Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Południowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Południowa. Pokaż wszystkie posty

Alia Trabucco Zerán "Do czysta"

"Do czysta" (Czarne 2025; przełożył Tomasz Pindel) chilijskiej

pisarki Alii Trabucco Zerán to kolejna powieść z Ameryki Łacińskiej, którą przeczytałam. Nowy boom na literaturę latynoamerykańską trwa, a ja z przyjemnością mu się poddaję, bo Ameryka Łacińska żywo mnie interesuje. Autorka należy do młodego pokolenia pisarek i pisarzy (rocznik 1983), mieszka w Santiago, studiowała w Stanach i w Londynie. "Do czysta" to jej druga powieść, jak wynika z brytyjskiej Wikipedii, bo w nocie biograficznej zamieszczonej na stronie wydawnictwa nie zostało to jasno powiedziane.

To kolejna bardzo dobra książka latynoamerykańska, jaką ostatnio przeczytałam. Książka, która sporo mówi o chilijskim społeczeństwie, a tego właśnie najchętniej szukam w literaturze obcej, a już szczególnie z miejsc odległych. Ma też oczywiście wymiar uniwersalny.

Narratorką jest czterdziestoletnia Estela Garcia, która przybywa do Santiago z jakiejś wyspy leżącej na południu Chile w poszukiwaniu pracy. Zostaje gosposią, a potem niańką dziewczynki, która ma się wkrótce urodzić. Pracuje w zamożnym domu w dobrej dzielnicy Santiago, gdzie bogate wille, jak to w Ameryce Łacińskiej bywa, otoczone są płotem zwieńczonym zwojem drutu pod napięciem. Ma tam swój niewielki pokoik przy kuchni. O pracodawcach mówi najczęściej - pani i pan, o ich córce - dziewczynka. Ona jest prawniczką w jakiejś firmie, on lekarzem w szpitalu. 

Estela opowiada historię swojej siedmioletniej (mogłam się odrobinę pomylić) pracy u państwa, znajdując się w jakimś miejscu odosobnienia. Ktoś jej być może słucha, a przynajmniej ona jest o tym przekonana. Gdzie jest, możemy się tylko domyślać. Zaraz na początku dowiadujemy się, że dziewczynka nie żyje. Jej opowieść ma wyjaśnić, jak doszło do jej śmierci. Czy ona była odpowiedzialna? Nie dopilnowała czegoś? A może ją zabiła? Dlaczego? W każdym razie miejsce odosobnienia, w którym się znajduje, oraz jej opowieść skierowana do kogoś, komu ma? chce? wyjaśnić, jak do tej śmierci doszło, mogą sugerować, że to ona jest winna. Przynajmniej ja tak to odbierałam. Jak jest naprawdę, dowiadujemy się na końcu. Muszę przyznać, że zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, ale świetnie wpisywało się w całość opowieści. 

Estela jest kobietą refleksyjną, zastanawia się nad sobą, nad światem, panią, panem i dziewczynką. Wielokrotnie używając jakichś trudniejszych słów czy sformułowań, prowokuje słuchających. Domyśla się, że dziwią się temu, że zna takie wyrazy. Noszą w sobie obraz służącej, która jest nikim - prostą, niewykształconą kobietą. Ona dziwi się ich zdziwieniu.

Wróćmy jednak do mojego głosu - gosposia powinna używać innego słownictwa, prawda? Powinna mówić pośpiesznie, niezdarnie, połykać głoski i wypowiadać je niewyraźnie. Głos inny, wyróżniający się na tle pozostałych. Żeby można taką od razu zidentyfikować, bez wkładania fartucha.

Podobnie myśleli o niej pani i pan. Chociaż była świadkiem ich życia, sprzątała po nich, oglądała ich brudną bieliznę i pościel, zajmowała się ich córką, była dla nich przeźroczysta. Dostrzegali ją, kiedy coś źle zrobiła albo kiedy wydawali jej polecenia. Czasem poprawność polityczna kazała im zaprosić ją do stołu, pocieszyć, kiedy zmarła jej matka. Żyli w jednym domu, ale prowadzili równoległe życia.

Obraz świata, jaki wyłania się z tej powieści, jest przerażający z kilku powodów.

Pierwszy to życie Esteli. Przyjechała do stolicy, aby zarobić pieniądze, pomóc matce, rozbudować i ulepszyć ich skromny domek. Była przyzwyczajona do swobody i życia blisko natury, rozpoznawała ptaki, rośliny, to wszystko było dla niej ważne. Trafiła do wielkiego, szarego miasta, żyła zamknięta w klatce domu i ogrodu swoich państwa. Wychodziła tylko do pobliskiego supermarketu na zakupy. Miała popracować rok, może trochę dłużej, została na siedem lat zmuszona okolicznościami i przyzwyczajeniem. Wielokrotnie podkreśla monotonię swojej pracy, poczucie, że żyje prowizorycznie, a nie naprawdę, swój wygląd wskazujący na więcej niż czterdzieści lat.

Twarz sześćdziesięcioletniej kobiety, kobiety liczącej sobie sto dwadzieścia milionów lat. Obwisła skóra na szyi, pierwsze siwe włosy na skroni, zmarszczki tu czy tam, opuchlizna wokół oczu ze zmęczenia. Twarz jednak, nie dajcie się nabrać, nigdy nie mówi prawdy. Twarz udaje, kłamie, ukrywa. Toteż ślady na niej są śladami najczęstszych kłamstw, grzecznościowych uśmiechów, niezliczonych godzin kiepskiego snu.

Stała się kimś, kim nie była naprawdę.

... patrzyłam na tę obcą kobietę, która zmiatała podłogę, wyrzucała spleśniałe wiśnie, myła kubeł po śmieciach, myła szyby, wyciągała włosy z odpływu wanny. Zaprawiałam się tak, jak zaprawiają się sportowcy, żeby znosić ból, jak zaprawiani jesteście wy i ja, kiedy uczy się nas wzajemnej pogardy. I sama ćwicząc, ćwiczyłam także ją. (...) Tę kobietę, która umiała stać się nieodzowna. Nauczyła się pleść warkocz małej. Nauczyła się stosować do wskazań lekarza. Nie mówić "buzia", tylko "usta". Nie mówić "przyszedli", tylko "przyszli". Odkładać noże do przegródki z nożami. Łyżki do tej z łyżkami. A słowa trzymać w gardle, skąd nigdy nie powinny wychodzić.

Z czasem coraz bardziej wtapia się w tło, znika, staje się niewidoczna, milczy, a państwu to nie przeszkadza, dopóki praca jest wykonana - warkocz małej zapleciony, łyżki odłożone do łyżek, widelce do widelców.

Trwałam w niemocie dzień po dniu i odeszła mi ochota na gadanie. Bo i z kim? Po co, skoro nie było już Yany, nie było mojej mamy? A w międzyczasie rutyna, ciągle i tak samo: wyrzucić cudze śmieci, odkurzać cudze dywany, polerować cudze lustra, prać cudze ubrania.

Ratunkiem może być powrót na południe. Życie na swoich warunkach. Ale czy jej się to uda? Czy będzie jej łatwiej? Doświadczenie jej matki, która tak samo jak ona, musiała kiedyś harować u jakichś państwa, i kuzynki pracującej ciężko w przetwórni ryb, pokazuje, że nie będzie to pewnie możliwe. 

Przerażający jest też obraz rodziny, u której pracuje Estela. Co z tego, że mają pieniądze, stać ich na dom w dobrej dzielnicy, na gosposię. Żeby otoczyć się tym luksusem, harują od rana do nocy. Żyją w strachu przed światem pełnym przemocy, od której starają się oddzielić, przed upływem czasu i nieuchronną starością. Córkę tresują, a nie wychowują. Ma dorosnąć do ich oczekiwań, świetnie się rozwijać, uczyć, pójść do prywatnej szkoły, potem na studia. Po co? Żeby żyć tak jak oni. Ten dom jest przeraźliwie zimny, nie ma w nim ciepła, bliskości, miłości. Oni też żyją udawanym życiem, w ciągłym napięciu. Nie są sobą, nie mogą ani na chwilę opuścić gardy, udają szczęśliwych ludzi, szczęśliwe małżeństwo, szczęśliwą rodzinę i szczęśliwe życie.

