Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty

Cătălin Mihuleac "Złota dziewczynka z Jassów"

Kiedy usłyszałam o powieści Cătălina Mihuleaca "Złota

dziewczynka z Jassów" (Noir sur Blanc 2023; przełożył Kazimierz Jurczak), natychmiast postanowiłam, że muszę ją przeczytać. Wystarczyła informacja, że to książka rumuńskiego autora i pobieżny rzut oka na notkę od wydawcy. Muszę przyznać, że początki były trudne, mimo że lektura nie nastręczała problemów - czytało się gładko i szybko, ale jakoś było mi z nią nie po drodze. Odstręczała wszechobecna ironia na dodatek podszyta nutą groteski, denerwowała narratorka, Suzy, a jej opowieści o handlu ciuchami z drugiej ręki i innymi używanymi przedmiotami,  którym to biznesem zajmowała się rodzina jej męża, Bena, po prostu nudziły. Długo czułam się rozczarowana. Ale z czasem przekonałam się do bohaterki, zaimponowała mi jej siła charakteru, wciągnął zasadniczy wątek powieści, a wreszcie zrozumiałam, czemu służą w tym wypadku ironia i groteska - bez nich przez niektóre fragmenty tej książki trudno byłoby przebrnąć. A i tak dostałam obuchem po głowie, a po skończeniu lektury gorączkowo zaczęłam szukać jakiejś lżejszej książki. Padło na "Moją winnicę" Miriam Akavii, ten wybór sprawdził się tylko częściowo, ale o tym za tydzień.

Ale od początku. Powieść prowadzona jest na dwóch planach czasowych. Pierwszy, współczesny, to ten, którego narratorką jest Suzy, Rumunka z Jassów, do której los się uśmiechnął, bo  została zatrudniona w znakomicie prosperującej firmie zajmującej się sprzedażą na wielką skalę używanych ciuchów, innych przedmiotów trafiających do second-handów oraz tej markowej odzieży, która wędruje do sklepów vintage. Przedsiębiorstwo należy do Bernsteinów, rodziny amerykańskich Żydów, która na tym handlu dorobiła się majątku. Suzy zostaje zatrudniona  na próbę, wyjeżdża do Stanów, a ponieważ sprawdza się znakomicie, przyczyniając się do jeszcze większego prosperity, między innymi dzięki stworzeniu rumuńskiej filii, zostaje w firmie na zawsze. Swój sukces przypieczętowuje małżeństwem z dużo starszym od siebie Benem, synem właścicieli firmy, Dory i Joego. Najpierw zachłysnęła się amerykańskim życiem, dobrobytem, pracą, z czasem jednak coś się zmienia. Irytuje ją beztroskie życie Bernsteinów, którzy szastają pieniędzmi i żyją tym, co teraz. Szczególnie drażni ją mąż i jego dwaj bracia. W chwili złości wykrzyczy mu:

Nie masz pojęcia, skąd pochodzisz, pojęcia nie masz, przez co przeszła twoja rodzina, żebyś ty mógł prowadzić swojego lexusa ...

A ona chce odzyskać historię rodziny, do której weszła, dla swoich dzieci. Złości ją, że Ben nigdy nie zainteresował się, dlaczego nie ma dziadków ze strony matki, złości ją też Dora.

Twoja matka, jeszcze jedna, którą nic nie obchodzi. Szczęściarze, którzy trafili na mnie, bym im sprzedawała ciuchy na pięciu kontynentach. Ja sprzedaję starzyznę, żebyście wy mogli sobie kupować nowe ubrania markowe. (...) Odwiedzacie kawiarnie i domy mody zamiast żydowskich muzeów. Można by uwierzyć, że wywodzicie się z rodziny kosmitów. Państwo Kosmitowiczowie. Benjamin Kosmitowicz z mamuśką, Dorą Kosmitowicz.

Z całej rodziny Bernsteinów Suzy sympatią darzy tylko teścia.

Ale jest też drugi plan czasowy - międzywojnie, wojna i okres tuż po niej. To historia zamożnej rodziny Oxenbergów mieszkającej w Jassach. Głowa rodziny to Jacques, lekarz ginekolog i położnik, który wyspecjalizował się w robieniu cesarskich cięć tak pożądanych przez bogate Rumunki, które nie chcą rodzić naturalnie. Oxenbergowie również wiodą beztroskie życie, nie oglądając się na przeszłość. Wprawdzie Jacques już na studiach zetknął się z antysemityzmem, ale potem jego niezwykły talent, czar działający na pacjentki i idące za tym pieniądze pozwoliły mu o tamtych nieprzyjemnych zdarzeniach zapomnieć. Domaganie się przez rumuńskich studentów, aby ich żydowscy koledzy kroili w prosektoriach żydowskie trupy, z czasem stało się nieistotne. (Niedawno dowiedziałam się, że i polscy studenci w tamtych czasach domagali się tego samego.) Wszyscy lekceważą objawy narastającego antysemityzmu, a kiedy robi się coraz bardziej niebezpiecznie, Jaques i jego żona Roza wierzą, że na kłopoty, no te żydowskie, zaradzi wysoko postawiona persona, której żona też była pacjentką doktora Oxenberga.

Wszędzie dostrzega podpalone antyżydowskie lonty. Zastanawia go liczba antyżydowskich dowcipów i tempo, w jakim się rozchodzą; niektóre opowiadane przez Żydów! Czy oni nie wiedzą, co robią? Nie zdają sobie sprawy, że to głuchy telefon antysemitów? Budzą śmiech, ale jakże dziki, nietolerancyjny, nieludzki.

Kulminacyjnym momentem powieści są rozdziały relacjonujące pogrom w Jassach, o którym wcześniej chyba nie słyszałam. Jassy to wstydliwa karta rumuńskiej historii, takie polskie Jedwabne tylko na o wiele większą skalę. To pogrom, do jakiego doszło w czerwcu 1941. Miejscowa ludność szybko winę zrzuciła na hitlerowców, ale prawda jest taka, że masakry dokonali rumuńscy wojskowi, policjanci, żandarmi i członkowie antysemickiej Żelaznej Gwardii przy współudziale mieszkańców. Pretekstem była plotka, że Żydzi pomagają radzieckim spadochroniarzom. Na ulicach Jassów zginęło ponad osiem tysięcy Żydów, kolejne pięć w dwóch pociągach, do których zostali załadowani, a które w upale krążyły po kraju. Nie udało mi się znaleźć informacji, czy ta zbrodnia jest dla Rumunów takim samym punktem zapalnym jak w Polsce Jedwabne. Chyba jednak nie.

Rumunia osądziła ogółem może 10% zbrodniarzy wojennych. Odpowiedzialni za pogrom stali się po 23 sierpnia 1943 sojusznikami Związku Sowieckiego, część uciekła za granicę.

To też cytat z powieści. I to właśnie w tych rozdziałach opowiadających o tamtych strasznych zdarzeniach tak bardzo sprawdzają się ironia i groteska. Dzięki nim byłam w stanie przez te dramatyczne fragmenty przebrnąć, dzięki nim udaje się autorowi uniknąć kiczu, pornografii przemocy i taniego współczucia. Ale taka konwencja ma jeszcze większą siłę rażenia. Dostajemy jakieś koszmarne obrazy, ale zniekształcone, wykrzywione. Ofiarami pogromu są głównie mężczyźni i chłopcy, ale kobiety, jak zawsze w takich sytuacjach, też obrywają. Ich nie prowadzi się na policję, nie pakuje do wagonów, one są gwałcone, a potem o ich cierpieniu na kartach historii nikt nie pamięta.

... z żalem informujemy, że kobiety nie mają czego szukać na kartach historii, których zadaniem jest sławić bohaterstwo naszych armii. Popsułyby grupową fotografię, gdyby je umieszczono obok narodowych herosów (...) jak by to wyglądało, gdyby na lekcjach wychowania patriotycznego dopuścić przekazywanie takiej niepotrzebnej nikomu wiedzy? W oczach tych, którzy zapisują i korygują stronice historii, ofiara nieszczęsnych kobiet jest bez znaczenia. Kochani, wiadomo, że żołnierze też muszą niekiedy się wyładować. A że czasami przesadzają, cóż, to daje się wytłumaczyć wyrzeczeniami, jakie znoszą, walcząc bohatersko za ojczyznę i naród. Kiedy dzieją się te rzeczy, najlepiej odwrócić się plecami, zapalić papierosa i zaciągnąć się dymem tak głęboko, aż ci znieczuli duszę. Nie możesz zrobić nic innego, i nie masz prawa robić. Zwłaszcza, że niekiedy damy to lubią. Nie ma się co śmiać, taka jest prawda. Słowo honoru, że one to lubią. 

Cytat długi, ale nie mogłam się oprzeć, aby go nie przytoczyć. Raz, że jest znakomitym przykładem ironii, dwa, że doskonale oddaje podejście do kobiecego wojennego doświadczenia.

Z czasem przekonujemy się, że nieprzypadkowo rodzina Bernsteinów handluje używanymi ciuchami. Ten motyw jest w powieści bardzo ważny. Kiedy trwał pogrom, miejscowa ludność zdzierała z trupów ubrania, aby w nich chodzić albo sprzedać. Współcześnie nadmiar ciuchów dusi nas, szybko stają się towarem z drugiej ręki, handlujemy nimi, chodzimy w nich, nie zastanawiając się, że też są przedmiotem opresji. Nie myślimy o tych, którzy za marne grosze harują w azjatyckich szwalniach.

Jest to też powieść o tym, że nawet jeśli się bardzo chce, nie można zapomnieć o przeszłości. Joe, teść Suzy, ma taką maksymę: Nie możesz zabrać ze sobą kraju na podeszwie buta, ale zawsze coś zostanie w obcasie

I jeszcze na koniec cytat z wiersza Jesienina, wielokrotnie przywoływanego przez bohaterów powieści.

I na mnie druh, czysty jak łza, / wyciągnie majcher zza cholewy.

Mogłabym jeszcze wspomnieć o rumuńskim powieściopisarzu Jonelu Teodoreanu (1897-1954) z Jassów, którego twórczością zachwyca się w młodości Suzy, a który był antysemitą i w międzywojniu złożył wniosek o wykluczenie Żydów z palestry (pracował jako adwokat). Na próżno szukać informacji o jego poglądach w internetowej encyklopedii PWN, dowiadujemy się tylko, że wielkim rumuńskim pisarzem był. Mogłabym też dodać, jak współcześnie brzmią fragmenty o powojennych ucieczkach rumuńskich Żydów przez zieloną granicę do Austrii. Mogłabym, ale już i tak się rozpisałam, więc tylko o tym napomykam.

Trudna lektura, ale warto. 

Mihail Sebastian "Od dwóch tysięcy lat"

Powody, dla których sięgnęłam po powieść Mihaila Sebastiana "Od dwóch tysięcy lat" (Książkowe Klimaty 2020; przełożył Dominik Małecki) są dwa. Pierwszy - staram się być na bieżąco z literaturami niszowymi, także rumuńską, co oczywiście nie oznacza, że czytam wszystko. Drugim jest autor, o którym usłyszałam kilka lat temu przy okazji innej rumuńskiej powieści, "Powrotu chuligana" Normana Manei. Jej tytuł nawiązuje do eseju Mihaila Sebastiana "Jak zostałem chuliganem". To wtedy pierwszy raz usłyszałam o tym rumuńskim pisarzu. Kupiłam nawet "Dziennik 1935-1944", który uważany jest za jego najważniejszą  książkę, ale niestety dotąd go nie przeczytałam. Mihail Sebastian chociaż żył tylko trzydzieści osiem lat (zginął w wypadku samochodowym w roku 1945), jest ważną postacią rumuńskiej literatury. Właściwie nazywał się Iosif Mendel Hechter. W czasach, kiedy w międzywojennej Rumunii narastały nastroje antysemickie, faszystowskie oraz autorytarne i wielu intelektualistów, na przykład Eliade, Cioran, dało im się uwieść, on pozostał outsiderem, czego świadectwem jest wspomniany "Dziennik 1935-1944" oraz książka, o której dzisiaj.

