Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura non fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura non fiction. Pokaż wszystkie posty

Kasper Bajon "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle"

Kto czytał powieści Abdulrazaka Gurnaha, a szczególnie

"Powróconych", koniecznie powinien sięgnąć po książkę Kaspra Bajona "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle" (Czarne 2025). Nie ukrywam, że był to najważniejszy powód, dla którego postanowiłam to zrobić. Oczywiście swoją wagę miało też to, że książka znalazła się w finale Nagrody Kapuścińskiego, no ale nie oszukujmy się, nie jestem w stanie czytać wszystkiego, co jest nominowane do rozmaitych nagród, nawet tych najważniejszych.

Kasper Bajon jest cenionym i odnoszącym sukcesy scenarzystą filmowym oraz autorem kilku książek. Żadnej z wcześniejszych nie czytałam, kiedyś miałam ochotę na "Fuerte", rzecz o Fuerteventurze, jednej z Wysp Kanaryjskich, no ale widocznie nie tak ogromną, aby jednak po nią sięgnąć. Jak już wspomniałam, zupełnie inaczej było z "Poznaniem kolonialnym". Po lekturze "Powróconych" ta książka spadła mi jak z nieba. A poza tym tematyka kolonialna i postkolonialna żywo mnie interesuje.

Autor wyrusza do Tanzanii w poszukiwaniu śladów swoich poznańskich przodków - stryjecznego pradziadka Stanisława Bajona, budowniczego kilku kamienic i kościoła na poznańskich Jeżycach, oraz jego szwagra Paula Fenstera, lekarza. Wpadł na ich trop, wertując rodzinne albumy i kolekcję znaczków, wśród których znalazło się kilka z Tanzanii. Niewiele o nich wie, szczególnie o ich losach afrykańskich. Dręczy go też zagadka śmierci Stanisława, który podobno popełnił samobójstwo, bo nie wiodło mu się w interesach. Niektórzy jednak poddają ten fakt w wątpliwość. Jak mogło być naprawdę, odkrywa, a przynajmniej tak mu się wydaje, bo to nadal tylko poszlaki, po powrocie, co ma związek z jego doświadczeniami.

Pochylenie się nad losami tych dwóch przodków uświadomiło Kasprowi Bajonowi, że i my, Polacy, mieliśmy swój udział w kolonizacji Afryki, a więc nie byliśmy tacy niewinni, jak nam się czasem wydaje. I nie chodzi tu tylko o Ligę Morską i Kolonialną, założoną po odzyskaniu niepodległości, i snute wtedy marzenia o zamorskich koloniach, ale o czasy znacznie wcześniejsze. Autor przypatruje się temu na przykładzie zaboru pruskiego, a szczególnie Poznania. Takich ludzi jak Paul Fenster i Stanisław Bajon było znacznie więcej. Lekarzy, inżynierów, wojskowych i przedsiębiorców. 

Polacy w służbie lub na usługach obcych mocarstw kolonizowali zamorskie tereny ochoczo i skutecznie. Byli lekarzami, żołnierzami, kupcami, budowniczymi, farmerami, urzędnikami. Wspierali opresyjny system i czerpali z niego korzyści. Udzielali się na Pacyfiku, w Namibii, Togo, Kongo, krajach Ameryki Południowej i w dzisiejszej Tanzanii. Że byli stronnikami "murzyńskiego wyzwolenia", nie ma z prawdą nic wspólnego; a tak chętnie przywoływany wszem wobec wątek haitański, który ma rzekomo wskazywać na wrodzoną miłość Polaków do wolności i samostanowienia, jest tendencyjny i nieprawdziwy.

Kiedy pod koniec XIX wieku spóźnionemu w kolonialnym wyścigu Cesarstwu Niemieckiemu coś jednak skapnęło i z obszarów dzisiejszej Tanzanii, Rwandy i Burundi powstała Niemiecka Afryka Wschodnia, wielu Poznaniaków i Wielkopolan tam właśnie wyjechało do pracy. Autor wydobywa z niepamięci niektórych z nich. Ślady ich pobytu w niemieckich koloniach można odnaleźć na przykład w poznańskich domach w postaci jakichś afrykańskich pamiątek, zdjęć w rodzinnych albumach czy znaczków w klaserach.

Ich [Poznaniaków] stosunek do kolonializmu zawsze był niejednoznaczny. Trochę obrzydzenia, trochę fascynacji. Trochę strachu, trochę zaintrygowania. Na pewno dużo fantazji.

Ale niewinność tracili też właściciele sklepów kolonialnych sprowadzający swoje towary zza morza, nie bacząc na warunki, w jakich pracowali rdzenni mieszkańcy, dzięki którym te towary mogły do Europy trafić. I oczywiście ci, którzy tam kupowali. 

Wiadomo, sklepy kolonialne - szczególnie te z ulicy Krokodyli - pachniały nam cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Czytaj: dalekimi romantycznymi podróżami i - co tu się rozwodzić - pionierstwem. Mało kto dostrzegał w nich przyczółki globalnego terroru, miejsca, w których cierpienie ludzi z południowej części świata sprzedawano w gustownych opakowaniach pod postacią herbaty czy mydła.

