Kateryna Babkina "A pamiętasz, mamo?"

Najnowsza powieść ukraińskiej pisarki Kateryny Babkiny "A

pamiętasz, mamo?" (Warstwy 2023; przełożył Bohdan Zadura) to jedna z pierwszych książek, zwłaszcza beletrystycznych, które zostały napisane już po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i bezpośrednio się do niej odnoszących. Wiele ukraińskich pisarek i wielu pisarzy zamilkło, potem zaczęła się pojawiać poezja, teraz błyska raczej coś z non fiction. Wydaje mi się, że nie słyszałam o żadnym innym ukraińskim tytule powieści czy zbioru opowiadań, które powstały  już po 24 lutego 2022 roku, odnosiły się do doświadczeń tego etapu wojny i zostały w Polsce wydane. 

Zanim przejdę do samej książki, kilka słów o pisarce. Jej znakomity zbiór opowiadań "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek" dostał dwa lata temu (2021) Angelusa, czyli przyznawaną we Wrocławiu literacką nagrodę dla pisarek i pisarzy z Europy Środkowej. Przyznam, że nie od razu po niego sięgnęłam, tu dała znać o sobie moja niechęć do opowiadań. Była to jedna z tych książek ukraińskich, na którą rzuciłam się w ramach zacierania białych czytelniczych plam po wybuchu wojny. Zachwyciła mnie całkowicie i odtąd postanowiłam za twórczością  Kateryny Babkiny podążać. Wcześniej ukazał się w Polsce jeszcze jeden zbiór opowiadań, tomik poezji i krótka powieść "Sonia", którą zamierzam przeczytać. Pisarka razem z Tamarą Dudą ("Córeczka") i Hałyną Kruk (zbiór opowiadań "Ktokolwiek, tylko nie ja" - czytałam, nie napisałam, warto sięgnąć) była gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, a ja oczywiście nie mogłam ominąć ich bardzo ciekawej dyskusji. Tyle tytułem wstępu, a teraz czas przejść do książki.

"A pamiętasz, mamo?" to pozycja krótka, niecałe dwieście stron - autorka najwyraźniej lubi kondensować treść, bo jej poprzednie książki też nie grzeszą objętością. To powieść napisana w formie listów do mamy. Pisze je nastoletnia dziewczyna, raczej licealistka, która w jakiś czas po wybuchu wojny trafia ze swoją kilkumiesięczną przyrodnią siostrą, Iwanką, do ojca od dawna mieszkającego w Wiedniu. Po rozwodzie rodziców miała z nim wielokrotnie kontakt, odwiedzała go, spędzała z nim wakacje. Niemniej jednak nie dzielili codzienności, a ich więź nie była bardzo głęboka. Więcej w niej tego, co daje rodzic widujący swoje dziecko głównie z doskoku, czyli rozpieszczania, prezentów, wspólnych podróży. 

Ojciec narratorki jest człowiekiem, który w Wiedeń już wrósł, dobrze mu się powodzi, a posiadanie pieniędzy najwyraźniej ma dla niego znaczenie - narratorka lubi ironicznie podkreślać, że kupując coś dla niej czy dla Iwanki, wybrał oczywiście najdroższy model. Mieszka w dobrej dzielnicy w dużym mieszkaniu, wiele potrafi załatwić, jest zaradny. Żyje życiem singla, chociaż na horyzoncie majaczy jego partnerka, pewnie już któraś z kolei. Jego pobieżna charakterystyka może zniechęcać, ale ja czuję do niego sympatię. Mnie kojarzy się raczej z takim niebieskim ptakiem, może trochę Piotrusiem Panem niż z nowobogackim. Jako że znakomicie ogarnia rzeczywistość, kiedy trafia razem ze swoją córką do punktu pomocy uchodźcom ukraińskim, w którym ona od czasu do czasu pomaga, natychmiast dostrzega wszystkie jego słabe punkty i bezinteresownie angażuje się w ich naprawienie. 

Teraz, kiedy znaleźli się w tych nieoczekiwanych dla siebie okolicznościach i nie wiadomo, jak długo to potrwa, muszą budować swoją więź na nowo, a jest to tym trudniejsze, że przecież narratorka to wojenna uchodźczyni. Została wyrwana ze swojego dobrego, też zamożnego, życia (właśnie miała z matką, Iwanką i ojczymem Orestem lecieć na Malediwy, gdy wybuchła wojna), w dodatku przywiozła ze sobą niemowlę, o którego istnieniu jej ojciec nie miał pojęcia. Była żona nie musiała mu się przecież spowiadać ze swojego nowego życia, kontaktowali się tylko w sprawach wspólnej córki. Kto ma się Iwanką teraz zajmować? Nieoczekiwane tragiczne zdarzenia zaskoczyły wszystkich, wszystkim zburzyły codzienność. Jemu wygodną rutynę, narratorce wywróciły świat. Jak się mają w tym odnaleźć? Co tak naprawdę przeżyła? Na pewno doświadczenie drogi spod Kijowa do Lwowa, potem do granicy austriackiej, gdzie odebrał ją ojciec. 

Nie wiem, czy jestem taka jak on, ale wtedy na granicy przez chwilę czułam, że toczymy ze sobą pojedynek jak równy z równym. Co prawda ja miałam zajęte ręce, za to on w ogóle nie był przygotowany na taką sytuację, bo przecież na coś takiego nie da się przygotować.

Nikt teraz nie wie, jak z wami postępować. Ani specjaliści, ani zwykli ludzie, ani ci, którzy was kochają. Jak postępować z tym, co przeżyliście, co widzieliście, i z tym, co myślicie. Z tym, co, gdzie i jak was złamało. I bez tego nie wiadomo, jak robić z nastolatkami, ale co robić z wami - nikt nie ma najmniejszego pojęcia.

Każdy list zaczyna się od tytułowej frazy: A pamiętasz, mamo? Potem następują albo wspomnienia przedwojennego życia, albo opowieści o tym, co dzieje się z narratorką w Wiedniu. Listy są pisane w lekkim tonie, początkowo odniosłam wrażenie, jakby narratorkę niewiele  z tego, co się stało, dotknęło. Gdyby nie kontekst znany od początku, można by pomyśleć, że nastolatka z zamożnego domu, której niczego nie brakowało ani nie brakuje, zamieszkała na jakiś czas z ojcem i relacjonuje mamie swój pobyt u niego. Coś niepokojącego do tej miłej, beztroskiej narracji mogłaby wprowadzać swoją obecnością Iwanka, niemowlę skądinąd wyjątkowo grzeczne, nienastręczające wielu problemów. No bo jak to? Matka wysłała kilkumiesięczne dziecko ze starszą siostrą do jej ojca? Dlaczego niby nastolatka miałaby się nim zajmować? Ale z drugiego listu dowiadujemy się, co i jak, więc się nie dziwimy. Potem zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego narratorka zwracając się do mamy: A pamiętasz, mamo? opowiada jej o tym, co dzieje się w Wiedniu. Jak mama może to pamiętać, skoro jej tam nie ma? Z czasem śladów wojennych przeżyć uchodźczyń i uchodźców dostajemy coraz więcej. Narratorka chodzi najpierw sama, potem z ojcem, pomagać w punkcie z darami, o czym już wspominałam, no i przede wszystkim pojawia się Dawid. Kilka lat starszy, minęli się gdzieś w tłumie we Lwowie, potem na granicy austriackiej. Później wpadają na siebie w Wiedniu. Dawid jest dziwny, pojawia się i znika, milczy. Milczenie i dziwne zachowanie to wynik tego, co przeżył w czasie wojny. Jego historia, opowiedziana krótko, bez patosu, bez epatowania okrucieństwem, jest naprawdę tragiczna. Jeśli przyzwyczailiśmy się do tej wojny, to właśnie ona pozwala na nowo uświadomić sobie, ile nieszczęść się za nią kryje. 

Wielką zasługa Kateryny Babkiny polega właśnie na tym, że nie epatuje okrucieństwem i nie dostarcza łatwych wzruszeń. To raczej nie jest książka, nad którą się płacze. Z każdym kolejnym listem zdajemy sobie jednak sprawę, że coś tu nie gra. Że narratorka to nie  beztroska nastolatka, która nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i spędza miły czas z ojcem w Wiedniu, a  ewentualne niedogodności wynikają tylko z tego, że ma pod opieką malutką siostrę. Zresztą ojciec szybko zatrudnia do pomocy przy Iwance sympatyczną Ukrainkę, Wirę. W końcu zaczynamy rozumieć, że ta beztroska, ten okrężny sposób pisania jest efektem wyparcia tego, co się zdarzyło, traumy, jaką bohaterka przeżywa. Wreszcie, znowu w sposób lakoniczny, bez epatowania nieszczęściem i okrucieństwem wojny, dowiemy się, co ją spotkało.

Jest więc ta powieść pisanym na gorąco świadectwem pierwszych miesięcy po inwazji. Doświadczeniem świeżym, także dla autorki. Jak oddać ten czas? Jak pisać o ludziach, zwłaszcza o dzieciach, ich matkach, osobach starszych, które zostały nagle wyrwane ze swojego świata? Musiały nagle porzucić wszystko i ruszyć w nieznane. Na jak długo? Jest to zarazem doświadczenie uniwersalne, bo przecież nie pierwszy raz, i niestety nie ostatni, ludzie zostają postawieni w takiej sytuacji. Powieść przypomina, że są takie zdarzenia i sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu, które naprawdę nie od nas zależą i dlatego zadawanie sobie pytania: dlaczego? nie ma sensu.

I wiesz, co jej powiedziałam? Że w takim razie świat to kompletny chaos, a ona przyznała mi rację. I dodała, że negować tego w ogóle nie ma sensu, ale można nauczyć się nie cierpieć z tego powodu.  I że to, oczywiście, nie dotyczy nauki czy jakichś strategicznych decyzji, ale na co dzień lepiej zapomnieć o pytaniach "Dlaczego coś się stało?" ...

Mimo wrażenia lekkości stwarzanego przez bohaterkę książka Kateryny Babkiny pozostała we mnie i, jak to się ostatnio często mówi, nadal we mnie pracuje, nadal coś mi robi.

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"

"Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery (W.A.B. 2014; przełożyła

Agnieszka Holland) to jego trzecia powieść, którą przeczytałam w ramach nadrabiania karygodnych zaległości. Z tymi karygodnymi to celowa przesada, bo już dawno zrozumiałam, że nie da się poznać ani całej klasyki, a Kundera takim klasykiem już jest, ani wszystkich nowości wartych lektury. Przestałam uważać, że coś powinnam albo muszę. Czytam, co chcę i co mnie interesuje. Nie ukrywam, że po twórczość Milana Kundery postanowiłam sięgnąć, kiedy po jego śmierci wysłuchałam dwóch ciekawych rozmów jej poświęconych. Nie zamierzam jednak czytać wszystkiego. Podążam za rekomendacjami i gustem Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego znawcy czeskiej literatury i kultury. Czegoś trzeba się trzymać. "Nieznośna lekkość bytu" to wyjątek na mojej liście książek czeskiego pisarza, którą sobie sporządziłam po wysłuchaniu wspomnianych rozmów. Dlaczego? Bo jako jedyną czytałam ją już kiedyś. Jest więc to moje ponowne z nią spotkanie, z pierwszego niewiele zostało - zarys fabuły i sylwetek trojga głównych bohaterów, świadomość, że mi się podobała.

Kundera wraca tu do swoich ulubionych tematów, którymi są splot indywidualnego losu z Historią, niszczenie jednostki przez reżim komunistyczny, rola przypadku, nad którą w sposób szczególny zastanawia się w tej powieści. Wraca też do swojej ulubionej formy - mamy kilkoro bohaterów, tym samym zdarzeniom przyglądamy się z różnych perspektyw. Za to znacznie więcej jest w "Nieznośnej lekkości bytu" fragmentów eseistycznych czy nawet rozważań filozoficznych. Przyznaję, pewnie nie po raz pierwszy, że filozofia to moja nieodwzajemniona miłość. No może miłość to zbyt duże słowo, w każdym razie bardzo bym chciała jakoś ją liznąć, ale zawsze okazuje się, że to nie na moją to głowę. Wszelkie próby kończą się fiaskiem. Dlatego i tu niektóre fragmenty, szczególnie te z przedostatniego rozdziału, a właśnie tam jest ich najwięcej, nieco mnie nużyły, bo podążanie za myślą pisarza nie do końca było łatwe. Ale też bez przesady, da się przez nie przejść i naprawdę warto czytać do końca.

