Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

Bernard Gromek "Revolterium"

Z braku czasu na wszystkie książki, które chciałabym przeczytać,

rzadko sięgam po literaturę gatunkową. Musi być do tego jakiś bardzo ważny powód - poruszany temat, tło społeczne, miasto, w którym toczy się akcja. Jednym słowem taka powieść ma mi dać odrobinę więcej niż tylko czystą rozrywkę. I to właśnie z tych powodów zdecydowałam się przeczytać "Revolterium" Bernarda Gromka (Znak Literanova 2026).

Ta powieść to dość późny debiut, jej autor dotąd z literaturą miał niewiele wspólnego, pisał teksty dla zespołu tworzącego krakowską alternatywną scenę muzyczną, w którym występuje po godzinach, bo na co dzień po prostu pracuje. O książce zrobiło się głośno, wysłuchałam dwóch rozmów z pisarzem, ale oczywiście nie to mnie zachęciło. Przecież nie sięgam po każdy tytuł, który wypada z przysłowiowej lodówki. Otóż magnesem okazał się Kraków, w którym rozgrywa się akcja powieści, i wydarzenia historyczne, wokół których osnuta jest intryga. Bernard Gromek wędruje do połowy XIX wieku i opowiada o kilku tygodniach roku 1848, kiedy to w Europie wybuchają rewolty zwane Wiosną Ludów. Liczne retrospekcje sięgają dwa lata wstecz do powstania krakowskiego i rabacji galicyjskiej. O powstaniu i rabacji oczywiście wiedziałam, natomiast o tym, że cokolwiek działo się w Krakowie w roku 1848 nie miałam pojęcia. 

Muszę przyznać, że początkowo zastanawiałam się, czy nie odłożyć książki. Wydawało mi się, że nie przebrnę przez nagromadzenie brutalności i dosadny język, jakim posługują się bohaterowie. Popularnego i dziś przekleństwa skierowanego do osobnika płci męskiej, oczywiście w wersji z epoki, a więc rozdzielonego na dwa osobne wyrazy i bez głoski s na początku, używają  tu jak przecinka wszyscy mężczyźni niezależnie od stanu. Zastanawiam się nawet, czy to wówczas było rzeczywiście przekleństwo. Że powieść nie będzie grzeczna, wiedziałam, bo promując ją, pisano i mówiono o tym, że Kraków jest tu brudny i śmierdzący. Stopniowo przyzwyczaiłam się jednak i do brutalności, i do niepięknego języka, jakim posługują się bohaterowie, a ponieważ dość szybko wciągnęła mnie sensacyjna historia i chciałam wiedzieć, co dalej, więc nie porzuciłam "Revolterium", tylko z wielką przyjemnością, nie bacząc na ciężar egzemplarza wypożyczonego z biblioteki, pochłaniałam kolejne rozdziały.

Akcja powieści zaczyna się wczesną wiosną, kiedy główny bohater, Maks Krom, w grupie wielu innych politycznych opuszcza krakowskie więzienie, w którym spędził dwa lata po klęsce powstania krakowskiego. Uwolnionych witają tłumy, wszak to bohaterowie, miasto w obliczu tego, co dzieje się w Europie, jest zrewoltowane, a atmosfera gorąca. Jednak Maks nie ma ochoty na politykę, nie chce się już w nic angażować, pragnie zająć się własnym szczęściem. Najchętniej wyjechałby za ocean, gdzie, jak słyszał, można za bezcen kupić kawałek ziemi i zacząć nowe życie. Ale do tego potrzebne są pieniądze. Na szczęście on wie, jak je zdobyć. Musi tylko odnaleźć w okolicach Gdowa, gdzie rozegrała się tragiczna bitwa powstania krakowskiego, której wspomnienia wciąż do niego wracają, zakopaną w ogrodzie dworu państwa Chłapowskich  skrzynię z pieniędzmi podarowaną krakowskim powstańcom przez górników z Wieliczki. Jak się dowiedziałam z rozmów z autorem, rzeczywiście taka skrzynia, zwana salinarną, istniała. Tymczasem na te pieniądze ostrzy sobie zęby nie tylko Maks. Chce je zdobyć jego przyjaciel z czasów paryskich i powstania krakowskiego, wydziedziczony hrabia Hipolit Zdański. Pieniądze potrzebne są mu na stworzenie partii popierającej idee Marksa, którymi się zafascynował. Chcą je też zdobyć ci, którzy mają przedostać się na zrewoltowane Węgry, aby wspomóc tamtejszą rewolucję. No i wreszcie szuka ich przybyły z Paryża przedstawiciel świeżo utworzonego Komitetu Narodowego żądającego swobód obywatelskich dla mieszkańców miasta. 

I właśnie wokół  odnalezienia salinarnej skrzyni zbudowana jest akcja powieści. Maks i Hipolit działają razem, wplątując się w niezłą awanturę. Czyhają na nich liczne niebezpieczeństwa, miejscowa policja, ci, którzy chcą zdobyć pieniądze i zwyczajne zbiry. Nie wiadomo, komu można zaufać, a kto wróg. Bywa, że i siebie nawzajem podejrzewają o nielojalność. Wydarzenia gnają, zwrot akcji goni zwrot akcji, przeszkód po drodze mnóstwo. Wiadomo, że ktoś z tej zawieruchy ocaleje, ale ktoś pewnie zginie, bo trup ściele się tu gęsto. Życie ludzkie niewiele jest warte w tak zrewoltowanym świecie, a bohaterowie nie są szlachetnymi postaciami.

