Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

Anna María Matute "Pierwsze wspomnienie"

Po książkę hiszpańskiej pisarki Anny Maríi Matute "Pierwsze

wspomnienie" (Cyranka 2026; przełożyła Ewa Zaleska) postanowiłam sięgnąć z dwóch powodów. Pierwszym był szum, jaki się wokół niej wytworzył, achy i ochy, że to arcydzieło. Ale oczywiście nie to przeważyło. Ostatecznym impulsem był temat - opowieść o dzieciństwie w czasach hiszpańskiej wojny domowej. Z niewiadomych dla mnie powodów ta tematyka żywo mnie interesuje. Może wzięło się to od Hemnigwaya, a może wciąż nurtującego mnie zdumienia, jak to się dzieje, że ludzie mieszkający obok siebie nagle w tak okrutny sposób skaczą sobie do gardeł.

Anna María Matute jest w Polsce dotąd niezbyt rozpoznana, chociaż ze zdumieniem stwierdziłam, że "Pierwsze wspomnienie" to wcale nie jej pierwsza książka wydana w naszym kraju. Natomiast w światowym obiegu literackim uznawana jest za jedną z najwybitniejszych pisarek europejskich XX wieku, mistrzynię prozy psychologicznej. Pisała także dla dzieci, ilustrowała te książki, była wykładowczynią na amerykańskich uniwersytetach, krytyczką literacką, laureatką wielu znaczących nagród. 

"Pierwsze wspomnienie" to pierwsza część trylogii i mam wielką nadzieję, że Cyranka będzie kontynuowała ten cykl. Gdyby Annę Maríę Matute wydawały chłopaki z ArtRage'u, miałabym pewność, że tak się stanie, bo oni nie porzucają swoich autorek i autorów, nawet jeśli te książki kupuje skandalicznie mało osób. Tu dygresja. Zwykle na koniec roku podają dane sprzedażowe, co bardzo podnosi moje ego, bo zawsze jestem wśród tych nielicznych, którzy kupili i przeczytali przynajmniej kilka spośród wydanych przez nich tytułów. A jednocześnie nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie dobre książki kupiło tak niewiele osób. Koniec dygresji, czas przejść do meritum.

Skoro bardzo bym sobie życzyła, aby Cyranka wydała dwie kolejne książki z cyklu, to zapewne dla czytających te refleksje jest już jasne, jaką mam  opinię o "Pierwszym wspomnieniu". Tak, tak, zgadzam się z tymi, którzy uważają, że to rzecz niezwykła i warta lektury. Przyznam jednak, że nie od razu podzielałam ten zachwyt. Nie było mi łatwo wejść w tę książkę. Raz, że to proza gęsta, prawie bez dialogów, pełna wysublimowanych opisów przyrody, w dodatku narracja przerywana jest fragmentami w nawiasach stanowiącymi komentarz. Czyj? Może dorosłej narratorki, ale nie do końca jest to dla mnie jasne. Dwa, że kiedy ją zaczęłam, byłam dość zajęta, więc czytałam z doskoku. Tu pół godziny, tam najwyżej godzina. Dopiero kiedy wreszcie dzięki długiemu weekendowi czasu miałam w bród, połknęłam ją w ciągu jednego dnia. I dopiero wtedy doceniłam jej wielkość, wkręciłam się bardzo, mimo że nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Stąd moja rada - jeśli ktoś zamierza sięgnąć po "Pierwsze wspomnienie", do czego gorąco namawiam, to warto to zrobić, kiedy można się tej książce oddać w pełni, a nie wydzielać ją sobie drobnymi kawałeczkami niczym lek na receptę.

Cóż to za historia? Są to wspomnienia czasu, który czternastoletnia Matia, narratorka, spędzała w ponurym domu swojej oschłej, nieprzystępnej babki na jednej z hiszpańskich wysp. W książce jej nazwa nie pada, ale z info wydawcy dowiadujemy się, że to Majorka. Wprawdzie nigdy tam nie byłam, ale jednego jestem pewna - ta książkowa wyspa niczym nie przypomina turystycznego raju, jakim stała się dziś. W domu przebywa też dwa lata starszy kuzyn, Borja, jego matka, korepetytor i służba. Matka Matii od lat nie żyje, ona wychowywała się w rodzinnym domu ojca pod opieką jego starej niani. Po wyrzuceniu z kościelnej szkoły trafia do  babki. Wybuch wojny domowej sprawia, że razem z kuzynem utkwili tu na jakiś czas. Zanim znajdzie się im szkoły, są pod opieką korepetytora, niedoszłego księdza, syna służącej.

Ciotka Emilia i Borja nie mogli wrócić na półwysep, a wuj Alvaro, który miał stopień pułkownika, był na froncie. Niczym zwabieni do dziwacznej zasadzki, Borja i ja zrozumieliśmy zaskoczeni, że musimy pozostać na wyspie nie wiedzieć jak długo. Szkoła odpłynęła w dal, a w otaczającej nas atmosferze - u babki, ciotki Emilii, proboszcza, lekarza - wyczuwało się jakąś ekscytację, która nadawała monotonnemu życiu dorosłych smak anormalności. 

Ojciec Borji bije się gdzieś na froncie po tej właściwej, czyli frankistowskiej stronie. Używam tu przymiotnika właściwej w sensie ironicznym, ale dla otoczenia, w jakim przebywa główna bohaterka, to wcale nie ironia. Tymczasem ojciec Matii stoi po przeciwnej stronie barykady, czemu czasem w nienawistny sposób daje wyraz babka. Nie bardzo wiadomo, co się z nim dzieje. Czy walczy, a może siedzi w więzieniu?