Historia chirurga Tomasza, jego żony Teresy, kochanki Sabiny i kilku jeszcze drugoplanowych, chociaż też istotnych, postaci, myślę tu szczególnie o Franzu, który przez jakiś czas związany był z drugą z tych kobiet, wpisana została w opozycję ciężaru i owej tytułowej lekkości bytu, którą wywiódł Kundera od idei wiecznego powrotu Nietzschego i od Parmenidesa. Przymiotnik nieznośna jest już wkładem samego pisarza. Czy ktoś jeszcze nie zajmował się tą antynomią, pojęcia nie mam, trudno zakładać, żeby nie. W skrócie, gdyby przyjąć, że wszystko powraca, nasze życie, każdy nasz czyn byłby obciążony ciężarem odpowiedzialności. Ponieważ nie wraca pojawia się ta lekkość. Z drugiej strony dopiero ciężar sprawia, że nasze życie staje się prawdziwsze, bardziej realne, bardziej je odczuwamy, lekkość oznacza ulotność, odebranie wagi. Co w takim razie lepsze? Ciężar czy lekkość? Nietzsche wybiera ciężar, a Parmenides lekkość. Referuję za Kunderą, jeśli coś przekręciłam, czegoś nie zrozumiałam, z góry przepraszam. W to wszystko wplata też autor rolę przypadku. Teresa pojawiła się w życiu Tomasza w wyniku splotu okoliczności - musiał nastąpić szereg przypadków, aby się spotkali, z tak różnych światów byli. On, wykształcony chirurg z Pragi, który świadomie porzucił żonę i syna, aby skakać od kochanki do kochanki i oddać się pracy. Cóż, w prawdziwym życiu nazwalibyśmy go pewnie seksoholikiem, ale pisarz nadaje jego niepohamowanej skłonności do kobiet głębsze znaczenie. Ona, kelnerka z prowincji, bez wykształcenia, doświadczona przez dom rodzinny, zakompleksiona, ale, jak się później okaże, zdolna i wrażliwa. Nie jest odpowiednikiem Łucji z "Żartu". Czy wybierając ją, wybrał ciężar? Czy ją skrzywdził, bo zdradzał, chociaż tylko fizycznie? W tych skokach w bok nie było przecież żadnych uczuć, kochał ją. Ale ona odczuwała je boleśnie. A może to ona skrzywdziła jego, kiedy  wróciła z Genewy do Pragi, gdzie wyemigrowali po upadku praskiej wiosny, a on po jakimś czasie wyjechał za nią? Gdyby został, nadal byłby chirurgiem, a chirurgia była dla niego wszystkim, czymś, co wybrał świadomie, w czym się spełniał. W Pradze po jakimś czasie skończył, myjąc szyby. Ale to było przecież wynikiem jego przypadkowego chwilowego zaangażowania się w politykę. Gdyby stał z boku, może nie musiałby odchodzić ze szpitala. Nad tym wszystkim zastanawia się narrator, obserwując swoich bohaterów  z dystansu, przyglądając się im niczym eksponatom, egzemplifikacjom ludzkich postaw.

Bo powieść Kundery bardzo mocno wpisana została w politykę, w zdarzenia praskiej wiosny z roku 1968, a szczególnie ich konsekwencje dla czeskiej inteligencji, zwłaszcza dla tych, którzy nie potrafili stać z boku, jakoś dali świadectwo swojej niezgodzie na stłumienie chwilowej wolności zakończonej radziecką okupacją. Ich los był taki jak Tomasza. Tomasza, który wcześniej zawsze wybierał to, co lekkie, dopiero Teresa i Historia wprowadziły w jego życie ciężar. Zdegradowani, wyrzucani z uczelni, gazet, zmuszeni pracować fizycznie. Albo jeszcze gorzej zamykani w więzieniach. Pisząc o tym, autor zastanawia się nad sensem masowych protestów, owych Wielkich Marszów, jak je nazywa, organizowanych przez intelektualistów i aktywistów z Zachodu w obronie tłamszonej wolności. To polityczny teatr zamiast prawdziwego czynu. Czy mają sens, skoro najczęściej nie przynoszą rezultatów? Zwłaszcza już, natychmiast. Czy są tylko sposobem na poprawę samopoczucia protestujących, którzy nie chcą się czuć bezradni i mają złudne wrażenie, że coś robią? A dla osób sławnych, Kundera nie używa jeszcze słowa celebryci, są sposobem lansowania się, czy może zwracania uwagi na protest w słusznej sprawie? Pisarz pozostaje raczej pesymistą, przynajmniej ja tak odczytuję jego stanowisko. Lepiej jednak, gdy nie ma innej drogi, wybrać teatr, skoro nie można wybrać czynu. Z drugiej strony, przecież wiadomo, że kropla drąży skałę. Gdyby pesymizm Kundery zawsze się sprawdzał, nadal w tej części Europy panowałaby komuna i wszystko, co z nią związane.

"Nieznośna lekkość bytu", chociaż chyba najbardziej wymagająca spośród tych pozycji Kundery, które do tej pory przeczytałam (wspomniany "Żart" i "Walc pożegnalny"), daje najwięcej pola do rozważań. Wiele tu symbolicznych snów, które dręczą bohaterów, zwłaszcza Teresę, powracających scen. Są związki z muzyką, beethovenowskie ess mussein, czyli tak musi być, które dręczy Tomasza. Ale jest też kawał życia. Zwłaszcza Teresa wydaje mi się najciekawiej sportretowaną bohaterką. Godna by była osobnych rozważań, można w jej postaci odnaleźć wiele tego, co dręczy kobiety także dzisiaj. Zwłaszcza relacja z matką, która położyła się cieniem na jej osobowości, ukształtowała ją, stała się przyczyną wielu kompleksów, lęków, ale i buntu. Uczyniła ją kruchą i silną zarazem. Są też w tej powieści momenty wzruszające. Szczególnie silny związek Teresy z psem, który się do niej przyplątał, a którego nazwała Karenin. W ogóle końcówka powieści chyba najbardziej mnie poruszyła i wynagrodziła trudy czytania partii eseistycznych i filozoficznych. 

Po raz kolejny przekonałam się, że warto po Kunderę sięgnąć. W planach mam jeszcze dwie jego powieści z czasów czeskich, może najważniejsze eseje. A teraz obraz praskiej wiosny najlepiej byłoby skonfrontować z powieścią "Cud", poświęconą też praskiej wiośnie, mojego ulubionego czeskiego pisarza, Josefa Škvoreckiego. Kiedyś to nastąpi. Kiedy? Nie wiem.

Tove Ditlevsen "Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane"

"Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane" Tove Ditlevsen
(Czarne 2022; przełożyła Iwona Zimnicka) to czwarta, tak, tak, czwarta, 
   wydana w Polsce książka tej duńskiej pisarki, o której w bańce czytających zrobiło się głośno dopiero za sprawą Czarnego. Pierwsze w roku 2007 wyszły "Twarze" i nawet ja zapomniałam, że wygrzebałam tę informację, pisząc o jej poprzednich książkach. Właśnie sprawdziłam - bez problemu można ją dostać w bibliotece, więc pójdę za ciosem. Druga to  "Ulica dzieciństwa", wydana przez Marpress w roku 2021, też przeszła bez echa, dopiero trzecia, "Trylogia kopenhaska", która ukazała się nakładem Czarnego rok później, narobiła szumu, zapewne dzięki sile przebicia wydawnictwa. Bo zapewniam, że "Ulicę dzieciństwa" miłośnicy Tove Ditlevsen też powinni przeczytać. Cóż, lepiej późno niż wcale albo do trzech razy sztuka - bardzo dobrze się stało, że dzięki Czarnemu zrobiło się o tej duńskiej pisarce, która zmarła w roku 1976, tak głośno.
 
"Moja żona nie tańczy" to, jak zaznaczono w podtytule, zbiór opowiadań. Pochodzą z kilku okresów  twórczości pisarki. Z opowiadaniami mam zawsze kłopot, a już szczególnie tak krótkimi jak te. Przyznaję, nie jest to moja ulubiona forma, zdecydowanie wolę dłuższe i jeszcze jakiś czas temu niemal w ogóle   opowiadań nie czytałam. Teraz to się zmieniło, chociaż coś, czyli najczęściej tematyka, musi mnie do nich przyciągnąć, abym sięgnęła po ich zbiór. Bo jak je czytać, zwłaszcza jeśli są takie króciutkie jak te, które pisała Tove Ditlevsen? Robić po każdym przerwę? Przejść od razu do kolejnego? A to kolejne to przecież nowe bohaterki i nowi bohaterowie, inny świat, inne problemy. Chociaż w wypadku tego zbioru jest jeden wspólny dominujący problem, o czym za chwilę. Właściwie przecież każde z nich mogłoby być zaczątkiem dłuższego opowiadania albo powieści. Tyle tu ludzkich historii! Cóż, nieprzypadkowo wybrałam  tę książkę właśnie teraz, chociaż w moim czytniku leżała od dłuższego czasu - wiedziałam, że w najbliższym okresie będę musiała wykradać chwile poświęcone lekturze, więc takie króciutkie opowiadania były znakomite. Czytałam po jednym, dwa, czasem więcej. Może zresztą dobrze się złożyło, bo są bardzo przygnębiające i pochłaniane w większych dawkach mogłyby nieźle zdołować, a ja nie potrafię czytać dwóch książek jednocześnie, żeby zrobić sobie odskocznię. Zawsze kończy się to odłożeniem jednej i z nieznanych mi przyczyn potem bardzo trudno mi do niej wrócić.
 
Ale do rzeczy. Co łączy opowiadania Tove Ditlevsen? Wszystkie mówią o samotności, często też poczuciu pustki, wynikającej z braku porozumienia między bohaterkami i bohaterami. Tych pierwszych jest zresztą więcej. Stop! Może nie tyle więcej, ile są najczęściej na pierwszym planie. Bo wcale nierzadko jest tak, że sytuację oglądamy z punktu widzenia dwojga, jej i jego. W kilku jest to dziecko i rodzice. Te są szczególnie przejmujące. Bo bohaterki i bohaterowie Tove Ditlevsen milczą. Oczywiście nie w sposób dosłowny. Komunikują się ze sobą, ale są to rozmowy o sprawach codziennych. Milczą o tym, co czują, o co mają pretensje, o swoich pragnieniach i o tym, co ich boli, denerwuje. Egzystują w swoim zamkniętym świecie. Jakby każde z nich otoczone było niewidzialną bańką. Żyją razem, ale obok siebie, mijają się. To milczenie czyni ich życie trudnym, czasem nie do zniesienia, wręcz beznadziejnym, bo dopóki nie zaczną z sobą rozmawiać, dopóty tkwić będą w marazmie, emocjonalnej drętwocie, a rozmawiać nikt ich nie nauczył. 
 
Potem wyminęła męża i weszła do niewielkiego salonu, z powrotem do tego, co przewidywalne, znośne, raz na zawsze ustalone. 
 
W oczach bez wyrazu mieli wypisane małżeństwo i pracę biurową.
 
Bohaterki i bohaterowie rzadko przeżywają wielkie tragedie, niewiele tu fizycznej przemocy, za to mnóstwo psychicznej, zupełnie nieuświadamianej. Najczęściej dzielą ich oczekiwania, pragnienia. Skąd to milczenie? W dużej mierze ma korzenie w patriarchacie. Kobiety, mężczyźni i dzieci to tutaj osobne światy. Co z tego, że są razem - w sferze relacji niewiele z tego wynika. Mężczyźni zajęci swoimi sprawami, nie dostrzegają potrzeb swoich żon, kochanek, rzadziej partnerek. Zresztą, gdyby nawet dostrzegali, to i tak pewnie by się z nimi nie liczyli. Pracują, przynoszą do domu pieniądze, potem odpoczywają, usypiając nad gazetą, jeśli mają problemy, topią je w alkoholu, wyładowują wybuchami agresji. A kobiet nikt nie nauczył, aby mówić, czego chcą, co je boli. Wchodzą w przypisane im od dzieciństwa role żony, matki, a potem babci. Tak dzieje się z bohaterką opowiadania "Młoda kobieta zostaje babcią".
 
