"Ojciec"
"Wypełnić pustkę"
Zaciekawiło mnie, kim jest reżyserka filmu, Rama Burshtein. Ze zdjęcia na jednym z portali filmowych spogląda poważna, dojrzała, powiedziałabym nawet dostojna kobieta w charakterystycznym nakryciu głowy zamężnych chasydek. Takie same zawoje zdobią głowy bohaterek jej filmu. Na portalu jednak biografii brak, musiałam chwilę poszperać, aby się czegoś dowiedzieć. Wiele nie znalazłam. Urodzona w roku 1967 w Nowym Jorku reżyserka filmowa. Od 1994 roku mieszka w Izraelu i można powiedzieć, że nawróciła się na chasydyzm (pewnie popełniam jakiś nazewniczy błąd). Mogłaby być jedną z bohaterek książki Anki Grupińskiej "Najtrudniej jest spotkać Lilit", którą polecam wszystkim zainteresowanym tematem, ponieważ jest znakomitym podkładem do filmu izraelskiej reżyserki albo komentarzem do niego. Bo tak naprawdę dopiero wiedząc coś na temat życia chasydów, a szczególnie kobiet z tych środowisk, jesteśmy w stanie spróbować zrozumieć Shirę i jej siostry. Wszystkie one, ale także ich matka i kaleka ciotka, mogłyby przemówić do czytelnika z kart książki Grupińskiej (oczywiście, gdyby były postaciami realnymi, a nie tylko filmowymi fantazmatami, bo "Najtrudniej jest spotkać Lilit" to literatura non fiction).
W pierwszej scenie filmu widzimy Shirę i jej matkę, kiedy w supermarkecie próbują odnaleźć i przyjrzeć się kandydatowi na męża tej pierwszej. Dziewczyna ma już osiemnaście lat i gotowa jest do zamążpójścia. To jej marzenie. Dlaczego? Przecież ma dopiero osiemnaście lat! To nasz punkt widzenia. Powinnością chasydki jest wyjść za mąż i urodzić jak najwięcej dzieci. Do tego są przygotowywane, tak wychowywane. To dlatego jej starsza siostra, Frieda, jest nieszczęśliwa, bo mimo starań rodziny nie udało się jej dotąd wyswatać. To dlatego przy okazji licznych zaręczyn czy ślubów jej krewnych czy przyjaciółek, w których uczestniczy, musi godnie znosić upokarzające ją życzenia obyś ty była następna (cytat z pamięci). To dlatego gotowa jest na wszystko, aby wyjść za mąż (prawdopodobnie kłamie, kiedy mówi, że zmarła siostra życzyła sobie, aby w razie czego to ona została drugą żoną Yochay'a). To dlatego każda z młodych dziewczyn wręcz eksploduje radością, kiedy chwali się pomyślnie zakończonymi swatami. To dlatego wreszcie ciotka Hanna, która nigdy nie wyszła za mąż (prawdopodobnie z powodu swojego kalectwa), nosi nakrycie głowy, aby uniknąć pytań (tak jej poradził rabin). I nic nie zmieni udawanie, że przecież wartość kobiety nie zależy od tego, czy spełnia się jako żona i matka. Tak próbuje pogodzić się ze swoim panieństwem Frieda. A ciotka Hanna? Z jednej strony niespełniona, z drugiej mężnie przyjmuje swój los. W końcu to ona odrzuciła jedynego kandydata, który gotów był się z nią ożenić. Jak mówi nie lubiłam go (cytat z pamięci). Może zgorzknienie, niespełnienie, ale też zaakceptowanie statusu kobiety niezamężnej powodują, że wdaje się w rodzinne intrygi?
Drogą do małżeństwa są swaty. Owszem, swatani muszą ostatecznie zaakceptować kandydata, jednak nie ma mowy o małżeństwie niezaaranżowanym. Kilka spotkań w domu rodziców albo w mieście, ale zawsze w choćby dyskretnej obecności kogoś trzeciego, i już. Jakie są tego konsekwencje pokazują ostatnie, przejmujące, sceny filmu. Ekran prawie zupełnie wypełnia Shira w białej sukni ślubnej, tak wielkiej, że dosłownie w niej tonie. Przez kilka minut obserwujemy jej twarz, kiedy kołysze się w modlitewnym transie. Jest na niej radość, szczęście, ale i łzy. Czy na pewno są to tylko łzy szczęścia? Myślę, że także lęku i niepewności. Bo czy na pewno podjęła słuszną decyzję? A już zupełnie przejmująca jest scena ostatnia. Scena, która przynajmniej na chwilę, zburzyła iluzję pięknej opowieści o miłości, czym stał się w pewnym momencie dla mnie ten film. Malujący się na twarzy Shiry strach przed tym, co ma nastąpić za chwilę, jest oczywisty. Panna młoda przypomina w tym momencie bezbronne zwierzątko zapędzone w pułapkę. Może nie będzie tak strasznie? Yochay, który stopniowo stał się jednym z ważniejszych bohaterów tego filmu, wydaje się sympatycznym, dobrym człowiekiem, świadomym swojej decyzji. Miałam nawet wrażenie, że była efektem uczucia. Jeśli w tym zamkniętym świecie rządzącym się ścisłymi, odwiecznymi, religijnymi regułami można w ogóle mówić o uczuciach rozumianych w sposób najprostszy. To, co dzieje się z Shirą, było też doświadczeniem naszych babek i prababek.
Warto przyjrzeć się uczuciom Shiry i Yochay'a. Nie jest to wcale takie proste. Film świetnie pokazuje plątaninę emocji, pragnień i marzeń splecionych z rodzinnymi i religijnymi powinnościami. Shira bardzo chce wyjść za mąż, podoba się jej pierwszy kandydat na męża. Niestety śmierć siostry spowodowała odłożenie swatów, więc dziewczyna nie zdążyła go nawet poznać. Gdy pierwszy ból mija, zaczyna się niecierpliwić, boi się, że rodzina chłopaka się wycofa. Ma niestety rację. Ale potem staje przed większym wyzwaniem: spełnić życzenie matki i wyjść za mąż za Yochay'a czy podążać za swoimi uczuciami? Yochay jest od niej starszy, był mężem jej pięknej siostry. Pomysł matki wydaje się egoistyczny i szalony. Któryś z mężczyzn (chyba ojciec) mądrze zauważa, że Shira powinna wyjść za mąż za kogoś zbliżonego do niej wiekiem. Niech razem dorastają, mówi (cytat z pamięci). Być może wtedy ostatnia scena nie wiałaby taką grozą? A jest jeszcze Frieda, która gotowa jest na wiele, aby wyjść za mąż. W małżeństwie z owdowiałym szwagrem dostrzega swoją szansę. Wszystko się komplikuje. Yochay zaczyna się Shirze podobać. Chyba jej samej trudno rozeznać się w tym, co czuje. Chce dobrze, ale go rani. Potem próbuje odzyskać. Ale i Yochay, i rabin, do którego należy ostatnie słowo, upierają się, aby to była świadoma decyzja dziewczyny. Musi wiedzieć, dlaczego pragnie wyjść za mąż akurat za niego. Dopiero, kiedy zrozumie, czego chce, do małżeństwa dojdzie. Na ile kieruje nią prawdziwe uczucie (a może jego zalążek, w tej sytuacji chyba tylko tak można to ująć), a na ile rozpaczliwe pragnienie wyjścia za mąż, chęć spełnienia pragnienia matki, oszczędzenia jej bólu rozstania z wnukiem tego rozstrzygnąć nie sposób. Myślę, że to wszystko po trochu stoi za jej decyzją.
