Monika Śliwińska "Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat"

Każda książka ma swój czas. Kolejny tytuł Moniki Śliwińskiej

"Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat" (Wydawnictwo Literackie 2020) przeleżał w moim ukochanym czytniku trochę, aż wreszcie teraz okazał się znakomitym uzupełnieniem wystawy malarstwa Włodzimierza Tetmajera, którą niedawno obejrzałam. Wcześniej porwały mnie jej dwie inne książki - "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich" oraz "Wyspiański. Dopóki starczy życia". Z niecierpliwością czekam na biografię Boya, oczywiście tej samej autorki, która powstaje. 

Monika Śliwińska kręci się wokół podobnych tematów, wyraźnie interesuje ją Młoda Polska, a co za tym idzie - Kraków, jej książki uzupełniają się wzajemnie, tworząc coraz szersze uniwersum. We wszystkich trzech pozycjach pojawia się wiele tych samych postaci, co oczywiste, nie może być przecież inaczej. Ja jednak nie narzekam, bo pamięć jest tak zawodna, że przeczytanie po raz kolejny tych samych informacji, raz w wersji rozszerzonej, raz okrojonej, zawsze pod trochę innym kątem, powoduje, że coś się tam w głowie uleży. Jej opowieści mają to do siebie, że wpadam w nie całkowicie. Działają na  mnie na wielu polach - wywołują emocje, pobudzają wyobraźnię, dostarczają solidnej dawki wiedzy, czasem pozwalają spojrzeć na pewne sprawy znane ze szkolnych czasów w nowy sposób, a często odsłaniają zupełnie nieznane światy. Tak było szczególnie w przypadku biografii sióstr Pareńskich i teraz Mikołajczykówien.

Zacznę od wyjaśnienia istotnej kwestii. Otóż książka Moniki Śliwińskiej, o której piszę dzisiaj, to jednak bardziej sygnalizowany w tytule ich świat niż biografia sióstr upamiętnionych na zawsze przez Stanisława Wyspiańskiego w "Weselu". To nie znaczy, że ich tam nie ma, oczywiście są, ale znacznie więcej miejsca poświęca autorka obyczajom bronowickich włościan, Krakowowi, a przede wszystkim sławnym mężom dwóch sióstr, Włodzimierzowi Tetmajerowi, który ożenił się z najstarszą Anną, i Lucjanowi Rydlowi, który zakochał się w tej najmłodszej. Co ciekawe najmniej informacji znajdziemy w książce o średniej, Marii, w której, jak głosi legenda, zakochał się malarz Ludwik de Laveaux. Podobno byli nawet zaręczeni, ale jego przedwczesna śmierć pokrzyżowała ich plany. Monika Śliwińska wątpi w prawdziwość ich zaręczyn, udowadniając swoją hipotezę na podstawie różnych źródeł. 

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego w "Pannach z "Wesela"" jest mniej biografii, a  więcej  ich świata. Podejrzewam, że w tym wypadku sprawdziło się przysłowie, tak krawiec kraje, jak materii staje. Siostry Mikołajczykówny, inaczej niż sportretowane przez autorkę wcześniej siostry Pareńskie, były chłopkami z Bronowic i najprawdopodobniej jest na ich temat znacznie mniej materiałów. Nie pochodziły ze znanej zamożnej krakowskiej rodziny związanej ze światem naukowym i artystycznym, wychowały się w Bronowicach w chałupie Jacentego Mikołajczyka. Z trudem przychodziło im pisanie, czego wstydziły się do końca życia, szczególnie Jadwiga. Dlatego też pewnie najmniej wiemy o Marii, bo obaj jej mężowie, tak jak i ona, pochodzili z ludu. Anna i Jadwiga są bardziej znane dzięki ich sławnym mężom. No i zostały uwiecznione w "Weselu", co za ich życia niekoniecznie się im przysłużyło, szczególnie Jadwidze. Oliwy do ognia dolała jeszcze "Plotka o "Weselu"" Boya.

W takim razie czego się o nich dowiadujemy? Że wychodząc za mąż za panów z miasta, artystów musiały się początkowo zmierzyć z niechęcią ich rodzin, a nawet z ostracyzmem krakowskiego towarzystwa. To ostanie szczególnie dotknęło Jadwigę, którą, kiedy pojawiała się w Krakowie, traktowano jak dziwowisko. Zdarzało się, że na ulicy dotykano jej stroju, przyglądano się jej z niezdrową ciekawością, a nawet bywało, że ktoś napluł jej pod nogi. Dlatego kiedy w kryzysowych finansowych sytuacjach albo zimą zdarzało się Rydlom, wcale nie tak rzadko, mieszkać w mieście, Jadwiga niechętnie wychodziła z domu. Niechętnie bywała też w teatrze z tych samych powodów. Znacznie łatwiej było Annie, bo małżeństwo Tetmajerów zostało przez rodzinę i krakowskie towarzystwo zaakceptowane szybciej. Potem nie mogli opędzić się od gości, co utrudniało im codzienne życie. Obie też nigdy nie wyrzekły się swoich chłopskich, bronowickich korzeni. Prowadziły gospodarstwo, sprzedawały plony, szczególnie na początku, na krakowskim targu, który wtedy mieścił się na placu Szczepańskim. Zawsze chodziły w bronowickich strojach. Ale już dzieci kształciły i ubierały po miejsku. 

Obie wspierały swoich mężów, były im oddane, podobnie jak oni im. Lucjan Rydel mimo ciągłych kłopotów finansowych  rozpieszczał Jadwigę, nie żałował pieniędzy na jej stroje, które, jak się okazuje, były kosztowne. Zmagały się z problemami dnia codziennego, kłopotami z lokum. Zanim Tetmajerowie osiedli w swoim trzecim i ostatnim domu, a Rydlowie ostatecznie w dworku, który dziś znany jest jako Rydlówka, a w którym odbyło się ich wesele uwiecznione, ku utrapieniu nie tylko ich, przez Stanisława Wyspiańskiego, tułali się po różnych miejscach. Towarzyszyły im kłopoty finansowe, bo pieniądze pojawiały się nieregularnie i znikały bardzo szybko. Jadwiga była słabego zdrowia w przeciwieństwie do Anny, której nie nadwyrężyły liczne porody i połogi. 

Ale najbardziej niesamowite są jej wojenne losy. Z najmłodszą córką, jej mężem, dziećmi, teściową trafiła na zesłanie na Syberię. Mimo niewyobrażalnie ciężkich warunków nie straciła ducha, wspierała córkę, która musiała katorżniczo pracować, wierzyła, że wróci do swoich Bronowic. Potem cudem znalazły się wśród rodzin żołnierzy Armii Andersa ewakuowanych najpierw do Iranu, a potem do Indii. A nie była to łatwa droga. Jak się okazuje, niewiele na ten temat wiedziałam. Mimo tych trudów wróciła do swoich ukochanych Bronowic, przetrwała wszystko i dożyła naprawdę sędziwego wieku. Opowieść o tym okresie jej życia jest wzruszająca.

Równie ciekawa jest historia Włodzimierza Tetmajera i Lucjana Rydla, o których coś tam wiedziałam, więcej oczywiście o tym drugim, ale jak się okazuje i tak niewiele. To dla mnie też odkrycie. Tak jak olśnieniem okazało się bajecznie kolorowe malarstwo Tetmajera, którego nie znałam. Widziałam pojedyncze obrazy w muzeach, ale wypadły mi z pamięci. Zgromadzone na jednej wystawie robią wrażenie, barwą, witalnością, tematyką. Nie będę tu pisała o losach obu artystów, wspomnę tylko o tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę. Ich małżeństwa nie były przejawem kaprysu, chwilowej mody, jak się je często przedstawiało, ale wynikiem miłości. Musieli pokonać opór swoich rodzin i ostracyzm krakowskiego towarzystwa. Okazały się udane, a oni na zawsze związali się z Bronowicami i ich mieszkańcami, pozostali wierni temu miejscu, mimo że obracali się także w miejskim i artystycznym środowisku. Uczestniczyli w życiu wsi i zajmowali się także gospodarstwem. Koegzystencję tych dwóch światów widać w obu domach, które wybudowali Tetmajerowie, w Rydlówce i w tym  trzecim, który stał się rodzinną siedzibą i do dziś pozostaje w rękach ich potomków. To zawsze miało być połączenie wiejskiej chałupy i dworku szlacheckiego.

Bardzo ciekawa książka. Wiele się z niej dowiedziałam. Mam nadzieję, że po biografii Boya Monika Śliwińska nie zarzuci swoich zainteresowań epoką i będzie rozszerzała uniwersum, które tworzy w swoich książkach.

Miriam Akavia "Moja winnica"

Książkę Miriam Akavi "Moja winnica" (Wydawnictwo Literackie

2014) miałam od dawna, ale jakoś nigdy się nie składało, aby po nią sięgnąć, aż do niedawna, kiedy po skończeniu "Złotej dziewczynki z Jassów" Cătălina Michuleaca potrzebowałam czegoś lżejszego. Pomysł, żeby na odtrutkę wybrać sagę żydowskiej rodziny, nad którą, jak doskonale dzisiaj wiemy, wisiało fatum przyszłej wojny, może nie był najszczęśliwszy, ale jakoś nie znalazłam niczego innego.

Ale zanim o książce, parę słów o autorce. Miriam Akavia, właściwie Matylda Weinfeld, zwana w domu Maniusią albo Anią, to polska Żydówka urodzona i wychowana w Krakowie w połowicznie zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Językiem jej i jej rodzeństwa od początku był polski, ale rodzina przestrzegała żydowskich świąt, dla ojca religia była ważna, dla matki nieco mniej. Rodzice i dziadkowie wywodzili się z Kazimierza, ale potem, kiedy ojcu zaczęło się wieść finansowo, przenieśli się do centrum miasta, zamieszkali na ulicy Łobzowskiej wśród Polaków, chociaż nie tylko, bo w dwudziestoleciu międzywojennym wielu Żydów, zwłaszcza zasymilowanych, opuszczało Kazimierz i osiedlało się w centrum Krakowa. To zjawisko ma nawet swoją nazwę - marsz na Rynek. Kiedy wybuchła wojna, Miriam Akavia miała dwanaście lat. Trafiła do krakowskiego getta, potem do obozu KL Plaszow (powinno używać się niemieckiej nazwy, więc Plaszow, nie Płaszów), wreszcie do Auschwitz i Bergen- Belsen. Z jej bardzo licznej rodziny ocalało sześć osób! Dwie tak jak ona zamieszkały w Izraelu, trzy osiadły w innych miejscach świata. Pisać zaczęła późno, zadebiutowała, kiedy miała czterdzieści siedem lat. Tworzyła albo po polsku, albo sama przekładała swoje książki z hebrajskiego na język dzieciństwa. Zmarła w roku 2015.

"Moja winnica" to opowieść o żydowskich rodzinach Weinfeldów, Karmelów i Plessnerów, z których wywodziła się autorka. Książka podzielona została na trzy części, w starszych wydaniach znajduje to wyraz w podtytule. Pierwsza obejmuje lata 1909-1920 i opowiada historię dziadków, dzieciństwo oraz wczesną młodość rodziców. Część druga to rok1927, skupiona jest na losach dwóch sióstr ojca autorki, Heli i Hani, oraz na małżeństwie jej rodziców. Kończy się przyjściem na świat małej Ani, czyli Miriam. Część trzecia to lata 1934-1939, opowiada o dzieciństwie autorki, jej starszego rodzeństwa i kuzynki.