Podobnie i my dzisiaj nie jesteśmy niewinni, nie zastanawiając się nad tym, w jakich warunkach pracują ludzie na plantacjach cytrusów, kawy czy herbaty, w kopalniach, wydobywając niezbędne nam surowce. Ile za swoją pracę dostają pieniędzy, ile zostaje na miejscu, a ile trafia do międzynarodowych firm. No i jaki jest koszt dla środowiska. Niewygodne pytania. Kwadratura koła.

Książka Kaspra Bajona przypomina mi pisanie francuskiego pisarza i podróżnika Patricka Deville'a. Jak dotąd czytałam dwie jego pozycje, "Vivę" i "Kampuczę", a kilka innych mam w domu. Dla obu podróż jest jednocześnie celem i pretekstem do rozmaitych rozważań mnożących się w sposób dygresyjny, a więc niekoniecznie uporządkowany. Jedni polubią taki sposób pisania, innych może to odstręczać. Ja Patricka Deville'a polubiłam i na pewno wrócę do jego książek, podobnie ma się rzecz z "Poznaniem kolonialnym".

Bo autor nie tylko stara się odnaleźć ślady swoich przodków, ale także pisze o innych Poznaniakach, którzy wyjechali do niemieckiej kolonii, kreśli historię niemieckiej kolonizacji, opowiada, jaką rolę odegrały w niej badania bakteriologiczne, a szczególnie praca Roberta Kocha, przypomina afrykańską podróż Henryka Sienkiewicza, cytując jego "Listy z Afryki", powołuje się na "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha, zastanawia się nad tym, jak niemiecki kolonializm odcisnął się na mentalności mieszkańców dzisiejszej Tanzanii, jak wielu wyprał mózgi. Używa terminu kolonizacja umysłu. To przykład askarysów, czyli miejscowych, którzy służyli w pruskim kolonialnym wojsku, schutztruppe. Takiego właśnie bohatera znajdziemy w przywoływanych tu już "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha. Pisze też o współczesnych problemach - kolonializmie ekonomicznym, o którym już wspominałam, w tym wypadku polegającym na wypieraniu Masajów z ich rdzennych ziem, aby tworzyć parki narodowe, rezerwaty czy tereny do polowań dla bogatych białych. A wszystko to ponad ich głowami. Ochrona przyrody nie była problemem, kiedy Tanzanię zamieszkiwało trzydzieści milionów, ale kiedy liczba mieszkańców wzrosła do siedemdziesięciu, a do tego dochodzą migranci z sąsiednich krajów, kurczące się obszary, na których mogą normalnie żyć, stają się zarzewiem konfliktu. Z drugiej strony turystyka to poważna gałąź gospodarki. Z trzeciej do miejscowych i tak trafiają ochłapy, większość zgarniają zagraniczne firmy i tanzańska elita.

Ale oprócz tego Kasper Bajon opowiada o swojej podróży, szczególnie w drugiej części książki, gdzie temat kolonializmu trochę schodzi na bok. Opowiada niezwykle interesująco, znowu meandrując i uciekając w dygresje. Gdzieś się zaduma, gdzieś opisuje kolonialną, pruską architekturę, innym razem wizyta na cmentarzu skłania go do poszukiwania informacji o pochowanych tam ludziach.

Te dwa groby, zagubione tutaj pośród gęstej zieleni, w zapachu bugenwilli i waleriany, opodal drogi, którą do szkoły chodziły nastoletnie muzułmanki w chustach na głowie i błękitnych sukniach, opowiadały historię matki, której synek zmarł najpewniej na jedną z tropikalnych chorób. Tego wczesnego przedpołudnia, na płaskowyżu, tuż nad brzegami kapryśnej sandy river, jakoś głęboko poruszyła mnie ta na pozór nic nieznacząca, a jednak kosmicznie wielka tragedia, która wydarzyła się tutaj blisko sto lat wcześniej i jak miliardy innych tego typu małych apokalips rozpłynęła się w ludzkiej niepamięci, tak że w zasadzie nie sposób było ją teraz zrekonstruować. Tylko ból, który uszedł w kosmos, jeszcze o niej zaświadcza gdzieś na rubieżach naszej galaktyki.

Opowiada o swoich przeżyciach związanych z noclegiem w buszu, o uciążliwej jeździe samochodem, o parze, Finie i Masajce, z którymi część tej podróży odbywał, zachwyca się krajobrazami, odnotowuje posiadówki w miejscowych knajpach i tak dalej, i tak dalej. Wszystko może stać się pretekstem do snucia opowieści, refleksji, zadumy. Przytacza też fragmenty dziennika, który prowadził.

Ja bardzo lubię tego typu pisanie, dlatego książkę Kaspra Bajona przeczytałam z dużą przyjemnością. A i powodów do zadumy jest sporo. No i "Poznań kolonialny" stanowi wspaniałe uzupełnienie prozy Abdulrazaka Gurnaha.

