dzieciństwo, kradzieże, jakich dokonywał razem z kumplami. Gdyby nie wyrwał się ze środowiska, w jakim dorastał, sam mógłby skończyć w więzieniu jak wielu jego krewnych i znajomych. Miałby pewnie na sumieniu szereg drobniejszych i nieco poważniejszych wykroczeń. Reda zamierzał tylko ukraść i gdyby nie upór narratora, który za wszelką cenę chciał odzyskać ipad, bo były tam zdjęcia, na których mu zależało, prawdopodobnie do niczego więcej by nie doszło. Oczywiście to nie usprawiedliwia jego czynu. Ale jest jeszcze jedna strona tej historii. Otóż los Redy był jeszcze gorszy od potencjalnego losu autora. Bo Reda naznaczony został nie tylko klasą, z jakiej się wywodził, ale miejscem urodzenia swoich rodziców. Był Kabylem, których najczęściej myli się z Arabami, i imigrantem. Narrator wiedział, że zgłaszając tę historię na policję, będzie musiał się zmierzyć z uprzedzeniami i stereotypami. I tak rzeczywiście było, policjanci tak właśnie patrzyli na Redę. Mało tego, musiał skonfrontować się z własnymi uprzedzeniami. Bo część spadku, jaki dostał od swojego środowiska, to rasizm. Imigrantami, a szczególnie muzułmanami, straszony był przez ojca od dziecka. Trauma wywołała lęk, który szczególnie nasilał się, kiedy obok niego znalazł się mężczyzna o śniadej skórze. I chociaż wie, że ulega stereotypom, nic nie może poradzić na swój strach. Rozum jedno, emocje drugie. Z tym wszystkim wiąże się jeszcze zagadnienie poprawności politycznej. Bo czy należało nie zgłaszać przestępstwa tylko dlatego, że Reda był imigrantem z krajów Maghrebu? Oczywiście zło jest złem niezależnie od tego, kto jest jego sprawcą. Trudno się jednak dziwić, że narrator, który ma za sobą taką drogę, jest bardzo wyczulony na te problemy. Tu oczywiście moglibyśmy wkroczyć w cały splot zagadnień, które stały się znowu niezwykle aktualne za sprawą śmierci Georga Floyda, ale nie o tym jest ta notka.

"Żegnaj, mój synu"

Na ten film czekałam od dawna. Po raz pierwszy usłyszałam o nim od bliskiej mi osoby mieszkającej w Londynie. Zwykle jest odwrotnie, to ja wcześniej mam możliwość obejrzenia w kinie filmów niszowych. Przestałam się już dziwić, że tam docierają później. W czasie najostrzejszej fazy lockdownu pojawił się na jakiejś platformie filmowej i nawet zastanawiałam się, czy się nie złamać i nie obejrzeć, na szczęście wytrwałam i doczekałam się - od ponad tygodnia chiński obraz "Żegnaj, mój synu" jest w kinach! Koniecznie należy go obejrzeć. Świetny, mądry, wzruszający film, ale nieckliwy. To przykład jak udanie łączyć kino epickie z kameralnym. Wspominam o tym, bo tydzień temu pisałam o niemieckich "Obrazach bez autora" - tam ta sztuka zupełnie się nie udała. Tymczasem w tym wypadku jak najbardziej.


Akcja filmu obejmuje trzy dekady. Zaczyna się w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, kończy w czasie, kiedy Chiny przeżywają gospodarczy boom, zmieniają się obyczaje, zmieniają się miasta, króluje najgorsza postać kapitalizmu. Kto się interesuje światem, a szczególnie Chinami, wie, o czym piszę. Kiedy para głównych bohaterów po latach przyjeżdża z wizytą do miejscowości, w której niegdyś mieszkała i pracowała, nie poznaje jej. Wszystko wygląda inaczej. Miasto zmieniło się w metropolię z szerokopasmowymi drogami, wieżowcami, centrami handlowymi. Stare zniknęło i znika. Burzy się, aby na to miejsce postawić nowe. Coś jednak zostaje, wasz stary hotel robotniczy ocalał - mówi siostra głównego bohatera, usprawiedliwiając i aprobując zmiany. Ona szczęśliwie należy do tych, którzy na nich korzystają. To punkt dojścia, a punkt wyjścia? Lata osiemdziesiąte. Już po rewolucji kulturalnej, która, jak się domyślamy, zmieniła życie głównych bohaterów i stała się ich pokoleniowym doświadczeniem. Mieszkanie w ciasnych pokoikach hotelu robotniczego, praca w fabryce. Przenikająca życie ideologia. Za słuchanie zachodniej muzyki, za zachodni strój, za beztroską zabawę w czterech ścianach własnego pokoju można trafić do więzienia. Wszystko jest nadal kolektywne. Zabawa też. Czego można słuchać, jak się ubierać, o tym decyduje partia. Wprawdzie nie obowiązują już mundurki z epoki Mao, ale do całkowitej swobody stroju jeszcze daleko. No i jeszcze jeden problem tamtych czasów - polityka jednego dziecka. To ona jest osią filmu. Włos się jeży na głowie. Oglądając film, po raz kolejny uświadomiłam sobie banalna prawdę - jeśli ideologia zaczyna się mieszać do tej najintymniejszej sfery życia człowieka, wynikają z tego tylko tragedie. Żeby zrozumieć, jak w praktyce była realizowana polityka jednego dziecka, warto przeczytać powieść noblisty Mo Yana "Żaby", która właśnie o tym w nieco groteskowy, ale przerażający sposób opowiada.  

Ale tamten świat miał nie tylko cienie, były i blaski. Bardzo bliskie więzi międzyludzkie. Robotnicy nie byli już potulni - potrafili gwałtownie protestować przeciwko zwolnieniom w fabryce. 


Tło historyczne i społeczne jest w filmie ważne, ale na tyle dyskretnie pokazane, że nie dominuje nad historią jednostkową. Być może jest to zasługą decyzji twórców, że opowieść będzie rozgrywana na kilku planach czasowych. Akcja niespiesznie posuwa się do przodu, ale jest stale rozbijana retrospekcjami, dlatego nie mamy poczucia, że oglądamy historyczny bryk, przebieżkę przez dekady. Tu dygresja - kiedy po latach ponownie obejrzałam kinową wersję "Nocy i dni" Antczaka, ze zdumieniem stwierdziłam, że ten film rzeczywiście został zrobiony znakomicie. Retrospekcja okazała się kluczem do ekranizacji, powstało zwarte dzieło, a nie po bożemu, ale nudno, przeniesiona na ekran powieść, która potem staje się brykiem dla uczniów. Ten film brykiem być w żadnym wypadku nie mógł.   


Wracam do "Żegnaj, mój synu". Jak wspominałam, na pierwszym planie są ludzkie dramaty. To historia małżeństwa Yaojun i Liyun - ich życie niszczy śmierć jedynego syna, który nieszczęśliwie ginie. Ta tragedia dotyka także parę ich najlepszych przyjaciół i ich syna. Dlaczego? W jaki sposób? Jak się ma do tego polityka jednego dziecka? Tego zdradzić nie mogę. I właśnie o problemie straty, próbie budowania życia na nowo, gmatwaninie uczuć, trudnych wyborach opowiada ten film. A robi to w sposób bardzo subtelny i dojmujący. Inaczej niż w "Obrazach bez autora" bohaterowie są tu zniuansowani, ich postawy i wybory niejednoznaczne. I inaczej niż w tamtym filmie ta opowieść dotyka, boli, wzrusza, nie jest gładka i prosta. Yaojun i Liyun nie potrafią się podźwignąć po stracie syna. Mimo że spróbowali zacząć wszystko na nowo, spróbowali zalepić ranę, w czym między innymi ma pomagać codzienna rutyna, to naprawdę trwają w letargu. Jak mówi Yaojun, czekają tylko na starość. Ich życie przeniknięte jest głębokim smutkiem.