Świat Esteli i jej państwa jest w gruncie rzeczy podobny. Wszyscy muszą harować, aby utrzymać się na powierzchni. Ale jest też między nimi zasadnicza różnica - ona nigdy za swoją harówkę nie dostanie takich pieniędzy, aby godnie żyć. Jej matka musiała ją zostawić na wsi z krewnymi, a sama pracowała w mieście u swoich państwa. Oni za swoją harówkę zarabiają dobre pieniądze, ich stać na nianię dla dziecka. I pewnie mają wybór - mogliby trochę zwolnić i też utrzymaliby się na powierzchni. Ale nie chcą, bo muszą mieć więcej, więcej i więcej.

A gdzieś na obrzeżach ich idealnego świata toczy się życie. Wybucha gniew takich jak Estela - wykluczonych, niezauważanych, przeźroczystych. Ten gniew miga na ekranie telewizora, na który Estela zerka ukradkiem, pracując w kuchni. Jak to się skończy?

Kolejna bardzo dobra powieść z Ameryki Łacińskiej, która nie daje o sobie zapomnieć.

Latynoskie lektury - Mario Vargas Llosa "To dla pani ta cisza", Juan Cárdenas "Diabeł z prowincji", Brenda Navarro "Prochy w ustach"

Tym razem będzie trochę nietypowo, bo o trzech powieściach, a to dlatego, że wszystkie czytałam w podróży, więc na bieżące spisywanie refleksji nie miałam ani czasu, ani warunków, ani tym bardziej ochoty. Bywa, że z moich podróżnych lektur nie zostaje na blogu żaden ślad, bo przychodzą kolejne i potem nie mam kiedy odrobić zaległości, bywało, że udawało mi się to jakoś połączyć. Teraz też nie mam czasu, aby o każdej książce pisać oddzielnie, a i wrażenia nieco się zatarły, ale zbyt ważne to tytuły, aby przepadły w nicości, dlatego zdecydowałam się na taką formę. Piszę w kolejności czytania. 

Jeszcze przed wyjazdem sięgnęłam po najnowszą i, jak twierdzi w

posłowiu autor, ostatnią powieść jednego z moich ulubionych pisarzy, Mario Vargasa Llosy, "To dla pani ta cisza" (Znak 2024; przełożył Tomasz Pindel). Jeśli ktoś miałby dopiero zacząć swoją przygodę z je go twórczością, niech nie robi tego od tej książki, bo nie jest typowa w jego dorobku i nie oddaje tego, co w jego literaturze porywa. Kto lubi albo wręcz kocha jego literaturę, powinien po nią sięgnąć. Przyznam, że miałam początkowo problem z jej odbiorem, bo tak była inna od tego, czego się mogłam spodziewać. Dopiero kiedy w internecie natknęłam się na artykuł Tomasza Pindla w "Tygodniku Powszechnym", a niedługo potem wysłuchałam rozmowy z nim, którą przeprowadziła Agata Kasprolewicz w podcaście Raport o książkach, mogłam inaczej spojrzeć na tę powieść, umieścić ją we właściwym kontekście. Bez niego byłaby to historia  mieszkającego w Limie znawcy peruwiańskiej muzyki, Toña Azpilcueta, który na pewnym prywatnym koncercie usłyszał nieznanego mu wcześniej gitarzystę, Lalo Molfino, i się nim zachwycił. Niestety wkrótce potem muzyk znika. Toño postanawia wyruszyć jego tropem, dowiedzieć się o nim jak najwięcej i napisać książkę. Wierzy, że dzięki niej nie tylko odda hołd artyście, ale zostanie doceniony jako znawca peruwiańskiej muzyki. Jego książka przekształca się w traktat o tym, co może scalić peruwiańskie społeczeństwo. Toño uważa, że taką moc może mieć walc, którego słuchają Peruwiańczycy o różnym pochodzeniu i z różnych warstw społecznych. I to właśnie jest istotą ostatniej powieści Mario Vargasa Llosy - opozycja pomiędzy mieszkańcami Peru  rdzennego pochodzenia, a tymi wywodzącymi się od przybyszów z Europy. W rozmowie z Agatą Kasprolewicz Tomasz Pindel powiedział, że nie jest pewien, czy autor kpi sobie z credo Toñiego i jego wiary w scalającą moc ulicznego walca i należy tę powieść odczytywać ironicznie, czy też traktuje swojego bohatera serio. Jeśli tak, byłby to zwrot w postawie pisarza, który dotąd utożsamiał się raczej z tradycją europejską obecną w peruwiańskim społeczeństwie. Jak odczytałabym tę powieść bez tego kontekstu? Jako historię prostodusznego człowieka, fascynata muzyki, który poza nią niewiele świata widzi, tworzącego dzieło swojego życia i przeżywającego w związku z tym wzloty i upadki, nadzieje i rozczarowania. Na pewno nie jest to moja ulubiona powieść Mario Vargasa Llosy, ale warta lektury.

Długo zastanawiałam się, czy sięgać po "Diabła z prowincji"

kolumbijskiego pisarza Juana Cárdenasa (ArtRage 2024; przełożyła Katarzyna Okrasko). Argumentem za było oczywiście moje zainteresowania literaturą latynoamerykańską, przeciw to, co o powieści mogłam wyczytać z info wydawnictwa, jednego z moich ulubionych. Obawiałam się elementów nierealistycznych i groteski, za którymi nie przepadam. Ostatecznie przekonała mnie rozmowa - tym razem Michała Nogasia z reaktywowanej radiowej Trójki z samym autorem. Wynikało z niej, że oprócz tego, co mnie zniechęcało, znajdę też w powieści to, czego szukam najbardziej - w tym wypadku kolumbijskiego świata i jego problemów. Zaczęło się dobrze, no może bez wielkiego wow, ale okej. Niestety im bliżej końca, tym bardziej czułam się rozczarowana, a już ostatni rozdział wprawił mnie w konsternację. Za chwilę pojawią się konkrety, ale może najpierw parę zdań wprowadzenia. Jest to historia mężczyzny, zwanego w powieści biologiem, bo takie ma wykształcenie, który po latach spędzonych w Europie, po jakichś niepowodzeniach zawodowych i osobistych wraca do rodzinnego miasta na kolumbijskiej prowincji. Dostaje pracę nauczyciela biologii, która go nudzi, w szkole dla dziewcząt, zamieszkuje u matki, spotyka dawnych znajomych. Śledząc jego historię, poznajemy tajemnice rodzinne, a co za tym idzie kolumbijskie problemy - różnice społeczne, niepokoje polityczne, przemoc, eksploatowanie ziemi przez uprawę palmy olejowej. Skąd moje rozczarowanie? Chyba z tego, że książka jest bardzo krótka, zaledwie sto dwadzieścia stron. Czasem zwięzłość bywa zaletą, tym razem moim zdaniem to wada. Kiedy robi się naprawdę interesująco, kiedy autor stawia bohatera przed moralnym dylematem - zaprzedać się za dobre pieniądze firmie prowadzącej badania nad jakimś szkodnikiem atakującym palmę olejową czy nie przyjąć ich propozycji, w końcu szkodnik to szkodnik, ale te palmy - i wynikającymi z jego wahania konsekwencjami, powieść się kończy. To, co najciekawsze, zostało potraktowane powierzchownie, w dodatku w nieco nierealistycznym sosie. A ostatni rozdział, który wprawił mnie w konsternację? Dlaczego? To taka sytuacja, kiedy nie wiem, czy autor pisze same mądrości, czy po prostu produkuje bełkot. Czy jestem nieznającą się na niczym profanką czy może jednak ktoś tu robi mnie w trąbę?