Podobną drogę przechodzi Yochay: od całkowitego zakwestionowania pomysłu Rivki, przez jego akceptację, ból zranienia, a wreszcie danie drugiej szansy. Ale Yochay jest starszy, dojrzalszy. Wie, czego chce, a czego nie. Nie chce żenić się z Friedą. Mimo że cierpi, domaga się, aby decyzja Shiry była świadoma, wychodziła z jej serca. Jest w tym filmie piękna scena, zapowiedź tego, co może się miedzy tym dwojgiem zdarzyć. Yochay leży na hamaku, na brzuchu trzyma swojego synka. Obaj kołyszą się w takt tęsknej, smutnej melodii wygrywanej przez Shirę na akordeonie. Rodzinna sielanka. Zanim się spełni, oboje będą musieli przejść przez uczuciowe tornado. Czy w ogóle się spełni?
A wszystko to dzieje się, kiedy czas uczuciowej żałoby po zmarłej Esther jeszcze nie minął. Ona cierpi po stracie siostry (piękna jest scena w przedszkolu, kiedy nieoczekiwanie grana przez Shirę melodia zamienia się z radosnej w przepełnioną smutkiem). On cierpi po stracie żony. Nie umie sobie z jej śmiercią poradzić, może nawet przeżywa kryzys wiary. A tu od razu każe się im podejmować życiowe decyzje. Jeszcze rozpacz nie zdążyła się zabliźnić, już trzeba się radować. Wypełnić nowym uczuciem pustkę po zmarłej. Wdowiec w tym świecie nie powinien zostać wdowcem zbyt długo, a panna panną. Najważniejsza jest rodzina, nowe dzieci.
Reżyserka, która do tego świata świadomie weszła, ale jest jednocześnie kobietą wykształconą, nadal uprawiającą swój zawód (w tym środowisku to ciągle rzadkość) pokazuje chasydów jednocześnie z dwóch perspektyw: wewnętrznej i zewnętrznej. Okazuje się, że nawet w tak odizolowanym świecie, podlegającym sztywnym, religijnym regułom, przepisom i tradycji, przeżywane emocje i uczucia są uniwersalne. Tak samo się kocha, cierpi, tęskni, marzy, intryguje, knuje, zazdrości. Tak samo nie jest się pewnym swoich decyzji.
A poza tym ten niespiesznie, subtelnie, półcieniami, niedopowiedzeniami opowiadany film jest też obyczajową opowieścią o świecie całkowicie różnym od naszych doświadczeń. I to też czyni go niezwykle ciekawe. Mądry, piękny i interesujący film. A szczególnie zainteresowanym jeszcze raz polecam książkę Grupińskiej. Fascynująca lektura.
"Rust and bone" Jacquesa Audiarda
Zacznę od tego, czego nie chciałam zdradzić we wstępie. "Rust and bone" to dla mnie historia o dorastaniu do odpowiedzialności i miłości, może przede wszystkim do dziecka. Ali to typ wiecznego chłopca, w dodatku z marginesu. Niewiele wiemy o jego przeszłości. Prawdopodobnie imał się różnych przypadkowych zajęć, wchodził w przypadkowe relacje z kobietami sprowadzające się głównie do seksu, a owocem jednej z nich jest jego syn, Sam. Nie potrafi okazywać uczuć ani siostrze, której nie widział pięć lat, ani dziecku. Kiedy musi się nim zaopiekować, spełnia swój obowiązek, bo tak trzeba, ale serca w to nie wkłada. Ali nie ma cierpliwości do syna, łatwo wpada w gniew, nie rozumie, co znaczy odpowiedzialność za dziecko. Jeśli akurat nadarza się okazja, aby poderwać kobietę, zapomni, że trzeba odebrać syna ze szkoły. Nie wiadomo, jak wyglądałyby jego relacje z Samem, gdyby nie pomoc siostry. To ona okazuje chłopcu serdeczność. Ali ima się różnych zajęć, byle jakoś zarobić pieniądze. Domyślamy się, że bez problemu popełni drobne przestępstwo, jeśli sytuacja go do tego zmusi albo nadarzy się okazja. Właściwie wszystko, co robi Ali, jest pozbawione głębszej refleksji, trochę przypadkowe. Mam wrażenie, że niesie go życie. Takie są jego powierzchowne związki z kobietami, takie różne zajęcia. Nie ma dla niego znaczenia, że montowanie ukrytych kamer, które śledzą każdy krok pracowników, co potem daje menadżerom pretekst do zwolnień, jest dwuznaczne moralnie. Trafiła się dobrze płatna robota, to ją bierze. Dopiero kiedy jego siostra, Anna, traci pracę przez kamerę zamontowaną właśnie przez niego, spróbuje przewartościować swoje życie, chociaż przecież nie od razu. Najpierw ucieknie od kłopotów, od gniewu siostry, zostawiając Sama i Stephanie. Najprawdopodobniej nie robi sobie wyrzutów z jej powodu. Bo kim ona jest dla niego? Powinna go traktować jak OP, czyli operacyjnego. Jeśli zechce się z nim przespać, wystarczy telefon. Będzie miał czas, to przyjedzie. Nie ma problemu. To oczywiście nie oznacza, że będzie sypiał tylko z nią. Kiedy wpadnie mu w oko atrakcyjna dziewczyna, na jej oczach poderwie ją. W czym problem? Jej stanowcze domaganie się szacunku, bo o to go prosi, o nic więcej, zaskoczy go i zastanowi. Może spełnić jej prośbę, też nie ma problemu.