Nie wszystko znajdzie swój szczęśliwy koniec, a do pojednania i pogodzenia się ze stratą prowadzi droga długa, bolesna i najeżona błędami, które tak łatwo popełnić, kiedy rany są niezabliźnione. To proces, któremu czasem pomaga jakiś impuls, jakieś nagłe zdarzenie. Mądry, przejmujący film mimo wszystko niosący ukojenie. Nie da się zapomnieć o tragedii, ale da się zbudować życie na nowo, chociaż może to trwać latami.

Mihail Sebastian "Od dwóch tysięcy lat"

Powody, dla których sięgnęłam po powieść Mihaila Sebastiana "Od dwóch tysięcy lat" (Książkowe Klimaty 2020; przełożył Dominik Małecki) są dwa. Pierwszy - staram się być na bieżąco z literaturami niszowymi, także rumuńską, co oczywiście nie oznacza, że czytam wszystko. Drugim jest autor, o którym usłyszałam kilka lat temu przy okazji innej rumuńskiej powieści, "Powrotu chuligana" Normana Manei. Jej tytuł nawiązuje do eseju Mihaila Sebastiana "Jak zostałem chuliganem". To wtedy pierwszy raz usłyszałam o tym rumuńskim pisarzu. Kupiłam nawet "Dziennik 1935-1944", który uważany jest za jego najważniejszą  książkę, ale niestety dotąd go nie przeczytałam. Mihail Sebastian chociaż żył tylko trzydzieści osiem lat (zginął w wypadku samochodowym w roku 1945), jest ważną postacią rumuńskiej literatury. Właściwie nazywał się Iosif Mendel Hechter. W czasach, kiedy w międzywojennej Rumunii narastały nastroje antysemickie, faszystowskie oraz autorytarne i wielu intelektualistów, na przykład Eliade, Cioran, dało im się uwieść, on pozostał outsiderem, czego świadectwem jest wspomniany "Dziennik 1935-1944" oraz książka, o której dzisiaj.

Nie mam złudzeń, powieść "Od dwóch tysięcy lat" na pewno nie trafi do masowego odbiorcy. Ja oczywiście nie żałuję lektury i polecam, chociaż przyznaję, że zdarzały się momenty nieco nużące, ale zaraz potem dawałam się porwać wcale nie wartkiej akcji, bo takiej tu nie ma, ale rozważaniom snutym przez głównego bohatera-narratora, klimatowi, zdarzeniom. Powieść ma formę dziennika, a może bardziej luźnych zapisków prowadzonych przez głównego bohatera. Jej akcja zaczyna się w grudniu 1923 roku w Bukareszcie, kiedy to dochodzi do antysemickich zamieszek na uniwersytecie. Narrator, Żyd, ale jednocześnie Rumun i człowiek znad Dunaju (Jestem Żydem, jestem Rumunem, jestem człowiekiem znad Dunaju. - tak napisze o sobie kilka lat później) studiuje prawo. Razem z kolegami o żydowskim pochodzeniu jest nękany przez antysemicko nastawionych studentów. Powszechną praktyką są bójki, wyrzucanie z zajęć, niewpuszczanie na wykłady. W końcu uniwersytet zostaje zamknięty na kilka dni. Takie incydenty będzie obserwował bohater również kilka lat później, kiedy zostanie architektem i do Bukaresztu będzie wpadał od czasu do czasu z prowincji, gdzie doglądał budów prowadzonych przez amerykańską firmę, w której pracował. Akcja książki kończy się w latach trzydziestych, w czasach kryzysu ekonomicznego i szerzących się w Europie nastrojów antysemickich i autorytarnych.

Co znajdujemy na kartach powieści? Jak w dzienniku - trochę życia, trochę wspomnień rodzinnych, sporo wnikliwych portretów dalszych i bliższych znajomych bohatera (to ta drobiazgowość czasem mnie nużyła),  ale także refleksje i rozważania, dla których pretekstem są dyskusje światopoglądowe, które toczą jego żydowscy koledzy, i spór ideowy pomiędzy dwoma mentorami narratora - profesorem ekonomii (a może filozofii?) Ghitą Blidaru, a nietuzinkowym architektem, z którym narrator współpracuje, Mirceą Vieru. To dwie wizje świata - tradycja kontra postęp, Rumunia wiejska kontra  Rumunia nowoczesna, prymat natury kontra prymat człowieka. Vieru opowiada się za tymi drugimi alternatywami. Na terenach rolniczych prowadzi budowę kompleksu szybów naftowych dla amerykańskiego konsorcjum. Niestety ten proces modernizacji odbywa się kosztem miejscowej wspólnoty - żeby szyby powstały, trzeba przesiedlić całą wieś. Mieszkańcy się buntują, bo można zbudować nowe budynki, ale nie da się przenieść sadów ani ducha miejsca. A po kilku latach wybuchnie też bunt niezadowolonych robotników. Zdarzenia z odległej przeszłości, a jak współcześnie brzmią. Dziś w podobny sposób eksploatowane są kraje Ameryki Południowej czy Azji, a ofiarą międzynarodowych koncernów też stają się miejscowe wspólnoty, najczęściej reprezentowane przez rdzennych mieszkańców. Zainteresowanych odsyłam do dwóch świetnych i ważnych książek - Artura Domosławskiego "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary" oraz znakomitej indyjskiej pisarki Arundhati Roy "Indie rozdarte". Drugi konflikt światopoglądowy, ten żydowski, to wybór różnych dróg życiowych. Wśród kolegów narratora są zwolennicy syjonizmu, którzy szykują się do wyjazdu do Palestyny, i komuniści, dla których ważniejsza jest ideowa tożsamość niż żydowska.

Jakie stanowisko wobec tych sporów zajmuje bohater powieści, autor zapisków? Pozostaje neutralny, jest ich wnikliwym, wrażliwym obserwatorem, a nie uczestnikiem. Jak już wspominałam, nie określa go tylko jego żydostwo. Jest Żydem, ale jest Rumunem i człowiekiem znad Dunaju, bo w naddunajskiej miejscowości spędził swoje dzieciństwo i te korzenie są dla niego równie istotne. W sporze dwóch autorytetów też nie opowiada się jednoznacznie po jednej ze stron - i profesor, i architekt są dla niego ważni. Wprawdzie zwiąże się z amerykańskim konsorcjum, będzie pracował razem z Mirceą Vieru przy budowie kompleksu naftowego, ale nie jest głuchy na problemy miejscowej społeczności. Zawsze idzie swoją, osobną drogą, zawsze stoi z boku, czego symbolem staje się samodzielna budowa domu dla profesora Blidaru.

Ta osobność, niechęć do wchodzenia w konflikty jest też widoczna w stosunku bohatera do narastającego antysemityzmu. To bardzo ciekawy wątek powieści i interesująco pokazany. Po przeczytaniu informacji o książce spodziewałam się, że będzie na pierwszym planie. Tak nie jest, bo na pierwszym planie jest życie z całą jego różnorodnością. Jak pisze narrator dramat bycia Żydem nie unieważnia osobistych dramatów. Ale antysemityzm cały czas pulsuje, a narasta w latach trzydziestych. Narrator, chociaż w czasach studenckich był ofiarą wielu antysemickich incydentów, stara się zrozumieć swoich prześladowców, ba, nawet ich tłumaczyć. Bagatelizuje to, co się dzieje. Po latach samokrytycznie stwierdzi, że w młodości był na dobrej drodze, aby stać się żydowskim fanatykiem, dlatego później zawsze stara się zachować dystans, co ma konsekwencje w jego postawie. Kiedy znowu jest świadkiem antyżydowskiej manifestacji, okrzyki skierowane przeciw Żydom, traktuje z pobłażaniem. Nie dostrzega w nich niebezpieczeństwa, w jego uszach brzmią niemal jak refren niewinnej piosenki.  Najmocniejsze są te fragmenty powieści, kiedy autor nagle odkrywa, że niektórzy jego znajomi, dalsi, ale też ci najbliżsi, są antysemitami. I on, i czytelnik, dostają nagle pięścią między oczy, ale po chwilowym zamroczeniu, dochodzimy do siebie. Zdarza mu się słyszeć od nich takie zdania Gdyby wszyscy Żydzi byli tacy jak ty ..., Z Żydami takimi jak ty ... Narrator również ich próbuje zrozumieć, nie zrywa kontaktów, najwyżej wdaje się w dyskusję. Jest mu za nich głupio, to on się wstydzi, chociaż nie ma czego, to oni powinni. 

