Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zło. Pokaż wszystkie posty

Katarzyna Włodkowska "Na oczach wszystkich"

Nie pamiętam, czy słyszałam o polskim Fritzlu, jak media nazwały

Mariusza, który przez dwa lata więził swoją żonę Ewę w piwnicy ich domu, nie pamiętam, czy czytałam reportaż Katarzyny Włodkowskiej "Dom zły" w Dużym Formacie, punkt wyjścia dla jej książki "Na oczach wszystkich" (Wielka Litera 2022). Być może nie czytałam, ale na pewno musiałam słyszeć, a jednak sprawa wyparowała mi z pamięci jak wiele innych. Nic dziwnego - stale bombardują nas kolejne niegodziwości, przemoc, zbrodnie, skandale. Jedno wypiera drugie. Po kolejnej takiej aferze następuje medialne, społeczne i polityczne wzmożenie, a potem zapada cisza. Czy coś się zmienia? Wygląda na to, że nic. Przecież niedawno żyliśmy tragedią Kamila katowanego latami przez ojczyma. Przecież jego dramat też rozgrywał się na oczach wszystkich, a jednak trwał. Przecież chłopiec kilkakrotnie uciekał z domu, prosząc o pomoc i za każdym razem odsyłano go tam z powrotem. Kiedy w końcu skatowany trafił do szpitala, było już za późno. Dokładnie o takim samym mechanizmie opowiada Katarzyna Włodkowska w swojej książce.

Mam wrażenie, że jej reportaż przeszedł trochę bez echa. Oczywiście jakoś się pojawiał w medialnej książkowej przestrzeni, w przeciwnym razie przecież bym o nim nie usłyszała. Gdzieś mi mignęła jedna czy dwie bardzo dobre recenzje. Jakiś czas temu przeczytałam utyskiwanie, że nie został nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, chyba też do żadnej innej. Na pewno wkrótce po jesiennej premierze wysłuchałam długiej podcastowej rozmowy z autorką. Wtedy jednak pomyślałam, że to mi wystarczy, żeby wiedzieć, żeby się wzburzyć, żeby współczuć bohaterce reportażu, Ewie. W końcu tyle jest do czytania! Byłam w błędzie. Nie, nie wystarczy. Dlaczego w końcu sięgnęłam po książkę Katarzyny Włodkowskiej? Znowu wróciła do mnie w jakiejś radiowej albo podcastowej rozmowie i wtedy, jak to często bywa, zadziałał impuls.

Chociaż "Na oczach wszystkich" czyta się szybko, nie jest to łatwa lektura. Sama sprawa, kiedy się pozna dzięki autorce wszystkie jej szczegóły, jest tak niewyobrażalnie przerażająca i wstrząsająca, że trudno wyrzucić ją z pamięci. A przy tym wydaje się niewiarygodna. Jak to możliwe, aby mąż robił coś takiego żonie? Aby ojciec robił coś takiego dzieciom? Bo prześladowana była nie tylko Ewa, ale także jej dwie córeczki. To tego typu sprawa, że chyba nie będę w stanie przytoczyć wszystkich detali, zajawiając temat reportażu. Szczególnie tych dotyczących dzieci.  Pytania można mnożyć. Jak to możliwe, że nikt nie interweniował? Ani liczna rodzina Mariusza, która mieszkała w starej chałupie stojącej na tej samej posesji, co dom Ewy i Mariusza? Ani sąsiedzi z kaszubskiej wsi? Ani rodzice i bracia Ewy, którzy czasem przyjeżdżali z wizytą? Zawsze zapowiedzianą, bo inaczej nie wolno im było. Już samo to powinno wzbudzić ich niepokój. Nie widziała też opieka społeczna, lekarz w  przychodni, do której chodziła Ewa z córkami, policjanci, którzy przyjeżdżali od czasu do czasu z interwencją. Potem, kiedy Ewa zdecydowała się wreszcie na ucieczkę i zgłosiła znęcanie się nad nią i nad córkami na policję, sprawa była trzykrotnie umarzana przez prokuraturę. Nikt jej nie wierzył. Mogła wnieść do sądu oskarżenie cywilne, ale już nie ufała wymiarowi sprawiedliwości, nie bardzo też wiedziała, jak miałaby to zrobić, ani nie miała siły na ponowną batalię i upokorzenia w trakcie przesłuchań. Gdyby nie jej babcia, która kilka lat później, obserwując córki Ewy, swoje prawnuczki, wpadła na pomysł, aby dać im zeszyty, w których będą zapisywać wszystko, co je dręczy, sprawa pewnie nigdy nie wróciłaby do sądu. No i jeszcze jedno pytanie - jak możliwe jest życie po takiej traumie, jakiej doznały Ewa i jej córki? Konsekwencje dla niej, a szczególnie dla dziewczynek, były dramatyczne. Czy kiedyś będą w stanie normalne żyć?

Nie pytam tylko o jedno - dlaczego Ewa tak długo znosiła to, co ją spotykało ze strony męża. Nie pytam, bo po lekturze kilku książek na podobne tematy i licznych artykułów, jakie ukazywały się, kiedy wybuchło me too, wiem, jak działa ten mechanizm, wiem, dlaczego ofiary przemocy i gwałtów biernie poddają się swoim oprawcom, a potem milczą. Więc i wy nie pytajcie i nie mówcie, że sama sobie winna, bo już dawno powinna uciec. A kiedy w końcu uciekła i tak nikt, poza rodziną, jej nie wierzył. Żyła w ciągłym strachu, że Mariusz ją odnajdzie. Trzy razy musiała się przeprowadzać. Była bezradna w zderzeniu ze ślepą i głuchą machiną państwowych służb, które powinny chronić ofiarę, a wierzyły jej oprawcy, bagatelizując sprawę.

Katarzyna Włodkowska w swojej książce pisze nie tylko o historii Ewy, ale próbuje zrozumieć trzy sprawy. Pierwsza to obojętność otoczenia, to to tytułowe na oczach wszystkich. Wszyscy wiedzieli, że coś jest nie tak, ale sprawę bagatelizowali. Wszyscy widzieli, że w rodzinie Mariusza alkohol leje się strumieniami, ale woleli wierzyć zamroczonym wódką facetom niż Ewie. Nawet kiedy sprawa w końcu trafiła do sądu, a na ławie oskarżonych zasiadł nie tylko Mariusz, ale po kilku latach także trzech innych mężczyzn, większość wolała wierzyć, że są niewinni. Skąd ta znieczulica? Powodów jest wiele. Małe środowisko, gdzie każdy każdego zna, hołdowanie zasadzie, że wszystko zostaje w rodzinie, traumy wyniesione z dzieciństwa, a nawet te dawne z czasów wojny i jeszcze wcześniejsze. Tu odsyłam do wstrząsającego ostatniego rozdziału. Autorka przygląda się też samym Kaszubom i próbuje pokazać, dlaczego akurat w tym rejonie jest dużo przemocy domowej. Wchodzi głęboko w ich historię, obalając przy okazji pozytywny mit, który wokół siebie zbudowali, kiedy wreszcie mogli się czuć podmiotowo.  

Drugi przedmiot zainteresowania autorki to zaniechania służb, które powinny wychwytywać takie problemy. Policji, opieki społecznej, prokuratorów, asesorów sądowych, kuratorów. Gdyby wykonywali swoje obowiązki starannie, gdyby było ich więcej, gdyby nie żyli pod ciśnieniem statystyk, gdyby zostali odpowiednio przeszkoleni w obszarze przemocy domowej, gdyby potrafili postępować z ofiarami, Ewa prawdopodobnie otrzymałaby pomoc od razu, a sprawa nie zostałaby umorzona. To właśnie z tego bierze się brak uważności, rutyna, a wreszcie umarzanie spraw zamiast ich prowadzenie. Żeby pokazać choćby tylko jeden z tych problemów, przytoczę dane z książki - na jednego prokuratora w prokuratorach rejonowych w Gdańsku, Gdyni i Wejherowie przypadało tysiąc spraw rocznie! Czy nadal tak to wygląda? A jest się czym zajmować - według szacunków w czterdziestu procentach rodzin wiejskich regularnie dochodzi do przemocy. Autorka zwraca uwagę na jeszcze jeden, rzadko dostrzegany, problem - kulturę nieprzyznawania się do błędu, co uniemożliwia realne działanie, analizę i wyciąganie wniosków na przyszłość.

No i wreszcie trzecia sprawa, którą Katarzyna Włodkowska usiłuje zgłębić w swojej książce, to odwieczne pytanie o źródło zła. W tym wypadku jest to pytanie konkretne - skąd zło w Mariuszu i w jego otoczeniu? Dlaczego człowiek, który postronnym wydawał się zwyczajny, spokojny, był bestią? Jedna z przyczyn tkwi w domu rodzinnym, ale praźródłem wszystkiego wydaje się być alkohol. 

Otchłań zła, w jaką zstępuje czytelniczka czy czytelnik tej książki, jest niezgłębiona. To jednak nic w porównaniu z tym, czego doświadczyły Ewa i jej córki. To nawet nie ułamek procenta ich nieszczęść, upokorzeń, strachów. Podobnie jest z autorką, która pisze o konsekwencjach pracy nad takim reportażem. Ale ona także uczciwie przyznaje, że jej koszty są niczym w porównaniu z kosztami bohaterek.

Katarzyna Włodkowska bardzo wielowarstwowo zgłębiła tę sprawę. Rozmawiała wielokrotnie nie tylko z bohaterką, sprawcą, rodziną, ale też z sąsiadami, no i specjalistami z różnych dziedzin. Materiały do książki zbierała cztery lata, pisała rok, niejednokrotnie wątpiąc, czy będzie miała siłę ukończyć książkę. Powstał reportaż wstrząsający, ale bardzo ważny.

"Szarlatan"

Kiedy usłyszałam, że Agnieszka Holland kręci film o czeskim znachorze Janie Mikolaszku, który leczył ziołami, a diagnozę stawiał, oglądając pod światło butelkę z moczem przyniesioną przez chorego, jakoś specjalnie mnie to nie ruszyło. Ale siła recenzji sprawiła, że postanowiłam wybrać się na "Szarlatana" od razu, tym bardziej, że nie ma pewności, czy znowu kina nie zostaną zamknięte. Gdzieś mignęło mi nawet zdanie, że to najlepszy film polskiej reżyserki. To oczywiście kwestia względna, w sztuce trudno o kategoryczne porównania, to nie sport, a i tam zwycięstwo niekoniecznie oznacza, że ktoś był najlepszy, czasem jest to kwestia szczęścia. Obejrzałam "Szarlatana" z zapartym tchem i nadal jestem pod wrażeniem. Mogę powiedzieć jedno, że na pewno wpisuję go na moją subiektywną listę najważniejszych filmów Agnieszki Holland. Oczywiście nie widziałam wszystkich, słabo pamiętam jej wczesne kino, a wszystko i tak weryfikuje czas. Kiedy chodzi o jej twórczość, ja nieodmiennie przywołuję "Gorzkie żniwa", film zrealizowany w Niemczech, nominowany do nieanglojęzycznego Oskara i chyba nigdy niepokazywany w Polsce w kinach. Widziałam go raz i do dziś pamiętam. Czy tak będzie z "Szarlatanem", czas pokaże.
 
Najnowszy film Agnieszki Holland jest świetny na kilku poziomach. Po pierwsze oczywiście fascynuje sam bohater, jego tajemnica, złożona natura, jakiś mrok i aura cierpienia, które wyczuwamy. Reżyserka dopuszcza nas do niego bardzo blisko, prawie cały czas jest na ekranie. Twarz znakomicie grającego Jana Trojana mam stale przed oczyma. Wyrazistą, smutną, ponurą, naznaczoną bruzdami, czasem wściekłą, rzadko radosną, w krótkich chwilach szczęścia przeżywanych w ukryciu z dala od ludzkich oczu. Dla Jana Mikolaszka najważniejsze jest leczenie ludzi. Wielokrotnie powtarza, że musi leczyć i że nie jest lekarzem (o ile pamięć mnie nie zawodzi,
w filmie pojawia się słowo doktor). Jest uczciwy, kiedy nie może pomóc, mówi o tym wprost, odsyła do lekarza. Leczy za darmo, ale ziołowe mieszanki, z których słynie i które pomagają, oczywiście sprzedaje, dlatego dorobił się sporego majątku, co zazdrośników kłuje w oczy. To wszystko sprawia, że traci instynkt samozachowawczy. W końcu tyle razy mu się udawało, umiał układać się z każdą władzą - hitlerowską w czasie okupacji, a potem komunistyczną. A może to nie tak? Może wcale nie traci instynktu samozachowawczego, tylko mimo wszystko do końca chce realizować swoją misję? Chociaż widać w tym jakiś fanatyczny upór. To jedna strona jego natury - ta dobra, szlachetna. Ale jest i druga - ciemna. Nie mogę spoilerować, a więc nie wymienię wszystkich tych momentów, kiedy z przerażeniem patrzyłam na to, jak postępuje. Można próbować dociekać, skąd brało się w nim zło. Jest taka mocna, wojenna scena na początku filmu, której nie da się przeoczyć. Czy tamto niezwykle dramatyczne doświadczenie, jakiemu został poddany, sprawiło, że później wielokrotnie budziły się w nim demony? Nawet wobec najbliższych mu osób? To mieszanie się dobra i zła widać też w jego relacji z kochankiem. Mikolaszek kocha Franciszka, ale i poniża, potrafi traktować go obcesowo, brutalnie, z wyższością, ale jednocześnie chwile największego szczęścia, zapomnienia znajduje w jego ramionach. Dziwna jest też religijność głównego bohatera. W czasie wojny utracił wiarę, potem stał się bardzo religijny. Wielokrotnie widzimy, jak klęczy przed postawionym przez siebie krzyżem na usypanych wokół kamieniach, jakby się za coś karał, jakby pokutował. Znowu nie można oprzeć się wrażeniu, że jest w jego zachowaniu jakiś rodzaj fanatyzmu.