Wróć do domu. Wróć do ssaczej miłości. Wróć do miłości pierwotnej. Do grzechu pierworodnego. Proaktywny wyznawco kontrreformacji, napełnij swój kielich i wróć do gniazda. Wróć do jaja. Uprawiaj swój własny ogród.

I dalej do końca rozdziału w tym samym stylu. Zdecydowanie nie lubię takich sytuacji. A moje rozczarowanie było jeszcze większe, kiedy czytałam ostatnią z podróżnych powieści. Wtedy ostatecznie zrozumiałam, że "Diabeł z prowincji" to raczej wydmuszka niż ważna literatura. O ile pamiętam, ArtRage ma wydać kolejną powieść Juana Cárdenasa. Moje zainteresowanie literaturą latynoską jest tak wielkie, że dam mu drugą i ostatnią szansę. 

A teraz o powieści, która naprawdę mnie porwała i poruszyła. Z tej

trójki tę zdecydowanie stawiam najwyżej. Powiem więcej, została ze mną, jest wśród tych najważniejszych czytanych ostatnio. To książka meksykańskiej pisarki Brendy Navarro "Prochy w ustach" (ArtRage 2025; przełożyła Agata Ostrowska). Niewiele dłuższa od "Diabła z prowincji" (dwieście stron), ale tym razem jej mikra objętość nie przeszkadza. Powieść jest gęsta od problemów, emocjonalna, poruszająca i świetna językowo, pisana na rozmaite sposoby. Czasem autorka, a za nią tłumaczka, wywija językiem, czasem pisze po bożemu. Ale najważniejsze są problemy poruszane w tej książce. To historia meksykańskiego rodzeństwa, którego matka po osobistych przejściach opuszcza Meksyk i wyjeżdża do Hiszpanii. Za lepszym życiem, za samodzielnością, a przede wszystkim za spokojem - za niestrachem (wiem, nie ma takiego słowa, ale już jest, bo je napisałam) przed wszechobecną w Meksyku przemocą wobec zwykłych ludzi, a wobec kobiet w szczególności. Autorka pokazuje konsekwencje jej decyzji, jednocześnie nie upraszcza, nie potępia jej, nic tu nie jest czarno- białe, są rozmaite odcienie szarości. Wbrew temu, co napisałam, nie ona jest główną bohaterką, a jej córka, która opowiada swoją historię i historię rodziny. Kiedy matka wyjeżdża do Hiszpanii, ona i jej młodszy brat zostają z dziadkami mieszkającymi na osiedlu wojskowych. I to ona staje się opiekunką Diega, i to ona musi się mierzyć z tęsknotą za matką jego i własną, z problemami przypisanymi do jej życia nastolatki, z przemocą, przed którą uciekła matka, z rozczarowaniem, że nie wraca, że ich nie odwiedza. Kiedy w końcu po latach sprowadzi ich do Hiszpanii, pojawią się nowe problemy. Tęsknota za dawnym życiem z dziadkami w Meksyku, trudności z adaptacją w nowym środowisku, odczuwana na każdym kroku pogarda. Niby mówią tym samym językiem, a jednak trochę inaczej, na dodatek mają ciemny odcień skóry, a więc nie przynależą do białej Hiszpanii. Poczucie wykluczenia, niezrozumienia, samotność, tęsknota, nieporozumienia rodzinne doprowadzą Diega do samobójstwa. Niczego tu nie zdradzam, bo dowiadujemy się tego na pierwszej stronie powieści. Chociaż książka jest z tych krótszych, autorka znakomicie sportretowała bohaterów, szczególnie Diega i jego siostrę, narratorkę. Pozwoliła nam wniknąć w kłąb ich problemów, rozczarowań, złości, tęsknot i niemocy. Kiedy narratorka wraca na chwilę do Meksyku z prochami brata, mając być może nadzieję, że już tam zostanie, rzeczywistość szybko  sprowadza ją na ziemię. Jest jeszcze gorzej niż było - przemoc rozlewa się coraz szerzej. Musi wrócić do Hiszpanii. Jej tragedia polega na tym, że alternatywą dla życia w cieniu przemocy jest życie beznadziejne - słabo opłacana, ciężka praca opiekunki małych dzieci lub starszych ludzi w pakiecie z pogardą, jaką dostają takie kobiety jak ona i jej matka od swoich pracodawczyń i pracodawców. Bez takich jak one białe, bogate, europejskie społeczeństwo zginęłoby, ale nie potrafi docenić ich pracy. Najlepiej gdyby stały się niewidzialne. I tak dzień w dzień przez kilkanaście godzin. I nie ma ucieczki. A może jakaś jest, ale wymaga ogromnego hartu ducha z dodatkiem wielkiej garści szczęścia. Świetna powieść, która mnie przeczołgała i dała do myślenia. Wprawdzie nie mieszkamy w Hiszpanii, ale czy podobnego losu nie doświadczają sprzątające nasze domy i opiekujące się naszymi dziećmi oraz rodzicami Ukrainki?

Claudia Piñeiro "Czas much"

Tydzień temu pisałam o argentyńskiej pisarce Claudii Piñeiro, a

konkretnie o jej książce "Katedry", dzięki której w końcu się do niej przekonałam. Dziś, zgodnie z obietnicą, będzie o drugiej powieści, którą przeczytałam w czasie mojej podróży, to "Czas much" (Sonia Draga 2023; przełożył Tomasz Pindel). I ta wydała mi się jeszcze lepsza. Także dlatego, że autorka bawi się w bardzo ciekawy sposób formą i stawia przed czytelniczkami i czytelnikami zagadkę związaną z metaforą tytułowych much. 

Jest to historia Ines, która spędziła piętnaście lat w więzieniu za zabójstwo kochanki swojego męża. Rodzina odwróciła się od niej, córka odwiedziła ją tylko raz i to tylko po to, aby załatwić sprawy formalne związane z mieszkaniem po babci. Ines nie buntuje się, nikogo nie oskarża, godzi się z takim stanem rzeczy. Kiedy kończy odsiadkę, zaczyna nowe życie. Wspólnie z przyjaciółką poznaną w więzieniu, Rączką, zakładają firmę. Ona zajmuje się ekologiczną dezynsekcją mieszkań i domów, a jej wspólniczka prowadzi działalność detektywistyczną. Claudia Piñeiro nie byłaby sobą, gdyby nie wplotła w swoją powieść wątku sensacyjnego. A ten wiąże się z prośbą jednej z bogatych klientek Ines. Sprawa jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjna i może zaprowadzić ją znowu do więzienia. Nawet jednak jeśli tak się nie stanie, obciąży jej sumienie. Bohaterka stara się zracjonalizować problem, oddalić wątpliwości. Dlaczego od razu nie odrzuci prośby bogatej klientki? Bo ta oferuje duże pieniądze, a te by się przydały, nie, nie dla niej, ale na operację dla Rączki. W państwowej służbie zdrowia musi czekać kilka miesięcy, a liczy się czas. Prywatnie może ją zrobić niemal od razu. Przyjaciółka stara się ją hamować, na wszelki wypadek postanawia dowiedzieć się jak najwięcej o tej kobiecie. O co naprawdę jej chodzi? Jak skończy się ta historia? Tego oczywiście nie mogę zdradzić. W każdym razie, podobnie jak w przypadku "Katedr", trudno oderwać się od czytania, a bywało, że musiałam przerwać lekturę w połowie rozdziału! Wszak byłam w podróży. 