Po raz kolejny dzięki literaturze przekonuję się, dlaczego tak wielu Żydów do końca czekało, dlaczego nie słyszeli dzwonów alarmowych i nie uciekali, póki jeszcze mogli. Stopniowo przyzwyczajali się do inwektyw, przytyków, antysemickich uwag, a to usypiało ich czujność i pozwalało lekceważyć niebezpieczeństwo. Znakomitym świadectwem takiej postawy i jej konsekwencji jest całkiem niedawno na nowo przywrócona czytelnikom powieść niemieckiego pisarza Ulricha Alexandra Boschwitza "Podróżny". A bohater powieści Mihaila Sebastiana konsekwentnie stoi z boku, pozostając outsiderem. Walczy o siebie, o swoją różnorodną tożsamość, nie chce być wtłoczony w jedną - żydowską, ale nie chce też od niej uciekać. Czy taka postawa w tamtych burzliwych, smutnych czasach miała prawo bytu?

Filmowe remanenty - "Biały, biały dzień", "Obrazy bez autora"

Nareszcie wracam do kina. Oczywiście nawet w czasie lockdownu można było z oferty filmowej czerpać pełnymi garściami. Moje ulubione kino dość szybko przeniosło się do sieci, ale mam taką przypadłość, że jakoś nie bardzo lubię oglądać filmy w domu na ekranie telewizora, o monitorze laptopa nie ma co wspominać. Dlatego też nie korzystam z platform filmowych. Miałam chwilę zawahania, kiedy gdzieś pojawił się chiński film "Żegnaj mój synu", który bardzo chciałam obejrzeć. Na szczęście się nie złamałam. Na szczęście, bo właśnie wszedł do kin.  Jeśli już coś oglądam w domu, to zazwyczaj są to powtórki moich ulubionych filmów albo coś lżejszego, na co niekoniecznie poszłabym do kina. Najczęściej jednak wybieram książkę. 


Właściwie wróciłam niemal od razu, kiedy otwarło się moje ulubione kino. Natychmiast zobaczyłam islandzki "Biały, biały dzień" - ostatni film, na jaki miałam ochotę tuż przed lockdownem. Był chwalony, ale obejrzeć już nie zdążyłam. Nie pojawił się na moim blogu, bo to taki obraz, o którym trudno pisać. Może gdybym siadła do komputera od razu po seansie, notka by powstała, potem było trudno. A warto go zobaczyć. To kameralny, psychologiczny, toczący się powolnym rytmem dramat rozgrywający się na tle surowych krajobrazów. Niewiele się dzieje, główną rolę grają emocje bohaterów. Owdowiałego policjanta, który nie może dojść do siebie po tragicznej śmierci żony. Paradoksalnie dopiero gniew, jaki poczuje, kiedy przeglądając jej rzeczy, odkryje pewną tajemnicę, stanie się początkiem drogi do nowego życia. Druga ważna bohaterka to jego wnuczka, do której jest bardzo przywiązany, a ona do niego. Jednym słowem film o relacjach rodzinnych, o utracie, o przeżywaniu żałoby. Na koniec padają w nim niewypowiedziane pytania. Chcę je przywołać, ale ponieważ mogą spojlować, zapiszę je w nawiasie małą czcionką. A więc uwaga! Spojler!!! [Czym jest miłość? Co w związku dwóch osób jest naprawdę ważne? Czy zdrada może przekreślić długoletnią udaną relację? Na to ostatnie pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Bo teoria teorią, a życie życiem. W każdym razie na mnie zakończenie zrobiło spore wrażenie.] Najlepszym dowodem na to, że "Biały, biały dzień" we mnie został, jest to, że o nim w końcu coś napisałam, chociaż nie planowałam.


A teraz nowość. Spóźniona premiera - niemiecki film "Obrazy bez autora" Floriana Henckela von Donnersmacka. Nazwisko niekoniecznie coś mówi, za to więcej powie informacja, że to on wyreżyserował "Życie na podsłuchu", za które dostał Oskara. W 2019 również jego najnowszy film rywalizował o tę samą nagrodę z "Romą", "Zimną wojną", "Złodziejaszkami" i "Kafarnaum". Nie ma co ukrywać, że w tym zestawieniu to obraz zdecydowanie najsłabszy. Tamte nie tylko go wyprzedzają, ale robią to o kilka długości. "Obrazy bez autora" to historia malarza Kurta Barneta. Jego pierwowzorem jest Gerhard Richter, wybitny niemiecki artysta. Zasłynął obrazami, które są przeniesieniem zdjęć na płótno. Stąd prawdopodobnie tytuł filmu. Równie ważnym nurtem jego twórczości stała się abstrakcja, ale właściwie tego już na ekranie nie oglądamy. Akcja kończy się w momencie, kiedy Barnet odnosi swój pierwszy sukces. Jak przeczytałam, wokół filmu narosły kontrowersje. Richter, który wcześniej opowiedział reżyserowi swoją historię, potem zarzucił mu bezprawne z niej skorzystanie, ale sprawy do sądu nie wniósł. Oczywiście, jak to w takich sytuacjach bywa, Donnersmack ma swoją wersję wydarzeń. Trochę jak z naszym "Panem T.". 


 "Obrazy bez autora" mają różne recenzje, z przewagą średnich. Dlatego trochę się wahałam, bo seans trwa ponad trzy godziny. Siedzieć tyle na średnim filmie, w dodatku w maseczce, to duże wyzwanie. Tymczasem ogląda się go bardzo dobrze, nie ma nudy. Może też spora w tym zasługa aktorów grających główne role, Toma Schillinga i Pauli Beer. Jest w nich coś magnetycznego, chociaż nie wykluczam, że tylko na mnie tak podziałali. Splata się w tym filmie kilka ważnych tematów. Kolejność, w jakich o nich napiszę, nie ma znaczenia. Pierwszy to uwikłanie w historię, konsekwencje wojny. Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1937, kończy w czasach powojennych. Ojciec głównego bohatera, nauczyciel, długo opiera się przed wstąpieniem do NSDAP, potem niechętnie ulega pod naciskiem żony, za co po wojnie przyjdzie mu słono zapłacić. Nie ma czasu na subtelne rozważania, w jakim stopniu identyfikował się z ideologią nazistowską. Zresztą, jak to sprawdzić? Drugie, niezwykle bolesne, zagadnienie bardzo mocno wybrzmiewające w filmie to przymusowa sterylizacja osób chorych psychicznie i ich eksterminacja. Kolejne to bezwzględny konformizm. Teść Barneta, grany przez Sebastiana Kocha znanego z "Życia na podsłuchu", umie się znakomicie ustawić w każdych warunkach. W Trzeciej Rzeszy jest gorliwym wykonawcą polityki nazistów, potem w NRD dzięki szczęśliwemu trafowi też żyje mu się znakomicie, później wyemigruje i będzie ceniony na Zachodzie. To postać demoniczna, bezwzględna i zła, moim zdaniem szyta zbyt grubymi nićmi. Wreszcie kolejny temat filmu, bardzo na czasie, to uwikłanie sztuki w ideologię. Najpierw politycy od kultury w Trzeciej Rzeszy decydują o tym, jaka sztuka jest dobra, potem to samo dzieje się w NRD, króluje socrealizm. No i wreszcie temat ostatni kręci się wokół artysty. Jego wolności twórczej, inspiracji, szukania własnej drogi.