Słuchaj, mamo, teraz kiedy zostaniesz babcią, naprawdę musisz skończyć z byciem młodą dziewczyną. 
 
Takie słowa słyszy od swojej córki, która oczekuje dziecka. Podobnie myśli jej mąż, przyszły dziadek. 
 
Masz w sobie niesamowitą witalność. (...) Kobiety w twoim wieku zaczynają żyć jednak trochę spokojniej.
 
Podobnie widzi ją fryzjerka, do której zawsze chodzi. A ona odczuwa zamęt, raz chce być taka jak dotąd, raz wydaje jej się, że powinna dopasować się do tych oczekiwań. Zawsze od niej czegoś chcieli. Najpierw, żeby wyszła za mąż, potem, żeby była młoda, wręcz wciskali ją w młodość tak, jak teraz wciskają ją w babciowość. A ona nie wie, kim chciałaby być naprawdę. Umie być żoną, matką, kiedyś umiała być wnuczką, teraz sama będzie musiała nauczyć się być babcią, co ją przeraża, ale nie potrafi o tym powiedzieć. Czy się dostosuje? Nie ma tu zbuntowanych bohaterek.
 
Kobiety nie chcą być bez mężczyzny, bo będą postrzegane jako te gorsze. Tak je wychowano. Często małżeństwo jest ucieczką od ciężkiej, nisko płatnej pracy. Potem dopasowują się do tego, czego oczekują od nich ich partnerzy i są nieszczęśliwe. 
 
(...) wieczorem weszły w małżeństwo tanecznym krokiem, a rano obudziły się z widokiem na ciągłe zmywanie i samotność w świecie istniejącym dzięki mężczyznom, lecz w którym one są zbędne.
 
Dlatego porzucenie jednego mężczyzny dla drugiego najczęściej niewiele w ich sytuacji zmienia. Za wszelką cenę starają się spełniać nowe oczekiwania. 
 
Jego ciągła obecność wywróciła jej życie do góry nogami, bo w kobiecie głęboko zakorzenione jest przekonanie, że mąż ma wychodzić rano i wracać wieczorem.. Nie wiedziała, jak ma się zachowywać przy mężczyźnie, który całe dnie spędza w domu. Stał się dla niej obcy. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, poza tym musiała trzymać dzieci z dala od niego, ponieważ go irytowały. 
 
Wiedzą, że coś je uwiera, ale albo nie potrafią powiedzieć co, albo nie umieją się zbuntować. Boją się samotności. Zresztą mężczyźni też wchodzą w przypisywane im role, o czym już wspominałam. Jeśli nie potrafią im sprostać, rodzi się strach. Tak jest z bohaterem opowiadania "Lęk". Ale może jeszcze gorsza jest sytuacja dzieci. Dzieci, które ze względu na sytuację materialną albo pojawienie się młodszego  rodzeństwa, musiały przejąć obowiązki dorosłych albo nawet wejść w ich rolę i troszczyć się o ich dobro. Innym bezpieczny świat zrujnowało rozstanie rodziców. Są bezradne, nic nie mogą zrobić. Pragnienie bliskości, ciepła, okazanego uczucia aż się z nich wylewa, ale boją się o tym mówić. Milczą i cierpią, udając, że wszystko jest w porządku. Trudno się zatem dziwić, że jako dorośli zachowują się podobnie. 
 
Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie "Dobry interes". O kobiecie porzuconej przez męża, która musi sprzedać dom, aby utrzymać siebie i troje dzieci. Czuje się bezradna, zmęczona, nie zna się na interesach, co bezwzględnie wykorzystują agent nieruchomości i jego klient. W to wszystko wpleciona jest jeszcze jedna kobieta, żona kupującego, która wkrótce sama zostanie matką. Z jednej strony współczuje tej obcej kobiecie. Z drugiej nie potrafi sprzeciwić się mężczyznom, chociaż wie, że wykorzystują podbramkową sytuację porzuconej żony. Z trzeciej cieszy się, bo dom jej się podoba. Jak to jest znakomicie rozegrane, jak subtelnie napisane!

Opowiadania Tove Ditlevsen są gęste, o każdym można by rozmawiać z osobna, analizować postawy bohaterek i bohaterów. Mimo tak małej objętości wchodzimy głęboko w ich osobowość, w ich wewnętrzny świat. Wiele dzieje się pomiędzy słowami. To naprawdę mistrzostwo. Najlepszym probierzem tego, jakie zrobiły na mnie wrażenie, jest łatwość, z jaką mi się o nich pisało, chociaż nie od razu po zamknięciu książki miałam czas, aby podzielić się tu moimi refleksjami. Pisząc, zupełnie nie musiałam zerkać do notatek, które robiłam, słowa same płynęły spod palców. 
 
Mottem opowiadań Tove Ditlevsen mógłby być cytat z jednego z nich: Może wiele nieszczęść wynika stąd, że ludzie nie są zbyt zainteresowani tym, co się dzieje w kimś najbliższym. A zaczynając robić notatki po lekturze kilku pierwszych, napisałam: o życiu, co stale stawia nowe wymagania i nie daje spokoju.

Bernardine Evaristo "Mr Loverman"

A było tak. Nie zamierzałam sięgać po drugą wydaną w Polsce

powieść Bernardine Evaristo "Mr Loverman" (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożyła Aga Zano), może nigdy, a na pewno nie w najbliższym czasie. Jej pierwsza książka, która ukazała się w Polsce, "Dziewczyna, kobieta, inna", a wokół której było bardzo, bardzo dużo szumu, achów, ochów i zachwytów, mnie aż tak bardzo nie porwała. Nie żeby mi się nie podobała, no ale żeby aż takie halo robić? (Przed chwilą odświeżyłam swoje wrażenia, czytając moją notkę, i odkryłam, że jakoś bardzo krytyczna nie byłam, chociaż kilka zastrzeżeń miałam. A jednak, jak widać, z czasem lektura zblakła.)  Dlatego wobec morza innych ważnych, a przynajmniej na takie się zapowiadających, książek postanowiłam odpuścić. Nawet nie zainteresowałam się, jaki jest temat "Mr Lovermana". Tymczasem na pewnym spotkaniu nie tylko mnie do niej przekonano i zapewniono, że warto, ale nawet nieoczekiwanie dostałam ją w prezencie. Wobec takiego obrotu spraw zrejterowałam i niemal natychmiast pogrążyłam się w lekturze.  

A  zanętą stała się karaibskość powieści. Tym razem Bernardine Evaristo, która ma korzenie angielsko-nigeryjskie, opowiada o środowisku migrantów z Karaibów, którzy w latach sześćdziesiątych osiedlili się w Londynie. Jej bohaterki i bohaterowie pochodzą z Antigui, a wyjazd do Anglii był dla nich czymś oczywistym. I nie tyle chodziło o lepszy byt materialny, bo nie wiodło im się jakoś źle, przynajmniej nie wszystkim,  ale o perspektywy, których na małej rodzinnej wyspie dla siebie nie widzieli. To trochę tak jak migruje się z prowincji do metropolii, bo nudno, bo brak widoków na lepszą pracę. Dziś mogliby szukać swojej szansy w turystyce i ci, którzy wrócili, znaleźli ją dzięki finansowym zasobom. 

Tym razem nie problem rasy i koloru skóry oraz sytuacja czarnych kobiet  jest tematem powieści, chociaż też się przecież pojawia. Głównemu bohaterowi, zarazem jednemu z dwojga narratorów, Barremu, powiodło się finansowo, nawet bardzo, dzięki inwestycjom w nieruchomości i nie rozpamiętuje jakoś specjalnie upokorzeń czy krzywd, których pewnie trochę zaznał. Jest człowiekiem inteligentnym, oczytanym, zakochanym w Szekspirze, wprawdzie nie ma formalnego wykształcenia, ale nie jest to wynik braku białego przywileju, bo studia skończyć mógł. Zrobiła to jego żona, Carmel, druga narratorka powieści. Wprawdzie jako dorosła osoba, ale jednak. Miała potem całkiem przyzwoitą pracę w wydziale mieszkalnictwa w swojej dzielnicy, co z dumą lubi podkreślać. Studia skończyły ich dwie córki, a zdolny wnuk dostał się na Harvard. 

O czym w takim razie jest powieść Bernardine Evaristo? W szerszej perspektywie o tym, jak życie w zakłamaniu niszczy nie tylko tego, kto buduje je na fałszu, ale także jego bliskich. I o tym, że zawsze jeszcze można wszystko naprawić, zacząć żyć pełną piersią. To ostatnie brzmi jak z taniego poradnika, no i nie ma co ukrywać, że trochę takie ulukrowane jest. Bo wprawdzie "Mr Loverman" mówi o naprawdę poważnych problemach, które rujnują ludziom życia, a przynajmniej bardzo je wikłają, ale jednak w sposób dość  pogodny. Czy to zasługa takiej a nie innej konstrukcji głównych bohaterów? Pewnego siebie, a pewność być może dają mu pieniądze, jakich dorobił się dzięki zmysłowi do biznesu i pracy, pogodnego gaduły Barrego, który sam o sobie z dumą mówi, że jest grzesznikiem i pijakiem, no i wcale się tego nie wstydzi? Z przyjemnością podążałam za jego gawędą, a źródłem tej przyjemności było przede wszystkim to, jak opowiadał. Z kolei Carmel, ta bardziej poszkodowana, nad którą powinnam się pochylić, żałować jej, współczuć, bo nie z własnej winy znalazła się w opresji, nie budziła mojej wielkiej sympatii, bo została przedstawiona jako bigotka. A przecież to ona przeżywa prawdziwy dramat i kiedy wreszcie dociera do niej, że zmarnowała pięćdziesiąt lat swojego życia, pięćdziesiąt!, i nawet fakt posiadania dwóch córek nie jest w stanie jej tego wynagrodzić, to świadomość wagi tych słów sprawia, że na chwilę staje się to bardzo, bardzo mocne. Nawet jako narratorka pozostaje w cieniu Barrego - to on opowiada więcej, to jego rozdziały opatrzone są zawsze słowem sztuka, czyniąc go artystą stąpania po kruchym lodzie, ślizgania się pomiędzy przeszkodami i po powierzchni życia tak, żeby to jemu było wygodniej. Tymczasem jej narracja to pieśń, najczęściej smutna i zawodząca. Od pieśni słodyczy, jaką odczuwa naiwna młoda dziewczyna zakochana w swoim świeżo poślubionym mężu, przez pieśń rozpaczy, modlitwy, pożądania, aż do pieśni siły. Ja jednak najbardziej zapamiętałam jej lamentacyjny ton, marudzenie i drażniącą mnie fanatyczną religijność. I chociaż oboje są ofiarami patriarchatu, tak, tak, on też, to jednak Barry zawsze górą. Czytając książkę, to jemu współczułam, a teraz myślę, że to ona została bardziej skrzywdzona.

Czas zdradzić, o czym jest ta powieść w węższej perspektywie, czyli na jakim kłamstwie zbudował swoje życie Barry. I od razu dodaję, to nie spojler, bo dowiadujemy się tego z pierwszego rozdziału, a i okładka nie pozostawia wątpliwości. Otóż główny bohater tej powieści jest gejem i od lat nastoletnich pozostaje w ściśle ukrywanym przed wszystkimi związku z Morrisem, który trochę wcześniej opuścił Antiguę. Stop, to znowu, podobnie jak w chilijskiej powieści Pedro Lemebela "Drżę o ciebie matadorze", jest nieco bardziej skomplikowane. On nigdy tak o sobie nie myślał. W czasach młodości jego i Morrisa, w Antigui, ale także w Londynie, a szczególnie w dzielnicy, w której zamieszkali, słowa gej nikt nie używał. Nawet kiedy jako dojrzały mężczyzna zaczyna poważnie mierzyć się z komplikacjami, jakie niesie ukrywanie prawdziwej tożsamości, wzdraga się przed słowem homoseksualista, a co dopiero gej. Tego wyrazu nie ma w jego języku.