Rzeczywiście Bernard Gromek odziera tamten świat i tamtych bohaterów z romantycznej niewinności. Bliżej mu zdecydowanie do Gombrowicza niż do Sienkiewicza. Obie rewolty, i ta z roku 1846, i ta z 1848, a już szczególnie rabacja galicyjska, są brutalne. Nie wszyscy kierują się wzniosłymi ideałami. Często za gębą pełną patriotycznych i demokratycznych frazesów kryje się cynizm. Do tego dochodzi nieudolność, niczym nieuzasadniony hurraoptymizm, wszak wiadomo, ja z synowcem na czele i jakoś to będzie

Co jeszcze sprawiło, że z czystym sumieniem mogę polecić tę powieść jako coś więcej niż tylko świetną rozrywkę? Dla mnie jest to obraz Krakowa z połowy XIX stulecia, mojego miasta. Z ogromną przyjemnością czytałam o miejscach, które dziś stanowią ścisłe centrum, a wtedy były jakimiś okropnymi, śmierdzącymi przedmieściami, pełnymi błota, bagien, szuwarów porastających nieistniejące już drugie koryto Wisły (dziś w tym miejscu pomiędzy starym miastem a Kazimierzem jest dwupasmowa ulica z pasem plant pośrodku). W zdumienie wprawiła mnie informacja o tym, że znajdujący się w centrum miasta Plac na Groblach, gdzie mieści się najstarsze krakowskie liceum, w tamtym czasie był zakazanym, bagnistym miejscem. Skądś się w końcu ta nazwa musiała wziąć. Być może karczma, gdzie załatwiano ciemne interesy, jest wytworem wyobraźni autora, ale podmokły, odludny teren już nie. Z przyjemnością sprawdzałam w sieci nazwy nieistniejących już dziś parków i ogrodów, w których spotykają się bohaterowie.

Oczywiście bardzo interesujące było tło historyczne. O bitwie pod Gdowem nie miałam pojęcia, albo nigdy się o niej nie uczyłam, albo zapomniałam, ale szczególnie ciekawy był dla mnie obraz zrewoltowanego Krakowa z okresu Wiosny Ludów. Z lekcji historii pamiętam tylko, że coś się działo w tamtym okresie w zaborze pruskim, ale w Krakowie? Tymczasem w mieście wrzało, powstał Komitet Narodowy, a wreszcie doszło do zamieszek i starcia z demonstrantami. Na ulicach pojawiły się barykady, a wszystko skończyło się  bombardowaniem z armat znajdujących się na wzgórzu wawelskim. Było wielu zabitych, a ich pogrzeb przerodził się w milczącą demonstrację patriotyczną. W skali wydarzeń europejskich to nieznaczący epizod, ale inaczej wyglądał z perspektywy mieszkanek i mieszkańców Krakowa.

Chociaż głównymi bohaterami są mężczyźni i sama powieść należy raczej do kategorii chłopackich, to jednak chwali się autorowi, że pojawiają się na jej kartach silne, znaczące kobiety. Dwie z nich odgrywają dużą rolę w powieści, szczególnie jedna jest bardzo sprawcza, tajemnicza i ... niebezpieczna, druga choć pozornie może się wydawać taką trochę sienkiewiczowską bohaterką, a więc kwiatkiem do kożucha męskiego bohatera, w rzeczywistości taka nie jest. No i trzecia, bardziej epizodyczna, ubiera się po męsku, pali cygara, wydaje rozkazy, strzela z broni palnej, okazuje się silniejsza w starciu z facetem, no i śmiało sobie poczyna w sferze erotycznej. Może to wykalkulowane, pewnie dziś już nie bardzo wypada pisać inaczej, ale jest.

Jeśli do czegoś miałabym się przyczepić, to do stereotypowego pokazania dwóch głównych bohaterów. To, jacy są pokręceni, ma oczywiście swoje źródła w traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, które są wątpliwą zasługą patriarchalnej męskości. No ale to przecież powieść gatunkowa, więc pewien schematyzm jest koniecznością.

Naprawdę warto sięgnąć po "Revolterium" Bernarda Gromka. Świetnie się czyta, no i jest czymś więcej niż tylko bardzo dobrym czytadłem. Na wszelki wypadek jeszcze raz ostrzegam - to brutalny świat, sporo tu scen przemocy i plugawego języka.

PS. Miała być krótka notka połączona z drugą poświęconą "Gołoborzu" Macieja Siembiedy, które już wkrótce zacznę czytać. Tymczasem wyszło całkiem sporo, i to po kilku dniach od odłożenia książki, więc o "Gołoborzu" będzie osobno. 

Monika Śliwińska "Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat"

Każda książka ma swój czas. Kolejny tytuł Moniki Śliwińskiej

"Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat" (Wydawnictwo Literackie 2020) przeleżał w moim ukochanym czytniku trochę, aż wreszcie teraz okazał się znakomitym uzupełnieniem wystawy malarstwa Włodzimierza Tetmajera, którą niedawno obejrzałam. Wcześniej porwały mnie jej dwie inne książki - "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich" oraz "Wyspiański. Dopóki starczy życia". Z niecierpliwością czekam na biografię Boya, oczywiście tej samej autorki, która powstaje. 