W atlasie śledziłam także przebieg wojny wuja Alvara, położenie zdobytych miast ("Upadło, upadło". "Te Deum..."). Wojny, która zgubiła, pogrążyła mojego ojca i jego niesłuszne przekonania. Wojny, która tam na mapie, na niezdobytych jeszcze obszarach, pochłonęła go jak mokradła. I co z niego zostało?

Wojna domowa jest w tej książce tylko dalekim echem, tłem zaledwie. Na wyspie nie toczą się walki, a i dzieci chroni się przed okrutnymi wiadomościami o tym, co dzieje się na froncie. Ale świat, w którym obracają się Matia i Borja, też jest okrutny. Zostawieni sami sobie mają dużo swobody. Palą, piją, Borja podkrada pieniądze babce i matce. W chłopackim świecie, do którego Matia raz jest dopuszczana, a raz jest z niego wykluczana, są dwie zwalczające się bandy. W jednej są chłopcy z dobrych domów, w drugiej z tych gorszych, niezamożnych. Ich członkowie potrafią być wobec siebie okrutni. Ale bywa, że zawierają rozejmy. Borja jest hersztem, autorytetem. Potrafi być bardzo bezwzględny, kiedy z powodu zazdrości chce się na kimś zemścić. I nie będzie to już zwyczajna chłopacka zemsta, ale zemsta mająca poważne konsekwencje. Coś, co w okrutny sposób zaważy na życiu jednego z bohaterów. Do swojej intrygi wciągnie Matię, czyniąc ją współwinną tego, co się stanie, bo ze strachu, zmanipulowana przez starszego kuzyna, nie będzie potrafiła ująć się za skrzywdzonym, chociaż był dla niej kimś ważnym.

To bardzo mroczny świat. I chociaż wydarzenia rozgrywają się w większej części latem, to czytając, miałam wrażenie, jakby wyspę spowijał mrok albo przynajmniej warstwa ciężkich, ołowianych chmur wiszących nisko nad ziemią.

Matia i Borja są bardzo samotni. Przeżywają  swoje rozterki i problemy w pojedynkę. Czasem dopuszczają do nich siebie nawzajem. Coś ich łączy, ale wiele ich dzieli. Już nie dzieci, jeszcze nie dorośli i dorosnąć bardzo nie chcą. Szczególnie Matia, bo to jej perspektywę poznajemy. Boją się świata dorosłych, który jest jeszcze okrutniejszy niż ich świat. Stąd powracający motyw baśni, a szczególnie Piotrusia Pana, Nibylandii, Kaja i Gerdy. 

Wydawało mi się, że mówi prawdę, że jest bardzo samotny, podobnie jak ja, i że gdyby nie ta nasza samotność, to, kto wie, może nigdy nie zostalibyśmy przyjaciółmi.

Byliśmy tacy bezbronni, tacy zależni, a przecież zarazem tak dalecy od nich wszystkich: od portretu wuja Alvara, braci Taronji, od mojego ojca, Antonii, Mandaryna ... Jakże obcy byli dorośli, ta dziwna rasa mężczyzn i kobiet. Jacy obcy i absurdalni byliśmy my. Jak bardzo poza światem, a nawet poza czasem. Już nie byliśmy dziećmi. Nagle nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy.

Nigdy wcześniej nie zauważyłam, że [korepetytor] był tylko chłopcem, niewiele od nas starszym, uwikłanym po uszy w nieczyste sprawy mężczyzn i kobiet; zanurzonym po szyję w świecie, w tej studni, do której wszyscy już się ześlizgiwaliśmy.

... jakbym chciała krzyknąć: "Nie, nie, zatrzymajcie mnie, nie wiedziałam, dokąd biegnę, nie chcę dowiedzieć się niczego więcej". (Ale już przeskoczyłam mur i zostawiłam za sobą Kaja i Gerdę w ogrodzie na dachu).

A jednocześnie pojawiają się też pierwsze, dobre, oznaki dorosłości - współczucie, zrozumienie i empatia dla drugiego człowieka.

I patrząc na stojącego obok Mandaryna, pierwszy raz poczułam współczucie jak dorosła osoba, zapragnęłam podać mu rękę i powiedzieć: "Nie przejmuj się nimi, to tylko głupie dzieci. Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią". A równocześnie wstydziłam się tego pierwszego uczucia dorosłej osoby i czułam strach, i żałowałam samej siebie, swoich słów i litości.

Jest w tej książce jeszcze coś, na co warto zwrócić uwagę, a co może umknąć, bo nie wybija się na pierwszy plan. To zupełnie inne traktowanie dziewczyny niż chłopaka w tym tradycyjnym świecie. W tych nielicznych chwilach, kiedy babka przypomina sobie o Matii, daje wyraz takim poglądom.

Podczas pierwszych wakacji wzięli mnie ze sobą tylko raz, a i wtedy musiałam na noc wracać do domu. Babka mówiła, że jestem już zbyt duża, żeby samotnie chodzić z nimi do Gaju Pomarańczowego i spędzić trzy noce poza domem. (...) Kiedy wyprawiali się do gaju Pomarańczowego, dwa razy towarzyszyłam im aż do portu i dopiero tam się rozstawaliśmy, a babka nie miała o niczym pojęcia. Potem wracałam do domu Leontiną, nienawidząc tego, że jestem kobietą.

W tamtych czasach jedną z najbardziej upokarzających rzeczy było, pamiętam, stałe zamartwianie się babki o mój wygląd. O rzekomą przyszłą urodę, którą powinnam zyskać za wszelką cenę.

- To jedyne, co przydaje się kobiecie, jeżeli nie ma pieniędzy.

Uroda zatem była jedynym dobrem, na jakie mogłam liczyć w życiu. Jednakże była ona jeszcze cokolwiek nieobecna i odległa, a mój wygląd w przekonaniu babki pozostawiał wiele do życzenia,.

Matia zdecydowanie nie darzy babki sympatią, co znajduje wyraz w sposobie jej opisywania.