- Barry, jesteś homoseksualistą. - Morris patrzy na mnie i jeszcze bardziej się krzywi. - Ustaliśmy to już bardzo dawno temu.

- Morris, mój drogi, żaden ze mnie homoseksualista. Ja jestem ... Barryseksualistą! 

Nie dam się nikomu upchnąć w żadną szufladę i zalepić etykietą. Jeszcze czego.

I nie jest to dowód dzisiejszego queerowego podejścia do problemu, wielu gejów i wiele lesbijek nie lubi się etykietować, o czym pisze na przykład Renata Lis w swojej książce "Moja ukochana i ja" (Niestety nie napisałam o niej, bo skończyłam tuż przed urlopem, a po miesiącu było mi już trudno do niej wrócić.), ale strachu, a nawet jakiejś skrywanej homofobii, która też czasem w tym środowisku występuje. Jest więc to powieść o opresji, jaką nakładały społeczeństwa, rodziny, środowiska na osoby nieheteronormatywne. Opresja Barrego i Morrisa była jeszcze silniejsza, bo wywodzili się z Karaibów i w Londynie obracali się też głównie w takim środowisku. Dlatego zastygli ze swoją homoseksualnością w czasach swojej młodości i kiedy w końcu wychodzą z szafy, przecierają oczy ze zdumienia, tak inaczej wygląda dziś świat takich jak oni. Dziwią się wszystkiemu jak dzieci. Ale nawet w roku 2010, w którym toczy się zasadnicza część zdarzeń, nie jest łatwo. Uprzedzenia, homofobia mają się dobrze także w środowisku białych, bogatych Anglików, czego dowodem jest pewna bardzo ważna scena, która wywołuje lawinę konsekwencji. I może najważniejsze - jest to także powieść o gejach starszych, żeby nie powiedzieć starych, bo po siedemdziesiątce, o których mało się mówi, bo, tak jak Barry i Morris, urodzili się w czasach, kiedy wyjście z szafy było niemal niemożliwe. Tacy jak oni dla kamuflażu żenili się, mieli dzieci i unieszczęśliwiali swoje żony. Odbijało się to też na dzieciach, rodziło dramaty. O tym wszystkim jest ta powieść, chociaż opowiedziana w tonie raczej lekkim, dzięki językowi Barrego nawet humorystycznym, ironicznym. Czy to zarzut? Może trochę. bo, jak pisałam, ofiarą takiego zabiegu pada odbiór Carmel. Ale nie wykluczam, że to tylko moje wrażenia.

I na koniec, bo bardzo się rozpisałam, muszę wspomnieć o języku. W tym Bernardine Evaristo, no i jej tłumaczka, Aga Zano, są mistrzyniami. Tym razem chodzi o oddanie nie tylko różnej maści angielszczyzny, ale w dodatku angielszczyzny zabarwionej naleciałościami patois, którym porozumiewają się mieszkańcy Antiguy. Inaczej mówi Barry, inaczej Carmel, inaczej ich córki i wnuk. Nie tylko z powodu tego, gdzie się wychowali i do jakich szkół chodzili, ale też dlatego, że każde z nich ma inną osobowość i obraca się w innym środowisku. Całe bogactwo języka, łamańce, kolory. Wielka przyjemność czytania. Aga Zano w posłowiu opowiada o trudnościach, jakie napotkała, i o strategii, którą wybrała. Nie byłabym sobą, gdybym nie zacytowała, tak na zanętę.

Córcia wyciąga z torebki pudełeczko sushi - jedzeniopodobna bzdurka, popularna wśród anorektyczek. Zrywa folię czarnymi szponami i wkłada sobie do ust jeden z tych ponoć zdatnych do spożycia klocków. Wychylam się z fotela, by rzucić okiem na ten jej "obiad": cztery skrawki surowego łososia na wałeczkach ryżu wielkości kciuka, parę listków sałaty i ze dwadzieścia strączków z ogonkami, przypominających trochę ludzkie embriony, kołtun ze startej marchewki,  szczypta ziarna dla ptaków, kilka plasterków marynowanego imbiru i jakieś oślizgłe liściaste zjawisko, któremu należało pozwolić pozostać w morzu.

Monika Śliwińska "Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat"

Każda książka ma swój czas. Kolejny tytuł Moniki Śliwińskiej

"Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat" (Wydawnictwo Literackie 2020) przeleżał w moim ukochanym czytniku trochę, aż wreszcie teraz okazał się znakomitym uzupełnieniem wystawy malarstwa Włodzimierza Tetmajera, którą niedawno obejrzałam. Wcześniej porwały mnie jej dwie inne książki - "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich" oraz "Wyspiański. Dopóki starczy życia". Z niecierpliwością czekam na biografię Boya, oczywiście tej samej autorki, która powstaje. 

Monika Śliwińska kręci się wokół podobnych tematów, wyraźnie interesuje ją Młoda Polska, a co za tym idzie - Kraków, jej książki uzupełniają się wzajemnie, tworząc coraz szersze uniwersum. We wszystkich trzech pozycjach pojawia się wiele tych samych postaci, co oczywiste, nie może być przecież inaczej. Ja jednak nie narzekam, bo pamięć jest tak zawodna, że przeczytanie po raz kolejny tych samych informacji, raz w wersji rozszerzonej, raz okrojonej, zawsze pod trochę innym kątem, powoduje, że coś się tam w głowie uleży. Jej opowieści mają to do siebie, że wpadam w nie całkowicie. Działają na  mnie na wielu polach - wywołują emocje, pobudzają wyobraźnię, dostarczają solidnej dawki wiedzy, czasem pozwalają spojrzeć na pewne sprawy znane ze szkolnych czasów w nowy sposób, a często odsłaniają zupełnie nieznane światy. Tak było szczególnie w przypadku biografii sióstr Pareńskich i teraz Mikołajczykówien.

Zacznę od wyjaśnienia istotnej kwestii. Otóż książka Moniki Śliwińskiej, o której piszę dzisiaj, to jednak bardziej sygnalizowany w tytule ich świat niż biografia sióstr upamiętnionych na zawsze przez Stanisława Wyspiańskiego w "Weselu". To nie znaczy, że ich tam nie ma, oczywiście są, ale znacznie więcej miejsca poświęca autorka obyczajom bronowickich włościan, Krakowowi, a przede wszystkim sławnym mężom dwóch sióstr, Włodzimierzowi Tetmajerowi, który ożenił się z najstarszą Anną, i Lucjanowi Rydlowi, który zakochał się w tej najmłodszej. Co ciekawe najmniej informacji znajdziemy w książce o średniej, Marii, w której, jak głosi legenda, zakochał się malarz Ludwik de Laveaux. Podobno byli nawet zaręczeni, ale jego przedwczesna śmierć pokrzyżowała ich plany. Monika Śliwińska wątpi w prawdziwość ich zaręczyn, udowadniając swoją hipotezę na podstawie różnych źródeł. 

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego w "Pannach z "Wesela"" jest mniej biografii, a  więcej  ich świata. Podejrzewam, że w tym wypadku sprawdziło się przysłowie, tak krawiec kraje, jak materii staje. Siostry Mikołajczykówny, inaczej niż sportretowane przez autorkę wcześniej siostry Pareńskie, były chłopkami z Bronowic i najprawdopodobniej jest na ich temat znacznie mniej materiałów. Nie pochodziły ze znanej zamożnej krakowskiej rodziny związanej ze światem naukowym i artystycznym, wychowały się w Bronowicach w chałupie Jacentego Mikołajczyka. Z trudem przychodziło im pisanie, czego wstydziły się do końca życia, szczególnie Jadwiga. Dlatego też pewnie najmniej wiemy o Marii, bo obaj jej mężowie, tak jak i ona, pochodzili z ludu. Anna i Jadwiga są bardziej znane dzięki ich sławnym mężom. No i zostały uwiecznione w "Weselu", co za ich życia niekoniecznie się im przysłużyło, szczególnie Jadwidze. Oliwy do ognia dolała jeszcze "Plotka o "Weselu"" Boya.

W takim razie czego się o nich dowiadujemy? Że wychodząc za mąż za panów z miasta, artystów musiały się początkowo zmierzyć z niechęcią ich rodzin, a nawet z ostracyzmem krakowskiego towarzystwa. To ostanie szczególnie dotknęło Jadwigę, którą, kiedy pojawiała się w Krakowie, traktowano jak dziwowisko. Zdarzało się, że na ulicy dotykano jej stroju, przyglądano się jej z niezdrową ciekawością, a nawet bywało, że ktoś napluł jej pod nogi. Dlatego kiedy w kryzysowych finansowych sytuacjach albo zimą zdarzało się Rydlom, wcale nie tak rzadko, mieszkać w mieście, Jadwiga niechętnie wychodziła z domu. Niechętnie bywała też w teatrze z tych samych powodów. Znacznie łatwiej było Annie, bo małżeństwo Tetmajerów zostało przez rodzinę i krakowskie towarzystwo zaakceptowane szybciej. Potem nie mogli opędzić się od gości, co utrudniało im codzienne życie. Obie też nigdy nie wyrzekły się swoich chłopskich, bronowickich korzeni. Prowadziły gospodarstwo, sprzedawały plony, szczególnie na początku, na krakowskim targu, który wtedy mieścił się na placu Szczepańskim. Zawsze chodziły w bronowickich strojach. Ale już dzieci kształciły i ubierały po miejsku. 

Obie wspierały swoich mężów, były im oddane, podobnie jak oni im. Lucjan Rydel mimo ciągłych kłopotów finansowych  rozpieszczał Jadwigę, nie żałował pieniędzy na jej stroje, które, jak się okazuje, były kosztowne. Zmagały się z problemami dnia codziennego, kłopotami z lokum. Zanim Tetmajerowie osiedli w swoim trzecim i ostatnim domu, a Rydlowie ostatecznie w dworku, który dziś znany jest jako Rydlówka, a w którym odbyło się ich wesele uwiecznione, ku utrapieniu nie tylko ich, przez Stanisława Wyspiańskiego, tułali się po różnych miejscach. Towarzyszyły im kłopoty finansowe, bo pieniądze pojawiały się nieregularnie i znikały bardzo szybko. Jadwiga była słabego zdrowia w przeciwieństwie do Anny, której nie nadwyrężyły liczne porody i połogi. 

Ale najbardziej niesamowite są jej wojenne losy. Z najmłodszą córką, jej mężem, dziećmi, teściową trafiła na zesłanie na Syberię. Mimo niewyobrażalnie ciężkich warunków nie straciła ducha, wspierała córkę, która musiała katorżniczo pracować, wierzyła, że wróci do swoich Bronowic. Potem cudem znalazły się wśród rodzin żołnierzy Armii Andersa ewakuowanych najpierw do Iranu, a potem do Indii. A nie była to łatwa droga. Jak się okazuje, niewiele na ten temat wiedziałam. Mimo tych trudów wróciła do swoich ukochanych Bronowic, przetrwała wszystko i dożyła naprawdę sędziwego wieku. Opowieść o tym okresie jej życia jest wzruszająca.

Równie ciekawa jest historia Włodzimierza Tetmajera i Lucjana Rydla, o których coś tam wiedziałam, więcej oczywiście o tym drugim, ale jak się okazuje i tak niewiele. To dla mnie też odkrycie. Tak jak olśnieniem okazało się bajecznie kolorowe malarstwo Tetmajera, którego nie znałam. Widziałam pojedyncze obrazy w muzeach, ale wypadły mi z pamięci. Zgromadzone na jednej wystawie robią wrażenie, barwą, witalnością, tematyką. Nie będę tu pisała o losach obu artystów, wspomnę tylko o tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę. Ich małżeństwa nie były przejawem kaprysu, chwilowej mody, jak się je często przedstawiało, ale wynikiem miłości. Musieli pokonać opór swoich rodzin i ostracyzm krakowskiego towarzystwa. Okazały się udane, a oni na zawsze związali się z Bronowicami i ich mieszkańcami, pozostali wierni temu miejscu, mimo że obracali się także w miejskim i artystycznym środowisku. Uczestniczyli w życiu wsi i zajmowali się także gospodarstwem. Koegzystencję tych dwóch światów widać w obu domach, które wybudowali Tetmajerowie, w Rydlówce i w tym  trzecim, który stał się rodzinną siedzibą i do dziś pozostaje w rękach ich potomków. To zawsze miało być połączenie wiejskiej chałupy i dworku szlacheckiego.