Kiedy Ines i Rączka wychodzą z więzienia, świat jest już inny. Obie to akceptują, starają się dostosować, chociaż nie wszystko rozumieją. Na przykład Ines w zabawny sposób odnosi się do feminatywów i inkluzywnego języka, napomina samą siebie, jak powinna mówić, a kiedy się myli, prosi czytelniczki i czytelników o wyrozumiałość. Bohaterka mierzy się też ze swoim stosunkiem do macierzyństwa. Przyznaje, że nie była dobrą matką. Zajęta problemami z mężem, zazdrością o kochankę nie zauważała problemów córki. Denerwował ją jej nastoletni bunt, planując zemstę na kochance męża, nie zastanawiała się, co stanie się z jej córką, kiedy ona trafi do więzienia. Potem też niespecjalnie przejmowała się jej losem. Sama też od własnej matki nie zaznała ciepła. Może obie nie powinny mieć dzieci? I teraz, kiedy wyszła z więzienia, ten zmieniony świat, zmiany społeczne, to wszystko dogoniło jej stosunek do macierzyństwa. Teraz ma prawo zastanawiać się nad tym, co to znaczy być matką, czy każda kobieta musi nią być, jak dalece matka może ingerować w życie dziecka?

Mamy w powieści pełne spektrum kobiecych postaw. Oprócz Ines, która urodziła dziecko, bo tak było przyjęte, jest Rączka, lesbijka, która o potomstwie nie marzy, jest córka Ines, która w opozycji do matki stworzyła wzorową rodzinę, a swoim dzieciom poświęca wiele czasu i troski, jest wreszcie pani Bonar, która okazała się być matką zaborczą, nierozumiejącą swojego dziecka. 

Wspominałam, że Caludia Piñeiro bawi się formą. Czasem takie zabawy mnie irytują, wydają mi się po nic, ale tym razem zabieg, jaki zastosowała pisarka, jest interesujący. Otóż co jakiś czas pojawia się rozdział, w którym chór kobiet komentuje życie, postawę i wybory Ines i Rączki, czasem też innych bohaterek. Z chaosu dyskusji i sprzeczek wyłaniają się rozmaite spojrzenia i poglądy na sprawy kobiet i na feminizm. Członkinie chóru rzucają też przykłady ze swojego życia. Wszystko to jest ciekawe i dowcipne. Autorka nie odżegnuje się od ironii. 

Wspominałam we wstępie o metaforze much. Ines, która oddaje się swojej nowej pracy z prawdziwą pasją, zgłębia życie tych owadów, czytając naukowe opracowania. Swoją wiedzą co jakiś czas dzieli się z czytelniczkami i czytelnikami. Przyznam, że traktowałam muchy jak dopust boży, pewnie nie ja jedna, a okazuje się, że są bardzo pożyteczne, mają swoje życie. Czytając te rozdziały, zadawałam sobie pytanie, jak rozszyfrować tę metaforę. Otóż takie kobiety, a może szerzej - tacy ludzie jak Ines, Rączka, służąca pani Bonar, ludzie z niższych klas społecznych, wykonujący nieprestiżowe zawody, traktowani są przez wielu jak muchy. Wolimy ich nie zauważać, denerwują nas, nie chcemy mieć z nimi wiele wspólnego. Tymczasem mają swoje życie, są odrębnymi, często ciekawymi istnieniami, wykonują zajęcia niezbędne społecznie. Cóż obchodzą nas osoby sprzątające, sprzedające w sklepach, kasjerki i kasjerzy, kurierzy, ludzie segregujący śmieci i cała rzesza innych parająca się zajęciami, których wolałybyśmy i wolelibyśmy nie wykonywać? A może w zamyśle pisarki ta metafora dotyczy tylko kobiet? Spychanych przez patriarchat na margines?

Kolejną zaletą tej powieści są bohaterki - Ines i Rączka. Pełnokrwiste, z nieciekawą przeszłością, niekoniecznie musimy podzielać wszystkie ich poglądy i wybory, ale jednocześnie trudno mi było ich nie lubić. Autorka odnosi się do nich z dużą sympatią, którą ja podzielam.

Na koniec muszę jeszcze wspomnieć, że powieść porusza także kilka innych istotnych problemów, o których celowo nie wspominam, bo pisanie o nich wymagałoby zdradzenia zbyt wielu szczegółów z fabuły. I jeszcze jedno - bardzo podoba mi się zakończenie  - chociaż dla bohaterek finał jest pomyślny, autorka nie stawia wszystkich kropek nad i, nie dociska pedału do dechy, zostawia pewne sprawy dotyczące relacji między Ines, jej córką i wnuczką oraz Rączką otwarte. I wcale nie jest powiedziane, że potoczą się zgodnie z regułami happyendu. Jak to w życiu.

Z czterech powieści Claudii Piñeiro, które poznałam, "Czas much" zdecydowanie cenię najwyżej.

Claudia Piñeiro "Katedry"

Dziś o książce czytanej w podróży, za tydzień o drugiej, też

podróżnej, tej samej autorki. Od lektury upłynęło już trochę czasu, piszę po powrocie, więc wrażenia nieco się zatarły. Chcę jednak, aby jakiś ślad po nich pozostał, dlatego lepsze takie refleksje niż żadne. Tą pisarką jest Argentynka Claudia Piñeiro. To moje kolejne spotkanie z jej twórczością. Kiedyś przeczytałam "Czwartkowe wdowy", a rok temu, także w podróży, "Betibu". Niestety o tej ostatniej powieści nie napisałam. 

Muszę przyznać, że dotąd miałam problem z jej książkami. Jestem bardzo łasa na literaturę z Ameryki Łacińskiej, więc pilnie śledzę nowości, w miarę możliwości wracam też czasem do klasyki, a że Caludia Piñeiro jest pisarką uznaną, najlepszy dowód, że będzie gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, kilka lat temu sięgnęłam po jej powieść i przyznaję, że nieco się rozczarowałam. Podobny niedosyt odczuwałam po lekturze "Betibu". Trochę nie rozumiałam, o co tyle hałasu, skąd ta bardzo dobra opinia. Z jednej strony jej książki znakomicie się czyta, ponieważ poruszane problemy pisarka wkłada w ramę powieści sensacyjnej. Z drugiej strony miałam wrażenie, że właśnie tych problemów, tego literackiego mięsa, argentyńskiej lokalności jest dla mnie za mało, że gdzieś rozmywa się to, co najważniejsze. Jednak fakt, że Claudia Piñeiro będzie na tegorocznym Festiwalu Conrada, oraz okoliczności podróży sprawiły, że sięgnęłam po jej dwie kolejne powieści. Muszę przyznać, że właśnie one zmieniły moją opinię o pisarce. W końcu się do niej przekonałam.

Pierwszą książką, o której dzisiaj, są wydane kilka lat temu "Katedry" (Sonia Draga 2021; przełożył Tomasz Pindel). Jak zawsze u Claudii Piñeiro  i tym razem mamy warstwę sensacyjną. W  jednej ze spokojnych dzielnic miasta, w odludnym miejscu, gdzie mieszkańcy wyrzucają śmieci, znaleziono nadpalone i rozczłonkowane zwłoki młodej dziewczyny, Any, z dobrze sytuowanej rodziny z klasy średniej. Sprawcy nie wykryto. Dla bliskich, a szczególnie dla jednej z jej dwóch starszych sióstr, Lii, był to niewyobrażalny cios i wstrząs. Dziewczyna nie potrafi pogodzić się z makabryczną zbrodnią, nie może zrozumieć, że ktoś chciał zrobić krzywdę takiej dziewczynie jak Ana, jest wściekła, że nie wyjaśniono przyczyn morderstwa i nie złapano sprawcy, dlatego wkrótce opuszcza rodzinę i wyjeżdża do Hiszpanii. Oświadcza, że nie wróci, dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona. Kontakt, listowny, utrzymuje tylko z ojcem. Jej wyjazd ma jeszcze drugie dno. Rodzina jest bardzo religijna, a ona straciła wiarę, jest zbuntowana, czuje się jak czarna owca, odsunięta na bok przez najstarszą z sióstr, Carmen, osobę gorliwie wierzącą i zaangażowaną w życie Kościoła. Matka za sprawą księdza ma nadzieję, że to tylko bunt nastolatki spotęgowany tragiczną śmiercią siostry. I tylko ojciec traktuje ją poważnie, prosi, aby się jeszcze zastanowiła, nie złości się, nie neguje, nie zaprzecza. Trzydzieści lat później ustabilizowane hiszpańskie życie Lii burzy nieoczekiwany przyjazd Carmen i jej męża Juliana, którzy szukają swojego syna Mateo. Chłopak w czasie podróży do Europy zerwał wszelki kontakt z domem. Ślady prowadzą do Santiago de Compostella, gdzie mieszka jego ciotka, której nie miał okazji poznać. 