Okna dzierżawców płonęły światłem, na pewno babka szpiegowała je z saloniku przez teatralną lornetkę. Poczułam głuchą irytację. Siedzi tam pewnie jak brzuchaty, poobtłukiwany bóg, jak wielka żarłoczna lalka, pociągając za sznurki swoich marionetek. (...) Jej oczy niczym długie macki, wchodziły do tych domów, oblizywały je, zamiatały w pokojach pod łóżkami i stołami. To były lustrujące oczy, unosiły białe dachy i chłostały: prywatność, sen, zmęczenie.

Rozparta w fotelu babka przeżuwała jedną ze swoich niezliczonych pastylek. Dekolt sukienki okalał fałdy i zmarszczki wokół gardła przepasanego aksamitną tasiemką. Na szyi powyżej tasiemki również tworzyły się fałdy i zmarszczki, aż do podbródka. Jakby ktoś ją wypchał, a na szyi zacisnął węzeł: z jednej strony głowa, z drugiej ciało, jak dwa worki, każdy z innej materii.

Już z tych kilku cytatów można się zorientować, jak gęsta jest to proza i w jak niezwykły sposób została napisana. Na koniec chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną cechę tej książki. Ogromną rolę odgrywa w świecie Matii przyroda, a opisując ją, wyraża swoje uczucia. Na dowód ostatni już cytat.

Nienawiść przebijała się przez ciszę jak słońce, jak podbiegnięte ropą i krwawiące oko przez morską mgłę. Tam, na wyspie, słońce zawsze wydawało mi się złowieszcze, polerowało kamienne płyty na placu, sprawiało, że błyszczały i robiły się śliskie jak kości, jak złośliwa i dziwna kość słoniowa.

Znakomita, chociaż wymagająca uważnej lektury książka. Ale naprawdę warto się w nią wgryźć, wejść w ten mroczny, niepokojący świat już nie dzieci, jeszcze nie dorosłych. Docenić urodę języka.

Weronika Murek "Urodziny"

Zachęcona dobrymi recenzjami i tematem postanowiłam przeczytać

"Urodziny" Weroniki Murek (Czarne 2025). Chociaż nie jest to do końca typ książki, jaki lubię, o czym wiedziałam, jestem na tak.

Bohaterką powieści jest starzejąca się, a może po prostu dojrzała, aktorka, Jaga Babażyna. Ile może mieć lat? To nigdzie nie zostało powiedziane. Czy mieści się w przedziale pięćdziesiąt - sześćdziesiąt? Tak mi się wydaje. No i jeszcze coś, na co nie sposób nie zwrócić uwagi - zestawienie takiego imienia z takim nazwiskiem nie może być przecież przypadkowe. Skojarzenie jest natychmiastowe - to Baba Jaga. Dlaczego tak? Tu pewnie interpretacje mogą być różne. O mojej za chwilę. "Urodziny" pisane są w dwóch porządkach - realistycznym i surrealistycznym. I to właśnie ten drugi element powodował, że potrzebowałam dodatkowego impulsu, aby po tę powieść sięgnąć. Cóż, nie raz, nie dwa pisałam tu, że najbliżej mi do prozy do bólu realistycznej.

Zacznę od tego, co w powieści trzyma się ziemi i co mnie  do niej przyciągnęło. Jak już napisałam, Jaga Babażyna jest dojrzałą aktorką. Najlepsze lata w swoim zawodzie ma w tym momencie za sobą. Oczywiście wszystko może się odwrócić, w życiu tak przecież bywa, ale to już snucie ciągów dalszych. Ma etat w teatrze, ale to nie wystarcza na utrzymanie, tym bardziej że nie gra głównych ról. Aby jakoś się utrzymać, łapie rozmaite zlecenia. A to słuchowisko radiowe, a to minimalna rólka w filmie, taka bez znaczenia, którą można dowolnie ociosać, a to czytanie czegoś. Jaga gna od zlecenia do zlecenia i jest potwornie zmęczona. 

Zmęczenie jest wyrazem kluczem w tej powieści - przewija się wielokrotnie. Bo zmęczeni są też inni, nawet ci, którzy w tym momencie płyną na fali. Jak młoda aktorka Anna Maria, która wprawdzie gra główne role i patrzy na Jagę z góry, ale ma małe dziecko, co nie zawsze daje się pogodzić. Zmęczone są też wszystkie osoby pracujące w tej branży, najczęściej kobiety. Kostiumografki, charakteryzatorki, producentki. Poza tym wszyscy są zmęczeni. Takie zdanie pada w pewnym momencie. Przyczyną jest nie tylko łapanie wielu zleceń, ale także często byle jakie warunki pracy. Tu nikt nikogo nie szanuje, no chyba że jest się gwiazdą pierwszej wielkości. Kto stoi tylko odrobinę wyżej w tej hierarchii, patrzy z góry na tego pod sobą. Tu człowiek człowiekowi wilkiem, bo przecież może mu podebrać zlecenie. Skreślenie kogoś z planu zdjęciowego w ostatniej chwili już po ubraniu kostiumu i zrobieniu charakteryzacji, proszę bardzo. Odwołanie nagrania, dlaczego nie. W przyczepie, w której pracują charakteryzatorki i kostiumografki, jest zimno i co chwilę gaśnie światło. Kto by się tym przejmował. Aktorki i aktorzy przebierają się na wolnym powietrzu za byle jakim parawanem. Trudno, cóż poradzić na to, że tego dnia za wiele osób jest na planie. 

Czuje na sobie wzrok pozostałych. Przecież jest aktorką, jej ciało jest narzędziem, należy do wszystkich. Jej koledzy to profesjonaliści: wepchnięci między wieszaki, pochyleni lub kucający przed lustrem (...) Warunki są trudne, ale tak to czasem wygląda i nie ma co się dziwić.