Drugi poziom, który sprawia, że film Agnieszki Holland tak wysoko cenię, to problemy etyczne. Są w "Szarlatanie" sytuacje, kiedy bohaterowie muszą podejmować istotne decyzje, nawet takie, które ważą najwięcej, bo decydują o życiu. I nie myślę tu wcale o tym, co najbardziej oczywiste - jak ocenić fakt, że Mikolaszek potrafił współpracować z każdą władzą, o czym już wspominałam. Czy to konformizm, mimikra, umiejętność dostosowania się do warunków? Instynkt samozachowawczy? Czy głęboko przemyślany moralny wybór, bo pomagając hitlerowskim czy komunistycznym aparatczykom, mógł jednocześnie bez przeszkód pomagać zwykłym ludziom. Cały czas czuł nad sobą parasol ochronny roztaczany przez wysoko postawione osoby. To ważne, ale są momenty dużo bardziej przejmujące i skłaniające do głębszego namysłu. Mikolaszek, ale także broniący go adwokat i  Franciszek Palko, współpracownik i kochanek, postawieni zostają w sytuacjach granicznych, muszą wybierać, a ich wybory mają znaczenie nie tylko dla nich. A to wszystko pokazane jest bardzo subtelnie, nie ma żadnej łopatologii. Czasem nawet nie wiemy, jaką decyzję podjęli. 

I wreszcie poziom ostatni - symboliczny. Tu trzeba wykazać się uwagą, być może gdybym obejrzała film po raz drugi (kiedyś na pewno to zrobię), dostrzegłabym jeszcze więcej. Jest tu wiele sytuacji podniesionych do rangi metafory, które można ze sobą zestawić - wracają do widza w inny sposób. Choćby dramatyczna, wojenna scena, o której już pisałam - jej echa odnajdujemy w filmie jeszcze kilkakrotnie. Albo scena z kociakami, której odbiciem jest potem scena z gołębiem. Kto widział film, pewnie wie, o co chodzi, kto zamierza obejrzeć, niech patrzy uważnie. Symboliczny jest też mrok w ponurym domu Mikolaszka i w innych równie ponurych gmachach skonfrontowany z feerią barw natury. To na łonie przyrody, kiedy pielęgnuje i zbiera zioła i kwiaty, to w rozświetlonym słońcem lesie, gdzie spędza intymne chwile z kochankiem, jest najszczęśliwszy.

To wszystko sprawia, że o "Szarlatanie" nie potrafię zapomnieć i najchętniej obejrzałabym go jeszcze raz, żeby wychwycić więcej niuansów, żeby pomyśleć.

"Schyłek dnia"

Wydawało mi się, że pokazywany na festiwalu w Wenecji "Schyłek dnia" Laszlo Nemesa nie wzbudził takiego entuzjazmu jak jego filmowy debiut, niezapomniany, wstrząsający "Syn Szawła". Dochodziły raczej głosy rozczarowania. Film dostał tam tylko (?), aż (?) nagrodę FIPRESCI, czyli międzynarodowej federacji krytyków. Ale teraz, kiedy wchodzi na nasze ekrany, bardzo wysoko ocenił go Janusz Wróblewski z Polityki, entuzjastycznie napisał o nim Krzysztof Varga, który w swoich felietonach drwić potrafi boleśnie. Dlatego nie czekając na więcej, czyli na wymianę zdań w moim ulubionym Tygodniku Kulturalnym, poszłam od razu do kina i ... wyszłam skonsternowana oraz nieco zagubiona. Sama nie wiedziałam, czy żałuję, że film obejrzałam, czy jednak nie. Musiałam sobie wszystko w głowie poukładać. Przyznam, że nadal jestem rozdarta - czy wybrałabym się na "Schyłek dnia", gdybym wiedziała, jaki to film? Być może nie, a przecież mimo wszystko (chyba) nie żałuję. Tak czy inaczej nadal przed oczami mam filmowe obrazy, nadal widzę świdrujący, dociekliwy, zacięty wzrok głównej bohaterki. Po podzieleniu się  wątpliwościami, pora przejść do konkretów.

Akcja filmu rozgrywa się w Budapeszcie w roku 1913. Z Triestu przyjeżdża młoda kobieta, Irisz Leiter, która chce się zatrudnić jako modystka w znanej w całym cesarstwie firmie kapeluszniczej. Kapelusze kupuje tu sama monarchini. Szybko okazuje się, że Irisz  jest dzieckiem dawnych właścicieli salonu. Kiedy miała dwa lata, jej rodzice zginęli w pożarze, firmę przejął ktoś inny. Niewiele pamięta. Co nią kieruje, kiedy wraca i tak uparcie stara się znaleźć tam zajęcie? Czy chce odzyskać salon? Nie bardzo wiadomo. Kiedy nagle w dość gwałtowny i tajemniczy sposób dowiaduje się, że w mieście mieszka jej starszy brat, którego wielu uznaje za diabła wcielonego, stara się go odszukać. Od tej chwili śledzimy, jak Irisz próbuje rozwikłać jego tajemnicę, znaleźć go i poznać. W czasie swojej wędrówki trafi do zakamarków miasta, o jakich się jej nie śniło, odkryje jego najbardziej plugawe, zbrodnicze oblicze. Blichtr, bogactwo mieszają się z nędzą i z odrażającymi czynami. Elegancja, piękno, dobre maniery to tylko fasada, za którą kryje się spełnianie najdzikszych zachcianek, służalczość, ukrywanie i tuszowanie haniebnych czynów popełnianych przez możnych. 

Ten karykaturalny w swoim rozpasaniu świat musiał zginąć, zdają się mówić twórcy filmu. Jest rok 1913, jeszcze nikt nie zdaje sobie sprawy, że wkrótce wybuchnie hekatomba, która w bezsensowny sposób pochłonie miliony ofiar i stanie się straszną traumą dla tamtego pokolenia. Nikt nie wyobraża sobie, że miliony żołnierzy będą tkwić miesiącami w okopach i modlić się o cud. W deszczu, w błocie, na mrozie, w spiekocie. Tytuł nie jest przypadkowy. "Schyłek dnia" ma być metaforą schyłku tamtego świata, tamtej cywilizacji. Problem w tym, że mnie to nie przekonuje. Rozumiem zamysł, ale czuję w tym wszystkim jakiś fałsz. Ta metafora wydaje mi się wykoncypowana, szeleści papierem, na którym spisano scenariusz. Na poziomie najprostszym, historii trochę sensacyjnej, trochę kryminalnej, film też mnie nie pociąga, a nie sądzę, aby zainteresował przeciętnego widza. Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze trwa grubo ponad dwie godziny i może nużyć. Po drugie za dużo tu niedomówień, niedopowiedzeń, za mało realizmu. Szybko orientujemy się, że bohaterka jest jakąś figurą, pełni rolę symboliczną. Kogo? Przewodnika? Wyrzutu sumienia? Memento, które ma nas ostrzegać? Gdyby traktować tę historię realistycznie, Irisz skończyłaby marnie wiele razy, bo chcąc rozwikłać zagadkę, uparcie pakuje się w kłopoty, postępuje nieostrożnie, ba, ryzykownie. A nie jest to przecież film gatunkowy, sensacyjny czy przygodowy, gdzie taki bohater to część konwencji. 

Dlaczego wobec tego o "Schyłku dnia" nie mogę mimo wszystko zapomnieć? Dlaczego mam stale w pamięci filmowe kadry? Dlaczego nadal udziela mi się jego ponura atmosfera? Bo film jest znakomicie zrobiony. Ma sugestywny, mroczny nastrój. Także w dosłownym sensie, bo wiele tu scen rozgrywanych w mroku, we mgle, w dymie, w ciemnych, zapuszczonych pomieszczeniach, w spelunach i norach, gdzie pełno typów spod najciemniejszej gwiazdy. Z tymi obrazami kontrastują kadry słoneczne, przestrzeń, elegancja i przepych salonu z kapeluszami czy pałacu pewnej hrabiny. Śledzimy Irisz, która brnie przez Budapeszt, poznając jego mroczne tajemnice, przekraczając kolejne kręgi piekielne, będąc świadkiem dziwnych, tajemniczych, gwałtownych, brutalnych, plugawych zdarzeń. Patrzymy na to wszystko jej oczami. Laszlo Nemesz zastosował tu podobną metodę jak w "Synu Szawła" - pokazuje bohaterów z bardzo bliska, stąd to wrażenie, że współodczuwamy z Irisz, niemal jesteśmy nią samą. Te obrazy, ten wykreowany świat przeraża i fascynuje. Dlatego trudno o tym filmie zapomnieć, dlatego (chyba) nie żałuję, że jednak go zobaczyłam. Czy wobec tylu wątpliwości warto wybrać się do kina? Trudno mi jednoznacznie rozstrzygnąć. 

PS. W "Schyłku dnia" sporą i ważną rolę gra Marcin Czarnik.

"Łagodna"

O filmie Siergieja Łożnicy zrobiło się głośno od czasu festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany w konkursie głównym, ale żadnej nagrody nie dostał. Teraz, kiedy wszedł na nasze ekrany, recenzje są różne - dominują bardzo dobre, ale słyszałam też głosy sceptyczne. Poszłam do kina z całą świadomością tego, co mnie może spotkać, bo Łożnica należy do tych reżyserów, których filmów nie opuszczam, od kiedy zaistniał w mojej świadomości. A stało się to po obejrzeniu obrazu "Szczęście ty moje". Temu, kto go widział i pamięta, a także znakomite "We mgle", napiszę, że "Łagodnej" znacznie bliżej do pierwszego z filmów. Tytułowa Łagodna, podobnie jak bohaterowie tamtego obrazu, nagle wpada w matnię, w straszny rosyjski świat jak z koszmarnego snu. Świat niby realistyczny, ale tak spotworniały, że aż groteskowy. Nie jest to kino łatwe i przyjemne. Akcja toczy się wolno, wiele dialogów słychać zza kadru, kamera często pokazuje bohaterów w specyficzny sposób, a wszystko, no może poza sielską wsią, w której mieszka Łagodna, jest szare, brzydkie, w stanie rozpadu. Konkluzja z "Łagodnej" płynie dość oczywista - jednostka nie ma szans z systemem, jest bezradna, bezbronna, żaden bunt nie pomoże. Chociaż uważam, że obejrzeć trzeba i w żadnym wypadku nie żałuję tych ponad dwóch trudnych godzin w kinie, mam mieszane uczucia, a dlaczego wyjaśnię w części drugiej, raczej dla tych, którzy film widzieli. Zapraszam.

A teraz będzie o moich wątpliwościach, czyli o tym, dlaczego od "Łagodnej" zdecydowanie wolę inne rosyjskie filmy ostatnich lat, choćby "Lewiatana", mniej znanego "Durnia" czy "Geograf przepił globus", a z trzech fabuł Łoźnicy najwyżej cenię wojenne "We mgle". We wszystkich wspomnianych filmach, poza ostatnim, historycznym, mamy tę samą opowieść - o strasznej, współczesnej Rosji. Czasami tak strasznej, że aż nierzeczywistej. Po ich obejrzeniu mam identyczną refleksję jak po przeczytaniu reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje" - czy rzeczywiście tamten świat aż tak wygląda? Czy może jest podkręcony na potrzeby filmów i książki? Kiedy pisałam o tekstach Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz, zastanawiałam się nad tym. Wspominałam, że chętnie zadałabym jej to pytanie. Już nie muszę - byłam na spotkaniu z reporterką i wiem, że niestety czarny obraz Ukrainy nie jest przesadą. Nie musiałam pytać, autorka sama zapewniała, ku mojemu przerażeniu, że za każdym z tekstów kryją się dziesiątki innych podobnych historii, do książki wybrała kilkanaście.

Po tej przydługiej dygresji wracam do tematu. Otóż rzecz w tym, że w "Łagodnej" w sferze treści dostajemy tylko taką właśnie refleksję - Rosja jest piekłem. Brakuje mi jakiegoś zaczepienia - postaci z krwi i kości, głębokich psychologicznych portretów, skomplikowanych relacji międzyludzkich, cieniowania. To wszystko dostajemy w przywołanych przeze mnie filmach. Tam mogłam bohaterom współczuć, mogłam się nad nimi litować, mogłam ich nienawidzić, złościć się, dociekać, co czują, co ich łączy, mogłam oceniać. W wypadku "Łagodnej" jest inaczej. Ten film to świetnie zrobiony obraz spotworniałego świata, obraz pełen literackich aluzji.