Nie mam złudzeń, powieść "Od dwóch tysięcy lat" na pewno nie trafi do masowego odbiorcy. Ja oczywiście nie żałuję lektury i polecam, chociaż przyznaję, że zdarzały się momenty nieco nużące, ale zaraz potem dawałam się porwać wcale nie wartkiej akcji, bo takiej tu nie ma, ale rozważaniom snutym przez głównego bohatera-narratora, klimatowi, zdarzeniom. Powieść ma formę dziennika, a może bardziej luźnych zapisków prowadzonych przez głównego bohatera. Jej akcja zaczyna się w grudniu 1923 roku w Bukareszcie, kiedy to dochodzi do antysemickich zamieszek na uniwersytecie. Narrator, Żyd, ale jednocześnie Rumun i człowiek znad Dunaju (Jestem Żydem, jestem Rumunem, jestem człowiekiem znad Dunaju. - tak napisze o sobie kilka lat później) studiuje prawo. Razem z kolegami o żydowskim pochodzeniu jest nękany przez antysemicko nastawionych studentów. Powszechną praktyką są bójki, wyrzucanie z zajęć, niewpuszczanie na wykłady. W końcu uniwersytet zostaje zamknięty na kilka dni. Takie incydenty będzie obserwował bohater również kilka lat później, kiedy zostanie architektem i do Bukaresztu będzie wpadał od czasu do czasu z prowincji, gdzie doglądał budów prowadzonych przez amerykańską firmę, w której pracował. Akcja książki kończy się w latach trzydziestych, w czasach kryzysu ekonomicznego i szerzących się w Europie nastrojów antysemickich i autorytarnych.

Co znajdujemy na kartach powieści? Jak w dzienniku - trochę życia, trochę wspomnień rodzinnych, sporo wnikliwych portretów dalszych i bliższych znajomych bohatera (to ta drobiazgowość czasem mnie nużyła),  ale także refleksje i rozważania, dla których pretekstem są dyskusje światopoglądowe, które toczą jego żydowscy koledzy, i spór ideowy pomiędzy dwoma mentorami narratora - profesorem ekonomii (a może filozofii?) Ghitą Blidaru, a nietuzinkowym architektem, z którym narrator współpracuje, Mirceą Vieru. To dwie wizje świata - tradycja kontra postęp, Rumunia wiejska kontra  Rumunia nowoczesna, prymat natury kontra prymat człowieka. Vieru opowiada się za tymi drugimi alternatywami. Na terenach rolniczych prowadzi budowę kompleksu szybów naftowych dla amerykańskiego konsorcjum. Niestety ten proces modernizacji odbywa się kosztem miejscowej wspólnoty - żeby szyby powstały, trzeba przesiedlić całą wieś. Mieszkańcy się buntują, bo można zbudować nowe budynki, ale nie da się przenieść sadów ani ducha miejsca. A po kilku latach wybuchnie też bunt niezadowolonych robotników. Zdarzenia z odległej przeszłości, a jak współcześnie brzmią. Dziś w podobny sposób eksploatowane są kraje Ameryki Południowej czy Azji, a ofiarą międzynarodowych koncernów też stają się miejscowe wspólnoty, najczęściej reprezentowane przez rdzennych mieszkańców. Zainteresowanych odsyłam do dwóch świetnych i ważnych książek - Artura Domosławskiego "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary" oraz znakomitej indyjskiej pisarki Arundhati Roy "Indie rozdarte". Drugi konflikt światopoglądowy, ten żydowski, to wybór różnych dróg życiowych. Wśród kolegów narratora są zwolennicy syjonizmu, którzy szykują się do wyjazdu do Palestyny, i komuniści, dla których ważniejsza jest ideowa tożsamość niż żydowska.

Jakie stanowisko wobec tych sporów zajmuje bohater powieści, autor zapisków? Pozostaje neutralny, jest ich wnikliwym, wrażliwym obserwatorem, a nie uczestnikiem. Jak już wspominałam, nie określa go tylko jego żydostwo. Jest Żydem, ale jest Rumunem i człowiekiem znad Dunaju, bo w naddunajskiej miejscowości spędził swoje dzieciństwo i te korzenie są dla niego równie istotne. W sporze dwóch autorytetów też nie opowiada się jednoznacznie po jednej ze stron - i profesor, i architekt są dla niego ważni. Wprawdzie zwiąże się z amerykańskim konsorcjum, będzie pracował razem z Mirceą Vieru przy budowie kompleksu naftowego, ale nie jest głuchy na problemy miejscowej społeczności. Zawsze idzie swoją, osobną drogą, zawsze stoi z boku, czego symbolem staje się samodzielna budowa domu dla profesora Blidaru.

Ta osobność, niechęć do wchodzenia w konflikty jest też widoczna w stosunku bohatera do narastającego antysemityzmu. To bardzo ciekawy wątek powieści i interesująco pokazany. Po przeczytaniu informacji o książce spodziewałam się, że będzie na pierwszym planie. Tak nie jest, bo na pierwszym planie jest życie z całą jego różnorodnością. Jak pisze narrator dramat bycia Żydem nie unieważnia osobistych dramatów. Ale antysemityzm cały czas pulsuje, a narasta w latach trzydziestych. Narrator, chociaż w czasach studenckich był ofiarą wielu antysemickich incydentów, stara się zrozumieć swoich prześladowców, ba, nawet ich tłumaczyć. Bagatelizuje to, co się dzieje. Po latach samokrytycznie stwierdzi, że w młodości był na dobrej drodze, aby stać się żydowskim fanatykiem, dlatego później zawsze stara się zachować dystans, co ma konsekwencje w jego postawie. Kiedy znowu jest świadkiem antyżydowskiej manifestacji, okrzyki skierowane przeciw Żydom, traktuje z pobłażaniem. Nie dostrzega w nich niebezpieczeństwa, w jego uszach brzmią niemal jak refren niewinnej piosenki.  Najmocniejsze są te fragmenty powieści, kiedy autor nagle odkrywa, że niektórzy jego znajomi, dalsi, ale też ci najbliżsi, są antysemitami. I on, i czytelnik, dostają nagle pięścią między oczy, ale po chwilowym zamroczeniu, dochodzimy do siebie. Zdarza mu się słyszeć od nich takie zdania Gdyby wszyscy Żydzi byli tacy jak ty ..., Z Żydami takimi jak ty ... Narrator również ich próbuje zrozumieć, nie zrywa kontaktów, najwyżej wdaje się w dyskusję. Jest mu za nich głupio, to on się wstydzi, chociaż nie ma czego, to oni powinni. 

Po raz kolejny dzięki literaturze przekonuję się, dlaczego tak wielu Żydów do końca czekało, dlaczego nie słyszeli dzwonów alarmowych i nie uciekali, póki jeszcze mogli. Stopniowo przyzwyczajali się do inwektyw, przytyków, antysemickich uwag, a to usypiało ich czujność i pozwalało lekceważyć niebezpieczeństwo. Znakomitym świadectwem takiej postawy i jej konsekwencji jest całkiem niedawno na nowo przywrócona czytelnikom powieść niemieckiego pisarza Ulricha Alexandra Boschwitza "Podróżny". A bohater powieści Mihaila Sebastiana konsekwentnie stoi z boku, pozostając outsiderem. Walczy o siebie, o swoją różnorodną tożsamość, nie chce być wtłoczony w jedną - żydowską, ale nie chce też od niej uciekać. Czy taka postawa w tamtych burzliwych, smutnych czasach miała prawo bytu?

Andrea Tompa "Dom kata"

Książkowe Klimaty to jedno z tych wydawnictw, których ofertę pilnie śledzę. Wydają literatury niszowe, między innymi węgierską, grecką, słowacką, bułgarską, rumuńską. Od czasu do czasu coś sobie z ich katalogu wybieram. To dzięki nim na polskim rynku ukazała się znakomita powieść Varujana Vosganiana „Księga szeptów” nagrodzona w zeszłym roku Angelusem. Ten sam laur kilka lat wcześniej zdobyła książka „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)” Pavla Rankova. W tym wypadku nagroda wydała mi się grubą przesadą. Zresztą odkąd Książkowe Klimaty pojawiły się na naszym rynku wydawniczym, nie ma roku, aby ich książki nie znalazły się przynajmniej w półfinale Angelusa. Tak jest i tym razem. Nominowano dwie, wśród nich „Dom kata” Andrei Tompy (2016; przełożyła Anna Butrym). Teraz, kiedy poprawiam tę notkę, wiadomo, że książka węgierskiej pisarki jest w finałowej siódemce. To właśnie na nią oddałam swój głos w plebiscycie czytelników. Kupiłam ją dość dawno, ale stale odkładałam lekturę, bojąc się ciężaru gatunkowego opowieści. Tymczasem niesłusznie. Chociaż akcja w znakomitej większości rozgrywa się w czasach dyktatury Ceausescu, chociaż wiele tu smutnych, a nawet tragicznych zdarzeń, to jednak całość nie robi bardzo przygnębiającego wrażenia. Czy sprawiają to zabawne historie, których też przecież nie brakuje? Czy barwne, nietuzinkowe postacie? Czy może główna bohaterka, zwana dziewczynką albo dziewczyną? Jej energia, wigor, ciekawość świata, artystyczne towarzystwo, w jakim się obraca? A może fakt, że „Dom kata” to po prostu rodzinna saga? Bo chociaż ujęta w niebanalną formę, tym właśnie jest ta powieść.

Muszę uczciwie przyznać, że formy troszkę się na początku przestraszyłam. Kiedy w krótkim wstępie tłumaczki przeczytałam, że każdy rozdział to rodzaj pełnego dygresji i wątków pobocznych monologu pisanego długimi, a właściwie długaśnymi, zdaniami, w których interpunkcja traktowana jest swobodnie, a wszystko między innymi po to, aby pojawił się alternatywny zapis mowy zależnej i monologi wewnętrzne, westchnęłam. Pomyślałam, że nie chce mi się męczyć nad lekturą. Że znowu przerost formy nad treścią. Jakże się myliłam! Po dwóch stronach przywykłam do  chaotycznego strumienia myśli, a opowieść natychmiast mnie wciągnęła. Zatopiłam się w świecie wykreowanym przez autorkę. Mało tego, po kilku napisanych po bożemu powieściach, które ostatnio przeczytałam, a nawet pochłonęłam, „Dom kata” wydał mi się czymś ożywczym. Doszłam też do wniosku, że to właśnie forma wynosi tę książkę ponad poziom kolejnej rodzinnej sagi. A że lektura wymaga skupienia, bo w dygresjach łatwo się pogubić i czasem trzeba wrócić drugi raz do jakiegoś fragmentu? Nie szkodzi. Zanurzenie się w powieściowym świecie w pełni wynagradza trud.

Można się zastanawiać, czy „Dom kata” jest rzeczywiście powieścią, czy też zbiorem opowiadań, które łączą bohaterowie. Ja jednak skłaniam się ku pierwszej wersji. Rzeczywiście każdy rozdział stanowi odrębną całość, znajdziemy w nim opowieść skupioną wokół jakiegoś tematu. To może być zdarzenie, fragment rodzinnej historii, człowiek, przedmiot, dom, ogród, a nawet miasto. Te anegdoty pojawiają się jak króliki wyjmowane z kapelusza, trochę na chybił trafił. Co się wyciągnie, co się przypomni. Każda historia rozwija się, opleciona zostaje dygresjami, owymi wątkami pobocznymi, o których wspominała tłumaczka, ucieka od swojego początku, aby na koniec do niego wrócić. A jednak z tych pozornie chaotycznych fragmentów powoli składamy całość. Poszczególne kawałki puzzli zaczynają do siebie pasować i oczom czytelnika ukazuje się pełny obraz - skomplikowana rodzinna historia na tle równie pokomplikowanej historii Siedmiogrodu, Rumunii i Węgier. Ale może przede wszystkim jest to opowieść o dziewczynce - dziewczynie, historia  dojrzewania, relacji z ojcem, matką, siostrą, dziadkami, przyjaciółmi. Ten okres jej życia przypadł na siermiężne, ubogie, tragiczne, smutne i beznadziejne lata dyktatury Ceausescu. To jej oczami patrzymy na świat. I nawet jeśli pozornie znika z jakiegoś rozdziału, to i tak miałam wrażenie, że to jej opowieść. I jeszcze jeden dowód na to, że „Dom kata” jest powieścią - zaczyna się i kończy w grudniu 1989 w momencie obalenia dyktatora. Finał to szalona radość, ulga i nadzieja, jakie niesie ze sobą każdy przełom, każda świeżo odzyskana wolność. Bo przecież teraz wszystko musi być już inaczej. Jak? Nie wiadomo, nikt się jeszcze nad tym nie zastanawia. Na pewno lepiej. W takich momentach nikt nie myśli, że może jednak wcale nie będzie łatwo. Ciąg dalszy znamy, ale spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Po co goryczą psuć sobie radość zakończenia.