A jeśli ktoś tak jak Jaga przechodzi właśnie kryzys, jest w gorszej formie psychicznej czy fizycznej, nie ma co liczyć na współczucie, a jeśli już to udawane. Taka kulawa kaczka tylko spowalnia pracę, psuje efekt, zapomina tekstu. A przecież trzeba biec dalej, na plan filmowy, do studia nagrań, do radia. 

W tym zawodzie przebija się tylko kilka osób, pozostali to ludzkie ostrużyny, to, co zostaje, kiedy człowiek przetraci całą energię i trzyma się jedynie nadziei na Wielką Zmianę. Niech Jaga na siebie spojrzy; w jej wieku sukces jeszcze mniej prawdopodobny, a przede wszystkim jest zbędny. Niech Jaga spojrzy na siebie; nawet gdyby jej się udało, nie przyniosłaby nikomu korzyści, zwłaszcza reklamodawcom; prawdopodobnie nie jest nawet aktywna w mediach społecznościowych. Przejebała życie na mrzonki, to smutne.

Kryzys to drugi temat tej powieści. W takiej sytuacji jest właśnie Jaga. Niedawno  wyszła ze szpitala, wcześniej opuścił ją mąż, a na dodatek wokół niej dzieje się coś dziwnego. To wszystko sprawia, że trudno skupić się na pracy, której przecież tak potrzebuje. Milcząco znosi kolejne upokorzenia, bo przecież gdyby się odwinęła, mogłaby stracić te resztki, które jeszcze ma. Wszak pańska łaska na pstrym koniu jeździ. Nie ma co liczyć na dawne znajome i dawnych znajomych. Nikt nie pomoże. Ale trzeba udawać, nie można opuścić gardy.

Młody pyta, co Jaga teraz robi, a ona powtarza, wylicza projekty. Audiobook okazuje się dużym projektem multimedialnym, granie ogonów w bajce dla dzieci - wielkim nowatorskim wyzwaniem. Czechow, Montessori, Szekspir, duże nazwiska, wielkie nazwiska. (...) Nie zapyta, czy tamten nie ma czegoś dla niej, ale da do zrozumienia, że jest kobietą o wielkich siłach i apetycie. Stawia na nieustanny rozwój.

Jaga jest przeraźliwie samotna. Wiek też nie gra na jej korzyść, to dodatkowe obciążenie - jej problemy wszyscy traktują z pobłażaniem albo wręcz ze zniecierpliwieniem. Czy stąd to mające się kojarzyć z Babą Jagą imię i nazwisko? Wszak bohaterka baśni o Jasiu i Małgosi budzi jak najgorsze skojarzenia. W czytelniczej wyobraźni jest stara, brzydka i zła. Jaga nie buntuje się, nie ma pretensji do losu. Może dlatego, że nie jest pierwsza ani ostatnia w tej sztafecie. Taki zawód, raz na wozie, raz pod wozem, a kobietom w jej wieku tym bardziej nie jest łatwo. Ona też kiedyś odnosiła sukcesy, dla niej też kiedyś ten zawód był czymś więcej niż tylko źródłem zarobkowania. Przynosił satysfakcję. Dlatego ze spokojem zabarwionym smutkiem obserwuje tych, którzy ją wyprzedzili. 

... Jaga ją rozumie. Jej interes wobec przyszłości jest większy - jest młodsza i spędzi w niej więcej czasu.

Tyle warstwa realistyczna. Ale jest przecież jeszcze ta druga. Bo pod jej domem zjawiają się niespodziewani goście. Jakaś rodzina - rodzice i dwoje dzieci. Kim są? Czego chcą? Czy są niebezpieczni? Dlaczego Jagę prześladują? Dlaczego widzi ich, a szczególnie dzieci, już nie tylko pod domem? Czy są prawdziwi, czy to wytwór jej wyobraźni? Jak się ich pozbyć? Są jak lalki-marionetki, od których Jaga zaczynała swoją aktorską drogę. Czy przypominają jej młodość? Czy może są tęsknotą za dziećmi, z których świadomie zrezygnowała dla aktorskiej kariery? Czy boją się jak Jaś i Małgosia Baby Jagi, czy to ona się ich boi? Kto kogo pokona? Odwrotnie niż w baśni to one wprosiły się do jej domu, to one ją nachodzą. 

To smutna powieść. O przegranym życiu. 

Kobieta budzi się, a jej przebudzenie nikomu nie jest potrzebne.

Zeruya Shalev "Los"

Izraelska pisarka Zeruya Shalev należy do moich ulubionych. Odkąd

zetknęłam się z jej twórczością, a było to dopiero kilka lat po jej polskim debiucie, kupuję i czytam wszystkie jej powieści, nie oglądając się na recenzje, które zresztą zawsze są pozytywne. Jej książki mogą mi się podobać bardzo, rzadziej trochę mniej, to był przypadek wychwalanego "Bólu", ale zawsze trzymają poziom. Shalev należy do tych autorek, które właściwie zawsze piszą jedną powieść. Jej tematy to splątane relacje rodzinne, uczuciowe kryzysy, rozstania, nowe związki, spotkania po latach, relacje rodzice dzieci, no i w centrum zawsze są kobiety. A to wszystko na tle historii Izraela, tej dawniejszej i tej współczesnej, do tego tamtejsze realia i trochę symboliki biblijnej. Dla kogoś, kto jak ja tamtym obszarem świata interesuje się bardzo, to lektury wymarzone. 