Już sam tytuł najprawdopodobniej jest nieprzypadkowy, nawiązuje do opowiadania Dostojewskiego. Niestety albo "Łagodnej" nigdy nie przeczytałam, albo jej nie pamiętam, więc nie będę udawać, że ten obszar refleksji jest mi dostępny. Niemniej jednak poświęcę parę zdań filmowej bohaterce. Łagodna ma stale taki sam zrezygnowany, udręczony, bolesny, smutny wyraz twarzy. Uparcie robi swoje, stara się dostarczyć zamkniętemu w więzieniu mężowi paczkę. Znosi upokorzenia, chwyta się każdej szansy, najczęściej bardzo lekkomyślnie. Nie wiadomo, czy jest tak zdesperowana, czy może aż tak naiwna. Kiedy patrzyłam na to, co robiła, miałam ochotę krzyczeć - uważaj kobieto, pakujesz się w kłopoty, jak możesz im ufać! Ale wiadomo, że nie o to tu chodzi. Łagodna ma wpaść w piekielny krąg, schodzić coraz niżej, znaleźć się w matni. Nawet ludzie z organizacji na rzecz praw człowieka nie wierzą, że są w stanie jej pomóc. To znakomita scena, może nawet najlepsza w filmie. Wyraz bezradności, bezsilności. Zderzenie beznamiętnego głosu działaczki, która redaguje pismo najeżone potwornościami, z porządkami robionymi po kolejnym nalocie policji i z rozmową z Łagodną przynosi poruszający efekt. Twoja sprawa to nic w porównaniu z historią kobiety, której dotyczy redagowany raport. Takich problemów mamy mu setki. A i tak na koniec okaże się, że może nie warto wszczynać procedury, bo narazi to bohaterkę na jeszcze większe kłopoty. Tylko heros, straceniec, człowiek niezwykłej odwagi i szlachetności jest w stanie to udźwignąć.

W tym potwornym świecie Łagodna pozostaje samotna, zdana tylko na siebie. Nie ma w niej energii, jaka cechowała bohaterki bułgarskiej "Lekcji" czy filmu braci Dardenne "Dwa dni, jedna noc". One też desperacko próbowały coś załatwić, ale same decydowały o swoim życiu, brały sprawy w swoje ręce. Łagodna staje się pionkiem, jest jak trzcina na wietrze przekazywana z rąk do rąk.

Jej sytuację oczywiście można też przyrównać do sytuacji bohaterów Kafki. Wpadła w tryby państwowej machiny, a właściwie machiny bezprawia, i zderza się ze ścianą, nic od niej nie zależy. Odbija się od kolejnych urzędniczek i od policjantów.

Jest wreszcie scena, która drażni, bo nie pasuje swoją poetyką do reszty filmu - groteskowa ni to uczta, ni to posiedzenie partyjne. Niewątpliwie to aluzja do balu u Wolanda z "Mistrza i Małgorzaty". Łagodna jak Małgorzata rozbiera się, wkłada białą suknię, potem zdziwiona przygląda się zgromadzonym, słucha ich mów. Tylko finał jest tragiczny. Woland Łoźnicy nie pomoże filmowej Łagodnej. Rzuci ją na pożarcie pozbawionym hamulców więźniom. Scena potworna, brutalna, przykra, ale po raz kolejny trudno mi się zbliżyć do bohaterki. Jeśli współczuję, rozpaczam, to nie tej konkretnej kobiecie, ale każdej ofierze gwałtu. Na szczęście to tylko sen. Jak się skończy ta historia? Nie wiadomo. Łagodna wyrusza w ciemna noc, po raz kolejny daje się prowadzić piekielnej gospodyni, szemranej postaci, stręczycielce. Pewnie wkroczy w kolejny krąg inferna.

Jakub Małecki "Dygot"

Kiedy w 2015 roku w wydawnictwie Sine Qua Non ukazała się powieść Jakuba Małeckiego "Dygot", mówiło się o niej dużo i bardzo dobrze. Zastanawiałam się nawet, czy nie przeczytać, ale dałam sobie spokój, bo na mojej opasłej liście książek, które chcę przeczytać były pilniejsze lektury. Potem wyszły "Ślady", chyba mniej entuzjastycznie przyjęte, ale teraz nominowane do Nike. Z czasem o książkach Małeckiego przestałam myśleć, bo wypychały je pozycje nowsze i nowsze. Do czasu. Bo nagle polecił mi je znajomy. Nie ma to jak osobista rekomendacja innego książkoholika, którego gustom literackim się wierzy. Kiedy nadarzyła się atrakcyjna promocja, kupiłam, a teraz jestem już po lekturze "Dygotu".

Trzeba przyznać, że powieść Małeckiego czyta się znakomicie. Wciąga, hipnotyzuje, trochę jak "Morfina" Twardocha. To dwutorowo prowadzona historia dwóch wiejskich rodzin, Łabendowiczów i Geldów. Długo nic o sobie nie wiedzą, mieszkają w innych wsiach gdzieś w okolicy Koła. Szybko domyślamy się, że ich losy muszą się spleść i tak rzeczywiście się stanie. Historia zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, kończy w latach dziewięćdziesiątych. Co jakiś czas narrator zaznacza upływ czasu, przywołując jakieś istotne zdarzenia z dwudziestowiecznej historii, na przykład poznański czerwiec. Ale nie jest to powieść polityczna. Czemu służą te odwołania? Może przekornemu zakorzenieniu fabuły w świecie realnym? Chciałoby się napisać w tu i teraz, ale raczej należałoby powiedzieć w tam i wtedy. Użyłam słowa przekornemu, bo w powieści Małeckiego realizm łączy się z żywiołem metafizycznym. Nie wiem, czy można "Dygot" nazwać realizmem magicznym, nie bardzo się na tym znam. No może w takim potocznym znaczeniu tego pojęcia. Jedną z rodzin ściga klątwa, losy drugiej przepowiedział Cygan. Niby jest to opowieść mocno osadzona w wiejskiej i prowincjonalnej rzeczywistości - bohaterowie zmagają się z codziennymi problemami, pracują na gospodarce, prowadzą w mieście sklep warzywny, zmagają się z kłopotami finansowymi, posyłają dzieci do szkół, piją, łajdaczą się i tak dalej, i tak dalej. Sporo tu jednak dziwności. W rowie mieszka straszydło, człowiek - nieczłowiek, zwany przez jednego z bohaterów Strzępkiem. Syn Łabendowiczów  jest albinosem, wyrzutkiem, nieakceptowanym przez wiejską i małomiasteczkową społeczność. Na rzeczywistość patrzy w dziwny sposób, miewa wizje, świat mu się przelewa przed oczyma. Potem znajdzie się na to medyczne wytłumaczenie - albinosi mają problemy ze wzrokiem. Po wsi chodzi wiejska wariatka, Dojka, która wszystko widzi i wszystko wie. W domu mieszka oswojona sowa zwana Durną. W innym domu wybuchnie granat. Silne są tu związki z przyrodą - ze zwierzętami, z ziemią. A to przecież nie wszystko. Wiele tu dziwnych zbiegów okoliczności, a wszystkie przysłowiowe strzelby wybuchają.

Ale  najważniejszy jest pesymizm. Przekonanie, że choćby nie wiem jak się człowiek starał i tak dopadną go wszystkie nieszczęścia świata. Bo świat jest prawdziwym łez padołem. Na bohaterów czyha Historia, choroby, nawet zwykły ból zębów okaże się dopustem Bożym, cierpienia, niespełnione miłości, ścigają ich wyrzuty sumienia, które nie dają spać po nocy, sąsiedzi są gotowi wbić nóż w plecy, dzieci albo same sprowadzają na siebie nieszczęścia i schodzą na złą drogę, aby, gdy jest już za późno, cierpieć, albo rodzą się dziwne (Wiktor - albinos), albo ulegają nieszczęśliwym wypadkom. A na końcu i tak śmierć każdemu pisana. To  tragiczne spojrzenie na ludzką egzystencję symbolizuje tytułowy dygot. Strach przed ludźmi, przed losem, przed cierpieniem, przed nieznanym. Bo człowiek to tylko trzcinka na wietrze, igraszka w ręku mrocznych sił.

Jak wspomniałam, książkę pożera się jednym tchem. A jednak wyczuwam w niej jakiś fałsz. Chociaż podobnie patrzę na świat, chociaż jestem realistką do bólu, co niektórzy mylą z pesymizmem, to jednak nieobce mi są radości. To one chronią przed ostatecznym zwątpieniem. Tymczasem czytając "Dygot", miałam wrażenie, że bohaterów dosłownie ścigają nieszczęścia. Ta kondensacja wszystkiego, co ciemne, losy trzech, a właściwie czterech pokoleń, rozpisane są przecież na niecałych czterystu stronach, z jednej strony wywołuje pożądany efekt - przekonanie, że świat jest miejscem  strasznym, z drugiej po jakimś czasie miałam wrażenie przesytu, sztuczności. Jednym słowem czułam, że mam do czynienia z literackim konceptem. Zaczęłam widzieć szwy. Dlatego książkę, chociaż zgrabna, zręcznie napisana, momentami zniewalająca urodą języka, skończyłam czytać z niedosytem. Jeśli, czytelniku tej notki, musisz z braku czasu starannie wybierać lektury, to sięgnij po Myśliwskiego, a potem po "Skoruń" Macieja Płazy. Te książki są prawdziwe, nie ma w nich żadnej fałszywej nuty.

PS. Przywołałam akurat tych autorów, bo obaj piszą o wsi i o prowincji.


"Spotlight"

Właśnie obejrzałam "Spotlight" obsypany tyloma nominacjami i nagrodami, że aż trudno je wszystkie wymieniać. Jeśli na kimś robi to wrażenie, na mnie żadnego, informuję tylko, że nominowany jest aż w sześciu kategoriach oskarowych. Czy wyniknie z tego wielkie wow, czy może, jak to bywa, wielkie nic, zobaczymy. Nie dlatego wybrałam się na ten film. Zainteresował mnie temat, no i wierzyłam, że jest to rzecz co najmniej dobra. Jeśli myślisz, czytelniku tej notki, że teraz napiszę, iż się zawiodłam, to tym razem jesteś w błędzie. Troszkę cię, niechcący, podpuściłam. Otóż "Spotlight" kupiłam bez zastrzeżeń, obejrzałam z wielkim zainteresowaniem, a im bliżej końca, tym emocje większe. Chociaż, jak słyszę, nie wszyscy są aż tak zachwyceni. Niektórzy marudzą, że za mało napięcia, że brak suspensu typowego dla filmu sensacyjnego czy thrillera, brak jakiegoś nagłego zwrotu akcji. Po pierwsze nie zgadzam się z taką opinią, bo moim zdaniem te elementy są, a po drugie to nie jest film typowo sensacyjny, a już thrillerem, jak określa go dystrybutor, nigdy bym go nie nazwała. To nieporozumienie.

"Spotlight" jest opartą na faktach, bardzo podobno wiernie zrekonstruowanych, opowieścią o śledztwie grupy dziennikarzy z  dziennika Boston Globe, które ujawniło skalę pedofilii w amerykańskim Kościele katolickim. To od ich tekstu, a potem kolejnych artykułów, bo jak dowiadujemy się z końcowych napisów, powstało ich w ciągu następnych miesięcy sześćset (!), zaczął się skandal, który doprowadził do licznych procesów, a żeby podołać materialnym odszkodowaniom przyznawanym ofiarom molestowania, bostońska archidiecezja musiała sprzedać swoją siedzibę. Arcybiskup Law, który o sprawie wiedział i stworzył cały mechanizm zamiatania jej pod dywan, co sprawcom pozwalało nadal działać właściwie bezkarnie, musiał wprawdzie ustąpić ze stanowiska, ale wyjechał do Watykanu, gdzie został mianowany archiprezbiterem bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie. Na wszelki wypadek informuję, że jest to jeden z czterech najważniejszych rzymskich kościołów, więc trudno powiedzieć, że poniósł jakieś konsekwencje.

Film wolny jest od sensacji, nie epatuje też przesadnie okropnościami, stroni od sentymentalizmu, za to krok po kroku pokazuje żmudną, trwającą ponad rok robotę dziennikarską. Spotlight to kilkuosobowa grupa reporterów śledczych, która w Boston Globe zajmowała się wykrywaniem rozmaitych afer. Aktorzy, których początkowo myliłam, jak to czasem bywa w wypadku amerykańskiego kina, bo jestem na bakier, z czasem nadają swoim postaciom indywidualne rysy. O każdym z kreowanych przez nich bohaterów możemy coś powiedzieć. Film znakomicie pokazuje mozolną, wcale nieefektowną pracę dziennikarską. Szperanie w archiwach, setki  telefonów, setki wizyt w domach ofiar, rozmowy, zabieganie o dokumenty, szukanie wiarygodnych źródeł i notowanie, notowanie, notowanie. Każdy z nich nie rozstaje się z nieodłącznym  notesem i długopisem. Dziś w erze internetu wygląda to trochę inaczej. Aż trudno uwierzyć, że od końca lat dziewięćdziesiątych i początku dwutysięcznych świat tak bardzo się zmienił. Zanim nastąpi szczęśliwy finał, obserwujemy konflikty, załamania, zniechęcenie. W tle pojawia się moralny dylemat - jeśli będą pracować dłużej, aby pokazać system, ryzykują, że liczba ofiar jeszcze się zwiększy, bo dla dobra śledztwa (i w obawie przed konkurencją, która też już węszy) nie można ostrzec nawet sąsiadów, którzy mają dzieci. A pokusa, żeby drukować  natychmiast to, co już wiadomo, jest ogromna. Reporterzy wcale nie są wojującymi antyklerykałami, przeciwnie, dla niektórych sprawa jest bardzo osobista, powoduje pęknięcie, rozczarowanie, którego woleliby nie przeżywać. Na tym między innymi polega świetna filmowa robota. "Spotlight" nie uciekając od głównego tematu, znakomicie niuansuje i kilkoma kreskami pokazuje wiele aspektów tej sprawy. Cierpienie ofiar, rozpacz ludzi głęboko wierzących, dla których Kościół był autorytetem, niezrozumiałe zaniechania dziennikarzy. Nikt tu nie jest bez winy, chociaż czasem wina bywa niezamierzona. Tak jest w wypadku jednego z głównych bohaterów.