Lea Ypi "Wolna. Dzieciństwo i koniec świata w Albanii"

Po książkę Lei Ypi "Wolna. Dzieciństwo i koniec świata w Albanii"

(Czarne 2022; przełożył Krzysztof Środa) sięgnęłam, bo mi ją polecono. Mimo że ukazała się w cenionej serii Sulina, łatwo ją przeoczyć w powodzi innych. Autorka urodzona w roku 1979 w Albanii od czasu studiów mieszka za granicą. Jest badaczką i wykładowczynią na London School of Economics. Jak zwierza się w epilogu, książkę napisała dla matki, aby zrozumiała i mogła ją wytłumaczyć przed krewnymi, dlaczego wykłada i bada marksizm, co przez rodzinę zostało uznane za ekstrawagancję, żeby nie powiedzieć zdradę. Jedna z kuzynek stwierdziła, że dziadek nie po to spędził piętnaście lat w w więzieniu, żebym ja mogła wyjechać z Albanii i bronić socjalizmu. (...)Początkowo  miała to być filozoficzna rozprawa (...), kiedy zaczęłam ją pisać (...) idee wcieliły się w ludzi, ludzi, którzy uczynili mnie tym, kim jestem. I tak zamiast książki naukowej, której zasięg byłby niewielki, dostajemy wspomnienia o dorastaniu w komunistycznej Albanii, o przełomie, będącym dla autorki końcem świata, w który wierzyła, i o burzliwych latach transformacji, a to wszystko pogłębione o refleksje.

Dzieciństwo Lei Ypi przypadło na lata osiemdziesiąte, czas, kiedy w Polsce komunizm gnił i dogorywał. I chociaż tamte lata w naszym kraju, po karnawale Solidarności zakończonym wprowadzeniem stanu wojennego,  przez wielu uważane są za beznadziejne, to jednak nasze doświadczenie nijak się ma do tego, co przeżywali Albańczycy. Kiedy w roku 1990 także w Albanii runął stary system, jedenastoletniej Lei zawalił się świat. Tymczasem jej rodzice i babcia Nini (bardzo ciekawa osoba, o niesamowitej, tragicznej biografii, a mimo to zachowująca pogodę ducha) odetchnęli z ulgą, chociaż  w tamtym momencie pewnie inaczej wyobrażali sobie przyszłość. Wolność niosła z sobą chaos, trudności ze znalezieniem pracy, bezrobocie, masową ucieczkę za granicę, piramidy finansowe, przestępczość i wreszcie wojnę domową w roku 1997. Przyznam, że o albańskiej transformacji niewiele wiedziałam. Nawet jeśli coś kiedyś słyszałam, to wyparowało to z mojej pamięci.

Wrócę jednak do pytania, dlaczego Lei zawalił się świat? Dlaczego nie cieszyła się razem z dorosłymi odzyskaną, a może pozyskaną, wolnością? Bo ona dotąd też czuła się wolna. Wolność odczuwała, jako możliwość wyboru, którą drogą wracać ze szkoły. Wybór każdej z nich niósł za sobą kolejne możliwości, a ona mogła o nich zdecydować. Radość przynosiły jej zabawy z koleżankami, towarzyskie spotkania z sąsiadami, czas spędzany w przedszkolu, a potem w szkole. A jednak coś mąciło szczęście jej dzieciństwa. Czuła się inna, bo mówiła po francusku, do czasów szkoły nawet lepiej niż po albańsku. Nie rozumiała, dlaczego rodzice i babcia rozmawiali z nią w tym języku. Była też inaczej ubierana, a kiedy rozpoczęła naukę, dostała czerwony, skórzany tornister, a nie czarną czy brązową teczkę, jaką miały inne dzieci. To wszystko powodowało, że dla rówieśników  stała się odmieńcem, obiektem drwin. Powód do zmartwień stanowiło też nazwisko, które nosiła. Bo człowiek o takim samym nazwisku był w latach dwudziestych albańskim politykiem, a kiedy w czasie wojny kraj została zajęty przez Włochy, a król uciekł, wszedł do rządu. Przez komunistyczny reżim uważany był za zdrajcę i faszystę. I chociaż Lea była przekonana, że to przypadkowa zbieżność nazwisk, o czym zapewniała wszystkich, to i tak wisiało nad nią jego odium. Kolejnym zmartwieniem było to, że w rodzinie nie miała żadnych bohaterów, którymi mogłaby się pochwalić w szkole, kiedy na lekcjach robiły to inne dzieci. Zupełnie nie rozumiała też, dlaczego rodzice i babcia zbywali ją i nie mogła powiesić sobie na ścianie zdjęcia wujka Envera, który właśnie umarł. A przecież tak go kochała i tak po nim płakała. Ten wujek to oczywiście Enver Hoxha, albański dyktator. Nie rozumiała też, dlaczego dorośli wszystkie swoje niepowodzenia tłumaczą biografią. Jeszcze bardziej tajemnicze były rozmowy o tych, którzy ukończyli lub porzucili studia. Przysłuchiwała się im z ciekawością, zadawała pytania, ale dopiero po latach zrozumiała, że pytała w sposób niewłaściwy. Zamiast pytać, czym były te uniwersytety, pytała o to, gdzie się znajdowały. Prawdopodobnie jednak i tak nie otrzymałaby odpowiedzi, bo mogła sprowadzić na rodzinę niebezpieczeństwo.