Bardzo ciekawa książka. Wiele się z niej dowiedziałam. Mam nadzieję, że po biografii Boya Monika Śliwińska nie zarzuci swoich zainteresowań epoką i będzie rozszerzała uniwersum, które tworzy w swoich książkach.

Miriam Akavia "Moja winnica"

Książkę Miriam Akavi "Moja winnica" (Wydawnictwo Literackie

2014) miałam od dawna, ale jakoś nigdy się nie składało, aby po nią sięgnąć, aż do niedawna, kiedy po skończeniu "Złotej dziewczynki z Jassów" Cătălina Michuleaca potrzebowałam czegoś lżejszego. Pomysł, żeby na odtrutkę wybrać sagę żydowskiej rodziny, nad którą, jak doskonale dzisiaj wiemy, wisiało fatum przyszłej wojny, może nie był najszczęśliwszy, ale jakoś nie znalazłam niczego innego.

Ale zanim o książce, parę słów o autorce. Miriam Akavia, właściwie Matylda Weinfeld, zwana w domu Maniusią albo Anią, to polska Żydówka urodzona i wychowana w Krakowie w połowicznie zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Językiem jej i jej rodzeństwa od początku był polski, ale rodzina przestrzegała żydowskich świąt, dla ojca religia była ważna, dla matki nieco mniej. Rodzice i dziadkowie wywodzili się z Kazimierza, ale potem, kiedy ojcu zaczęło się wieść finansowo, przenieśli się do centrum miasta, zamieszkali na ulicy Łobzowskiej wśród Polaków, chociaż nie tylko, bo w dwudziestoleciu międzywojennym wielu Żydów, zwłaszcza zasymilowanych, opuszczało Kazimierz i osiedlało się w centrum Krakowa. To zjawisko ma nawet swoją nazwę - marsz na Rynek. Kiedy wybuchła wojna, Miriam Akavia miała dwanaście lat. Trafiła do krakowskiego getta, potem do obozu KL Plaszow (powinno używać się niemieckiej nazwy, więc Plaszow, nie Płaszów), wreszcie do Auschwitz i Bergen- Belsen. Z jej bardzo licznej rodziny ocalało sześć osób! Dwie tak jak ona zamieszkały w Izraelu, trzy osiadły w innych miejscach świata. Pisać zaczęła późno, zadebiutowała, kiedy miała czterdzieści siedem lat. Tworzyła albo po polsku, albo sama przekładała swoje książki z hebrajskiego na język dzieciństwa. Zmarła w roku 2015.

"Moja winnica" to opowieść o żydowskich rodzinach Weinfeldów, Karmelów i Plessnerów, z których wywodziła się autorka. Książka podzielona została na trzy części, w starszych wydaniach znajduje to wyraz w podtytule. Pierwsza obejmuje lata 1909-1920 i opowiada historię dziadków, dzieciństwo oraz wczesną młodość rodziców. Część druga to rok1927, skupiona jest na losach dwóch sióstr ojca autorki, Heli i Hani, oraz na małżeństwie jej rodziców. Kończy się przyjściem na świat małej Ani, czyli Miriam. Część trzecia to lata 1934-1939, opowiada o dzieciństwie autorki, jej starszego rodzeństwa i kuzynki.

Książkę czyta się bardzo dobrze. Losy licznych krewnych, tych najbliższych, sióstr i brata jej ojca, rodziny matki, i tych dalszych, licznych ciotek, wujków, kuzynek i kuzynów, są bardzo interesujące. Dostajemy całą panoramę żydowskich postaw. Wśród jej krewnych byli Żydzi religijni i tacy, którzy stopniowo się asymilowali, szczególnie dziewczęta od dzieciństwa mówiły po polsku, a chłopcy, jak pisze autorka, po żydowsku, czyli w jidisz. Oni też byli bardziej religijni, bo pobierali nauki w chederach czy w jesziwach, a ich siostry chodziły do normalnych szkół. Czuły się Polkami, odzyskanie przez Polskę niepodległości przyjęły z radością, emancypowały się. Byli wśród jej  krewnych syjoniści, którzy szykowali się do wyjazdu do Erec Israel, jej matka Bronka i ciotka Hania, przyjaciółki od dzieciństwa, bundowcy, ciotka Hela, najbardziej samodzielna, wyemancypowana, nieszczęśliwie zakochana, nigdy nie ułożyła sobie życia, i komuniści. 

Życie jej przodków po raz pierwszy zakłócił zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, a właściwie jego konsekwencje, czyli wojna. Jej koniec przyniósł nie tylko odrodzenie Polski, ale też strach przed pogromami. Kiedy młode ciotki autorki w centrum Krakowa stają się świadkiniami wybuchu radości z powodu odzyskanej niepodległości, czują potrzebę przyłączenia się do świętującego tłumu, razem z innymi śpiewają Mazurek Dąbrowskiego. W tym samych godzinach na Kazimierzu żydowscy mężczyźni gromadzą się przed synagogami i tworzą ochotniczą straż, która ma uratować mieszkańców dzielnicy przed pogromem, co się udaje. Z czasem wszystko wskakuje na zwyczajne, codzienne tory. Część krewnych opuszcza Kazimierz, osiedla się w centrum Krakowa. Żyją bezpiecznie, ale raczej w izolacji, trudno nawiązać bliższe relacje z polskimi sąsiadami. Mieszkają na tych samych ulicach, w tych samych kamienicach, a jednak osobno. Inni wyjeżdżają za granicę, często do Niemiec. Jedna z jej ciotek, Rózia, która nagle opuściła miasto, odnajduje się po jakimś czasie w Palestynie. W Polsce narasta antysemityzm, coraz częściej pojawiają się napisy na murach wysyłające Żydów do Palestyny, początkowo szokują i przerażają, potem stają się przezroczyste, niewidoczne. Polacy bojkotują żydowskie biznesy, ale i z tym ojciec Ani i jej wujek jakoś sobie radzą. Potem dochodzi do napadów na Żydów - w jednym z nich zginie ich krewny. W Niemczech karierę polityczną zaczyna robić Hitler, początkowo lekceważony, z czasem coraz groźniejszy. Matka i ciotka Hania od czasu do czasu mówią o wyjeździe do Palestyny, o którym jako zaangażowane syjonistki marzyły w młodości, ale przeszkód jest wiele. Jak porzucić wygodne życie? Dobrze prosperujące interesy? Jak wyrwać dzieci z ich szkół, od przyjaciół? A co ze starą matką? I tak czas płynie, temat wyjazdu od czasu do czasu wraca, ale nigdy się nie konkretyzuje. Tylko nieliczni krewni zdecydują się na opuszczenie Polski i Europy. 

Jak wspominałam, książkę czyta się bardzo dobrze, ale świadomość, jak ta historia musi się skończyć, ciąży nad lekturą. Im bliżej końca, tym bardziej. Jest taka dramatyczna scena na dworcu pod koniec sierpnia 1939 roku, ostatni moment, kiedy rodzina Ani może wyjechać, wsiąść do jednego z ostatnich pociągów, którymi da się opuścić kraj. Tym razem ojciec jest gotów, ale Bronka nie czuje się na siłach, jest zmęczona po powrocie z letniska, martwi się o starą matkę. Chwila wahania, rozterek i okienko możliwości się zamyka. Potem jest za późno. Jaki był finał, wiemy.

Chcę jeszcze koniecznie wspomnieć jeden poruszający fragment, bardzo współgrający z tym, co teraz. To stosunkowo słabo w Polsce znana historia wypędzenia z Niemiec jesienią 1938 roku siedemnastu tysięcy polskich Żydów. Słabo znana, bo wstydliwa - polskie władze nie chciały ich przyjąć. Przez jakiś czas koczowali pomiędzy granicami, potem zostali wpuszczeni do czterotysięcznego Zbąszynia, gdzie z pomocą przyszli im mieszkańcy i organizacje żydowskie, ale nie władze. Część dołączyła do swoich rodzin w innych miejscach w Polsce. W takiej sytuacji znaleźli się krewni autorki. Większość z nich nie mówiła po polsku, ci zasymilowani nie znali też jidysz. To preludium Zagłady.

Książka napisana jest nieco staroświecko, co początkowo trochę mi przeszkadzało, ale potem się przyzwyczaiłam i dałam się porwać ciekawej rodzinnej historii. Może dlatego wszystkie tragedie, poza tą ostateczną, nie wybrzmiewają dostatecznie mocno. A może taki był zamysł autorki, która chciała skupić się na zwyczajnym życiu, ocalić je, przywrócić, a nie rozdrapywać rany? Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie przed laty lektura "W ogrodzie pamięci"  Joanny Olczak-Ronikier. Jak bardzo dotarła do mnie wtedy świadomość, że nawet zasymilowani Żydzi, którzy czuli się Polakami, byli odtrącani, skazani na izolacji. Ale może zadziałała tak silnie dlatego, że była to pierwsza książka, która uświadomiła mi los polskich Żydów, także tych, którzy nie żyli jeszcze w cieniu Zagłady. I chyba był to moment, kiedy zaczęłam się tym tematem interesować i stopniowo sięgać po inne lektury.

"Moja winnica" to znakomita książka dla młodego pokolenia i dla tych, którzy niewiele wiedzą o życiu żydowskiej diaspory w Polsce. Dodatkową przyjemność mają czytelniczki i czytelnicy z Krakowa, bo przecież to po kazimierskich i krakowskich ulicach chodzili przodkowie Miriam Akavi  i ona sama. 

Cătălin Mihuleac "Złota dziewczynka z Jassów"

Kiedy usłyszałam o powieści Cătălina Mihuleaca "Złota

dziewczynka z Jassów" (Noir sur Blanc 2023; przełożył Kazimierz Jurczak), natychmiast postanowiłam, że muszę ją przeczytać. Wystarczyła informacja, że to książka rumuńskiego autora i pobieżny rzut oka na notkę od wydawcy. Muszę przyznać, że początki były trudne, mimo że lektura nie nastręczała problemów - czytało się gładko i szybko, ale jakoś było mi z nią nie po drodze. Odstręczała wszechobecna ironia na dodatek podszyta nutą groteski, denerwowała narratorka, Suzy, a jej opowieści o handlu ciuchami z drugiej ręki i innymi używanymi przedmiotami,  którym to biznesem zajmowała się rodzina jej męża, Bena, po prostu nudziły. Długo czułam się rozczarowana. Ale z czasem przekonałam się do bohaterki, zaimponowała mi jej siła charakteru, wciągnął zasadniczy wątek powieści, a wreszcie zrozumiałam, czemu służą w tym wypadku ironia i groteska - bez nich przez niektóre fragmenty tej książki trudno byłoby przebrnąć. A i tak dostałam obuchem po głowie, a po skończeniu lektury gorączkowo zaczęłam szukać jakiejś lżejszej książki. Padło na "Moją winnicę" Miriam Akavii, ten wybór sprawdził się tylko częściowo, ale o tym za tydzień.

Ale od początku. Powieść prowadzona jest na dwóch planach czasowych. Pierwszy, współczesny, to ten, którego narratorką jest Suzy, Rumunka z Jassów, do której los się uśmiechnął, bo  została zatrudniona w znakomicie prosperującej firmie zajmującej się sprzedażą na wielką skalę używanych ciuchów, innych przedmiotów trafiających do second-handów oraz tej markowej odzieży, która wędruje do sklepów vintage. Przedsiębiorstwo należy do Bernsteinów, rodziny amerykańskich Żydów, która na tym handlu dorobiła się majątku. Suzy zostaje zatrudniona  na próbę, wyjeżdża do Stanów, a ponieważ sprawdza się znakomicie, przyczyniając się do jeszcze większego prosperity, między innymi dzięki stworzeniu rumuńskiej filii, zostaje w firmie na zawsze. Swój sukces przypieczętowuje małżeństwem z dużo starszym od siebie Benem, synem właścicieli firmy, Dory i Joego. Najpierw zachłysnęła się amerykańskim życiem, dobrobytem, pracą, z czasem jednak coś się zmienia. Irytuje ją beztroskie życie Bernsteinów, którzy szastają pieniędzmi i żyją tym, co teraz. Szczególnie drażni ją mąż i jego dwaj bracia. W chwili złości wykrzyczy mu:

Nie masz pojęcia, skąd pochodzisz, pojęcia nie masz, przez co przeszła twoja rodzina, żebyś ty mógł prowadzić swojego lexusa ...