Monika Śliwińska kręci się wokół podobnych tematów, wyraźnie interesuje ją Młoda Polska, a co za tym idzie - Kraków, jej książki uzupełniają się wzajemnie, tworząc coraz szersze uniwersum. We wszystkich trzech pozycjach pojawia się wiele tych samych postaci, co oczywiste, nie może być przecież inaczej. Ja jednak nie narzekam, bo pamięć jest tak zawodna, że przeczytanie po raz kolejny tych samych informacji, raz w wersji rozszerzonej, raz okrojonej, zawsze pod trochę innym kątem, powoduje, że coś się tam w głowie uleży. Jej opowieści mają to do siebie, że wpadam w nie całkowicie. Działają na  mnie na wielu polach - wywołują emocje, pobudzają wyobraźnię, dostarczają solidnej dawki wiedzy, czasem pozwalają spojrzeć na pewne sprawy znane ze szkolnych czasów w nowy sposób, a często odsłaniają zupełnie nieznane światy. Tak było szczególnie w przypadku biografii sióstr Pareńskich i teraz Mikołajczykówien.

Zacznę od wyjaśnienia istotnej kwestii. Otóż książka Moniki Śliwińskiej, o której piszę dzisiaj, to jednak bardziej sygnalizowany w tytule ich świat niż biografia sióstr upamiętnionych na zawsze przez Stanisława Wyspiańskiego w "Weselu". To nie znaczy, że ich tam nie ma, oczywiście są, ale znacznie więcej miejsca poświęca autorka obyczajom bronowickich włościan, Krakowowi, a przede wszystkim sławnym mężom dwóch sióstr, Włodzimierzowi Tetmajerowi, który ożenił się z najstarszą Anną, i Lucjanowi Rydlowi, który zakochał się w tej najmłodszej. Co ciekawe najmniej informacji znajdziemy w książce o średniej, Marii, w której, jak głosi legenda, zakochał się malarz Ludwik de Laveaux. Podobno byli nawet zaręczeni, ale jego przedwczesna śmierć pokrzyżowała ich plany. Monika Śliwińska wątpi w prawdziwość ich zaręczyn, udowadniając swoją hipotezę na podstawie różnych źródeł. 

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego w "Pannach z "Wesela"" jest mniej biografii, a  więcej  ich świata. Podejrzewam, że w tym wypadku sprawdziło się przysłowie, tak krawiec kraje, jak materii staje. Siostry Mikołajczykówny, inaczej niż sportretowane przez autorkę wcześniej siostry Pareńskie, były chłopkami z Bronowic i najprawdopodobniej jest na ich temat znacznie mniej materiałów. Nie pochodziły ze znanej zamożnej krakowskiej rodziny związanej ze światem naukowym i artystycznym, wychowały się w Bronowicach w chałupie Jacentego Mikołajczyka. Z trudem przychodziło im pisanie, czego wstydziły się do końca życia, szczególnie Jadwiga. Dlatego też pewnie najmniej wiemy o Marii, bo obaj jej mężowie, tak jak i ona, pochodzili z ludu. Anna i Jadwiga są bardziej znane dzięki ich sławnym mężom. No i zostały uwiecznione w "Weselu", co za ich życia niekoniecznie się im przysłużyło, szczególnie Jadwidze. Oliwy do ognia dolała jeszcze "Plotka o "Weselu"" Boya.

W takim razie czego się o nich dowiadujemy? Że wychodząc za mąż za panów z miasta, artystów musiały się początkowo zmierzyć z niechęcią ich rodzin, a nawet z ostracyzmem krakowskiego towarzystwa. To ostanie szczególnie dotknęło Jadwigę, którą, kiedy pojawiała się w Krakowie, traktowano jak dziwowisko. Zdarzało się, że na ulicy dotykano jej stroju, przyglądano się jej z niezdrową ciekawością, a nawet bywało, że ktoś napluł jej pod nogi. Dlatego kiedy w kryzysowych finansowych sytuacjach albo zimą zdarzało się Rydlom, wcale nie tak rzadko, mieszkać w mieście, Jadwiga niechętnie wychodziła z domu. Niechętnie bywała też w teatrze z tych samych powodów. Znacznie łatwiej było Annie, bo małżeństwo Tetmajerów zostało przez rodzinę i krakowskie towarzystwo zaakceptowane szybciej. Potem nie mogli opędzić się od gości, co utrudniało im codzienne życie. Obie też nigdy nie wyrzekły się swoich chłopskich, bronowickich korzeni. Prowadziły gospodarstwo, sprzedawały plony, szczególnie na początku, na krakowskim targu, który wtedy mieścił się na placu Szczepańskim. Zawsze chodziły w bronowickich strojach. Ale już dzieci kształciły i ubierały po miejsku. 

Obie wspierały swoich mężów, były im oddane, podobnie jak oni im. Lucjan Rydel mimo ciągłych kłopotów finansowych  rozpieszczał Jadwigę, nie żałował pieniędzy na jej stroje, które, jak się okazuje, były kosztowne. Zmagały się z problemami dnia codziennego, kłopotami z lokum. Zanim Tetmajerowie osiedli w swoim trzecim i ostatnim domu, a Rydlowie ostatecznie w dworku, który dziś znany jest jako Rydlówka, a w którym odbyło się ich wesele uwiecznione, ku utrapieniu nie tylko ich, przez Stanisława Wyspiańskiego, tułali się po różnych miejscach. Towarzyszyły im kłopoty finansowe, bo pieniądze pojawiały się nieregularnie i znikały bardzo szybko. Jadwiga była słabego zdrowia w przeciwieństwie do Anny, której nie nadwyrężyły liczne porody i połogi. 