 Cóż, sporo tego. Może dlatego że reżyser chciał za dużo, nic nie wybrzmiewa dostatecznie mocno. Nie ma tu miejsca na subtelności, zniuansowanie, cieniowanie racji. Postacie są dość jednoznaczne. Z tym łączy się mój drugi zarzut. Film jest dość gładki, ociosany z kantów. Chociaż opowiada o strasznych czasach, trudnych wyborach, dramatycznych historiach, ogląda się go płynnie, całkiem przyjemnie, a chyba tak nie powinno być. Przechodzimy od zdarzenia do zdarzenia, od tragedii do tragedii. Nie ma przestrzeni, aby wybrzmiały emocje. Powstał epicki fresk, trochę jak nasz "Kamerdyner". Mimo tego nie żałuję, że obejrzałam "Obrazy bez autora", jakoś ten film we mnie pozostał, ale zdaję sobie sprawę z jego słabości.

Andrzej Leder "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej"

O książce Andrzeja Ledera "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej" (Krytyka Polityczna 2014) słyszałam oczywiście od dawna i co jakiś czas myślałam, że koniecznie powinnam ją przeczytać. No i tak odkładałam to postanowienie na wieczny nigdy, ale jakoś niedawno, może na początku pandemii, znowu ktoś gdzieś w przestrzeni medialnej powołał się na książkę Ledera, stwierdzając, że to lektura obowiązkowa. Głupio mi się zrobiło, że tak odkładam i odkładam, więc tym razem impuls wystarczył. Kupiłam i przeczytałam. 

Od razu napiszę, że nie jest to lektura prosta, właściwie spodziewałam się, że będzie przystępniejsza. Może dlatego, że znam autora z rozmów radiowych, z artykułów i wywiadów z prasy mainstreamowej, gdzie wypowiada się w sposób bardziej komunikatywny. Tymczasem w "Prześnionej rewolucji" posługuje się całym pojęciowym aparatem naukowym, swoją tezę stawia, podpierając się takimi filozofami jak Jaques Lacan, Pierre Bourdieu czy Michel Foucault. Moja ich znajomość ogranicza się właściwie tylko do nazwisk. Zdarzało mi się czytać książki, których autorzy też powoływali się na ich dorobek. Cóż, filozofia nie jest moją mocną stroną, przyznam, że bardzo imponują mi ludzie, którzy w tej dziedzinie nauki obracają się swobodnie. Mnie to niestety nigdy dane nie było. Kilkakrotnie podejmowałam próby, zawsze w końcu musiałam się poddać. To wszystko jednak nie oznacza, że przeciętny czytelnik nie poradzi sobie z książką Ledera. Po pierwsze trudne są tylko niektóre fragmenty. Natomiast tam, gdzie autor pisze o faktach historycznych, gdzie stawia tezy, wyciąga wnioski, gdzie jego książka skręca bardziej w kierunku eseju czy publicystycznego wywodu, nie ma żadnego problemu. A taka jest znakomita większość "Prześnionej rewolucji". Te partie, w których budując aparat pojęciowy, bazuje na myśli filozofów, o których wspomniałam, rozumiałam bardziej intuicyjnie niż dogłębnie. Warto jednak podjąć trud lektury, bo Leder pisze o sprawach arcyważnych i ciekawych.

Zawsze, kiedy zabieram się za książki, które wyszły już jakiś czas temu i o których dużo się mówiło, mam wrażenie, że wyważam otwarte drzwi, więc po co pisać, ale może jednak spróbuję. Andrzej Leder stawia w swojej książce tezę, że w Polsce odbyła się rewolucja. Jej najważniejszy etap to lata 1939-1956, potem z mniejszym nasileniem trwała nadal aż do roku 1989. Była to dziwna rewolucja, bo przeprowadzona przez siły zewnętrzne, Niemców i Rosjan. Polacy nie byli jej podmiotem, dokonała się bez świadomego udziału społeczeństwa. Dlatego nazywa ją prześnioną  i zastanawia się, czy można przespać taki historyczny przewrót. Ta rewolucja zniszczyła stary świat, który trwał w Polsce od czasów I Rzeczpospolitej. Świat, jak nazywa go Leder, folwarku, czyli dominacji szlachty, która wywodziła swoje pochodzenie od Sarmatów i dlatego tylko siebie uznawała za naród, a co za tym idzie tylko sobie przyznawała prawa. Chłopi, stanowiący większą część społeczeństwa, byli ich pozbawieni i musieli odrabiać pańszczyznę. Ten układ był wielkim hamulcowym w rozwoju naszego kraju. To dlatego nigdy nie wykształciło się w Polsce silne mieszczaństwo jak w innych krajach europejskich. Po rozbiorach i w II Rzeczpospolitej taka struktura społeczna przetrwała w trochę tylko zmienionej formie. Ziemiaństwo i warstwa urzędniczo-wojskowo-inteligencka, która wywodziła się najczęściej z niego, nadal trzymały rząd dusz, były uprzywilejowane i posiadały większość własności. Wywrócenie tego świata nastąpiło wraz z wybuchem drugiej wojny. Przyniosło zmianę struktury społecznej, stosunków ekonomicznych, własnościowych i kulturowych. Odbyło się za sprawą okupantów, Niemców i Rosjan. Dlatego powszechne było wyparcie. To nie ja podpisałem wyrok, to nie moje oczy widziały śmierć, to nie moje usta wypowiadały przekleństwa, to nie ja wszedłem do cudzego domu... To się jakoś stało samo. Rewolucja co prawda była prześniona, Polacy nie czuli się jej sprawcami ani nie mieli jej świadomości, ale  była spełnieniem okrutnych pragnień. Towarzyszyła jej mściwa satysfakcja, a jednocześnie wielki lęk. Dlaczego? Satysfakcja, bo bazowała z jednej strony na ogromnym wielowiekowym poczuciu krzywdy warstw chłopskich, z drugiej na antysemityzmie. Lęk, bo ginął stary świat, a przemianom zawsze towarzyszą zjawiska negatywne - wzrost przestępczości, bandytyzmu i inne. Pisząc o lęku, autor wielokrotnie powołuje się na znakomitą książkę Marcina Zaremby "Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys", którą gorąco polecam. Docenia ją bardzo, chociaż w niektórych miejscach polemizuje z autorem.

Leder wyróżnia cztery elementy tej prześnionej rewolucji. Pierwszym była eksterminacja Żydów, której dokonali wprawdzie Niemcy, ale przy biernej postawie Polaków, a bywało, że i przy ich współudziale. Zagadnienie jest znane, udokumentowane, a i ja pisałam o tych sprawach wielokrotnie przy okazji innych lektur. Autor zwraca uwagę, jak bardzo zmienił się nasz świat, kiedy z większości polskich miast i miasteczek zniknęła ponad połowa mieszkańców. Ta pustka domagała się zapełnienia. Bo potrzebne były przecież sklepy, warsztaty usługowe i wiele innych miejsc,  których właścicielami byli Żydzi. Wchodzili  w nią najczęściej chłopi migrujący do miast i przesiedleńcy z terenów, które Polska utraciła po wojnie. Nie jest łatwo i wygodnie żyć w mieszkaniu, które należało do kogoś innego, dlatego najlepiej zapomnieć, przemilczeć. Równocześnie została unicestwiona i złamana wielowiekowa dominacja warstwy ziemiańskiej i urzędniczo-wojskowo-inteligenckiej. Dokonali tego najpierw Niemcy, potem komuniści. I ten proces opisany został i znany jest bardzo dobrze. To drugi etap prześnionej rewolucji.  Kolejne to reforma rolna i zmiany stosunków własności, jakie dokonały się w Polsce w wyniku wojny i tego, co zdarzyło się potem, terror towarzyszący każdej rewolucji od pewnego etapu i industrializacja kraju. Ten ostatni proces znowu spowodował wielką migrację ze wsi do miast i pogłębienie zmiany struktury społecznej. Dziś dzieci i wnuki beneficjentów tamtej rewolucji stanowią trzon społeczeństwa. My w większości z nich. O tych procesach i towarzyszących im zjawiskach, o istocie samej rewolucji pisze autor o wiele więcej i głębiej. Wszystko to bardzo ciekawe i odkrywcze. O wielu sprawach dowiedziałam się po raz pierwszy,  inne znałam.