Ale powieść Andrei Tompy jest też bardzo ciekawa, bo opowiada historię mało nam znaną. Akcja rozgrywa się w Siedmiogrodzie w Kolożwarze, dziś to po rumuńsku Cluj-Napoca (Kluż-Napoka). Bohaterami są zamieszkujący od wieków te tereny Węgrzy, a właściwie Szeklerzy. Ich węgierska tożsamość jest tu bardzo istotna. Bezduszna i okrutna historia sprawiła, że Siedmiogród stał się w wyniku traktatu z Trianon częścią Rumunii. Potem tylko na kilka wojennych lat znowu był węgierski. Dlatego jest to opowieść o utracie. Utracie ojczyzny, kultury, języka, praw przynależnych mniejszości narodowej, wreszcie o stracie przyjaciół. Węgierscy bohaterowie powieści stale są z czegoś odzierani – likwiduje się węgierski teatr, klasy z językiem węgierskim, coraz trudniej dostać paszport, coraz trudniej spotkać się z krewnymi mieszkającymi na Węgrzech. No i stale ktoś emigruje. Likwiduje swoje mieszkanie, rozsprzedaje sprzęty, ukochane książki, bo w taką podróż wolno wziąć tylko niewielką ilość bagażu. Kto decyduje się na wyjazd, najpierw przechodzi drogę przez mękę – czeka na paszport, traci pracę, musi zadowolić się byle jaką. Bywa, że czekanie trwa latami. Utracie nieodłącznie towarzyszy zmiana. Bo skoro zamyka się granice, skoro znikają ludzie, skoro o swoją tożsamość trzeba walczyć, to nic już nie będzie takie samo. Ale zmienia się też miasto. Na stare dzielnice napierają brzydkie, bezduszne, szare osiedla z wielkiej płyty. Bezpowrotnie giną ulice, przy których stały domy otoczone ogrodami. Jeśli gdzieś nieoczekiwanie ocaleją, to dlatego, że pewnie mieszka tam ktoś. Dziadkowie dziewczynki-dziewczyny żyją w wiecznej niepewności. Od lat nie remontują swojego domu, bo przecież zaraz będą burzyć. Na ich ulicy żaden ktoś przecież nie mieszka.

Jest to też opowieść o komunistycznej Rumunii. Nazwisko Ceausescu nie pada chyba ani razu, jakby bohaterowie bali się je  wymawiać. Ale duch dyktatora stale jest obecny w ich życiu, rzuca na nie cień. Łamie życiorysy, staje się przyczyną tragedii. Chyba najtragiczniejszą postacią jest ojciec dziewczynki-dziewczyny. Chociaż przyczyn jego nieszczęśliwej drogi trzeba też szukać w historii rodzinnej. Często rumuńska, komunistyczna rzeczywistość, kult wodza narodu przybiera groteskowe formy, ale zaraz na powrót robi się strasznie. Ratunkiem jest rodzina i sztuka, bardzo ważna w życiu bohaterów. Bo przecież jakby okropnie nie było, to jakoś żyć trzeba. To stwierdzenie dotyczy starszego pokolenia – dziadków, rodziców. Oni próbują się dostosować, radzić sobie w niełatwej, beznadziejnej, szarej rzeczywistości. Ale dziewczynka-dziewczyna inny świat zna tylko z rodzinnego przekazu. Żyje tu i teraz, dorasta, marzy, planuje, jest łapczywa na życie. Może dlatego, na przekór czasom, z powieści bije energia. To ona jest jej źródłem, chociaż i jej nie omijają tragedie.

Rozpisałam się, a mam poczucie, że ledwie nadgryzłam temat. Tak jest zawsze, kiedy piszę o książce, która jest czymś więcej, niż tylko przyjemną lekturą. Gorąco namawiam, aby sięgnąć po powieść Andrei Tompy i nie należy zrażać się formą. Po chwili okazuje się wartością dodaną, a nie balastem.



 

Filmowe remanenty - "Nadejdą lepsze czasy", "Aferim!".

Dziś chciałabym namówić na obejrzenie dwóch bardzo dobrych i bardzo interesujących filmów. Od razu lojalnie informuję, że nie są to obrazy lekkie, łatwe i przyjemne. Przeciwnie to filmy z gatunku ciężkich i niemiłych. Cóż zrobić, taki jest i był świat, więc trudno oczekiwać, że twórcy będą zagłaskiwać rzeczywistość. Ale dość tych banałów, czas przejść do konkretów.

Pierwsza pozycja, którą zobaczyć trzeba, to dokument Hanny Polak "Nadejdą lepsze czasy". Kiedy czytam wywiady z reżyserką, a przy okazji premiery ukazało się ich kilka, dochodzę do wniosku, że jej życie też byłoby świetnym materiałem na film. Niedoszła aktorka, która ileś lat mieszkała w Stanach, aby potem na dłużej zakotwiczyć w Rosji, gdzie pomagała dzieciom ulicy, przy okazji kończąc studia filmowe. To wtedy powstał głośny dokument "Dzieci z Leningradzkiego", a potem ten, który możemy oglądać teraz. Hanna Polak kręciła go przez czternaście lat. Koniecznie trzeba dodać, że robiła to nielegalnie w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Właściwie słowo kręciła jest w tym wypadku  nieadekwatne. Lepiej powiedzieć, że towarzyszyła swoim bohaterom z kamerą. Ale i słowo bohaterowie nie oddaje całej prawdy. To ludzie, którym pomagała, których problemami żyła, których polubiła. A jeśli ktoś nie słyszał, kim są, niech się dowie, że to nielegalni mieszkańcy największego moskiewskiego wysypiska śmieci zwanego Swałką. W takim miejscu na pewno nikt mieszkać nie powinien, a przecież żyli tam ludzie, ba nawet rodziły się dzieci. Używam czasu przeszłego, bo wysypisko zamknięto. Jak tam trafili? Kto czytał "Czasy secondhand" Swietłany Aleksijewicz, ten wie. W Rosji w gangsterskich latach dziewięćdziesiątych znaleźć się na dnie było bardzo łatwo. Tak trafiły na Swałkę Jula i jej matka. To Julę wybrała Hanna Polak na główną bohaterkę filmu. Towarzyszyła jej czternaście lat. Najpierw dziesięcioletniej dziewczynce, na koniec dwudziestoczteroletniej kobiecie. Krytycy filmowi, których słyszałam i czytałam, uparli się twierdzić, że "Nadejdą lepsze czasy" to obraz, mimo że dotyka tak dramatycznego i obrzydliwego tematu, optymistyczny i pogodny (tak, takie głosy też słyszałam). Chyba mamy różną wrażliwość. Owszem, historia Juli i jej matki kończy się szczęśliwie. A co z pozostałymi? Większość z bohaterów filmu już nie żyje. Ludzie z wysypiska umierają młodo z powodu chorób, wypadków, często są ofiarami morderstw. Tylko pojedynczym osobom udawało się wyrwać z tego miejsca i rozpocząć normalne życie. Potrzebna była determinacja, wytrwałość i szczęście. A przecież to zwyczajni ludzie. Serce się ściska, kiedy z rezygnacją, żalem i smutkiem w oczach opowiadają o swoim największym marzeniu - nie chcą spędzić całego życia na wysypisku. Na wysypisku, gdzie błoto, trujące wyziewy, groźba wypadku, przestępstwa, bieda i beznadzieja. Na wysypisku, gdzie mieszka się w skleconych z byle czego budach, które w czasie deszczu  albo w porze roztopów toną w błocie i wodzie, a zimą ..., lepiej nie mówić. Na wysypisku, którego nielegalni mieszkańcy nie mają żadnej opieki, żadnych praw a ich dzieci nie chodzą do szkoły. Gdzie tu optymizm?

Drugim bardzo interesującym filmem jest rumuński "Aferim!". Propozycja niezwykła nie tylko dlatego, że czarno-biała, nakręcona w manierze dawnego kina. Niezwykły jest też czas i miejsce. Przenosimy się na Wołoszczyznę roku 1835. To okres panowania Imperium Osmańskiego, ale i Rosja walczy o wpływy. Mieszają się narodowości i religie, a miejscowa ludność wyzyskiwana jest przez Turków, rumuńskich bojarów i kościół. Ale najgorszy los mają Cyganie, uważani za dzieci diabła,  nienawidzeni, pogardzani i bardzo często będący niewolnikami w dosłownym sensie tego słowa. Jedna ze scen rozgrywa się na targu, gdzie między innymi handluje się żywym towarem. Ba, Cyganie sami siebie wystawiają na sprzedaż, zachwalając swe walory, bo tylko tak mogą przeżyć. Opowieść jest prosta, trochę w duchu brudnego, naturalistycznego westernu, gdzie właściwie dobrych i szlachetnych bohaterów nie ma. Policmajster i pomagający mu syn szukają zbiegłego Cygana, który okradł swojego pana. Potem prawda okaże się nieco inna, ale tak czy inaczej los biedaka jest przesądzony. Wędrują przez bezdroża, dzikie góry i ostępy, zapomniane przez Boga wsie, jak w westernie. Spotykają różnych ludzi, między innymi popa, który wykłada im swoją życiową filozofię będącą kwintesencją ksenofobii i antysemityzmu, trafiają do obozowiska Cyganów, do jakiejś wioski, nocują w karczmie, wreszcie dotrą do domu bojara, aby odstawić tam zbiega. Każde spotkanie, każde miejsce to osobna scenka, fascynująca, egzotyczna i najczęściej przerażająca. To świat potworny, nie tylko prymitywny, ale i nienawistny. Tu nie ma miejsca na litość i ludzkie odruchy. Obowiązuje ścisła hierarchia, najniżej na tej społecznej drabinie są Cyganie i kobiety. Każdy walczy o swoje, jeśli okaże słabość, oberwie od życia. Ludzie gardzą sobą i nienawidzą się. Świetnie mają się narodowe stereotypy, które są źródłem niechęci do obcych, żeby nie powiedzieć nienawiści. Właściwie wszyscy godzą się ze swoim losem, wiedzą, że tak było, jest i będzie. Cóż, tak ten świat urządzono. Jeśli się buntują, to tylko pro forma, bo z góry wiedzą, że bunt nic nie da. Człowiek może liczyć tylko na siebie i na łut szczęścia. Nie obroni go ani pan, któremu służy, ani duchowny, bo przecież to oni są źródłem opresji. A wszystko z  Bogiem na ustach. Po seansie możemy odetchnąć z ulgą - świat jednak jest coraz lepszy, ale szybko przypominamy sobie, że ksenofobia, antysemityzm i pogarda nadal mają się dobrze, a może nawet coraz lepiej.


Lucian Dan Teodorovici "Matei Brunul"

Całkiem niedawno pisałam o rumuńskiej powieści Cristiana Teodorescu "Medgidia, miasto u kresu", zapowiadając jednocześnie książkę, o której będzie dzisiaj. To kolejna rumuńska lektura, "Matei Brunul" Luciana Dana Teodorovici (Amaltea 2014; przełożyła Radosława Janowska-Lascar). Powieść została na polskim rynku zauważona, znalazła się w półfinałowej czternastce Angelusa. Na początku września poznamy finałową siódemkę, trzymam kciuki. Od razu napiszę, że książkę przeczytać trzeba, ale jednocześnie z góry uprzedzam, że nie jest to lektura  przyjemna, chociaż czyta się ją z zapartym tchem.