Ale najbardziej niesamowite są jej wojenne losy. Z najmłodszą córką, jej mężem, dziećmi, teściową trafiła na zesłanie na Syberię. Mimo niewyobrażalnie ciężkich warunków nie straciła ducha, wspierała córkę, która musiała katorżniczo pracować, wierzyła, że wróci do swoich Bronowic. Potem cudem znalazły się wśród rodzin żołnierzy Armii Andersa ewakuowanych najpierw do Iranu, a potem do Indii. A nie była to łatwa droga. Jak się okazuje, niewiele na ten temat wiedziałam. Mimo tych trudów wróciła do swoich ukochanych Bronowic, przetrwała wszystko i dożyła naprawdę sędziwego wieku. Opowieść o tym okresie jej życia jest wzruszająca.

Równie ciekawa jest historia Włodzimierza Tetmajera i Lucjana Rydla, o których coś tam wiedziałam, więcej oczywiście o tym drugim, ale jak się okazuje i tak niewiele. To dla mnie też odkrycie. Tak jak olśnieniem okazało się bajecznie kolorowe malarstwo Tetmajera, którego nie znałam. Widziałam pojedyncze obrazy w muzeach, ale wypadły mi z pamięci. Zgromadzone na jednej wystawie robią wrażenie, barwą, witalnością, tematyką. Nie będę tu pisała o losach obu artystów, wspomnę tylko o tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę. Ich małżeństwa nie były przejawem kaprysu, chwilowej mody, jak się je często przedstawiało, ale wynikiem miłości. Musieli pokonać opór swoich rodzin i ostracyzm krakowskiego towarzystwa. Okazały się udane, a oni na zawsze związali się z Bronowicami i ich mieszkańcami, pozostali wierni temu miejscu, mimo że obracali się także w miejskim i artystycznym środowisku. Uczestniczyli w życiu wsi i zajmowali się także gospodarstwem. Koegzystencję tych dwóch światów widać w obu domach, które wybudowali Tetmajerowie, w Rydlówce i w tym  trzecim, który stał się rodzinną siedzibą i do dziś pozostaje w rękach ich potomków. To zawsze miało być połączenie wiejskiej chałupy i dworku szlacheckiego.

Bardzo ciekawa książka. Wiele się z niej dowiedziałam. Mam nadzieję, że po biografii Boya Monika Śliwińska nie zarzuci swoich zainteresowań epoką i będzie rozszerzała uniwersum, które tworzy w swoich książkach.

Miriam Akavia "Moja winnica"

Książkę Miriam Akavi "Moja winnica" (Wydawnictwo Literackie

2014) miałam od dawna, ale jakoś nigdy się nie składało, aby po nią sięgnąć, aż do niedawna, kiedy po skończeniu "Złotej dziewczynki z Jassów" Cătălina Michuleaca potrzebowałam czegoś lżejszego. Pomysł, żeby na odtrutkę wybrać sagę żydowskiej rodziny, nad którą, jak doskonale dzisiaj wiemy, wisiało fatum przyszłej wojny, może nie był najszczęśliwszy, ale jakoś nie znalazłam niczego innego.

Ale zanim o książce, parę słów o autorce. Miriam Akavia, właściwie Matylda Weinfeld, zwana w domu Maniusią albo Anią, to polska Żydówka urodzona i wychowana w Krakowie w połowicznie zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Językiem jej i jej rodzeństwa od początku był polski, ale rodzina przestrzegała żydowskich świąt, dla ojca religia była ważna, dla matki nieco mniej. Rodzice i dziadkowie wywodzili się z Kazimierza, ale potem, kiedy ojcu zaczęło się wieść finansowo, przenieśli się do centrum miasta, zamieszkali na ulicy Łobzowskiej wśród Polaków, chociaż nie tylko, bo w dwudziestoleciu międzywojennym wielu Żydów, zwłaszcza zasymilowanych, opuszczało Kazimierz i osiedlało się w centrum Krakowa. To zjawisko ma nawet swoją nazwę - marsz na Rynek. Kiedy wybuchła wojna, Miriam Akavia miała dwanaście lat. Trafiła do krakowskiego getta, potem do obozu KL Plaszow (powinno używać się niemieckiej nazwy, więc Plaszow, nie Płaszów), wreszcie do Auschwitz i Bergen- Belsen. Z jej bardzo licznej rodziny ocalało sześć osób! Dwie tak jak ona zamieszkały w Izraelu, trzy osiadły w innych miejscach świata. Pisać zaczęła późno, zadebiutowała, kiedy miała czterdzieści siedem lat. Tworzyła albo po polsku, albo sama przekładała swoje książki z hebrajskiego na język dzieciństwa. Zmarła w roku 2015.

"Moja winnica" to opowieść o żydowskich rodzinach Weinfeldów, Karmelów i Plessnerów, z których wywodziła się autorka. Książka podzielona została na trzy części, w starszych wydaniach znajduje to wyraz w podtytule. Pierwsza obejmuje lata 1909-1920 i opowiada historię dziadków, dzieciństwo oraz wczesną młodość rodziców. Część druga to rok1927, skupiona jest na losach dwóch sióstr ojca autorki, Heli i Hani, oraz na małżeństwie jej rodziców. Kończy się przyjściem na świat małej Ani, czyli Miriam. Część trzecia to lata 1934-1939, opowiada o dzieciństwie autorki, jej starszego rodzeństwa i kuzynki.