Najważniejsze są jednak wnioski. Bo Andrzej Leder sięga do historii i filozofii, aby rzucić światło na to, co dziś. Dlaczego jesteśmy tak bardzo podzieleni? Skąd taki duży stopień nieufności społecznej? Dlaczego towarzyszy nam taka niepewność? Dlaczego niemożliwa stała się dyskusja? Dlaczego oburzamy się na wszelką krytykę i nie wyciągamy z niej wniosków? Dlaczego zawsze winni są inni? A bez tego wszystkiego nie da się realizować wielkich projektów. To dlatego one się w Polsce nie udają. Dlatego dominuje myślenie krótkowzroczne, plany na jutro, na najbliższą przyszłość, nieliczenie się z tym, co za lat kilka, o kilkunastu czy kilkudziesięciu nie ma co mówić. Żaden polityk nie myśli w takiej perspektywie, a i my nie domagamy się tego od nich. Po nas choćby potop. Korzeni tego wszystkiego dopatruje się autor właśnie w tej prześnionej rewolucji. Bo stary świat runął z jego symboliką i imaginarium, a na to miejsce nie wytworzyło się nowe pole symboliczne, nowa forma istnienia. Ta niepewność i nieświadomość, skąd jesteśmy, powoduje na przykład to, że dzieci, a jeszcze bardziej wnuki, beneficjentów rewolucji tak chętnie odwołują się do symboliki szlacheckiej. Stąd domy na wzór dworków, stąd pańska mentalność, niechętne przyznawanie się do chłopskich korzeni. Ale konsekwencji prześnionej rewolucji jest znacznie więcej. To jej dalszy, spokojniejszy, etap, lata 1956-1989, spowodował ukształtowanie się trwającego do dziś konsensusu sił liberalno-konserwatywnych i słabość polskiej lewicy. Tu niebagatelną rolę odegrała uprzywilejowana pozycja Kościoła i mała stabilizacja z czasów Gierka. Dopełnieniem koła rewolucji był rok 1989. I jak w prawdziwej rewolucji największymi jej przegranymi okazały się jej dzieci, czyli ci, w imieniu których się zaczęła - robotnicy i drobni chłopi. Andrzej Leder pokazuje pozytywne i negatywne skutki prześnionej rewolucji. Najważniejsza wydaje się jego konkluzja, że nie można iść do przodu, tworzyć czegoś nowego, zamykając oczy na przeszłość, na fakt, że jesteśmy jej dziećmi i wnukami. A wszystko dlatego, że ją prześniliśmy.

Jak już pisałam, "Prześniona rewolucja" jest o wiele głębsza, autor znacznie dokładniej, niż ja to zrobiłam, bo z konieczności musiałam posłużyć się skrótem, uzasadnia swoją tezę, przygląda się i analizuje zjawiska, o których pisze.

Edouard Louis "Koniec z Eddym"

Nie wiem, jak to się stało, że prawie zupełnie umknęło mi pojawienie się na polskim rynku wydawniczym francuskiego pisarza Edouarda Louisa. Kiedy teraz po przeczytaniu jego debiutanckiej powieści "Koniec z Eddym" (Pauza 2019; przełożyła Joanna Polachowska), która w Polsce ukazała się w drugiej kolejności, rzuciłam się, aby szukać jakichś wywiadów z autorem, okazało się, że jest ich sporo, a znakomita większość dotyczy powieści, która w Polsce ukazała się jako pierwsza, czyli "Historii przemocy". Nie powiem, żeby wtedy, w roku 2018, ten tytuł nie obił mi się o uszy, ale jakoś nie zadałam sobie trudu, aby sprawdzić, co to jest. Wstyd się przyznać, byłam przekonana, że to rzecz popularnonaukowa. Aż jakiś czas temu usłyszałam o powieści "Koniec z Eddym". Jak magnes podziałała na mnie informacja, że to beletrystyczny rewers znakomitej autobiografii francuskiego filozofa i pisarza Didiera Eribona "Powrót do Reims". Ta super ważna książka, lektura obowiązkowa, zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Dlatego natychmiast "Koniec z Eddym" kupiłam. Moment lektury też nie był przypadkowy. Otóż postanowiłam przeczytać ją w przerwie pomiędzy pierwszym, a drugim tomem neapolitańskiego cyklu Eleny Ferrante. Im większa irytacja na przegadanie i doskonałą przezroczystość stylu "Genialnej przyjaciółki" mnie ogarniała, tym bardziej chciałam sprawdzić, jak o tym podobnych problemach piszą inni.

I rzeczywiście "Koniec z Eddym" to antypody włoskiej powieści. Przede wszystkim jest to książka krótka - niecałe dwieście stron. Ja, miłośniczka grubych cegieł, po raz kolejny przekonuję się, że czasem mniej znaczy więcej. Że wszystko zależy od możliwości pisarza i nie zawsze trzeba zaczerniać tysiące stron, aby dosadnie i mocno przekazać czytelnikowi to, co ma się do powiedzenia. Że siła tkwi w języku i w emocjach. Taki właśnie jest "Koniec z Eddym", krótki, zwięzły, ale niezwykle dosadny i mocny. Często czytałam powieść Edouarda Louisa z dojmującą przykrością, ale nie potrafiłam odłożyć lektury. Kiedy skończyłam, miałam potrzebę przeczytania jakiejś rozmowy z pisarzem, drążenia tematu. No i natychmiast wpisałam "Historię przemocy" na listę książek, które chcę przeczytać, chociaż wiem, że będzie to jeszcze trudniejsza lektura. (Już przeczytałam! Wkrótce napiszę i o niej.)

"Koniec z Eddym" to ubrana w formę powieściową, dość surową, historia dzieciństwa i dorastania pisarza. Jego los był rzeczywiście dość podobny do losu Didiera Eribona. Tytułowy Eddy, jak wielu jemu podobnych, już w dniu urodzenia skazany jest na porażkę, historia jego życia została napisana w momencie, kiedy przyszedł na świat w robotniczej rodzinie w małym miasteczku w Pikardii. Ślepy przypadek sprawił, że wyciągnął złą kartę. A przecież mógł urodzić się w dobrze sytuowanej rodzinie paryskich intelektualistów, lekarzy albo prawników. Mogło być oczywiście jeszcze lepiej, gdyby był synem bogatego przemysłowca albo bankiera. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że i tak nie trafił najgorzej. Na samym dnie znalazłby się, gdyby przyszedł na świat w rodzinie z nizin społecznych w Afganistanie albo w Salwadorze czy w innym podobnym miejscu. Tym bardziej historia Eddiego powinna być nam bliska, bo toczy się tuż obok, w centrum Europy, w bogatej Francji. Właściwie współcześnie, a nie w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku.  