Bohater, tytułowy Matei Brunul, a właściwie Bruno Matei, po matce Włoch, po ojcu Rumun, aktor teatru lalkowego, który wiedzę o marionetkach zdobywał na Sycylii, zostaje pod koniec lat czterdziestych aresztowany pod sfingowanym zarzutem. Kto zetknął się z literaturą rumuńską, kto zna choć trochę historię tego kraju, ten wie, jak wyglądały czasy stalinowskie w Rumunii i jakie metody resocjalizacji stosowano w rumuńskich więzieniach. Spora część książki to opowieść o dziesięciu latach spędzonych przez Bruna za kratami. Od aresztowania, które, jest pewien, nastąpiło przez pomyłkę, przez śledztwo, wymuszanie zeznań, proces, a wreszcie tułaczkę po obozach pracy i więzieniach. Chociaż autor nie epatuje okrucieństwem ponad miarę, nie da się uniknąć opisu tortur, poniżania, upadlania, katorżniczej pracy, potwornych warunków, obrzydliwego żarcia. Z drugiej strony więzienne rozdziały to fascynująca opowieść o człowieku, który próbuje przetrwać, stosując rozmaite strategie. Najpierw chwyta się nadziei, że wkrótce wszystko się wyjaśni i będzie wolny, potem przeciwnie, żyje chwilą, z dnia na dzień, nie pozwalając sobie na marzenia o wolności. Próbuje zawierać więzienne przyjaźnie, ale kiedy z różnych powodów prowadzi to do nieszczęścia, pogrąża się w samotności i milczeniu. Czasami ratunkiem bywają wspomnienia, rozmyślania o marionetkach, jego życiowej pasji, przywoływanie opowieści z dzieciństwa, zapamiętanych legend i mitów. Paradoksalnie nie tortury, katorżnicza praca czy parszywe warunki są najgorsze. Najtrudniej jest pogodzić się z ostracyzmem i pogardą ze strony towarzyszy niedoli, jakich w wyniku fałszywych pomówień Bruno doświadcza w jednym z więzień. Mimo tego że znalazł się na dnie piekła, mimo tego że, jak mówi, zło rozlało się nad światem, mimo braku nadziei, nigdy nie utracił człowieczeństwa. Kiedy teraz, dzieląc się swoimi refleksjami, znowu myślę o powieści, dochodzę do wniosku, że, co może brzmieć jak paradoks, to właśnie w więziennych rozdziałach książki jest więcej optymizmu. Chociaż początkowo może się wydawać, że będzie inaczej.

Bo kiedy poznajemy Brunula, nie Bruna, ale właśnie Brunula, jest już wolny. Ma gdzie mieszkać, ma pracę, ma z czego żyć, ma nawet przyjaciółkę Elizę. Odbył karę, odpokutował, teraz dostał szansę, aby stać się nowym człowiekiem, pożytecznym dla partii, kraju i społeczeństwa. Przynajmniej tak przekonuje go jego nowy przyjaciel i opiekun, funkcjonariusz służby bezpieczeństwa. A jednak im dalej, tym mroczniej. Świat poza więziennymi murami jest może nawet straszniejszy, bo o duszę Brunula toczy się walka, walka, w której jest właściwie bez szans, bo stracił pamięć. Jego ostatnie wspomnienia pochodzą z czasów, kiedy miał szesnaście lat. Może to dobrze, że nie pamięta więzienia? Ale Brunul właściwie nie wie, kim jest. Utracił swoją przeszłość, swoje wspomnienia, swoją historię, swoją tożsamość. Nie tylko osobistą, ale też narodową, społeczną. Jest bezbronny, podatny na manipulację, można mu wmówić wszystko, dlatego staje się obiektem makiawelicznego eksperymentu. Partia próbuje stworzyć nowego człowieka, bez pamięci, bez przeszłości, za to  użytecznego i wiernego socjalistycznej ojczyźnie. Jest jak marionetka w rękach swojego przyjaciela-opiekuna, funkcjonariusza służby bezpieczeństwa. Ale każda marionetka, tego nauczyli Bruna jego mistrzowie z Sycylii, ma swoją duszę. Czy Brunulowi uda się ją odnaleźć? Czy odzyska wolność? Czy będzie chciał ją odzyskać? Czy w ogóle podejmie taką próbę? Żeby jej pragnąć, trzeba mieć świadomość, że się jest niewolnikiem. Poza murami więzienia wcale nie żyje się lepiej. Człowiek skazany jest na samotność, na milczenie. Nie wie, komu ufać, kto wróg, a kto przyjaciel, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Trzeba nie lada sprytu i zręczności, aby umiejętnie poruszać się w takim świecie. Nowa, socjalistyczna Rumunia to więzienie. Tym gorsze, że bezterminowe. Co robić? Jak przetrwać? Uciekać? Zapomnieć i dostosować się? Czy przeciwnie, pamiętać? Pielęgnować swoją duszę? Nie ma dobrego wyjścia. No bo co to za życie bez pamięci, bez tożsamości? A z drugiej strony świadomość potęguje tragizm, sprawia, że życie staje się nie do wytrzymania. Zakończenie powieści jest zaskakujące i bardzo niejednoznaczne. Można je różnie interpretować. Mnie przytłoczyło, poddałam się wersji pesymistycznej.

Wartością powieści są też znakomite portrety psychologiczne Bruna i jego opiekuna. Tylko Eliza pozostaje zagadką. Jaka jest naprawdę? Co nią kieruje? Jakie są jej intencje? To autor pozostawia interpretacji czytelnika. Kolejną zaletą powieści jest to, że po prostu wciąga. Akcja prowadzona dwutorowo, na dwóch planach czasowych, wzmaga ciekawość. No i chwilami zaskakuje. "Matei Brunul" to książka nie tylko bardzo ciekawa, taka, dla której warto zarwać noc, ale przede wszystkim ważna.

Cristian Teodorescu "Medgidia, miasto u kresu"

Mam ochotę krzyknąć Hura! Obrodziło literaturą rumuńską! Bo rzeczywiście obrodziło. A

to wszystko dzięki dwóm wydawnictwom, Książkowym Klimatom i dopiero rozpoczynającej swą działalność Amaltei. Niedawno pisałam o świetnej, chociaż wymagającej, "Krainie szeptów" Varujana Voscaniana, a dziś będzie o innej nowości. To "Medgidia, miasto u kresu" Cristiana Teodorescu (Amaltea 2015; przełożyła Radosława Janowska-Lascar). A teraz czytam "Matei Brunul" Luciana Dana Teodorovici, książkę, która ukazała się w tym samym wydawnictwie. Warto podkreślić, że obie lektury kuszą czytelnika szlachetnymi okładkami projektu Pauliny Zielonej i staranną szata graficzną. Od razu napiszę, że po "Medgidię, miasto u kresu" sięgnąć naprawdę warto, a właściwie trzeba. To lektura ze wszech miar godna polecenia. I chociaż opowiada o dziesięciu latach (mniej więcej), które, jak wyjaśnia autor we wstępie do polskiego wydania, całkowicie zmieniły Rumunię i zapoczątkowały tragiczny okres w jej historii, to czyta się ją znakomicie. Chodzi o dekadę rozpoczętą w roku 1938, kiedy to wydawało się, że sprawy kraju zaczynają podążać w dobrym kierunku. Niezorientowanym  w skrócie wyjaśniam, że później dotknęły Rumunię liczne nieszczęścia. Działalność skrajnie prawicowej, antysemickiej Żelaznej Gwardii, straty terytorialne, sojusz z Hitlerem, a potem szybka zmiana na sojusz ze Związkiem Radzieckim, co nie uratowało kraju przed represjami i komunistyczną dyktaturą. To oczywiście w skrócie, kto sięgnie po książkę, więcej dowie się z syntetycznego wstępu autora.

Tło historyczne oczywiście mocno obecne jest w powieści. No właśnie, czy rzeczywiście w powieści? Autor w króciutkim wstępie wyjaśniającym genezę książki trochę czytelnika bałamuci. Z jednej strony pisze o opowiadaniach, z drugiej kilkanaście linijek dalej nazywa swoją książkę powieścią, zachęcając jednocześnie do czytania jej w sposób dowolny. Na wyrywki, nie po kolei albo po prostu, jak Pan Bóg przykazał, od początku do końca. Bo całość składa się ze 103 króciutkich rozdzialików, z których każdy rzeczywiście stanowi osobną całostkę zakończoną wyraźną puentą. W tym sensie są to opowiadania. Ja jednak zachęcam do lektury tradycyjnej, bo przecież suma wszystkich rozdzialików, w notce wydawniczej nazwanych jeszcze inaczej - szkicami, układa się w całość. Co łączy te mini opowiadanka? Oczywiście miejsce i bohaterowie.

To opowieść o mieszkańcach Medgidii, miasta znajdującego się niedaleko Konstancy, dziś nad kanałem łączącym Dunaj z Morzem Czarnym. Opowieść trochę wysnuta z wyobraźni, a trochę ze wspomnień, bo bohaterami książki są między innymi dziadek i babcia autora. Dziadek, Stefan Teodorescu, zwany pieszczotliwie Stefankiem, piekarz z zawodu i fotograf amator, wygrał przetarg na prowadzenie restauracji na dworcu kolejowym w Medgidii. Tym samym od razu stał się śmiertelnym wrogiem jej poprzedniego dzierżawcy, pana Steliana. A jego mieć za przeciwnika to gorzej niż wojna, bo pan Stelian jest szefem miejscowych legionistów, czyli członków Żelaznej Gwardii, którzy trzęsą miasteczkiem. To, co napisałam, brzmi z jednej strony groźnie, z drugiej nieco zabawnie. No bo czy owo pan  dołączone do nazwiska Stelian tworzy w tym wypadku poważną całość? I taka właśnie jest ta książka. Z jednej strony zabawna, lekka, pełna śmiesznych postaci i anegdot. Opowiedziana dowcipnie, ironicznie, czasem złośliwie, ale przecież z sympatią dla większości bohaterów i z nostalgią za miastem, jakiego już od dawna nie ma. Miastem wielonarodowym, gdzie obok siebie żyją Rumuni, Żydzi, Turcy, znajdą się też przedstawiciele innych narodów. Jest tu cerkiew, kościół katolicki i meczet, pop, ksiądz i imam. Z drugiej strony to opowieść o czasach niezwykle burzliwych. Najpierw panoszą się w mieście legioniści, zastraszając i terroryzując wszystkich, którzy próbują im się przeciwstawić. Oczywiście przy okazji rozgrywają swoje małe, biznesowe interesy. Pan Stelian w gruncie rzeczy wcale nie jest zabawną postacią. To kanalia i szubrawiec, inspirator podpaleń i skrytobójczych morderstw. Kiedy w wyniku zmiany władzy w całym kraju dochodzi do rozprawy z Żelazną Gwardią, wydaje się, że spokój powrócił do Medgidii. Niestety na krótko. Bo potem przychodzi wojna i wprawdzie w mieście jest spokojnie, to przecież mężczyźni wyruszają na front u boku niemieckiej armii. Jakie będą tego konsekwencje, nie muszę pisać. A na końcu Medgidię opanują Rosjanie, niby sojusznicy, ale przecież bezwzględni okupanci, o czym szybko przekonają się mieszkańcy miasta. No a jeszcze później nastąpią nowe porządki, jakich nikt w najstraszniejszych snach sobie nie wyobrażał. Wszystko zszarzeje, spsieje, ludzie zaczną znikać w tajemniczych okolicznościach, kto może, będzie próbował uciec. Nie ma już dawnej Medgidii i nie ma co czarować, zakończenie nie może być szczęśliwe.

I taka właśnie jest ta powieść. Zabawne anegdoty, humor mieszają się z nostalgią, grozą i przede wszystkim ze smutkiem. A i losy niektórych postaci nie zawsze układają się szczęśliwie. I niekoniecznie dlatego, że przyszło im żyć w takim tragicznym historycznym momencie. Na koniec chcę wspomnieć parę moich ulubionych bohaterów. To major Scipion, trochę dziwak, trochę ponurak, trochę służbista, ale jednocześnie człowiek odważny i niezłomny. I Lea, żydowska lekarka, kobieta nowoczesna, dobra i też odważna taką zwyczajną, codzienną, cichą odwagą. Bez fanfar. Czytelniku tej notki, sięgnij po tę powieść - nie-powieść, bo warto.

Varujan Vosganian "Księga szeptów"

I znowu przez przypadek trafiłam na świetną książkę. Były dni kultury rumuńskiej a w ich ramach spotkanie z rumuńskim pisarzem Varujanem Vosganianem, którego powieść "Księga szeptów" (Książkowe Klimaty 2015; przełożyła Joanna Kornaś-Warwas) właśnie ukazała się w Polsce. Poszłam, bo z rzadka wydawaną u nas prozę rumuńską staram się śledzić, od kiedy przeczytałam  "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera (swoją drogą, który to już raz wspominam w moich notkach tego pisarza i jego powieść). A jakby tego było jeszcze mało, Vosganian okazał się Ormianinem urodzonym w Rumunii. Tym bardziej nie mogłam przegapić takiej literackiej okazji. Spotkanie jak spotkanie. Teraz, kiedy znam już "Księgę szeptów", mam wrażenie, że prowadzący przeczytał tylko jej początek, w każdym razie takie pytania zadawał. No ale może się mylę. Tymczasem powieść okazała się bogatsza niż przypuszczałam.