Książkę czyta się bardzo dobrze. Losy licznych krewnych, tych najbliższych, sióstr i brata jej ojca, rodziny matki, i tych dalszych, licznych ciotek, wujków, kuzynek i kuzynów, są bardzo interesujące. Dostajemy całą panoramę żydowskich postaw. Wśród jej krewnych byli Żydzi religijni i tacy, którzy stopniowo się asymilowali, szczególnie dziewczęta od dzieciństwa mówiły po polsku, a chłopcy, jak pisze autorka, po żydowsku, czyli w jidisz. Oni też byli bardziej religijni, bo pobierali nauki w chederach czy w jesziwach, a ich siostry chodziły do normalnych szkół. Czuły się Polkami, odzyskanie przez Polskę niepodległości przyjęły z radością, emancypowały się. Byli wśród jej  krewnych syjoniści, którzy szykowali się do wyjazdu do Erec Israel, jej matka Bronka i ciotka Hania, przyjaciółki od dzieciństwa, bundowcy, ciotka Hela, najbardziej samodzielna, wyemancypowana, nieszczęśliwie zakochana, nigdy nie ułożyła sobie życia, i komuniści. 

Życie jej przodków po raz pierwszy zakłócił zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, a właściwie jego konsekwencje, czyli wojna. Jej koniec przyniósł nie tylko odrodzenie Polski, ale też strach przed pogromami. Kiedy młode ciotki autorki w centrum Krakowa stają się świadkiniami wybuchu radości z powodu odzyskanej niepodległości, czują potrzebę przyłączenia się do świętującego tłumu, razem z innymi śpiewają Mazurek Dąbrowskiego. W tym samych godzinach na Kazimierzu żydowscy mężczyźni gromadzą się przed synagogami i tworzą ochotniczą straż, która ma uratować mieszkańców dzielnicy przed pogromem, co się udaje. Z czasem wszystko wskakuje na zwyczajne, codzienne tory. Część krewnych opuszcza Kazimierz, osiedla się w centrum Krakowa. Żyją bezpiecznie, ale raczej w izolacji, trudno nawiązać bliższe relacje z polskimi sąsiadami. Mieszkają na tych samych ulicach, w tych samych kamienicach, a jednak osobno. Inni wyjeżdżają za granicę, często do Niemiec. Jedna z jej ciotek, Rózia, która nagle opuściła miasto, odnajduje się po jakimś czasie w Palestynie. W Polsce narasta antysemityzm, coraz częściej pojawiają się napisy na murach wysyłające Żydów do Palestyny, początkowo szokują i przerażają, potem stają się przezroczyste, niewidoczne. Polacy bojkotują żydowskie biznesy, ale i z tym ojciec Ani i jej wujek jakoś sobie radzą. Potem dochodzi do napadów na Żydów - w jednym z nich zginie ich krewny. W Niemczech karierę polityczną zaczyna robić Hitler, początkowo lekceważony, z czasem coraz groźniejszy. Matka i ciotka Hania od czasu do czasu mówią o wyjeździe do Palestyny, o którym jako zaangażowane syjonistki marzyły w młodości, ale przeszkód jest wiele. Jak porzucić wygodne życie? Dobrze prosperujące interesy? Jak wyrwać dzieci z ich szkół, od przyjaciół? A co ze starą matką? I tak czas płynie, temat wyjazdu od czasu do czasu wraca, ale nigdy się nie konkretyzuje. Tylko nieliczni krewni zdecydują się na opuszczenie Polski i Europy. 

Jak wspominałam, książkę czyta się bardzo dobrze, ale świadomość, jak ta historia musi się skończyć, ciąży nad lekturą. Im bliżej końca, tym bardziej. Jest taka dramatyczna scena na dworcu pod koniec sierpnia 1939 roku, ostatni moment, kiedy rodzina Ani może wyjechać, wsiąść do jednego z ostatnich pociągów, którymi da się opuścić kraj. Tym razem ojciec jest gotów, ale Bronka nie czuje się na siłach, jest zmęczona po powrocie z letniska, martwi się o starą matkę. Chwila wahania, rozterek i okienko możliwości się zamyka. Potem jest za późno. Jaki był finał, wiemy.

Chcę jeszcze koniecznie wspomnieć jeden poruszający fragment, bardzo współgrający z tym, co teraz. To stosunkowo słabo w Polsce znana historia wypędzenia z Niemiec jesienią 1938 roku siedemnastu tysięcy polskich Żydów. Słabo znana, bo wstydliwa - polskie władze nie chciały ich przyjąć. Przez jakiś czas koczowali pomiędzy granicami, potem zostali wpuszczeni do czterotysięcznego Zbąszynia, gdzie z pomocą przyszli im mieszkańcy i organizacje żydowskie, ale nie władze. Część dołączyła do swoich rodzin w innych miejscach w Polsce. W takiej sytuacji znaleźli się krewni autorki. Większość z nich nie mówiła po polsku, ci zasymilowani nie znali też jidysz. To preludium Zagłady.

Książka napisana jest nieco staroświecko, co początkowo trochę mi przeszkadzało, ale potem się przyzwyczaiłam i dałam się porwać ciekawej rodzinnej historii. Może dlatego wszystkie tragedie, poza tą ostateczną, nie wybrzmiewają dostatecznie mocno. A może taki był zamysł autorki, która chciała skupić się na zwyczajnym życiu, ocalić je, przywrócić, a nie rozdrapywać rany? Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie przed laty lektura "W ogrodzie pamięci"  Joanny Olczak-Ronikier. Jak bardzo dotarła do mnie wtedy świadomość, że nawet zasymilowani Żydzi, którzy czuli się Polakami, byli odtrącani, skazani na izolacji. Ale może zadziałała tak silnie dlatego, że była to pierwsza książka, która uświadomiła mi los polskich Żydów, także tych, którzy nie żyli jeszcze w cieniu Zagłady. I chyba był to moment, kiedy zaczęłam się tym tematem interesować i stopniowo sięgać po inne lektury.

"Moja winnica" to znakomita książka dla młodego pokolenia i dla tych, którzy niewiele wiedzą o życiu żydowskiej diaspory w Polsce. Dodatkową przyjemność mają czytelniczki i czytelnicy z Krakowa, bo przecież to po kazimierskich i krakowskich ulicach chodzili przodkowie Miriam Akavi  i ona sama. 

Cătălin Mihuleac "Złota dziewczynka z Jassów"

Kiedy usłyszałam o powieści Cătălina Mihuleaca "Złota

dziewczynka z Jassów" (Noir sur Blanc 2023; przełożył Kazimierz Jurczak), natychmiast postanowiłam, że muszę ją przeczytać. Wystarczyła informacja, że to książka rumuńskiego autora i pobieżny rzut oka na notkę od wydawcy. Muszę przyznać, że początki były trudne, mimo że lektura nie nastręczała problemów - czytało się gładko i szybko, ale jakoś było mi z nią nie po drodze. Odstręczała wszechobecna ironia na dodatek podszyta nutą groteski, denerwowała narratorka, Suzy, a jej opowieści o handlu ciuchami z drugiej ręki i innymi używanymi przedmiotami,  którym to biznesem zajmowała się rodzina jej męża, Bena, po prostu nudziły. Długo czułam się rozczarowana. Ale z czasem przekonałam się do bohaterki, zaimponowała mi jej siła charakteru, wciągnął zasadniczy wątek powieści, a wreszcie zrozumiałam, czemu służą w tym wypadku ironia i groteska - bez nich przez niektóre fragmenty tej książki trudno byłoby przebrnąć. A i tak dostałam obuchem po głowie, a po skończeniu lektury gorączkowo zaczęłam szukać jakiejś lżejszej książki. Padło na "Moją winnicę" Miriam Akavii, ten wybór sprawdził się tylko częściowo, ale o tym za tydzień.

Ale od początku. Powieść prowadzona jest na dwóch planach czasowych. Pierwszy, współczesny, to ten, którego narratorką jest Suzy, Rumunka z Jassów, do której los się uśmiechnął, bo  została zatrudniona w znakomicie prosperującej firmie zajmującej się sprzedażą na wielką skalę używanych ciuchów, innych przedmiotów trafiających do second-handów oraz tej markowej odzieży, która wędruje do sklepów vintage. Przedsiębiorstwo należy do Bernsteinów, rodziny amerykańskich Żydów, która na tym handlu dorobiła się majątku. Suzy zostaje zatrudniona  na próbę, wyjeżdża do Stanów, a ponieważ sprawdza się znakomicie, przyczyniając się do jeszcze większego prosperity, między innymi dzięki stworzeniu rumuńskiej filii, zostaje w firmie na zawsze. Swój sukces przypieczętowuje małżeństwem z dużo starszym od siebie Benem, synem właścicieli firmy, Dory i Joego. Najpierw zachłysnęła się amerykańskim życiem, dobrobytem, pracą, z czasem jednak coś się zmienia. Irytuje ją beztroskie życie Bernsteinów, którzy szastają pieniędzmi i żyją tym, co teraz. Szczególnie drażni ją mąż i jego dwaj bracia. W chwili złości wykrzyczy mu:

Nie masz pojęcia, skąd pochodzisz, pojęcia nie masz, przez co przeszła twoja rodzina, żebyś ty mógł prowadzić swojego lexusa ...

A ona chce odzyskać historię rodziny, do której weszła, dla swoich dzieci. Złości ją, że Ben nigdy nie zainteresował się, dlaczego nie ma dziadków ze strony matki, złości ją też Dora.

Twoja matka, jeszcze jedna, którą nic nie obchodzi. Szczęściarze, którzy trafili na mnie, bym im sprzedawała ciuchy na pięciu kontynentach. Ja sprzedaję starzyznę, żebyście wy mogli sobie kupować nowe ubrania markowe. (...) Odwiedzacie kawiarnie i domy mody zamiast żydowskich muzeów. Można by uwierzyć, że wywodzicie się z rodziny kosmitów. Państwo Kosmitowiczowie. Benjamin Kosmitowicz z mamuśką, Dorą Kosmitowicz.

Z całej rodziny Bernsteinów Suzy sympatią darzy tylko teścia.

Ale jest też drugi plan czasowy - międzywojnie, wojna i okres tuż po niej. To historia zamożnej rodziny Oxenbergów mieszkającej w Jassach. Głowa rodziny to Jacques, lekarz ginekolog i położnik, który wyspecjalizował się w robieniu cesarskich cięć tak pożądanych przez bogate Rumunki, które nie chcą rodzić naturalnie. Oxenbergowie również wiodą beztroskie życie, nie oglądając się na przeszłość. Wprawdzie Jacques już na studiach zetknął się z antysemityzmem, ale potem jego niezwykły talent, czar działający na pacjentki i idące za tym pieniądze pozwoliły mu o tamtych nieprzyjemnych zdarzeniach zapomnieć. Domaganie się przez rumuńskich studentów, aby ich żydowscy koledzy kroili w prosektoriach żydowskie trupy, z czasem stało się nieistotne. (Niedawno dowiedziałam się, że i polscy studenci w tamtych czasach domagali się tego samego.) Wszyscy lekceważą objawy narastającego antysemityzmu, a kiedy robi się coraz bardziej niebezpiecznie, Jaques i jego żona Roza wierzą, że na kłopoty, no te żydowskie, zaradzi wysoko postawiona persona, której żona też była pacjentką doktora Oxenberga.

Wszędzie dostrzega podpalone antyżydowskie lonty. Zastanawia go liczba antyżydowskich dowcipów i tempo, w jakim się rozchodzą; niektóre opowiadane przez Żydów! Czy oni nie wiedzą, co robią? Nie zdają sobie sprawy, że to głuchy telefon antysemitów? Budzą śmiech, ale jakże dziki, nietolerancyjny, nieludzki.