Książkę czyta się bardzo dobrze. Losy licznych krewnych, tych najbliższych, sióstr i brata jej ojca, rodziny matki, i tych dalszych, licznych ciotek, wujków, kuzynek i kuzynów, są bardzo interesujące. Dostajemy całą panoramę żydowskich postaw. Wśród jej krewnych byli Żydzi religijni i tacy, którzy stopniowo się asymilowali, szczególnie dziewczęta od dzieciństwa mówiły po polsku, a chłopcy, jak pisze autorka, po żydowsku, czyli w jidisz. Oni też byli bardziej religijni, bo pobierali nauki w chederach czy w jesziwach, a ich siostry chodziły do normalnych szkół. Czuły się Polkami, odzyskanie przez Polskę niepodległości przyjęły z radością, emancypowały się. Byli wśród jej  krewnych syjoniści, którzy szykowali się do wyjazdu do Erec Israel, jej matka Bronka i ciotka Hania, przyjaciółki od dzieciństwa, bundowcy, ciotka Hela, najbardziej samodzielna, wyemancypowana, nieszczęśliwie zakochana, nigdy nie ułożyła sobie życia, i komuniści. 

Życie jej przodków po raz pierwszy zakłócił zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, a właściwie jego konsekwencje, czyli wojna. Jej koniec przyniósł nie tylko odrodzenie Polski, ale też strach przed pogromami. Kiedy młode ciotki autorki w centrum Krakowa stają się świadkiniami wybuchu radości z powodu odzyskanej niepodległości, czują potrzebę przyłączenia się do świętującego tłumu, razem z innymi śpiewają Mazurek Dąbrowskiego. W tym samych godzinach na Kazimierzu żydowscy mężczyźni gromadzą się przed synagogami i tworzą ochotniczą straż, która ma uratować mieszkańców dzielnicy przed pogromem, co się udaje. Z czasem wszystko wskakuje na zwyczajne, codzienne tory. Część krewnych opuszcza Kazimierz, osiedla się w centrum Krakowa. Żyją bezpiecznie, ale raczej w izolacji, trudno nawiązać bliższe relacje z polskimi sąsiadami. Mieszkają na tych samych ulicach, w tych samych kamienicach, a jednak osobno. Inni wyjeżdżają za granicę, często do Niemiec. Jedna z jej ciotek, Rózia, która nagle opuściła miasto, odnajduje się po jakimś czasie w Palestynie. W Polsce narasta antysemityzm, coraz częściej pojawiają się napisy na murach wysyłające Żydów do Palestyny, początkowo szokują i przerażają, potem stają się przezroczyste, niewidoczne. Polacy bojkotują żydowskie biznesy, ale i z tym ojciec Ani i jej wujek jakoś sobie radzą. Potem dochodzi do napadów na Żydów - w jednym z nich zginie ich krewny. W Niemczech karierę polityczną zaczyna robić Hitler, początkowo lekceważony, z czasem coraz groźniejszy. Matka i ciotka Hania od czasu do czasu mówią o wyjeździe do Palestyny, o którym jako zaangażowane syjonistki marzyły w młodości, ale przeszkód jest wiele. Jak porzucić wygodne życie? Dobrze prosperujące interesy? Jak wyrwać dzieci z ich szkół, od przyjaciół? A co ze starą matką? I tak czas płynie, temat wyjazdu od czasu do czasu wraca, ale nigdy się nie konkretyzuje. Tylko nieliczni krewni zdecydują się na opuszczenie Polski i Europy. 

Jak wspominałam, książkę czyta się bardzo dobrze, ale świadomość, jak ta historia musi się skończyć, ciąży nad lekturą. Im bliżej końca, tym bardziej. Jest taka dramatyczna scena na dworcu pod koniec sierpnia 1939 roku, ostatni moment, kiedy rodzina Ani może wyjechać, wsiąść do jednego z ostatnich pociągów, którymi da się opuścić kraj. Tym razem ojciec jest gotów, ale Bronka nie czuje się na siłach, jest zmęczona po powrocie z letniska, martwi się o starą matkę. Chwila wahania, rozterek i okienko możliwości się zamyka. Potem jest za późno. Jaki był finał, wiemy.

Chcę jeszcze koniecznie wspomnieć jeden poruszający fragment, bardzo współgrający z tym, co teraz. To stosunkowo słabo w Polsce znana historia wypędzenia z Niemiec jesienią 1938 roku siedemnastu tysięcy polskich Żydów. Słabo znana, bo wstydliwa - polskie władze nie chciały ich przyjąć. Przez jakiś czas koczowali pomiędzy granicami, potem zostali wpuszczeni do czterotysięcznego Zbąszynia, gdzie z pomocą przyszli im mieszkańcy i organizacje żydowskie, ale nie władze. Część dołączyła do swoich rodzin w innych miejscach w Polsce. W takiej sytuacji znaleźli się krewni autorki. Większość z nich nie mówiła po polsku, ci zasymilowani nie znali też jidysz. To preludium Zagłady.