Znakiem szczególnym pisarki jest proza gęsta, mięsista - bogate portrety bohaterek i bohaterów, głęboki wgląd w ich jaźń, a że są to osoby na zakręcie, w jakimś egzystencjalnym kryzysie, tworzy się z tego psychologiczny rollercoaster. Czasem bywa to męczące, wymaga oddechu w lekturze, ale w całości daje efekt znakomity. Nic więc dziwnego, że nie zwlekałam długo z lekturą najnowszej powieści Zeruyi Shalev "Los" (W.A.B. 2023; przełożyła Magdalena Sommer). Muszę przyznać, że po "Bólu", który nieco mnie rozczarował, autorka wróciła do swojej najwyższej formy. Jednym słowem spełnienie. Dla miłośników pisarki lektura obowiązkowa, innym bardzo mocno polecam.

Głównymi bohaterkami "Losu" są dwie kobiety, które jeszcze niedawno nie tylko się nie znały, ale nie wiedziały o swoim istnieniu, mimo że coś je łączyło, a wyrażając się precyzyjniej, trzeba napisać ktoś. To pięćdziesięcioletnia Atara, architektka, której pasją jest przywracanie starym domom ich dawnej świetności. Mieszka w Hajfie, ma swoją firmę, jest mężatką, ma dwoje dorosłych dzieci - córkę z pierwszego małżeństwa i syna z obecnego. Druga bohaterka to ponad dziewięćdziesięcioletnia Rachel. Jest wdową, ma dwóch dorosłych synów, jeden stał się religijnym ortodoksą, drugi to lewicowy liberał, dlatego jest w konflikcie z matką, która mieszka w jednym z pierwszych żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. W czasach swojej młodości była bojowniczką skrajnej organizacji Lechi, która walczyła z Brytyjczykami sprawującymi w tamtym okresie (lata 1940-1948) władzę mandatową nad Palestyną. Chcieli nie tylko utworzenia państwa, ale w pierwszym rzędzie nie zgadzali się z polityką Brytyjczyków, którzy nie wpuszczali na teren Palestyny żydowskich imigrantów z diaspory, co było przyczyną licznych tragedii. W swojej działalności członkowie Lechi stosowali metody terrorystyczne. Rachel do organizacji trafiła, bo zakochała się w młodym bojowniku. Szybko wzięli ślub, ale ich małżeństwo trwało tylko rok. Potem w wyniku tragicznego zdarzenia, za które się obwiniał, nagle i radykalnie zerwał z nią wszelkie kontakty i odszedł z organizacji. 

Kto łączy obie kobiety? Pierwszy ukochany Rachel, który po kilkunastu (?) latach po rozwodzie  ożenił się po raz drugi, a  jedną z jego dwóch córek była właśnie Atara. Po śmierci ojca, wybitnego profesora zajmującego się badaniem mózgu, z którym była w konflikcie - powiedzieć w konflikcie, to nic nie powiedzieć, ich relacja z jego winy była toksyczna, Atara czuła się odrzucona, żyła w wiecznym lęku przed wybuchami gniewu ojca skierowanymi w jej kierunku - postanawia za wszelką cenę odszukać Rachel, o której dowiedziała się w chwili ostatniego spotkania z ojcem, kiedy był już właściwie nieprzytomny. Kim była kobieta, za którą wziął swoją córkę i do której skierował swoje ostatnie miłosne wyznanie? Dlaczego myślał o niej, gdy był bliski śmierci? Spotkanie Rachel i Atary będzie brzemienne w skutki. Dla tej pierwszej, bo przywoła bolesne wspomnienia z czasów, kiedy była bojowniczką Lechi, w tej drugiej wywoła lawinę wyrzutów sumienia spowodowanych pewnym zaniechaniem. Atara będzie się obwiniała o tragiczne zdarzenie, do którego dojdzie. Niestety tylko tyle mogę napisać, aby nie spojlerować. Wszak w powieściach Zeruyi Shalev ważna jest także fabuła - splątane, zaskakujące losy bohaterów. A wszystkiego, o czym napisałam wcześniej, dowiadujemy się na początku książki.

Oba wątki, Atary i Rachel, są prowadzone naprzemiennie - jeden rozdział to historia jednej, kolejny drugiej. Muszę przyznać, że dla mnie bardziej interesujący był wątek Rachel, a to ze względów historycznych. Dotąd  nie słyszałam o Lechi, chociaż sporo na temat historii Palestyny i Izraela wiem, więc z oczywistych względów te nowe informacje były dla mnie ciekawe. W ogóle tamten okres w historii tego obszaru odkrywam trochę na nowo. Tu polecam zbiór opowiadań Yossiego Granowskiego "Atari. Opowieści z Jafy", który ukazał się niedawno. Akcja tych opowiadań toczy się właśnie w czasach Mandatu Brytyjskiego i tuż po powstaniu Izraela. Dla Rachel walka z Brytyjczykami, walka o powstanie żydowskiego państwa była sprawą kluczową. Poświęciła jej swoją młodość - porzuciła rodziców, żyła w ukryciu, jej pierwsze małżeństwo było czysto symboliczne, bo bardzo często musieli się rozdzielać, narażała swoje życie, zabijała i opłakiwała swoich towarzyszy, którzy zginęli w akcjach. Co jakiś czas przywołuje ich imiona niczym litanię. Nie może się pogodzić, że ich ofiara poszła trochę na marne, a przede wszystkim, że o nich zapomniano. Wprawdzie Izrael powstał, ale nie taki, o jakim marzyli. Państwo z ich snów miało być wielonarodowe i równo traktować wszystkich obywateli bez względu na to, czy są Żydami, czy Arabami, miało być też tolerancyjne. W Lechi nie były ważne poglądy, religia, ważny był cel. Tymczasem po powstaniu Izraela prym wiedli inni bojownicy, z Hagany. Tamte ideały zaprowadziły ją na Zachodni Brzeg. Chociaż starała się potem prowadzić życie dobrej żony i matki, to przeszłość ciążyła nad jej stosunkiem do męża i synów. Ci ostatni czuli się mniej ważni, żyli w cieniu ideałów młodości swojej matki. W jakimś sensie zatruła ich nimi.