Każdy rozdział książki to opowieść innej narratorki albo narratora. Każdy przybliża do poznania zagadki śmierci Any, jej historii oraz relacji rodzinnych. I zapewniam, że wszystko okaże się zaskakujące. Nic nie jest takie, jak można by początkowo sądzić. 

O czym są "Katedry"? Jakie problemy poruszają? Jest to opowieść o hipokryzji. O hipokryzji ludzi wierzących albo może lepiej byłoby napisać - deklarujących swoją wielką wiarę i wielkie przywiązanie do Kościoła. Ci ludzie w imię swojego dobra potrafią sobie wszystko racjonalnie wytłumaczyć, zrzucić z siebie odpowiedzialność, obarczyć nią innych albo los i żyć dalej, jakby się nic nie stało. To też opowieść o silnej jednostce, która potrafi z zimną krwią manipulować innymi. Zapewniam, że prawda o niektórych bohaterkach i bohaterach tej opowieści okazuje się szokująca. Rozwiązanie historii okoliczności śmierci Any naprawdę mną wstrząsnęło. A przecież są to ludzie powszechnie szanowani, idący przez życie z bogiem na ustach. Gdzie jest prawdziwa wiara? - pyta autorka. A może inaczej - gdzie szukać prawdziwej duchowości? W wierze? W instytucjonalnym Kościele? A może w pięknie? Może wystarczy zachwycić się pięknem katedr i wcale nie trzeba szukać w nich boga? 

Jeśli coś mnie razi w tej powieści, to czasem nadmierna deklaratywność i egzaltacja. Ta ostatnia szczególnie daje się we znaki w epilogu, którego narratorem jest Alfredo, ojciec Lii, Any i Carmen. 

Mimo tych uwag, jak już wspomniałam we wstępie, w końcu doceniłam twórczość Claudii Piñeiro. A kropką nad i okazała się powieść, o której za tydzień.

Juan Gabriel Vasquez "Kształt ruin"

Długo zastanawiałam się, czy sięgnąć po powieść kolumbijskiego

pisarza Juana Gabriela Vasqueza "Kształt ruin" (Echa 2020; przełożyła Katarzyna Okrasko). Z jednej strony literatura latynoska, a ściślej kolumbijska, i znakomite recenzje, z drugiej coś w przeglądanych pobieżnie recenzjach sprawiało, że nie mogłam się zdecydować. W końcu jednak postanowiłam przeczytać. Co było tym ostatecznym impulsem, już sama nie pamiętam. Chyba obietnica, że dowiem się czegoś o trudnej kolumbijskiej przeszłości. 

Cóż, to już trzecia książka w ostatnim czasie, która mnie rozczarowała! Dwie pierwsze to "Psi park" Sofi Oksanen i "Sofia albo początek wszystkich historii" Rafika Schami'ego. Były partie, od których nie mogłam się oderwać, ale inne mnie nudziły. Drażniła  też sama forma - książka sprawiająca wrażenie literatury non-fiction, okazuje się jednak w końcu literacką kreacją. Autor, który siebie zrobił jednym z bohaterów tej opowieści, a osią akcji uczynił dwa ważne momenty z kolumbijskiej historii, zaznacza jednak na końcu, że prawdziwe postacie, zdarzenia czy dokumenty zostały poddane beletrystycznej obróbce, a czytelnik, który chciałby doszukiwać się podobieństwa do rzeczywistości, robi to na własną odpowiedzialność. Nic nie poradzę na to, że chciałabym jednak wiedzieć trochę więcej o tym, co jest prawdą, a co zmyśleniem. 

Oczywiście łatwo sprawdzić, że Rafael Uribe Uribe i Jorge Eliecer Gaitan to  kolumbijscy politycy, którzy zostali zamordowani w Bogocie przez swoich przeciwników. Pierwszy w roku 1914, drugi w roku 1948. Po śmierci Gaitana wybuchły kilkudniowe krwawe zamieszki, w czasie których z rąk wojska zginęły setki jego zwolenników i przypadkowych ludzi. To też prawda. Te dni zyskały nawet specjalną nazwę bogotazo. Ale ile jest prawdy w opowieści o śledztwie i procesie po zabójstwie Rafaela Uribe Uribe? A czaszka tego pierwszego roztrzaskana maczetami zabójców i fragment kręgów kręgosłupa tego drugiego ze śladem po kuli traktowane przez dwóch bohaterów tej powieści jak relikwie to fantazja autora czy rzeczywiście można je gdzieś oglądać? A Anzola, który na prośbę rodziny Uribe Uribe zgodził się prowadzić prywatne śledztwo, aby wyświetlić prawdę o zabójstwie, istniał czy nie? W necie go nie znalazłam, więc chyba jednak nie. Z drugiej strony autor zręcznie podsuwa tropy sugerujące, że to postać prawdziwa. Więc może jednak istniał? Dla kolumbijskiego czytelnika to wszystko pewnie jest jasne, dla polskiego nie. 

Sprawy nie ułatwia fakt, że akcja osnuta jest wokół teorii spiskowych. Owładnięty jest nimi jeden z głównych bohaterów, Carballo, który święcie wierzy, że za morderstwem Gaitana stał jeszcze ktoś, nie tylko ten, który strzelał, a potem został zlinczowany przez rozwścieczony tłum. Wyświetleniu tej sprawy poświęcił całe swoje dorosłe życie. Dlaczego tak się stało, tego czytelnik dowiaduje się w ostatnim rozdziale. Po stronie zdrowego rozsądku stoi narrator, czyli pisarz Vasquez. Kolejne pytanie - ile w nim prawdziwego Vasqueza? Według wielu literaturoznawców nie powinno to czytelniczek i czytelników obchodzić. Narrator uważa Carballa za żałosnego maniaka i kwestionuje tezy, w które on święcie wierzy. W tej sytuacji czułam się trochę bezradna i mój zdrowy rozsądek kazał mi stanąć po stronie narratora. A może o to właśnie chodziło? Aby postawić czytelnika w takiej niewygodnej, ambiwalentnej sytuacji?

Książkowa historia ma kształt opowieści o tym, jak doszło do jej powstania. Dlaczego Vasquez mimo wielu wątpliwości zdecydował się w końcu opisać historię Carballa, a co za tym idzie historię zamachu na obu polityków, Uribe Uribe i Gaitana. Narracja przyjmuje formę niechronologiczną, wiele tu retrospekcji i obszernych dygresji. I tu tkwi mój problem z "Kształtem ruin" - opowieść bardzo długo się rozkręca i w wielu partiach jest strasznie szczególarska, co było powodem mojego znużenia i zmęczenia, o którym już wspominałam. Lubię długie powieści, ale moim zdaniem tej skróty dobrze by zrobiły. Były jednak takie fragmenty, od których nie mogłam się oderwać, o czym też już pisałam.