Książka napisana jest nieco staroświecko, co początkowo trochę mi przeszkadzało, ale potem się przyzwyczaiłam i dałam się porwać ciekawej rodzinnej historii. Może dlatego wszystkie tragedie, poza tą ostateczną, nie wybrzmiewają dostatecznie mocno. A może taki był zamysł autorki, która chciała skupić się na zwyczajnym życiu, ocalić je, przywrócić, a nie rozdrapywać rany? Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie przed laty lektura "W ogrodzie pamięci"  Joanny Olczak-Ronikier. Jak bardzo dotarła do mnie wtedy świadomość, że nawet zasymilowani Żydzi, którzy czuli się Polakami, byli odtrącani, skazani na izolacji. Ale może zadziałała tak silnie dlatego, że była to pierwsza książka, która uświadomiła mi los polskich Żydów, także tych, którzy nie żyli jeszcze w cieniu Zagłady. I chyba był to moment, kiedy zaczęłam się tym tematem interesować i stopniowo sięgać po inne lektury.

"Moja winnica" to znakomita książka dla młodego pokolenia i dla tych, którzy niewiele wiedzą o życiu żydowskiej diaspory w Polsce. Dodatkową przyjemność mają czytelniczki i czytelnicy z Krakowa, bo przecież to po kazimierskich i krakowskich ulicach chodzili przodkowie Miriam Akavi  i ona sama. 

Maryla Szymiczkowa "Tajemnica domu Helclów", "Rozdarta zasłona", "Seans w Domu Egipskim", "Złoty róg"

Wielokrotnie w moich zapiskach wspominałam, że nie czytam

kryminałów. Przyczyna jest prozaiczna - brak czasu i konieczność selekcji lektur. Poza tym, od kiedy nieżyjący już Henning Mankell skończył serię z komisarzem Wallanderem, jakoś nie potrafiłam znaleźć ich następców. Kilkakrotnie podejmowałam próby, ale żadna nie zakończyła się sukcesem. Po jednej książce z serii nie sięgałam po kolejną. Wcześniej był taki czas, kiedy czytałam sporo kryminałów, teraz zdarza się to sporadycznie. 

Kilka lat temu dostałam w prezencie "Rozdartą zasłonę" Maryli

Szymiczkowej (Znak Literanova 2016) - drugi tom serii kryminałów retro, których akcja rozgrywa się w Krakowie z przełomu wieku XIX i XX, a ich bohaterką jest profesorowa Zofia Szczupaczyńska. Nie jest już żadną tajemnicą, że za Marylą Szymiczkową skrywa się autorska para - pisarz Jacek Dehnel i tłumacz, amerykanista Piotr Tarczyński. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc chociaż do książki podchodziłam sceptycznie, to jej lektura sprawiła mi przyjemność. Wtedy jednak poprzestałam na "Rozdartej zasłonie". Sama nie wiem dlaczego, kiedy jesienią poprzedniego roku (2020) ukazał się czwarty już tom serii, "Złoty róg", a autorzy zaczęli udzielać wywiadów, zapragnęłam przeczytać całość. Najbardziej zaintrygował mnie "Seans w Domu Egipskim" (2018), więc poszedł na pierwszy ogień. Potem wróciłam do części pierwszej, "Tajemnicy domu Helclów" (2015), aby całkiem niedawno, kiedy miałam już wszystkiego dość, przeczytać "Złoty róg".

Być może zajadli czytelnicy kryminałów i powieści sensacyjnych

kręciliby nosem na niezbyt skomplikowaną intrygę, mnie to jednak nie przeszkadza. Różnie z tym zresztą bywa - czytając "Seans w Domu Egipskim", dość szybko domyśliłam się, kto jest mordercą, z kolei zagadka "Tajemnicy domu Helclów" wydała mi się mocno skomplikowana i pokręcona. Nie na tym polega urok tych książek.  Tak, słowo urok najlepiej oddaje ich charakter. Jest to po prostu bardzo przyjemna lektura. Taka, która pozwala oderwać się od problemów, zapomnieć na chwilę o świecie, sprawić sobie przyjemność. Dlaczego? Powodów jest kilka. Podaję je w kolejności przypadkowej.

Bohaterka. Zofia Szczupaczyńska, żona profesora Uniwersytetu

Jagiellońskiego, trochę po czterdziestce, bezdzietna, nieco znudzona monotonią swojej egzystencji, dniami upływającymi zawsze tak samo. Od kiedy odkryła w sobie żyłkę i talent detektywistyczny, z radością rzuca się na każdą kolejną zagadkę. Niestety interesujące morderstwa, których wyświetlenie godne jest jej talentu, nie zdarzają się w Krakowie, mieście sennym i prowincjonalnym, często. Ale kiedy już trafi się jakaś intrygująca zagadka, profesorowa Szczupaczyńska oddaje się wyjaśnieniu tajemnicy z gorliwością, bezczelnością i pewnością siebie, sprytnie manewrując tak, aby jej mąż, poczciwy safanduła Ignacy Szczupaczyński, całkowicie pod pantoflem żony, nie zorientował się, czym zajmuje się jego małżonka, gdzie się włóczy, z jakimi ludźmi musi się spotykać. Jeśli trzeba, potrafi nawet uciec się do podania mężowi środka nasennego albo wysłania go do dawno nieodwiedzanych nudnych krewnych żyjących w zapuszczonym domu na wsi, gdzie, o zgrozo, nie docierają żadne gazety. Biedny Ignacy pozbawiony swojej codziennej lektury marzy, aby czym prędzej wrócić do domu. Poza tym profesorowa Szczupaczyńska jest snobką, plotkarą, zadziera nosa, przypomina nieco Dulską i ma wiele innych okropnych cech. Znakomicie wypunktowała ją wierna służąca Franciszka w swoich złośliwych i zabawnych zapiskach. Ale kiedy Zofia szuka mordercy, gotowa jest na wiele poświęceń - zrobi coś, czego absolutnie nie wypada robić kobiecie z dobrego domu. Nie jest jednak tylko potworem, ma też dobre strony, a w ostatnim tomie poznajemy jej nieoczekiwane pokusy i nieśmiałe porywy serca. Oczywiście profesorowa Szczupaczyńska to niewątpliwie odległa krewna panny Marple, odległa, bo o ile pamiętam, bohaterka kryminałów Agaty Christie była poczciwa i sympatyczna.