Kulminacyjnym momentem powieści są rozdziały relacjonujące pogrom w Jassach, o którym wcześniej chyba nie słyszałam. Jassy to wstydliwa karta rumuńskiej historii, takie polskie Jedwabne tylko na o wiele większą skalę. To pogrom, do jakiego doszło w czerwcu 1941. Miejscowa ludność szybko winę zrzuciła na hitlerowców, ale prawda jest taka, że masakry dokonali rumuńscy wojskowi, policjanci, żandarmi i członkowie antysemickiej Żelaznej Gwardii przy współudziale mieszkańców. Pretekstem była plotka, że Żydzi pomagają radzieckim spadochroniarzom. Na ulicach Jassów zginęło ponad osiem tysięcy Żydów, kolejne pięć w dwóch pociągach, do których zostali załadowani, a które w upale krążyły po kraju. Nie udało mi się znaleźć informacji, czy ta zbrodnia jest dla Rumunów takim samym punktem zapalnym jak w Polsce Jedwabne. Chyba jednak nie.

Rumunia osądziła ogółem może 10% zbrodniarzy wojennych. Odpowiedzialni za pogrom stali się po 23 sierpnia 1943 sojusznikami Związku Sowieckiego, część uciekła za granicę.

To też cytat z powieści. I to właśnie w tych rozdziałach opowiadających o tamtych strasznych zdarzeniach tak bardzo sprawdzają się ironia i groteska. Dzięki nim byłam w stanie przez te dramatyczne fragmenty przebrnąć, dzięki nim udaje się autorowi uniknąć kiczu, pornografii przemocy i taniego współczucia. Ale taka konwencja ma jeszcze większą siłę rażenia. Dostajemy jakieś koszmarne obrazy, ale zniekształcone, wykrzywione. Ofiarami pogromu są głównie mężczyźni i chłopcy, ale kobiety, jak zawsze w takich sytuacjach, też obrywają. Ich nie prowadzi się na policję, nie pakuje do wagonów, one są gwałcone, a potem o ich cierpieniu na kartach historii nikt nie pamięta.

... z żalem informujemy, że kobiety nie mają czego szukać na kartach historii, których zadaniem jest sławić bohaterstwo naszych armii. Popsułyby grupową fotografię, gdyby je umieszczono obok narodowych herosów (...) jak by to wyglądało, gdyby na lekcjach wychowania patriotycznego dopuścić przekazywanie takiej niepotrzebnej nikomu wiedzy? W oczach tych, którzy zapisują i korygują stronice historii, ofiara nieszczęsnych kobiet jest bez znaczenia. Kochani, wiadomo, że żołnierze też muszą niekiedy się wyładować. A że czasami przesadzają, cóż, to daje się wytłumaczyć wyrzeczeniami, jakie znoszą, walcząc bohatersko za ojczyznę i naród. Kiedy dzieją się te rzeczy, najlepiej odwrócić się plecami, zapalić papierosa i zaciągnąć się dymem tak głęboko, aż ci znieczuli duszę. Nie możesz zrobić nic innego, i nie masz prawa robić. Zwłaszcza, że niekiedy damy to lubią. Nie ma się co śmiać, taka jest prawda. Słowo honoru, że one to lubią. 

Cytat długi, ale nie mogłam się oprzeć, aby go nie przytoczyć. Raz, że jest znakomitym przykładem ironii, dwa, że doskonale oddaje podejście do kobiecego wojennego doświadczenia.

Z czasem przekonujemy się, że nieprzypadkowo rodzina Bernsteinów handluje używanymi ciuchami. Ten motyw jest w powieści bardzo ważny. Kiedy trwał pogrom, miejscowa ludność zdzierała z trupów ubrania, aby w nich chodzić albo sprzedać. Współcześnie nadmiar ciuchów dusi nas, szybko stają się towarem z drugiej ręki, handlujemy nimi, chodzimy w nich, nie zastanawiając się, że też są przedmiotem opresji. Nie myślimy o tych, którzy za marne grosze harują w azjatyckich szwalniach.

Jest to też powieść o tym, że nawet jeśli się bardzo chce, nie można zapomnieć o przeszłości. Joe, teść Suzy, ma taką maksymę: Nie możesz zabrać ze sobą kraju na podeszwie buta, ale zawsze coś zostanie w obcasie

I jeszcze na koniec cytat z wiersza Jesienina, wielokrotnie przywoływanego przez bohaterów powieści.

I na mnie druh, czysty jak łza, / wyciągnie majcher zza cholewy.

Mogłabym jeszcze wspomnieć o rumuńskim powieściopisarzu Jonelu Teodoreanu (1897-1954) z Jassów, którego twórczością zachwyca się w młodości Suzy, a który był antysemitą i w międzywojniu złożył wniosek o wykluczenie Żydów z palestry (pracował jako adwokat). Na próżno szukać informacji o jego poglądach w internetowej encyklopedii PWN, dowiadujemy się tylko, że wielkim rumuńskim pisarzem był. Mogłabym też dodać, jak współcześnie brzmią fragmenty o powojennych ucieczkach rumuńskich Żydów przez zieloną granicę do Austrii. Mogłabym, ale już i tak się rozpisałam, więc tylko o tym napomykam.

Trudna lektura, ale warto. 

Lea Ypi "Wolna. Dzieciństwo i koniec świata w Albanii"

Po książkę Lei Ypi "Wolna. Dzieciństwo i koniec świata w Albanii"

(Czarne 2022; przełożył Krzysztof Środa) sięgnęłam, bo mi ją polecono. Mimo że ukazała się w cenionej serii Sulina, łatwo ją przeoczyć w powodzi innych. Autorka urodzona w roku 1979 w Albanii od czasu studiów mieszka za granicą. Jest badaczką i wykładowczynią na London School of Economics. Jak zwierza się w epilogu, książkę napisała dla matki, aby zrozumiała i mogła ją wytłumaczyć przed krewnymi, dlaczego wykłada i bada marksizm, co przez rodzinę zostało uznane za ekstrawagancję, żeby nie powiedzieć zdradę. Jedna z kuzynek stwierdziła, że dziadek nie po to spędził piętnaście lat w w więzieniu, żebym ja mogła wyjechać z Albanii i bronić socjalizmu. (...)Początkowo  miała to być filozoficzna rozprawa (...), kiedy zaczęłam ją pisać (...) idee wcieliły się w ludzi, ludzi, którzy uczynili mnie tym, kim jestem. I tak zamiast książki naukowej, której zasięg byłby niewielki, dostajemy wspomnienia o dorastaniu w komunistycznej Albanii, o przełomie, będącym dla autorki końcem świata, w który wierzyła, i o burzliwych latach transformacji, a to wszystko pogłębione o refleksje.

Dzieciństwo Lei Ypi przypadło na lata osiemdziesiąte, czas, kiedy w Polsce komunizm gnił i dogorywał. I chociaż tamte lata w naszym kraju, po karnawale Solidarności zakończonym wprowadzeniem stanu wojennego,  przez wielu uważane są za beznadziejne, to jednak nasze doświadczenie nijak się ma do tego, co przeżywali Albańczycy. Kiedy w roku 1990 także w Albanii runął stary system, jedenastoletniej Lei zawalił się świat. Tymczasem jej rodzice i babcia Nini (bardzo ciekawa osoba, o niesamowitej, tragicznej biografii, a mimo to zachowująca pogodę ducha) odetchnęli z ulgą, chociaż  w tamtym momencie pewnie inaczej wyobrażali sobie przyszłość. Wolność niosła z sobą chaos, trudności ze znalezieniem pracy, bezrobocie, masową ucieczkę za granicę, piramidy finansowe, przestępczość i wreszcie wojnę domową w roku 1997. Przyznam, że o albańskiej transformacji niewiele wiedziałam. Nawet jeśli coś kiedyś słyszałam, to wyparowało to z mojej pamięci.

Wrócę jednak do pytania, dlaczego Lei zawalił się świat? Dlaczego nie cieszyła się razem z dorosłymi odzyskaną, a może pozyskaną, wolnością? Bo ona dotąd też czuła się wolna. Wolność odczuwała, jako możliwość wyboru, którą drogą wracać ze szkoły. Wybór każdej z nich niósł za sobą kolejne możliwości, a ona mogła o nich zdecydować. Radość przynosiły jej zabawy z koleżankami, towarzyskie spotkania z sąsiadami, czas spędzany w przedszkolu, a potem w szkole. A jednak coś mąciło szczęście jej dzieciństwa. Czuła się inna, bo mówiła po francusku, do czasów szkoły nawet lepiej niż po albańsku. Nie rozumiała, dlaczego rodzice i babcia rozmawiali z nią w tym języku. Była też inaczej ubierana, a kiedy rozpoczęła naukę, dostała czerwony, skórzany tornister, a nie czarną czy brązową teczkę, jaką miały inne dzieci. To wszystko powodowało, że dla rówieśników  stała się odmieńcem, obiektem drwin. Powód do zmartwień stanowiło też nazwisko, które nosiła. Bo człowiek o takim samym nazwisku był w latach dwudziestych albańskim politykiem, a kiedy w czasie wojny kraj została zajęty przez Włochy, a król uciekł, wszedł do rządu. Przez komunistyczny reżim uważany był za zdrajcę i faszystę. I chociaż Lea była przekonana, że to przypadkowa zbieżność nazwisk, o czym zapewniała wszystkich, to i tak wisiało nad nią jego odium. Kolejnym zmartwieniem było to, że w rodzinie nie miała żadnych bohaterów, którymi mogłaby się pochwalić w szkole, kiedy na lekcjach robiły to inne dzieci. Zupełnie nie rozumiała też, dlaczego rodzice i babcia zbywali ją i nie mogła powiesić sobie na ścianie zdjęcia wujka Envera, który właśnie umarł. A przecież tak go kochała i tak po nim płakała. Ten wujek to oczywiście Enver Hoxha, albański dyktator. Nie rozumiała też, dlaczego dorośli wszystkie swoje niepowodzenia tłumaczą biografią. Jeszcze bardziej tajemnicze były rozmowy o tych, którzy ukończyli lub porzucili studia. Przysłuchiwała się im z ciekawością, zadawała pytania, ale dopiero po latach zrozumiała, że pytała w sposób niewłaściwy. Zamiast pytać, czym były te uniwersytety, pytała o to, gdzie się znajdowały. Prawdopodobnie jednak i tak nie otrzymałaby odpowiedzi, bo mogła sprowadzić na rodzinę niebezpieczeństwo.

I nagle w roku 1990 wszystko się zmieniło. Najbliżsi zaczęli opowiadać jej rodzinną historię, tę biografię, która tak ich obciążała, teraz już mogli swobodnie mówić, czym były te studia, a lud oświadczył, że zamiast wolności i demokracji, była tyrania i przymus. Nagle dorośli przestali się posługiwać ezopowym językiem i odkodowali tajny szyfr, którym się przy niej posługiwali. Pojawiły się nowe słowa - liberalizacja, prywatyzacja, transparentność, walka z korupcją. W centrum stanęła wolność jednostki. Kolektywizm, wspólnota przestały się liczyć. Dorośli przyjęli te zmiany z radością, bo oni znali prawdę i nie wierzyli w komunizm, młode pokolenie było przez szkołę zupełnie zindoktrynowane.

Była jednak pewna różnica. Ja wierzyłam. Nie znałam niczego innego. I teraz nie zostało mi nic, z wyjątkiem tych wszystkich maleńkich, tajemniczych okruchów przeszłości ... (...) Nie dowiem się też, kim bym była, gdybym zadawała inne pytania albo gdyby odpowiadano na nie inaczej bądź wcale. Świat wyglądał najpierw tak, a potem inaczej. Byłam kimś, a potem stałam się kimś innym.

Czytając pierwszą część wspomnień Lei Ypi, tę do czasów upadku reżimu, zadawałam sobie pytanie, jak czuli się jej rodzice i babcia, którzy widzieli, jak bardzo ich córce i wnuczce szkoła namieszała w głowie. Czy gdyby nie nadeszła zmiana, powiedzieliby jej kiedyś to wszystko, co przed nią ukrywali? Czy przyjęłaby tę wiedzę? Czy by zrozumiała? 