Przyszła w końcu pora na zadanie sobie najważniejszego pytania: dlaczego Ali spotyka się ze Stephanie, dlaczego zaczyna z nią sypiać? Nie oszukujmy się, na pewno nie jest łatwo zaakceptować takie kalectwo. Co innego pomoc, dotrzymywanie towarzystwa, a nawet przyjaźń, co innego seks. Szczególnie dla mężczyzny takiego jak Ali, który traktuje kobiety przedmiotowo. Przecież sypia z tymi, które mu się podobają. Być może ktoś uzna, że ta sytuacja jest nieprawdopodobna. Ja myślę, że kontakty z okaleczoną Stephanie ułatwia mu, paradoksalnie, jego prosta i bezrefleksyjna natura. To nie on szuka z nią kontaktu, ale odpowiada na jej prośby. Ot tak, po prostu. Tak wygląda ich związek. Napisałam związek, ale przecież to nie jest właściwe słowo. Z czasem zaczyna być jej zwyczajnie ciekaw i może dlatego, że dla niego w relacjach z kobietami liczy się tylko seks, pyta ją o to, czy nie brakuje jej tej sfery życia. Ich znajomość staje się stopniowo coraz bliższa, ale nie wychodzi poza ramy przyjaźni a może tylko kumpelstwa. Tak to wygląda z jego strony.
A ona? Że dzięki niemu wraca jej chęć do życia, to banał. Tak oczywiście jest. Odkrywa na nowo radość ze zwykłych przyjemności: spaceru, kąpieli w morzu. Otwiera się na ludzi, staje się silna, nie chowa w kąciku, nie ukrywa swojego kalectwa i nie czuje się przez nie gorsza. To, że Ali z nią sypia, z jednej strony przywróciło jej kobiecość, z drugiej dało jej siłę i pewność siebie. Nie chce litości i przeprosin. Dlatego domaga się szacunku od niego, dlatego robi awanturę mężczyźnie, który najpierw ją podrywa, a kiedy orientuje się, że zamiast zgrabnych nóg ma protezy, zaczyna ją przepraszać. Dlatego śmiało obnosi swoje metalowe kończyny, cud techniki, który przywraca jej sprawność, wręcz epatuje nimi. Ona nie ma z tym problemu, jeśli ktoś ma, to jego sprawa. Ładna Stephanie wygląda nieco demonicznie na swoich lśniących protezach. Jest połączeniem delikatności i siły, twardości. Dlatego budzi zainteresowanie i respekt wśród zgrai mężczyzn biorących udział w walkach. Z jednej strony piękna kobieta, z drugiej twardy negocjator. Pewnie nie miałaby wstępu do ich świata, kiedy przyjeżdża na pierwszą walkę Aliego, słyszy żadnych kobiet i nie opuszcza samochodu, gdyby nie jej kosmiczne protezy. Jest kobietą i nie jest nią zarazem. Stephanie nie mówi o tym, co czuje, przygląda się światu z dystansem i zdziwieniem. Wydaje się pogodzona z tym, co osiągnęła. Ale w głębi duszy chyba marzy, że stanie się dla Aliego kimś więcej niż tylko kumpelką, menadżerką i kobietą, z którą sypia. Tylko marzy, złudzeń pewnie nie ma. Kiedy Ali zniknie po awanturze z siostrą, nie zostawiając żadnego kontaktu, zrezygnowana, ale nie zrozpaczona, przyzna, że nie wie, na co liczyła. Tego, że wyjedzie bez słowa, porzucając nie tylko ją, ale i swojego syna, chyba się jednak nie spodziewała. Za to Anna nie miała złudzeń. Była zdziwiona, że jej brat powoli zaczyna układać sobie życie. Właściwie należało się spodziewać, że prędzej czy później zdezerteruje. Tak myśli Anna.
Co sprawia, że Ali dorośnie do odpowiedzialności i miłości? Impulsem do zmian jest awantura z siostrą. Ucieka, ale już wie, że trzeba ponosić konsekwencje tego, co się robi. Nie można żyć bezrefleksyjnie. Szansą będzie miłość do boksu. Już nie nielegalne, pokątne walki za pieniądze, ale systematyczne uprawianie tego sportu. Audiard zastosował w swoim najnowszym filmie podobne chwyty jak w "Rytmie serca". Po pierwsze tam też głównego bohatera, postać równie niejednoznaczną, gwałtowną i dziką, ocala pasja (tam jest to muzyka), po drugie nie pokazał tego ostatniego, jakże ważnego, odcinka ich drogi. W obu przypadkach nie wiemy, jak bohaterowie wychodzą ostatecznie na prostą. Jakby istotniejsza była sama decyzja, że trzeba coś zmienić, i świadomość celu. Ali stawiając pierwsze kroki w bokserskiej karierze, stara się też odzyskać syna. Kiedy jest już blisko, omal go nie traci. To graniczne doświadczenie zmienia go. Nagle to on potrzebuje wsparcia Stephanie. W cierpieniu nie chce i nie potrafi być sam. Nie jest mu łatwo prosić ją o pomoc. Nigdy tego nie robił. Do kogo mówi: kocham cię? Do niej czy do syna? A może do obojga? Czy ostatecznie połączyła ich miłość, czy może Stephanie jest tylko jego menadżerką? Jak dawniej. Przyjemnie wierzyć, że to uczucie. A więc jednak okład na duszę? Trochę tak. Taki miły akcent w tym ostrym, męskim filmie.
"Habemus Papam - mamy papieża" Naniego Morettiego. Więcej niż komedia.