Czym jest "Księga szeptów"? To coś, o czym się szepcze, bo głośno mówić nie wolno. To intymne, dlatego wyszeptane,  zwierzenie. Zwierzenie o dzieciństwie spędzonym w rumuńskich Fokszanach, ale przede wszystkim opowieść o starcach mojego dzieciństwa, jak nazywa ich autor i narrator w jednej osobie. Starcy to dwaj dziadkowie, przede wszystkim Garabet Vosganian, i ich przyjaciele, sąsiedzi oraz dalsi znajomi. Większość z nich łączy wspólnota pochodzenia i losu, są Ormianami, którym udało się uciec z Turcji i szczęścia szukali w Rumunii. To ich historie są treścią powieści. 

Zaczyna się wszystko niewinnie. Jest nastrojowo, nostalgicznie i melancholijnie. Wspomnienia dzieciństwa. Opowieści o starcach, którzy spotykali się na podwórku u dziadka Garabeta na ławeczce po drzewem moreli. Poznajemy szewców, sklepikarzy, sprzedawcę nugatu, dzwonnika z ormiańskiego kościoła, ślepca Minasa, Cygana Mantu grającego na tubie i wielu innych. Są klimatyczne sceny. Mielenie kawy, przeglądanie rodzinnych fotografii i książek w wielu językach, wizyty na cmentarzu, który dla narratora był jak ogród, i w sklepie, który we wspomnieniach jawi się niczym jaskinia Ali Baby, takie skarby go wypełniają, zabawy łupiną orzecha, która w strumyku wypełniającym koleiny w drodze zamienia się w statek. Jest muzyka, są zapachy, kwitną kasztanowce, kurz unosi się nad drogą. Gęsta proza przenosi czytelnika w świat, jakiego już nie ma, w świat nieco nierealny, magiczny, chociaż przecież całkiem prawdziwy. Takim stwarza go na naszych oczach narrator.

Napisałam, że zaczyna się wszystko niewinnie, ale to nie do końca prawda, bo dość szybko poznajemy tragiczną historię dziadków, ale jeszcze cały czas magia dziecięcych wspomnień dominuje nad dramatem. Z czasem pojawia się coraz więcej dramatu, coraz więcej czerni, aż w końcu następuje opowieść o siedmiu kręgach. To historia drogi, jaką przebyły konwoje, w których wędrowali wypędzeni ze swoich domów, wiosek i miast Ormianie zamieszkujący Anatolię. Ponad trzysta kilometrów w spiekocie, w słocie, a nawet w śniegu, w łachmanach, boso, bez jedzenia, noce spędzane w namiotach skleconych ze szmat. Z Anatolii na pustynię do Deir ez-Zor (dzisiaj to Syria). Na końcu tej drogi na tych, którzy nie umarli  z wycieńczenia, z chorób, z głodu, i na tych, którzy nie zginęli z rąk tureckich strażników lub zwykłych rzezimieszków, czekała śmierć. Ocalonych spędzano na pustynię i mordowano. Po raz kolejny zadałam sobie pytanie, do jakiego okrucieństwa zdolny jest człowiek i w imię czego? Kiedy czyta się opowieść o konwojach śmierci, a przychodzi to z trudem, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że śmierć Ormian była jakimś bezsensem. Przepędzono ich setki kilometrów, aby na końcu bestialsko zamordować. Jakby Turcy nie mieli pomysłu, co zrobić z ludźmi, których wcześniej wypędzili z domów. Czytałam wcześniej o rzezi Ormian, jednak to, czego dowiedziałam się z "Księgi szeptów", przeszło moje wyobrażenie.

Ale to nie koniec tragedii opisywanych szeptem w tej książce. Autor miesza czasy i miejsca, nie opowiada historii chronologicznie. Cofa się do końca XIX wieku i pisze o pierwszych pogromach Ormian, o drugiej wojnie i prześladowaniach komunistycznych, o zsyłkach na Syberię, o rumuńskich więzieniach i obozach pracy, o zabieraniu majątków, nacjonalizacji, kolektywizacji wsi przeprowadzanej na siłę, o tych, którzy dali się skusić namowom sowieckich agitatorów i wyjechali do Armenii, która stała się częścią Związku Radzieckiego. Ale jest to też opowieść o walce i zemście. O Legionie Armeńskim, który w czasie drugiej wojny światowej walczył u boku hitlerowskiej armii, wierząc, że w ten sposób powstanie niepodległa Armenia. O sprzysiężeniu ocalonych z tureckich rzezi i masakr, którzy na własną rękę wymierzali sprawiedliwość odpowiedzialnym za golgotę Ormian. O tych dwóch ostatnich faktach nie miałam wcześniej pojęcia. No cóż, dużo w "Księdze szeptów" dramatów, tragedii i krwi. Ale przecież nie tylko. Jest tu też wiele fascynujących opowieści o ludziach. Losy niektórych są naprawdę niezwykłe. Niektóre z tych historii krzepią. 

Uczciwie muszę przyznać, że nie jest to książka łatwa w czytaniu. Gęsta narracja niemal bez dialogów. Trzeba się w nią wgryźć, poświęcić czas, aby rozsmakować się w lekturze, chociaż to w wypadku tej prozy nie zawsze właściwe słowo. Ale warto podjąć ten trud. Trochę dla przyjemności, a przede wszystkim po to, aby płakać z Ormianami. Aby wiedzieć. Jak pisze Vosganian na kartach swojej książki, takie wspomnienia przywracają spokój ich autorowi, ale odbierają czytelnikowi. Dawno nie spotkałam się z tak trafnym stwierdzeniem.


Norman Manea "Powrót chuligana"

Ta książka chodziła za mną od dawna. Dziś już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o Normanie Manei, rumuńskim pisarzu od lat osiemdziesiątych zeszłego wieku przebywającym na emigracji w USA. Czy znalazłam go na stronach wydawnictwa Pogranicze? Czy dowiedziałam się o jego istnieniu, kiedy kilka lat temu jego książka, o której dziś opowiem, "Powrót chuligana" (Pogranicze 2009; przełożył Kazimierz Jurczak) znalazła się w finale Angelusa? Tak czy inaczej lekturę stale odkładałam, ba, Manea co jakiś czas wylatywał mi z głowy, a wszystko pewnie dlatego, że jego książki nie jest łatwo zdobyć. Kiedy w zeszłym roku Czytelnik wydał  "Kryjówkę", natychmiast ją przeczytałam, z czego na tych stronach zdałam relację. Wtedy ponownie przypomniałam sobie o "Powrocie chuligana", ale, jak to bywa, inne lektury sprawiły, że odłożyłam go na święty nigdy. Ale każda książka ma swój czas! Po lekturze znakomitego "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer zapragnęłam przedłużyć przygodę z Rumunią i kolejny raz przypomniałam sobie o książkach Normana Manei. Tym razem działałam szybko. Natychmiast sprowadziłam jego dwie książki z Pogranicza (a przy okazji jeszcze powieści kilku innych autorów). Zaczęłam od wspomnianego "Powrotu chuligana", zbiór opowiadań zostawiając na później. Wczoraj skończyłam czytać, a dziś piszę. (To wczoraj było w październiku, notka nieco przeleżakowała wypierana przez filmy i literackie nowości.)
Muszę przyznać, że książka całkowicie spełniła pokładane w niej nadzieje. Jej lektura przyniosła mi satysfakcję, mimo że momentami nie jest najłatwiejsza (ale też bez przesady). "Powrót chuligana" to powieść autobiograficzna. Manea, rumuński Żyd z Bukowiny, opowiada o życiu swoim i swojej rodziny. Pretekstem do wspomnień i rozliczenia z przeszłością jest wizyta w ojczyźnie po prawie dziesięciu latach spędzonych na emigracji. Kiedy wreszcie zdecyduje się na podróż, a nie przyszło mu to łatwo, najpierw odbędzie inną. Wspomnieniami powróci do czasów dzieciństwa, studiów i lat późniejszych, aż do decyzji o emigracji, też nieprostej. Wspominać będzie swoje miłości, szkolnych i studenckich kolegów, ale przede wszystkim rodzinę. Pamięcią sięgnie do dziadków, opowie o rodzicach i innych krewnych. Nie jest to opowieść linearna. Manea kilkakrotnie powraca do tych samych zdarzeń, wątków i postaci. Robi to także w ostatniej części książki będącej zapisem owego kilkudniowego pobytu w Rumunii, o którym wspomniałam. Nie jest to także opowieść potoczysta i łatwa. Po pierwsze dlatego, że jego wspomnienia fragmentami przypominają eseje, sporo tu różnych, często dość trudnych, rozważań, literackich aluzji i odniesień do innych autorów czy metafor. Taką metaforą jest choćby tytułowy chuligan. Wcale nie jest oczywiste, jak ją rozumieć. Bo mianem chuligana nie określa tylko siebie. Pisze tak też o innych, choćby pisarzach sympatyzujących z faszystowską Żelazną Gwardią. Chuligan to na pewno rozrabiaka. Tak widzi siebie Manea. Człowiek osobny, podążający swoimi ścieżkami. Odkąd opublikował esej o Eliadem, w którym napisał o jego związkach z Żelazną Gwardią, w kraju został uznany za zdrajcę, który własne gniazdo kala, bo podnosi rękę na narodową świętość. Między innymi dlatego decyzję o podróży do Rumunii podjął z takim trudem. Nie wszyscy czekali na niego z radością. Drugi powód, dla którego autobiograficzna opowieść pisarza nie jest, jak pisałam, potoczysta i łatwa, to tragiczna historia Rumunii, Rumunów i samego pisarza. Wielokrotnie na kartach swych wspomnień wraca Manea do, jak pisze, swojej Inicjacji. To rok 1941, kiedy jako kilkuletnie dziecko wraz z rodzicami, dziadkami i innymi bukowińskimi Żydami został deportowany w bydlęcych wagonach do Transistrii, ukraińskiego terytorium podbitego przez Trzecią Rzeszę i Rumunię. Z tego piekła udało się wrócić nielicznym. Wśród nich był Manea i jego rodzice. Ale już dziadkowie nie mieli tyle szczęścia, pozostali tam, pochowani w bezimiennym grobie. A przecież po powrocie nie było lepiej. Najpierw nowa, komunistyczna rzeczywistość. Nacjonalizacja, odbieranie majątków, prześladowania wrogów ludu. Za takiego został uznany ojciec pisarza i zesłany do obozu katorżniczej pracy w Peripravie. Potem rządy szalonego Ceausescu, bieda, wszechwładna Securitate, podsłuchy, donosy, zniewolenie. Gorzka, smutna i nostalgiczna to książka. Jak już pisałam, Manea długo nie potrafił podjąć decyzji o emigracji. Mógł to zrobić znacznie wcześniej. Za rządów Ceausescu Żydzi bez problemu mogli wyjeżdżać z kraju przehandlowani przez komunistyczne władze za dolary (dosłownie). Wtedy się nie zdecydował, nie rozumiał też tych, którzy wyjeżdżali, chociaż ich nie potępiał. Pisarz przejmująco opowiada o rozstaniach z przyjaciółmi, którzy opuszczali kraj na zawsze. Aż w końcu i on, nadal niechętnie, wyjeżdża na kilka lat przed przełomem. Czy zostałby, gdyby wiedział, jak potoczy się historia?
Podobnie jak przywołana na początku tej notki "Kryjówka", w której po przeczytaniu "Powrotu chuligana" można odcyfrować autobiograficzne wątki, jest to książka o emigracji. Mimo że Manea ułożył sobie życie na obczyźnie, mimo że odniósł sukces jako pisarz nie tylko w ojczystej Rumunii, mimo że wśród jego amerykańskich przyjaciół są najwybitniejsi pisarze (wspomina o swoich spotkaniach z Samuelem B. i Philipem; jak się domyślam, chodzi o Bellowa i Rotha), w  amerykańskim Raju czuje się obco (wielokrotnie przywołuje adekwatne strofy z ironicznego wiersza Herberta "Sprawozdanie z raju"). Ale obco czuje się też w Rumunii, kiedy do niej wraca. Nie żyją już krewni i niektórzy przyjaciele, nie żyje matka, na której pogrzebie nie mógł być, zmieniły się miejsca, szczególnie Bukareszt (bez trudu odnajdziemy tu to, o czym w swojej książce pisała Rejmer). Rozmowom z dawnymi znajomymi, nawet przyjaciółmi, brak dawnej temperatury. I on i oni wiedzą, że spotkykają się tylko na chwilę, potem każdy pójdzie w swoją stronę. Manea widzi zmiany, ale niekoniecznie są to zmiany, które dają nadzieję. Nie rozumie już swojego kraju. Zmieniły się miejsca, zmienili ludzie. Powrót pisarza do ojczyzny usiany jest rozmowami z duchami przeszłości. Smutkiem i melancholią napawa też świadomość upływającego czasu. Manea pisze o swojej starości, zmęczeniu fizycznym i psychicznym. Nigdzie nie jest u siebie, ani tam, ani tu. Jednak coś zakotwicza pisarza, decyduje o jego tożsamości. To język, jego pierwszy język i jedyny, rumuński. Język narzędzie  pracy, które pozwala mu tworzyć, dzięki czemu może zamknąć się w swojej ślimaczej skorupie. Jest więc język rumuński schronieniem i kryjówką przed obcym światem.
Melancholijna, smutna, ale bardzo ciekawa książka. Kogo "Bukareszt" Małgorzaty Rejmer, albo jeszcze inne lektury, zainteresował Rumunią, ten powinien sięgnąć po Maneę, nie zrażając się trudniejszymi fragmentami. Przeczytany w całości "Powrót chuligana" wynagrodzi ten trud.