W czasie lektury trudno nie oprzeć się gorzkiej refleksji, jak historia się powtarza. Czasy transformacji przyniosły masowe ucieczki - Albańczycy szturmowali statki, które płynęły do Włoch. Tylko początkowo przyjmowano ich chętnie, potem przeżywali gehennę, stali się zwykłymi imigrantami zarobkowymi, już nie byli polityczni, nie obchodzili Europy, wielu zginęło.

W marcu mówili, że wszyscy jesteśmy ofiarami. Przyjmowali nas. W sierpniu patrzyli na nas tak, jakbyśmy im zagrażali. Jakbyśmy zamierzali zjadać ich dzieci. 

Zachód przez dziesiątki lat krytykował wschód za zamykanie granic (...), wyrażał moralne oburzenie wobec nakazów, które ją [swobodę podróżowania] ograniczały. Naszych uchodźców witano jak bohaterów. Teraz traktowano ich jak przestępców. (...) Czy granice i mury były złe tylko wtedy, gdy miały nie wypuszczać ludzi, a teraz, gdy mają ich nie wpuszczać, są w porządku?

Zachód zaczął odpychać imigrantów, aby bronić  naszego stylu życia.

A przecież ci, którzy próbowali emigrować, robili to, ponieważ tego właśnie stylu życia pragnęli. 

Minęło tyle lat, a Europa coraz bardziej się broni. 

Drugą ważną cezurą w życiu Lei Ypi była wojna domowa w roku 1997. O ile rok 1990 przyniósł nadzieję, o tyle wtedy ta nadzieja zgasła, a przyszłość wydawała się niepewna. Dotarło do niej, jak ulotne jest życie i że w świecie nie ma żadnej pewności. Historia się powtórzyła - znowu zapanował chaos, niepewność i kryzys. 

Bardzo ciekawa książka. Znajdziemy w niej sporo podobieństw do naszej sytuacji, ale jeszcze więcej różnic.  

Mikołaj Grynberg "Jezus umarł w Polsce"

Książka Mikołaja Grynberga "Jezus umarł w Polsce" (Agora 2023)

to lektura obowiązkowa. Autor wrócił tu do formy wywiadu, do której przyzwyczaił czytelniczki i czytelników w swoich poprzednich książkach - "Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne" i "Księga wyjścia". Ta pierwsza to rozmowy z przedstawicielkami i przedstawicielami drugiego pokolenia Holokaustu, druga z Polkami i Polakami o żydowskich korzeniach, którzy w wyniku  marcowej nagonki 68 roku musieli opuścić Polskę. Obie bardzo polecam. 

W swojej najnowszej książce Mikołaj Grynberg rozmawia przede wszystkim z ludźmi, którzy niosą pomoc migrantom przedostającym się do Polski przez białoruską granicę. Napisałam przede wszystkim, bo udało mu się namówić na wywiad dwóch strażników granicznych. Jeden wydaje się nie mieć żadnej refleksji dotyczącej tego, co robi, drugi liczy już tylko czas do momentu, kiedy będzie mógł przejść na emeryturę. Ale z rozmów z tymi, którzy pomagają, wyłania się różnorodny obraz strażników. Oczywiście najwięcej jest opowieści o ich bezwzględności wobec migrantów i pomagających, ale są też i inne historie - zdarza się, że udają, iż nie widzą ludzi chowających się przed nimi. Rozmówcy Mikołaja Grynberga zwracają uwagę na to, że dziś wielu z nich to ludzie złamani psychicznie, potrzebujący pomocy psychologicznej, wielu uciekło na zwolnienia lekarskie, szczególnie ci, którym do emerytury zostało niewiele, i kobiety, bo im trudniej zmierzyć się z bezwzględnym traktowaniem dzieci, starców czy innych kobiet. Dlatego wśród strażników jest dziś najwięcej młodych. Niektórzy z nich uwierzyli w rządową propagandę. 

... to nie są dzieci, ale pociski, którymi nasz kraj zostanie roztrzaskany. Z psychologicznego punktu widzenia idealna narracja dla młodych funkcjonariuszy. (...) Można szybko awansować dzięki bezkompromisowym działaniom.

Ten drugi strażnik, z którym rozmawia autor, zwraca uwagę, że w pewnym momencie na każdego przychodzi znieczulica. Na początku są emocje, nawet żal, ale żeby móc wykonywać tę pracę, trzeba wyprzeć je z głowy, zracjonalizować to, co się robi. Ale koszty psychiczne poniosą na pewno. 

Oczywiście najwięcej miejsca Mikołaj Grynberg poświęca w swojej książce tym, którzy pomagają. A oni opowiadają o tym, jak to się stało, że zaczęli się angażować, o kosztach psychicznych i fizycznych, jakie ponoszą oni i ich rodziny, o trudach życia na pograniczu, gdzie panuje kompletne bezprawie, gdzie strażnicy i inne służby, często nieumundurowane, nagminnie łamią przepisy, przekraczają uprawnienia, zastraszają pomagających. Trzeba dobrze znać przepisy, aby się nie dać. Każdy pomagający z czasem nabywa takiej wiedzy. Mówią też o trudnych decyzjach, które muszą podejmować bardzo szybko. W skrajnych przypadkach, kiedy nie wystarczy doraźna pomoc, trzeba rozstrzygnąć, czy dzwonić po pogotowie, czy jednak nie, bo to najczęściej skończy się pushbackiem. Wielu z nich sprowadziło się na Podlasie dla sielskiego życia. Ale to sielskie życie już się skończyło i prawdopodobnie nigdy nie wróci. Mikołaj Grynberg często zadaje swoim rozmówcom pytanie o to, kiedy ta sytuacja się skończy. I zawsze słyszy jedną odpowiedź - nigdy. Bo raz otwarty szlak, który w dodatku nadal jest najbezpieczniejszy, nie zniknie, a migrantów będzie tylko przybywać i żaden mur im w tym nie przeszkodzi. Więc patrzenie na ludzkie tragedie, nieszczęścia będzie ich codziennością. Oczywiście może kiedyś stanie się to łatwiejsze, jeśli migranci będą traktowani przez władzę jak ludzie, zgodnie z obowiązującymi przepisami, jeśli czekając na decyzję, będą trafiać do obozów otwartych, a nie tych zamkniętych, które są jak więzienia. Co jakoś aktywistów trzyma, daje nadzieję? Wiadomość od tych, którym pomogli, a którzy w końcu dotarli tam, gdzie chcieli.  

Oczywiście rozmówcy Mikołaja Grynberga opowiadają też o tych, którym pomagają. O tym, kim są, o ich gehennie, wielokrotnym pushbackowaniu, o tym, jak się zachowują, kiedy goszczą ich w swoich domach - jak się zmieniają, kiedy się umyją, dostaną czyste ubranie. Nie tylko o wygląd chodzi, ale o przywrócone poczucie godności. Maria Przyszychowska i Kamil Syller zwracają uwagę, jak trudne jest goszczenie tych ludzi w domach. Szczególnie początek, kiedy są brudni, śmierdzący, odczłowieczeni. Oni się wstydzą, pomagający się brzydzą, a obie strony udają, że wszystko jest w najlepszym porządku. Dopiero potem przychodzi ulga. Wielu rozmówców zauważa, że nie jest ich rolą oceniać, czy migranci mówią prawdę, czy te kobiety i dzieci idą z własnej woli, czy może są ofiarami handlu ludźmi. Dostrzegają, że niektóre opowieści się powtarzają, jakby wyuczyli się, co powinni mówić. Ale to zadaniem państwa jest je weryfikować. Wiadomo, że nie wszyscy uciekają przed wojną, wielu, aby poprawić swój byt ekonomiczny. Dlaczego nie dziwi nas, kiedy nasi krewni czy znajomi z tego powodu wyjechali z Polski? Odmawiamy tego prawa ludziom globalnego południa. Wiadomo - nie damy rady przyjąć wszystkich chętnych, rzecz w tym, że nasze władze nie mają żadnej polityki migracyjnej, a i Europa niewiele jest lepsza.

Chciałabym zwrócić uwagę na dwie rozmowy. Pierwsza bardzo ciekawa z byłym wojewodą białostockim, Maciejem Żywno, który pomaga migrantom. Jego opowieść jest zniuansowana, nie obarcza winą tylko strażników, bo przecież te wszystkie rozkazy i atmosfera idą z góry, od władz. Ale pokazuje też łamanie procedur i rasizm. 

To chyba trzeba nazywać po imieniu. Z jednej strony jest lęk przed obcym, ale faktycznie wychodzi rasistowskie podejście. Ale ze strony rządowej.

Ale przede wszystkim może zaskoczyło mnie to, że były urzędnik państwowy okazał się mądrym, ciepłym, wrażliwym człowiekiem, który nie pozostaje obojętny na to, co się dzieje.

Drugi wywiad, który szczególnie mnie zainteresował, to rozmowa z Joanną Pawluśkiewicz, scenarzystką, dokumentalistką, aktywistką Obozu dla Puszczy. Jako jedyna zwraca uwagę na cenę, jaką za tę sytuację płaci Puszcza Białowieska. Jak jest niszczona, rozjeżdżana, zaśmiecana. Przez wszystkie strony. Jej postawa nie znajduje zrozumienia wśród aktywistów, którzy uważają, że najważniejsze jest pomaganie, a ona nie potrafi pogodzić się ze szkodami, jakie ono niesie. Warto dodać, że sama też niesie pomoc. Jak mówi, Puszcza Białowieska w tej chwili jest soczewką wszystkich problemów na świecie. Ekologia i kryzys uchodźczy - wszystko mam na miejscu. Również to, że pomagając, niszczymy. Joanna Pawluśkiewicz mówi też o pułapkach pomagania, w które mogą wpaść szczególnie miejscowi, którzy zaangażowani są cały czas, bez możliwości ucieczki do domu w Warszawie. Łatwo zachłysnąć się wdzięcznością tych, którym się pomaga, uwierzyć, że wiesz lepiej, jak to robić, uwierzyć, że jest się bogiem, poczuć się lepszym od innych. Jak mówi, to uzależnia, daje poczucie sensu i sprawczości. W przyszłości konsekwencją takiej postawy może być kombatanctwo. A przecież prawdą jest, że aktywiści robią coś wielkiego. Mimo trudów, ponoszonych kosztów pomagają. Nie jest to łatwe.

Jeśli ktoś na bieżąco śledzi to, co dzieje się na granicy, zwróci uwagę na takie niuanse jak ja. Ale jeśli ktoś niewiele wie na ten temat, musi się liczyć z trudnym, szokującym doświadczeniem. Jak napisałam we wstępie - lektura obowiązkowa. Nie można zamykać oczu i udawać, że nic się nie dzieje. No i warto wspomagać organizacje pracujące na granicy, wpłacając pieniądze, które przecież są im bardzo potrzebne. Na przykład Fundację Ocalenie.

PS. No i koniecznie trzeba zobaczyć "Zieloną granicę" Agnieszki Holland, która ma jeszcze większą siłę rażenia. 

Pedro Lemebel "Drżę o ciebie matadorze"

O powieści nieżyjącego już chilijskiego pisarza, artysty, dziennikarza

i aktywisty "Drżę o ciebie matadorze" (Clarooscuro 2020; przełożył Tomasz Pindel) dużo się mówiło, kiedy wyszła. (Uwaga! Konieczne wyjaśnienie - brak przecinka w tytule to celowy zabieg!) Miałam nawet ochotę ją przeczytać, ale wydawnictwo z niewiadomych dla mnie przyczyn nie wydaje ebooków. No ale teraz postanowiłam jednak wypożyczyć ją z biblioteki, bo fascynuje mnie proza latynoamerykańska, a chilijska ostatnio szczególnie. Niedawno wieszałam tu psy na wydanej rok temu powieści "Chilijski poeta" Alejandro Zambry, tym razem jednak zwycięstwo, kciuk w górę. Powieść, która łączy w sobie to, co uwielbiam - niezwykłą kunsztowność języka (Brawa dla tłumacza!), wagę poruszanych problemów, wzruszenia losami bohaterów i jakby tego wszystkiego było jeszcze mało - subtelność. Nic tu nie jest łopatologiczne.