A ona chce odzyskać historię rodziny, do której weszła, dla swoich dzieci. Złości ją, że Ben nigdy nie zainteresował się, dlaczego nie ma dziadków ze strony matki, złości ją też Dora.

Twoja matka, jeszcze jedna, którą nic nie obchodzi. Szczęściarze, którzy trafili na mnie, bym im sprzedawała ciuchy na pięciu kontynentach. Ja sprzedaję starzyznę, żebyście wy mogli sobie kupować nowe ubrania markowe. (...) Odwiedzacie kawiarnie i domy mody zamiast żydowskich muzeów. Można by uwierzyć, że wywodzicie się z rodziny kosmitów. Państwo Kosmitowiczowie. Benjamin Kosmitowicz z mamuśką, Dorą Kosmitowicz.

Z całej rodziny Bernsteinów Suzy sympatią darzy tylko teścia.

Ale jest też drugi plan czasowy - międzywojnie, wojna i okres tuż po niej. To historia zamożnej rodziny Oxenbergów mieszkającej w Jassach. Głowa rodziny to Jacques, lekarz ginekolog i położnik, który wyspecjalizował się w robieniu cesarskich cięć tak pożądanych przez bogate Rumunki, które nie chcą rodzić naturalnie. Oxenbergowie również wiodą beztroskie życie, nie oglądając się na przeszłość. Wprawdzie Jacques już na studiach zetknął się z antysemityzmem, ale potem jego niezwykły talent, czar działający na pacjentki i idące za tym pieniądze pozwoliły mu o tamtych nieprzyjemnych zdarzeniach zapomnieć. Domaganie się przez rumuńskich studentów, aby ich żydowscy koledzy kroili w prosektoriach żydowskie trupy, z czasem stało się nieistotne. (Niedawno dowiedziałam się, że i polscy studenci w tamtych czasach domagali się tego samego.) Wszyscy lekceważą objawy narastającego antysemityzmu, a kiedy robi się coraz bardziej niebezpiecznie, Jaques i jego żona Roza wierzą, że na kłopoty, no te żydowskie, zaradzi wysoko postawiona persona, której żona też była pacjentką doktora Oxenberga.

Wszędzie dostrzega podpalone antyżydowskie lonty. Zastanawia go liczba antyżydowskich dowcipów i tempo, w jakim się rozchodzą; niektóre opowiadane przez Żydów! Czy oni nie wiedzą, co robią? Nie zdają sobie sprawy, że to głuchy telefon antysemitów? Budzą śmiech, ale jakże dziki, nietolerancyjny, nieludzki.

Kulminacyjnym momentem powieści są rozdziały relacjonujące pogrom w Jassach, o którym wcześniej chyba nie słyszałam. Jassy to wstydliwa karta rumuńskiej historii, takie polskie Jedwabne tylko na o wiele większą skalę. To pogrom, do jakiego doszło w czerwcu 1941. Miejscowa ludność szybko winę zrzuciła na hitlerowców, ale prawda jest taka, że masakry dokonali rumuńscy wojskowi, policjanci, żandarmi i członkowie antysemickiej Żelaznej Gwardii przy współudziale mieszkańców. Pretekstem była plotka, że Żydzi pomagają radzieckim spadochroniarzom. Na ulicach Jassów zginęło ponad osiem tysięcy Żydów, kolejne pięć w dwóch pociągach, do których zostali załadowani, a które w upale krążyły po kraju. Nie udało mi się znaleźć informacji, czy ta zbrodnia jest dla Rumunów takim samym punktem zapalnym jak w Polsce Jedwabne. Chyba jednak nie.

Rumunia osądziła ogółem może 10% zbrodniarzy wojennych. Odpowiedzialni za pogrom stali się po 23 sierpnia 1943 sojusznikami Związku Sowieckiego, część uciekła za granicę.

To też cytat z powieści. I to właśnie w tych rozdziałach opowiadających o tamtych strasznych zdarzeniach tak bardzo sprawdzają się ironia i groteska. Dzięki nim byłam w stanie przez te dramatyczne fragmenty przebrnąć, dzięki nim udaje się autorowi uniknąć kiczu, pornografii przemocy i taniego współczucia. Ale taka konwencja ma jeszcze większą siłę rażenia. Dostajemy jakieś koszmarne obrazy, ale zniekształcone, wykrzywione. Ofiarami pogromu są głównie mężczyźni i chłopcy, ale kobiety, jak zawsze w takich sytuacjach, też obrywają. Ich nie prowadzi się na policję, nie pakuje do wagonów, one są gwałcone, a potem o ich cierpieniu na kartach historii nikt nie pamięta.

... z żalem informujemy, że kobiety nie mają czego szukać na kartach historii, których zadaniem jest sławić bohaterstwo naszych armii. Popsułyby grupową fotografię, gdyby je umieszczono obok narodowych herosów (...) jak by to wyglądało, gdyby na lekcjach wychowania patriotycznego dopuścić przekazywanie takiej niepotrzebnej nikomu wiedzy? W oczach tych, którzy zapisują i korygują stronice historii, ofiara nieszczęsnych kobiet jest bez znaczenia. Kochani, wiadomo, że żołnierze też muszą niekiedy się wyładować. A że czasami przesadzają, cóż, to daje się wytłumaczyć wyrzeczeniami, jakie znoszą, walcząc bohatersko za ojczyznę i naród. Kiedy dzieją się te rzeczy, najlepiej odwrócić się plecami, zapalić papierosa i zaciągnąć się dymem tak głęboko, aż ci znieczuli duszę. Nie możesz zrobić nic innego, i nie masz prawa robić. Zwłaszcza, że niekiedy damy to lubią. Nie ma się co śmiać, taka jest prawda. Słowo honoru, że one to lubią. 

Cytat długi, ale nie mogłam się oprzeć, aby go nie przytoczyć. Raz, że jest znakomitym przykładem ironii, dwa, że doskonale oddaje podejście do kobiecego wojennego doświadczenia.

Z czasem przekonujemy się, że nieprzypadkowo rodzina Bernsteinów handluje używanymi ciuchami. Ten motyw jest w powieści bardzo ważny. Kiedy trwał pogrom, miejscowa ludność zdzierała z trupów ubrania, aby w nich chodzić albo sprzedać. Współcześnie nadmiar ciuchów dusi nas, szybko stają się towarem z drugiej ręki, handlujemy nimi, chodzimy w nich, nie zastanawiając się, że też są przedmiotem opresji. Nie myślimy o tych, którzy za marne grosze harują w azjatyckich szwalniach.

Jest to też powieść o tym, że nawet jeśli się bardzo chce, nie można zapomnieć o przeszłości. Joe, teść Suzy, ma taką maksymę: Nie możesz zabrać ze sobą kraju na podeszwie buta, ale zawsze coś zostanie w obcasie

I jeszcze na koniec cytat z wiersza Jesienina, wielokrotnie przywoływanego przez bohaterów powieści.

I na mnie druh, czysty jak łza, / wyciągnie majcher zza cholewy.

Mogłabym jeszcze wspomnieć o rumuńskim powieściopisarzu Jonelu Teodoreanu (1897-1954) z Jassów, którego twórczością zachwyca się w młodości Suzy, a który był antysemitą i w międzywojniu złożył wniosek o wykluczenie Żydów z palestry (pracował jako adwokat). Na próżno szukać informacji o jego poglądach w internetowej encyklopedii PWN, dowiadujemy się tylko, że wielkim rumuńskim pisarzem był. Mogłabym też dodać, jak współcześnie brzmią fragmenty o powojennych ucieczkach rumuńskich Żydów przez zieloną granicę do Austrii. Mogłabym, ale już i tak się rozpisałam, więc tylko o tym napomykam.

Trudna lektura, ale warto. 

Lea Ypi "Wolna. Dzieciństwo i koniec świata w Albanii"

Po książkę Lei Ypi "Wolna. Dzieciństwo i koniec świata w Albanii"

(Czarne 2022; przełożył Krzysztof Środa) sięgnęłam, bo mi ją polecono. Mimo że ukazała się w cenionej serii Sulina, łatwo ją przeoczyć w powodzi innych. Autorka urodzona w roku 1979 w Albanii od czasu studiów mieszka za granicą. Jest badaczką i wykładowczynią na London School of Economics. Jak zwierza się w epilogu, książkę napisała dla matki, aby zrozumiała i mogła ją wytłumaczyć przed krewnymi, dlaczego wykłada i bada marksizm, co przez rodzinę zostało uznane za ekstrawagancję, żeby nie powiedzieć zdradę. Jedna z kuzynek stwierdziła, że dziadek nie po to spędził piętnaście lat w w więzieniu, żebym ja mogła wyjechać z Albanii i bronić socjalizmu. (...)Początkowo  miała to być filozoficzna rozprawa (...), kiedy zaczęłam ją pisać (...) idee wcieliły się w ludzi, ludzi, którzy uczynili mnie tym, kim jestem. I tak zamiast książki naukowej, której zasięg byłby niewielki, dostajemy wspomnienia o dorastaniu w komunistycznej Albanii, o przełomie, będącym dla autorki końcem świata, w który wierzyła, i o burzliwych latach transformacji, a to wszystko pogłębione o refleksje.

Dzieciństwo Lei Ypi przypadło na lata osiemdziesiąte, czas, kiedy w Polsce komunizm gnił i dogorywał. I chociaż tamte lata w naszym kraju, po karnawale Solidarności zakończonym wprowadzeniem stanu wojennego,  przez wielu uważane są za beznadziejne, to jednak nasze doświadczenie nijak się ma do tego, co przeżywali Albańczycy. Kiedy w roku 1990 także w Albanii runął stary system, jedenastoletniej Lei zawalił się świat. Tymczasem jej rodzice i babcia Nini (bardzo ciekawa osoba, o niesamowitej, tragicznej biografii, a mimo to zachowująca pogodę ducha) odetchnęli z ulgą, chociaż  w tamtym momencie pewnie inaczej wyobrażali sobie przyszłość. Wolność niosła z sobą chaos, trudności ze znalezieniem pracy, bezrobocie, masową ucieczkę za granicę, piramidy finansowe, przestępczość i wreszcie wojnę domową w roku 1997. Przyznam, że o albańskiej transformacji niewiele wiedziałam. Nawet jeśli coś kiedyś słyszałam, to wyparowało to z mojej pamięci.

Wrócę jednak do pytania, dlaczego Lei zawalił się świat? Dlaczego nie cieszyła się razem z dorosłymi odzyskaną, a może pozyskaną, wolnością? Bo ona dotąd też czuła się wolna. Wolność odczuwała, jako możliwość wyboru, którą drogą wracać ze szkoły. Wybór każdej z nich niósł za sobą kolejne możliwości, a ona mogła o nich zdecydować. Radość przynosiły jej zabawy z koleżankami, towarzyskie spotkania z sąsiadami, czas spędzany w przedszkolu, a potem w szkole. A jednak coś mąciło szczęście jej dzieciństwa. Czuła się inna, bo mówiła po francusku, do czasów szkoły nawet lepiej niż po albańsku. Nie rozumiała, dlaczego rodzice i babcia rozmawiali z nią w tym języku. Była też inaczej ubierana, a kiedy rozpoczęła naukę, dostała czerwony, skórzany tornister, a nie czarną czy brązową teczkę, jaką miały inne dzieci. To wszystko powodowało, że dla rówieśników  stała się odmieńcem, obiektem drwin. Powód do zmartwień stanowiło też nazwisko, które nosiła. Bo człowiek o takim samym nazwisku był w latach dwudziestych albańskim politykiem, a kiedy w czasie wojny kraj została zajęty przez Włochy, a król uciekł, wszedł do rządu. Przez komunistyczny reżim uważany był za zdrajcę i faszystę. I chociaż Lea była przekonana, że to przypadkowa zbieżność nazwisk, o czym zapewniała wszystkich, to i tak wisiało nad nią jego odium. Kolejnym zmartwieniem było to, że w rodzinie nie miała żadnych bohaterów, którymi mogłaby się pochwalić w szkole, kiedy na lekcjach robiły to inne dzieci. Zupełnie nie rozumiała też, dlaczego rodzice i babcia zbywali ją i nie mogła powiesić sobie na ścianie zdjęcia wujka Envera, który właśnie umarł. A przecież tak go kochała i tak po nim płakała. Ten wujek to oczywiście Enver Hoxha, albański dyktator. Nie rozumiała też, dlaczego dorośli wszystkie swoje niepowodzenia tłumaczą biografią. Jeszcze bardziej tajemnicze były rozmowy o tych, którzy ukończyli lub porzucili studia. Przysłuchiwała się im z ciekawością, zadawała pytania, ale dopiero po latach zrozumiała, że pytała w sposób niewłaściwy. Zamiast pytać, czym były te uniwersytety, pytała o to, gdzie się znajdowały. Prawdopodobnie jednak i tak nie otrzymałaby odpowiedzi, bo mogła sprowadzić na rodzinę niebezpieczeństwo.