Małgorzata Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew"

Kiedy tylko zobaczyłam na stronie wydawnictwa zapowiedź tej książki, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nazwisko autorki niewiele mi mówiło, ale to jeden z moich tematów. Odkąd zachwyciłam się powieściami Eginalda Schlattnera, "Fortepian we mgle" i "Czerwone rękawiczki", staram się czytać wszystko, co rumuńskie i o Rumunii. Nie ma tego wiele, a pewnie też nie wszystko trafia mi w ręce. Tymczasem książka Małgorzaty Rejmer od razu stała się głośna, omówienia, wywiady, recenzje i zachwyty (w każdym razie ja nie natknęłam się na głosy krytyczne). Medialny szum sprawił, że natychmiast kupiłam i niemal natychmiast przeczytałam, co nie zawsze się zdarza, bo świeże książki muszą odstać swoje na półce,  czasem krócej, czasem dłużej. A po lekturze dołączyłam do grona admiratorów. Dlaczego? To proste, książka jest nie tylko bardzo ciekawa, momentami poruszająca, nawet wstrząsająca, momentami śmieszna, jeszcze w innych miejscach anegdotyczna, ale też świetnie napisana. Znać, że autorka ma talent nie tylko reporterski, ale i literacki. Sprawdziłam i już wiem, że kilka lat temu debiutowała powieścią "Toksymia" nominowaną do Nagrody Literackiej Gdynia. Stąd pewnie styl pełen literackich ozdobników, bliższy literaturze pięknej niż reportażowi, językowe stylizacje i zabawa formą. Raz będzie to opowieść o Nikolae Ceausescu napisana jak baśń, innym razem rozdziały, którym bliżej do opowiadań czy ludowych przypowiastek niż rasowych reportaży. Czasem bohater staje się jednocześnie narratorem, a rozdział o rumuńskiej rewolucji, której właściwie nie było (dlaczego, nie będę zdradzać), został napisany w formie klasycznego dramatu z chórem. Nawet tytuły rozdziałów, i podtytuł też, podporządkowane są literackiemu zamysłowi."Krew i kurz", "Błoto i złoto", "Kropla i morze", "Kołyski i trumny". Sporo tu takich zabaw. To wszystko sprawia, że książkę czyta się znakomicie i po prostu z wielkim literackim smakiem.

"Bukareszt. Kurz i krew" (Czarne 2013) to efekt fascynacji Małgorzaty Rejmer Rumunią, a Bukaresztem w szczególności. Tak jak Mariusz Szczygieł nauczył się czeskiego z miłości do Czech i Czechów, tak Małgorzata Rejmer, jak przeczytałam w jednym z wywiadów, postanowiła poznać rumuński, kiedy podczas swojego pierwszego pobytu w Bukareszcie, zrozumiała, że muszą być kolejne. I tak powstała ta książka, próba zrozumienia Bukaresztu, Rumunii, Rumunów, efekt fascynacji, może też współczucia dla tragicznej historii kraju i jego mieszkańców. Składa się z trzech części, które różnią się nie tylko treścią.

Część pierwsza, "Komunizm. Błoto i złoto", to, co nietrudno zgadnąć, rzecz o czasach chyba najmroczniejszych, najtragiczniejszych w rumuńskiej historii, przynajmniej tej współczesnej, czyli o okresie komunizmu. To tu znajdziemy opowieści najbardziej wstrząsające. O więzieniach, o Securitate, o efektach dekretu z roku 1966  zakazującego antykoncepcji i aborcji, o rządach Ceausescu, które można by uznać za groteskowe, gdyby nie były tak tragiczne, o nędzy tamtych czasów. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak tragiczne były losy rumuńskiego społeczeństwa, jak powikłana rumuńska historia. Naprawdę trudno mi do dziś zapomnieć rozdział o więzieniu w Pitesti i metodach tam stosowanych. A przecież próbkę miałam w "Czerwonych rękawiczkach" Schlattnera. Kiedy czytałam pierwszą część książki Małgorzaty Rejmer, czułam się przygnieciona świadomością, że po raz kolejny dotykam najczystszego zła. Ile jest takich miejsc? Lektura jest tym bardziej wstrząsająca, że w pierwszej części autorka najczęściej skupia się na konkretnych postaciach. To tu najwięcej jest opowieści o ludziach, które bardziej przypominają opowiadanie, przypowiastkę czy balladę.

Część druga, najkrótsza, "Międzywojnie. Oko i ostrze", to podróż w czasie do okresu między wojnami i drugiej wojny światowej. Opowieść o Wielkiej Rumunii (jak Węgry po traktacie w Trianon straciły wiele, tak Rumunia wiele zyskała), o krwawym antysemityzmie, groteskowych władcach, sojuszu z Hitlerem, zmianie frontu i radzieckim odwecie. Ale też o przedwojennym Bukareszcie, który miał przypominać Paryż. Dla mnie  to niezwykle ciekawa powtórka  ze Schlattnera i z "Bałkańskich upiorów" Kaplana.

I wreszcie część trzecia, "Współczesność. Orient i obłęd", czas od rewolucji 1989 roku po dzień dzisiejszy. Co tu znajdziemy? Niewesoły obraz współczesnej Rumunii dręczonej kryzysami, biednej, źle rządzonej, skorumpowanej, zniszczonej, Rumunii, która nie skonfrontowała się ze swoją przeszłością. Próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego społeczeństwo rumuńskie tak biernie przyjmuje swój fatalny los. Małgorzata Rejmer odwołuje się  do najważniejszego rumuńskiego eposu, "Jagniątko". Na ile opowieść o pasterzu, który ze spokojem i rezygnacją czeka na śmierć z rąk dwóch innych pasterzy, odbija narodowy charakter Rumunów? Jest wreszcie wiele odniesień (w poprzednich częściach też) do jeszcze dalszej historii, nawet tej sięgającej czasów starożytnych. Kim są Rumuni? Ile mają z Daków, ile z Rzymian, którzy ich podbili? Ale przede wszystkim jest ta część książki portretem Bukaresztu, miasta pięknego i brzydkiego, zniszczonego i udręczonego, ale fascynującego. Niektórych czytelników Małgorzata Rejmer zaraziła swoją fascynacją tym miastem. Mnie nie na tyle, abym zapragnęła Bukareszt zobaczyć (ale marzy mi się podróż po Bukowinie czy Transylwanii). Jest w tym mieście, jeśli wierzyć autorce, coś, co mnie przygnębia i przeraża. Nie wiem, czy zniosłabym chaos, rany i liszaje, które na tkance miasta odcisnęły bieda, szalone pomysły władców (szczególnie Ceausescu) i bezwzględna natura (Bukareszt jest najbardziej sejsmicznie zagrożoną europejską stolicą; trzęsienia ziemi nawiedzają go systematycznie co jakiś czas, niszcząc budynki i zabijając ludzi). Trzecia część książki jest też najbardziej anegdotyczna, może nawet ciekawostkowa czy plotkarska, ale dzięki temu najłatwiej się ją czyta. Sporo tu krótkich, lekkich rozdziałów o felietonowej proweniencji. Ot choćby śmieszna opowieść o bukaresztańskich taksówkarzach albo o wierze w zabobony, a jeszcze inna o przekleństwach (barwne, wyrafinowane, zabawne, po prostu dzieła literackie, aż chce się kląć po rumuńsku), kolejna o dowcipach i jeszcze kilka innych równie zabawnych i ciekawych. Ale pisze też autorka o problemach miasta: bezpańskich psach (ostatnio sporo się o tym w naszych mediach mówi) czy budynkach zagrożonych zawaleniem.

Kończę, namawiając miłośników książek, literatury nonfiction i wszystkich zainteresowanych światem, aby koniecznie sięgnęli po arcyciekawą i literacko finezyjną książkę Małgorzaty Rejmer. Naprawdę warto wyjrzeć poza nasze opłotki i spróbować zrozumieć Rumunię i Rumunów. Bo co o nich i o ich kraju wiemy? A przecież są tak blisko.

"Za wzgórzami" - poruszający film Cristiana Mungiu

Dziś będzie trochę nietypowo: o ważnym filmie, ale krótko. Dlaczego? Otóż "Za wzgórzami" Cristiana Mungiu widziałam ponad miesiąc temu w ramach objeżdżającego Polskę przeglądu najciekawszych filmów z Nowych Horyzontów. Wtedy nie znalazłam nigdzie informacji o dacie polskiej premiery, wobec tego uznałam, że film nie wejdzie do szerokiej dystrybucji, a ponieważ miałam natłok pisania, więc nawet ucieszyłam się, że nie muszę sporządzać notki na zapas. Teraz, kiedy "Za wzgórzami" pojawiło się nieoczekiwanie na ekranach, oczywiście żałuję. Nie sposób jednak po takim czasie porywać się na dokładniejszą analizę filmu, ale ponieważ uważam, że jest to obraz ze wszech miar wart uwagi, chcę przynajmniej krótko dać temu wyraz.

Kto orientuje się, że rumuńskie kino od kilku lat święci triumfy na europejskich festiwalach (ze zdziwieniem dowiedziałam się niedawno, że w Rumunii gromadzi żałośnie niewielką widownię), temu pewnie nieobce jest nazwisko reżysera i scenarzysty w jednej osobie. To on jest twórcą przejmujących "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni". To od tamtego filmu wszystko się zaczęło, wszystko, czyli sukces rumuńskiej kinematografii. Jeśli ktoś nie widział "4 miesięcy", koniecznie musi nadrobić ten brak. Teraz jednak należy wykorzystać okazję i wybrać się do kina na "Za wzgórzami", film równie przejmujący.

Jest to historia młodej dziewczyny, Voichity, która prosto z sierocińca trafia do pobliskiego niewielkiego klasztoru, gdzieś za tytułowymi wzgórzami. Na ile jest to wyraz jej religijności, a na ile brak perspektyw i pomysłu na inne życie, a może obawa przed światem i lęk przed samodzielnością trudno ocenić. Ona oczywiście jest przekonana, że przywiodło ją tu powołanie. Ale trochę inne światło rzuca na ten wybór prośba jej nieco młodszej koleżanki. Ona też wkrótce opuści dom dziecka i za wszelką cenę chce pójść drogą Voichity, dlatego prosi ją o wstawiennictwo u mnieszek. Dziewczyna jednak wyraźnie mówi o tym, że nie ma alternatywy.

