Kazuo Ishiguro "Pejzaż w kolorze sepii"

Nigdy nie czytałam żadnej powieści noblisty Kazuo Ishiguro. Przed

wielu laty widziałam ekranizację jego "Okruchów dnia" w reżyserii Jamesa Ivory'ego z Emmą Thompson i Antonym Hopkinsem, ale po książkę nie sięgnęłam. Tymczasem teraz po obejrzeniu "Pejzażu w kolorze sepii" postanowiłam zajrzeć do oryginału (Rebis 1995; przełożył Krzysztof Filip Rudolf). Idąc do kina, nie nastawiałam się, że to zrobię, ale zakończenie filmu okazało się na tyle skomplikowane, że postanowiłam sprawdzić, jak to jest w powieści. Moja przyjaciółka również miała problem z odczytaniem finału, każda z nas interpretowała go inaczej, dlatego tym bardziej chciałam się przekonać, jak jest.  

Od razu muszę stwierdzić, że i powieść, i film okazały się mocno letnie, nic mnie nie porwało, a być może było tak, dlatego że bohaterki i bohaterowie zachowują się i rozmawiają ze sobą z iście japońskim dystansem, nie dopuszczając nas do siebie. Nie zawracałabym sobie dalej głowy ani jednym, ani drugim, gdyby nie to zakończenie. W każdym razie nie mam zamiaru sięgać po kolejne powieści Kazuo Ishiguro, no chyba że napisze coś, co będzie potencjalnie wydawało się bardzo interesujące.

Zanim o książce, jeszcze słowo o pisarzu, bo jego biografia miała w pewnym stopniu wpływ na tę debiutancką powieść. Urodził się w 1954 roku w Nagasaki, a w wieku pięciu lat razem z rodzicami przyjechał do Wielkiej Brytanii, co było związane z badaniami naukowymi jego ojca, oceanografa. Pobyt miał być czasowy, dlatego młody Kazuro Ishiguro wychowywany był w duchu japońskim, ale tylko w domu, bo w brytyjskiej szkole, do której uczęszczał, było oczywiście inaczej. Stąd jego dwie nogi, ta japońska i brytyjska, co przynajmniej w tej powieści bardzo widać.

Czytając "Pejzaż w kolorze sepii", stale porównywałam go do filmu, dlatego w tej notce mogą mi się zdarzyć wycieczki do ekranizacji, ale postaram się nie spoilerować. Akcja powieści rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Jeden, ten ważniejszy, to upalne lato pięćdziesiątego drugiego roku w Nagasaki, drugi to lata osiemdziesiąte zeszłego wieku w Wielkiej Brytanii. Główną bohaterką i narratorką zarazem jest Etsuko, która z drugim mężem, Brytyjczykiem, i córką z pierwszego małżeństwa, Keiko, przybyła przed wielu laty do Wielkiej Brytanii, gdzie urodziła drugą córkę, Niki. Nad obiema kobietami wisi ciężar samobójczej śmierci Keiko. Dziewczyna najprawdopodobniej nigdy nie odnalazła się w Wielkiej Brytanii i w nowej rodzinie. Kiedy mieszkająca w Londynie Niki przyjeżdża odwiedzić owdowiałą już matkę, ta wspomina owo lato pięćdziesiątego drugiego roku w Nagasaki. Tym, którzy widzieli film, a nie znają książki, napiszę, że wątek angielski w ekranizacji znacznie różni się od oryginału, jest bardziej rozbudowany.

Tamtego lata Etsuko była młodą mężatką i spodziewała się dziecka. Poznała trochę starszą od siebie Sachiko i jej córeczkę Mariko. Obie kobiety zaprzyjaźniły się i to historia ich krótkiej znajomości staje się centralną częścią  opowieści. Drugim japońskim wątkiem jest relacja Etsuko z mężem, a przede wszystkim z odwiedzającym ich teściem, emerytowanym dyrektorem szkoły. W przeszłości bohaterki jest wiele dziur, nigdy nie dowiemy się, dlaczego rozstała się z pierwszym mężem, gdzie spotkała drugiego i jaki był jej związek z teściem, którego znała, zanim wyszła za mąż. Zapewne są to niedopowiedzenia celowe. Czemu służą? Czy mają sugerować, że Etsuko wyparła niektóre fakty ze swojej przeszłości? Czy mają podbić wątek jej przyjaźni z Sachiko? A może jedno i drugie? 