I nagle w roku 1990 wszystko się zmieniło. Najbliżsi zaczęli opowiadać jej rodzinną historię, tę biografię, która tak ich obciążała, teraz już mogli swobodnie mówić, czym były te studia, a lud oświadczył, że zamiast wolności i demokracji, była tyrania i przymus. Nagle dorośli przestali się posługiwać ezopowym językiem i odkodowali tajny szyfr, którym się przy niej posługiwali. Pojawiły się nowe słowa - liberalizacja, prywatyzacja, transparentność, walka z korupcją. W centrum stanęła wolność jednostki. Kolektywizm, wspólnota przestały się liczyć. Dorośli przyjęli te zmiany z radością, bo oni znali prawdę i nie wierzyli w komunizm, młode pokolenie było przez szkołę zupełnie zindoktrynowane.

Była jednak pewna różnica. Ja wierzyłam. Nie znałam niczego innego. I teraz nie zostało mi nic, z wyjątkiem tych wszystkich maleńkich, tajemniczych okruchów przeszłości ... (...) Nie dowiem się też, kim bym była, gdybym zadawała inne pytania albo gdyby odpowiadano na nie inaczej bądź wcale. Świat wyglądał najpierw tak, a potem inaczej. Byłam kimś, a potem stałam się kimś innym.

Czytając pierwszą część wspomnień Lei Ypi, tę do czasów upadku reżimu, zadawałam sobie pytanie, jak czuli się jej rodzice i babcia, którzy widzieli, jak bardzo ich córce i wnuczce szkoła namieszała w głowie. Czy gdyby nie nadeszła zmiana, powiedzieliby jej kiedyś to wszystko, co przed nią ukrywali? Czy przyjęłaby tę wiedzę? Czy by zrozumiała? 

W czasie lektury trudno nie oprzeć się gorzkiej refleksji, jak historia się powtarza. Czasy transformacji przyniosły masowe ucieczki - Albańczycy szturmowali statki, które płynęły do Włoch. Tylko początkowo przyjmowano ich chętnie, potem przeżywali gehennę, stali się zwykłymi imigrantami zarobkowymi, już nie byli polityczni, nie obchodzili Europy, wielu zginęło.

W marcu mówili, że wszyscy jesteśmy ofiarami. Przyjmowali nas. W sierpniu patrzyli na nas tak, jakbyśmy im zagrażali. Jakbyśmy zamierzali zjadać ich dzieci. 

Zachód przez dziesiątki lat krytykował wschód za zamykanie granic (...), wyrażał moralne oburzenie wobec nakazów, które ją [swobodę podróżowania] ograniczały. Naszych uchodźców witano jak bohaterów. Teraz traktowano ich jak przestępców. (...) Czy granice i mury były złe tylko wtedy, gdy miały nie wypuszczać ludzi, a teraz, gdy mają ich nie wpuszczać, są w porządku?

Zachód zaczął odpychać imigrantów, aby bronić  naszego stylu życia.

A przecież ci, którzy próbowali emigrować, robili to, ponieważ tego właśnie stylu życia pragnęli. 

Minęło tyle lat, a Europa coraz bardziej się broni. 

Drugą ważną cezurą w życiu Lei Ypi była wojna domowa w roku 1997. O ile rok 1990 przyniósł nadzieję, o tyle wtedy ta nadzieja zgasła, a przyszłość wydawała się niepewna. Dotarło do niej, jak ulotne jest życie i że w świecie nie ma żadnej pewności. Historia się powtórzyła - znowu zapanował chaos, niepewność i kryzys. 

Bardzo ciekawa książka. Znajdziemy w niej sporo podobieństw do naszej sytuacji, ale jeszcze więcej różnic.  

Kubańskie lektury (III) - Krzysztof Jacek Hinz "Kuba. Syndrom wyspy"

"Kuba. Syndrom wyspy" Krzysztofa Jacka Hinza (Dowody na

Istnienie 2016, wydanie drugie 2021) to trzecia kubańska książka, po którą sięgnęłam. Tym razem nie jest to zbiór tekstów drukowanych wcześniej w prasie, jak to było w przypadku pozycji "Diabeł umiera w Hawanie" Macieja Stasińskiego. Autor swoją przygodę z tą karaibską wyspą zaczął w roku 1977, kiedy jako student iberystyki wyjechał na roczną wymianę do Hawany (Wtedy dla studentów tego kierunku chcących mieć kontakt z żywym językiem była to jedyna możliwość.), a kontynuował ją później jako korespondent PAP na początku lat dziewięćdziesiątych, a wreszcie sekretarz ambasady na przełomie wieków. Jednak już ten pierwszy kontakt sprawił, że pokochał wyspę i zawsze się nią interesował. Przez te lata poznał wielu Kubańczyków, także z opozycji, i to oni jeszcze bardziej związali go z tym miejscem. Między innymi z ich powodu powstała ta książka - aby dać świadectwo, aby zachować pamięć o nich. Jak pisze w ostatnim, krótkim, rozdziale, czuł, że jest im to winien.