Pisząc o "Chilijskim poecie", zżymałam się, bo miałam nadzieję na szersze tło społeczne i polityczne, tymczasem tyle tam tego było, co na lekarstwo. Zupełnie inaczej jest w powieści, o której piszę dzisiaj. Jej akcja toczy się w Santiago w roku 1986. Dyktatura Pinocheta trwa w najlepsze, ale opozycja i część Chilijczyków, którzy mają dość, burzą się. W centrum miasta co jakiś czas dochodzi do manifestacji. Matki, babcie, siostry znikniętych stoją pod katedrą, trzymając ich zdjęcia i domagając się informacji o tym, co się z nimi stało, czytaj, gdzie są ich ciała, bo, że się odnajdą, raczej żadna z nich już nie wierzy. 

Kiedy znalazła się przy katedrze, ujrzała grupę kobiet, które gromadziły się przed schodami z fotografiami swoich zaginionych bliskich. SPRAWIEDLIWOŚCI-ŻĄDAMY SPRAWIEDLIWOŚCI. ZABRALI-ICH-I-NIGDY-WIĘCEJ-ICH-NIE-ZOBACZYLIŚMY. NIECH-NAM-TERAZ-POWIEDZĄ-GDZIE-ONI-SĄ. Takie hasła wykrzykiwały te panie, matki, babcie, siostry tych wszystkich ludzi, których twarze spoglądały z wyblakłych portretów przypiętych do piersi protestujących.

Rozrzucane są ulotki, także o treści kpiącej z dyktatora. Policja rozgania manifestantów, pałuje, rozpyla gaz łzawiący, aresztuje. W takich niespokojnych dniach busy, wożące mieszkańców stolicy z centrum do odległych dzielnic, bywają zatrzymywane, a ich pasażerowie sprawdzani. Jest wrzesień, zbliża się rocznica obalenia Allende i dojścia do władzy junty. Pinochet i generałowie szykują się do uroczystych obchodów, a opozycjoniści z Patriotycznego Frontu Manuela Rodrigueza jak co roku chcą je zakłócić.

Ale "Drżę o ciebie matadorze" to powieść nie tylko polityczna. To przede wszystkim fantastyczny portret podstarzałego geja i jego relacji z młodym studentem, który zamieszkał w wynajmowanym przez niego domu. I tu koniecznie muszę coś wyjaśnić - otóż słowo gej jest tu nie na miejscu. Bo Ciotuchna z Naprzeciwka, jak jest nazywany/nazywana, to gej przegięty. Lubi ubierać się w damskie ciuchy, używa żeńskich końcówek i zaimków, jest nadekspresyjny, delikatny, uczuciowy, uwielbia miłosne ballady i tanga, ich teksty zna na pamięć, utrzymuje się z haftowania obrusów dla bogatych kobiet, często żon generałów z junty Pinocheta. A tego fachu nauczyła go kiedyś Żaba, również przegięty gej. Ale otoczenie widzi w nim mężczyznę, dziwaka, a ten kto rozpozna jego prawdziwą naturę, obrzuci niewybrednym epitetem. Jak wobec tego go nazywać? Tak jak on/ona sama. Zacytuję fragment z dołączonej do powieści noty konsultanta języka środowiskowego dla polskiego wydania, Michała Mędrzaka. 

Tłumaczenie języka "kobiecych" gejów, mówiących o sobie, zdawałoby się brutalnie, "cioty, ciotencje, cioturzyce, pedały, pedalice, pedryle" (...), stanowi spore wyzwanie. Trudno rozeznać się w gąszczu obelg, by nie przeoczyć języka, z pomocą którego podstarzała ciota buduje swój osobisty system immunologiczny. Obelga wcześniej wymierzona samej sobie w twarz nie boli tak bardzo, gdy później wycedzi ją z nienawiścią ktoś obcy. Pozwoli znieść podwójne odrzucenie: alienację z otaczającego świata heteronormatywnego, pomnożoną przez wyobcowanie ze świata homoseksualnego (...)

I taka właśnie jest Ciotuchna z Naprzeciwka. Ma za sobą ciężkie życie, pochodzi z nizin społecznych, z prowincji, w Santiago długo utrzymywała się, sprzedając swoje ciało na ulicy. Dopiero przygarnięta przez starszą od siebie Żabę, którą traktuje jak przyjaciółkę i matkę, stanęła na nogi. Kiedy czytałam powieść Pedro Lemebela, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że sposobem mówienia i trochę życia, ale także twardością, odpornością na ciosy losu przypomina mi Werę, bohaterkę książki Zyty Rudzkiej "Ten się śmieje, kto ma zęby"

W takiej minikiecce obcisłej i z tymi balonami cyców, co jej prawie wypadały górą, i jeszcze te długie jedwabiste włosy, które ciągle gładziła, drwiąc z tych jej trzech kłaków na krzyż na starej łysiejącej głowie. Jasne, koleżanka z uczelni, studentki wcale nie wyglądają tak... tak... prowokująco... tak... ładnie... Mamrotała półgłosem, przeglądając się w łazienkowym lustrze, odbijającym smutną maskę przebrzmiałego księżyca.

Poznanie Carlosa zmieni jej życie. Bo Ciotuchna z Naprzeciwka zakocha się w nim. Nie, nie spojleruję - taka informacja zamieszczona jest w opisie książki. Bo nie fakty są tu najważniejsze, ale to, w jak wspaniały, subtelny sposób została przedstawiona ich relacja. Carlos nie jest gejem, ale po pewnym czasie zdaje sobie sprawę z uczuć Ciotuchny z Naprzeciwka. Odtąd toczy się między nimi subtelna gra i zabawa.

Niech pani skosztuje, księżniczko, mówił Carlos, odkorkowując butelkę, przekona się pani, że ów rewolucyjny napitek niweluje klasy społeczne. Chce mnie pan upić, woźnico, i potem czynić ze mną, co się panu zachce?, wykrzyknęła, wychylając kieliszek. Sama pani widzi, teraz jesteśmy sobie równi, droga księżniczko.

Niestety dla niej ta subtelna zabawa jest podszyta cierpieniem. Bo doskonale zdaje sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, że Carlos nie dla niej. Cierpi, ale większym nieszczęściem byłoby go nie widzieć. chociaż wie, że rozstanie jest nieuchronne. 

Za każdym razem, kiedy Carlos gdzieś przepadał, niezmierzona otchłań wchłaniała ów pejzaż, i znów myślała, że on taki młody, a ona taka stara, on taki śliczny, a ona powycierana przez lata. Tam młody mężczyzna tak subtelnie męski, a tu ona taka gejspaczona, przeciotowana aż do szpiku kości, że nawet powietrze wokół niej rzedło zniewieściale. I cóż na to poradzić, skoro konała dla niego jak jedwabny arkusik zawilgocony jego tchnieniem. I cóż poradzić, skoro jej życie zawsze rozświetlane było przez to, co zakazane, przez roztańczony tangiem knebel niemożliwości.

Naprawdę wzruszająca jest ta historia, być może, ostatniej miłości podstarzałej Ciotuchny z Naprzeciwka. Co by wybrała, gdyby za pomocą czarodziejskiej różdżki mogła wcześniej mieć wgląd w swój los - poznanie Carlosa i nieszczęśliwą miłość do niego albo nie spotkanie go nigdy i ustabilizowane życie bez tego, być może ostatniego, wielkiego porywu serca? 

Ale Carlos nie tylko budzi ją z letargu uczuciowego niczym książę księżniczkę. Dzięki niemu Ciotuchna z Naprzeciwka nagle zaczyna dostrzegać, co dzieje się wokół niej. To przecież nie jest tak, żeby nie zdawała sobie wcześniej sprawy, kto rządzi i jak te rządy wyglądają. Ale jak większość pozostawała bierna - wolała nie widzieć, broń boże nie znaleźć się na ulicy w czasie manifestacji, nie miała problemu ze zleceniami od żon generałów, pokornie godziła się, że traktowały ją z góry, kazały czekać w kuchni w towarzystwie służącej, dopóki nie skończą pogaduszek z przyjaciółkami. Teraz przestaje się bać, zaczyna się buntować, potrafi głośno powiedzieć, co myśli. 

Warto jeszcze dodać, że powieść prowadzona jest dwutorowo - zasadniczy wątek to historia Ciotuchny z Naprzeciwka przeplatana fragmentami, w których śledzimy scenki z życia Pinocheta i jego żony. Im bliżej końca, tym te zmiany perspektywy są częstsze, co dodatkowo buduje napięcie. Dlaczego? Tego zdradzić nie mogę. Żona generała przedstawiona jest groteskowo, bez przerwy gada, poucza, krytykuje, utyskuje, mąż ma tej paplaniny serdecznie dość. On pokazany jest groteskowo-strasznie jako bezwzględny okrutnik, sadysta, który odważny jest tylko dlatego, że odgradza go od świata tłum ochroniarzy i generałów. Nie wiem, na ile ich portrety to kreacja Pedro Lemebela, a na ile oparte są na dokumentach czy relacjach tych, którzy ich znali. Aha, żeby nie było wątpliwości, jakie mam zdanie o Pinochecie, który z niewiadomych dla mnie powodów w naszym kraju ma też zwolenników - nie mam wątpliwości, że to czarny bohater na kartach historii, który wyjątkowo brutalnie, bezwzględnie i okrutnie rozprawiał się ze zwolennikami Salvadora Allende i opozycjonistami.

Znakomita powieść, a czytanie jej to językowa rozkosz. 

Magdalena Parys "Biała Rika. Żeliwne ptaki"

Magdalena Parys była w sierpniu gościnią Literackiego Sopotu,

którego temat przewodni to tym razem literatura niemiecka. Na festiwalu nie byłam, ale spotkania i audycje festiwalowego Ptasiego Radia trafiają teraz na platformy strimingowe, więc odsłuchuję sobie stopniowo to, co mnie interesuje. Między innymi zaciekawiła mnie rozmowa właśnie z Magdaleną Parys, której trzy sensacyjne powieści, "Tunel", "Magik" i "Książę", mocno osadzone w historii i w problematyce współczesnych Niemiec, bardzo mi się podobały.  W czasie wywiadu autorka opowiadała między innymi o nowym rozszerzonym wydaniu swojej debiutanckiej powieści. Żeby zwrócić uwagę na zmiany, został dodany podtytuł - teraz to "Biała Rika. Żeliwne ptaki" (Świat Książki 2023). A ponieważ, jak wspominałam, podobały mi się trzy inne książki Magdaleny Parys i interesuje mnie temat poruszany w jej nowej-nienowej powieści, postanowiłam ją przeczytać.

"Biała Rika. Żeliwne ptaki" to historia Dagmary, zarazem narratorki, która wychowywała się w patchworkowej polskiej rodzinie ze sporą domieszką niemieckiej krwi. Niemieckich tropów jest tu więcej, bo Dagmara urodziła się w Gdańsku, gdzie w starej dzielnicy Wrzeszcz mieszkali jej dziadkowie. To ważne, bo właśnie tam zachowały się robotnicze poniemieckie domy, a w jednym z nich wychowała się jej mama, ukochana ciocia i wujek. Potem rodzice wyprowadzili się do Szczecina, gdzie po kilku latach mama narratorki wyszła ponownie za mąż i tak kilkunastoletnia Dagmara trafiła do swoich przyszywanych dziadków, tej tytułowej Białej Riki i Karola. Jej nowa babcia urodziła się w Hamburgu w rodzinie zamożnego Niemca. Jak trafiła do Polski, jak wyszła za mąż za Polaka, tego zdradzać nie będę.

Uwaga! Kolejny akapit to wspomnienia osobiste, które tłumaczą moje szczególne zainteresowanie tą tematyką. Miało być krótko, wyszło przydługo, więc jeśli nie macie ochoty tego czytać, przejdźcie do następnego akapitu. 