Na co los skazał Eddiego? Na biedę. Na chodzenie w cienkiej kurtce zimą. Na wieczory, kiedy jedyną kolacją jest mleko. Na mieszkanie w zawilgoconym domu w potwornej ciasnocie. Na przemoc w rodzinie, bo bicie i wyzywanie to jedyne metody wychowawcze, jakie znają tamtejsze rodziny. Na słuchanie kłótni, wrzasków i wyzwisk rodziców oraz starszego rodzeństwa. Na życie w środowisku, gdzie podział na świat silnych, agresywnych mężczyzn i podporządkowanych im, słabych, zaharowanych kobiet jest czymś normalnym. Na brak czułości i serdeczności. Na brak jakichkolwiek innych rozrywek poza tymi, które płyną z włączonego cały dzień telewizora albo wysiadywania z kolegami na autobusowym przystanku. Na wszechogarniający prymitywizm. Na byle jaki, prosty, wulgarny język. Na alkoholizm. Na nienawiść do muzułmanów, Arabów, kolorowych i gejów. Na patrzenie na bezsilność rodziców - na ojca, który po wypadku w fabryce, jedynym miejscu zatrudnienia w okolicy, skazany jest na wegetację, na matkę, która musi zajmować się domem i podejmować nisko płatne prace, aby zapewnić jakikolwiek byt rodzinie. Na brzydkie, zdewastowane otoczenie. Tak, los Eddiego został z góry zaprogramowany - miał skończyć najbliższą szkołę podstawową, najbliższe gimnazjum, a potem podjąć pracę w tej samej odlewni, w której pracowali niemal wszyscy mężczyźni z okolicy. Po pracy pić z kumplami, opowiadać grube dowcipy, naśmiewać się z głupich bab i z pedałów. Spotykać się z dziewczynami, uprawiać pokątny seks, zrobić jednej z nich dziecko, ożenić się. Nie wychylać nosa poza najbliższe miasteczko. I tak do końca. Dzień za dniem. Bez perspektyw.

Ale ślepy los zażartował z Eddiego w dwójnasób. Nie dość, że przyszedł na świat w robotniczej rodzinie w małym miasteczku w Pikardii, to jeszcze urodził się odmieńcem. Od początku był inny. Miękki, delikatny, nie panował nad gestykulacją. Nie chciał grać w piłkę jak wszyscy chłopcy. Miał inne zainteresowania. Obraza dla ojca, który musi mieć syna. A tu taki syn, nie syn. W dodatku, o czym przekonał się z czasem, podobali mu się chłopcy. Chociaż długo robił, co mógł, aby chodzić z dziewczyną jak wszyscy jego koledzy. Dlatego Eddy oprócz biedy, słownej i fizycznej przemocy w domu, co było codziennością jego rówieśników, codziennością, na którą nie zwracali uwagi, bo innej przecież nie znali, doświadczył przemocy w szkole ze strony rówieśników. Przemocy, której biernie się poddawał, którą znosił z pokorą, o której nikomu nie mówił. Żeby oddalić od siebie podejrzenie o bycie gejem, pedałem, ciotą, jak mówili wszyscy, przybierał maskę homofoba i  szukał kogoś, z kogo i on mógłby szydzić, kogo mógłby ustawić jeszcze niżej w hierarchii. 

A jednak na przekór wszystkiemu od czasu do czasu jednemu z takich Eddich się udaje. Uciec z Pikardii, uciec z Reims, uciec od środowiska, od kolegów. Zdobyć wykształcenie, próbować realizować swoje marzenia, rozwijać się. Niestety nie dzieje się tak w wyniku jakiejś przemyślanej strategii społecznej, która pozwalałaby uzdolnionym dzieciom piąć się w górę, a tym, którzy chcą pracować w fabryce, ktoś przecież musi, godnie żyć. Jeśli Eddiemu się udało, to zawdzięczał to swojemu talentowi, determinacji, o paradoksie,  napędzanej gniewem i nienawiścią, nielicznym dobrym ludziom, których spotkał na swojej szkolnej drodze. Aby uwolnić się od pogardy i nienawiści, musiał uciec, nie tylko od miejsca, ale i od ludzi.

Bardzo ważna książka, która pokazuje, skąd się biorą wyborcy Frontu Narodowego we Francji czy innych populistycznych ruchów w Europie i na świecie. Zostawieni sami sobie, upokorzeni, zapomniani przez państwo, niedostrzegani lub pogardzani przez tych, którzy urodzili się w pięknych dzielnicach, zdradzeni przez lewicę, podążają za tymi, którzy suflują im łatwe rozwiązania i pokazują wroga - muzułmanów, Arabów, kolorowych i gejów. Kto nie ma siły zmierzyć się z "Powrót do Reims" Didiera Eribona, książką bardziej wymagającą, powinien sięgnąć po powieść Edouarda Louisa. A najlepiej przeczytać obie.

PS. A o tetralogii Eleny Ferrante napiszę, kiedy przeczytam całość. Właśnie jestem na etapie części drugiej. 
PS2. Na etapie części drugiej byłam, kiedy pisałam tę notkę. Kilka dni temu skończyłam całość. Za jakiś czas podzielę się refleksjami.

Josef Skvorecky "Gorzki świat"

Z ogromną przyjemnością wróciłam do prozy Josefa Skvoreckego. Całkiem niedawno wydawnictwo Czarne wydało tom opowiadań czeskiego pisarza "Gorzki świat" (2020; przełożyli Andrzej S.Jagodziński, Jan Stachowski). Zanurzyłam się w nie bez reszty i nabrałam ochoty, aby wrócić do jego poprzednich książek. Szczególnie do "Inżyniera ludzkich dusz", za którą pisarz przed laty otrzymał nagrodę Angelus dla pisarzy z Europy Środkowej. Bardzo lubię też tom opowiadań, a właściwie powieść, "Fajny sezon". Na półce książek oczekujących leży wydany kilka miesięcy temu "Cud". Przeczytałabym go już dawno, ale niestety wyszedł tylko w wersji papierowej, a że jest to tom opasły, niewygodny w czytaniu, więc czeka. Cóż, należę do tej mniejszości, która pokochała wygodę czytnika i niestety książki, które nie wychodzą w formie elektronicznej, leżakują dłużej.

Mam wrażenie, że nieżyjący już Josef Skvorecky jest w Polsce o wiele mniej znany i popularny niż Milan Kundera. Zestawiam ich celowo, bo obaj wyjechali z Czechosłowacji i potem tworzyli na emigracji. Skvorecky w Kanadzie, gdzie nie tylko był wykładowcą uniwersyteckim, ale także tłumaczył i razem z żoną założył bardzo ważne emigracyjne wydawnictwo publikujące czeską i słowacką literaturę, która w jego ojczyźnie nie mogła się ukazać. Jak napisał Andrzej S.Jagodziński, tłumacz i miłośnik twórczości pisarza, Jako wydawca Skvorecky był tym dla czeskiej literatury, kim Jerzy Giedroyc dla polskiej. Właściwie dużo mówiło się o nim tylko, kiedy wyszły "Przypadki inżyniera ludzkich dusz". Przyznaję, że właśnie wtedy i ja usłyszałam o Skvoreckym po raz pierwszy. Szum był jeszcze większy, kiedy dostał Angelusa. Niestety potem nastąpiła cisza - tych kilka książek wydanych od tamtego czasu w różnych wydawnictwach przeszło bez echa. Mam wrażenie, że na razie milczenie panuje też wokół "Gorzkiego świata". Na pewno nie sprzyja promocji spowolnienie życia literackiego spowodowane pandemią koronawirusa. 

"Gorzki świat" to zbiór opowiadań, które powstawały od lat pięćdziesiątych do osiemdziesiątych, podzielony przez Andrzeja S. Jagodzińskiego - to on dokonał wyboru i opatrzył całość wstępem - na trzy części. Pierwsza, Siedmioramienny świecznik, to opowiadania, które łączy tematyka żydowska, ich akcja rozgrywa się w przeważającej mierze w czasie okupacji albo do niej nawiązuje. Część druga, Pieśni zapomnianych lat, to historie osadzone w Czechosłowacji lat pięćdziesiątych i wczesnych sześćdziesiątych, kiedy to nadal, inaczej niż w Polsce, trwała w najlepsze epoka stalinowska z wszystkimi jej koszmarnymi konsekwencjami. Wreszcie część trzecia, Eine kleine Jazzmusik - opowiadania o tematyce jazzowej. Ich akcja toczy się w czasach okupacji i stalinowskich, kiedy jazz był muzyką zakazaną, a dla młodych ludzi synonimem wolności. Bohaterem wielu opowiadań jest ulubiona postać pisarza, jego alter ego, Danny (Daniel) Smirzycky znany choćby z "Inżyniera ludzkich dusz" czy z "Fajnego sezonu". To dlatego z taką siłą powróciły do mnie tamte lektury. To dlatego zatęskniłam za nimi. Rozpoznałam bohaterów, rozpoznałam wątki. Tak jest szczególnie w części pierwszej, Siedmioramiennym świeczniku.