Motywem przewodnim, który spaja w całość cztery części (okres studencki, praca korespondenta, ambasada, a wreszcie coś w rodzaju epilogu - Kuba widziana już z oddali), jest afera, jaką na zlecenie władz, a właściwie samego Fidela, bo na Kubie nic nie działo się bez jego udziału, rozpętały prasa, radio i telewizja wokół wystawy polskiego plakatu, którą zorganizowała nasza ambasada, a którą z racji swoich obowiązków zajmował się Krzysztof Jacek Hinz. I to on stał się obiektem ideologicznych ataków - oskarżono go o knowania z opozycją. Dziś oskarżycielskie, ociekające ideologicznym jadem teksty z kubańskiej prasy, które autor cytuje w swojej książce, nie tylko śmieszą, ale wydają się niepojęte, ale wtedy dla niego mogły oznaczać wydalenie z wyspy. Dlatego mile połechtanej próżności, bo kto by nie chciał stać się bohaterem mediów w tak szlachetnej sprawie, towarzyszył lęk. Nie chodziło tylko o to, że będzie musiał pożegnać się z miejscem, z którym tak bardzo się związał, ale o skomplikowane konsekwencje dyplomatyczne, o których tu pisać nie będę. To jednak nie pierwszy raz, kiedy groziło mu wydalenie z Kuby. Z podobnym zagrożeniem spotkał się już, kiedy pracował jako korespondent PAP. Praca na w tym kraju, czy to w roli dziennikarza, czy dyplomaty, to stąpanie po polu minowym, bo nie można wykonywać jej rzetelnie i uczciwie bez kontaktów z opozycjonistami. Ale ten medal ma też swoją drugą stronę. Spotkania z zagranicznym dziennikarzem czy dyplomatą były też niebezpieczne dla nich. Autor wiele razy musiał rozważać w swoim sumieniu, jak postępować, jak wyważyć te proporcje pomiędzy powinnością, uczciwością, a rozsądkiem.

Książkę, podobnie jak moją poprzednią kubańską lekturę, przenika jeszcze jedno - to wiara autora, która narodziła się w latach dziewięćdziesiątych po rozpadzie Związku Radzieckiego i przemianach w Europie Wschodniej, że i na Kubie, kiedy skończyła się kroplówka z ZSRR, komunizm upadnie. Marzył o tym, że może będzie pierwszym dziennikarzem, który nada depeszę takiej treści. To także dlatego tak bardzo bał się, że będzie musiał wyspę opuścić, a wtedy ominie go coś najważniejszego dla korespondenta - bycie świadkiem przełomowych wydarzeń. Dlatego kiedy w końcu z powodów finansowych PAP zlikwidował placówkę na Kubie, udało mu się przekonać szefów, aby przenieśli go do Meksyku, skąd szybko w razie czego można wrócić na wyspę. Jego nadzieje, podobnie jak nadzieje Macieja Stasińskiego, nie tylko nie ziściły się wtedy, ale niestety nie ziściły się do dziś. Dlatego wzruszył mnie przedostatni rozdział, w którym pisze o dalszych losach bliskich mu Kubańczyków, głównie opozycjonistów. Niektórzy umarli, ale inni  Żyją na wyspie i czekają na zmiany. Jak długo jeszcze? Czy kolejny krach gospodarczy, jaki ma teraz miejsce na Kubie, będzie tą iskrą, która roznieci zmiany?

A co poza tym znajdziemy w reportażu Krzysztofa Jacka Hinza? Trochę wszystkiego. Garść informacji historycznych o przyczynach wybuchu rewolucji i jej przebiegu. Autor pokazuje, jak Fidel Castro bardzo szybko odszedł od swoich ideałów i w imię utrzymania bezwzględnej władzy przechrzcił się na komunizm i zaczął eliminować najbliższych mu ludzi, z którymi dokonał przewrotu. Bo dziś Fidel Castro w powszechnym mniemaniu równa się komunista. Tymczasem zrobił rewolucję nie w imię komunizmu, ale aby odsunąć od władzy dyktatora Batistę i przywrócić demokratyczną konstytucję z roku 1940. Tego drugiego nigdy nie zrobił. Bardzo ciekawie pisze też autor, jak to się stało, że Kuba wpadła w objęcia Związku Radzieckiego, co spowodowało izolację wyspy, której konsekwencje ciągną się do dziś, a sam Fidel Castro stał się tak ważnym graczem w polityce międzynarodowej. Okazuje się, że nawet po jego zwycięstwie nie musiało tak być. Poza tym znajdziemy w książce opowieść o życiu codziennym na Kubie, o problemach, z jakimi mieszkańcy wyspy się zmagali, o absurdach i kreatywności towarzyszących brakowi wszystkiego, o stopniowo zachodzących przemianach. Jest też trochę historii osobistych, no są i opowieści o ludziach, którzy stali się autorowi bliscy. Przede wszystkim o tych z opozycji, ale także o tych zwyczajnych, których spotykał na swojej drodze. 