W dyskusjach, jakie słyszałam, przewija się przede wszystkim problem nieudźwignięcia zadania przed jakim nieoczekiwanie stawia głównego bohatera los. Zwraca się uwagę, że ten aspekt filmu jest bardzo uniwersalny, bo w końcu bohaterem mógłby równie dobrze być ktokolwiek, kto staje przed nieoczekiwanym wyzwaniem. To prawda, ale jednak Moretti zrobił film o kościele, więc przyjrzyjmy się filmowemu papieżowi. Starszy, sympatyczny, nieśmiały kardynał przypominający ukochanego dziadka zostaje papieżem trochę przez przypadek. Nie był wymieniany wśród faworytów. Modlitwy, jakie zanosi do Boga, aby to nie on został wybrany, w jego przypadku są naprawdę szczere. Kiedy wybór się dokona, będzie nie tylko zaskoczony, ale i przerażony. Nie chodzi o kryzys wiary, ale zagubienie i brak sił do podjęcia tak wielkiego wyzwania. Nic nie pomogą zapewnienia o pomocy ze strony innych kardynałów i watykańskich urzędników. Nowy papież doskonale zdaje sobie sprawę z brzemienia odpowiedzialności, jaka na niego spadła. Czuje, że kościół i świat pogrążone w kryzysie czekają na prawdziwe, a nie tylko pozorowane działanie. On zdaje się nie wiedzieć, co i jak ma robić, a widocznie malowanym papieżem, który tylko będzie trwać, być nie chce. Zdezerteruje, czym wprawi w niemałą konfuzję kardynałów, watykańskich urzędników, wiernych a wreszcie próbującego mu pomóc psychoterapeutę. Kiedy ucieknie i będzie snuć się ulicami Rzymu, zacznie wspominać swoje życie, myśleć o tym, jak inaczej mogłoby się potoczyć, gdyby swego czasu przyjęto go na studia aktorskie, o czym marzył. Moim zdaniem to najsłabsza część filmu. Szczególnie wątek teatralny. A już scena w czasie przedstawienia, kiedy to nieoczekiwanie zjawiają się kardynałowie i papież zostaje rozpoznany, jest mocno wydumana i przeszarżowana. Oczywiście cały koncept tej opowieści zasadza się na sytuacji nieprawdopodobnej czy wręcz niemożliwej, ale ta scena mnie wydała się już nadmierną komplikacją. Trąciła sztucznością i teatralnością rodem z farsy. Natomiast samo zakończenie zaskoczyło mnie pozytywnie. Muszę przyznać, że zupełnie nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Do końca byłam przekonana, że okaże się ono imaginacją papieża, który jednak zdecyduje się dźwigać swój ciężar. Wszak rzecznik prasowy, Rajski, daje mu za przykład poprzedniego papieża, który mimo choroby sprawował swoją posługę. Myślałam, że podobnie jak Chrystus w "Ostatnim kuszeniu Chrystusa" Martina Scorsese papież zrozumie, że jego życie bez podjęcia nałożonego przez Boga zadania nie będzie miało sensu. Film amerykańskiego reżysera widziałam tylko raz i dawno, a jednak do dziś tkwi we mnie scena, kiedy Jezus zrozumiał, że kuszące swym powabem zwyczajne, ludzkie życie u boku Marii Magdaleny byłoby tylko ziemskim szczęściem, a on nie do tego został wybrany i powołany przez Boga. W cierpieniu, w wykonaniu swojej misji odnajduje prawdziwy sens i istotę. Nie wiem, czy Moretti w jakikolwiek sposób nawiązuje do tamtego filmu, ale ja odnalazłam tu sytuację odwrotną. Papież okazuje się po ludzku słaby, a mnie to przyznanie się do niemocy po ludzku przejmuje, wzrusza, ale i czyni bezradną. A może to nie słabość, a odwaga powiedzieć, że się nie podoła i nie potrafi? Czy końcowa scena ma w symboliczny sposób mówić o słabości kościoła, który nie potrafi odnaleźć się we współczesnym świecie? Kiedy papież podróżując tramwajem, na głos układa sobie mowę, mówi o winach kościoła, za które trzeba przepraszać, ale nie potrafi wskazać dróg i sposobów działania. Kiedy czuje się bezsilny, doradcy podpowiadają mu, że wystarczy samo błogosławieństwo. Nie musi przecież nic mówić. Ale on najwyraźniej nie chce ograniczać się tylko do tego, nie wie jednak, co miałby powiedzieć wiernym, jaką nowinę im przekazać, jaką wiadomość wysłać.
Oglądając film, zwróciłam uwagę na coś jeszcze. Na co? Na teatralność, na odgrywanie ról, na udawanie. Papież w rozmowie z terapeutką na pytanie o zawód mówi, że jest aktorem. Opisując swoje obowiązki, używa języka teatru i ten język znakomicie pasuje do tego, co robił w swoim kardynalskim życiu. On odgrywa rolę kardynała, papieżem chciałby być naprawdę, ale nie wie jak i na tym polega jego dramat. Terapeutka udaje przed dziećmi, że mężczyzna, z którym ma romans, to tylko znajomy. Gra rolę samotnej matki wiernie oddanej swoim dzieciom. W przedstawieniu bierze udział rzecznik prasowy Rajski. Jakim znakomitym aktorem się okaże!. Gra jak z nut, umie odnaleźć się w najtrudniejszym aktorskim zadaniu. Gra także gwardzista obsadzony tymczasowo w roli papieża. Można powiedzieć, że ma dwie role do zagrania. Codzienną: gwardzisty i nagłe zastępstwo: papieża. Ale największymi aktorami są kardynałowie w rolach kardynałów. Kiedy na sali nieoczekiwanie zapadnie ciemność, na moment przestaną grać. Robią to też, kiedy nikt nie widzi. Próbują ściągać od sąsiada nazwisko kandydata, bo nie mają swojego zdania, a w scenariuszu stoi, że powinni wiedzieć, na kogo oddadzą swój głos. Grać przestają, kiedy znajdą się w swoich pokojach. Jeden pali, drugi układa puzzle, trzeci łyka lekarstwa na bezsenność. Im dłużej pozostają w zamknięciu, im dłuższy stan zawieszenia, tym częściej ściągają maski i stają się ludźmi a nie aktorami. Moretti desakralizuje kościół, pokazuje to, co kryje się za kulisami, ale czyni to w sposób dobrodusznie zabawny. To nie obraza, nie kpina, ale ciepły śmiech. Pozostaje jednak pytanie: kogo potrzebują wierni. Ludzi z ich słabościami (tu raczej słabostkami), aktorów czy prawdziwych duchowych autorytetów? Profanum czy jednak sacrum?
Wobec nieoczekiwanego kryzysu kompletnie bezradni są wszyscy. I komentatorzy, szczwane dziennikarskie lisy. I Rajski, którego pomysły okazują się kompletnie chybione. I psychoterapeuta. Wytrącony ze swojej zwykłej roli próbuje się jakoś dostosować, ale i on pomóc nie potrafi. Podobnie jego była żona zazdrosna o zawodową pozycję eks męża, zafiksowana na niedostatku rodzicielskiej uwagi (albo czymś podobnym). Ich pomoc może dotyczyć tylko drobnych, ludzkich spraw, na przykład prawidłowego ustawienia leków. Ale przecież nie o to chodzi.
Nie dajmy się zwieść żarcikom i pogodnemu nastrojowi. Kiedy zeskrobać tę wierzchnią warstwę, okaże się, że to bardzo smutny, przygnębiający film.
Siegfried Lenz "Lekcja niemieckiego". Nieoczekiwane odkrycie.