Dramat zaczyna się, kiedy do monastyru przybywa  przyjaciółka Voichity, Alina, która za wszelką cenę próbuje ją wyrwać z klasztoru. Obie dziewczyny mocują się ze sobą. Zdeterminowana Alina walczy o duszę przyjaciółki z nią samą, z mniszkami i księdzem, duchowym przewodnikiem otaczanym czcią. Buntuje się przeciwko zastanym porządkom i przeciwko decyzji przyjaciółki, która nie chce opuścić klasztoru. Zacięta w grymasie twarz Aliny jeszcze lepiej podkreśla jej upór. Dąży do celu, nie licząc się z kosztami. Wykonuje gwałtowne i chaotyczne gesty, jakby rzucała się na wodę, nie badając wcześniej dna. To, co się zdarzy, budzi nie tylko przerażenie, ale może przede wszystkim zdumienie. Im dłużej ogląda się historię zmagań Aliny, tym trudniej zaakceptować rzeczywistość pokazaną w filmie i zrozumieć, że to, co widzimy, jest w ogóle możliwe. Groza kontrastuje z sielskim, chociaż surowym otoczeniem, z prostym, spokojnym życiem mniszek, które spędzają czas na modlitwach, gospodarskich zajęciach i działalności charytatywnej. Paradoks polega na tym, że każdy chce dobrze, każdy jest święcie przekonany o swojej racji. Każdy wierzy w to, co robi. Wszystko w imię miłości bliźniego i Boga. Jedynie Voichita zdaje się być miotana sprzecznymi uczuciami. To, co boskie walczy w niej z tym, co ziemskie. Sprawiedliwość, która być może zostanie wymierzona  winnym, jest także z ziemskiego porządku, którego ksiądz i mniszki zdają się nie przyjmować do wiadomości.

To tyle moich, z konieczności tym razem, ogólnikowych rozważań. Film, chociaż długi i nielekki, oglądałam z zapartym tchem. Jeszcze raz namawiam, aby "Za wzgórzami" zobaczyć koniecznie, nawet jeśli temat wyda się komuś niezbyt atrakcyjny. Mądre, poruszające, świetne kino.

Gabriela Adamesteanu "Stracony poranek". Smutna powieść z Rumunii.

Tym razem będzie o książce całkiem świeżej. Dałam się skusić powieści rumuńskiej pisarki Gabrieli Adamesteanu "Stracony poranek" (W.A.B. 2012; przełożył Tomasz Klimkowski) i nie żałuję, chociaż nie uwiodła mnie tak jak "Fortepian we mgle" i "Czerwone rękawiczki" Eginalda Schlattnera, o których pisałam swego czasu. Niezorientowanym wyjaśniam, że zestawiam te powieści, bo to literatura rumuńska (chociaż Schlattner pisze po niemiecku, a jeśli ktoś jest ciekaw dlaczego, odsyłam do moich notek) mająca za tło sytuację polityczną w tym kraju. Mimo tego zastrzeżenia przeczytałam z przyjemnością i jeśli w przyszłości ukaże się inna powieść autorki, na pewno po nią sięgnę.

Napisałam o przyjemności lektury, ale nie jest to właściwe określenie, pewnie powinnam użyć słowa zainteresowanie. Chociaż czyta się szybko, powieść nie opowiada o niczym przyjemnym. Zimowy, bukaresztański poranek. Lata osiemdziesiąte zeszłego wieku. Stara kobieta Vica Delca okutana w kilka warstw grubej odzieży, w dziwacznej czapce własnego pomysłu wyrusza z domu, zostawiając tam utyskującego, mrukliwego męża, który swoją starość spędza głównie przed telewizorem. Ona woli ruszyć w miasto i odwiedzać krewnych i znajomych. Bądźmy ściśli: wolała. Teraz siły już nie te, więc po ludziach chodzi znacznie rzadziej. Wędruje ostrożnie, z wysiłkiem, nie tylko dlatego, że ślisko, i wspomina. Swoją nieudaną młodość, która przypadła na czas pierwszej wojny światowej. Bombardowania, choroby, strach, głód, ciężką pracę, aby utrzymać siebie i młodsze rodzeństwo. Późniejsze szczęśliwsze, bo zasobniejsze, lata, kiedy razem z mężem byli właścicielami nieźle prosperującego sklepu. Wędruje i rozmyśla. O samotnej, niewesołej starości, kiedy żyć trzeba z niewielkiej emerytury męża w domu chylącym się ku ziemi ze starości i z braku troski. O krewnych i znajomych, którzy zajęci własnymi sprawami nigdy nie odwiedzą i nie zainteresują się, co u niej i jej mrukliwego męża. Vica jest złośliwa, prosta i dosadna. Nie myśli o ludziach najlepiej, nie szczędzi im w swoich rozmyślaniach krytycznych uwag. Dostrzeże ich wady prawdziwe i urojone. Najlepiej by było, gdyby wszyscy żyli według jej wyobrażeń. Najwięcej miejsca w jej pamięci zajmują nieżyjąca już stara pani Ioaniu i  jej córka Iwona Scarlat. To do niej zmierza. I chociaż na nią utyskuje, to zrobi wszystko, aby ją zobaczyć, bo chce dostać obiecane pieniądze. Jeśli się nie uda, poranek będzie stracony. Dla Iwony, też emerytki, chociaż nieco młodszej, ten poranek już jest stracony. Bo czeka na męża, którego jak zwykle nie ma w domu. Bo musi poświęcić swój czas starej Vici, która ją drażni i irytuje. Dobrze wie, że przyszła po pieniądze i póki ich nie dostanie, nie pozbędzie się jej. I tak upłynie ten dzień: na rozmowie, wspominaniu i pocieszaniu. Bo chociaż obie kobiety, tak różne, pochodzące z tak różnych sfer i środowisk (nawet socjalizmowi mimo starań nie udało się klasowych, przedwojennych różnic zniwelować) gardzą sobą skrycie, to jednak są sobie w swej samotności potrzebne. Bardziej Vica Iwonie, mniej odpornej na swój smutny, starczy los. Kiedyś wspierała jej matkę, starą panią Ioaniu, teraz niesie pocieszenie córce.

W powieści spotykają się dwa światy. Świat drobnych kupców, rzemieślników, robotników, służby i świat bogatego mieszczaństwa. Naukowców, wojskowych, urzędników państwowych, właścicieli dobrze prosperujących biznesów. Są wykształceni, zamożni, mieszkają w pięknych domach, mówią po francusku, wydają przyjęcia, dyskutują, wiodą szczęśliwe życie. Szczęśliwe pozornie. Bo pełno tu zawiedzionych uczuć, zdrad, rozczarowań, niewypowiedzianych pretensji, zazdrości, udawania, kręcenia, hipokryzji. I nawet to pozorne szczęście zburzy pierwsza wojna światowa, potem druga, a wreszcie czasy komunizmu. Wobec walca historii wszyscy są równi. Cierpienie, niedostatek, śmierć, więzienie, choroba dotykają i bogatych, i  biednych. Kiedy wybuchnie pierwsza wojna i Bukareszt będzie bombardowany, dostojny profesor Mironescu, ojciec Iwony, zwanej w tamtych czasach z francuska Yvonne, będzie musiał, jak wszyscy, udać się do składu po opał, stać w kolejce w tłumie zwykłych śmiertelników i przeżyć, tak jak oni, paniczny strach, bo spadają bomby.

"Stracony poranek" to bardzo przygnębiająca powieść. Jeśli przyjrzymy się losom grupy bohaterów, to ze smutkiem zauważymy, że nie ma tu ludzi szczęśliwych. Wszyscy mieli życie bardziej lub tylko trochę mniej nieudane. Nie kochali albo kochali nieszczęśliwie, małżeństwa zawierali z rozsądku, zdradzali albo byli zdradzani, cierpieli, chorowali, byli opuszczani i porzucani. Nie dość, że krzywdzili siebie wzajemnie, to jeszcze swoje dołożyła burzliwa historia: dwie wojny, które nie oszczędziły nikogo w Europie, i komunizm, plaga, która dotknęła tę część naszego kontynentu. Kiedy Zachód powoli lizał powojenne rany i stopniowo budował swój dobrobyt, Wschód pogrążał się w nieszczęściach, jakie niósł za sobą komunizm. Nieprawości tego okresu nie wybijają się w powieści na pierwszy plan, ale stanowią mocne tło. Jeszcze bardziej wikłają życie bohaterów. Przeszłość to pasmo większych czy mniejszych nieszczęść i rozczarowań, dziś nie jest lepiej (myślę tu o dziś powieściowym), a i przyszłość też nie rysuje się różowo. Starość, samotność i niedostatek dotykają wszystkich po równo. W ubogim domu Vici, gdzieś na przedmieściach Bukaresztu, czuć zapach wilgoci, pleśni, stęchlizny i starości, pełno tu rozpadających się, niepotrzebnych nikomu gratów. Ale w rodzinnym domu Iwony w dobrej, willowej dzielnicy, tylko pozornie jest lepiej. Jeśli uważny obserwator rozejrzy się wokół, na pewno zauważy zacieki, brud dawno niemalowanych ścian i rodzinne pamiątki dawno nadgryzione zębem bezlitosnego czasu. A jak utrzymać tę wielką, niegdyś elegancką, pełną służby willę? To tylko jedno ze zmartwień jej właścicielki.

"Stracony poranek" to także powieść o subiektywnej pamięci. Inna jest pamięć Vici, inna pamięć Iwony. Przeszłość poznajemy z  perspektywy tych dwóch kobiet. W ich wspomnieniach jest niby wspólna, ale jednak inna. Nie zgadzają się fakty, nie zgadza ich interpretacja. A kiedy za sprawą rodzinnego zdjęcia, które kontempluje jedna z nich, przenosimy się w lata pierwszej wojny i oglądamy zdarzenia oczami tamtego pokolenia, wszystko wygląda jeszcze inaczej. Ale i tak trudno dociec prawdy. Każdy widzi to samo ze swojego punktu widzenia. Dostajemy barwną mozaikę, ale obraz się zmienia w zależności od kąta, z którego patrzymy. Jak było naprawdę? Nigdy się już nie dowiemy, bohaterowie tamtych dramatów nie żyją, a patrząc na rodzinne zdjęcie, możemy tylko wyobrażać sobie, jak było, i polegać na zawodnej pamięci opartej na subiektywnych przekazach. Ale nie tylko złudna pamięć zwodzi. Zwodzą sami bohaterowie. Tu nikt nie jest szczery. Ludzie co innego myślą, co innego mówią. Vici i Iwona wyrażają radość ze wspólnego spotkania, prawią sobie komplementy i obdarzają uprzejmościami. Ale to tylko gra, udawanie. Naprawdę nie szczędzą sobie złośliwości, krytyki i niechęci. Nie lubią się. Podobnie było w przeszłości. Uczestnicy uwiecznionego na starym zdjęciu towarzyskiego spotkania też udawali, nakładali maski uprzejmości, szacunku, sympatii. Naprawdę darzyli się niechęcią, zawiścią, podejrzliwością. Mąż i żona, siostry, znajomi i przyjaciele. Nieszczerość i hipokryzja aż biją z kart tej powieści. Ale czy byłoby lepiej, gdyby mówili sobie wszystko bez ogródek? Może dzięki tej zewnętrznej warstwie kulturalnej politury mogą sobie ostatecznie pomóc i chociaż na chwilę wesprzeć w nieszczęściu? Może gdyby nie to, życie byłoby zupełnie nie do zniesienia?

I na koniec chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną zaletę tej powieści: barwne postacie bohaterów świetnie zróżnicowanych, także pod względem językowym. Inaczej myśli i mówi Vica, inaczej Iwona. Ich indywidualność wyraża się przez język.

Ciekawa, chociaż smutna, powieść, po którą na pewno warto sięgnąć.

"Peryferie". Znakomite rumuńskie kino!

Po kilku filmowych niedosytach i rozczarowaniach wreszcie spełnienie: bardzo dobry film rumuński w reżyserii debiutanta Bogdana Georga Apetriego według pomysłu Cristiana Mungiu (tego od "Czterech miesięcy, trzech tygodni i dwóch dni"). Kto widział obraz Mungiu, może się spodziewać podobnego klimatu. Cóż, mimo że akcja toczy się współcześnie, a nie w Rumunii komunistycznej, nie jest to film krzepiący. Okoliczności się zmieniły, ale komplikacje ludzkich losów nie. Tym razem jednak nie ustrój jest winny, ale życiowe wybory, jakich kiedyś dokonała Matylda, główna bohaterka. Przeszłość wlecze się za nią i nie pozwala o sobie zapomnieć. Napiszę tylko tyle, że Matylda wychodzi z więzienia na dwudziestoczterogodzinną przepustkę. Obserwujemy jej poczynania w ciągu tej doby. Więcej nie zdradzę. Film jest znakomicie zrobiony, historię bohaterki śledzimy z zapartym tchem, twórcy stopniowo zdradzają jej kolejne tajemnice, ale nie odkryją wszystkiego. Wiele musimy sobie dopowiedzieć sami. Na osobną uwagę zasługują zdjęcia i aktorstwo, szczególnie Any Ularu w roli głównej bohaterki. Polecam wszystkim, dla których kino jest czymś więcej niż tylko weekendową rozrywką. Kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Co wiemy o Matyldzie? Czy można ją polubić? Na pewno jej współczułam, żałowałam, ale czy polubiłam? Raczej nie. Jakie są jej zamiary? Ile w jej poczynaniach precyzyjnego planu, a ile improwizacji? Dlaczego znalazła sie w sytuacji beznadziejnej? (Chociaż ona jest przekonana, że ma perspektywę.) Ale po kolei.