Dziennikarskie śledztwo prowadzi do wykrycia sprawców, ale przede wszystkim ujawnia skalę zjawiska i cały system chroniący pedofilów, dzięki czemu mogli bezkarnie molestować kolejne ofiary w kolejnych parafiach, do których byli przenoszeni. Jest też oskarżeniem środowiska prawniczego, które z obrony winnych zrobiło sobie intratny biznes. Ale film zwraca też uwagę na jeszcze jeden problem. Jak to się stało, że tyle osób wiedziało albo domyślało się, ale wszyscy milczeli. Wzajemna sieć układów, układzików, powiązań sprawia, że nikt nie chce się wychylić. Pojawiają się dwa argumenty. Pierwszy przecież nie wygracie z Kościołem, nie odważycie się wyruszyć na tę wojnę i drugi przecież chyba nie chcecie zepsuć dobrej reputacji miasta. Kiedy to zawodzi, pojawia się argument innej kategorii - zobaczcie, kto wami kieruje, przecież wasz nowy szef jest Żydem, i w dodatku obcym, bo nie z Bostonu. (To nie są cytaty.)

Znakomity, trzymający w napięciu film, bardzo wyważony, stroniący od niepotrzebnej sensacji, a przecież przerażający, ponieważ pokazuje zjawisko i jego skalę nie tylko w Stanach, ale i na świecie. Bo tamta sprawa poruszyła lawinę, która rozlała się i na inne kraje. Do Polski, póki co, dotarł zaledwie jej odprysk.

Filmowe remanenty - "Zupełnie Nowy testament", "Czerwony pająk"

Po rozczarowaniu "Córkami dancingu" z duszą na ramieniu szłam na belgijską komedię "Zupełnie Nowy Testament". Bałam się, że ten groteskowy, absurdalny film znowu okaże się propozycją nie dla mnie. Mimo obaw postanowiłam jednak zaryzykować, bo nawet sam Tadeusz Sobolewski poświęcił mu recenzję, a wiadomo, że nie pisze o błahostkach. Nie zwracając uwagi na ekstremalny mróz, poszłam do kina. Tym razem na szczęście się nie rozczarowałam i z czystym sumieniem mogę "Zupełnie Nowy Testament" polecić każdemu. Ale uwaga! To nie jest komedia, na której umiera się ze śmiechu. Czasem można roześmiać się w głos, jednak o wiele częstszą reakcją jest lekki uśmiech. Owszem, zobaczymy tu trochę poczciwych, chociaż pospolitych, komediowych gagów, ale przeważa humor wynikający z pomysłu i dialogów. Powiem więcej, właściwie, co może zabrzmieć paradoksalnie, film ma raczej melancholijny nastrój, a i tempo wcale nie jest zawrotne. O takich komediach mówi się czasem, że są inteligentne. Nie lubię tego określenia, ale niech będzie. Natomiast nie przypisywałabym "Zupełnie Nowemu Testamentowi" jakiejś intelektualnej głębi. Moim zdaniem film korzysta z utrwalonych w dyskursie światopoglądowym sądów, a nie jest żadnym poruszającym czy poważnym głosem w dyskusji. Nie dotknął mnie, nie skłonił do refleksji nad sprawami, o których myślę bardzo często, nie zmusił do zastanowienia. Oglądając go, nie miałam poczucia, że reżyser trafia w sedno, mówi o czymś, o czym sama myślę, a może boję się powiedzieć. (Przesadziłam z tym strachem, to tylko retoryczny ozdobnik.) Intelektualnie pozostałam obojętna, ale bawiłam się dobrze. Jednym słowem nie jest to propozycja taka jak "Lourdes", głośny francuski film sprzed kilku lat czy stosunkowo świeży "Body/Ciało" Szumowskiej (też komedia). No bo czy jest coś odkrywczego w stwierdzeniu, że Bóg fatalnie ten świat urządził? Albo że byłoby lepiej, gdyby świat urządzały kobiety? Albo że powinniśmy porzucić rutynę i iść za głosem serca, bo nie warto tracić życia na nudną pracę, nieudane związki i co tam jeszcze? (Żeby to było takie proste!) Że powinniśmy być dla siebie mili i dobrzy? Że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia? (Przewrotne zakończenie) Oczywiście nie! Po raz kolejny przychodzi mi stwierdzić, że rzecz nie w tym, co, ale jak! No bo przywołane tu przed chwilą filmy też w końcu Ameryki nie odkrywają, a jednak zrobione są tak, że budzą w widzu coś ważnego. Może błąd polega na tym, że w "Zupełnie Nowym Testamencie" za dużo jest na raz pomysłów i wątków, dlatego film staje się niespójny, a nasza myśl skacze od Sasa do lasa? I na koniec jeszcze jedno. Mimo, co oczywiste, szczęśliwego zakończenia, mnie zrobiło się smutno. Niestety, nikt nam świata w cudowny sposób nie zmieni. Wyszłam z kina, a żaden z problemów nękających ten ziemski padół nie został w ciągu tych dwóch godzin rozwiązany.

A teraz, krócej, o filmie, który na ekranach jest już od dłuższego czasu. To "Czerwony pająk", fabularny debiut znakomitego dokumentalisty i operatora Marcina Koszałki. Długo zwlekałam, właściwie chciałam iść od razu, ale po obejrzeniu czegoś dołującego, chyba "Victorii", chwilowo miałam dość mrocznych klimatów. (Kiedy sprawdziłam, jakie filmy w ostatnim czasie obejrzałam, okazało się, że każdy był przygnębiający.) Zmobilizowałam się dopiero w poprzednim tygodniu, ponieważ kończyli go właśnie grać w moim ulubionym kinie. Cieszę się, że jednak "Czerwonego pająka" zobaczyłam. Film jest świetnie zrobiony, ma gęsty od mroku klimat, znakomicie odtwarza realia Krakowa lat sześćdziesiątych, trzyma w napięciu, przykuwa uwagę. Ma też kilka bardzo dobrych, wyrazistych ról (przede wszystkim Adam Woronowicz i Filip Pławiak, ale dotrzymują im kroku Małgorzata Foremniak, Marek Kalita, Julia Kijowska). Minął już prawie tydzień, a ja wciąż pamiętam, mimo że .... no właśnie, mimo że sam temat w takim ujęciu aż tak bardzo mnie nie porusza. Koszałka zrobił film o fascynacji złem, o jego popkulturowym wymiarze. Nawiązując do historii seryjnego mordercy Karola Kota, który grasował w Krakowie w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku, i do miejskiej legendy o Lucjanie Staniaku, polskim Kubie Rozpruwaczu, pyta o to, dlaczego zło fascynuje, dlaczego przykuwa uwagę, dlaczego morderca staje się gwiazdą popkultury. Mnie bardziej zastanawia, jak to się dzieje, że zło rodzi się w zwyczajnym człowieku, że sąsiad zabija sąsiada, że w pewnych okolicznościach w kimś potrafi zbudzić się bestia. Czy w każdym? W "Czerwonym pająku" chodzi o problem indywidualny, relację uczeń-mistrz, mnie nie daje spokoju zło budzące się w zbiorowości. Chociaż temat w takim ujęciu nie do końca jest moją bajką, to film naprawdę warto zobaczyć. Może jeszcze gdzieś snuje się po ekranach.

Alberto Moravia "Konformista"

Wstyd się przyznać, ale "Konformista" (W.A.B. 2014; przełożyła Zofia Ernstowa) to pierwsza powieść Alberto Moravii, jaką przeczytałam. Jakoś w ogóle z literaturą włoską było mi dotąd nie po drodze. A okazuje się, że to już trzecia, po "Nudzie" i "Pogardzie", książka włoskiego klasyka wydana przez W.A.B. w serii Nowy Kanon. Sięgałam po nią z przekonaniem, że będę obcować z arcydziełem. Tymczasem okazuje się, że "Konformista" nie był najwyżej ocenianą pozycją Moravii. Sławę i nowe życie zawdzięcza dopiero ekranizacji dokonanej przez Bertolucciego z Jean-Louisem Trintignant w roli tytułowej. Filmu niestety nie widziałam, chyba, że nie pamiętam.

Poza nazwiskiem autora zwabił mnie temat. Sądziłam, że to powieść polityczna, powieść o człowieku uwikłanym w faszyzm. Bo, jak można dowiedzieć się z opisu umieszczonego na okładce, główny bohater, Marcello angażuje się w działalność włoskiego ruchu faszystowskiego. Tymczasem w gruncie rzeczy nie jest to książka o polityce. Moravia nie analizuje faszyzmu, nie prezentuje mechanizmów społecznych, nie zastanawia się nad tym, dlaczego Włosi poparli Mussoliniego. Faszyzm mógłby tu równie dobrze zostać zastąpiony jakimkolwiek innym ruchem politycznym czy organizacją o charakterze totalitarnym. Nawet Włochy nie są ważne, stanowią tylko tło zdarzeń. Bo to powieść, która opowiada o przypadku indywidualnym, powieść psychologiczna. Wszystko, co w swoim dorosłym życiu robi Marcello, podporządkował jednemu pragnieniu: chce być jak inni. Chce być zwyczajny, przeciętny, nie wyróżniać się z tłumu. Dlatego żeni się z Gulią, dziewczyną z urzędniczej rodziny do bólu zwyczajnej. Dlatego po ślubie chce zamieszkać w mieszkaniu jej matki w urzędniczej dzielnicy, gdzie każde mieszkanie wygląda tak samo. Marcello napawa się jego przeciętnością i bezguściem, cieszy go to, bo jest tu tak, jak wszędzie dookoła. Dlatego wreszcie staje się zwolennikiem faszyzmu. Skoro większość popiera idee wyznawane przez Mussoliniego, nie do końca je rozumiejąc, on robi tak samo, aby wtopić się w otoczenie. Tak jak inni, intuicyjnie czuje, że się z nimi zgadza. Nie jest to więc akt w pełni świadomy, przemyślany, zrozumiany. Nie, po prostu wydaje mu się, że on też tak właśnie myśli. To przekonanie powstało w nim samorzutnie, tak jak kształtują się zapewne przekonania prostych ludzi z gminu; przyszło, jak to się mówi, z powietrza. (...) odczuwał instynktowną, niemal fizjologiczną potrzebę tej wiary, którą podzielał z milionami innych ludzi. To zresztą znany mechanizm, podobno tak właśnie ma się sprawa z poglądami, nie tylko politycznymi, przeciętnego człowieka. Gdyby ktoś przyparł nas do muru, nie bardzo umielibyśmy poza ogólnikami objaśnić, dlaczego jesteśmy na przykład liberałami albo konserwatystami. Podobnie ma się sprawa z Marcello. Pozostaje pytanie, dlaczego robi wszystko, aby być przeciętniakiem, szarym, zwyczajnym człowiekiem. Odpowiedź znajdzie czytelnik w obszernym prologu. Poznajemy Marcella, kilkunastoletniego chłopca z bogatego domu, którym nikt się nim specjalnie nie interesuje. Matka, dużo młodsza od męża, zajęta jest sobą. Ojciec, człowiek starszy, może już wtedy zdradza pewne objawy szaleństwa, które wkrótce go pokona. Chłopiec odnajduje w sobie upodobanie do zła. Przeraża go to i fascynuje. Zastanawia się, czy inni są podobni do niego, pragnie, aby tak było, szuka usprawiedliwienia dla swoich niecnych uczynków. Kiedy odkrywa, że tylko on jest taki, za wszelką cenę pragnie upodobnić się do innych, stać się normalny, przeciętny. Ale Marcello, samotnik, długo trzymany w domu pod kloszem, różni się od rówieśników, dlatego narażony jest na upokorzenia z ich strony. Ze swoimi problemami zmaga się sam, bo dorośli zajęci są sobą. Wkrótce w życiu Marcella dojdzie do jeszcze bardziej dramatycznych zdarzeń, co położy się cieniem na jego przyszłości. Odtąd pragnienie stania się normalnym, przeciętnym człowiekiem i pragnienie odkupienia winy, odcięcia się od przeszłości będą motorem jego działań.

Przyznam, że ta część powieści wydała mi się najlepsza. To wstrząsające, niezwykle wnikliwe studium samotności i rozpaczy dziecka uwikłanego w zdarzenia, których nie rozumie. W dalszej części książki drażniło mnie natrętne przywoływanie normalności. Marcello myśli o tym, podejmując wszystkie ważne decyzje, tłumaczy tym każdy istotny krok. Motywy dramatycznych działań, których musi się podjąć, wydały mi się mocno pokrętne. Może dlatego zabrakło w jego rozterkach głębi i tragizmu. Za dużo rozumowania, za mało przeżycia. Zło nie poraża tak, jak powinno. A przecież Marcello, agent tajnej policji, musi na zlecenie swoich pracodawców zlikwidować swojego uniwersyteckiego profesora (niczego tu nie zdradzam, tę informację znajdzie czytelnik na okładce). Udawać przyjaźń, grać, aby w końcu, jak Judasz, wydać. Judasza zresztą przywołuje wielokrotnie, roztrząsając sytuację, w jakiej się znalazł. Z tych powodów powieść Moravii trochę mnie rozczarowała, wydała mi się nierówna, a moralne rozterki bohatera za bardzo wyrozumowane.