Co jeszcze zainteresowało mnie w "Kształcie ruin"? Historia. Opowieści o obu politykach, ich zwolennikach i przeciwnikach. Historia charakterystyczna dla Ameryki Łacińskiej - broniący swoich przywilejów bogaci kontra biedni, którzy chcieliby poprawić swój los, prawica kontra lewica, konserwatyści kontra liberałowie, a w tle Kościół. Te podziały nakręcają spiralę przemocy, która powtarza się co jakiś czas i trwała w Kolumbii do niedawna. Niewykluczone jednak, że to tylko krótka przerwa i znowu wybuchnie. Vasquez wspomina czasy swoich studiów, kiedy to bomby wybuchające na ulicach były codziennością. Zainteresowało mnie jeszcze to, co tak mocno wybrzmiewa pod koniec powieści - jest mnóstwo historii nieopowiedzianych i nigdy się o nich nie dowiemy. Przepadły. Nasz obraz świata kształtują te opowiedziane. Co o tym decyduje? Przypadek? Celowy wybór? Kto go dokonuje? Zwycięzcy? Wypływają te z większą siłą przebicia? Vasquez uważa, że świat to chaos i suma przypadków, a my jesteśmy tylko pionkami na szachownicy Historii. Carballo, że ktoś zawsze pociąga za sznurki. To pomaga mu uporządkować sobie rzeczywistość, poczuć ulgę w tym świecie nie do zniesienia.  

Nie wiem, czy sięgnę po najnowszą książkę Vasqueza, która niedawno się ukazała. Z jednej strony znowu kusi mnie temat i tło historyczne, z drugiej obawiam się podobnych pułapek. Najbardziej jednak chciałabym przeczytać wydany kilka lat temu "Hałas spadających rzeczy", ale powieść wydaje się nie do zdobycia.

"Dziobak literatury. Reportaże latynoamerykańskie" pod redakcją Beaty Szady

Przeczytałam książkę pod redakcją Beaty Szady "Dziobak literatury.

Reportaże latynoamerykańskie" (Dowody na Istnienie 2021; przełożyli: Katarzyna Sosnowska, Marta Szafrańska-Brandt, Tomasz Pindel, Jerzy Wołk-Łaniewski, Nina Pluta, Bogumiła Lisocka-Jaegermann, Zuzanna Jaegermann, Dagmara Luboń, Radosław Powęska, Beata Szady, Justyna Garyga). To antologia reportażu z krajów Ameryki Południowej opatrzona posłowiem Mariusza Szczygła. Książka zbiera bardzo dobre recenzje, ale ja mam z nią problem. Nie mogę oczywiście powiedzieć, abym żałowała lektury. Na czym wobec tego polegają moje obiekcje? Otóż decydując się na sięgnięcie po "Dziobaka literatury", warto wiedzieć, jaki zamysł stoi za tą antologią i kto doceni w pełni jej wartość.

Zacznę  może od autorki tego zbioru. Beata Szady to dziennikarka i redaktorka, ma w swoim dorobku dwie reporterskie książki "Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy" i "Wieczny początek. Warmia i Mazury" (tę drugą mam, ale jeszcze nie przeczytałam, tę pierwszą też chcę mieć i przeczytać). Ale żeby zrozumieć zamysł wydanej przez nią antologii, trzeba wiedzieć, że jest również wykładowczynią akademicką - zajmuje się reportażem i nowymi mediami w Ameryce Łacińskiej. Reportaż południowoamerykański stał się tematem jej doktoratu. No i teraz jesteśmy w domu! Bo autorkę antologii fascynuje reportaż jako gatunek, a reportaż z tego rejonu świata w szczególności. Dlatego zamieszczone w nim teksty nie zostały dobrane pod kątem treści, a formy. 

I na tym polega mój ból - ja, miłośniczka  tego gatunku, ale jednocześnie zwyczajna czytelniczka, zainteresowana byłam przede wszystkim treścią. Sięgając po "Dziobaka literatury", miałam nadzieję dowiedzieć się więcej o krajach Ameryki Południowej. Nie interesują mnie aż tak bardzo zagadnienia warsztatowe, czym zafascynowana jest autorka zbioru. Ba, często nie potrafiłam ich docenić. Nie umiałam dostrzec niczego wyjątkowego w tekstach, które okazały się przełomowe dla tego dziennikarskiego gatunku w Ameryce Południowej. Właśnie te wydały mi się banalne i nie poszerzyły mojej wiedzy, chociaż przyznaję, były dowcipne. Taki okazał się tekst autorstwa Marco Avilesa i Daniela Titingera o inka coli - ulubionym napoju Peruwiańczyków, któremu nie dała rady sama coca cola - oraz o mieszkańcach stolicy Meksyku napisany przez Juana Villoro. Ten ostatni nie jest nawet, ściśle rzecz biorąc, reportażem, bardziej dowcipnym esejem czy felietonem. Ale właśnie to ta nieoczywistość, odmienność od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, opowiadanie o banale w niebanalny sposób tak bardzo fascynuje Beatę Szady. Ja, przeciwnie, sięgając po reportaże z odległej części świata, nie chcę banału, a ich nowatorstwo nie zawsze dostrzegam. 

Dlatego wielkie wrażenie zrobiły na mnie szczególnie dwa teksty - Martina Caparrosa "Caracas. Miasto w ranach" o życiu w stolicy Wenezueli w roku 2018, a przecież dziś jest tam jeszcze gorzej, i Carlosa Martineza "Spłonęliśmy w busie" o wojnie gangów w stolicy Salwadoru. Ciekawy był też portret (to ulubiona w Ameryce Łacińskiej forma reportażu) urugwajskiej poetki Idei Vilarińo napisany przez Leilę Guerriero, bo jak wynika z tekstu, Idea była kobietą nietuzinkową i tragiczną. Sporo jest reportaży, które nazwałabym ciekawostkami. Na przykład o zarabianiu na kulcie Che Guevary, o mieszkańcach Urugwaju, którzy noszą imię Hitler, czy o błaźnie opowiadającym dowcipy na pogrzebach.

Zaletą antologii jest jej staranne opracowanie. Wstęp autorki zbioru, w którym wyjaśnia nie tylko, skąd wziął się ten intrygujący tytuł, ale także pisze o swojej fascynacji reportażem z Ameryki Łacińskiej i o jego krótkiej stosunkowo historii. Tam ten gatunek dziennikarstwa dopiero zdobywa sobie czytelników i rynek. Często bywa to ze względów finansowych trudne. Oprócz tego każdy z tekstów został opatrzony dodatkowym wstępem Beaty Szady, w którym przedstawia autora, pisze o historii jego powstania, recepcji, znaczeniu i zagadnieniach warsztatowych.

Komu polecić "Dziobaka literatury"? Oczywiście sięgnąć po nią może każdy miłośnik reportażu czy Ameryki Łacińskiej, ale najwięcej skorzystają zawodowcy - dziennikarze, studenci, medioznawcy.

Artur Domosławski "Gorączka latynoamerykańska"

Kolejna książka reporterska Artura Domosławskiego, którą przeczytałam. Niestety na razie ostatnia. Mam nadzieję, że będą kolejne. Po "Śmierci w Amazonii" i "Wykluczonych" przyszedł czas na pierwszą w kolejności - "Gorączkę latynoamerykańską" (Wielka litera 2017). Niestety od skończenia lektury do powstania tej notki upłynęło trochę czasu, więc z konieczności wrażenia będą przefiltrowane przez zawodną pamięć. Zastanawiałam się nawet, czy pisać, ale każda książka Artura Domosławskiego warta jest polecenia. Dla ciekawych świata, dla chcących zrozumieć skomplikowane procesy polityczne i społeczne, dla wrażliwych na niesprawiedliwość, biedę i wykluczenie to lektura obowiązkowa. Trudno pozostać obojętnym na to, co Domosławski pisze. Dlaczego? Ponieważ emocjonalnie angażuje się w sprawy, które porusza. Jego książki są czymś więcej niż reportażem. Często opatruje je odautorskim komentarzem (co najbardziej widoczne jest w "Wykluczonych"), dlatego czytelnik nie ma wątpliwości, że reporter opowiada się po stronie słabszych, skrzywdzonych, wyzyskiwanych, wykluczonych. Jest jeszcze coś, za co cenię jego pisarstwo. Domosławski nie twierdzi, że wie najlepiej, że znalazł rozwiązanie. Rozważa, rozmyśla, staje bezradny wobec poruszanych problemów. Czytajcie jego książki!