Wątek Atary  to z kolei opowieść o rodzinie, o związkach, o cenie, jaką się płaci za rozbicie pierwszego małżeństwa i pytanie, czy warto. Przyznam, że początkowo, kiedy czytałam o jej problemach małżeńskich, pomyślałam sobie - o nie znowu to samo, ale szybko jej historia skręciła w inną stronę. Najpierw pojawiły się ważne pytania, a potem nastąpiło to coś, co zmieniło jej losy.  Co zostaje z płomiennej miłości? Dlaczego, kiedy  usankcjonuje się ją ślubem, coś bezpowrotnie ginie? Czy musiało tak się stać? Czy błędem było to, że Atara na pierwszym miejscu zaczęła stawiać dzieci? Córkę z pierwszego małżeństwa, żeby nie czuła się odrzucona, a potem syna z drugiego, który był owocem tej wielkiej miłości i miał scementować ich związek. Jaki wpływ na taką postawę miało dzieciństwo Atary? Stosunek ojca do niej? Za wszelką cenę nie chciała popełnić jego błędów. I czy warto tak bardzo poświęcać się dla dzieci, skoro i tak nie mamy wpływu na ich życiowe wybory? Choćbyśmy nie wiadomo, co robili i tak pójdą swoją drogą, którą niekoniecznie akceptujemy. Podobny problem ma Rachel, która nie pochwala ani ortodoksyjnej religijności jednego syna, ani lewicowych poglądów, czytaj przeciwnych żydowskiemu osadnictwu na Zachodnim Brzegu, drugiego. Chociaż ich stosunek do macierzyństwa był różny, skutki podobne - dzieci i tak zrobią, co zechcą.

Centralnym zagadnieniem, jakie pojawia się w powieści, jest ten tytułowy los. Jaki wpływ mamy na swoje życie? Za co odpowiadamy, a za co nie? Nieszczęście to kwestia przypadku, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności? Ile w nim naszej winy? Obie bohaterki stanęły w swoim życiu w obliczu takich pytań. Atara obwinia siebie, uważa, że doprowadziła do tragedii, która się wydarzyła i która całkowicie zmieni jej życie. Rachel patrzyła na to trzeźwo, ale jej pierwszy mąż zupełnie inaczej. To w wyniku innej tragedii, do której doszło w innych okolicznościach i czasach, odszedł od Rachel, porzucił organizację, a potem stworzył toksyczną relację z jedną z córek. Jakby dając jej imię, które miało mu cały czas przypominać o tamtym tragicznym zdarzeniu, karał ją za to. 

A to wszystko pokazane jest na tle innych problemów współczesnego Izraela. Pisarkę głównie zajmują podziały w izraelskim społeczeństwie, nie tylko narodowościowe, ale także religijne. Świeccy kontra ortodoksi, odwołujący się do początków powstania państwa kontra ci, którzy nie mogą pogodzić się z jego obecnym kształtem - tyle i wiele więcej pojawia się w tle zasadniczej opowieści.

Bardzo dobra powieść.

Radka Denemarkova "Kobold"

"Kobold" Radki Denemarkovej (Książkowe Klimaty 2019; przełożyły Olga Czernikow, Agata Wróbel) to mój kolejny nabytek po krakowskim Festiwalu Conrada. Rozmowa z pisarką, prowadzona przez Mariusza Szczygła, zrobiła nie tylko na mnie wielkie wrażenie. Dlatego od razu postanowiłam iść za ciosem i kupić jej dwie książki. Druga to "Przyczynek do historii radości". A przed laty czytałam  "Pieniądze od Hitlera" - powieść, która poruszała między innymi niewygodny dla Czechów temat wypędzenia Niemców Sudeckich. Denemarkova jest specjalistką od tematów niewygodnych, wyciągania trupów z szafy. Pozwolę sobie zacytować ponownie wypowiedzi autorki, które przytaczałam w notce o "Pieniądzach od Hitlera". Nie chcę, żeby moje książki były deserem po kolacji. Chcę, żeby stanęły kością w gardle. I drugi cytat. ... współczesna literatura czeska nie dostrzega trupów, które naród czeski ukrywa w szafie. (...) A ja dokładnie się im przyglądam i przymierzam do ludzkich losów. I takie właśnie są książki Radki Denemarkovej - bardzo bolesne, niełatwe, nie dają o sobie zapomnieć.

Nie inaczej ma się sprawa z "Koboldem". Dawno nie czytałam powieści tak dołującej, tak pozbawionej nadziei. Powieści, która momentami odpycha i irytuje, ale z drugiej strony magnetycznie niemal przyciąga i nie pozwala przerwać lektury. To historia o przemocy trawiącej świat od dawna. Książka składa się z dwóch części, które podobno można czytać w dowolnej kolejności. 