Temat ziem poniemieckich, które po wojnie znalazły się w granicach Polski, jest mi od zawsze bliski, bo urodziłam się i spędziłam dzieciństwo właśnie w takim mieście stosunkowo niedaleko Gdańska. Znam tę dzielnicę Wrzeszcza, o której opowiada Magdalena Parys w swojej książce, znam te ulice, Grażyny, Wajdeloty i inne. Moi rodzice mieli tam znajomych, którzy mieszkali właśnie w takim poniemieckim domu z czerwonej cegły. Przed wojną była to dzielnica robotnicza, domki skromne, ale ten konkretny, który razem z rodzicami od czasu do czasu odwiedzałam, został przez właścicieli rozbudowany i mnie, mieszkance PRL-owskiego bloku, wydawał się luksusowy. A przede wszystkim był duży. Nie wiem, jakie były inne domki. Na tak zwane ziemie odzyskane albo, jak się dziś mówi, pozyskane trafili moi dziadkowie ze strony taty, uciekinierzy z Kresów. Najpierw na Dolny Śląsk, potem w wyniku tragicznych perturbacji, do miasta w okolice Gdańska, innego niż to, w którym się urodziłam. Mieszkali oczywiście w poniemieckich domach, u babci było sporo poniemieckich przedmiotów, także mebli. Kiedyś wzięłam sobie na pamiątkę zestaw do sprzątania okruszków ze stołu, elegancką tackę i takąż szczoteczkę. Oczywiście poniemiecki. To nie wszystko - jeden z moich wujków wżenił się w mazurską rodzinę. Ciotka świetnie mówiła po niemiecku, z czasem jej rodzice, siostra i brat wyjechali do Niemiec, potem zrobił to mój kuzyn. Czy jako dziecko rozumiałam dlaczego? Mam sentyment do ciężkiej, poniemieckiej architektury. Pamiętam wizyty u koleżanki z klasy, która mieszkała w poniemieckiej kamienicy w ogromnym mieszkaniu. W takim otoczeniu spędziłam przecież swoje naprawdę szczęśliwe dzieciństwo, to było dla mnie coś oczywistego. Dlatego ile razy jestem we Wrocławiu, z rozrzewnieniem wspominam tamten czas. Wtedy niewiele rozumiałam, chociaż wiedziałam, że przed wojną te wszystkie miejsca były niemieckie. Z czasem dowiadywałam się coraz więcej. Stąd moje zainteresowanie tą tematyką. No ale po tej bardzo długiej osobistej dygresji, jej objętość najlepiej świadczy, jaki to dla mnie ważny temat, czas wrócić do powieści.

Magdalena Parys wspominała w rozmowie, której wysłuchałam, że zdecydowała się na rozszerzenie "Białej Riki", bo czegoś jej w niej brakowało. Nie jestem przekonana, czy to wyszło książce na dobre. Nie znam pierwszej wersji powieści, ale łatwo zidentyfikować przynajmniej część z tego, co dodane, bo bardzo często opatrzone jest datą. Poza tym Dagmara z roku 2023 od czasu do czasu rozmawia z Dagmarą z roku 2015. Muszę przyznać, że po jakimś czasie te zabawy formą po prostu zaczynały mnie nużyć. 

A zaczęło się bardzo interesująco od historii Białej Riki i Karola. Potem wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w Szczecinie, które, też ciekawe, mieszają się z odkrywaniem historii przyszywanych dziadków. Niestety później autorka od niej odchodzi. A przecież już tylko ich los zasługiwałby na osobną powieść! Dużo tu gier ze wspomnieniami, wiadomo każdy pamięta inaczej, pojawia się pytanie, czy w ogóle po latach można dociec prawdy. I w  tych fragmentach też dostajemy zabawę formą - autorka miesza przeszłość ze współczesnością, bohaterowie, którzy raz są dziećmi, nagle niczym królik z kapelusza zostają wyjęci z przeszłości i stają się dorośli. Spierają się z Dagmarą o tę przeszłość, napominają, że przynudza i żeby zaczęła znowu opowiadać. To oczywiście kokieteria, ale rzeczywiście po jakimś czasie te zabawy stają się nudne. Ja też wolałabym opowieść. W tej samej konwencji pojawiają się dorosłe dzieci narratorki, a nawet redaktorka i redaktor, oczywiście z roku 2015 i 2023. Oni też dyskutują z Dagmarą o tym, co pisze. Krytycy pewnie będą zachwyceni, ja, zwyczajna czytelniczka, nie do końca. Gdzieś rozmywa się to, co najbardziej interesujące - perspektywa dziecka, które wychowuje się na terenach poniemieckich, historia Białej Riki i Karola, wspomnienia z wakacji spędzanych w Gdańsku, a właściwie we Wrzeszczu w tym powojennym domu, relacje z ojczymem. Na szczęście im bliżej końca, tym tych zabaw formą mniej. Ostatnia część, opowieść Dagmary o przeprowadzce rodziny do Berlina Zachodniego w latach osiemdziesiątych, historia wyrwania jej i jej małego brata z dobrze znanego, bezpiecznego otoczenia, też jest bardzo ciekawa. Niestety i tym razem czułam niedosyt - ta część wydała mi się za krótka.

"Biała Rika. Żeliwne ptaki" jest opowieścią o powtarzalności pewnych procesów. Dagmara, tak jak kiedyś Biała Rika, Karol i jej prawdziwi dziadkowie z Gdańska, zostaje oderwana od swoich korzeni. Najpierw musi przenieść się z Gdańska do Szczecina, potem z domu rodziców do domu przyszywanych dziadków, do którego długo musi się przyzwyczajać, a wreszcie z Polski do Berlina Zachodniego, co jest najbardziej dojmującym doświadczeniem. Jako dorosła osoba rozumie, że to wszystko, jej przeszłość, przeszłość jej przodków, prawdziwych i przyszywanych, zmiany miejsc, ukształtowało ją i wzbogaciło. Bez tego byłaby inną Dagmarą. Oczywiście trzeba pamiętać, że doświadczenia dziadków były o wiele bardziej tragiczne. Ale i oni jakoś się otrząsnęli i ułożyli sobie życie.

Szkoda, że Magdalena Parys nie zaufała sile opowiadanych historii.

Josef Škvorecký "Tchórze"

Josef Škvorecký to jeden z moich ulubionych pisarzy, czemu

dawałam wyraz trzykrotnie, pisząc o jego książkach - powieści "Przypadki inżyniera ludzkich dusz", zbiorach opowiadań "Fajny sezon""Gorzki świat". Najbardziej ujmuje mnie w jego twórczości połączenie ciekawej opowieści, humoru, liryzmu, bólu istnienia i takich fragmentów, w których pisarz nagle dotyka czegoś najbardziej istotnego, sięga do tajemnic egzystencji i losu człowieka. Jakby odkrywał przysłowiową Amerykę. Wiem, że brzmi to nieco górnolotnie, może nawet znać tu odrobinę egzaltacji (brr!), ale cóż poradzę na to, że nie potrafię znaleźć lepszych słów na wyrażenie tego czegoś, co potrafi zrobić Josef Škvorecký. Pisarz należy do najważniejszych czeskich twórców, niestety w Polsce nie jest tak znany jak Milan Kundera, Jaroslav Haszek czy Bohumil Hrabal. Podobnie jak przywołany Milan Kundera po roku 1968 opuścił Czechosłowację. Osiedlił się w Kanadzie, gdzie nie tylko pisał, ale także prowadził emigracyjne wydawnictwo, jak czytałam o randze porównywalnej do paryskiej Kultury.

Od dawna, a już na pewno od wizyty w Nachodzie, powieściowym Kostelcu, chciałam przeczytać debiutancką powieść "Tchórze" (Wydawnictwo Śląsk 1970; przełożyła Emilia Witwicka), a jednocześnie pierwszą część cyklu o Dannym Smirzickim, alter ego autora. Ale książkę niełatwo zdobyć - dlatego udało się dopiero teraz, kiedy zapisałam się do biblioteki (polecam wszystkim). Ten bohater, jego koledzy i przyjaciele, dziewczyny, w których się kochają, ich rodzice,  Kostelec i inni jego mieszkańcy pojawiają się w wielu książkach autora, dlatego czytając "Tchórzy", miałam cudowne wrażenie spotkania dawno niewidzianych dobrych znajomych. Dodam jeszcze, że książka wywołała skandal, została wycofana z księgarń, a Josef Škvorecký stracił pracę w piśmie literackim. Ale jak to często bywa w takich przypadkach, to wszystko przyczyniło się do jej popularności w Czechosłowacji.

Akcja powieści rozgrywa się przez osiem majowych dni (od piątego do jedenastego) w roku 1945. Wojna zbliża się do końca, w mieście jeszcze stacjonują Niemcy, ale już wiadomo, że ich dni są policzone. Tymczasem mieszkańcy Kostelca szykują powstanie, ma się rozpocząć na znak dany przez praskie radio. Już przygotowaniom towarzyszy chaos i pewien rodzaj niedowierzania. Powstanie? Jakie powstanie? Trzeba iść do browaru, gdzie trwa mobilizacja? A może jednak nie? Mamy tam spać? Głodni? Na podłodze? A może urwać się do domu? Wyspać się we własnym łóżku, najeść się? Po co bez sensu patrolować ulice? Takie myśli towarzyszą Dannemu i jego kolegom. Mają dwadzieścia lat, gdyby nie wojna już dawno byliby w Pradze i studiowali. Tymczasem po ukończeniu szkoły najczęściej musieli pracować jako robotnicy w miejscowych zakładach zbrojeniowych. Przywołane przeze mnie "Przypadki inżyniera ludzkich dusz", chyba najbardziej znana i doceniana w Polsce książka Josefa Škvoreckego, bo nagrodzona Angelusem, usiane są wspomnieniami Dannego z tamtych wojennych lat. Chaos narasta - w mieście szerzą się rozmaite pogłoski, a to że Niemcy się wycofują, a to że wkraczać będą Rosjanie, mieszkańcy wieszają czechosłowackie flagi, niektórzy także czerwone, chcą wychodzić witać Rosjan, chociaż jednocześnie są pełni wątpliwości. Jak to będzie? Co będzie? Nagle zaczyna roić się od żołnierzy zwolnionych z niewoli, francuskich, angielskich i innych, pojawiają się też ocaleńcy z wyzwolonych obozów. Oddział Anglików spotkany przez Dannego bardzo chętnie przygarniają do siebie bogaci mieszkańcy Kostelca, a właściwie ich żony, tymczasem wynędzniałe Żydówki, które cudem przetrwały obóz zagłady, muszą zadowolić się pomocą organizowaną przez miasto.

Żydówka wyciągnęła kościstą rękę i głośno powiedziała coś do pozostałych. (...) Przecież po niej wszystko było widać. (...) ... wciąż kuśtykała obok mnie, z bosymi nogami pokrytymi kurzem i w pasiastej sukni, która wisiała na niej jak na szkielecie ... (...) Miałem poczucie winy. Czułem, że czymś zawiniłem. Może to była głupota, ale szedłem przed nimi syty i nażarty ... (...) Nieprzyjemnie było mieć uczucie, że te kobiety są jakoś poniżone.

Powstanie oglądane oczami Dannego i jego kolegów jest chaotyczne, poczucie bezsensu miesza się z poczuciem patriotycznego obowiązku, grozą śmierci przypadkowych osób, tragedią tych, którzy stracili bliskich, a tchórzostwo z bohaterstwem. Tego drugiego jest wyraźnie mniej.