Nie wiem, czy powinnam się wstydzić, ale do niedawna nie miałam pojęcia o
niemieckim pisarzu Siegfridzie Lenzu. I pewnie tak by pozostało, gdyby nie przypadkowa rozmowa z przyjaciółmi, od których usłyszałam o jego książkach: "Lekcja niemieckiego" i "Muzeum ziemi ojczystej". Nie muszę chyba dodawać, że należą do grona ich ulubionych powieści. To, co powiedzieli, było na tyle zachęcające, że natychmiast postanowiłam przeczytać przynajmniej jedną. Padło na "Lekcję niemieckiego" (Czytelnik 1971), pożyczyłam i pochłonęłam jednym tchem! Teraz już wiem, że za jakiś czas sięgnę po "Muzeum ziemi ojczystej", a w księgarniach poszukam "Biura rzeczy znalezionych", które wydał stosunkowo niedawno, bo w 2004 roku, też Czytelnik w serii Nike. Teraz przypominam sobie jak przez mgłę, że o tej ostatniej coś słyszałam, zapewne wtedy, kiedy się ukazała. A Siegfrid Lenz? Niewiele udało mi się o nim dowiedzieć. Urodził się w 1926 roku w Ełku (Akcja "Muzeum..." toczy się na Mazurach), po wojnie studiował w Hamburgu i od dawna zajmuje się tylko pisaniem (powieści,opowiadania i dramaty). Wymienia się go obok Grassa i Bolla. W Polsce wyszło zaledwie kilka jego książek. Tyle. A teraz do rzeczy, czyli do "Lekcji niemieckiego".Akcja tej powieści toczy się na dwóch planach czasowych: w 1954 roku i w latach wojny oraz tuż powojennych. Bohaterem, jednocześnie narratorem, jest dwudziestojednoletni Siegfrid Jepsen, zwany Siggi, który odsiaduje trzyletni wyrok w ośrodku dla trudnej młodzieży znajdującym się na wyspie w dorzeczu Łaby. Ośrodek ten szczyci się nowoczesnymi metodami resocjalizacji. Jeśli po przeczytaniu tych słów, czytelniku tej notki, zniechęciłeś się, gdyż nie jesteś miłośnikiem literatury więziennej o trudnej młodzieży (też nie jestem), to spieszę donieść, że niesłusznie, bo to wbrew pozorom nie taka książka. Być może trochę zmienisz zdanie, jeśli napiszę, iż Siggiego skazano za kradzież obrazów namalowanych przez malarza Maksa Ludwika Nansena. Być może spojrzysz przychylniejszym okiem na "Lekcję niemieckiego", kiedy dodam, że Siggi tak naprawdę nie kradł obrazów, on je ukrywał, aby chronić! Być może stwierdzisz, że warto czytać dalej, jeśli napiszę, że trzon tej powieści stanowią wspomnienia Siggiego z czasów dzieciństwa, które spędził w nadmorskiej wiosce Rigbill w Szlezwiku - Holsztynie (najbardziej wysunięty na północ niemiecki land graniczący z Danią).
Epicka, zmysłowa narracja wspaniale malująca nadmorski krajobraz, codzienne życie mieszkańców tych okolic, barwne postacie, świat uczuć i wyobraźni głównego bohatera to jedna z zalet tej książki. W zasadzie nie ma tu dialogów zapisywanych tradycyjnie, rozmowy toczone między bohaterami wplecione są w mięsistą narrację. Niektóre rozdziały to tylko opisy miejsc i sytuacji. Znakomicie czyta się na przykład opowieść o tym, jak Siggi i jego starsza siostra Hilka wybrali się na wydmy podbierać jajka mewom. Wędrujemy wraz z nimi nadmorską groblą, słyszymy szum morza, krzyki mew, czujemy chłód wody, po której brodzą, i ból zadawany przez dzioby oszalałych ptaków broniących wysiadywanych jajek. Innym razem uczestniczymy w sześćdziesiątych urodzinach jednego z bohaterów. Czujemy smak podawanych ciast, szum wiatru w ogrodzie, słyszymy muzykę wygrywaną na harmonii, porywa nas wartki korowód tancerzy. Osobna przyjemność to zaglądanie do domu i pracowni malarza Maksa Nansena widzianej oczyma kilkunastoletniego Siggiego albo do jego kryjówki w starym, nieczynnym wiatraku, gdzie zaczyna się jego pasja i obsesja gromadzenia, aby ocalić. Nawet wizyta w rodzinnym domu narratora dostarcza wielu doznań. Zapach posiłków, pasty do butów, dźwięk dzwonka telefonu w gabinecie ojca, miejscowego policjanta, brzęk naczyń, pukanie do drzwi, kroki na schodach, skrzypienie starych podłóg. Świat, jakiego zapewne już nie ma. Poświęcam tyle miejsca opisom, bo ich zmysłowość, senualność to niezwykła wartość tej powieści. Ale oprócz tak dokładnego odmalowania świata, w którym żyje narrator, toczy się tu dość wartka akcja, której oś stanowi konflikt pomiędzy ojcem Siggiego, policjantem, a Maksem Nansenem, malarzem. Konflikt spowodowany przez czasy, w jakich przyszło im żyć, i przez niezwykłą obowiązkowość posterunkowego Jensa Jepsena. Wokół tych wydarzeń buduje autor moralne dylematy, jakim muszą stawić czoła bohaterowie.
Jens i starszy od niego Maks znają się od lat, żyją w tej samej nadmorskiej miejscowości, łączy ich rodzaj sąsiedzkiej przyjaźni, jak wszystkich w tej małej społeczności. Przed wielu laty Maks ocalił Jensowi życie, wyciągnął go z kanału, w którym się topił. Mimo tego posterunkowy Jepsen nie waha się wykonać rozkaz swoich przełożonych: ma przekazać malarzowi zakaz malowania wydany przez hitlerowskie władze i dopilnować jego wykonania. Uczestniczy też w konfiskacie obrazów. Spełnia swoje obowiązki z coraz większą pasją, coraz większy mur niezrozumienia wyrasta pomiędzy dawnymi przyjaciółmi. Nawet kiedy wojna się skończy, policjant, który po krótkim pobycie w obozie jenieckim, wróci na swoje stanowisko, będzie obsesyjnie tropił malarza i dybał na jego obrazy. Przynajmniej tak sądzi Siggi, jego syn, dlatego między innymi próbuje je chronić, czyli po prostu zabierać i ukrywać.
Siggi, wrażliwy chłopiec, samotnik, wychowujący się przede wszystkim wśród dorosłych, wnikliwie obserwujący świat wokół siebie, jest zafascynowany malarzem i jego twórczością. Jak już wspominałam, spędza godziny w jego domu i pracowni, obserwując, jak maluje, i słuchając rozmów o sztuce toczonych z wyimaginowanym Baltazarem. Chłopiec jest w potrzasku, bo ojciec próbuje uczynić z niego swojego szpiega: ma donosić, czy malarz rzeczywiście przestrzega zakazu. Konflikt pomiędzy surowymi rodzicami, szczególnie ojcem, obowiązkowym wyznawcą panującego w Niemczech porządku, a ich dziećmi Siggim, Hilką, która już po wojnie pozuje Nansenowi do jednego z obrazów, i Kaasem, który nie chce służyć w wojsku i dlatego okalecza się a potem wielokrotnie ucieka, stanowi istotny problem tej powieści. Gertruda i Jens uważają, że ich dzieci okryły się hańbą, szczególnie Kaas, dlatego ojciec nie zawaha się go zadenuncjować (spełnia przecież swój obowiązek), a po latach wyrzuci z domu. Hilka i Siggi świadomi, że rodziców wymienić nie można, chociaż najchętniej tak by zrobili, marzą o tym, aby wyjechać, odciąć się od domu rodzinnego. Ale jak się okazuje, nawet jeśli się to uda, to i tak nie można zapomnieć. Paradoksalnie więc pobyt w ośrodku dla trudnej młodzieży jest dla Siggiego wybawieniem. Dokąd ma pójść, kiedy znowu będzie wolny? To pytanie sobie zadaje.