Znakiem rozpoznawczym twórczości Skvoreckiego jest umiejętność mieszania nastrojów. Nostalgia, melancholia, liryzm w każdej chwili mogą zostać przełamane ironią, humorem, kpiną. Wiele razy, czytając jego opowiadania czy powieści, śmiałam się w głos, co w czasie lektury nie zdarza się znowu tak bardzo często. Ale ten śmiech w jednej chwili może zostać zduszony - nagle jednym prostym zdaniem, bez patosu, bez zbędnego komentarza narrator informuje o zdarzeniach tragicznych. Większość postaci, które Danny wspomina z czasów swojego dzieciństwa, wujaszek Kohn, doktor Strass, nauczyciel Katz, albo niespodziewanie umiera, albo zginęła w Zagładzie. Ta mieszanka liryzmu, humoru i tragedii jest szczególnie widoczna w opowiadaniach okupacyjnych. W części drugiej i trzeciej dominuje groteska, która obnaża absurdy komunistycznego systemu. Znajdziemy tu wiele historii śmiesznych od początku do końca. W innych pod śmiechem czai się groza. Wprawdzie narrator wielokrotnie dość lekko informuje o aresztowaniu swoich przyjaciół albo znajomych, zamknęli ich i już, jakby to była bułka z masłem, ale czytelnik wie, co się za tym kryje. Czasem przyczyną tragedii bywa młodzieńcza dezynwoltura, pragnienie postawienia na swoim, miłość do jazzu. Tak jest w przejmującym opowiadaniu Eine kleine Jazzmusik, którego akcja rozgrywa się w czasach okupacji. 

Kiedy czyta się niektóre opowiadania jazzowe, których akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych, aż trudno uwierzyć w absurdy tamtej epoki. Słowo bikiniarz było największą obelgą. Bikiniarz Bull Macha, bohater jednej z opowieści, w drzwiach klubu muzycznego, do którego wchodzi, chcąc odnaleźć klimat czasów młodości, widzi napis DZIĘKUJEMY BIKINIARZOM, ŻE NIE ODWIEDZAJĄ NASZEJ PLACÓWKI. Potem jest i straszno, i śmieszno. Poproszona do tańca dziewczyna w pewnym momencie pełnym oburzenia głosem mówi : Ja bikiniarskich tańców nie tańczę. W końcu wykrzyczy mu w twarz: Niech pan sobie znajdzie jakąś wywłokę, nie mnie! I w popłochu ucieknie, bo panicznie się boi, a może jest już tak zindoktrynowana, że napawa ją wstrętem ten bikiniarski taniec. Rozmowa tych dwojga przypomina dialog mieszkańców dwóch różnych planet. On swoje, ona swoje, on coraz bardziej zdumiony, ona coraz bardziej zła i przestraszona. A chodzi przecież o zwyczajny taniec, energiczny, z obrotami i figurami, zamiast smętnego przestępowania z nogi na nogę. Sytuacja ma swój ciąg dalszy - z naszego punktu widzenia równie absurdalny, groteskowy i śmieszny, z tamtego smutny i niebezpieczny. Tym razem skończyło się na szarpaninie i pyskówce, równie dobrze mogło skończyć się aresztem.

Takie właśnie są opowiadania Josefa Skvoreckiego z tomu "Gorzki świat". Bo chociaż często nieodparcie śmieszne, opowiadają o świecie więcej niż gorzkim, po prostu strasznym. Ale przecież na tamten budzący grozę, absurdalny czas przypadła młodość bohaterów tych opowieści. I jakoś musieli się w tych okolicznościach odnaleźć, chcieli żyć, kochać, iść z dziewczyną do łóżka, grać ulubioną muzykę, albo chociaż jej słuchać, bawić się i śmiać. I wszystko to robili, ale strach i niebezpieczeństwo czaiły się tuż za rogiem i od czasu do czasu mąciły ich beztroski świat. 

Świetna literatura. Jeśli ktoś Skvoreckiego nie zna, może śmiało zacząć od tego zbioru opowiadań, a potem sięgnąć po inne książki pisarza.

Bernardo Atxaga "Samotny mężczyzna"

Ponad rok temu przeczytałam powieść baskijskiego pisarza Fernando Aramburu "Patria". Książka nie zdobyła jakiegoś większego rozgłosu, utonęła w morzu innych nowości, a moim zdaniem szkoda. Jest to znakomicie pokazany obraz społeczeństwa podzielonego, trawionego konfliktami, zastraszonego. Jeśli ktoś ma odwagę myśleć po swojemu, nie podporządkować się, poddawany jest ostracyzmowi, a nawet zabijany. Ci, którzy myślą podobnie, ze strachu milczą. Chodzi oczywiście o baskijski separatyzm, nacjonalizm i terroryzm z nim związany. Poza tym jest to powieść znakomicie napisana, jednocześnie uniwersalna i odnosząca się do miejscowych realiów, a pochłania się ją jednym tchem. Poświęcam jej tu tyle miejsca, bo szkoda mi, że gdzieś przepadła. Na mnie zrobiła duże wrażenie i, jak widać, do dziś nie wywietrzała mi z głowy. 

Sięgnęłam po nią, bo jakoś od dawna interesował mnie ten baskijski konflikt, a jednym z moich marzeń była podróż do Kraju Basków. Zrealizowałam je kilka lat temu i odtąd do tego miejsca mam jeszcze większy sentyment. Nic dziwnego, że kiedy zorientowałam się, iż niedawno ukazała się powieść "Samotny mężczyzna" innego baskijskiego pisarza, Bernardo Atxagi,  (Książkowe Klimaty 2019; przełożyła Katarzyna Sosnowska), od razu ją kupiłam i dość szybko przeczytałam. I znowu pewnie utonie, albo już utonęła, wśród mnóstwa innych tytułów, nie słyszałam, aby o niej mówiono, nie znalazłam żadnych recenzji, poza tymi na blogach, żadnych wywiadów z autorem. Tu jedno zastrzeżenie - otóż w książce, na zasadzie posłowia, znajduje się bardzo ciekawa rozmowa z Bernardo Atxagą przeprowadzona przez tłumaczkę. Warto jeszcze wspomnieć, że pisze on po baskijsku. Skąd ten wybór i jakie są jego konsekwencje, wyjaśnia we wspomnianej rozmowie.

"Samotny mężczyzna", podobnie jak "Patria", zrobił na mnie duże wrażenie i naprawdę warto sięgnąć po obie powieści. Tym bardziej jeśli się o Kraju Basków wie niewiele albo zgoła nic. Obaj autorzy starają się pokazywać konflikt obiektywnie, nie gloryfikują żadnej ze stron, ani zwolenników baskijskiego separatyzmu, ani Basków, którzy myśleli inaczej, ani władz Hiszpanii, która do dziś z więźniami politycznymi, a nadal tacy są, obchodzi się bardzo ostro. Ale "Samotny mężczyzna" może być dla polskiego czytelnika ciekawy z jeszcze jednego powodu - otóż akcja powieści rozgrywa się pod Barceloną w roku 1982 w czasie mistrzostw świata w piłce nożnej. Bohaterami są właściciele hotelu, w którym zatrzymała się reprezentacja Polski. Kiedy przeczytałam informację o książce, myślałam, że to nieistotne tło, a o piłkarzach i trenerze Piechniczku tylko się w powieści wspomina, skoro akcja osadzona została w czasie mistrzostw. Okazuje się, że jest inaczej. Oczywiście nie są oni bohaterami książki, chociaż stanowią jej istotny element. Ale już tłumaczka reprezentacji, Danuta Wyka - postać oczywiście fikcyjna, jest bohaterką bardzo ważną i ma swój duży udział w rozgrywających się zdarzeniach.