W "Tchórzach" autor pokazuje świat w momencie przemiany, przepoczwarzania się. Kończy się wojna, do której mieszkańcy jakoś przywykli, jakoś ułożyli sobie z nią życie. Dla Dannego i jego kolegów to czas młodości. Owszem, pracowali w fabrykach, ten i ów stracił kogoś bliskiego, jeden z nich, Żyd, był w obozie, na szczęście został zwolniony, ale jednocześnie spotykali się z dziewczynami, w których się kochali, i grali swój ukochany jazz (to jeden ze stałych motywów w prozie Josefa Škvoreckego). 

... cierpiałem na ten dziwny chaos świata, świata, który do niedawna był jakiś prostszy, nawet kiedy była wojna, a może właśnie dlatego, i życie miało jakiś sens, tyle że ja już byłem żywym trupem.

Z jednej strony cieszą się, że wojna się kończy, ale jednocześnie żałują tego, co było - wspólnego muzykowania, koncertów, przyjaźni, miłości. No i nie wiadomo, co przyszłość przyniesie. Jak to będzie? Bać się tych Rosjan czy być im wdzięcznym za wyzwolenie? 

... potrzebna mi była Irena, żebym mógł o niej myśleć i nie musiał myśleć o tych rzeczach, które naraz, ni stąd, ni zowąd zaczęły chodzić mi po głowie, ten generał [rosyjski], starosta Prudivy, te słodko cuchnące bryczki [wiozące rosyjskich notabli] (...) ... z tego wszystkiego mróz chodził mi po krzyżu (...) gdyby chociaż była tu Irena, która figę wiedziała o życiu, o tym, że to wszystko jest w końcu bzdurą i udręką duszy. Irena, która miała swoje głupie, niesprecyzowane wyobrażenia o jakiejś cudowności, szczęśliwości i cieple życia, podczas gdy ja czułem tylko chłód. 

A może byłoby fajnie, gdyby ten nowy świat urządzili młodzi?

Zawsze tak patrzyli na nas młodzi chłopcy, słysząc jazz, kiedy siedzieli w kawiarni (...) i słuchali z nabożeństwem, jak gramy. (...) ...kochałem za to ich wszystkich i zdawało mi się, że to równe chłopaki, skoro mają w sobie tę miłość do jazzu, i że oni w końcu urządzą ten świat lepiej niż fabrykant Indor, pan Machaczek i kapelmistrz Petrbok z tą swoją kretyńską orkiestrą wojskową, że to może będzie fajny świat, pełen jazzu i w ogóle fajny.

Trzeba też będzie opuścić Kostelec, pojechać na studia, a przecież żal zostawiać kolegów z zespołu, te dziewczyny, do których się wzdychało. A z drugiej strony to nowy rozdział, nowe otwarcie. Danny, który dotąd kochał się nieszczęśliwie, bo bez wzajemności, w Irenie, a w międzyczasie gotów był zakochiwać się w wielu innych ładnych dziewczynach, fantazjuje, że w Pradze spotka tę jedną, jedyną wymarzoną.

Na dole tańczyli chłopcy (...), których kochałem, a których za kilka dni miałem opuścić i odejść gdzie indziej, znów dokądś, a ja grałem dla nich i myślałem o tych wszystkich zwykłych rzeczach, o których myślałem zawsze, o dziewczętach, o jazzie i o tej nieznajomej dziewczynie, którą spotkam w Pradze.

Danny jest pełen sprzeczności. Ale kto nie jest? Z jednej strony czuje się szczęśliwy, bo szczęście dla niego to jazz i dziewczyny.

Takie było życie. Jazz, dziewczyny i wspomnienia. Czułem, że to niemożliwe, żeby było inne. Ponieważ poza tym nic nie było życiem. Przecież nie była życiem fabryka ze wstawaniem o piątej i z przychodzeniem do domu o ósmej.

Z drugiej odczuwa głęboki bezsens i smutek. 

... wiedziałem o tych wszystkich śmierciach i pomyślałem sobie, po co właściwie to życie, i wydało mi się, że chyba po nic, tylko po to, żeby myśleć o dziewczynach i muzyce, i tak mi przeleciało przez myśl, czy to dosyć, żeby było warto, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy ...

Dlatego ten ferment w mieście przyjmuje z nadzieją.

Prędko, czuć coś, coś mówić, żeby zadźwięczało to we mnie, żeby nie było tej drętwoty ... (...) A ja czułem potrzebę odczuwania czegoś i to szybko.

Jednocześnie drażni go to, że wzniosłe oczekiwania mieszają się z trywialną codziennością. Dzieje się tyle, a mieszkańcy jak zwykle myślą o gęsi z knedlami i kapustą. Ten kilkudniowy powstańczy zryw nie okaże się lekiem na poczucie bezsensu. Kiedy wszystko się skończy, ulgę przyniesie jak zwykle jazz i marzenie o tej dziewczynie z Pragi.

Świetna powieść. Namawiam - spróbujcie prozy Josefa Škvoreckego. Na początek można zacząć od opowiadań. Cieszę się, że dzięki znakomitemu pomysłowi zapisania się do biblioteki wracam do klasyki i książek zapomnianych.

Lana Bastašić "Złap zająca"

Jak niedawno wspominałam, szukanie  interesującej, niebłahej prozy

współczesnej to zajęcie bardzo ryzykowne. Więcej rozczarowań i straty czasu niż spełnień i poczucia, że warto było. Tym razem jednak się udało. Mój czytelniczy radar nastawiony między innymi na literaturę bałkańską wyłapał debiutancką powieść Lany Bastašić "Złap zająca" (Wydawnictwo Literackie 2023; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić). Zachęcona pozytywną recenzją, chociaż to gwarancji nie daje, szybko się za nią zabrałam i połknęłam jednym tchem. Wreszcie współczesna powieść bardzo dobrze napisana i przede wszystkim o ważnych problemach! Zanim podzielę się refleksjami, jeszcze kilka informacji o autorce. Nie ma tego wiele. Na Bałkanach sprawy tożsamościowe bywają skomplikowane, podaję więc za wydawnictwem, że jest Bośniaczką urodzoną w Zagrzebiu. Gdzieś znalazłam jeszcze informację, że w serbskiej rodzinie. Mieszka, a może nadal mieszka, w Barcelonie.

Na początek jednak kamyczek do ogródka wydawnictwa i dobra rada dla przyszłych czytelniczek i czytelników tej powieści. Jeśli ktoś nie bardzo orientuje się w najnowszej historii Bałkanów, jeśli niewiele wie o Bośni i Hercegowinie, która powstała po upadku Jugosławii, przed lekturą koniecznie powinien zajrzeć do jakichś źródeł. W przeciwnym wypadku nie zrozumie istotnych dla tej książki kwestii narodowościowych. Stąd moje pretensje - aż się prosi o wstęp dotyczący tej problematyki i przypisy. Co to jest AVNOJ? Dlaczego jedna z bohaterek zmieniła imię i nazwisko - z Lejli Begić stała się Lelą Berić? Tego pierwszego musiałam szukać, drugiego się domyśliłam, bo szczęśliwie dzięki lekturom nieco się orientuję w zawiłościach bałkańskiej historii i konfliktach narodowościowych. Wiem, wiem, dziś wszystko można sprawdzić, dużo czasu to nie zajmuje, są jednak wydawnictwa, które w takich wypadkach opatrują książkę wstępem i przypisami. Ale czas wreszcie przejść do powieści.

"Złap zająca" to historia pewnej przyjaźni, powieść drogi, a to wszystko na tle skomplikowanej sytuacji w Bośni i Hercegowinie. Zagadnienia tożsamości, konfliktu narodowościowego zajmują w książce bardzo istotne miejsce. Spokojne życie  Sary, narratorki powieści, Serbki z Banja Luki mieszkającej od lat w Dublinie, nieoczekiwanie przerywa telefon od jej dawnej przyjaciółki Lejli. Nie rozmawiały ze sobą od kilkunastu lat, poróżniły się jeszcze w swoim mieście rodzinnym, kiedy obie były studentkami. Lejla domaga się od Sary, aby ta przyjechała do Mostaru, gdzie teraz mieszka, i zawiozła ją do Wiednia, bo straciła prawo jazdy, a nikt inny nie może tego zrobić. Przyznacie, że to prośba dziwna i właściwie bezczelna. Kupić z dnia na dzień bilet na samolot do Zagrzebia, tłuc się stamtąd kilkanaście godzin nocnym autobusem do Mostaru, a potem jechać do Wiednia? Tak nagle rzucić wszystko, wywalić pieniądze, aby podporządkować się żądaniu kogoś, z kim nie rozmawiało się kilkanaście lat i do kogo ma się zadawniony żal? Ale Lejla właśnie taka jest. Ona się nie tłumaczy, nie wyjaśnia, ona się domaga. Zdumiona Sara odmawia, ale kiedy dowiaduje się, że w Wiedniu jest Armin, starszy o kilka lat brat Lejli, który nagle zniknął w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie, decyduje się spełnić prośbę dawnej przyjaciółki. Tego dowiadujemy się w pierwszym rozdziale powieści. Dlaczego wieść o Amirze tak bardzo zelektryzowała Sarę? Stopniowo będziemy odkrywać prawdę.

Towarzysząc Sarze i Lejli w ich podróży, powoli poznajemy historię ich przyjaźni, dowiadujemy się, co je poróżniło, o co mają do siebie pretensje. To rodzaj relacji nierównej. W ich przyjaźni Lejla była tą silniejszą, wodziła Sarę za nos, imponowała jej, a ona się podporządkowywała. A przecież ich przyjaźń właściwie nie powinna się zdarzyć. Sara to Serbka, Lejla Bośniaczka. Przed wojną to by nie miało znaczenia, nieżyjący ojciec Lejli był popularnym śpiewakiem, ale jego śmierć i wojna zmieniły wszystko. Nagle ona, jej matka i brat zaczęli być traktowani jak trędowaci. Zmiana imion i nazwiska niewiele dała, przecież wszyscy wiedzieli, kim naprawdę są. Ta przyjaźń nie była w smak rodzicom Sary. Wybierając Lejlę, odsunęła się też od grupy rówieśników, w których łaski za wszelką cenę chciała się wkraść.

Kiedy w pewnym momencie musiałam wybierać, coś przeważyło na twoją korzyść. Może Armin, może coś innego. może się bałam, że zabierzesz ze sobą wiedzę, jak zabiłam wróbla. Póki jestem twoją przyjaciółką, nie wykorzystasz tego przeciwko mnie. Pewnie dlatego wybrałam ciebie, a może z powodu czegoś mniej oczywistego.

Tu koniecznie muszę wyjaśnić, że Banja Luka, gdzie mieszkały, to miasto w tej części Bośni i Hercegowiny, w której Serbowie przeważali, dziś to faktyczna stolica Republiki Serbskiej będącej częścią Bośni i Hercegowiny. Być może dlatego dorosła Lejla mieszka w Mostarze, chociaż jej matka została w ich rodzinnym mieście. 

Muszę przyznać, że Lejla to bohaterka wyjątkowo irytująca. Silna osobowość, antypatyczna, despotyczna, potrafi drwić z dawnej przyjaciółki, milczy, trudno do niej dotrzeć, niczego nie wyjaśnia, nie tłumaczy, zachowuje się dziwnie. Z drugiej strony kiedy ją lepiej poznajemy, rozumiemy, że nie ma jej czego zazdrościć. Że prawdopodobnie jest pełna kompleksów, czuje się niedoceniona i nie dość ważna dla swoich bliskich, a jej sposób bycia to maska chroniąca ją przed światem. Tak jak przed wrogością serbskich sąsiadów miała ją chronić zmiana imienia i jednej literki w nazwisku. W jej oczach Sara odniosła sukces. Bo wyjechała z Bośni, bo pisze, bo ma pracę, ma faceta. Nie wie, że to stabilne, uporządkowane, przeciętne życie  okupione było latami samotności, brakiem pieniędzy, łapania byle jakiego zajęcia. Teraz też Sara nie należy do krezusek. Różnica jest jednak taka, że dla niej smartfon to coś oczywistego, a Lejla nadal posługuje się starą komórką z klapką, nie dlatego, że taką ma fantazję, ale dlatego, że jej nie stać na to, co dla innych jest przedmiotem codziennego użytku.