Mimo że znaczna część akcji tej powieści toczy się w latach wojny, to jej okropności w zasadzie omijają ten nadmorski zakątek. Do Siggiego docierają tylko echa wojennych zdarzeń. Wieczorem obowiązuje zaciemnienie, czasem przelatują brytyjskie samoloty, mówi się o zestrzelonych spadochroniarzach, mąż sąsiadki tkwi gdzieś pod oblężonym Leningradem. Nie ma wystrzałów, frontu, łapanek, tortur, kwestii żydowskiej. A zakończenie wojny opisane jest wręcz groteskowo. Ale mimo że prawie nieobecna wojna powoduje moralne konflikty, rozpad więzi rodzinnych i przyjacielskich, upadek, ale i niezłomność. Jest probierzem: teraz widać, kto jest cichym bohaterem, a kto w imię obowiązku poświęci syna i przyjaciela. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego, wszystko jest takie banalne, małe, ale w tej codzienności rozgrywają się dramaty, wprawdzie nie o wymiarze historycznym, lecz ludzkim, zwyczajnym. Ta powieść pokazuje, jak możliwe jest zło, jak się rodzi z poczucia obowiązku, ze ślepego wykonywania rozkazów, z bezmyślności. Jens nie widzi nic zdrożnego w tym, co robi. Gdyby znalazł się w innym miejscu, bez mrugnięcia powieką spełniałby inne obowiązki: torturował, rozstrzeliwał, nadzorował transporty jadące do Auschwitz, wpychał Żydów do komór gazowych. Tutaj tylko pilnuje zakazu malowania, konfiskuje obrazy i ściga własnego syna.
Mimo urody zrekonstruowanego świata to powieść gorzka. Pokolenie rodziców odpowiedzialne za faszyzm i wojnę, po krótkiej kwarantannie wraca do swoich obowiązków, a pokolenie ich dzieci skrzywione przez wojenne dzieciństwo trafia do ośrodków dla trudnej młodzieży, jak Siggi czy jego kolega z pokoju, Kurt, specjalizujący się w aktach przemocy. Z drugiej jednak strony to powieść mądrze optymistyczna. Taka jest lekcja, jakiej udziela zrozpaczonemu Siggiemu malarz Nansen. Niczego nie tracimy bezpowrotnie, bo to, czego dokonaliśmy, co zgromadziliśmy, nawet utracone, pozostawia w nas jakiś ślad. Cóż, w życiu od czasu do czasu coś tracimy i nie pozostaje nam nic innego, jak pogodzić się z tym. Zawsze możemy zacząć od nowa. Jak malarz, który zdaje się ze stoickim spokojem przyjmować wyroki losu i dalej robi swoje.
Warto zadać sobie trud i poszukać "Lekcji niemieckiego", a potem zanurzyć się w świecie wykreowanym przez Siegfrida Lenza. Namawiam!
"Buddenbrookowie", o książce i o filmie.
Mniej więcej rok temu, po latach, wróciłam do lektury "Buddenbrooków" Manna, jako że od czasu do czasu sięgam ponownie po klasykę czytaną kiedyś. Odświeżyłam już sobie "Czarodziejską górę", Dostojewskiego (w kolejce czeka "Zbrodnia i kara"), "Mistrza i Małgorzatę", "Lalkę" i "Ziemię obiecaną" (ponowny zachwyt; polecam, baaardzo współczesna powieść). Pamiętałam, że kiedyś powieść Manna bardzo mi się podobała, ale z lektury pozostaly mi tylko strzępki. Tym razem początkowo czytałam z przyjemnością, ale bez specjalnych uniesień. Im bardziej jednak pogrążałam się w lekturze, tym większe wrażnie na mnie robiła. Aż w końcu zachwyciłam się i ten zachwyt trwa do dziś. Właściwie odkąd prowadzę ten blog, nosiłam się z zamiarem podzielenia się moimi wrażeniami na temat powiesci Manna, no ale ponieważ czasem ledwie nadążam z notatkami na temat bieżących lektur (a przecież piszę też o filmach), stale odkładałam to na później. Aż tu nagle do kin weszła niemiecka ekranizacja "Buddenbrooków", a więc jest świetna okazja, aby napisać o jednym i drugim.
Podczas ponownej lektury największe wrażenie wywarła na mnie historia Toni Buddenbrook i jej brata Thomasa, spadkobiercy firmy. Tonia jest ofiarą czasów, w których przyszło jej żyć i mieszczańskiej, kupieckiej rodziny. Jak wiele kobiet tamtej epoki zostaje wydana za mąż wbrew swojej woli. Niby nic nie dzieje się na siłę, niby ostatecznie sama w imię honoru i dobra rodziny godzi się na małżeństwo z Grunlichem, którego początkowo szczerze niecierpi, ale jej zgodę poprzedza subtelne pranie mózgu. W końcu Tonia uwierzy, że poświęca się dla sprawy wyższej, czyli dla starej, potężnej rodziny, której znaczenie i wielkość dzięki temu małżeństwu jeszcze wzrośnie. Tak było zawsze. Miłość, która jest fanaberią, wymysłem poetów, przyjdzie z czasem, a jeśli nie, to trudno. Człowiek ma obowiązki wobec narodu, rodziny i Boga. Ich wypełnianie ma mu przynieść szczęście. Tragedia Toni polega na tym, że po pierwsze Grunlich budzi w niej wstręt (przecież nie każda swatana kobieta miała takiego pecha), a po drugie zostaje zmuszona do rezygnacji z wielkiej miłości. Panna Buddenbrook nie może wszak wyjść za mąż za studenta medycyny, syna zwykłego pracownika portowego. Ta miłość w tamtych czasach z góry skazana była na niepowodzenie. Nie to jest jednak najgorsze. Grunlich okazuje się oszustem, łowcą posagów, a w końcu bankrutem i Tonia wraz z córką wraca do domu. Odtąd jej życie to lata nudy, brak celu i sensu. Oczywiście wolna jest od kłopotów materialnych, żyje wygodnie w domu rodzinnym, tyle że z piętnem rozwódki. Nie umie , a pewnie w tamtych czasach w jej sytuacji jest to po prostu niemożliwe, nadać sensu swojej egzystencji. Ma poczucie, że nic już jej nie czeka, dlatego żyje cudzymi sprawami i emocjami: brata i jego żony, potem dorosłej córki. Co gorsza rzeczywiście niewiele ją już w życiu spotka. Drugie małżeństwo zawarte z rozsądku, już nie dla dobra rodziny, a raczej po to, aby zedrzeć z siebie piętno rozwódki i jakoś odmienić nudny los, też okazuje się nieudane. I chociaż zdobędzie się na stanowczy gest i sama odejdzie od męża, który rozczaruje ją brakiem ambicji i bawarskim prostactwem, jej życie znowu będzie jałowe i bezcelowe. Ciągnące się bezlitośnie lata nudy, monotonii i pustki. Na domiar złego jej los po latach powieli córka i w końcu obie będą wiodły podobną egzystencję. Powieść Manna pokazuje życie kobiety bez sentymentalnego lukru i upiększeń. Historia Toni to przeciwieństwo losów bohaterek powieści Jane Austen.