Nie da się przeczytać morza reportaży z rozmaitych rejonów świata, trzeba wybierać. Dlatego pytanie, kto powinien sięgnąć po tę książkę i po poprzednią, o której pisałam tydzień temu, jest zasadne. Każdy, kto interesuje się Kubą czy Ameryką Łacińską, i wszyscy ci, którzy na wyspie byli, są albo zamierzają na nią polecieć, a wcale nie ma ich tak mało, choćby dlatego, że Kuba bardzo szybko zaczęła przyjmować turytów po lockdownie. Bo jeśli spędza się czas tylko na plaży, w resorcie (brr, nie cierpię tego słowa), to można wrócić z Kuby, nie mając w ogóle pojęcia, jak wygląda tam życie i co się tam dzieje. Dlatego dla wszystkich turystów to lektura obowiązkowa.  

Kubańskie lektury (II) - Maciej Stasiński "Diabeł umiera w Hawanie"

Po przeczytaniu powieści Leonarda Padury "Człowiek, który kochał

psy" poszłam za ciosem i sięgnęłam po dwie książki reporterskie opowiadające o historii i współczesności Kuby. Ta współczesność nie jest niestety zupełnie aktualna, bo oba reportaże ukazały się kilka lat temu. A kiedy szukałam świeżych informacji, to wyskakiwały mi tylko sprzed roku, kiedy to na wyspie doszło do masowych demonstracji i aresztowań. Potem jednak w jednej z gazet odkryłam reportaż Artura Domosławskiego, który w lipcu odwiedził Kubę. Ale do rzeczy.

Dziś podzielę się refleksjami o książce Macieja Stasińskiego "Diabeł umiera w Hawanie" (Agora 2015). Autor jest dziennikarzem Gazety Wyborczej i teksty zamieszczone w wydanej przez Agorę pozycji były wcześniej drukowane właśnie tam. Pochodzą z lat 2000-2015. Ma to niestety swoje wady, bo wielokrotnie w różnych reportażach czy artykułach powtarzają się te same informacje. Można oczywiście spojrzeć na to z innej strony - dzięki temu czytelnik lepiej zapamięta. Mimo wszystko wolę jednak książki, które nie składają się z tekstów gazetowych, a przynajmniej nie tylko. To oczywiście nie dyskredytuje reportaży Macieja Stasińskiego. Można się z nich wiele o Kubie dowiedzieć.

Są tu odniesienia do historii, sporo informacji o Fidelu Castro, trochę tekstów o życiu codziennym, ale przede wszystkim znajdziemy w tej książce liczne portrety opozycjonistów. Zdarzają się też wywiady z nimi. Maciej Stasiński pisze i o tych najstarszych, którzy zaczynali swoją drogę, walcząc u boku Fidela Castro, aby szybko zorientować się, że nie o to chodziło i wypowiedzieć wodzowi swoje posłuszeństwo. To przypadek Hubera Matosa, który już w grudniu 1959 roku, a więc krótko po zwycięstwie rewolucji, został skazany na dwadzieścia lat więzienia. Kiedy wyszedł, kontynuował działalność na emigracji. Zmarł w roku 2014. Ale jest w tej książce obecne także nowe pokolenie opozycjonistów. Między innymi chyba najbardziej w Polsce znana Yoani Sanchez, której książka "Cuba libre. Notatki z Hawany" ukazała się przed ponad dziesięciu laty także u nas. Zupełnie odmienne możliwości działania dał młodym internet, chociaż dostęp do niego na Kubie nadal nie jest  prosty. Dziś wynika to z przyczyn ekonomicznych i technicznych, nie politycznych. I właśnie między innymi Yoani Sanchez swoją polityczną aktywność oparła na internecie - zaczęła uprawiać dziennikarstwo w sieci i prowadzić blog. Była pionierką, za nią poszli inni. 

Jednym z problemów kubańskiej opozycji, oprócz prześladowań, były trzy wielkie fale emigracji, bo za każdym razem następowało zerwanie ciągłości działania. Fidel Castro znalazł sprytny sposób, jak spuścić ciśnienie, kiedy niezadowolenie społeczne zaczynało przybierać niepokojące rozmiary. Wtedy na krótko, kilka, kilkanaście dni,  otwierał granice i pozwalał Kubańczykom na wyjazd z kraju. Stało się tak w roku 1964, 1980 i 1995. Te eksodusy zawsze odbywały się przez morze - ludzie budowali tratwy, z czego tylko mogli, i w ten sposób opuszczali wyspę. Taką scenę uwiecznił  Leonardo Padura w powieści, o której pisałam ostatnio. 