Pierwsza, znacznie dłuższa, zatytułowana O wodzie, jest też bardziej wymagająca w lekturze, bo nasycona metaforami i symboliką, jaką niesie woda. W planie realistycznym jest to historia rodziny skażonej przemocą w stopniu niewyobrażalnym. Zaczyna się kilka lat przed drugą wojną, kończy po roku 89, być może nawet współcześnie. To opowieść o Helli, czeskiej Żydówce  z zamożnej rodziny, która zakochuje się bez pamięci, na swoje nieszczęście, w owym tytułowym Koboldzie. Już samo nazwisko jest symboliczne. Bo Kobold to złośliwy duszek, chochlik, karzeł, ale w znaczeniu przenośnym gnom, kreatura, monstrum. I właśnie to do tego drugiego znaczenia odwołuje się Denemarkova w swojej powieści. Bo Kobold to ekscentryk, dziwak, owładnięty rozmaitymi maniami, spryciarz i karierowicz, który zawsze potrafi się odpowiednio ustawić, wie, z której strony wiatr wieje. Jest miły i uprzejmy, powszechnie lubiany, ale w domu to tyran znęcający się nad Hellą i dziećmi. Sekunduje mu w tym matka. Hella jest nie tylko bita, ale również poniżana, wyzywana, znieważana i upokarzana, dręczona psychicznie. Dlaczego nie próbuje odejść? Ratować się? Bo z jednej strony go kocha, z drugiej zakładnikami Kobolda są dzieci. Jeśli ucieknie, nie zobaczy ich więcej. Los dzieci, szczególnie synów, nie jest lepszy. Są tresowane, karane, patrzą na upokorzenia matki. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na ich życie, które też potoczy się tragicznie. Przemoc degraduje i niszczy. Uzależnia ofiary od kata. Radka Denemarkova pokazuje w swojej powieści mechanizmy, jakie jej towarzyszą. Obojętność i milczenie otoczenia, które wie, bo słyszy krzyki i  awantury, widzi podbite oko czy siniaki, ale nie zauważa, nie wtrąca się. Kto nie zna ich bliżej, nie mieszka w tej samej kamienicy, ten sądzi, że są zwyczajną, kochającą się rodziną. Hella przed przemocą, poniżeniem i upokorzeniem chroni się w słowach. Na opakowaniach po mące i cukrze pisze krótkie wiersze w różnych językach. Niejasne, hermetyczne. 

Jeżeli byłam w stanie wytrzymać to natężenie zła i beznadziei, to stało się tak dlatego, że  pierwsza część powieści nasycona jest metaforą, symboliką, onirycznymi obrazami, fantastycznymi scenami, które co jakiś czas wybijają czytelnika z realistycznej narracji. Z jednej strony niekiedy mnie irytowały i drażniły, z drugiej pozwalały brnąć dalej. Wszystko kręci wokół żywiołu wody. Woda jest obsesją Kobolda, a potem staje się też obsesją Helli. To rzeka w niezwykły sposób ich połączyła i skazała na siebie. Jaką symbolikę niesie ten żywioł? Woda jest niezbędna do życia, ale symbolizuje też emocje - miłość i nienawiść. Hella kocha i nienawidzi jednocześnie. 

Ale W wodzie to nie tylko kameralna historia Helli, Kobolda i ich dzieci. To także historia ich rodzin, którą stopniowo poznajemy. I rozważania o przypadku, o tym, jakie drogi prowadzą do spotkania, które całkowicie zmienia życie ludzi. Czasem przypadek przynosi szczęście. Taka była historia dziadków Helli. Ją zaprowadził w otchłań przemocy, nienawiści, upokorzeń. A przecież jej los mógłby potoczyć się zupełnie inaczej. Miała się kształcić, wyjść za mąż za kogoś zupełnie innego. Czy wtedy przeżyłaby Zagładę? Była wszak Żydówką, jej rodzice zginęli. Ocalił ją Kobold. Uciekła piekłu, aby trafić do piekła rodzinnego, z którego nie było odwrotu. A w tle przewija się dyskretnie naszkicowana historia Czech. Wojna, komunizm, transformacja. Też naznaczona przemocą. 

Druga część, W ogniu, jest bardziej skondensowana, bardziej kameralna, niemal całkowicie realistyczna i chyba jeszcze bardziej chwyta za serce, przygnębia, przytłacza. To historia Justyny, nieślubnej córki Kobolda, którego nigdy nie spotkała. Justyna naznaczona jest podwójnie - biedą i kolorem skóry. Jej matka była Cyganką, co znajdzie swój tragiczny finał. Justyna, młoda wdowa, samotnie wychowuje dziewięcioro dzieci. Żyje z zasiłków, przesiedlona z powodu długów do nędznego lokalu zastępczego. Kocha swoje dzieci i stara się o nie dbać. Ale jej życie to ciężka, niemająca końca harówa, pogarda otoczenia i urzędników powołanych, o ironio, do tego, aby pomagać takim jak ona. Jest samotna i zdana właściwie tylko na siebie. Dźwiga nadludzki ciężar. Mierzy się z biedą, poniżeniem, pogardą i pracą ponad siły. Jakby tego było mało, wisi nad nią groźba, że bezduszni urzędnicy z opieki społecznej odbiorą jej dzieci, które kocha bezgranicznie. Każdy dzień to walka o przetrwanie, znoszenie pogardliwych spojrzeń i komentarzy, a przede wszystkim ciężka praca. Zawsze taka sama, a jej końca nie widać. I zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie. Los Justyny mógłby się odmienić za sprawą sąsiada, który jest w niej zakochany. Ale nigdy tak się nie stanie, bo ona nie wie o jego miłości. A nawet gdyby się dowiedziała, pewnie nie potrafiłaby ani odwzajemnić tego uczucia, ani związać się z nim z rozsądku. Dlaczego? Bo jej sąsiad, pracownik zakładu pogrzebowego, to człowiek schorowany, niepełnosprawny, z wieloma defektami, mający problemy z wysławianiem się, sprawiający wrażenie człowieka upośledzonego intelektualnie, gruby, brzydki, powiedzmy wprost - o odrażającym wyglądzie. Na takich jak on wolimy nie patrzeć, a co dopiero z nimi rozmawiać. Kto znajdzie w sobie tyle hartu ducha, aby pod tą odstręczającą powłoką odkryć człowieka wrażliwego, mądrego, dobrego? Zresztą wcale nie mamy pewności, czy ta miłość nie jest obsesją, która mogłaby doprowadzić do tragedii. Historia tych dwojga wyrzuconych poza nawias nie ma prawa dobrze się skończyć. Jest przejmująca i tragiczna. Żadnej nadziei. 