Nie lepiej jest z Thomasem, najstarszym z rodzeństwa, który po ojcu dziedziczy firmę. I on rezygnuje z uczucia, tyle tylko, że spotykając się potajemnie, a właściwie może lepiej by było napisać na boku, z prostą kwiaciarką, z góry wie, że będzie musiał ją zostawić. Na nim nikt z rodziny presji wywierać nie musi. O ile jeszcze można ostatecznie wyobrazić sobie małżeństwo Toni z lekarzem, synem prostych ludzi, o tyle zupełnie nie wchodziło w grę małżeństwo Thomasa z prostą dziewczyną sprzedającą kwiaty! Takie kobiety mogły być najwyżej kochankami zamożnych mężczyzn, nigdy żonami. Thomas osiąga sukces. Jest pracowity, odpowiedzialny, oddany rodzinnej firmie i tradycji, żeni się z piękną kobietą, pomnaża rodzinny majątek, ma syna, buduje nowy, wspaniały dom odzwierciedlający potęgę rodu, a wreszcie dostępuje niezwykłego zaszczytu: wybrany zostaje konsulem. Spełnia się na szerszym polu: pracuje na rzecz rodzinnego miasta. A mimo wszystko kiedy osiąga apogeum swoich możliwości, zaczyna odczuwać ogromną, dojmującą pustkę. Jego życie nie jest bezczynne jak życie siostry, wypełnia je praca, osładzają zaszczyty, ludzki szacunek, a jednak nie czuje się szczęśliwy. Przychodzi rozczarowanie. Dlaczego? Bo latami trzeba będzie robić to samo: pracować, aby jeszcze powiększyć rodzinny majątek? Bo przychodzi chwilowe niepowodzenie? Bo żona, oddana sztuce, jest coraz bardziej obca? Bo delikatny syn, podobny raczej do matki niż do Buddenbrooków, rozczarowuje Thomasa? Czy będzie potrafił i chciał przejąć rodzinną firmę? A jeśli nie, to na co te starania? Czas płynie, najbliżsi odchodzą, dzień podobny do dnia. Duchowy kryzys, rozczarowanie życiem, poczucie pustki i braku sensu robią wielkie wrażenie. Cóż, dzieło Manna nie przynosi pokrzepienia, wszak nosi podtytuł "Dzieje upadku rodziny".
Ponieważ powieść tak bardzo zapadła mi w pamięć, raczej trudno było się spodziewać, że jej ekranizacja w moich oczach sprosta oryginałowi. Wybierając się do kina, nie miałam wielkich oczekiwań. Szłam trochę z ciekawości, trochę z obowiązku. Dwóipółgodzinny film Heinricha Breloera z konieczności nie pokazuje całej historii. Pomija dzieciństwo rodzeństwa Buddenbrooków, ograniczając się w prologu tylko do jednego sentymentalnego epizodu, i skraca historię najmłodszego z rodziny, Hanno, delikatnego syna Thomasa i Gerdy. Nieobecnych jest też wiele postaci np. dziadkowie Toni, Thomasa i Christiana ze strony matki. Nie da się przenieść na ekran całej powieści. To, co najmocniej mnie rozczarowało, to wykastrowanie wątku Toni i osłabienie siły jego oddziaływania. Losy panny Buddenbrook, a potem pani Grunlich, nie wydają się tak tragiczne ani beznadziejne. Owszem, można uronić łzę nad jej nieszczęśliwą miłością, ale gdzieś wyparowała nuda i beznadzieja jej późniejszej egzystencji! Na ekranie jej drugie małżeństwo wydaje się być zawarte może nie z powodu wielkiej milości, ale przynajmniej niewielkiego uczucia. a tak przeciez nie było! Powód jego rozpadu też pokazany jest tylko częściowo. Mało tego: filmowa Tonia nie ma dziecka! To wszystko zdecydowanie osłabia wymowę tego wątku. Wszak w powieści córka Toni powiela jej los! Szczęście kobiety zależy tylko od mężczyzny, dlatego jeśli trafi na oszusta, jest przegrana. O wiele lepiej obszedł się film z pokazaniem historii Thomasa. Jego przegrana spowodowana utratą poczucia sensu na ekranie jest widoczna, chociaż oczywiście nie tak mocna jak w książce.
Ekranizacja mocno eksponuje konflikt między braćmi: sumiennym, odpowiedzialnym, pracowitym Thomasem i lekkoduchem, hipochondrykiem Christianem. W powieści to postać groteskowa i raczej niebudząca sympatii. Trudno powiedzieć, że droga życiowa, jaką wybrał, może być alternatywą dla drogi Thomasa. W filmie przynajmniej raz racje Christiana należy brać poważnie.
Drażnił mnie momentami nachalny i naiwny sentymentalizm, budzący raczej uśmiech zażenowania niz szlachetne wzruszenie. Takie właśnie były sceny z kwiaciarką, młodzieńczą miłością Thomasa, która na ekranie pojawia się wielokrotnie już jako dojrzała, spełniona kobieta, a jednak stale pamiętająca o swoim dawnym ukochanym. To sceny rodem z taniego melodramtu. Zaletą ekranizacji jest jej strona wizualna, pięknie pokazywane miasto: zaułki, podwórka, magazyny, port, spichrze, bruki czy ulice.
Cóż, film można zobaczyć, powieść należy przeczytać koniecznie!
Turecka "Puszka pandory" w Ale Kino!
W czwartkowym cyklu "Kino mówi" pokazano niedawno turecki film Yesim Ustaoglu "Puszka Pandory" (2008). A ponieważ od czasu lektury "Śniegu" Pamuka staram się czytać i oglądać to, co z Turcją się wiąże, więc i tego filmu nie przegapiłam (kto jednak przegapił, nic straconego, każdy film pokazywany jest w Ale Kino! kilka razy). To historia turecka i uniwersalna zarazem.