I nagle w roku 1990 wszystko się zmieniło. Najbliżsi zaczęli opowiadać jej rodzinną historię, tę biografię, która tak ich obciążała, teraz już mogli swobodnie mówić, czym były te studia, a lud oświadczył, że zamiast wolności i demokracji, była tyrania i przymus. Nagle dorośli przestali się posługiwać ezopowym językiem i odkodowali tajny szyfr, którym się przy niej posługiwali. Pojawiły się nowe słowa - liberalizacja, prywatyzacja, transparentność, walka z korupcją. W centrum stanęła wolność jednostki. Kolektywizm, wspólnota przestały się liczyć. Dorośli przyjęli te zmiany z radością, bo oni znali prawdę i nie wierzyli w komunizm, młode pokolenie było przez szkołę zupełnie zindoktrynowane.

Była jednak pewna różnica. Ja wierzyłam. Nie znałam niczego innego. I teraz nie zostało mi nic, z wyjątkiem tych wszystkich maleńkich, tajemniczych okruchów przeszłości ... (...) Nie dowiem się też, kim bym była, gdybym zadawała inne pytania albo gdyby odpowiadano na nie inaczej bądź wcale. Świat wyglądał najpierw tak, a potem inaczej. Byłam kimś, a potem stałam się kimś innym.

Czytając pierwszą część wspomnień Lei Ypi, tę do czasów upadku reżimu, zadawałam sobie pytanie, jak czuli się jej rodzice i babcia, którzy widzieli, jak bardzo ich córce i wnuczce szkoła namieszała w głowie. Czy gdyby nie nadeszła zmiana, powiedzieliby jej kiedyś to wszystko, co przed nią ukrywali? Czy przyjęłaby tę wiedzę? Czy by zrozumiała? 

W czasie lektury trudno nie oprzeć się gorzkiej refleksji, jak historia się powtarza. Czasy transformacji przyniosły masowe ucieczki - Albańczycy szturmowali statki, które płynęły do Włoch. Tylko początkowo przyjmowano ich chętnie, potem przeżywali gehennę, stali się zwykłymi imigrantami zarobkowymi, już nie byli polityczni, nie obchodzili Europy, wielu zginęło.

W marcu mówili, że wszyscy jesteśmy ofiarami. Przyjmowali nas. W sierpniu patrzyli na nas tak, jakbyśmy im zagrażali. Jakbyśmy zamierzali zjadać ich dzieci. 

Zachód przez dziesiątki lat krytykował wschód za zamykanie granic (...), wyrażał moralne oburzenie wobec nakazów, które ją [swobodę podróżowania] ograniczały. Naszych uchodźców witano jak bohaterów. Teraz traktowano ich jak przestępców. (...) Czy granice i mury były złe tylko wtedy, gdy miały nie wypuszczać ludzi, a teraz, gdy mają ich nie wpuszczać, są w porządku?

Zachód zaczął odpychać imigrantów, aby bronić  naszego stylu życia.

A przecież ci, którzy próbowali emigrować, robili to, ponieważ tego właśnie stylu życia pragnęli. 

Minęło tyle lat, a Europa coraz bardziej się broni. 

Drugą ważną cezurą w życiu Lei Ypi była wojna domowa w roku 1997. O ile rok 1990 przyniósł nadzieję, o tyle wtedy ta nadzieja zgasła, a przyszłość wydawała się niepewna. Dotarło do niej, jak ulotne jest życie i że w świecie nie ma żadnej pewności. Historia się powtórzyła - znowu zapanował chaos, niepewność i kryzys. 

Bardzo ciekawa książka. Znajdziemy w niej sporo podobieństw do naszej sytuacji, ale jeszcze więcej różnic.  

Mikołaj Grynberg "Jezus umarł w Polsce"

Książka Mikołaja Grynberga "Jezus umarł w Polsce" (Agora 2023)

to lektura obowiązkowa. Autor wrócił tu do formy wywiadu, do której przyzwyczaił czytelniczki i czytelników w swoich poprzednich książkach - "Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne" i "Księga wyjścia". Ta pierwsza to rozmowy z przedstawicielkami i przedstawicielami drugiego pokolenia Holokaustu, druga z Polkami i Polakami o żydowskich korzeniach, którzy w wyniku  marcowej nagonki 68 roku musieli opuścić Polskę. Obie bardzo polecam. 

W swojej najnowszej książce Mikołaj Grynberg rozmawia przede wszystkim z ludźmi, którzy niosą pomoc migrantom przedostającym się do Polski przez białoruską granicę. Napisałam przede wszystkim, bo udało mu się namówić na wywiad dwóch strażników granicznych. Jeden wydaje się nie mieć żadnej refleksji dotyczącej tego, co robi, drugi liczy już tylko czas do momentu, kiedy będzie mógł przejść na emeryturę. Ale z rozmów z tymi, którzy pomagają, wyłania się różnorodny obraz strażników. Oczywiście najwięcej jest opowieści o ich bezwzględności wobec migrantów i pomagających, ale są też i inne historie - zdarza się, że udają, iż nie widzą ludzi chowających się przed nimi. Rozmówcy Mikołaja Grynberga zwracają uwagę na to, że dziś wielu z nich to ludzie złamani psychicznie, potrzebujący pomocy psychologicznej, wielu uciekło na zwolnienia lekarskie, szczególnie ci, którym do emerytury zostało niewiele, i kobiety, bo im trudniej zmierzyć się z bezwzględnym traktowaniem dzieci, starców czy innych kobiet. Dlatego wśród strażników jest dziś najwięcej młodych. Niektórzy z nich uwierzyli w rządową propagandę. 

... to nie są dzieci, ale pociski, którymi nasz kraj zostanie roztrzaskany. Z psychologicznego punktu widzenia idealna narracja dla młodych funkcjonariuszy. (...) Można szybko awansować dzięki bezkompromisowym działaniom.

Ten drugi strażnik, z którym rozmawia autor, zwraca uwagę, że w pewnym momencie na każdego przychodzi znieczulica. Na początku są emocje, nawet żal, ale żeby móc wykonywać tę pracę, trzeba wyprzeć je z głowy, zracjonalizować to, co się robi. Ale koszty psychiczne poniosą na pewno. 

Oczywiście najwięcej miejsca Mikołaj Grynberg poświęca w swojej książce tym, którzy pomagają. A oni opowiadają o tym, jak to się stało, że zaczęli się angażować, o kosztach psychicznych i fizycznych, jakie ponoszą oni i ich rodziny, o trudach życia na pograniczu, gdzie panuje kompletne bezprawie, gdzie strażnicy i inne służby, często nieumundurowane, nagminnie łamią przepisy, przekraczają uprawnienia, zastraszają pomagających. Trzeba dobrze znać przepisy, aby się nie dać. Każdy pomagający z czasem nabywa takiej wiedzy. Mówią też o trudnych decyzjach, które muszą podejmować bardzo szybko. W skrajnych przypadkach, kiedy nie wystarczy doraźna pomoc, trzeba rozstrzygnąć, czy dzwonić po pogotowie, czy jednak nie, bo to najczęściej skończy się pushbackiem. Wielu z nich sprowadziło się na Podlasie dla sielskiego życia. Ale to sielskie życie już się skończyło i prawdopodobnie nigdy nie wróci. Mikołaj Grynberg często zadaje swoim rozmówcom pytanie o to, kiedy ta sytuacja się skończy. I zawsze słyszy jedną odpowiedź - nigdy. Bo raz otwarty szlak, który w dodatku nadal jest najbezpieczniejszy, nie zniknie, a migrantów będzie tylko przybywać i żaden mur im w tym nie przeszkodzi. Więc patrzenie na ludzkie tragedie, nieszczęścia będzie ich codziennością. Oczywiście może kiedyś stanie się to łatwiejsze, jeśli migranci będą traktowani przez władzę jak ludzie, zgodnie z obowiązującymi przepisami, jeśli czekając na decyzję, będą trafiać do obozów otwartych, a nie tych zamkniętych, które są jak więzienia. Co jakoś aktywistów trzyma, daje nadzieję? Wiadomość od tych, którym pomogli, a którzy w końcu dotarli tam, gdzie chcieli.  

Oczywiście rozmówcy Mikołaja Grynberga opowiadają też o tych, którym pomagają. O tym, kim są, o ich gehennie, wielokrotnym pushbackowaniu, o tym, jak się zachowują, kiedy goszczą ich w swoich domach - jak się zmieniają, kiedy się umyją, dostaną czyste ubranie. Nie tylko o wygląd chodzi, ale o przywrócone poczucie godności. Maria Przyszychowska i Kamil Syller zwracają uwagę, jak trudne jest goszczenie tych ludzi w domach. Szczególnie początek, kiedy są brudni, śmierdzący, odczłowieczeni. Oni się wstydzą, pomagający się brzydzą, a obie strony udają, że wszystko jest w najlepszym porządku. Dopiero potem przychodzi ulga. Wielu rozmówców zauważa, że nie jest ich rolą oceniać, czy migranci mówią prawdę, czy te kobiety i dzieci idą z własnej woli, czy może są ofiarami handlu ludźmi. Dostrzegają, że niektóre opowieści się powtarzają, jakby wyuczyli się, co powinni mówić. Ale to zadaniem państwa jest je weryfikować. Wiadomo, że nie wszyscy uciekają przed wojną, wielu, aby poprawić swój byt ekonomiczny. Dlaczego nie dziwi nas, kiedy nasi krewni czy znajomi z tego powodu wyjechali z Polski? Odmawiamy tego prawa ludziom globalnego południa. Wiadomo - nie damy rady przyjąć wszystkich chętnych, rzecz w tym, że nasze władze nie mają żadnej polityki migracyjnej, a i Europa niewiele jest lepsza.

Chciałabym zwrócić uwagę na dwie rozmowy. Pierwsza bardzo ciekawa z byłym wojewodą białostockim, Maciejem Żywno, który pomaga migrantom. Jego opowieść jest zniuansowana, nie obarcza winą tylko strażników, bo przecież te wszystkie rozkazy i atmosfera idą z góry, od władz. Ale pokazuje też łamanie procedur i rasizm. 

To chyba trzeba nazywać po imieniu. Z jednej strony jest lęk przed obcym, ale faktycznie wychodzi rasistowskie podejście. Ale ze strony rządowej.

Ale przede wszystkim może zaskoczyło mnie to, że były urzędnik państwowy okazał się mądrym, ciepłym, wrażliwym człowiekiem, który nie pozostaje obojętny na to, co się dzieje.