Swoją książkę zaczyna Maciej Stasiński od tekstów o Fidelu Castro. Obala przy okazji dwa mity, które się rozpowszechniły. Jeden, że rewolucja od początku była zrywem komunistycznym. Otóż to nieprawda. Po pierwsze Fidel Castro wykorzystał fakt, że przeciwko skorumpowanej i brutalnej dyktaturze Batisty walczyły różne ugrupowania. Po drugie on wcale nie był komunistą, obiecywał przywrócenie demokratycznej konstytucji obalonej przez dyktatora. Ideologia komunistyczna stała się dla Fidela Castro sposobem sprawowania autorytarnej władzy. Drugi mit, jaki obala autor, mówi, że przed rewolucją Kuba była całkowicie zależna od Stanów Zjednoczonych, a jej gospodarka w ruinie. To również nieprawda - zależność, która powstała, kiedy Stany pomogły Kubańczykom w wojnie o niepodległość z Hiszpanią, stopniowo się zmniejszała, następowała kubanizacja rozwijającej się gospodarki. W tamtym czasie Kuba była znacznie bogatsza od frankistowskiej Hiszpanii. To stamtąd ludzie emigrowali na wyspę, szukając możliwości pracy i lepszego życia. Do czego doprowadziły wodzowskie rządy Fidela Castro, wiadomo.

W książce, szczególnie w tekstach nowszych, bardzo mocno wybrzmiewa  wiara autora, że ostateczny upadek komunistycznej Kuby jest blisko, bo idea już dawno zbankrutowała, tylko najstarsi jeszcze w nią wierzą. Poza tym po upadku Hugo Chaveza, który sponsorował wyspę od czasu rozpadu ZSRR i bloku wschodniego, stopniowo następowały zmiany gospodarcze, zmieniał się też stosunek do USA. Sprzyjało temu odsuwanie się Fidela Castro od polityki (większość tekstów powstała, kiedy jeszcze żył). Maciej Stasiński nie widzi też możliwości, aby mógł się tu przyjąć wariant chiński. Wierzy, że uda się zmiany przeprowadzić pokojowo. Kiedy się to wszystko czyta, tym bardziej robi się przykro, bo minęło siedem lat, nie żyje Fidel Castro, nie rządzi już nawet jego brat Raul, a Kuba pogrąża się w kryzysie gospodarczym. Kto może, sprzedaje wszystko i decyduje się na wyjazd, co nie jest już dziś takie proste. To droga z Nikaragui (tylko do tego kraju Kubańczycy nie potrzebują wiz) przez Meksyk. A jak taka wędrówka wygląda, można przeczytać w znakomitej i smutnej książce Oscara Martineza "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą". Wszystko się kiedyś kończy, żadne imperium, żadna dyktatura nie trwa wiecznie. Pytanie tylko - kiedy?

Ludwika Włodek "Pra. Iwaszkiewiczowie. Opowieść o rodzinie"

"Pra. Iwaszkiewiczowie. Opowieść o rodzinie" (Marginesy 2021)

Ludwiki Włodek jest uzupełnionym o wstęp drugim wydaniem książki, która pod nieco innym tytułem ukazała się w roku 2013 w innym wydawnictwie. Wtedy, chociaż o niej słyszałam, nie kupiłam, tym razem zmieniłam zdanie. Stała się miłą odskocznią od trudniejszych i smętniejszych pozycji, jakie zazwyczaj czytam. 

Na wszelki wypadek zacznę od autorki, bo warto. Ludwika Włodek jest prawnuczką Jarosława Iwaszkiewicza. Jej ojciec, Maciej, był synem Marii, jednej z dwóch córek pisarza. Autorka miała cztery lata, kiedy najpierw zmarła jej prababcia Anna Iwaszkiewicz, przez bliskich nazywana Hanią, a cztery miesiące później pradziadek Jarosław. Wtedy zgodnie z wolą pisarza zapadła decyzja o przekształceniu Stawiska, domu Iwaszkiewiczów, w muzeum, co oznaczało, że rodzina musi się z nim rozstać. O tym, jak trudne to było, opowiada autorka w ostatnim rozdziale swojej książki. Wyjaśnia też, jaką dalekowzrocznością wykazał się jej pradziadek, upierając się przy tym. Jakie prawdopodobnie byłyby losy Stawiska, pokazuje przypadek Kossakówki, domu Kossaków, który jeszcze do niedawna pozostawał w rękach rodziny. Z braku pieniędzy popadł w ruinę, dopiero teraz jego przyszłość rysuje się w jaśniejszych barwach. Też powstanie tam muzeum. Ale chciałam jeszcze na chwilę wrócić do autorki. Otóż "Pra" nie jest jedyną książką w dorobku Ludwiki Włodek. Mało tego - trzy pozostałe to reportaże, które nie mają nic wspólnego z historią jej sławnej rodziny, a pozostają w mniejszym lub większym stopniu zgodne z jej zawodowymi zainteresowaniami. Wymienię te tytuły, bo po pierwsze warto je przeczytać, a po drugie chcę oddać sprawiedliwość autorce i pokazać, że ma swój dorobek, a sensu jej życia nie stanowi odcinanie kuponów od faktu, że jest prawnuczką sławnego pisarza. Te książki to: "Wystarczy przejść przez rzekę", reportaże z Azji Środkowej, z krajów dawnego ZSRR, "Cztery sztandary jeden adres" opowieść o powikłanej historii Spisza zainspirowana drewnianym domem w Rzepiskach, który kupiła młodsza córka Jarosława Iwaszkiewicza, Teresa, i "Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji". Tej ostatniej jeszcze nie czytałam, ale mam ją już od dawna w moim czytniku. Ludwikę Włodek można też usłyszeć w mediach, przynajmniej w radiu, którego słucham, jak komentuje problemy krajów Azji Środkowej, Afganistanu, czasem Francji. No a teraz pora, aby opowiedzieć o książce.