A teraz czas przejść do sedna, czyli do pozycji, którą zajmuję się dzisiaj. Ameryka Łacińska to specjalność Domosławskiego, co nie znaczy, że nie zdarza mu się pisać o innych rejonach świata. Tak było w "Wykluczonych".  "Gorączka latynoamerykańska" poświęcona jest jednak w całości temu regionowi świata. Tytuł jest nieprzypadkowy. W swoich reportażach autor opowiada o rewolucjach, o krwawych prawicowych dyktaturach, a potem o odbiciu neoliberalnym, jakie nastało po ich obaleniu, i jego skutkach. Gorączka, bo tu nic nie jest letnie, wszystko wrze i kipi. Opowiada, oddając głos ludziom o rozmaitych poglądach i punktach widzenia. Zwyczajnym, przeciętnym, ale też działaczom zaangażowanym w walkę albo intelektualistom czy pisarzom.

Książka zaczyna się od opowieści o Kubie, a ściślej o kubańskiej rewolucji, o jej przywódcy Fidelu Castro i o Che Guevarze, któremu później poświęca więcej miejsca, zastanawiając się nad jego fenomenem. Najpierw się nieco żachnęłam, bo jakoś temat Kuby nie wydawał mi się specjalnie interesujący. Oczywiście myliłam się, przede wszystkim okazało się, że niewiele na ten temat wiedziałam, a o Che Guevarze, jego związkach z kubańską rewolucją i jej przywódcą, o jego życiu jeszcze mniej. Właściwie był dla mnie tylko encyklopedycznym hasłem. Ot, rewolucjonista kochany przez jednych, znienawidzony przez innych, bo przecież to komunista wysługujący się kubańskiemu reżimowi. A mój stosunek do niego był żaden. 

Domosławski nieprzypadkowo rozpoczyna swoją książkę od kubańskiej rewolucji, bo odcisnęła swoje piętno na tym, co działo się później w wielu krajach Ameryki Łacińskiej - wszystkie prawicowe dyktatury były potem jej efektem. Strach, że lewicowa rebelia rozleje się na inne kraje kontynentu, strach przed utratą przywilejów i władzy prowadził do wojskowych przewrotów, których efektem były krwawe rządy prawicy. Swoją niechlubną rolę odegrały też oczywiście zakulisowe działaniach Stanów Zjednoczonych. Rzecz jasna sytuacja nie jest prosta - zawsze jako kontrargument podaje się działania lewicowych bojówek, które wcale nie obchodziły się ze swoimi przeciwnikami w białych rękawiczkach, albo negatywne skutki gospodarcze rządów lewicowych (Chile za Salvadora Allende czy Argentyna za czasów Perona). Zapomina się jednak, że do lewicowych przewrotów doprowadzały olbrzymie nierówności społeczne, bieda, wykluczenie, brak perspektyw. No i sprawa najważniejsza - wszystkie prawicowe dyktatury w Ameryce Łacińskiej były niebywale krwawe, czy w Chile za Pinocheta, czy w Argentynie, czy w Brazylii. Niby o tym wiedziałam, zwłaszcza o sytuacji w pierwszym z wymienionych krajów, ale to, co znalazłam w książce Domosławskiego, przerosło moje wyobrażenie. Już o tym kiedyś pisałam, ale powtórzę - mam wrażenie, że czytałam o wszystkich niegodziwościach, jakie człowiek może zrobić człowiekowi w amoku politycznej walki. Tymczasem co jakiś czas dowiaduję się o jeszcze wymyślniejszych okrucieństwach. Tak było i tym razem. Polowanie na ludzi, dosłownie, masowe rozstrzeliwania, zniknięcia, a przede wszystkim trudne do wyobrażenia tortury. 

Szczególne wrażenie robi opowieść o dyktaturze Pinocheta, o której wiedziałam najwięcej, i o rządach generałów w Argentynie, a największe noc ołówków. To porwania uczniów szkół średnich, które miały miejsce 16 września 1976 roku w argentyńskim mieście La Plata. Ich winą było to, że działali w związku Uczniów Liceów i domagali się obniżenia cen biletów, które nagle stały się dwa razy droższe. Większość z tych uczniów nigdy nie wróciła do domów. Powiększyła grono tak zwanych znikniętych, istną plagę Ameryki Łacińskiej. Co się z nimi działo? Aresztowani, torturowani, gwałceni, osadzeni w obozach, a na końcu rozstrzelani, pochowani w masowych grobach. Szczegóły są jeszcze bardziej wstrząsające. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie coś jeszcze - kiedy w najlepsze trwała w Argentynie krwawa dyktatura generałów, w roku 1978 odbyły się tam kolejne Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. I nikomu to nie przeszkadzało. Przeciętny człowiek, przeciętny kibic pewnie nic nie wiedział o tym, co dzieje się w Argentynie. Ale przywódcy państw siedzący na trybunach? Sportowe federacje? 

Bardzo ciekawe są rozważania Artura Domosławskiego dotyczące polskiej oceny dyktatury Pinocheta, który często ma w naszym kraju dobrą prasę. Jego obrońcy zdają się zapominać, jak okrutny był to czas w dziejach Chile. Dla nich ważne jest, że generał powstrzymał lewicowe szaleństwo, które mogło doprowadzić do rewolucji i całkowitej destabilizacji kraju. Argumentem za jego rządami jest rozwój gospodarczy kraju, ale tę tezę Domosławski obala. Autor przedstawia afirmatywny, a nawet apologetyczny, stosunek niektórych polskich publicystów czy polityków do Pinocheta i próbuje go zrozumieć, co nie znaczy, że aprobuje i podziela.

W drugiej części  książki Domosławski zajmuje się tym, co stało się w Ameryce Łacińskiej po obaleniu prawicowych dyktatur. I wcale niestety nie jest to obraz optymistyczny. Bo potem nastąpił czas bezkrytycznego neoliberalizmu, a z nim powiększenie się społecznych nierówności, obszarów biedy i wykluczenia, które to zjawiska szczególnie dotykają ludność rdzenną. Co z tego, że mityczne PKB rośnie, skoro nie przenosi się to na poprawę życia całych rzesz społeczeństwa. Kolejnym problemem jest panoszenie się wielkich koncernów, które za przyzwoleniem rządzących, cichym lub jawnym, drenują niektóre kraje. Nie bacząc na szkody wyrządzane środowisku, wydobywają surowce, eksploatują uprawy. Robią coś, na co nie poważyłyby się na przykład w Stanach. Dokładniej tym problemem zajmował się Domosławski w "Śmierci w Amazonii".

Ameryka Łacińska stale wrze, stale się w niej kotłuje. Krajów o stabilnej sytuacji, gdzie żyje się w miarę bezpiecznie i dobrze, nie ma wiele. Zmiany zachodzą ciągle. Tak jest choćby w Brazylii, gdzie po lewicowym eksperymencie Luli i rządach jego następczyni, do władzy doszedł Jair Bolsonaro. Powiedzieć o nim populista, to nic nie powiedzieć, że posłużę się frazą klasyka. O nim oczywiście Domosławski nie pisze, bo pierwsze wydanie "Gorączki latynoamerykańskiej" to rok 2004. Dlatego czekam na jego kolejne książki.

PS. Ta notka powstała w lipcu. Od tej pory wiele się wydarzyło. Ameryka Południowa znowu kipi - protesty w Chile, w Boliwii, niekończący się konflikt w Wenezueli, wybory w Argentynie. A sytuacja w Chile jest znakomitym przykładem tego, do czego prowadzi skrajny liberalizm gospodarczy.