Matylda wychodzi z więzienia na przepustkę i od razu wie, że nie wróci. Wszystko szczegółowo zaplanowała i z determinacją chce zrealizować. Stopniowo odkrywamy jej tajemnice. Film podzielony jest na trzy części, jak trzech mężczyzn ważnych w jej życiu. Każda zaczyna się podobnie: Matylda idzie długim korytarzem, raz będzie to blok, raz hotel, raz sierociniec, puka do drzwi i zawsze słyszy to samo: "Co słychać?". Jej odpowiedź też za każdym razem brzmi: "W porządku.". Jakby rozstała się z tymi, których odwiedza, wczoraj. Tymczasem nie widziała ich, odkąd trafiła do więzienia, a może dłużej.

Najpierw jest brat. To jedyna życzliwa jej osoba, początkowo najeżony, zaskoczony i zły, robi jej wyrzuty, oskarża o śmierć matki, ale z czasem staje się milszy. Może byłby gotów jej pomóc, gdyby nie żona, od początku wrogo do niej nastawiona. Ale Matylda nie ułatwia mu sytuacji, zaskakuje go informacją, że jest matką ośmioletniego syna. Prosi, aby wziął go na wychowanie. On chyba, z dwojga złego, wolałby dać jej pieniądze. Czy można się dziwić, że radośnie nie zgadza się na  propozycję? Przecież o istnieniu jej syna, Tomy, dowiedział się właśnie przed chwilą! Doskonale też potrafi przewidzieć reakcję żony. Może dlatego nie mówi jej prawdy, tylko rozmawia o pieniądzach dla siostry, chociaż ona nie o to go prosiła. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej o przeszłości Matyldy. Wiemy już, że przed laty uciekła z rodzinnego domu, przysparzając tym matce zgryzot. Dlaczego? Czy był to tylko bunt młodości? Czy chęć odcięcia się od rodziny, od życia na wsi? Czy ucieczka do chłopaka? A jeśli tak, to czy był to Paul, ojciec jej dziecka, czy jeszcze ktoś inny? Wydaje się natomiast pewne, że tamten krok zdeterminował jej los. Wszystko, co zdarzyło się potem, miało swój początek właśnie wtedy. Nie mogła czy nie chciała wrócić do rodziny? Może odpowiadało jej życie, które prowadziła? Może zaślepiona miłością do Paula, nie potrafiła od niego odejść, gotowa wysługiwać się mu w imię miłości? Wiele na to wskazuje. Przede wszystkim historia Seleny, obecnej towarzyszki Paula. Matylda ostrzega ją przed nim, ale tamta, zakochana, nie chce słuchać jej rad. Jest zazdrosna, sądzi, że Matylda zjawiła się, aby jej go odebrać. Wystarczy kilka pięknych słówek, zapewnień o miłości, kilka czułych gestów, aby Selena zrobiła to, czego on chce. Możemy domyślać się, że ta dziewczyna powiela los Matyldy. Paul traktuje kobiety instrumentalnie, wykorzystuje ich ślepą miłość i płaci nimi niczym monetą w interesach, zapewne brudnych. To przez niego Matylda trafiła do więzienia, jak się domyślamy, niekoniecznie za swoje winy, raczej dlatego że wzięła na siebie jego winę. Teraz szantażując go policją, chce odzyskać pieniądze, które zgodnie z  umową jej się należą.

Paul to wyjątkowa kanalia. Świat, w którym się obraca, to świat brudnych interesów, podejrzanych typów, dziwek. Elegancki hotel, którego jest najprawdopodobniej właścicielem, to tylko przykrywka. Nie chce oddać Matyldzie pieniędzy, najchętniej widziałby ją dalej za kratami. Podobnie  brat, a na pewno jego żona. Nieoczekiwane zjawienie się Matyldy to dla nich tylko kłopot. Wiedzą, że są jej coś winni, albo dosłownie (Paul), albo z powodu więzów krwi (brat), ale nie chcą lub nie mogą jej pomóc. Paul, o czym wspominałam, traktuje kobiety przedmiotowo, jak obiekt seksualny, który służy do zaspokojenia jego żądzy i pomaga w interesach. Nie czuje żadnego bliższego związku ani z nimi, ani z dziećmi, które pewnie sprowadził na świat przypadkowo. Tomę oddał do sierocińca, zresztą nie tylko jego. Wkrótce Matylda przekona się, że jej syn ma tam  brata, Daniela.

Toma to kolejny mężczyzna w życiu Matyldy, jej ośmioletni syn. Nie wiemy, od jak dawna go nie widziała, prawdopodobnie odkąd trafiła do więzienia, ale pewności, że wcześniej się nim opiekowała, też nie mamy. Trudno powiedzieć, kiedy decyduje się zabrać go z sierocińca i razem z nim uciec za granicę. Czy gdyby jej brat, Andrea, zgodził się nim zaopiekować, wzięłaby Tomę ze sobą? Na te pytania w filmie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, można snuć spekulacje. Wydaje się, że to postanowienie przychodzi powoli. Początkowo mówi tylko, że chce go odwiedzić. To najsmutniejsza i najprzykrzejsza część filmu. Reżyser stopniuje napięcie, począwszy od rodzinnego spotkania, które mimo że nieprzyjemne, bo zakończone kłótnią i rozstaniem, jest jednak niczym w porównaniu z wizytą u Paula. Kulminacja to spotkanie z synem. Najpierw sierociniec: miejsce okropne. Widz ma wrażenie, że nikt tam nad niczym nie panuje, dzieci pozostawione są same sobie, a Matylda bez kłopotu może nie tylko wejść do pokoju chłopców, ale i niezauważona wyjść  z Danielem. Wydaje się, że mali mieszkańcy mogą niepostrzeżenie opuszczać budynek, kiedy tylko chcą. To dlatego Matylda nie znajduje tam Tomy. Nie jest zresztą specjalnie zdziwiona, nie wszczyna awantury, nie ma do nikogo pretensji. Po prostu zabiera starszego brata swojego syna i nie opowiadając się nikomu, wyrusza z nim na poszukiwania. Spotkanie matki i syna wcale nie jest radosne, nikt nikomu nie rzuca się na szyję, dziecko jest wyraźnie onieśmielone i rozdarte między matką, a bratem. Daniel za wszelką cenę chce iść z nimi, ale Matylda jest bezwględna: nie tylko go odtrąca i pozostawia, ale robi to bardzo brutalnie. Czy musi być taka okrutna? Czy musi bić i kopać chłopca? Dlaczego nie decyduje się zabrać go razem z Tomą? Cóż, kolejne dziecko, to dodatkowy balast, a poza tym Daniel jest synem Paula. Czy dlatego tak go traktuje?

Toma, mimo że ośmioletni, jest doświadczony i zdegenerowany. Najrawdopodobniej był wykorzystywany seksualnie przez pedofila, pewnie nie tylko on. Może sprzedawał się za pieniądze czy drobne prezenty. Charakterystyczna jest scena, kiedy następuje przełamanie lodów pomiędzy matką i synem. Toma prosi Matyldę o papierosa, ona bez zdziwienia i bez mrugnięcia okiem spełnia jego prośbę. Nie obawia się też, że ktoś zwróci jej uwagę, wszak wszystko dzieje się na korytarzu w pociągu! Dopiero kiedy tak wspólnie, ramię w ramię wydmuchują papierosowy dym w okno, matka okazuje czułość synowi, a on wreszcie się uśmiecha. To bardzo smutna i przerażająca scena. Ale najgorsze dopiero nastąpi: ośmioletni Toma ukradnie matce pieniądze i zniknie. Co z nimi zrobi? Pewnie wróci do brata. Nie tylko nie łączy go z matką żadna więź, ale woli ucieczkę i tułaczkę, niż bycie z nią. Jest w tym dziecku coś smutnego i dorosłego, nie przypomina ośmiolatka, nie uśmiecha się, patrzy poważnie dużymi, czarnymi oczami, milczy, nie wiadomo, co myśli i czuje (podobnie Matylda, też milcząca, ponura, zamknięta w sobie). To, co robi, nie przypomina wybryku małego, nieświadomego dziecka. Nie, Toma kradnie pieniądze i opuszcza matkę świadomie, on doskonale wie, co robi! Takie rozwiązanie trudno było przewidzieć. Raczej  spodziewałam się, że plany Matyldy zostaną zniweczone przez Paula, a nie przez ośmioletnie dziecko!

Jaka przyszłość ją czeka? W ostatniej scenie widzimy główną bohaterkę spacerującą po nabrzeżu w blasku wschodzącego słońca. Nie rozpacza, nie szuka Tomy, chodzi w kółko i pali papierosa. Nie widzimy jej twarzy. Jest zrezygnowana? Zobojętniała? A może jednak zrozpaczona? A jeśli tak, to zniknięciem Tomy czy raczej utratą pieniędzy, bo to odbiera jej możliwość ucieczki? A gdyby nawet się udało, to jaka przyszłość czekałaby ją gdzieś tam, gdzie chciała się znaleźć? Przecież pieniędzy nie starczyłoby jej na długo!

Ważniejsze jest jednak pytanie, jak to się stało, że życie Matyldy potoczyło się w taki beznadziejny i smutny sposób. Przecież jej brat żyje zwyczajnie: ma rodzinę, pracę, mieszkanie. Nie zszedł na drogę przestępstwa. Wydaje się, że to nie środowisko, z którego się wywodzi, zamknęło jej drogę. To ona, podejmując w przeszłości jakieś decyzje, znalazła się w takim położeniu. Na życiowych peryferiach. Czy stąd tytuł filmu? Jaki jest bilans jej życia? Zerwane więzi z rodziną, beznadziejny związek z wykorzystującym ją Paulem, prostytucja, więzienie, opuszczone, zdeprawowane ośmioletnie  dziecko. Żadnej nadziei, żadnego pokrzepienia czy happy endu! Świat Matyldy jest zły, brzydki i zdegenerowany. To wrażenie potęgują jeszcze barwy użyte w filmie przez operatora. Wszystko pokazywane jest w szarej, ciemnej tonacji. Taki jest Bukareszt: kamienne, szare miasto, takie jest niebo, dworce, pociąg, krajobrazy przesuwające się wzdłuż drogi, takie są wnętrza, do których trafia. Przytłaczające, zagracone, a co charakterystyczne, filmowane w cieniu, nigdy w kadrze nie widzimy tych wnętrz dokładnie, podobnie zresztą twarzy bohaterów, kiedy ze sobą rozmawiają. Jakże inna jest scena na wsi, na pogrzebie matki. Wydaje się być sielankowa, jak ze starego rodzinnego zdjęcia. Wszyscy zgromadzeni wokół stołu, a w tle dom rodzinny i zieleń. Ale to tylko pozory sielanki. Dalsza rodzina milczy, wrogo nastawiona do Matyldy, a między nią, a bratem i bratową od złych emocji aż kipi. Czy gdyby przyjęli ją inaczej, zrezygnowałaby ze swoich straceńczych planów? Gdyby brat spełnił jej prośbę i zdecydował się zabrać do siebie Tomę, nie brnęłaby dalej? Może jej przyjazd na pogrzeb, a potem udział w stypie, to desperacka próba szukania rodzinnej bliskości, która mogłaby ją ocalić? Odrzucona, trafia znowu na peryferie, tym razem rodziny. 

Na koniec jeszcze raz podkreślę, że film jest świetnie zrobiony, cały czas trzyma w napięciu, a twórcy umiejętnie dozują  kolejne niespodzianki związane z Matyldą, zaskakując widza co jakiś czas. Ale najważniejsze, że jest przejmujący i prawdziwy, chociaż przykry. Nie odnajduję w historii pokazanej na ekranie żadnego fałszywego, wydumanego tonu. 

Popularne posty