Zgodnie z tym, co zapowiada tytuł, nie jest to biografia pisarza. To opowieść o ogromnej rodzinie, a właściwie o dwóch, i o Stawisku, domu, w którym Iwaszkiewiczowie zamieszkali jakiś czas po ślubie i który zawsze gromadził licznych krewnych, a w czasie wojny był schronieniem dla wojennych rozbitków, także żydowskich. Napisałam, że to opowieść o dwóch rodzinach. Tą drugą są zamożni przemysłowcy Lilpopowie, bo Anna, żona Jarosława Iwaszkiewicza, była córką Stanisława Wilhelma Lilpopa założyciela miasta-ogrodu, Podkowy Leśnej. Stawisko to prezent dla córki i jej własność. Kto nie zna rodzinnych koneksji, może się zdziwić, że Lilpopowie krzywo patrzyli na związek Anny z ubogim pisarzem, którego rodzina po pierwszej wojnie musiała opuścić swoje majątki na Ukrainie, dodajmy - nie tak znów wielkie. Czas pokazał, jak bardzo się pomylili. To Jarosław musiał sprzątać po zarządcy ustanowionym po śmierci Stanisława Lilpopa i podźwignął Stawisko, a potem je utrzymywał dzięki dochodom ze swojej twórczości.

Ludwika Włodek opowiada o historii obu rodzin, o czasach wojennych, o swojej babci Marii i jej siostrze Teresie, osobny rozdział poświęca prababci Annie, jeszcze inny zwierzętom, które zawsze były bardzo ważne na Stawisku. Pisze też o innych krewnych, tych ze starszego pokolenia i kolejnych, młodszych. To nagromadzenie postaci sprawia, że czasem mieszają się imiona i nazwiska, nie zawsze da się zapamiętać, kto był kim, ale nie odbiera przyjemności czytania. Ta książka ma urok rodzinnych opowieści. Wiele tu anegdot, zabawnych historii, barwnych postaci. Jak pisze autorka - dzięki tym historiom, które poznała z opowieści babci Marii, jej siostry Teresy, ojca Maćka, ciotek, wujków, a nawet osób spoza rodziny, ale związanych ze Stawiskiem, w jej pamięci żyją ci wszyscy, których nie zdążyła poznać albo znała słabo, bo zmarli, kiedy była dzieckiem. Jestem przekonana, że wielu czytelników zna to z własnych domów. Ja w każdym razie tak.

Ale ta książka to nie tylko przyjemne wspomnienia i barwne anegdotki. I nie tylko dlatego, że, jak w każdej rodzinie, wiele było momentów dramatycznych i trudnych. Choćby losy starszego brata Jarosława Iwaszkiewicza, który razem z żoną i dziećmi pozostał na Ukrainie po rewolucji i do Polski wrócił znacznie później. Autorka pisze też szczerze o sprawach, które rodziny chętnie zamiatają pod dywan. O matce Anny, która porzuciła męża i dziecko dla innego mężczyzny. O babci Marii, która niewiele czasu poświęcała swoim dzieciom. Podrzucała je w różne miejsca niczym kukułcze jaja. O trudnych relacjach między członkami rodziny, wzajemnych żalach i pretensjach. O romansie Jarosława Iwaszkiewicza z PRL-owską władzą. I wielu innych sprawach. Obala też niektóre mity, czasem zabawne, czasem mniej. Na przykład ten o kuchni na Stawisku - jedzenie było tam najczęściej niesmaczne. Czy inny o zamożności rodziny - od wojny stale borykali się z problemami finansowymi. Utrzymanie takiego domu i tylu domowników to sprawa niełatwa.

Ludwika Włodek pisze też o tym, jak silny był związek jej pradziadków, co może trudno zrozumieć - przecież Anna wiedziała o homoseksualności swojego męża i jego kochankach. Mimo tego spędzili tyle lat ze sobą, a Jarosław mocno przeżył śmierć żony i umarł cztery miesiące po niej, bo nie znalazł już w sobie woli życia. Ich historia dowodzi, że nic nie jest czarno-białe i ludzie różnie układają relacje między sobą. Z dzisiejszej perspektywy dziwić może, że autorka niewiele pisze o homoseksualności swojego pradziadka. Nie ukrywa jej, ale nieuważny czytelnik może nie zwrócić uwagi na tych kilka informacji na ten temat. We wstępie napisanym do drugiego wydania przyznaje, że dziś poświęciłaby tej sprawie więcej miejsca. Mimo tego książkę warto przeczytać. Mnie sprawiła dużą przyjemność. 

Popularne posty