Drugi wywiad, który szczególnie mnie zainteresował, to rozmowa z Joanną Pawluśkiewicz, scenarzystką, dokumentalistką, aktywistką Obozu dla Puszczy. Jako jedyna zwraca uwagę na cenę, jaką za tę sytuację płaci Puszcza Białowieska. Jak jest niszczona, rozjeżdżana, zaśmiecana. Przez wszystkie strony. Jej postawa nie znajduje zrozumienia wśród aktywistów, którzy uważają, że najważniejsze jest pomaganie, a ona nie potrafi pogodzić się ze szkodami, jakie ono niesie. Warto dodać, że sama też niesie pomoc. Jak mówi, Puszcza Białowieska w tej chwili jest soczewką wszystkich problemów na świecie. Ekologia i kryzys uchodźczy - wszystko mam na miejscu. Również to, że pomagając, niszczymy. Joanna Pawluśkiewicz mówi też o pułapkach pomagania, w które mogą wpaść szczególnie miejscowi, którzy zaangażowani są cały czas, bez możliwości ucieczki do domu w Warszawie. Łatwo zachłysnąć się wdzięcznością tych, którym się pomaga, uwierzyć, że wiesz lepiej, jak to robić, uwierzyć, że jest się bogiem, poczuć się lepszym od innych. Jak mówi, to uzależnia, daje poczucie sensu i sprawczości. W przyszłości konsekwencją takiej postawy może być kombatanctwo. A przecież prawdą jest, że aktywiści robią coś wielkiego. Mimo trudów, ponoszonych kosztów pomagają. Nie jest to łatwe.

Jeśli ktoś na bieżąco śledzi to, co dzieje się na granicy, zwróci uwagę na takie niuanse jak ja. Ale jeśli ktoś niewiele wie na ten temat, musi się liczyć z trudnym, szokującym doświadczeniem. Jak napisałam we wstępie - lektura obowiązkowa. Nie można zamykać oczu i udawać, że nic się nie dzieje. No i warto wspomagać organizacje pracujące na granicy, wpłacając pieniądze, które przecież są im bardzo potrzebne. Na przykład Fundację Ocalenie.

PS. No i koniecznie trzeba zobaczyć "Zieloną granicę" Agnieszki Holland, która ma jeszcze większą siłę rażenia. 

Pedro Lemebel "Drżę o ciebie matadorze"

O powieści nieżyjącego już chilijskiego pisarza, artysty, dziennikarza

i aktywisty "Drżę o ciebie matadorze" (Clarooscuro 2020; przełożył Tomasz Pindel) dużo się mówiło, kiedy wyszła. (Uwaga! Konieczne wyjaśnienie - brak przecinka w tytule to celowy zabieg!) Miałam nawet ochotę ją przeczytać, ale wydawnictwo z niewiadomych dla mnie przyczyn nie wydaje ebooków. No ale teraz postanowiłam jednak wypożyczyć ją z biblioteki, bo fascynuje mnie proza latynoamerykańska, a chilijska ostatnio szczególnie. Niedawno wieszałam tu psy na wydanej rok temu powieści "Chilijski poeta" Alejandro Zambry, tym razem jednak zwycięstwo, kciuk w górę. Powieść, która łączy w sobie to, co uwielbiam - niezwykłą kunsztowność języka (Brawa dla tłumacza!), wagę poruszanych problemów, wzruszenia losami bohaterów i jakby tego wszystkiego było jeszcze mało - subtelność. Nic tu nie jest łopatologiczne.

Pisząc o "Chilijskim poecie", zżymałam się, bo miałam nadzieję na szersze tło społeczne i polityczne, tymczasem tyle tam tego było, co na lekarstwo. Zupełnie inaczej jest w powieści, o której piszę dzisiaj. Jej akcja toczy się w Santiago w roku 1986. Dyktatura Pinocheta trwa w najlepsze, ale opozycja i część Chilijczyków, którzy mają dość, burzą się. W centrum miasta co jakiś czas dochodzi do manifestacji. Matki, babcie, siostry znikniętych stoją pod katedrą, trzymając ich zdjęcia i domagając się informacji o tym, co się z nimi stało, czytaj, gdzie są ich ciała, bo, że się odnajdą, raczej żadna z nich już nie wierzy. 

Kiedy znalazła się przy katedrze, ujrzała grupę kobiet, które gromadziły się przed schodami z fotografiami swoich zaginionych bliskich. SPRAWIEDLIWOŚCI-ŻĄDAMY SPRAWIEDLIWOŚCI. ZABRALI-ICH-I-NIGDY-WIĘCEJ-ICH-NIE-ZOBACZYLIŚMY. NIECH-NAM-TERAZ-POWIEDZĄ-GDZIE-ONI-SĄ. Takie hasła wykrzykiwały te panie, matki, babcie, siostry tych wszystkich ludzi, których twarze spoglądały z wyblakłych portretów przypiętych do piersi protestujących.

Rozrzucane są ulotki, także o treści kpiącej z dyktatora. Policja rozgania manifestantów, pałuje, rozpyla gaz łzawiący, aresztuje. W takich niespokojnych dniach busy, wożące mieszkańców stolicy z centrum do odległych dzielnic, bywają zatrzymywane, a ich pasażerowie sprawdzani. Jest wrzesień, zbliża się rocznica obalenia Allende i dojścia do władzy junty. Pinochet i generałowie szykują się do uroczystych obchodów, a opozycjoniści z Patriotycznego Frontu Manuela Rodrigueza jak co roku chcą je zakłócić.

Ale "Drżę o ciebie matadorze" to powieść nie tylko polityczna. To przede wszystkim fantastyczny portret podstarzałego geja i jego relacji z młodym studentem, który zamieszkał w wynajmowanym przez niego domu. I tu koniecznie muszę coś wyjaśnić - otóż słowo gej jest tu nie na miejscu. Bo Ciotuchna z Naprzeciwka, jak jest nazywany/nazywana, to gej przegięty. Lubi ubierać się w damskie ciuchy, używa żeńskich końcówek i zaimków, jest nadekspresyjny, delikatny, uczuciowy, uwielbia miłosne ballady i tanga, ich teksty zna na pamięć, utrzymuje się z haftowania obrusów dla bogatych kobiet, często żon generałów z junty Pinocheta. A tego fachu nauczyła go kiedyś Żaba, również przegięty gej. Ale otoczenie widzi w nim mężczyznę, dziwaka, a ten kto rozpozna jego prawdziwą naturę, obrzuci niewybrednym epitetem. Jak wobec tego go nazywać? Tak jak on/ona sama. Zacytuję fragment z dołączonej do powieści noty konsultanta języka środowiskowego dla polskiego wydania, Michała Mędrzaka. 

Tłumaczenie języka "kobiecych" gejów, mówiących o sobie, zdawałoby się brutalnie, "cioty, ciotencje, cioturzyce, pedały, pedalice, pedryle" (...), stanowi spore wyzwanie. Trudno rozeznać się w gąszczu obelg, by nie przeoczyć języka, z pomocą którego podstarzała ciota buduje swój osobisty system immunologiczny. Obelga wcześniej wymierzona samej sobie w twarz nie boli tak bardzo, gdy później wycedzi ją z nienawiścią ktoś obcy. Pozwoli znieść podwójne odrzucenie: alienację z otaczającego świata heteronormatywnego, pomnożoną przez wyobcowanie ze świata homoseksualnego (...)

I taka właśnie jest Ciotuchna z Naprzeciwka. Ma za sobą ciężkie życie, pochodzi z nizin społecznych, z prowincji, w Santiago długo utrzymywała się, sprzedając swoje ciało na ulicy. Dopiero przygarnięta przez starszą od siebie Żabę, którą traktuje jak przyjaciółkę i matkę, stanęła na nogi. Kiedy czytałam powieść Pedro Lemebela, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że sposobem mówienia i trochę życia, ale także twardością, odpornością na ciosy losu przypomina mi Werę, bohaterkę książki Zyty Rudzkiej "Ten się śmieje, kto ma zęby"

W takiej minikiecce obcisłej i z tymi balonami cyców, co jej prawie wypadały górą, i jeszcze te długie jedwabiste włosy, które ciągle gładziła, drwiąc z tych jej trzech kłaków na krzyż na starej łysiejącej głowie. Jasne, koleżanka z uczelni, studentki wcale nie wyglądają tak... tak... prowokująco... tak... ładnie... Mamrotała półgłosem, przeglądając się w łazienkowym lustrze, odbijającym smutną maskę przebrzmiałego księżyca.

Poznanie Carlosa zmieni jej życie. Bo Ciotuchna z Naprzeciwka zakocha się w nim. Nie, nie spojleruję - taka informacja zamieszczona jest w opisie książki. Bo nie fakty są tu najważniejsze, ale to, w jak wspaniały, subtelny sposób została przedstawiona ich relacja. Carlos nie jest gejem, ale po pewnym czasie zdaje sobie sprawę z uczuć Ciotuchny z Naprzeciwka. Odtąd toczy się między nimi subtelna gra i zabawa.

Niech pani skosztuje, księżniczko, mówił Carlos, odkorkowując butelkę, przekona się pani, że ów rewolucyjny napitek niweluje klasy społeczne. Chce mnie pan upić, woźnico, i potem czynić ze mną, co się panu zachce?, wykrzyknęła, wychylając kieliszek. Sama pani widzi, teraz jesteśmy sobie równi, droga księżniczko.

Niestety dla niej ta subtelna zabawa jest podszyta cierpieniem. Bo doskonale zdaje sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, że Carlos nie dla niej. Cierpi, ale większym nieszczęściem byłoby go nie widzieć. chociaż wie, że rozstanie jest nieuchronne. 

Za każdym razem, kiedy Carlos gdzieś przepadał, niezmierzona otchłań wchłaniała ów pejzaż, i znów myślała, że on taki młody, a ona taka stara, on taki śliczny, a ona powycierana przez lata. Tam młody mężczyzna tak subtelnie męski, a tu ona taka gejspaczona, przeciotowana aż do szpiku kości, że nawet powietrze wokół niej rzedło zniewieściale. I cóż na to poradzić, skoro konała dla niego jak jedwabny arkusik zawilgocony jego tchnieniem. I cóż poradzić, skoro jej życie zawsze rozświetlane było przez to, co zakazane, przez roztańczony tangiem knebel niemożliwości.

Naprawdę wzruszająca jest ta historia, być może, ostatniej miłości podstarzałej Ciotuchny z Naprzeciwka. Co by wybrała, gdyby za pomocą czarodziejskiej różdżki mogła wcześniej mieć wgląd w swój los - poznanie Carlosa i nieszczęśliwą miłość do niego albo nie spotkanie go nigdy i ustabilizowane życie bez tego, być może ostatniego, wielkiego porywu serca? 

Ale Carlos nie tylko budzi ją z letargu uczuciowego niczym książę księżniczkę. Dzięki niemu Ciotuchna z Naprzeciwka nagle zaczyna dostrzegać, co dzieje się wokół niej. To przecież nie jest tak, żeby nie zdawała sobie wcześniej sprawy, kto rządzi i jak te rządy wyglądają. Ale jak większość pozostawała bierna - wolała nie widzieć, broń boże nie znaleźć się na ulicy w czasie manifestacji, nie miała problemu ze zleceniami od żon generałów, pokornie godziła się, że traktowały ją z góry, kazały czekać w kuchni w towarzystwie służącej, dopóki nie skończą pogaduszek z przyjaciółkami. Teraz przestaje się bać, zaczyna się buntować, potrafi głośno powiedzieć, co myśli. 

Warto jeszcze dodać, że powieść prowadzona jest dwutorowo - zasadniczy wątek to historia Ciotuchny z Naprzeciwka przeplatana fragmentami, w których śledzimy scenki z życia Pinocheta i jego żony. Im bliżej końca, tym te zmiany perspektywy są częstsze, co dodatkowo buduje napięcie. Dlaczego? Tego zdradzić nie mogę. Żona generała przedstawiona jest groteskowo, bez przerwy gada, poucza, krytykuje, utyskuje, mąż ma tej paplaniny serdecznie dość. On pokazany jest groteskowo-strasznie jako bezwzględny okrutnik, sadysta, który odważny jest tylko dlatego, że odgradza go od świata tłum ochroniarzy i generałów. Nie wiem, na ile ich portrety to kreacja Pedro Lemebela, a na ile oparte są na dokumentach czy relacjach tych, którzy ich znali. Aha, żeby nie było wątpliwości, jakie mam zdanie o Pinochecie, który z niewiadomych dla mnie powodów w naszym kraju ma też zwolenników - nie mam wątpliwości, że to czarny bohater na kartach historii, który wyjątkowo brutalnie, bezwzględnie i okrutnie rozprawiał się ze zwolennikami Salvadora Allende i opozycjonistami.

Znakomita powieść, a czytanie jej to językowa rozkosz. 

Popularne posty