Radka Denemarkova pisze swoją powieść złością i pasją. Od czasu do czasu daje tym emocjom dojść do głosu w odautorskim komentarzu. Chłodnym, rzeczowym albo gniewnym, podszytym ironią. Dlatego na przykład obowiązki Justyny nazywa projektem, projektem, który się nigdy nie skończy.  Za tym wszystkim kryje się chyba bezradność. Bo przemoc była, jest i będzie. Mimo trudu warto się zmierzyć z tą powieścią. Przecież literatura to nie tylko przyjemność i rozrywka.

PS. Na koniec coś na osłodę. Radka Denemarkova jest mistrzynią języka, a tłumaczki wydobyły jego piękno. 

"Pewnego dnia"

Jakoś ostatnio rzadziej bywałam w kinie. Nic mnie specjalnie nie ciągnęło, a i niczym się też nie zachwyciłam. A kiedy chciałam wybrać się na "Żniwa", bardzo chwalony film z RPA, nie zdążyłam, bo grali go w moim mieście tylko tydzień, a był to tydzień świąteczny! Teraz jednak nadarzyła się okazja. Wybrałam się na węgierski film "Pewnego dnia", reżyserski debiut Zsofii Szilagyi nagrodzony w Cannes nagrodą FIPRESCI w jednej z bocznych sekcji. Z kina wyszłam wreszcie usatysfakcjonowana. Chciałam napisać - zadowolona, ale to określenie nijak nie pasuje do tego, co na ekranie. Bo nie jest to film przyjemny, chociaż nie opowiada o strasznych dramatach i tragediach. Raczej o codziennej rutynie, którą z trudem da się znieść, która doprowadzić może do wściekłości, bezsilności, a może nawet na skraj depresji. 

To jeden dzień, właściwie odrobinę więcej, z życia Anny, czterdziestolatki, żony, matki trojga dzieci, lektorki włoskiego. Podglądanie codzienności. Lustro, w którym wiele (wielu?) z nas może się przejrzeć, bo odnajdzie tam swoje doświadczenia. Rutyna. Dzień jak co dzień. Trzeba wstać, zbudzić dzieci, które nie chcą opuścić łóżek, przygotować im śniadanie, rozwieźć do żłobka, przedszkola i szkoły, pójść do pracy, odebrać dzieci, zawieźć na balet, na szermierkę, znosić ich kaprysy, zrobić zakupy, kolację. Jeszcze pranie, opróżnienie zmywarki, poskładanie wszystkiego. A wokół piętrzą się sterty niepoprasowanych ubrań, wszędzie coś leży - chaos, nad którym trudno zapanować. I jeszcze od dawna popsuty zlew, i kłopoty z bankiem. No i pośpiech, pośpiech, pośpiech. Żeby zdążyć, żeby się nie spóźnić, cała logistyka. Nie ma już czasu na żadne przyjemności. Jedyną radość dają krótkie, beztroskie chwile spędzone z dzieckiem. Ale nie ma ich wiele. Zastępują je pretensje, popędzanie, przypominanie, sztorcowanie. Żywiołowość, nieokiełznanie, oryginalność dzieci zamiast cieszyć irytuje. No i jeszcze problemy z mężem. Jakie? Nie będę zdradzać, chociaż na niektórych filmowych portalach w notce informacyjnej wyłożono kawę na ławę. To wszystko sprawia, że Anna czuje się coraz bardziej samotna, zmęczona i bezradna.

Kto z nas nie ma chociaż trochę podobnych doświadczeń? Kto przynajmniej od czasu do czasu nie ma poczucia, że wszystko wymyka mu się z rąk, że wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu, że pech go prześladuje, że nie nadąża? Wprawdzie nie mam trojga dzieci, domowe obowiązki staram się ograniczać do minimum, a i tak codzienna rutyna doprowadza mnie do pasji, wydaje mi się potworną stratą czasu, który mogłabym poświęcać na to, co lubię. Jak to się dzieje, że marzenie o szczęśliwej rodzinie zamienia się w koszmar codzienności? Gdzie ucieka radość? A jeszcze piętnaście lat temu Anna mieszkała w Neapolu i wydaje mi się, że prowadziła tam inne, beztroskie życie. Potem wyszła za mąż. Na pewno miało być cudownie, ale po dziesięciu latach małżeństwa nie jest. Kiedy Anna przemierza Budapeszt, kiedy ogląda go zza szyby miejskiego autobusu albo samochodu, nawet nie zauważa jego urody. Gdzieś w tle migają oświetlone wzgórza Budy i piękne naddunajskie mosty. Miasto, które jest turystyczną mekką, które tyle oferuje, dla zabieganej, zmęczonej Anny jest doskonale przezroczyste. Zamiast zachwycać, raczej irytuje, bo korki, bo tłok w autobusie. Czy jest na to jakaś rada? Jak się zatrzymać? Gdzie szukać radości, zachwytu codziennością? 

Poczucie beznadziei, zmęczenia potęguje sposób filmowania. Bliskie plany, skupienie na detalu, częsty zabieg niepokazywania twarzy bohaterów, widzimy za to plątaninę nóg kłębiących się w wąskim przedpokoju. Klaustrofobiczne, ciemne, zagracone mieszkanie. To taki film, gdzie wiele się dzieje pomiędzy słowami - w gestach, w mimice twarzy, w spojrzeniach. W swojej stylistyce, w skupieniu na codzienności przypomina kino rumuńskie. Takie obrazy jak "Sieranevada", "Egzamin",  "Pozycja dziecka" i inne. Ten niszowy obraz, który wszedł na nasze ekrany bez rozgłosu, na pewno nie zdobędzie masowej widowni. Moim zdaniem warto go zobaczyć. Ja lubię takie kino. Niby zwyczajne, ale nasycone emocjami i skłaniające do refleksji.

Popularne posty