Nie od razu weszłam w tę powieść całą sobą, musiałam przyzwyczaić się do tego, że w głowie głównego bohatera, Carlosa, niemal bez przerwy toczą się rozmowy. W chwilach napięcia, zdenerwowania słyszy głosy zmarłego przyjaciela, brata, ludzi, których skrzywdził, i tajemniczego Szczura, symbolizującego a to wyrzuty sumienia, a to kogoś w rodzaju złego ducha. Trudno powiedzieć, czy cierpi na jakieś psychiczne zaburzenie, czy to tylko artystyczna kreacja. Kiedy jednak przyzwyczaiłam się do tej konwencji, od powieści nie mogłam się oderwać, a im bliżej końca, tym bardziej trzymała w napięciu. Byłam niezwykle ciekawa, jak się to wszystko skończy, a zapewniam, że po pierwsze nie wiadomo, czy Carlosowi uda się zrealizować plan, a po drugie trudno przewidzieć, jakie będą konsekwencje jego działań. I rzeczywiście takiego rozwiązania się nie spodziewałam. Jak być może domyślasz się, czytelniku tej notki, zdarzenia wpisane zostały w ramę powieści sensacyjnej. Wydawca w opisie powieści używa nawet słowa thriller. Ale trudno tę książkę nazwać tylko rozrywkową. Słowo rozrywka właściwie zupełnie do niej nie pasuje, bo historia przedstawiona w powieści jest bardzo gorzka. 

Główni bohaterowie to trzej przyjaciele, właściciele hotelu pod Barceloną, Baskowie, którzy w przeszłości związani byli z ETA. Mają za sobą mroczną przeszłość - udział w akcjach, w których ginęli ludzie, ucieczkę do Francji, tortury, kilkuletni pobyt w więzieniu. Zerwali z dawną przeszłością, ustatkowali się, obrośli w piórka, układają sobie życie, nie chcą wracać do tego, co było, chociaż czują się Baskami i za Krajem Basków tęsknią. Co sprawiło, że po wyjściu z więzienia, postanowili zmienić swoje życie? Przyczyn jest kilka. Zrozumieli, że walka jest beznadziejna, wyniszcza i do niczego nie prowadzi poza eskalacją terroru, strachu, przemocy i nienawiści. Może wyrzuty sumienia - Carlos zmaga się z nimi bez przerwy, stale wracają do niego obrazy z przeszłości i chociaż próbuje je zagłuszyć, to trudno mu się od nich oderwać. To, czego doświadczył, w czym brał udział, historia jego brata, odcisnęło głębokie piętno na jego osobowości. Jest samotnikiem, człowiekiem skrytym, melancholijnym, nie bardzo potrafi ułożyć sobie życie osobiste. Chyba ucieka przed stałymi związkami. Bliżej mu do towarzyszy walki niż do kobiet, z którymi romansuje. To przyjaciele stanowią jego rodzinę, jednak nawet przed nimi ma swoje tajemnice. Ale wydaje się, że jest jeszcze jedna, najważniejsza, przyczyna, dlaczego bohaterowie postanowili ułożyć sobie życie. To tęsknota za odrobiną luksusu, którego nie należy w tym wypadku rozumieć dosłownie. Luksusem mogą być markowe dżinsy, samochód, płyty z dobrą muzyką, cokolwiek, co daje przyjemność. To dlatego upadają rewolucje - człowiek jest tylko człowiekiem i jak bardzo by nie był zaangażowany w sprawę, w ideę, jakąś swoją cząstką zawsze będzie tęsknił do tego symbolicznego luksusu, do stabilizacji. Nawet jeśli rewolucja pozornie zwycięży, to jeśli ludzie nie dostaną czegoś więcej poza siermiężną rzeczywistością, z czasem zwątpią w ideę. Nieprzypadkowo o tym piszę, bo rewolucja, idee lewicowe bardzo mocno wybrzmiewają na kartach książki za sprawą bohaterów. Jeden z nich urodził się na Kubie i długo marzył, aby tam wrócić. Baskijski ruch narodowy związany z ETA miał charakter lewicowy, wzorował się na ruchach rewolucyjnych na Kubie czy w krajach afrykańskich. Bohaterką bardzo zaangażowaną ideowo jest tłumaczka polskiej reprezentacji, Danuta Wyka. To z nią Carlos toczy ideologiczne dysputy. Czytają listy Róży Luksemburg, wspominają rosyjską rewolucjonistkę Aleksandrę Kołłontaj. I tu łyżka dziegciu. Mam nieco wątpliwości związanych z postacią tłumaczki polskiej reprezentacji. Zostaje pokazana w powieści jako kobieta, która szczerze wierzy w komunistyczne idee, podkreślam -  komunistyczne. Czasami przemawia jak działaczka na partyjnym wiecu, jak agitatorka. Gardzi piłkarzami, bo wydają jej się przyziemni i nieideowi. Nie miałabym problemu z taką konstrukcją tej postaci, gdyby akcja powieści toczyła się w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych, ale w osiemdziesiątych? Czy ktoś taki jest prawdopodobny? W czasach, kiedy członkowie partii byli już tylko działaczami partyjnymi? Kiedy przynależność do partii łączyła się tylko z przymusem, bo była drogą do kariery czy zawodowego awansu, a idea już dawno zdążyła się skompromitować? Wydaje mi się, że jest to wyobrażenie pisarza, lewicowego człowieka Zachodu, który nie zna polskich realiów i tak wyobraża sobie komunistyczny raj. Chociaż trzeba przyznać, że Danuta to postać pęknięta. Mimo że czyta listy Róży Luksemburg, mimo że wydaje się wierzyć w idee komunistyczne, to też tęskni za luksusem i wstydzi się, że pochodzi z ubogiego kraju.

Ale jest w tej powieści coś jeszcze, co na mnie zrobiło chyba większe wrażenie. To pytanie, czy da się uciec od przeszłości. I kolejne, na ile nasze decyzje mają wpływ na życie innych ludzi. Nawet jeśli uważamy, że podejmujemy je na własne ryzyko i tylko my poniesiemy ich konsekwencje. Bo Carlos, który, jak inni, zerwał z przeszłością, godzi się ukryć na terenie hotelu dwoje poszukiwanych terrorystów, którzy mają na sumieniu kilka śmiertelnych ofiar. Dlaczego to zrobił? Dlaczego nie uzgodnił tego ze swoimi przyjaciółmi, współwłaścicielami i jednocześnie mieszkańcami hotelu? Miało być na parę dni, wydawało się łatwe, ale czas mija i sytuacja się komplikuje. Carlos zdaje sobie sprawę, że ukrywanie tej dwójki może mieć poważne konsekwencje dla wszystkich, chociaż stara się myśleć o tym inaczej. Bywa, że nie bardzo mamy wybór, decyzję trzeba podjąć natychmiast i brakuje czasu, aby rozważyć wszystkie za i przeciw. Jedna chwila, przypadek decydują o dalszym losie. W przypadku Carlosa w grę wchodzi też sentyment do przeszłości. Trudno zupełnie odciąć się od dawnych towarzyszy. Carlos jest postacią tragiczną, bo dobrego wyjścia z tej sytuacji nie ma. To, co zrobił, może zburzyć tak żmudnie budowane nowe życie. Co dalej? Jak wyprowadzić poszukiwanych? Czy się uda? Im bliżej końca, tym napięcie większe. Warto jednak pamiętać, że nie jest to tylko powieść sensacyjna. Nie mogę napisać nic więcej, aby nie zdradzić zakończenia. A jest bardzo mocne. Powiedzieć, że wbiło mnie w fotel, to nic nie powiedzieć. Że pozwolę sobie sparafrazować jedną z fraz Jerzego Pilcha.

Popularne posty