Pewnego dnia Nesrin, mieszkająca w Stambule gospodyni domowa, zostaje zawiadomiona przez policję, że zaginęła jej matka staruszka. Natychmiast porzuca swoje codzienne troski, informuje siostrę, Guzin, i brata, Mehmeta, też mieszkańców Stambułu, i wspólnie z nimi wyrusza gdzieś w głąb Turcji do odległej, zagubionej w górach wioski. Matki nie widzieli od dawna, mieszka sama w swoim drewnianym domu. Jak nikłe są ich więzi, niech świadczy fakt, że syn Nusret, Murat, nigdy swojej babci nie widział. Ucieczka ludzi z głębi Turcji, z małych, biednych wiosek i miast do Stambułu, który stale się rozrasta, to problem turecki.
Stambuł w tym filmie nie przypomina wcale romantycznego miasta owianego legendą przez literatów i podróżników. Tu pokazany jest zimno i nieprzyjaźnie: wieżowce, drogi szybkiego ruchu, wiadukty, betonowe nabrzeża, zapuszczona dzielnica, w której mieszka Mehmet. i tylko w jednym momencie, gdzieś w tle, kamera pokazuje niewyraźnie znaną panoramę miasta widzianą znad Zlotego Rogu. Ale to tylko chwila. Nic dziwnego: ktoś, kto na codzień mieszka w miejscu pełnym zabytkow i turystów, niekoniecznie zwraca na nie uwagę. Pochłonięty trudami życia nie zauważa ich piękna, dostrzega raczej te ciemne strony. Jakże inaczej pokazywana jest wioska w górach! Już droga do niej staje się drogą do raju. Kiedy samochód porzuci autostrady, minie jakieś ohydne fabryki i zjedzie na boczne szosy, robi się pięknie. Jest pusto, cicho, nic nie mąci urody gór pokrytych liściastymi lasami. Tu babcia Nusret jest u siebie, żyje w symbiozie z przyrodą i górami, po których mimo podeszłego wieku chodzi. Kiedy dzieci postanowią ją zabrać do Stambułu, podda sie temu, ale nie będzie szczęśliwa.
I tu wkracza problem uniwersalny: opieki nad starym człowiekiem. Nusret nie jest niedołężna, nie jest schorowana, ale ze wzgledu na wiek ma początki demencji. W dawnym świecie mogłaby dożyć swoich dni we własnym domu z dorosłym dzieckiem, które zostałoby w rodzinnej wiosce. Ale świat się zmienił, Turcja też, nie ma już wielopokoleniowych rodzin, gdzie opieka nad starszymi była czymś naturalnym i nie wymagała reorganizacji całego życia. A tak jest tutaj. Trudno nazwać dzieci Nusret wyrodnymi. one naprawdę się przejmują i starają, szczególnie najstarsza Nesrin. Ale matka wkracza nagle w ich zabiegane lub beztroskie życie (Mehmet) i je dezorganizuje. Nie bardzo można ją zostawić samą, nie wiadomo, jak sprawić, by się nie nudziła (najprostsze wydaje się włączenie telewizora), problem sprawia też przyzwyczajenie jej do cywilizacyjnych wygód. Poza tym opieka nad staruszką wymaga też fizycznej siły. Trudno się dziwić, że najbardziej odpowiedzialna z rodzeństwa Nesrin po jakimś czasie ma dość i oczekuje pomocy brata i siostry. Ale to nie jest takie proste.
I tu wkraczamy w kolejny uniwersalny obszar tego filmu ( pokazany jakby mimochodem): nieporozumienia między rodzeństwem, wzajemne pretensje, konflikty, ich problemy osobiste. Każde z nich jest inne, każde dźwiga swój ciężar. Mehmet to niebieski ptak, który nie bierze życia serio, żyje z dnia na dzień, nie przejmując sie niczym. Guzin pracuje w wydawnictwie i ma rozwichrzone życie osobiste. Jej rozterki miłosne są ważniejsze niż opieka nad matką. Najstarsza Nesrin wydaje się prowadzić życie najbardziej odpowiedzialne i poukladane, ale to tylko pozory. Napiszę tylko tyle, że wszyscy zarzucają jej apodyktyczność. Znamy z kina? Oczywiście, ale, jak wspomniałam wcześniej, tu rodzinne nieporozumienia i konflikty są tylko tłem, pewnym naddatekiem.
A teraz to, co, moim zdaniem, najciekawsze. Osobą, która opiekę nad staruszką przyjmuje całkiem naturalnie, robiąć to jakby od niechcenia, po swojemu, jest wnuk Murat, który o istnieniu swojej babci nie miał dotąd pojęcia. Zbuntowany chłopak, który przysparza trosk swoim rodzicom próbującym ułożyć mu życie na własną modłę. On zdaje się najlepiej porozumiewać z bratem matki, Mehmetem. Babcia trafia mu się trochę przypadkowo, nikt przecież nie wymagałby od niego, aby się nią zajmował. Opiekuje się nią serdecznie, niczemu się nie dziwiąc, nie złości się, nie krzyczy, przyjmuje ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie wstydzi się swojej babci, wiejskiej staruszki, która do Stambułu zupełnie nie pasuje. Nie sadza jej przed telewizorem, tylko wędrują po mieście. Stopniowo rozume ją coraz lepiej i zdaje sobie sprawę, że staruszka tęskni do swoich gór. To właśnie on stanie przed najważniejszym pytaniem: zostawić ją w Stambule pod fachową opieką, w sterylnych, ale bezdusznych warunkach, przedłużając być może życie, czy zabrać w jej ukochane góry. Zabierz mnie w góry, bo je też zapomnę, prosi Nusret, zdając sobie sprawę z powolnej utraty pamięci. A góry to jej życie. Co zrobić? Odpowiedzialność kontra serce. Jakie życie lepsze?
To film niespieszny, mało w nim słów, więcej obrazów, raz bezdusznych i ponurych, raz pięknych, oddychających wolnością, melancholijnych. Bardzo ciekawy, ładny film, pozwalający się zadumać i obcować z Turcją i ze światem.
Popularne posty
-
Kiedy ponad rok temu wreszcie zawarłam znajomość z prozą Myśliwskiego, wiedziałam, że nastąpi ciąg dalszy. Wtedy przeczytałam "Trakt...
-
Wszystkim amatorsko interesującym się malarstwem, wszystkim, którym wyraz galeria kojarzy się w pierwszym rzędzie z malarstwem albo rzeźbą, ...
-
Zacznę od wyznania - literaturę latynoamerykańską znam bardzo słabo. A i to za dużo powiedziane, bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że właś...
-
Po lekturze "Kronik oporu i miłości" byłam pewna, że do książek Ingi Iwasiów jeszcze wrócę, żeby nadrobić zaległości, bo wcześni...
-
Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie...