Mimo tego książkę bardzo dobrze się czyta. Chociaż, jak już wspomniałam, jest to powieść raczej psychologiczna, akcja (dość wolna) pełna jest zaskakujących zwrotów i nieoczekiwanych zdarzeń. Losy bohaterów, których przeszłość kryje mroczne tajemnice, plączą się i stają dramatyczne. Podobała mi się też melancholijna i dekadencka atmosfera. Obraz rozpadu, chaosu, niepewność przyszłości, która towarzyszy bohaterom. Owszem, jestem nieco rozczarowana, spodziewałam się czegoś bardziej dojmującego, ale na pewno po Moravię jeszcze sięgnę. Przecież mistrzowie nawet w słabszej formie pozostają mistrzami.

Eustachy Rylski "Obok Julii"

Rylski to chyba jedyny polski współczesny pisarz, którego regularnie czytałam. Właściwie nie wiem, dlaczego pozytywne recenzje jego powieści sprawiały, że po nie sięgałam. Nie czytałam Pilcha, Stasiuka, Tokarczuk i wielu innych ulubieńców polskiej krytyki. Dla Rylskiego robiłam wyjątek. A potem zawsze było tak samo: jakoś nie potrafiłam się zachwycić. Owszem, lektura była przyjemna, ale czułam, że nie rozgryzam tej prozy, że chyba coś mnie omija, coś, co widzą inni. Kiedy ukazała się ostatnia powieść pisarza, "Obok Julii" (Wielka Litera 2013), też oczywiście kupiłam, ale jakoś mi się nie spieszyło, może dlatego, że tym razem recenzje nie były najlepsze. I pewnie leżałaby sobie na półce nadal, gdyby nie dwa wywiady z Eustachym Rylskim, jakich wysłuchałam, jednego w telewizji, drugiego w radiu. Bo rozmówcą jest bardzo ciekawym. Lubię jego lekką mizantropię, odpowiada mi raczej pesymistyczne spojrzenie na świat, nutka cynizmu. A poza tym to, co mówi, jest po prostu ciekawe. Gdybym miała "Szarą lotkę", najnowszy zbiór opowiadań, który był pretekstem do tych rozmów, pewnie sięgnęłabym po niego. Ale na półce leżała przecież nieprzeczytana powieść, "Obok Julii", więc natychmiast rzuciłam się na nią, odkładając inne czytelnicze plany. I było jak zwykle. Trochę przyjemności z lektury, a potem jednak rozczarowanie. Cóż, wywiady zaostrzyły mój apetyt na spotkanie z prozą Rylskiego, a ona nie do końca spełniła pokładane w niej nadzieje.

Rylski akcję swojej powieści rozpiął pomiędzy latami pięćdziesiątymi zeszłego wieku a początkiem transformacji. Bohaterem jest Janek Ruczaj, w młodości, jak wielu innych, zafascynowany prozą Hemingway'a. Razem z kilkunastoma starszymi nieco od siebie mężczyznami tworzą nieformalny hemingwayowski klan. Nadają ton, czują się lepsi, wolno im więcej. Przyznają sobie takie prawo. Ich celem jest życie wygodne i przyjemne. Czerpać przyjemność, nie wikłać się w przyziemną codzienność, wywinąć się życiu. Tego próbują. Ruczaj tej dewizie pozostanie wierny na zawsze, za co zapłaci samotnością. Ale to nie jedyna cena za stawianie przyjemności na pierwszym miejscu. Taka postawa niesie ofiary, czasem przypadkowe, czasem nie. Janek ma świadomość zła, które po drodze wyrządził ludziom. Przyjmuje to z rezygnacją i spokojem. Tak wyszło, tak trzeba było, żeby bronić swojego prawa do przyjemności.

Ruczaj to antybohater. Wszystkie bohaterskie cnoty, odwagę, ryzyko, narażanie życia, wykorzystuje w złej sprawie. Jak mówi męskość to przyjemność. Powstania, insurekcje, narażanie życia lub odbieranie go innym, ryzyko poza granicę rozsądku to jej część. I zgodnie z taką filozofią postępuje. Z czasem przyznaje sobie prawo do wymierzania sprawiedliwości, chociaż sam ma wiele na sumieniu. Czyni się sędzią trzeciej sprawiedliwości, ani boskiej, ani ludzkiej. Jednocześnie od czasów młodości towarzyszy mu przeczucie, że rozpad i śmierć są tuż obok. Nie ma nic stałego, nikt nie wymknie się przeznaczeniu. Śmierć, która mu stale towarzyszy, to część życia, opozycja młodości, przyjemności, wzmacnia je, pozwala mocniej czuć. W swojej powieści stworzył Rylski typ cynicznego, samczego bohatera, samotnego wilka, owianego mgiełką tajemnicy, trochę tchórza, ale zdolnego do straceńczego ryzyka. Czasem coś mnie w nim pociąga, ale bardziej drażni. Właściwie nie wiem, czy to postać serio, czy kpina z samca, twardego faceta? A tytułowa Julia? To femme fatale, którą taki silny facet musiał spotkać na swojej drodze. Pojawia się w jego życiu na chwilę, aby zniknąć na zawsze. Starsza od niego o kilka lat, piękna, stanowcza i niebezpieczna nauczycielka, w czasach jego młodości komunistka, potem ... nie mogę zdradzić. Ma życiorys równie barwny i równie nieprawdopodobny jak on.

Początkowo powieść wciąga. Zanurzyłam się w atmosferze małego miasteczka gdzieś w Karkonoszach koło Jeleniej Góry. Rylski posiada łatwość snucia opowieści, odmalowywania krajobrazu, czasu, nastroju. Wszystko okrasza egzystencjalnymi refleksjami. Styl ma niebanalny, nieco pokrętny, bywa, że trzeba wrócić do jakiegoś fragmentu po raz wtóry, aby zrozumieć. Z czasem jednak historia zaczęła mnie nużyć, a egzystencjalne uwagi wydały mi się jakby na doczepkę, jakby miały być usprawiedliwieniem dla dość nieprawdopodobnej opowieści. Dużo tu rozmaitych zbiegów okoliczności, zagadek, tajemnic, intryg. Powstała powieść na poły realistyczna, na poły w konwencji przygodowej, a jednocześnie niosąca niewesoły egzystencjalny przekaz. Może jest za bardzo rozbuchana? Poprzednie książki Rylskiego były znacznie krótsze, bardziej zwarte. I chyba wychodziło im to na dobre.

"Lewiatan"

Zafundowałam sobie przygnębiający kinowy weekend. O "Dużym zeszycie" pisałam ostatnio, a dzień wcześniej poszłam, a właściwie pobiegłam, na najnowszy film Zwiagincewa "Lewiatan". Kiedy oglądam takie filmy, zawsze zastanawiam się, na ile wykreowany obraz świata jest prawdziwy. Opowiedziana historia wydaje się po prostu nieprawdopodobna. A jednak. Nawet jeśli została przerysowana, to wyrasta przecież z ducha Rosji. Obawiam się jednak, że realia, które oglądamy na ekranie, nie zostały wyssane z palca. Małe postradzieckie miasteczko, gdzieś nad Morzem Barentsa. Surowe krajobrazy i zaniedbane, częściowo opuszczone bloki z wielkiej płyty. Miejsce, z którego chce się jak najprędzej uciec. Do Moskwy oczywiście. Ale nie wszyscy marzą o wyjeździe. Niektórzy świetnie się tu urządzili, a Kola, główny bohater, po prostu nie chce. Tu ma dom, który sam wybudował, tu mieszkali jego rodzice. I o ten dom musi stoczyć walkę z miejscowym merem, który chce go wywłaszczyć, bo ma chrapkę na działkę. To opowieść o zderzeniu bezsilnej jednostki z wszechwładnym państwem, które ma za nic prawa swoich obywateli. Dostajemy też, podobnie jak w niedawno pokazywanym innym rosyjskim filmie, "Geograf przepił globus", obrazki z rosyjskiej codzienności. Słyszałam głosy, że Zwiagincew zderza w swoim dziele powagę ze scenami komediowymi. Nie wiem, kto dopatrzył się w "Lewiatanie" czegoś śmiesznego. No może jedna czy dwie sceny wywołują uśmiech, ale o śmiechu mowy nie ma. To wyjątkowo przygnębiający obraz świata. Znowu, jak w przypadku "Dużego zeszytu", przywołam Smarzowskiego i znowu napiszę, że "Lewiatan" mimo podobnego spojrzenia na rzeczywistość różni się zasadniczo od filmów polskiego reżysera. To kino, skromne, nie tak atrakcyjne, za to mocno podszyte filozofią i duchowością. Mimo przygnębiającej aury, mrocznych zdjęć, prawie wyzutych z koloru, film bardzo dobrze się ogląda. To po prostu najwyższa półka. Ale przecież prawdziwym miłośnikom kina, którzy zachwycili się poprzednimi filmami Zwiagincewa, "Powrotem" i "Eleną", nie muszę tego tłumaczyć. Kto już widział, niech czyta dalej, kto jeszcze na "Lewiatana" się nie wybrał, niech to zrobi jak najszybciej.

A zaczyna się całkiem miło. Gdzieś pośród surowego, nieco księżycowego krajobrazu stoi drewniany, całkiem spory dom. Nagle przeszklona weranda rozbłyska przyjemnym światłem. Ktoś się krząta, zbiera do wyjścia. Wnętrza, chociaż nieco zagracone, są przytulne i sympatyczne. To dom Koli, który, jak mówi, wybudował własnymi rękami. Dlatego nie chce go oddać. Tym bardziej za marne grosze, za które będzie mógł sobie kupić mieszkanie w jednym z tych obskurnych, szarych bloków z wielkiej płyty tak skutecznie szpecących nadmorski pejzaż. Kola toczy nierówną walkę z merem. Właściwie jest w tej potyczce bez szans. Miasteczkiem rządzi sitwa, chciałoby się powiedzieć mafia, która robi, co chce. Dlatego przyjaciel Koli, prawnik z Moskwy, wie, że jedyna szansa to znalezienie haków na mera. W tej walce wszelkie metody są dozwolone. Nie ma znaczenia bezduszny sąd, prawdopodobnie, jak wszystkie instytucje w miasteczku, całkowicie podporządkowany merowi. Niekorzystny wyrok odczytuje sędzina beznamiętnym głosem w iście ekspresowym tempie tak, jakby za nic miała Kolę, jakby go nie było na sali rozpraw. Obraz władzy w "Lewiatanie" jest potworny. Mer to zapijaczony władca absolutny, gruby i obleśny, stosujący gangsterskie metody. Miasteczko traktuje jak łup, jak swoją własność. Jeździ w obstawie osiłków, otacza się ludźmi, którzy dla utrzymania się przy władzy są gotowi zrobić wszystko. Wrażenie robi na nim jedynie jakaś szycha z Moskwy, której się boi. Ale nie zamierza łatwo się poddać, dlatego zwoła naradę, której przebieg włos jeży na głowie. To wszystko jakoś nie przeszkadza mu żarliwie modlić się w cerkwi, spotykać z popem i zabiegać o jego poparcie. Sojusz tronu z ołtarzem w filmie Zwiagincewa przygnębia najbardziej. Finał jest tyleż zaskakujący, co przerażający. Kiedy kamera odjedzie, zrozumiemy, dla kogo przeznaczona była działka, na której stał dom Koli. A miejscowy pop na pocieszenie ma dla niego opowieść o Hiobie, który z pokorą przyjął wszystkie nieszczęścia zesłane przez Boga i wiary nie utracił. Na Kolę rzeczywiście zwaliło się wszelkie zło. Nie tylko przegrywa z merem, ale na dodatek ma jeszcze problemy z synem, żona zdradza go z najlepszym przyjacielem, a w końcu ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. I tu podobieństwa do Hioba się kończą. Kola nie wierzy, nie szuka pociechy w Bogu, za to topi swoje smutki w morzu alkoholu. W miasteczku są dwie cerkwie. Jedna stara, zrujnowana, w której spotykają się koledzy Romy, piją alkohol, palą papierosy. Na jednej ze ścian miga ledwo widoczny stary fresk. Postacie świętych, a może samego Boga, zdają się spoglądać na Kolę. Mam wrażenie, że kuli się pod ich wzrokiem. Jest jeszcze druga cerkiew, ta nowa, wybudowana na zgliszczach domu Koli. Ociekająca bogactwem, oślepiająca bielą ścian. W tej cerkwi dużo mówi się o Bogu, ale to fałszywe słowa. W świecie Zwiagincewa chyba wszyscy zapomnieli, co to grzech. I mer, i jego poplecznicy, i pop. Tak jak mały chłopczyk, syn Anżeli, który nie rozumie znaczenia tego słowa. Budynek cerkwi to po prostu inwestycja, a pop to inwestor. Przecież tak mówi o nim mer w rozmowie z Kolą (albo jego adwokatem; nie pamiętam).

Tytułowy Lewiatan ma dwojakie znaczenie, oba są w filmie ważne. Jedno wywodzi się z traktatu angielskiego filozofa Thomasa Hobbesa i symbolizuje absolutne, świeckie państwo chroniące obywateli przed wojną. Drugie znaczenie wywodzi się z Biblii. To potwór morski, przeciwnik Boga. Szkielet wieloryba, który straszy na plaży, jest czytelnym nawiązaniem do niego. W świecie pokazanym u Zwiagincewa Boga już dawno nie ma, pokonało go zło, to małe i to wielkie. A państwo? Państwo obywatela zniewala, na pewno przed niczym nie chroni.

Ale "Lewiatan" jest nie tylko traktatem o świecie bez wartości. To także opowieść o nieszczęśliwej miłości, zdradzie, rozczarowaniu małżeństwem i prowincjonalnym życiem, niejasnych pragnieniach i tęsknotach, rodzinnych problemach, zbuntowanym, nieszczęśliwym nastolatku tęskniącym za nieżyjącą matką, zazdrosnym o uczucia ojca. To portret nieszczęśliwej, smutnej kobiety, która miota się pomiędzy jedną miłością a drugą, pomiędzy poczuciem obowiązku a pragnieniem ucieczki, zmęczonej beznadziejną walką toczoną przez męża, poniewieraną przez pasierba, udręczoną pracą w przetwórni ryb. Czy Lila popełniła samobójstwo, czy została zamordowana na zlecenie mera, nie wiadomo. Może odpowiedź na to pytanie nie jest aż tak ważna. Obie możliwości są prawdopodobne.

Jest też "Lewiatan" obrazem życia na rosyjskiej prowincji, gdzie alkohol pije się nie na kieliszki a na butelki przy każdej możliwej okazji, gdzie wszystko trzeba załatwiać, gdzie rządzą układy i układziki, większe i mniejsze zależności. A wszystko rozegrane zostało w ponurym, księżycowym, ale na swój sposób pięknym, surowym, mrocznym krajobrazie, który podkręca jeszcze przygnębiającą wymowę filmu. Kolejny obraz, który nie niesie żadnej nadziei.

"Duży zeszyt"

Z takimi filmami jak węgierski "Duży zeszyt", zwycięzca festiwalu w Karlowych Warach w 2013 i tegoroczny kandydat do Oskara, mam kłopot. Dlaczego? Bo to rzecz niszowa, nie najłatwiejsza w odbiorze a przy tym niezwykle pesymistyczna, niedająca właściwie grama nadziei. No więc jak mam namawiać na wizytę w kinie? Kogo przekonam swoją notką? Może powinnam wskazać na pewne powinowactwo z kinem Smarzowskiego? Ale jego filmy oprócz mrocznej aury i ciemnej wizji świata zalecają się do widza pewną atrakcyjnością, choćby żywą akcją. Tego w "Dużym zeszycie" nie ma. Chyba najbliżej mu do "Białej wstążki" Hanekego. Cóż, sprawa wydaje się być z góry przegrana. A jednak warto poświęcić czas temu węgierskiemu filmowi (ściśle rzecz biorąc, to koprodukcja węgiersko-niemiecko-austriacko-francuska!). Trzeba mieć jednak pełną świadomość, na co się porywamy. A jest to opowieść o wojnie, o tym, jak dewastuje człowieka. Ale też o strasznym świecie bez zasad moralnych, w którym wprawdzie wszyscy znają Biblię i dziesięć przykazań, nikt ich jednak nie przestrzega i nawet nie próbuje tego ukryć. Przecież jedno z nich mówi nie zabijaj, a ludzie zabijają. To szczere i proste wyznanie uczynione przez głównych bohaterów, kilkunastoletnich bliźniaków, brzmi wstrząsająco.

Film zaczyna się dość niewinnie. Jest jesień 44 roku, a więc wojna powoli zbliża się do końca. Miły, rodzinny wieczór w zamożnym mieszczańskim mieszkaniu. Ojciec przyjechał na przepustkę, więc wszyscy się cieszą, zwłaszcza bliźniacy. To ostatnie szczęśliwe chwile. Chłopcy zostają wysłani na wieś do babci, o której istnieniu nie mieli dotąd pojęcia. Rodzice wierzą, że tam będzie im łatwiej. Ale nie jest to wieś sielankowa. Sama babka wygląda jak wiedźma. Niemal wszyscy, których bracia spotkają mają w sobie coś demonicznego. Kiedy teraz o nich myślę, to przypominam sobie postacie z obrazów Bruegela albo naszego Dudy-Gracza. Sąsiadujące z wioską miasteczko też jest nieco oniryczne. Niby realne, ale fotografowane w taki sposób, że przypomina miejsce za górami, za lasami o baśniowej proweniencji. Ale jest to baśń niezwykle okrutna. Taki to film. Pozornie realistyczny, jednak widz szybko orientuje się, że raczej przypomina pełną symboli przypowieść o wojnie, o złym świecie i złych ludziach. Wojna pokazana została w sposób symboliczny, najprostszy. Co ze sobą niesie? Można powiedzieć, że rozmaite plagi: ból, śmierć, chłód, głód i rozstanie. A wreszcie rozbicie najbliższych więzi. Aby przetrwać, trzeba się na nie przygotować, uodpornić. Cena jest jednak straszna: moralne zwyrodnienie, atrofia uczuć. Mroczną atmosferę potęgują surowe zdjęcia utrzymane w szarej tonacji. I zwięzłe zapiski prowadzone przez chłopców w tytułowym dużym zeszycie ofiarowanym przez ojca tuż przed rozstaniem. Jeszcze bardziej przygnębiają rysunki, którymi pokrywają strony. Film nie gra na uczuciach widza, jest raczej chłodny, a mimo to, a może właśnie dlatego, przytłacza. Ponieważ więcej tu symboliki niż realizmu, nie ma sensu zadawanie pytań o motywy działań bohaterów. Nie warto pytać dlaczego, bo odpowiedzi należy szukać w warstwie symbolicznej, nie psychologicznej. Jeśli mam o coś pretensje, to o zbytnie przerysowanie. Za dużo tu grzybów w barszczu, za dużo o dwie, może trzy sceny.

Napisałam, że "Duży zeszyt" nie pozostawia nadziei. Tak rzeczywiście jest, czasem jednak w tym morzu okrucieństwa, beznadziei, moralnego upadku ktoś zachowa się po ludzku. I to jedyne światełko w mroku wojny.

"Hannah Arendt"

Jakiś czas temu zobaczyłam w kinie zwiastun filmu o Hannah Arendt. Nie zachęcał. Zapowiadało się na biograficzną czytankę w amerykańskim stylu. Gwoździem do trumny była scena wykładu. Sala pełna studentów, którzy na koniec w hołdowniczym uwielbieniu biją brawo. Aż zazgrzytałam zębami. Szkoda, pomyślałam. Jakież było moje zdumienie, kiedy pojawiło się nazwisko reżyserki: Margarethe von Trotta. Hollywoodzki film? To przecież do niej nie pasuje. Po raz kolejny przyszło mi się przekonać, że zwiastuny kłamią. Może jednak nie zaryzykowałabym wizyty w kinie, gdyby nie głosy, że może to nie dzieło wybitne, ale ciekawe mimo swojej klasycznej, nieodkrywczej formy. Zgadzam się w pełni z tymi opiniami. Ale po kolei.

Po pierwsze film jest produkcją europejską (francusko-luksembursko-niemiecką). Po drugie nie jest wcale biografią niemieckiej filozofki, uczennicy Martina Heideggera. Margarethe von Trotta skupia się na tym okresie życia Arendt, kiedy ma już ustaloną pozycję w Stanach. I właśnie wtedy decyduje się zostać korespondentką New Yorkera na procesie Eichmanna w Jerozolimie. Widz dostaje też kilka retrospektywnych scen opowiadających o jej związku z Heideggerem. Kiedy Arendt wyjeżdżała do Izraela, szykowała się na spotkanie z potworem. Tymczasem obserwując Eichmanna podczas procesu, stwierdza, że jest zwyczajnym człowiekiem, który wyrzekłszy się myślenia, ślepo wykonywał rozkazy zwierzchników. To wtedy rodzi się jej słynna teza o banalności zła. Dziś klasyka, wtedy wywołuje burzę. Książka opublikowana po procesie, w której wyłożyła swoją tezę, a jakby tego było jeszcze mało, oskarżyła wielu przywódców żydowskich o współpracę z nazistami, ściągnęła na nią gromy. I to właśnie w filmie niemieckiej reżyserki wydało mi się najciekawsze.

Margarethe von Trotta pokazuje, jaką cenę płaci Hannah Arendt za niezależność, bezkompromisowość i śmiałość swoich poglądów. Uczennica Martina Heideggera pozostaje wierna jego nakazowi myślenia, dlatego, kiedy dochodzi do wniosku, że Eichmann nie jest potworem a zło jest banalne, zwyczajne, nie cofa się przed głoszeniem swoich przemyśleń. Pozostaje wierna sobie, cierpliwie tłumaczy, że nie broni nazistowskiego zbrodniarza, tylko wyjaśnia mechanizm zbrodni. Wywołuje furię. Mimo że o internecie jeszcze nikomu się nie śniło, tym bardziej o zjawisku sieciowego hejterstwa, to śmiało możemy mówić o hejterstwie listowym. Arendt otrzymywała stosy papierowej korespondencji ociekającej inwektywami i nienawiścią. Odwrócili się od niej prawie wszyscy, także przyjaciele, co odczuła najboleśniej. Musiała też liczyć się z utratą stanowiska na uczelni, a przecież miała świeżo w pamięci amerykańską poniewierkę. Mimo to trwała przy nakazie myślenia i samodzielności sądów. Była wierna swoim poglądom i nie bała się ich głosić, chociaż niewielu je podzielało. Taka postawa to rzadkość, także dziś. Ilu potrafi myśleć samodzielnie, nie powielać schematów, powszechnych sądów, iść pod prąd? Ilu ma odwagę zaryzykować środowiskowy i towarzyski ostracyzm? Wbrew pozorom Hannah Arendt nie jest pokazana jako postać spiżowa. Widzimy i jej słabości, i to, ile kosztuje ją osamotnienie i potępienie. Jak bardzo czuje się zmęczona nagonką.

Poza tym film jest też ciekawy z powodów czysto poznawczych. Bardzo dobrze odtwarza klimat epoki i w sposób przystępny, prosty, ale nie czytankowy, przybliża postać niemieckiej filozofki i jej poglądy. Jeszcze jeden walor to oryginalne zdjęcia z procesu Eichmanna. Widz może śledzić jego reakcje, wypowiedzi tak, jak robiła to Arendt (obserwowała proces nie na sali sądowej, ale z pokoju dla korespondentów, dzięki czemu mogła widzieć go z bliska na ekranie). I rzeczywiście, mamy przed sobą zwykłego, spokojnego, rzeczowego człowieka. A scena wykładu zakończona studencką owacją? Owszem, jest, ale zwiastun kłamał, a to, co z niego zniknęło, całkowicie zmienia jej wymowę. Co to było, oczywiście nie mogę zdradzić. Warto wybrać się na film Margarethe von Trotty o Hannah Arendt. Nie jest to arcydzieło, ale rzetelna filmowa robota, która porusza i skłania do przemyśleń.

"Dotyk grzechu"

To na pewno nie jest film na święta. Dawno nie widziałam w kinie obrazu tak bardzo przygnębiającego jak "Dotyk grzechu" utytułowanego chińskiego reżysera Jia Zhang-ke. Dla kronikarskiego porządku dodam, że film dostał w Cannes nagrodę za najlepszy scenariusz. Jak czytam w opisie dystrybutora, reżysera zainspirowały autentyczne, tragiczne historie bardzo w Chinach dyskutowane. Mimo że "Dotyk grzechu" jest ponury i brutalny, widzowie, dla których kino to coś więcej niż tylko rozrywka, nie powinni go pominąć, bo to film bardzo dobry i niezwykle ciekawy. Ja traktuję go także jako uzupełnienie moich ostatnich lektur o Chinach, szczególnie reporterskiej książki Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach", o której jakiś czas temu pisałam. Bo film jest namalowanym czarnymi barwami portretem współczesnych, nowych Chin. Tytułowy grzech, zło ma tu różne oblicza i różne źródła. Na ekranie oglądamy cztery historie, ich bohaterowie właściwie się nie spotkają. Co je łączy? Właśnie ów tytułowy grzech. Każdy z bohaterów albo jest sprawcą zła, albo jego ofiarą, czasem jedno i drugie. Dużo w tym filmie krwi i przemocy, ale reżyser nie epatuje nimi dla efektu. Z ponurymi historiami współgra obraz. Miasteczka i miasta są szare i przygnębiająco brzydkie. Wszystko jest zimne i bezosobowe. W takim otoczeniu człowiek to tylko anonimowy pyłek. Trudno o bliższe więzi. Samotność to kolejny temat filmu. Ale poza tą ponurą wizją świata można odnaleźć sporo obyczajowych obserwacji, które są po prostu bardzo ciekawe. Tyle we wstępie. Więcej nie chcę zdradzać, dlatego do przeczytania drugiej części zapraszam tych, którzy "Dotyk grzechu" już widzieli.

Gdzie tkwi źródło zła, tytułowego grzechu? W ludziach czy w świecie, w którym żyją? Nowe Chiny. Korupcja, fabryki, w których pracownik jest tylko trybikiem wykonującym stale te same czynności, jakieś podejrzane miejsca, ni to hotele, ni to sauny, ni to domy publiczne, potworne przybytki rozkoszy. Miejsca, w których człowiek jest nikim. Wykorzystuje się go i poniża, a on musi być w zamian uprzejmy i miły. Kłaniać się grzecznie w pas, uśmiechać, nie komentować, brać wszystko za dobrą monetę, spełniać zachcianki klientów, którzy są przecież drogimi gośćmi. Wszędzie bohaterów otaczają inni ludzie, ale to niczego nie zmienia. Są sami, samotni. Symbolem samotności w tłumie może być na przykład przerażający obraz hoteli robotniczych. Rząd identycznych balkonów, na których suszy się pranie. W środku identyczne pokoiki, w których stłoczono piętrowe łóżka. Mieszkańcy tych hoteli prawie się o siebie obijają, ale mimo to są samotni. W świecie oglądanym na ekranie nie ma  autentycznych, bliskich relacji. Życzliwość, uprzejmość, serdeczność są udawane i wymuszone. Pracownicy jadą na lotnisko witać właściciela kopalni skuszeni workiem mąki, który otrzymają w zamian. Obsługa hoteli czy domów publicznych jest miła dla gości również z obowiązku. Za zawodową uprzejmość i takiż uśmiech dostaje się przecież pensję. Rozmowy między ludźmi ograniczają się tylko do zdawkowych komunikatów. Próba nawiązania bliższych więzi skazana jest na porażkę. Taki los spotka bohaterów ostatniej opowieści, chłopaka i dziewczynę pracujących w ekskluzywnym domu publicznym. Kiedy ona powie mu, że ma dziecko, które musi utrzymywać, on wyjedzie. Nie będzie happy endu. To nie słodka bajka, to życie. Podobnie jest z parą kochanków z przedostatniej noweli. Przeraża chłód panujący w rodzinie (druga opowieść). Dziecko jest szturchane i szarpane. Nawet święto na cześć babci ma w sobie coś z teatru, opery albo akademii ku czci. Samotny w swoim dążeniu do wyświetlenia prawdy i ukarania winnych korupcji jest bohater pierwszej opowieści. Ale nie tylko relacje międzyludzkie są w nowych Chinach przygnębiające. Przygnębiające jest też otoczenie, w którym żyją. Brzydkie, szare, betonowe miasta zasnute dymem i mgłą. Fabryki i kominy, hałdy, przemysłowy krajobraz, wielkie bloki i wieżowce wyrastające nagle nie wiadomo skąd, odhumanizowane, zatłoczone dworce kolejowe, szerokie ulice, na których pieszy jest jak intruz, puste, nocne zaułki, ponure mieszkania, ciasne pokoiki, długie, też puste korytarze. Może nie należy się dziwić, że w takim świecie w ludziach rodzi się zło?

Każdy grzech jest inny. Bohater pierwszej noweli morduje, bo czuje się bezsilny i bezradny. Kiedy w zderzeniu ze sprytnie zaprogramowaną biurokracją przegrywa, postanawia wykrzyczeć prawdę. Poniżony, skatowany staje się obiektem żartów, a nie zrozumienia i współczucia. Może to przelało czarę goryczy, więc postanawia na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość. Niczym mściciel kroczy przez miasto ze strzelbą i morduje. Ofiarami są nie tylko ci, którzy zasłużyli, skorumpowany burmistrz, nieuczciwy właściciel kopalni, chłop katujący konia, ale i przypadkowi ludzie. Najbardziej bezwzględny jest bohater drugiej opowieści. On zabija dla zysku. Swoje ofiary wybiera starannie. To ludzie bogaci. Działa przemyślnie, szybko, sprawnie, ma kamienną twarz. Nawet jeśli nie chce być trybikiem w maszynie, to nie usprawiedliwia zbrodni i sięgania po cudzą własność. Nie wiemy, co robił wcześniej. Film zaczyna się od sceny, kiedy ktoś żąda od niego pieniędzy. Dlaczego? Jest komuś winien? Wplątał się w nieczyste interesy? Swoich prześladowców zabije z zimną krwią. Nie daruje nikomu. Jeszcze inaczej ma się rzecz z bohaterką trzeciej noweli. Romansuje z żonatym mężczyzną, ale ma już dość ukrywania się i kręcenia. Nie wyjedzie z nim. Napadnięta przez zbirów nasłanych przez żonę swego kochanka, poniżona przez traktujących ją jak prostytutkę gości hotelu, w którym pracuje (właściwie to nie typowy hotel, ale nocna sauna; kto zna Chiny, być może wie, co to za przybytek), zabija. Za zbrodnią stoi splot nieszczęśliwych okoliczności. To zabójstwo, inaczej niż w przypadku bohaterów poprzednich nowel, nie pociągnie za sobą następnych. Przeciwnie, dziewczyna przyzna się do winy gotowa ponieść karę. To jedna z nielicznych jasnych scen w tym filmie. I ostatnia nowela. Tu zło ma jeszcze inne oblicze. To bezduszne miejsca pracy. Fabryka, gdzie konsekwencjami wypadku w sposób przemyślny obarcza się pracownika. Ekskluzywny dom publiczny dla bogatych gości, którzy traktują pracujące tam młode dziewczyny jak zabawki. Te fragmenty filmu są wyjątkowo dojmujące. Jest coś obleśnego i bardzo przykrego w scenach, w których dziewczyny w wojskowych strojach prężą się przed śliniącymi się na ich widok mężczyznami albo w zaciszu pokoi udających przedział kolejowy przebrane za konduktorki muszą spełniać ich życzenia. Te dziewczyny nie są wulgarne czy wyuzdane, przeciwnie, robią wrażenie bardzo młodych, niewinnych i smutnych. Przykry jest też widok wyglądających podobnie chłopców, którzy na to wszystko patrzą. Muszą być mili, dyskretni, usłużni, wręcz czołobitni, uśmiechać się, kiedy trzeba, a kiedy trzeba zachować kamienną twarz. Alternatywą dla bohatera jest powrót do fabryki i hotelu robotniczego. Kiedy nagle decyduje się skoczyć z balkonu, po szoku wywołanym zaskoczeniem widz jest skłonny zrozumieć jego wybór. W tym morzu zła i nieprawości są tylko dwa jaśniejsze momenty przywracające wiarę w człowieka. O jednym już pisałam: dziewczyna przyznaje się do zbrodni, bo chce ponieść karę. Drugi: chłopak ostatecznie rezygnuje z zemsty na koledze z fabryki, chociaż ten uciekł i pozbawił go odszkodowania. Niewiele.

W przerażającym, pesymistycznym obrazie świata mogą dorównać reżyserowi twórcy rumuńskiego kina. "Cztery miesiące, trzy tygodnie i dwa dni", "Peryferie" i "Za wzgórzami" to tytuły, które przychodzą mi teraz do głowy. Pewnie znalazłyby się i inne.

I na sam koniec jeszcze jedno. Jak czytam w opisie dystrybutora, reżyser inspirował się tradycyjną chińską operą, takim malarstwem i artystycznymi filmami o sztukach walki. Ta warstwa jest niestety dla mnie nieczytelna. Niewiele wiem na te tematy. To jednak nie przeszkadza w odbiorze. Na pewno coś straciłam, ale i bez znajomości tych dziedzin chińskiej kultury film robi wrażenie.


Anne Bronte "Lokatorka Wildfell Hall"

Tym razem sięgnęłam po klasykę literatury, wydaną po raz pierwszy w Polsce powieść Anne Bronte "Lokatorka z Wildfell Hall" (wydawnictwo mg 2012; przełożyła Magdalena Hume). Anne jest najmniej znaną z sióstr Bronte, przynajmniej w naszym kraju, nie wiem, jak jest gdzie indziej. Wszyscy miłośnicy literatury kojarzą na pewno Charlottę, autorkę "Dziwnych losów Jane Eyre" czy Emily, która napisała "Wichrowe wzgórza", ale  twórczości tej trzeciej dotąd nie mieliśmy okazji poznać. Dlaczego? Pytanie retoryczne, oczywiście nie mam pojęcia. Tym bardziej jestem zdziwiona, że powieść, którą właśnie skończyłam, jest naprawdę warta lektury. Trudno mi ją porównywać z "Wichrowymi wzgórzami", jako że czytałam je dawno, tym bardziej z drugą z wymienionych książek, po którą, co wyznaję ze wstydem, dotąd nie sięgnęłam (Już po obejrzeniu całkiem udanej ekranizacji obiecywałam sobie, że przeczytam, ale w natłoku innych lektur jakoś nadal tego nie zrobiłam. Tym razem naprawdę koniecznie muszę ten brak nadrobić.). Dlatego nie mnie wyrokować, która z nich jest najlepsza. Na pewno są to lektury obowiązkowe. Na "Lokatorkę" zwróciłam uwagę, kiedy tylko została wydana, bo trochę o niej mówiono, jak łatwo zgadnąć, w pozytywnym tonie. Już wtedy wpisałam ją na moją listę książek, które chcę kupić, ale jako że owa lista z miesiąca na miesiąc pączkuje, powieść Anne Bronte czekała sobie na swoją kolej. Pewnie czekałaby jeszcze, gdyby nie przypomniała mi o niej wysłuchana w moim ukochanym radiu TOK FM bardzo ciekawa audycja o siostrach Bronte i ich bracie (można znaleźć na stronie w podcastach; trzeba szukać w Wieczorze Radia Tok FM w cyklu Biosfera). Najwyższa już jednak pora, aby podzielić się refleksjami na temat "Lokatorki z Wildfell Hall".

Przede wszystkim czytanie tej powieści sprawia prawdziwą przyjemność. To taki rodzaj lektury, od której trudno się oderwać nawet wtedy, kiedy domyślamy się, a następuje to dość szybko, jak historia się zakończy. Cóż z tego, chcemy wiedzieć jeszcze, jak to się stanie. Do samego końca pełno tu nieoczekiwanych zwrotów akcji, dzięki czemu czytelnik stale pozostaje w miłym napięciu. Po moich ostatnich lekturach, dość ponurych, powieść Anne Bronte była wytchnieniem, prawdziwą czytelniczą radością. To takie spełnienie popularnych wyobrażeń o książce, która ma sprawiać taką przyjemność, że czytamy ją niemal do rana.  Ale przecież "Lokatorka" jest czymś znacznie więcej niż tylko klasycznym czytadłem. W swojej głównej warstwie zaskakuje świeżością. To historia młodej kobiety, Helen Huntingdon, która podejmuje heroiczną decyzję, aby porzucić męża. Pamiętajmy, jest pierwsza polowa dziewiętnastego wieku! Helen decyduje się na ten trudny i odważny krok nie tylko dlatego, że straciła do niego miłość i wszelki szacunek, ale przede wszystkim ponieważ musi ratować swojego syna. Obawia się, że ojciec, który coraz bardziej ogranicza jej kontakty z dzieckiem, będzie miał na małego Arthura katastrofalny wpływ. Dziecko chowane w pogardzie dla matki, przyuczane do hulaszczego trybu życia wyrośnie na mężczyznę bez serca  i zasad.

Bohaterka jest z jednej strony ofiarą swoich czasów, z drugiej kobiecej naiwności, która niezależna jest od epok. Kiedy dziewczyna w dziewiętnastym wieku kończyła osiemnaście lat, oznaczało to dla niej i jej rodziny, że czas najwyższy znaleźć odpowiedniego kandydata na męża, w przeciwnym razie czekał ją niewesoły los starej panny. Jak pogodzić rozsądek z uczuciem? Jak znaleźć mężczyznę z odpowiedniej sfery, odpowiedzialnego, ustabilizowanego finansowo, a jednocześnie takiego, którego można pokochać? To zadanie niełatwe. Helen niby nie jest przez nikogo do wyboru odpowiedniego kandydata przymuszana, to ostatecznie ona ma podjąć decyzję, ciotka i wuj, jej opiekunowie,  mają jednak swoich faworytów, którzy dla niej są kategorycznie nie do przyjęcia. Dużo starsi, nudni, nieciekawi, co z tego, że uczciwi i pod każdym względem zacni. Helen jest stanowcza i uparta, umie postawić na swoim, dlatego wychodzi za mąż za mężczyznę, w którym się zakochała. Nie słucha ostrzeżeń, puszcza w niepamięć pogłoski o jego hulaszczym trybie życia u boku beztroskich kompanów, udaje, że nie słyszy pogłosek o romansie z mężatką, a kiedy jeszcze przed zamążpójściem zaczyna dostrzegać jego wady, naiwnie wierzy, że dzięki miłości go zmieni. Po ślubie rozczarowanie goni rozczarowanie. Początkowo Helen jeszcze się łudzi, że będzie miała wpływ na męża, który okazał się alkoholikiem, człowiekiem bez zasad, lekko traktującym życie, złośliwym, po prostu moralnym potworem, wkrótce jednak traci złudzenia. Stopniowo dojrzewa do decyzji, aby męża porzucić. Wymaga to nie tylko heroizmu, ale i sprytu. Czeka ją niełatwy los, społeczny ostracyzm, złośliwe plotki, strach i brak nadziei na ułożenie sobie życia. Jeszcze raz przypomnę: to wiek dziewiętnasty, jego pierwsza połowa (akcja toczy się w latach 1821-1827). Już niebywałego heroizmu wymagało porzucenie męża, a myśl, aby ułożyć sobie życie z innym mężczyzną, była dla kobiety z tej sfery, gorliwie wierzącej, uczciwej, z towarzystwa, niewyobrażalna. Musiałaby stracić szacunek sama dla siebie, postawić się w gronie niewiast upadłych, pozbawionych czci. Oczywiście powieść Anne Bronte nie tchnie taką rozpaczą, pesymizmem i brakiem nadziei jak "Buddenbrookowie" Tomasza Manna. Jest osadzona w pewnej konwencji i zanim zdążymy pogrążyć się razem z bohaterką w apatii i rozpaczy z powodu przegranego życia, domyślamy się finału. Być może kogoś zdziwi, że zestawiam te tak niepasujące do siebie lektury, wszak książka niemieckiego pisarza to zupełnie inna liga, liga literackich arcydzieł, a powieść Anne Bronte to jednak tylko mądre, ambitne, klasyczne czytadło (jak powiedziałby Gombrowicz: książka pierwszorzędna wśród drugorzędnych). Otóż robię to nie bez powodu. Kiedy ponownie czytałam "Buddenbrooków", szczególnie poruszyły mnie losy jednej z głównych bohaterek, Toni, której życie okazuje się klęską, ponieważ dla dobra szanowanej, bogatej, kupieckiej rodziny musi poświęcić swoje osobiste szczęście. Niby rozumie swój gest, wie, że tak trzeba, ale ostatecznie prowadzi ją to na margines życia. Na domiar złego jej los powiela córka. Pamiętam uczucie dojmującej beznadziei i trwogi, jakie towarzyszyło mi, kiedy poznawałam historię Toni. Pisałam o tym wszystkim przy okazji nieudanej ekranizacji powieści Manna. Nie mogę powstrzymać się jeszcze od jednej uwagi: "Buddenbrooków" odczytałam jako książkę o ludziach przegranych.

Po tej długiej dygresji wracam jeszcze na chwilę do "Lokatorki Wildfell Hall". Dzięki ciekawej konstrukcji powieści początkowo poznajemy Helen oczami innych bohaterów, przede wszystkim narratora, Gilberta Markama, który w wyjątkowo długim liście opowiada przyjacielowi tę historię sprzed lat. Wtedy jawi nam się jako kobieta nieco tajemnicza, stroniąca od towarzystwa, zdecydowana, stanowcza, silna, o ugruntowanych poglądach, nieco oschła. Dopiero potem głos zostanie oddany głównej bohaterce, w dzienniku, który stanowi mniej więcej połowę powieści. Cofamy się w czasie o kilka lat i spotykamy dziewczynę młodą, szlachetną, naiwną, chociaż już na tyle silną, aby przeprowadzić swój nieszczęsny zamiar poślubienia mężczyzny, który naprawdę nie jest tego wart. Dalej będziemy śledzić jej ewolucję i dowiemy się, co sprawiło, że wydaje się wyniosła i nieco niesympatyczna, dlaczego mieszka z synem na odludziu w starym, częściowo opuszczonym domu. To portret kobiety mądrej, silnej, która w pewnym momencie życia pod wpływem uczucia dała się zdominować mężczyźnie. Jej droga do wyzwolenia spod jego zgubnej dominacji, do decydowania o sobie, to temat tej książki. Bardzo świeży i współczesny.

Równie ciekawy jest portret jej męża, Arthura Huntigtona, człowieka niszczonego i degradowanego przez alkohol, pogrążającego się w samozatraceniu. Miałam wrażenie, że po przekroczeniu pewnej granicy złowieszczą radość sprawia mu staczanie się na samo dno. Kiedyś przewodził wesołej kompanii równych sobie lekkoduchów i hulaków, z czasem zostaje sam, opuszczony przez wszystkich. Arthur staje się zły do szpiku kości, niemal jak niektórzy bohaterowie Dostojewskiego. To diabeł wcielony, ale jest w nim rys tragiczny i może dlatego miałam dla niego odrobinę litości, rodzaj miłosiernego współczucia i zrozumienia dla jego nieszczęsnego losu.

Ważną i ciekawą warstwą powieści Anne Bronte jest temat wiary. Problem wierności religii, życia zgodnego z nakazami Kościoła albo sprzeniewierzania się im wybrzmiewa w tej książce bardzo mocno. Jest tu jedna bardzo mocna scena. Scena śmierci zdeklarowanego ateusza. Ateista to chyba  słowo niepasujące do epoki, powiedzmy więc może lepiej: człowieka, który wyparł się Boga. Obserwujemy jego rozpaczliwe konanie, pozbawione nadziei. Strach przed śmiercią, pustką, wiecznym potępieniem, rozpacz, świadomość przegranej. Mimo wysiłków osób towarzyszących mu do końca trwa przy swoim. Nie chce widzieć pastora, nie chce pojednania z Bogiem (wiem, wiem, bardzo górnolotnie to brzmi, ale chwilowo nie znajduję innego określenia), toczy walkę z tymi, którzy pragną ratować jego duszę,  ze sobą i z władającymi nim demonami. Bardzo poruszająca scena.

Na koniec muszę dla porządku odnotować, że oczywiście powieść Anne Bronte nie jest wolna od pewnych słabości, z których przynajmniej niektóre mają źródła w konwencji, a inne w epoce, w której powstała. Dlatego jest tu trochę anachronizmów, irytującego moralizatorstwa, uproszczonych portretów niektórych bohaterów czy cudownie prostowanych ludzkich ścieżek. Mimo tego jest to lektura naprawdę warta przeczytania, o czym, mam nadzieję, przekonałam w swoim długawym wywodzie. Zachęcona "Lokatorką z Wildfell Hall" na pewno sięgnę po kolejną wydaną przez wydawnictwo mg powieść Anne Bronte, "Agnes Grey", o smutnych losach guwernantki (jak dowiedziałam się z audycji, o której wspomniałam, guwernantki w tamtych czasach były traktowane najczęściej wyjątkowo podle).

"Cygan". Smutny film ze Słowacji.

To kolejny film, który obejrzałam w miniony przedłużony weekend. Trochę się wahałam, czy iść, tymczasem to właśnie "Cygan" słowackiego reżysera Martina Sulika poruszył mnie najbardziej. Z całym przekonaniem namawiam, tym bardziej, że łatwo go przeoczyć. Wiadomo, takie filmy nie mają szerokiej dystrybucji i krzykliwej reklamy. A "Cygan" porusza ważny i stosunkowo mało znany (i, trzeba to uczciwie przyznać, niewiele nas obchodzący) problem mieszkających w gettach przypominających slamsy słowackich Romów, fatalnie traktowanych przez Słowaków. Reżyser pokazuje złożoność problemu. Nie ucieka od winy swoich rodaków, ale zwraca równocześnie uwagę na jej przyczyny. Film oczywiście nie jest dokumentem. Oglądamy historię nastoletniego Roma, Adama, mieszkającego właśnie w takiej skleconej byle jak wiosce. To niewesoła opowieść, nawet pokazywane wesele mimo skocznej, romskiej muzyki tchnie raczej smutkiem niż radością. Melancholijny nastrój kreują też szare jesienno-zimowe krajobrazy. "Cygan" Sulika wprowadza widza w inny świat, odległy, nieznany, spychany na margines, a przecież to wszystko dzieje się dosłownie za miedzą. A i u nas, chociaż problem nie jest aż tak bolesny, to przecież istnieje. Zachęcam, a kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Pierwsze ujęcia: w kadrze las zielony wiosenną zielenią, a w nim chłopak szaleńczo uciekający przed psem. Po chwili już wiadomo, że widz został wprowadzony w błąd: Adam, bo to on, wcale nie ucieka, pies należy do niego i razem biegną nad rzekę. Ale ta pierwsza scena ma w sobie coś symbolicznego. Adam to tytułowy Cygan tak jak inni jego rodacy zaszczuty przez gadziów. Ale jest ta scena jednocześnie przewrotna. Nie tylko dlatego, że to nie ucieczka. Na ekranie nie zobaczymy już więcej zieleni i radosnej zabawy. Krajobraz szybko zmieni się na jesienny i zimowy, co jeszcze bardziej podkreśli brzydotę otoczenia: szpetną, brudną romską wioskę, brzydkie miasteczko, byle jakie autobusy, kolejową bocznicę. A Adam nigdzie nie będzie uciekał, jest raczej obserwatorem miotającym się między skrajnościami. Kilkakrotnie powtarza się ten sam obraz: stoi nieruchomo, wpatrując się przed siebie wielkimi, czarnymi, nieco zdziwionymi, nieco ciekawymi oczyma.

Adam budzi sympatię. To typ bohatera, któremu się kibicuje. Chciałoby się, żeby mu się udało, ale to nie takie proste. Jest wrażliwy, chętny do pracy, uczciwy, przywiązany do matki i młodszego rodzeństwa, chętnie kontynuowałby  naukę. Może miałby jakąś szansę, gdyby nie śmierć ojca. To on zaszczepił w nim uczciwość i pragnął dla niego lepszego życia. Niestety teraz prawie wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Julka, dziewczyna, w której się kocha, zostanie sprzedana bogatemu Czechowi, bo w ten sposób będzie mogła pomóc zadłużonej rodzinie. Co może zrobić? Jak ją zatrzymać i uchronić przed ponurym losem, skoro ich rodziny raczej za sobą nie przepadają? Na domiar złego znalazł się w potrzasku, a ściślej we władaniu demonicznego stryja, który ożenił się z jego matką. Żigo, wioskowy mafioso, jest nieczuły, ostry, brutalny, bezwzględny, zieje nienawiścią do gadziów, ale jednocześnie oferuje Adamowi łatwe życie, takie, jakie sam prowadzi. Chłopak ma mu pomagać w złodziejskim procederze. Nie może liczyć na pomoc matki, która jest zależna od męża. Musi opiekować się i nią, i młodszym rodzeństwem. Czuje się odpowiedzialny nawet za niewiele młodszego Mariana, który schodzi na manowce. Jedyną osobą, na którą może liczyć, jest miejscowy ksiądz opiekujący się romską społecznością, szczególnie dziećmi i młodzieżą, bo to ich można jeszcze wyrwać z takiego życia. Ale co on może? Nakłaniać do nauki, pomóc w znalezieniu najpodlejszej pracy, uczyć boksu, namawiać do śpiewania i tańczenia w przykościelnym zespole muzycznym. A co dalej? Przecież cały świat jest przeciwko Romom. Wszędzie spotykają się z wrogością, niechęcią i pogardą. Lekarz lekceważy matkę Adama, która zaczyna rodzić. Pielęgniarki w szpitalu są nieuprzejme i złośliwe. Barman w knajpie swoich romskich klientów też obrzuca pogardliwym spojrzeniem. Autobus nie zatrzyma się na przystanku, bo czekają na nim tylko dwaj romscy chłopcy. Szkolni koledzy Mariana wyśmiewają się z niego i to między innymi dlatego nie chce chodzić do szkoły. Pracodawca oszuka braci Julki. Nawet chłopak z organizacji zajmującej się Romami opowiada rasistowskie dowcipy, nie krępując się obecnością Adama. Uważa, że to tylko żarty, nie liczy się z wrażliwością chłopaka. Ale jest i druga strona medalu. Cyganie kradną, szmuglują, wysyłają swoje dzieci na żebry, sprzedają swoje młode córki dla pieniędzy, nie szanują pracy, przepuszczają to, co zarobią. Co jest przyczyną a co skutkiem? Jak rozplątać ten gordyjski węzeł? Ojciec Adama marzył o innym życiu. Chciał się wyrwać z wioski. Nigdzie nie był u siebie. I tu, i tam czuł się źle. Zawieszony pomiędzy swoją tradycją, kulturą, społecznością, a obcym światem. Aby coś w nim osiągnąć, musiałby się wyrzec swojej romskości.

Samotny, bezbronny Adam miota się pomiędzy demonicznym stryjem, a księdzem. Jedynym wyjściem jest ucieczka. Dokąd? Przecież nie jest rozwiązaniem spanie na zapleczu przykościelnej sali gimnastycznej. A matka i rodzeństwo, do których jest przywiązany? Ratując siebie, zostawia brata, Mariana. Ale czy dla niego jest jakaś szansa? Czy on jej chce? Adam wie, że ma coraz mniej czasu, że będzie mu coraz trudniej. Dlatego najchętniej od razu wyjechałby do szkoły, w której naukę oferuje mu dziewczyna z pozarządowej organizacji. Jest drugą życzliwą mu osobą. Niestety nie zdążył. Demon go pokonał. Śmiertelny cios zadany stryjowi prawdopodobnie, przynajmniej na jakiś czas, odbierze mu szansę na inne życie.

I na koniec muszę wspomnieć o oczywistym. Film jawnie nawiązuje do "Hamleta". Stryj, który zabił ojca i ożenił się z matką. Duch ojca wyjawiający tajemnicę. Syn, który chce go pomścić. Jakoś ta warstwa filmu najmniej do mnie przemawia. Jest, ale równie dobrze mogłoby jej nie być. To, co poruszające i interesujące, to historia Adama i skomplikowane stosunki pomiędzy Romami a Słowakami.

Film smutny, ale czy szczęśliwe zakończenie byłoby tu jakkolwiek prawdopodobne?

Popularne posty