Kraków. Wielką zaletą całej serii są opisy miasta. Dokładne, oddające jego klimat, ciekawe, oparte na dokładnym researchu, pokazujące zmiany, które zaszły w ciągu tych kilku lat, w których toczy się akcja tych powieści. Choćby ten tytułowy Dom Egipski przy ulicy Retoryka, wielka atrakcja i sensacja. Nawiasem mówiąc, dziś ten budynek w niczym nie przypomina oryginału - trudno się domyślić, że kiedyś jego zdobienia nawiązywały do starożytnego Egiptu, skąd wzięła się nazwa. No i wtedy ulica Retoryka, gdzie powstawały eleganckie, charakterystyczne kamienice projektowane przez Teodora Talowskiego, to były opłotki Krakowa, a jej środkiem płynęła Rudawa. Takich smaczków jest w kryminałach o profesorowej Szczupaczyńskiej znacznie więcej. Kto, jak ja, lubi kiedy akcja powieści jest mocno osadzona w jakimś miejscu, kiedy można wędrować ulicami miasta, rozpoznając domy, ulice, zaułki, albo szukać ich na planie, ten znajdzie w tych książkach sporą przyjemność.

Mimo lekkiej formy każdy z tomów nawiązuje do tego, co w Krakowie akurat wtedy się działo i poruszało mieszkańców miasta. Mamy więc pogrzeb Jana Matejki, Przybyszewskiego i jego świtę, Wyspiańskiego i inteligentną zabawę z "Weselem", modne seanse spirytystyczne, echa rabacji galicyjskiej czy wreszcie problem emigracji za ocean, przy okazji której zdarzało się wiele oszustw. Na przykład werbunek młodych dziewczyn z ubogich warstw społecznych, które pod pozorem otrzymania dobrej posady były często wysyłane do domów publicznych w Brazylii.  Przez karty powieści przewija się wiele znanych nazwisk ze świata artystycznego, arystokratycznego czy naukowego.  Drugoplanowym bohaterem jest młody Tadeusz Żeleński, najpierw student Ignacego Szczupaczyńskiego, potem bon vivant, który dzięki swoim koneksjom umożliwia Zofii dotarcie do osób i miejsc, do których szanowana i szanująca się krakowska matrona na pewno bez jego pomocy nie miałaby dostępu. To dzięki niemu jest obecna na słynnym weselu w Bronowicach albo w salonie Przybyszewskich.

A poza tym książki są elegancko napisane. Lekko stylizowane, trochę dowcipne, trochę ironiczne, trochę z przymrużeniem oka. Literacka zabawa, gra konwencją. Jeśli ktoś lubi takie niezobowiązujące, a jednocześnie niepozbawione ambicji książki, polecam. Ja na pewno przeczytam kolejną, która być może wyjdzie za rok lub dwa.  

Monika Śliwińska "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich"

Mam takie wrażenie, że o książkach Moniki Śliwińskiej zaczęło się

mówić niedawno. Z okazji sto dwudziestej  rocznicy wystawienia "Wesela" wysłuchałam przynajmniej dwóch wywiadów z pisarką. Niezorientowanym wyjaśniam, że Monika Śliwińska jest autorką miedzy innymi biografii Wyspiańskiego. A może to mnie dotąd coś umykało? Ale przecież trzymam rękę na pulsie, uważnie śledzę książkowy światek. Gdzieś tam wiedziałam o pisanych przez nią biografiach, najczęściej chyba wpadały mi w oczy ich okładki reklamowane przez jedną z ebookowych księgarni. Niby miałam ochotę na lekturę, bo tematyka interesująca, no ale nie lubię kupować kota w worku. Dopiero kiedy Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński w jednym z wywiadów przy okazji promocji kolejnego kryminału z serii o profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej z uznaniem wyrazili się o pracy Moniki Śliwińskiej, postanowiłam sięgnąć po jej książki. Na pierwszy ogień poszła pierwsza - biografia sióstr Pareńskich "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich" (Iskry 2014). Lubię takie lektury - są jak odkrywanie nowych światów. 

Co wiedziałam wcześniej o siostrach Pareńskich? Że Maryna i Zosia zostały uwiecznione przez Stanisława Wyspiańskiego w "Weselu", że je malował. Że Zofia była żoną Boya. O najmłodszej, Elizie, zwanej Lizką, właściwie nic. No i jeszcze że pochodziły ze znanej krakowskiej rodziny. Tyle. Tymczasem ich historie są fascynujące i przejmujące. Dlaczego? Wychowywane w zamożnym domu, w pałacyku otoczonym ogrodem na ulicy Wielopole, wśród artystów, którzy przewijali się przez salon prowadzony przez ich matkę Elizę. Ojcem był znany i ceniony krakowski lekarz. Starsze siostry, Maryna i Zosia, zwana Fusiem, od początku były samodzielne i potrafiły walczyć o swoje. Malował je Wyspiański, na którego talencie poznała się ich matka, wspierając go i promując. Potem zostały uwiecznione przez niego w "Weselu", co w krakowskim mieszczańskim światku wywołało skandal. Najbardziej konwencjonalnie potoczyło się życie Maryny, która wyszła za mąż za znanego lekarza Jana Raczyńskiego. Chociaż i w niej kochał się nieszczęśliwie Witold Wojtkiewicz. Na jej życiu cieniem położyła się druga wojna. Zginęła rozstrzelana razem z trzecim mężem, profesorem Uniwersytetu Lwowskiego Janem Grekiem. W tej samej egzekucji stracili życie inni profesorowie i jej szwagier, Tadeusz Boy Żeleński. Wiedziałam o tej zbrodni, ale kiedy poznaje się dramatyczne szczegóły i przyczynę aresztowania akurat ich, kiedy czyta się relację z tamtej tragicznej nocy, kiedy czyta się o tym, jak długo nikt z najbliższych nie miał pojęcia, co się stało z Maryną, jej mężem i szwagrem, to wszystko robi wstrząsające wrażenie. Nie tylko to. 

Im dłużej zagłębiałam się w książkę Moniki Śliwińskiej, tym bardziej byłam przygnębiona. Dlaczego? Bo kiedy poznawałam historię sióstr Pareńskich, to trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że jest to opowieść o końcu pewnego świata, o końcu rodziny, niegdyś znaczącej i zamożnej, z której bogactwa, a tym bogactwem były także wybitne dzieła sztuki - obrazy Wyspiańskiego, Witkacego i innych młodopolskich malarzy, nic niemal nie zostało. Pałac na ulicy Wielopole, który od dawna nie należał już do rodziny, nie przypominał tego z czasów swojej świetności. Szczególnie  ucierpiał ogród. W ruinę popadł letni dom rodziny w Tenczynku pod Krakowem, w którym siostry Pareńskie i liczni znajomi rodziny spędzali letnie miesiące. Część obrazów spłonęła w powstaniu warszawskim, część została skradziona z lwowskiego mieszkania Maryny i jej męża. Z trzech sióstr przy życiu pozostała tylko jedna, Zofia, ich brat, lotnik, dawno zginął w katastrofie samolotu. Kiedy czyta się opowieść o ich losach, czuć, jak bezlitośnie płynie czas, morderca młodości, jak bezlitośnie obeszła się z nimi Historia. 

Przejmujące są też losy najmłodszej z sióstr, Lizki. Od zawsze innej, lękliwej, wycofanej, wrażliwej. Ukojenia, i to od wczesnej młodości, szukała w alkoholu i narkotykach. W zwalczeniu nałogu nie pomogło jej małżeństwo z młodopolskim poetą Edwardem Leszczyńskim. Jej historia kończy się tragicznie. Jak? Można bez problemu sprawdzić, ale lepiej przeczytać książkę. Smutne są losy jej jedynego syna, Witolda. 

Wielkim zaskoczeniem okazała się dla mnie Zofia. Moim zdaniem najbardziej niesamowita i nietuzinkowa z sióstr. Może dlatego, że miałam w głowie zupełnie fałszywy jej obraz? Kiedy przed laty czytałam autobiografię Ireny Krzywickiej "Wyznania gorszycielki", która była wieloletnią partnerką-kochanką Boya, wyobraziłam sobie Zofię jako poczciwą żonę, która godzi się z tym, że mąż romansuje z inną kobietą. Dziś nie umiem powiedzieć, czy tak przedstawiła ją Krzywicka, czy moja pamięć zniekształciła jej obraz. Tymczasem Zofia nie miała w sobie nic z poczciwej kobiety! Nie była nudną, nieszczęśliwą, zdradzaną żoną. Dość szybko po ślubie uczucie małżonków wyparowało, ale to nie przeszkodziło im zostać ze sobą do końca. Łączyła ich przyjaźń, syn i wspólna praca. Po tragicznej śmierci męża Zofia walczyła o zachowanie jego literackiej spuścizny, o pamięć o nim. A ich życie osobiste? Oboje mieli bujne. Boy był niezwykle kochliwy, stale wplątywał się w romanse. Zofia również wchodziła w bardzo intensywne pozamałżeńskie związki - z dziennikarzem Czasu Rudolfem Starzewskim, również uwiecznionym na kartach "Wesela", i z Witkacym. Na tych miłościach cieniem położyły się tragiczne okoliczności śmierci jej ukochanych. A za Krzywicką nie przepadała. Może dlatego, że z nią Boy, w przeciwieństwie do innych, romansował na oczach wszystkich? Ale to nie przeszkodziło Zofii pomagać jej w czasie wojny.

Ale historie trzech sióstr to nie wszystko. Bo książka Moniki Śliwińskiej jest czymś więcej niż tylko biografią Maryny, Zofii i Lizki Pareńskich. Zgodnie z tytułem to także opowieść o ich świecie, a więc również o ludziach z nimi związanych. "Muzy Młodej Polski" składają się z krótkich rozdziałów tworzących coś w rodzaju epizodów z życia ludzi, którzy obracali się w orbicie rodziny Pareńskich. Teraz przyszło mi do głowy, że ta książka to połączenie klasycznej biografii z leksykonem. Brzmi dziwnie, ale coś w tym jest. Być może komuś nie będzie odpowiadała taka forma przyjęta przez autorkę, mnie nie przeszkadza. Ta lektura to kopalnia wiadomości, niezwykłe odkrycia, wiele wzruszeń i spotkań z fascynującymi postaciami. 

Popularne posty