Artur Domosławski "Wykluczeni"

Książka Artura Domosławskiego "Wykluczeni" (Wielka Litera 2016) to jeden z moich wyrzutów sumienia - od dawna w czytniku, jak wiele. Kiedyś nowość, systematycznie spychana przez nowsze nowości na dalsze pozycje. Wreszcie nadszedł jej czas. Dawno żadna książka nie zgnębiła mnie tak jak ta. Niby wiedziałam, niby się spodziewałam, niby nie zamykam oczu na zło, biedę, globalne problemy, czytałam już przecież o wielu sprawach, o których pisze Domosławski w "Wykluczonych", a jednak. Podane w takiej ilości, zebrane w jedną całość, opatrzone przez autora jego refleksjami, komentarzami nazwanymi Poza kadrem sprawiają przygnębiające i wstrząsające wrażenie. Bezradność, z którą mierzy się również Domosławski, poczucie, że raczej będzie tylko gorzej, a może nawet tragicznie, brak nadziei, wściekłość i ulga, że urodziłam się w tej lepszej części świata. Żadna w tym moja zasługa. Ot, przypadek.
Autor pisze o wykluczonych mieszkających na Południu. Kim są? To nie tylko biedacy, mieszkańcy slumsów, wykluczenie ma różne oblicza. Kolor skóry, orientację seksualną lub problem z tożsamością płciową, płeć, przynależność do jakiejś grupy narodowej lub społecznej. Jedni wykluczeni mogą też prześladować i poniżać innych wykluczonych. Każdy chce się poczuć choć trochę lepiej, dowartościować. Choćby w taki sposób - jest ktoś jeszcze gorszy ode mnie, jeszcze niżej na stopniach społecznej drabiny. Bohaterami tych reportaży są mieszkańcy faweli w miastach Ameryki Południowej i Środkowej, geje z Kuby, zniknięte i mordowane kobiety z Meksyku (zjawisko doczekało się swojej nazwy - kobietobójstwo), członkowie młodzieżowych gangów (mar i pandilli), Afroamerykanie ze Stanów, ale też czarni mieszkańcy Brazylii, dzieci uciekające z państw Ameryki Południowej i Środkowej do Stanów, Palestyńczycy, Kikujowie z Kenii prześladowani przez Brytyjczyków, Rohindżowie z Birmy, Pakistańczycy i Afgańczycy szukający lepszego losu i wielu innych. Przerażające historie - obraz ludzkiej biedy, wykluczenia, bezwzględnej przemocy, występku, mordów dokonywanych przez policyjne szwadrony śmierci, przestępstw dokonywanych w białych rękawiczkach przez bezwzględne międzynarodowe koncerny, obojętności i znikomych wysiłków nielicznych, którzy problem dostrzegają i próbują go jakoś rozwiązać. I błędne koło - bieda rodzi przemoc, przemoc rodzi strach, a wtedy do głosu dochodzą najprostsze rozwiązania: zero tolerancji, policyjne szwadrony śmierci, zróbcie coś z tym, bo nie da się spokojnie wyjść na ulicę. I niewiele jest światełek w tunelu - może tylko poprawia się sytuacja gejów na Kubie i transseksualistów w Brazylii. Bo już reformy byłego prezydenta Luli załamały się albo zostały przerwane.
Wszystkie reportaże są przerażające, ale chyba najbardziej poruszyły mnie dwa. O Kikujach w Kenii eksterminowanych przez Brytyjczyków długo przed Holokaustem i wiele lat po nim. Obozy koncentracyjne, najwymyślniejsze tortury. Ku mojemu zdumieniu lista tego, jak człowiek może katować człowieka, po raz kolejny się poszerzyła. Pomysłowość ludzka w tej dziedzinie zdaje się nie mieć granic! I to wszystko robili biali angielscy dżentelmeni, wychowankowie najlepszych angielskich szkół. I drugi tekst - o Rohindżach. Ten temat w przeciwieństwie do poprzedniego wydawał mi się znany, ale autor uporządkował fakty, pokazał historię konfliktu i jego źródła. I nie pozostawił złudzeń - to ludobójstwo dokonujące się na naszych oczach.
Ale, jak już wspominałam, "Wykluczeni" to znacznie więcej niż tylko zbiór znakomitych reportaży. Po każdym z nich następuje esej (?) pod wspólnym tytułem Poza kadrem i są to teksty prowokujące, przygnębiające, zmuszające do myślenia i wyjścia poza myślowe stereotypy. Domosławski zadaje niewygodne pytania, uświadamia niewygodne fakty, dzieli się swoimi dylematami i najczęściej sam nie znajduje dobrej odpowiedzi. To jeden z tych tekstów przeraził mnie najbardziej. Rozważania o skutkach zmian klimatycznych. Niby wiedziałam, że ich konsekwencją będą olbrzymie migracje ludności Południa na Północ. Ostatni kryzys migracyjny w Europie to przy nich pikuś. Niby miałam w głowie konsekwencje, ale obraz nakreślony przez Domosławskiego przeraża. Najgorsza jest świadomość, że bogata Północ nie bardzo zastanawia się nad rozwiązaniem problemu - jak zapobiec kryzysowi albo jak w prawdziwie humanitarny sposób sobie z nim poradzić. Bo mojego sumienia nie uspokajają umowy z Turcją, Libią czy Marokiem, ani obozy, w których migranci latami czekają na sprawdzenie i ewentualną decyzję, że mogą wjechać do europejskiego raju. Autor pyta wprost - Czy częścią wielkiej europejskiej idei jest Wielka Selekcja? Ale Domosławski rysuje jeszcze straszniejszą wizję. Ile swojej wolności jesteśmy gotowi oddać, kiedy fala migracji ruszy z siłą dotąd niespotykaną? Na co jesteśmy gotowi przymknąć oko? Czego nie widzieć i nie słyszeć? I czy nie znajdzie się ktoś, kto w imię porządku i spokoju zaproponuje radykalne rozwiązanie, a my się na nie w imię tego samego porządku i spokoju zgodzimy?
I w telegraficznym skrócie kilka najciekawszych niepokornych refleksji lub spostrzeżeń zapisywanych przez Domosławskiego w Poza kadrem.
Czy można się dziwić Palestyńczykom z Gazy, że zostają terrorystami? Jaką perspektywę i nadzieję im dajemy? Bieda degeneruje, po jakimś czasie wykluczonym jest wszystko jedno, dlatego schodzą na przestępczą drogę.
Wykluczeni są dla nas wygodni, bo odwalają wszelką czarną robotę - od najcięższych i najmniej wdzięcznych prac po bycie mięsem armatnim na przykład w walce z kartelami narkotykowymi.
Dzikusy się wyżynają - to dość powszechny sposób myślenia o krwawych konfliktach toczących się pomiędzy wykluczonymi. Nie nasza sprawa, sami sobie winni.
Nieuchronnym efektem modernizacji jest produkcja ludzi-odpadów. W XIX wieku tak było w Europie, teraz te procesy dotykają Południe. Kiedyś zbędni Europejczycy ratowali się życiem w koloniach, dziś następuje proces odwrotny.
Nasza niechęć do wykluczonych ma również swoje źródła w fakcie, że są posłańcami złych wiadomości - uświadamiają kruchość losu, kaprysy fortuny.
Napływ migrantów zbiegł się ze słabnięciem państw socjalnych, z rosnącym w siłę liberalizmem gospodarczym, tym większy nasz strach i niechęć. Lewica abdykowała. Jak pisze Domosławski - Marksa zastępują religie na przykład islam albo zielonoświątkowcy bardzo popularni w Ameryce Łacińskiej.
Miejskie slumsy to tykająca bomba. Za pokolenie liczba ich mieszkańców podwoi się. Dojdzie nie tylko do buntów, ale też do rozlania się chorób i przemocy na jeszcze większą skalę niż teraz.
Dość. I co z tą wiedzą zrobić? Pytanie, na które nie znajduję odpowiedzi. Może nie czytać, skoro i tak nic od nas nie zależy? No nie, ja tak nie potrafię. Trudna, dotkliwa, niewygodna, ale obowiązkowa lektura.

Popularne posty