Nie biorę udziału w licytacji. Nie mam się czym chwalić. Jestem zdrowa, przyjechałam z Irlandii, mam Michaela i jadę do Mostaru, bo mam pieniądze, by sprostać kaprysom Lejli. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że swoim zaproszeniem złamała mi kręgosłup. Jak miałabym się ścigać z ich zmarłymi, ruinami nędznymi emeryturami? 

Tak myśli Sara, przyglądając się współpasażerom nocnego autobusu z Zagrzebia do Mostaru i przysłuchując się ich rozmowom. Swoim nagłym pojawieniem się Lejla wytrąca ją z jej spokojnego życia, przypomina, że świat to chaos i nieład i nie da się przywrócić w nim porządku. Bo nawet jeżeli uciekniemy, tak jak uciekła Sara, to i tak Bośnia nas dogoni.  

... nadal wyczuwałam ją [Bośnię] między nami, jakbyśmy przebyły morze popiołów i spaloną ziemię. "Zawsze jesteśmy w Bośni". Teraz zaczęłyśmy ją wlec ze sobą do Europy. Nasz kraj z niespokojnymi granicami tak naprawdę jest bezgraniczny. Na próżno się wadziliśmy, przeganiali i zabijali: nigdy nawet się w nim nie odnaleźliśmy, to on wdarł się w nas niczym fantomowy świerzb. 

Sara zdaje się nienawidzić Bośni i wszystkiego, co ją z nią łączy. Tożsamościowe zawirowania odcisnęły na niej piętno. Wprawdzie jej rodzice byli Serbami, ale kiedyś nie miało to dla nich znaczenia. Potem swoją serbskość, jak inni, musieli udowadniać na siłę - obchodząc serbskie prawosławne święta, przygotowując tradycyjne potrawy, w końcu chrzcząc kilkunastoletnią Sarę w cerkwi. 

Mój tata. który, ot tak, nagle zdecydował, że będziemy obchodzić prawosławną slavę. Mama ukradkiem szukała jakichś artykułów prasowych o tym, jak to przygotować. W tamtym czasie jakiekolwiek odstępstwa od reguł były niewybaczalne; goście zasiedli przy naszym stole niczym ława przysięgłych, gotowi osądzić każdy, nawet najmniejszy błąd.

Czy  z powodu tej nienawiści do kraju nie przyjechała na pogrzeb ojca i nie utrzymuje właściwie kontaktu z matką? Jest w powieści scena wstrząsająca, której czytanie powodowało we mnie dyskomfort, a właściwie nawet obrzydzenie. Narratorka idzie na podwórko rodzinnego domu i ukryta w ciemności z odrazą obserwuje matkę. Chociaż kibicowałam Sarze, to muszę przyznać, że nie wszystko potrafiłam w niej zaakceptować. Ona też była pogubiona, rozdarta.

Może właśnie wtedy rozpadłam się na pół - na tę, która akceptuje twoją [Lejli] prawdę (...) i tę drugą, która po szkole idzie do domu i spełnia sen matki o dziewczynce w różowej sukience. A może to poszło jeszcze dalej - może już wtedy wymyśliłam siebie dla tego całego kolorowego świata (...) Dlatego łatwo było wyjechać, zmienić język, inaczej wymawiać swoje imię, udawać, że gdzieś daleko w czarnym sercu Europy nie istniejesz. 

Bardzo dobra powieść o powikłanych ludzkich relacjach, o stosunku do własnego kraju, przed którym chce się uciec, ale chyba nie można, o tożsamości, przed którą też nie ma ucieczki, wreszcie o bałkańskich konfliktach z wojną, której właściwie w powieści nie ma, w tle. No i świetnie się czyta, bo autorka żonglując czasem, umiejętnie podsyca naszą ciekawość, stopniowo zdradzając tajemnice bohaterek. A wisienką na torcie jest zaskakujące, zupełnie nieoczekiwane zakończenie.

Milan Kundera "Walc pożegnalny"

Kontynuuję swoją przygodę z twórczością Milana Kundery. Tym

razem przeczytałam "Walc pożegnalny" (W.A.B. 2013; przełożył Piotr Godlewski). Pisarz skończył ją pisać w 1972, jeszcze w Czechosłowacji, którą opuścił w roku 1975. Miała być jego pożegnaniem z ojczyzną i być może, jak przypuszczał, ostatnią książką, bo już wtedy myślał o wyjeździe. Dlatego jednym z bohaterów uczynił Jakuba, który dostał paszport i właśnie opuszcza na stałe kraj. Zanim to zrobi, chce pożegnać się z przyjaciółmi.

Ta powieść ma lżejszy ciężar niż "Żart", co nie znaczy, że to tylko rzecz lekka, łatwa i przyjemna. Czyta się ją znakomicie - jest śmieszna, groteskowa, za czym nie przepadam, ale na szczęście w takim stopniu, że mi to zupełnie nie przeszkadzało, ma wartką akcję, o czym za chwilę, bo jej kompozycji warto poświęcić chwilę uwagi. Jednak im bliżej końca, tym śmiech coraz częściej więźnie w gardle, robi się poważniej, aż w końcu przychodzi nieoczekiwany (?), oczekiwany (?) punkt kulminacyjny. A potem wszystko się uspokaja, życie zaczyna toczyć się dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Chociaż w niektórych bohaterkach i bohaterach coś się jednak przełamało. To pozwoliło mi fantazjować, że  mają już w sobie siłę na zmiany. Właściwie taką nadzieję wiążę z jedną bohaterką, w dodatku drugoplanową.

Czas na uporządkowanie tego chaosu. Akcja powieści rozgrywa się w czeskim uzdrowisku, w którym leczy się przede wszystkim bezpłodność kobiet. Kiedy? To trudno ustalić precyzyjnie takiej czytelniczce jak ja, która aż tak dokładnie nie orientuje się w zawiłościach czeskiej historii. Przed rokiem 1968 i praską wiosną? Czy już po? Polityczne represje, którym poddany był jeden z bohaterów, Jakub, miały miejsce jeszcze w czasach stalinowskich czy dotyczą roku 1968? Intuicja podpowiadała mi, że chodzi jednak o ten pierwszy okres, ale z tekstu Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego bohemisty, poświęconego pisarzowi wynika, że nie miałam racji - chodzi o represje po praskiej wiośnie. Wydaje mi się jednak, że przynajmniej część z nich, miała miejsce wcześniej.

Mamy tu kilkoro bohaterów, którzy na dłużej lub krócej pojawiają się w uzdrowisku. Główna bohaterka to Róża, pielęgniarka w sanatorium, która pragnie wyrwać się z miasteczka. Jest nieco demoniczny fantasta doktor Slama, jej szef, który zachowuje się niczym demiurg, wiele wie o swoich przyjaciołach i współpracownikach, z jednej strony wykorzystuje ich, z drugiej potrafi oddać im przysługę i chronić, nie  zawaha się przy tym skłamać. Postać bardzo niejednoznaczna, śmieszna, ale niemoralna. Ważnym bohaterem jest znany trębacz Klima, który mieszka w Pradze, a do uzdrowiska przyjeżdża na koncerty. Zakochany w swojej pięknej żonie Kamili, a przy tym kobieciarz. Groteskową i tajemniczą postacią jest bogaty Amerykanin, który od dłuższego czasu przebywa w uzdrowisku, oczywiście na specjalnych zasadach, bo leczy tu swoje serce. Nieoczekiwanie zjawia się wspomniany Jakub, przyjaciel doktora Slamy. Ponieważ wyjeżdża na stałe za granicę, chce się pożegnać z nim i swoją wychowanką, Olgą, która leczy się w miejscowym sanatorium. Jest jeszcze zakochany w Róży chłopak, piekielnie o nią zazdrosny. Niektórzy się znają, inni nie, ale losy wszystkich splotą się ze sobą. Ich wątki prezentowane są naprzemiennie, a akcja coraz bardziej przyspiesza. Mają miejsce rozmaite zbiegi okoliczności, nieoczekiwane spotkania, pomyłki, zabawne qui pro quo. Kompozycja powieści jest bardzo filmowa. Od pewnego czasu zastanawiałam, czy dojdzie w końcu do konfrontacji pomiędzy dwojgiem bohaterów, na którą się zanosiło? A do śmierci jednej z bohaterek? Bo jest to też swoista kronika zapowiedzianej śmierci. Tymczasem autor zwodzi do końca, prowadzi drogi wykreowanych przez siebie postaci w sposób nieoczekiwany. Przyznam, że zakończenie mnie zaskoczyło. Trudno pisać o "Pożegnalnym walcu" tak, aby zdradzić jak najmniej szczegółów, bo przecież sama akcja pełna nieoczekiwanych zdarzeń sprawia wiele przyjemności.

Moim zdaniem najważniejszą postacią w powieści jest Jakub. O ile doktor Slama i bogaty Amerykanin są pokazani groteskowo, o tyle on nie. To wokół niego koncentrują się najważniejsze pytania tej powieści. Jakub zastanawia się, jaki jest naprawdę. Trochę przypadkowo los wystawił go na próbę - pozwolił mu się przekonać, czy rzeczywiście jest taki szlachetny, za jakiego się uważał. Czy jest lepszy od swoich politycznych wrogów? Dotąd pogardzał  krajem i rodakami. To wynik politycznych represji, które zatruły go tak, jak bohatera "Żartu", o którym niedawno pisałam. A Olgą, córką swojego przyjaciela, a potem politycznego wroga, zajął się z odruchu serca, czy dlatego, żeby okazać się lepszym, szlachetniejszym? Czy to zwyczajna ludzka przyzwoitość, czy postępowanie mające połechtać własne ego? Zdaje sobie sprawę, że stworzył ze swojego życia mit, nadał mu patos. Teraz to wszystko wydaje się być fałszem. Jakub przed opuszczeniem kraju żegna się ze swoim przyjacielem i Olgą, ale to rozstanie nie przebiega tak, jakbyśmy tego oczekiwali. Każde z nich zajęte jest swoimi sprawami, jakby nie zdawali sobie sprawy, że mogą już nigdy nie zobaczyć Jakuba. A on nieoczekiwanie dostrzega piękno ojczystego krajobrazu, budzi się w nim tęsknota. To skłania go do kolejnych refleksji - co tak naprawdę jest wżyciu ważne. Dotąd myślał, że polityka, podążanie za prawdą. Teraz zastanawia się, czy się nie pomylił. A może najważniejsze jest zwyczajne życie - rodzina, dzieci, no i piękno, którego nie dostrzegał?

Zawsze myślał, że słyszy bicie serca pulsującego w piersi kraju. Ale kto wie, co w gruncie rzeczy słyszał? Czy serce? Czy nie był to tylko stary budzik, który odmierzał zupełnie fałszywy czas? Czy wszystkie te walki polityczne nie były tylko błędnymi ognikami, mającymi odciągnąć go od tego, co rzeczywiście ważne? (...) A jeśli żył w zupełnie innym świecie, niż sądził? A jeśli widział wszystko na opak? A jeśli piękno znaczy więcej niż prawda (...)?

Warto jeszcze dodać, że to, co dzieje się z Jakubem, jego wątpliwości, zaniechania,  rozterki przedstawione są bardzo prawdziwie. Ileż to razy coś, co wydawało nam się ważne wieczorem, rano nie ma znaczenia, ileż razy mamy poczucie nierealności tego, co przed kilkoma godzinami było takie istotne. Ileż razy wiemy, że powinniśmy działać, ale nie wiemy jak i ogarnia nas niemoc, którą doskonale umiemy przed sobą usprawiedliwić.

Kolejna bardzo dobra powieść Kundery, oddech od nowości, często niestety miałkich. Powieść dla każdego.

Popularne posty