Jak już wspominałam, powieść mnie nie porwała. Owszem, czytałam bez przykrości, ale i bez ekscytacji. Może dlatego, że wiedziałam, jak mniej więcej ta historia się potoczy. Jeśli coś mnie napędzało, to właśnie odkrywanie różnic między oryginałem a jego ekranizacją. Najbardziej ożywiałam się, czytając te fragmenty, które dotyczyły wojny i zmian, jakie zaszły w społeczeństwie japońskim po jej przegraniu. Nie ma tego dużo, ale więcej niż w filmie.

- Wiem, że to, co wydarzyło się w Nagasaki, było straszne - powiedziała wreszcie. - Lecz i w Tokio nie było lepiej. Trwało to tydzień za tygodniem, było bardzo źle. Pod koniec wszyscy żyliśmy w tunelach i zburzonych budynkach, a wokół nie było nic prócz gruzów. Każdy, kto mieszkał w Tokio, widział nieprzyjemne rzeczy. Tak samo Mariko.

A teraz o zmianach.

- Nieprawdopodobne rzeczy mówił twój przyjaciel. (...) To że on i jego żona głosowali na różne partie. Kilka lat temu coś takiego byłoby nie do pomyślenia. (...) Niezwykłe rzeczy dzieją się obecnie. Przypuszczam, że na tym właśnie polega demokracja (...). To wszystko, co tak ochoczo przyjęliśmy od Amerykanów, nie zawsze wyszło nam na dobre. (...) Spójrz, co się dzieje. Mąż i żona głosują na różne partie. Smutno, kiedy w takich sprawach nie można polegać na żonie. (...) Żony w dzisiejszych czasach nie czują  żadnej lojalności wobec swoich rodzin. Po prostu robią, co chcą, i tak głosują, jak im dyktuje kaprys. To typowe dla zmian, jakie zaszły w Japonii. W imię demokracji ludzie porzucają swoje zobowiązania. (...) Dyscyplina, lojalność; to wszystko spajało ongiś Japonię. (...) Teraz zamiast tego wszyscy mówią o demokracji. Słowo to słychać zawsze, gdy ludzie chcą być egoistyczni, gdy chcą zapomnieć o swoich obowiązkach.

To słowa teścia Etsuko. Jego dawny uczeń zarzuci mu, że wychowywał dzieci tak, aby niczemu się nie sprzeciwiały, nie zadawały pytań, co w rezultacie doprowadziło Japonię do klęski. Oczywiście był częścią systemu, ale nawet wiele lat po wojnie święcie wierzył, że racja jest po jego stronie. A co Etsuko, która była świadkiem obu rozmów, o tym sądzi? Jakie ma poglądy? Czy związała się z cudzoziemcem i wyjechała z ojczyzny, bo nie mogła odnaleźć się w pękniętym społeczeństwie? Jakim kosztem się to odbyło? Z jakimi dylematami było związane? O tym też jest ta powieść.

Jak wspominałam, sięgnęłam po nią, bo zakończenie filmu było dla mnie niejasne i chciałam się dowiedzieć, jak to było w oryginale. Cóż, wychodzi na to, że prawidłowo zinterpretowałam to, co się rozegrało w finale ekranizacji. Przyznam jednak, że takie rozwiązanie w powieści jest ledwie zarysowane, właściwie jednym zdaniem, które nieuważna czytelniczka i takiż czytelnik mogą przeoczyć. Bo drugi trop już nie jest taki oczywisty, może być powtórzeniem podobnej sytuacji, która miała miejsce w innym czasie. Jednak, żeby osoby czytające nie miały żadnych wątpliwości, jak należy interpretować powieść, na co wpływ ma właśnie zakończenie, dostajemy posłowie, zapewne dołączone do oryginalnego angielskiego wydania, Davida Malcolma, brytyjskiego badacza twórczości Kazuo Ishiguro. Przyznam, że nie lubię, kiedy ktoś narzuca mi interpretację tego, co czytam, i nie zostawia miejsca dla moich własnych rozkmin. 

I taka to była, nieco detektywistyczna, przygoda z "Pejzażem w kolorze sepii".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty