Eshkol Nevo "Ostatni wywiad"

Do twórczości izraelskiego pisarza Eshkola Nevo mój stosunek jest

niejednoznaczny. Sięgam po każdą kolejną jego powieść wydaną w Polsce, czytam z zainteresowaniem, ale zawsze odczuwam niedosyt. Tak było z "Neulandem" i z "Samotnymi miłościami". Podobnie mam teraz, kiedy przeczytałam "Ostatni wywiad" (Pauza 2022; przełożyła Anna Halbersztat). Powieść zbiera znakomite recenzje, ja jednak aż tak wysoko jej nie oceniam. Był taki moment w trakcie lektury, kiedy wydawało mi się, że to rzeczywiście może być najlepsza z jego trzech książek, które znam, ale potem przyszło rozczarowanie. Ponownie miałam wrażenie, iż czegoś mi w niej brakuje, czegoś, co wynosi powieść ponad lekturę, którą świetnie się czyta, czegoś, co nada jej ciężaru gatunkowego. Eshkola Nevo stawia się obok Amosa Oza i Dawida Grosmana. Moim zdaniem to nie ta sama liga. Zdecydowanie wyżej cenię też niektóre powieści Zeruya'i Shalev czy Meira Shaleva (to, jak słyszałam, jej kuzyn), szczególnie "Dwie niedźwiedzice". No ale do rzeczy.

"Ostatni wywiad" to rzeczywiście powieść napisana w formie wywiadu. Pisarz, który przechodzi kryzys twórczy i osobisty, odpowiada na pytania zadane przez internautów na jakimś portalu internetowym. Ich treść i waga są różnorodne, jednym słowem od Sasa do lasa. Ale te banalne w większości pytania często prowokują go do udzielania długich odpowiedzi, które czasem przybierają  formę mini opowiadań, a innym razem wywołują wspomnienia. Jednym słowem daje o sobie znać jego pisarska natura. Stopniowo  te chaotyczne skrawki zaczynają się składać w całość niczym puzzle. Poznajemy historię jego małżeństwa, rodzinnego kryzysu, przyjaciół, poglądy polityczne, wstydliwe tajemnice z przeszłości. Nie, nie ma tam nic specjalnie strasznego, raczej zaniechania, jakieś świństwa wyrządzone kolegom. Dowiadujemy się o twórczym niespełnieniu, bo jako pisarz czuje się jednak niedoceniony mimo książek, które wydał, licznych spotkań z publicznością, nie tylko izraelską, i prowadzonych kursów kreatywnego pisania. Zazdrości  pewnemu skandynawskiemu autorowi kryminałów, który odniósł czytelniczy i komercyjny sukces. Do tego trochę kontekstu izraelskiego, ale  czytelnik obeznany z literaturą z Izraela  niczego nowego się nie dowie. To wszystko, jak w powieści, prowadzi jednak do konkluzji, wszystkie wątki zostają zamknięte, a dla pisarza ten wywiad okaże się ważny, każe spojrzeć w przeszłość i w głąb siebie.

Wydaje mi się, że bez trudu mogę odgadnąć, co podoba się krytykom. Podejrzewam, że nie sama story. Jedno to pewnie forma - te różnorodne skrawki, które jednak układają się w powieść. Drugie, być może ważniejsze, to nieustanna gra między tym, co prawdziwe, a wymyślone. Pisarz wielokrotnie wodzi czytelnika na manowce, fantazjuje, oszukuje, w końcu zaczynamy się zastanawiać, kiedy mówi prawdę. Stopniowo on sam dostrzega, że nieustanne tworzenie nowych historii, a zwłaszcza przerabianie życia na literacką twórczość, kanibalizowanie go, stało się przyczyną jego problemów osobistych. 

Powiedziałem mu, że stałem się kłamcą, kompulsywnym opowiadaczem i kanibalem, bo wszystko, co mi się przydarza, staje się materiałem do opowieści (...) A świat jest teraz przepełniony kłamstwami, kłamstwa są dziś globalną walutą.

Ale czy to coś odkrywczego? Przyjmuję, ale mnie to nie kręci, przynajmniej podane w taki sposób.

Na koniec jednak powieść zyskała w moich oczach, tyle że nie za sprawą pisarskich dylematów, rozkminiania, gdzie kończy się prawda, a zaczyna kłamstwo. Tym, co rzeczywiście mnie poruszyło, jest sposób, w jaki Eskhol Nevo pisze o utracie, o jej nieuchronności. Bo stale coś tracimy, choćby chwile, które uciekają, bliskich, przyjaciół, wszystko przemija. Strata jest wpisana w nasz los. I to właśnie jest prawdziwe. Oczywiście ktoś może odbić piłeczkę i powiedzieć, że to też banał. Tak, ale rzecz w tym, że autor opowiedział o tym  w sposób poruszający. Przynajmniej mnie.

Cóż, kiedy za jakiś czas wyjdzie kolejna powieść Eskhola Nevo, na pewno znowu po nią sięgnę i prawdopodobnie znowu będę się na nią zżymać.

Wiktoria Amelina "Dom dla Doma"

Wracam do literatury ukraińskiej. Książek z tej działki, które czekają

na swoją kolej, mam w zapasie kilka, stale też śledzę to, co wychodzi. Dziś będzie o powieści Wiktorii Ameliny "Dom dla Doma" (Warstwy 2020; przełożyła Katarzyna Kotyńska). Jeszcze przed wakacjami brałam udział w wieczorze poświęconym literaturze ukraińskiej prowadzonym przez Katarzynę Kotyńską, tłumaczkę tej właśnie powieści i wielu innych, ukrainistkę, literaturoznawczynię. Na spotkaniu gościem specjalnym była autorka powieści. Gdyby nie ten bezpośredni kontakt, gdyby nie czytanie fragmentów, pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi, a to dlatego, że narratorem jest ... pies, ten tytułowy Dom, dziwny, niezbyt urodziwy pudel. Takie chwyty kojarzą mi się jednoznacznie z literaturą dla dzieci, więc nie była to dobra rekomendacja. Ale słowa tłumaczki sprawiły, że nabrałam ochoty na lekturę i nie żałuję.

Uczynienie narratorem psa sprawia, że opowieść o rodzinie Ciłyków nabiera dziwnej lekkości. Z oczywistych względów jest tu wiele niedopowiedzeń zaostrzających tylko ciekawość czytelnika, bo przecież pies wszystkiego nie wie, mimo że jest niemym świadkiem wielu rozmów, a niektórzy członkowie rodziny tylko jemu zwierzają się ze swoich trosk i sekretów, wiedząc, że nikomu ich nie zdradzi. No ale przecież nie o psie jest powieść Wiktorii Ameliny. To historia wspomnianej już wielopokoleniowej rodziny Ciłyków, którą los jeszcze w czasach Związku Radzieckiego rzucił do Lwowa. Wcześniej mieszkali w różnych miejscach, a to dlatego, że senior rodu, Pułkownik, był lotnikiem. Uwielbiał latać i dlatego do tamtych czasów wciąż tęskni. Chciałby przynajmniej jeszcze raz wzbić się w powietrze i próbuje w osobliwy sposób swoje marzenie zrealizować. Kiedy ich poznajemy, na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, mieszkają w lwowskiej kamienicy w dwupokojowym mieszkaniu. Pułkownik, jego żona, nazywana Babcią Marusią, ich dwie dorosłe córki z wnuczkami, Mama Ola z niewidomą Marusią i Mama Tamara z Maszą. Jednym słowem dom kobiet. A kamienica nie jest zwyczajna - to właśnie w niej, właśnie w tym mieszkaniu mieszkał przed wojną pewien sławny polski pisarz. Ściślej rzecz biorąc, sławny stał się dużo po wojnie. Jego nazwisko nigdzie nie pada, ale czytelnik domyśla się, o kogo chodzi. Dlatego od czasu do czasu ktoś koniecznie chce obejrzeć mieszkanie Ciłyków, a nawet oferuje za nie spore pieniądze, ale oni konsekwentnie odmawiają, trochę chyba nie dowierzając w realność takiej hojnej propozycji. 

Mimo licznych problemów, które ich nękają, bije od nich ciepło. Jest im ze sobą dobrze, chociaż tłoczą się w dwóch pokojach, liczą każdy grosz, Ola i Tamara samotnie wychowują swoje dzieci, mała Marusia nie widzi, a jej mama marzy o wysłaniu córki do Niemiec na operację, a jakby tego było mało, z czasem pojawiają się i inne problemy. Być może brzmi to cukierkowo i kojarzy się z literaturą lekkiego kalibru, ale zapewniam, że wcale tak nie jest. Na tym polega urok tej książki, iż w sposób przyjemny, pochłaniający czytelnika bez reszty opowiada o sprawach poważnych. O całym tym skomplikowanym ukraińskim losie. 

Bo kim są Ciłykowie? Dawniej nie musieli zadawać sobie tego pytania. Mieszkali w Związku Radzieckim i tyle. Ale odkąd Ukraina odzyskała niepodległość, muszą. Jedna rodzina, a w dokumentach mają wpisane różne narodowości. Kim na przykład jest urodzona w Baku Babcia Marusia? Niewiele wie o historii swoich rodziców. Jej matka przybyła tam z daleka, wędrowała wzdłuż rzeki. Kim była? Brzmi baśniowo, ale tak właśnie w tej powieści bywa. Niedopowiedzenia mieszają się z konkretem, twardą rzeczywistością. Nieprzypadkowo mała Marusia wierzy, że w tajemniczej, ciężkiej skrzyni stojącej w mieszkaniu znajdują się piękne suknie balowe. Marzy, aby znaleźć do niej zaginiony klucz. W jego poszukiwaniu odbędzie wiele zakazanych wędrówek po mieście, za przewodnika mając swojego ukochanego psa, który do tej roli nadaje się średnio. Rozwiązanie okaże się zaskakujące, prozaiczne, a jednak przejmujące.  

To, co kiedyś było proste, nagle się skomplikowało.  Na przykład historia. Ola, która uczy jej w szkole, zupełnie nie potrafi sobie z nią poradzić. No bo to, czego dowiedziała się w czasie studiów, odeszło do lamusa. Ale czym to zastąpić? Nie wie. Nikt jej nie powiedział. Przeszłość z jednej strony jest przez Ciłyków idealizowana, z drugiej to właśnie w niej kryją się rodzinne tajemnice, o których się milczy. Są rodziną trochę bez przeszłości, a trochę z przeszłością zamilczaną. O pewnych sprawach po prostu się nie rozmawia. Nie mają rodzinnych pamiątek, a te, które za takie uchodzą, wpadły w ich ręce przypadkowo wraz z kolejnymi przeprowadzkami. Nie znają historii rodu, nie potrafiliby stworzyć porządnego drzewa genealogicznego. Posklejani z różnych kawałków, nie wiedzą kim są. Uczą się dopiero swojej ukraińskości, początkowo nią zadziwieni, stopniowo coraz bardziej do niej przywykają. Dlatego nie znają historii miasta, w którym zamieszkali. Muszą się go dopiero nauczyć. Takich jak oni jest wielu. Pewnie dlatego Ola z  łatwością dorabia niezwykłe historie do starych, często bezwartościowych przedmiotów, które sprzedaje w antykwariacie, gdzie z czasem zacznie pracować. Pewnie dlatego klienci dają się na nie nabrać. Bo czym jest prawda? Gdzie jej szukać w tym płynnym świecie, w którym wszystko się zmienia, kotłuje, buzuje? To kolejne wielkie pytanie.

Podążając za losami Ciłyków, poznajemy ukraińską historię - tę świeżą i tę dawniejszą. Z czasem odkryjemy też rozwiązanie rodzinnych tajemnic. Czy okażą się takie straszne, jak może się wydawać? Mnie ta książka pochłonęła bez reszty i sprawiła dużą przyjemność. Łączy w sobie potoczystą opowieść, lekkość osiągniętą dzięki psiemu narratorowi i perspektywie niewidomej dziewczynki z poważnymi tematami. A na koniec dwa cytaty.

Kiedy jedno pokolenie milczy, następne zacznie w końcu zmyślać - a ci, którzy przyjdą później, mogą już nawet nie dostrzec różnicy między prawdą i kłamstwem. 

Tato, a gdzie są nasze rzeczy? Dlaczego ta broszka z granatem z lat sześćdziesiątych to najstarsze, co mamy? Bo przecież cudza srebrna łyżka i ikona cioci Dusi się nie liczą. Ani niemieckie okulary, które rozmazują świat ... Gdzie się podziały wszystkie nasze rzeczy?  

Agnieszka Jucewicz, Magdalena Kicińska "Dom w butelce. Rozmowy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików"

Kolejny raz sięgnęłam po książkę o polskim chlaniu. Od jakiegoś

czasu o problemie się mówi, stał się tematem literackim i filmowym. Wstrząsający "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu" Aleksandry Zbroi, utrzymana w sensacyjnej konwencji "Informacja zwrotna" Jakuba Żulczyka, "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę" Wiktorii Bieżuńskiej to przykłady literackie. No i film, także wstrząsający, "Powrót do tamtych dni" Konrada Aksinowicza z niesamowitą rolą Macieja Stuhra. To wszystko przeczytałam i obejrzałam w trochę ponad rok. Dorzucę jeszcze "Shuggie'go Baina" Douglasa Stourta. To wprawdzie przykład z literatury angielskiej, ale jej autor również w znakomity sposób pokazuje los dziecka wychowywanego w rodzinie, w której alkohol jest ogromnym problemem. No a teraz przeczytałam zbiór wywiadów Agnieszki Jucewicz i Magdaleny Kicińskiej "Dom w butelce. Rozmowy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików" (Agora 2021) i obiecuję sobie, że na długo mam dość tematu. 

Lektura dwunastu rozmów z ludźmi, którzy z powodu alkoholizmu rodzica lub rodziców, w jednym przypadku brata, nie mieli normalnego dzieciństwa, a konsekwencje ponoszą najczęściej do dziś, jest bardzo przygnębiająca. Może lepiej dawkować sobie te rozmowy. Po ich przeczytaniu mogę obwołać się szczęściarą, bo ten problem, na szczęście, nigdy mnie nie dotknął, co nie znaczy, że nie występował w bliższym czy dalszym otoczeniu. A i dziś spotykam ludzi, o których wiem, że od alkoholu nie stronią. Nigdy jednak nie zastanawiałam, jak to jest wychowywać się w takiej rodzinie. Co czuje dziecko, którego rodzice piją? Z jakimi problemami się mierzy? Żeby być precyzyjną, muszę uściślić - nigdy oznacza przed lekturą "Mireczka" i obejrzeniem filmu Aksinowicza.

Kiedy myślimy o alkoholizmie, najczęściej uciekamy w stereotyp - wyobrażamy sobie patologiczną rodzinę, w której jest przemoc i bieda. Tymczasem oblicza problemu są różne. Bohaterowie tych rozmów bardzo często mieli rodziców wykształconych, którzy nie wszczynali awantur, nie byli agresywni, mało tego - potrafili pić w taki sposób, że ktoś postronny nie orientował się, co się dzieje. Niektórzy bardzo dobrze radzili sobie w pracy, osiągali sukcesy. Matka jednego z bohaterów do końca była kobietą elegancką. Stosunek do pijących rodziców też bywa różny. Niektórzy mają wspomnienia dobrych chwil, mówią, że byli ciekawymi ludźmi, inni współczują im, szukają wytłumaczenia w ich trudnych życiowych doświadczeniach, tylko nieliczni przyznają, że nic dobrego ich nie spotkało. To ci, których pijani ojcowie stawali się agresywni. Większość rozmówców mimo bardzo trudnych przejść wyszła na prostą. Skończyli studia, pracują, założyli rodziny. Nie piją w ogóle albo okazjonalnie. Tylko jedna bohaterka imprezuje i przyznaje, że nie stroni od alkoholu. Wierzy, że to jeszcze nie problem, że może przestać. Inny rozmówca ma złamane życie, odsiaduje długoletni wyrok.

Co najbardziej porusza mnie w ich losie? Samotność. Większość z nich ma za sobą doświadczenie dojmującej, przerażającej samotności, jaką odczuwali w rodzinnym domu. Nie mogli liczyć na nikogo dorosłego ani z najbliższej rodziny, ani z dalszego otoczenia. Najgorszy był chyba los tych, których wychowywał tylko  jeden rodzic, oczywiście pijący. Czasem nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nikt nie dostrzegł nieszczęścia, z jakim się mierzyli. Ani szkoła, ani krewni, ani znajomi. Mało tego, rodzina często lekceważyła problem, była wobec niego obojętna. Większość z nich musiała przejmować rolę dorosłych - zadbać o siebie, o młodsze rodzeństwo albo o matkę, która nie radziła sobie z pijącym mężem. Nierzadko troszczyli się o tego rodzica, który był przyczyną nieszczęścia. Próbowali ratować go przed nim samym. Długo nie potrafili odciąć się od zainfekowanego alkoholem domu, a jeśli podejmowali takie próby, natychmiast odczuwali wyrzuty sumienia. Szczególnie wobec bezradnych matek, które na swoje dzieci przerzucały odpowiedzialność, a pijących mężów tłumaczyły czy chroniły. Albo uciekały w pracę, pozostawiając dziecko z problemem. Takie dzieciństwo odbija się piętnem na dalszym życiu, dlatego większość z bohaterów tej książki przeszła lub nadal przechodzi terapię. Szczególnie ci młodsi. A przecież alkoholizm dotyka wielu Polaków, jest coraz większym problemem. Jak wielu ludzi ma z tego powodu spaprane życie? Aż chciałoby się użyć mocniejszego słowa.

Autorki, które same są Dorosłymi Dziećmi Alkoholików, we wstępie piszą, że ta książka powstała z myślą przede wszystkim o ludziach, którzy mają za sobą podobne doświadczenia. Ale ci, których taki los, na szczęście, nie dotknął, też powinni "Dom w butelce" przeczytać. Aby zrozumieć. A może uda się komuś pomóc?

Filmowe remanenty - "Vortex", "Simona"

Dziś będzie o dwóch filmach, czyli jednej zaległości (w pisaniu) i jednej nowości. Pierwszy to "Vortex", drugi dokument "Simona".

Jeśli ktoś ma w sobie przestrzeń na obejrzenie filmu trudnego o sprawach granicznych, beznadziejnych, ale niestety nieuniknionych, niech wybierze się na "Vortex" Gaspara Noe'go. To historia małżeństwa, dwojga starych ludzi, którzy zmagają się ze swoimi chorobami. Ona lekarka psychiatra, on znawca kina, autor licznych książek i artykułów z tej dziedziny. Z dnia na dzień stają się coraz bardziej niedołężni. On jeszcze jakoś sobie radzi - wychodzi z domu, pisze kolejną książkę, kocha i tęskni, próbuje ogarniać domowe sprawy, opiekuje się żoną chorującą na chorobę Alzheimera. Mają syna, który jakoś próbuje im pomagać, ale sam ma poważne problemy z sobą, z żoną, samotnie wychowuje kilkuletniego synka. Tyle krótkie wprowadzenie. Poza tym niewiele się dzieje, widz obserwuje ich coraz bardziej beznadziejną codzienność. Przyznam, że do jakiegoś momentu oglądałam ten film chłodnym okiem, analizując to, co widzę na ekranie. Drażnił mnie też pewien formalny zabieg zastosowany przez reżysera. Nie będę go zdradzać, chociaż ja, idąc do kina, wiedziałam o nim, no ale może nie wszyscy słyszeli, więc zmilczę. Ale w pewnym momencie coś zaskoczyło i film zaczął działać. Przyznam, że gdybym oglądała "Vortex" w samotności, to rozryczałabym się na cały regulator, ale w sali kinowej próbowałam powstrzymać upust nagromadzonych uczuć. I nie chodzi tu o łatwe, tanie wzruszenia, ale o potrącenie strun powiązanych z moimi doświadczeniami. Wiem, że ten film działa tak na wielu. Przecież większość z nas stanie przed takimi problemem - jak poradzić sobie z opieką nad starzejącymi się, coraz mniej samodzielnymi, schorowanymi rodzicami. W Polsce to hardkor i jeśli nie masz worka pieniędzy (albo oni nie mają), to nie zazdroszczę. Drugi miecz wiszący nad każdym, to wizja własnej starości, ewentualnej niedołężności, unieruchamiającej choroby, a wreszcie śmierci, która w takiej sytuacji może być już tylko wybawieniem. Współuczestniczenie w życiu bohaterów zmagających się z codziennością, obserwacja ich wysiłków, nieradzenia sobie z bałaganem, z zagraconym mieszkaniem i innymi sprawami, a jednocześnie uporczywej walki o zachowanie autonomii, próby życia jak dawniej (to szczególnie dotyczy jego) mocno porusza. Ale porusza też to, iż jesteśmy świadkami przemijania i świadomość tego, że nasz rodzinny mikrokosmos również się kiedyś skończy. Na mnie ostatnie sceny, szczegółów nie zdradzę, zrobiły piorunujące wrażenie. No i jeszcze jedno, na co niewielu zwraca uwagę. To los  małego Kikiego. Co czeka to dziecko, które nie bardzo może liczyć na ojca, a zupełnie nie na matkę i dziadków?

Drugi film, "Simonę", dokument Natalii Korynckiej-Gruz o Simonie Kossak, mogę za to polecić z czystym sumieniem każdemu. Nie tylko polecić, ale gorąco namawiać do obejrzenia. Znakomity film, który ogląda się z zapartym tchem niczym trzymającą w napięciu fabułę. A jego bohaterka była postacią niezwykłą. Dzisiaj to, czym się zajmowała, jej miłość do zwierząt, troska o świat przyrody jest super aktualne. Opowieść o niej poznajemy dzięki wnuczce jej siostry, Idzie Matysek, która stała się spadkobierczynią ciotecznej babki i  fotografika Lecha Wilczka, partnera Simony. Towarzyszymy jej, gdy gromadzi zdjęcia, filmy i inne materiały, ogląda je, a my wraz z nią, rozmawia z mamą, Joanną, siostrzenicą Simony, która była jej oczkiem w głowie. Poza tym słuchamy innych, którzy Simonę znali, głównie jej współpracowników czy sąsiadów z Białowieży. Podziwiamy zdjęcia zrobione jej przez Lecha Wilczka, odbywamy drogę do Dziedzinki. Poznajemy rodzinne tajemnice, między innymi konflikt z siostrą Glorią, malarką, matką Joanny, babcią Idy. Film nie jest pomnikiem wystawionym Simonie, wielokrotnie mowa o jej niełatwym charakterze, bezkompromisowości, ale to wszystko nie umniejsza jej niezwykłości. Drugim bohaterem jest Puszcza Białowieska, no i zwierzęta. Piękne zdjęcia, znakomita ścieżka dźwiękowa wymyślona przez Aleksandra Gruza to dodatkowe zalety. Jednym słowem seans obowiązkowy. Ja przywołałam z pamięci kilka dni spędzonych wraz z grupą znajomych w Białowieży tego pamiętnego lata, które było antraktem i wytchnieniem między dwoma lockdownami. Wybrałyśmy się, same kobiety, aby zobaczyć Dziedzinkę. A można to zrobić tylko z zewnątrz. Dzień był burzowy, na leśnej drodze atakowały nas stada muszek i komarów, ale warto było. W filmie widzimy, jak Ida Matysek patrzy na ten opuszczony dom zza płotu, przeglądając umieszczone na specjalnym pulpicie zdjęcia Dziedzinki, Simony i zwierząt, które z nią mieszkały, jedyny ślad, który przywołuje jej obecność w tym miejscu. Też tak stałyśmy, przeglądając ten niewielki album, wpatrując się w pustkę po dawnych gospodarzach Dziedzinki. 




 

Sylwia Chutnik "Cwaniary"

"Cwaniary" (Znak Literanova 2020; wydanie pierwsze 2012)  to

pierwsza książka Sylwii Chutnik, jaką przeczytałam. Wyznając to, może powinnam zaczerwienić się po uszy, ale jak mantrę powtarzam - nie da się czytać wszystkiego. Od jakiegoś czasu przymierzałam się właśnie do tej lektury i w końcu ziściło się. Aby usprawiedliwić swoje zaniechanie, dodam, że wprawdzie nie znam prozatorskiej twórczości Sylwii Chutnik, ale nie oznacza to, że nie znam samej autorki. Lubię jej felietony, śledzę wypowiedzi, wywiady, wiem, jakie tematy porusza w swoich książkach, lubiłam współprowadzony przez nią literacki program telewizyjny sprzed kilku (kilkunastu?) lat. Bohaterkami jej twórczości są kobiety i ... Warszawa. W "Cwaniarach" znajdziemy jedno i drugie.

To utrzymana w konwencji literatury popularnej opowieść o mścicielkach z warszawskiego Mokotowa, które wymierzają sprawiedliwość facetom krzywdzącym kobiety. Halina, młoda wdowa w zaawansowanej ciąży, jej przyjaciółka Celina, Stefa, matka dwójki dzieci, ofiara przemocy domowej, Bronka, jeżdżąca drogim samochodem, sprawnie poruszająca się na obcasach kobieta zawodowego sukcesu. Życie ich nie oszczędzało i nie oszczędza. Źle ulokowane uczucia, przemoc, strata, choroba, bieda - to  doświadczenie cwaniar. Oczywiście nie każdą z nich dotknęły wszystkie nieszczęścia z całej zaprezentowanej wyżej palety - jedną spotkało to, inną tamto. Razem tworzą nieustraszony kwartet, gang mścicielek z Mokotowa. W dzień wiodą przykładne życie, wieczorem wyruszają na łowy. Nie są bohaterkami bez skazy - sprawiedliwość wymierzają często w bardzo brutalny sposób, bywa, że przy okazji nie pogardzą jakimś łupem.

Skojarzenia z "Obiecującą młodą kobietą", filmem, który uwielbiam, narzucają się same. Ale "Cwaniary" były oczywiście pierwsze. Jeśli już przywołałam ten film, dodam, że jego bohaterka działa w sposób bardziej wyrafinowany i przewrotny. Oglądając go, czułam energię płynącą z ekranu i dziką satysfakcję. W powieści Sylwii Chutnik tego mi brakowało. To oczywiście moje subiektywne odczucia. Niewykluczone, że dziesięć lat temu, kiedy książka się ukazała, inaczej bym zareagowała.

Ale autorka oprócz wątku feministycznego wprowadza jeszcze inny, bardzo ważny - to dzika reprywatyzacja, czyszczenie kamienic  i inne warszawskie, nie tylko, mieszkaniowe, plagi nadal niestety nie do końca rozwiązane. Wprost nawiązuje do sprawy morderstwa Jolanty Brzeskiej, nie wymieniając tylko jej imienia i nazwiska. 

Wspominałam, że "Cwaniary" garściami czerpią z literatury i kultury popularnej. Mamy tu i konwencję powieści przygodowej, i sensacyjnej, i przerysowanie charakterystyczne dla groteski. Autorka robi też wyraźne aluzje do "Złego". Zresztą trudno nie zauważyć podobieństwa mścicielek z Mokotowa do pogromcy zła z powieści Tyrmanda. Jest to oczywiste nawet, jeśli ktoś jej nie zna. (No nie znam, nie znam. Ale mam w czytniku i w końcu przeczytam.) Wystarczy być obytym z literaturą. No i fascynacja Warszawą. Był jej piewcą Tyrmand, jest piewczynią stolicy Chutnik. Poza tym znajdziemy w książce liczne cytaty z warszawskich podwórkowych ballad, a znawcy komiksu będą mieli dodatkową zabawę, odnajdując aluzje do dzieł tego gatunku. Tu jednak mądrzyć się nie zamierzam, bo komiks jest mi zupełnie obcy.

Jednocześnie autorka kilkakrotnie łamie konwencję, szczególnie powieści przygodowej, wprowadzając w niektórych dramatycznych momentach ton bardzo poważny. A już zupełnym odstępstwem od reguł jest zaskakujące zakończenie. I być może tu tkwi problem - ta dychotomia, która pojawia się z czasem, w miarę rozwoju akcji, sprawiła, że nie do końca potrafiłam wejść w tę książkę. To rozbicie chyba mi przeszkadzało. Doceniam pomysł, doceniam zabawę, doceniam opisy Warszawy, a przede wszystkim doceniam język, o którym dotąd nie wspomniałam, ale nie potrafię do końca "Cwaniar" kupić. Czy sięgnę po inną powieść Sylwii Chutnik, nie umiem powiedzieć. Za to mam ochotę na jej książkę o Warszawie, "Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954-1955".

Karolina Dzimira-Zarzycka "Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki"

Dwa lata temu głośno było o książce Sylwii Chwedorczuk

"Kowalska. Ta od Dąbrowskiej". Teraz historia się powtarza - dostajemy biografię Marii Dulębianki - "Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki" pióra Karoliny Dzimiry-Zarzyckiej (Marginesy 2022). Tytuł tej książki mógłby być parafrazą tamtego - Dulębianka. Ta od Konopnickiej. Dlaczego? Bo obie bohaterki w powszechnej świadomości istniały dotąd dzięki związkom ze słynnymi pisarkami, Marią Dąbrowską i Marią Konopnicką. No może z Dulębianką los obszedł się nieco łaskawiej, bo w ostatnich latach trochę się o jej feministycznej działalności mówiło, choćby za sprawą znakomitego fabularyzowanego dokumentu "Siłaczki" w reżyserii Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego, którego była jedną z bohaterek. Tymczasem, jak udowadniają autorki tych książek, obie kobiety zasługują na wyjście z cienia, bo sroce spod ogona nie wypadły. Kto wie, czy z dzisiejszej perspektywy emancypacyjna i feministyczna działalność Dulębianki nie ma większej wartości niż twórczość Konopnickiej, którą od dawna uczniowie byli straszeni w szkołach, a dziś już nawet i to nie. Pewnie jestem niesprawiedliwa, być może jej nowelistyka ze względu na poruszane tematy także teraz zasługuje na uwagę, nie będę więc wchodzić na grząski grunt i udawać, że Konopnicką czytam do poduszki. Zostawiam jej twórczość badaczkom i badaczom literatury. Tymczasem zajmę się Marią Dulębianką, z którą spędziła dwadzieścia ostatnich lat swojego życia.

Kim więc była? Skąd te dwa życia w tytule? Malarka i społecznica, dziś koniecznie trzeba pamiętać o jej działalności emancypacyjnej i feministycznej. Już we wczesnej młodości została skonfrontowana z dyskryminacją kobiet. Tego doświadczała każda młoda dziewczyna, która chciała studiować. Dotyczyło to też tych, które pragnęły kształcić się w dziedzinie malarstwa czy rzeźby. Uczelnie artystyczne były przed nimi zamknięte, także te zagraniczne. Pozostawały prywatne szkoły malarstwa. Tam jednak gorzej traktowano kobiety niż mężczyzn. Nawet zbiorowa pamięć świadczy o tym, jak były traktowane - niewiele dziś wiemy o tych, wcale nie tak nielicznych, młodych Polkach, które najpierw pobierały lekcje na przykład w warszawskiej szkole Wojciecha Gersona, a potem wyruszały w świat do Monachium i przede wszystkim do Paryża, aby tam pobierać nauki u najlepszych. Olga Boznańska nie była jedyna. Z mroków zapomnienia wydobyto niedawno Annę Bilińską, z dorobku Marii Dulębianki niewiele się zachowało. A inne? Pełno dziur jest też w jej życiorysie z czasów młodości, dlatego autorka często musi spekulować, rozważać różne warianty jej  losu, prowadzić śledztwo oparte najczęściej na poszlakach. Dostajemy za to mnóstwo bardzo interesujących informacji stanowiących tło dla jej studiów i drogi artystycznej. Najlepiej udokumentowane jest tych dwadzieścia lat, które spędziła z Marią Konopnicką, co zawdzięczamy korespondencji pisarki. Niestety listy Dulębianki się nie zachowały. Dużo też wiemy o tym, co robiła przez ostatnich dekadę życia już po śmierci przyjaciółki. A to wszystko dzięki jej działalności społecznej i feministycznej. 

Bo z czasem twórczość ustępowała pasji działaczki, a działaczką była niesamowitą. Ze wspomnianego tu filmu "Siłaczki" zapamiętałam, że Dulębianka została namówiona przez inne feministki do startu w wyborach do Sejmu Krajowego we Lwowie, co z góry skazane było na porażkę. Ale kampania miała nie tylko charakter symboliczny, bo dużo było wokół niej szumu i fermentu, a działaczki próbowały wykorzystać luki w prawie. Nigdzie bowiem nie istniał zakaz, po prostu było tak oczywiste, że kobiety nie mają praw wyborczych, że przepisy o nich nie wspominały, zresztą nie tylko w tej dziedzinie, a wiadomo, że co nie jest zabronione, to jest dozwolone. Kampania to jednak zaledwie ułamek jej niestrudzonej aktywności. Intensywnie działała w rodzącym się ruchu feministycznym, szczególnie bliskie jej były dwie sprawy - możliwość kształcenia kobiet i prawo wyborcze czynne oraz bierne. Brała udział w kongresach, spotkaniach, pisała, agitowała, szukała sojuszników wśród mężczyzn, słowem prowadziła całą tę mrówczą pozytywistyczną robotę, konsekwentnie krok po kroku. Oczywiście nie była sama. Na uwagę zasługuje jej praca w wojennym Lwowie - rzuca się w wir nowych zadań. Tanie kuchnie i herbaciarnie, kursy dla sanitariuszek, zbiórki dla legionistów. Dowodzi sekretariatem miejskiego Wydziału Dobroczynności. No i ostatnia niebezpieczna misja na przełomie roku 1918/19, którą ostatecznie przypłaciła życiem. 

Czytając o jej działalności feministycznej, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niby tyle się zmieniło, a jednak pewne poglądy i sposób traktowania kobiet pozostały niezmienne. Aby to pokazać, przytoczę kilka cytatów, najczęściej z prasy.

Jednym z wynalazków, za który grubo się będzie musiał rumienić wiek XIX (...), jest niezawodnie tak zwany feminizm. Nie jest on ani zasadą, ani teorią, ani ideą, ale najzwyczajniejszym bzikiem, czymś w rodzaju owczego kręćka.

... ale znaczna część owych "feministek" (bo tak się ochrzciły) bawi się po prostu w mądrość, ulega modzie. Jak niegdyś (...) marnowały panny lata i lata na fortepian (...), tak ślęczą obecnie nad książkami, aby o nich zapomnieć. (Autorka dodaje, że według piszącego te słowa dzieje się tak, gdy tylko pojawi się kandydat na męża.)

I oto i dziś spostrzegamy szczególne zjawisko, że kobiety w ogóle, a i pisarki, i artystki, i kobiety uczone, nawet największej miary tak samo, mało siłom swoim dowierzając, gotowe zawsze zrzec się berła na rzecz częstokroć najmierniejszego męskiego współzawodnika. 

I na koniec cytat z Dulębianki. 

... powiedziano jej (kobiecie): jedyną dziedziną twej działalności będzie rodzina, a w tej rodzinie głównym zadaniem wychowanie dzieci. A autorka za Dulębianką dopowiada: Jakby mężczyźni nie zauważyli, że na przykład pracujące kobiety i tak już dawno opuściły ognisko domowe.

Takim argumentem bardzo często zbijała upór mężczyzn, którzy swoją niezgodę na przyznanie kobietom biernego prawa wyborczego tłumaczyli tym, że bycie posłanką odciągnie je od rodziny. Tymczasem nie przeszkadzało im, że służące, robotnice czy nauczycielki z posiadania rodziny najczęściej rezygnowały albo dzieliły swój czas pomiędzy obowiązki zawodowe i prywatne. 

Tytuł biografii Marii Dulębianki można jeszcze tłumaczyć na inny sposób. Dwa życia - jedno samodzielne, drugie złączone z życiem Marii Konopnickiej. Przez dwadzieścia lat dostosowywały do siebie swoje plany, wspólnie podróżowały, mieszkały razem, troszczyły się o siebie, wpływały na swoją twórczość. Dulębianka wiele dla Konopnickiej poświęciła. Pisarce do pracy wystarczał pokój i biurko, malarka potrzebowała jasnej pracowni i artystycznego otoczenia. Nie zawsze było to możliwe w czasie wspólnych podróży, dlatego jej kariera artystyczna przygasła. 

Ale pisząc o wspólnym życiu obu Marii, autorka nie mogła uciec od pytania o charakter ich związku. Czy to tylko głęboka przyjaźń, czy coś więcej? A jeśli miłość, to tylko duchowa, czy również erotyczna? Ponieważ jednoznacznej odpowiedzi nie ma, a właściwie brak dowodów na więź erotyczną, autorka biografii pokazuje ich związek na tle epoki. I jest to szalenie ciekawe. Takie pary, nazywane często małżeństwami bostońskimi, były w tamtej epoce częste i nikogo nie gorszyły. Nikt nie uznawał ich za  lesbijskie. Maria Dzimira-Zarzycka wyjaśnia, dlaczego tak było. Nie miejsce tu, aby to wszystko relacjonować. Niech rozjaśnią mrok i będą zanętą do lektury tytuły krótkich rozdziałów, w których autorka pokazuje związek Dulębianki i Konopnickiej na tle epoki. W łóżku z przyjaciółką, Samotnice, Sztuce się poświęciły, Swobodna jak mężczyzna, Bostońskie rozwiązanie, Nieodłączne przyjaciółki, W łóżku z kochanką. Pewne jest jedno - przez dwadzieścia lat były sobie bardzo bliskie, przez większość tego czasu dzieliły wspólnie życie. Na końcu swoich rozważań autorka stwierdza, że w dzisiejszych kategoriach status ich związku to - skomplikowane.  

Gorąco namawiam do sięgnięcia po biografię tej niezwykłej kobiety.

Margaryta Jakowenko "Przemieszczenie"

Od jakiegoś czasu ArtRage, serwis oferujący różnego rodzaju

kulturę, który jeszcze do niedawna sprzedawał książki (i nie tylko) w pakietach w cenie co łaska (nigdy nie udało mi się rozkminić, jak to działa), wypączkował, na moje nieszczęście, w ambitne wydawnictwo. Z tym nieszczęściem to trochę żart, a trochę serio. Bo pojawiło się kolejne interesujące źródło książek. A ja znowu wzdycham - kiedy to wszystko czytać! A wydają w jakimś szalonym tempie! "Przemieszczenie" Margaryty Jakowenko (ArtRage 2022; przełożyła Agata Ostrowska) to ich druga powieść, którą przeczytałam, trzecia czeka w czytniku.

"Przemieszczenie" to literacki debiut Margaryty Jakowenko, hiszpańskiej pisarki ukraińskiego pochodzenia. Łatwo się domyślić, że opowiedziana na kartach tej książki historia Darii Kowalenko Petrowej wiele czerpie z doświadczeń samej autorki. Wszystko zaczyna się w pod koniec lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy to najpierw do Hiszpanii wyjeżdża tata Darii, a kończy dwadzieścia lat później, gdy jako dorosła kobieta otrzymuje z rąk znudzonej, nieczułej urzędniczki hiszpańskie obywatelstwo. Czy kobieta nią gardzi, czy tak się jej tylko wydaje? Jest to więc opowieść o tym, co robi z dzieckiem migracja. Ile rozumie? Co czuje? Jak sobie radzi? W tle dostajemy też historię jej rodziców. Bo głos w tej powieści należy do dorosłej Darii, która w momencie życiowego kryzysu w sposób niechronologiczny wspomina swoją przeszłość, najbardziej skupiając się na tym, co działo się od chwili, kiedy wraz z mamą w zimowy grudniowy wieczór wsiadły w swoim rodzinnym Mariupolu do nocnego pociągu, który zawiózł je do Kijowa, skąd samolotem poleciały do dalekiej słonecznej Murcji.

Ta historia bardziej skłania do refleksji niż wzrusza. Przynajmniej ze mną tak było. To nie zarzut, ale stwierdzenie faktu. Bo ta króciutka powieść, którą można przeczytać w ciągu jednego popołudnia, jest warta lektury. Tym bardziej, że w głowie cały czas dźwięczą wydarzenia sprzed kilku tygodni i miesięcy. Bo trudno uciec od smutnej refleksji, że Darii i jej rodzicom się udało. Co by z nimi było dziś, gdyby jej ojciec, inżynier, który od miesięcy nie otrzymywał pensji, w akcie desperacji nie postanowił wyjechać gdziekolwiek na Zachód, aby zarobić większe pieniądze na samochód, na mieszkanie, na życie. Przetrwaliby oblężenie Mariupola? A może udałoby się im wyjechać z miasta, kiedy jeszcze było to możliwe? Czy siedzieliby w podziemnych korytarzach Azowstalu? Zginęliby w zbombardowanym teatrze? Byłaby to całkiem inna historia. Takie powieści ukraińskie pisarki i ukraińscy pisarze napiszą pewnie za jakiś czas. Tymczasem dorosła Daria w roku 2020, kiedy kończy się powieść, nie wie, co zdarzy się za dwa lata.

Daria wcale nie chce, aby jej tata wyjeżdżał. Będzie płakać w poduszkę, kiedy podsłucha kłótnię rodziców. Potem, kiedy okaże się, że wyjazd nie jest tylko na jakiś czas, ale i one muszą dołączyć, buntuje się także mama, pielęgniarka. Ale co może zrobić? Wybiera rodzinę. Dorośli mają wybór, dziecko żadnego. Daria zostaje oderwana od przyjaciół, dziadków, szkoły i rzucona w obcy świat. Odtąd żyje ciągle pod presją - musi być najlepsza, bo rodzice rzucili wszystko, zdecydowali się na degradację swojej pozycji, aby ona miała kiedyś lepiej. Więc zaciska zęby i odtąd zawsze będzie najlepsza - w szkołach i na studiach, a potem w pracy. Nie skarży się, nie chce ranić rodziców, przecież oni też nie mają lekko. Ojciec już nigdy nie będzie inżynierem, a mama pielęgniarką. Wykonują byle jakie prace, harują nawet w weekendy, żeby ona już tak nie musiała. Daria zdaje sobie sprawę z degradacji ich statusu społecznego. Zdarza się jej słyszeć pogardliwe uwagi na temat mamy, która sprząta wakacyjne apartamenty, o paradoksie, wynajmowane przez bogatych Rosjan. Zazdrości dzieciom, po które do szkoły przychodzą rodzice. Ona musi wracać do domu sama. Tam czeka na nią obiad, który podgrzeje sobie w mikrofalówce. Je go w ciszy obcego mieszkania. Wokół morze i słońce, a ona tęskni za dziadkami, zimnem, za starym mieszkaniem. To nostalgia - usłyszy od mamy. Dorośli też ją odczuwają. W tym są równi z dziećmi, tak samo jak one bezbronni. I nie ma na nią leku, nikt nie może im pomóc. Dorosła Daria spróbuje jakoś ją zaleczyć, ale zrozumie, że to niemożliwe. Trzeba się z sobą pogodzić i spróbować jakiejś innej drogi.

Przymus osiągnięcia sukcesu, udawanie, że wszystko jest w porządku, milczenie mają swoją cenę. Płaci ją dorosła Daria. Chociaż  rodzice są pewnie przekonani, że osiągnęła sukces, nie jest szczęśliwa. Nawet teraz nie potrafi im o tym powiedzieć. A może zwłaszcza teraz? Chorują jej ciało i dusza, odczuwa ogromne znużenie. Znużenie odczuwała też matka - ciężką, byle jaką pracą. Ale czy to jedyny powód? 

Podejrzewam, że przepłakiwała też noce w tamtym mieszkaniu (...) z telewizorem, w którym nikt nie mówił w jej języku. Że oddałaby wszystko, żeby posłuchać czegokolwiek, co mogłaby zrozumieć. W tamtym mieszkaniu, w którym zaczynała się godzić z myślą, że już nigdy nie wróci do zawodu pielęgniarki, choć ma zaledwie dwadzieścia siedem lat. (...) Że poza tymi ścianami nie ma niczego. Że jedyne osoby, które zna w tym zakątku świata, to jej mąż i córka, że poza tym mieszkaniem, nie ma się gdzie podziać. Nie miała z kim pójść na herbatę, komu ponarzekać (...). A do tego powinna się czuć szczęściarą. Choć z oczu płynęły jej łzy, powinna się cieszyć, że tu jest. Sądzę, że ona też nauczyła się sama pocieszać. (...) Odinoczestwo to po rosyjsku samotność.

A ojciec? Czy jemu było dobrze? Czy po latach dorośli uznaliby swoje decyzje za słuszne? A gdyby wiedzieli, co się dzieje z ich córką? Czy wybraliby taką samą drogę? To pewnie jedna z tych sytuacji, z których nie ma dobrego wyjścia. Zostać źle, wyjechać też nie najlepiej. Może dopiero dzieci Darii, jeśli będzie je miała, będą żyć jak inni? 

Kiedy złożona niemocą przypomina sobie różne zdarzenia z dzieciństwa, które ułożyły się w drogę, jaka doprowadziła ją do takiego stanu, nie potrafi się oprzeć refleksji, jak niesprawiedliwy jest los.

... to wszystko, cała ta migracja, było tylko po to, żeby zapewnić im życie, które Carlos odziedziczył w chwili narodzin.

Carlos to jej partner, z którym właśnie się rozstała. Pewnie także dlatego, że nawet nie próbował zrozumieć jej doświadczenia. 

Wielostopniowa samotność, w nowym kraju, w środowisku i w rodzinie, robienie dobrej miny do złej gry, niemożność bycia zrozumianym, odcięcie od języka, co tworzy dodatkową barierę, to ich los. Czy byłoby im łatwiej, gdyby ze sobą rozmawiali? Gdyby powiedzieli sobie, co czują, jak im ciężko? Ale oni  skazują siebie na grę w udawanie, że wszytko okej. Na pewno nie jest to doświadczenie wszystkich emigrantów zarobkowych, ale pewnie wielu.  

Czytając to gorzkie imigranckie świadectwo, nie mogłam oprzeć się jeszcze jednej refleksji, trochę obok tej książki, a trochę jednak w związku z nią. Jak to jest, że teraz Ukraińcy tak zaciekle walczą o kraj, który nie był miejscem dobrym do życia? Z którego musieli wyjeżdżać, szukając lepszej przyszłości? A jednak walczą z takim hartem ducha. Bo przecież  w "Przemieszczeniu", i w innych ukraińskich książkach, które, nie tylko ostatnio, czytałam, obraz Ukrainy, oględnie mówiąc, nie jest przyjazny. Że nie wspomnę o wydanym kilka lat temu zbiorze reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje".

Filmowe remanenty - "Cicha ziemia", "Broad Peak"

Dziś będzie filmowo - jedna zaległość i jedna nowość. Zaległość to  "Cicha ziemia", debiutancki film Agnieszki Woszczyńskiej z Agnieszką Żulewską i Dobromirem Dymeckim w rolach głównych. Było o nim dość głośno jeszcze sporo przed premierą. Na festiwalu w Salonikach dostał nagrodę. Historia jest prosta - para dobrze sytuowanych trzydziestolatków, Anna i Adam, przyjeżdża na wakacje na włoską wyspę. Wynajmują willę z basenem, który okazuje się zepsuty. Wybrali dom z basenem, więc upierają się, że ma zostać naprawiony, mimo iż właściciel mówi o problemach z wodą i pokazuje morze, które mają na wyciągnięcie ręki. Można się ich czepiać, że tacy roszczeniowi, ale można się też czepiać właściciela - nie powinien w swojej ofercie pisać o basenie, skoro nie chciał go uruchamiać. Przysłany na miejsce robotnik, arabski imigrant, stanie się powodem zdarzeń, które wytrącą parę z wakacyjnej rutyny. Więcej zdradzić nie mogę. "Cicha ziemia" to taki rodzaj filmu, którego zalety można równie dobrze przedstawić jako wady. Co spodoba się jednym, innych zirytuje. Co ktoś uzna za interesujące, inny za pseudoartystyczną nudę. Jednym słowem film określany czasem jako festiwalowy - spodoba się recenzentom, widzom niekoniecznie. Oto katalog wad albo zalet: niewiele się dzieje, bohaterowie snują się i albo milczą, albo gadają, natrętna symbolika, pustka, chłód bijący z ekranu, liczne niedopowiedzenia, film niby realistyczny, ale jednak nieco odrealniony, moralne dylematy naszej epoki/zgrane i oczywiste motywy. Bogata Europa i biedni, niewidzialni imigranci, znudzona sobą para żyjąca w dobrobycie i niedostrzegająca problemów innych, kryzys męskości, grzechy współczesnej turystyki. Ja mam mieszane uczucia - nie skreślam "Cichej ziemi" całkowicie, ale wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiła. Nie poruszyła mnie emocjonalnie. Oglądając film, niemal cały czas zastanawiałam się, co zdarzy się dalej, i na chłodno analizowałam postawę Anny i Adama. Spodobała mi się atmosfera niepokoju i zagrożenia wykreowana na ekranie, ale bohaterowie irytowali, chociaż w zamyśle twórców mieli być chyba niejednoznaczni, szczególnie Adam. Po obejrzeniu odsłuchałam rozmowę z aktorami i reżyserką, brzmiała interesująco, ale  miałam wrażenie, że mówią o trochę innym filmie niż ten obejrzany przeze mnie. Może interesującą problematykę przykryła pretensjonalność formy, w której utonęło zniuansowanie postaci i problemów. 

W stosunku do drugiego filmu też uczucia mam ambiwalentne. To premiera - "Broad Peak" Leszka Dawida, historia zmagań Macieja Berbeki z ośmiotysięcznikiem Broad Peak. Zaczyna się w latach osiemdziesiątych, kiedy polscy himalaiści, zaczęli się specjalizować w zimowych wejściach na najwyższe szczyty świata i odnosili sukcesy. Kończy w roku 2013. Historia jest znana, w latach osiemdziesiątych sukcesami Lodowych Wojowników, jak ich nazywano,  żył niemal cały kraj, w roku 2013 tragedia na Broad Peaku rozpalała media, a wielu z nas miało ferowało wyroki w tej sprawie, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach. Piszę oględnie, bo jeśli ktoś już nie pamięta dokładnie tamtych wydarzeń albo w ogóle się nimi nie interesował, będzie miał większą przyjemność, oglądając film. Mnie góry fascynują, szczególnie te wysokie, więc "Broad Peak" chciałam zobaczyć koniecznie. Twórcy skupiają się na Macieju Berbece, pokazują, jaką siłę przyciągania ma ta pasja, jak to się dzieje, że w górach myśli się inaczej, rozsądek ustępuje i nie liczy się nic tylko osiągnięcie celu. Jednym słowem inaczej rozumuje się w bazie, inaczej kiedy atakuje się szczyt. I to moim zdaniem się udało, także dzięki roli Ireneusza Czopa. Widać, jak się zmaga ze sobą, jak rozsądek walczy z przemożnym pragnieniem zdobycia góry. Natomiast znacznie słabiej wybrzmiewa problem kosztów, jakie płacą żona i dzieci, a już zupełnie nie widzę tej wzruszającej historii miłosnej, o której mowa w materiałach dystrybutora. Oglądałam "Broad Peak" z zainteresowaniem, mimo że historię znałam, i tę pierwszą potyczkę z górą, i tę drugą. Nie mogę jednak powiedzieć, że to film bardzo dobry, raczej przeciętny. Jeśli ktoś widział i pamięta "Everest", też historię opartą na faktach i bardzo znaną, dostrzeże różnicę - większy rozmach (wiadomo - pieniądze) i jednak większe napięcie. "Broad Peak" wypada przy nim blado. Mimo tego nie żałuję, że obejrzałam. A kto chce zobaczyć na dużym ekranie, niech się spieszy, bo to produkcja Netflixa i do wybranych kin trafiła tylko na chwilę.

 

Małgorzata Czyńska "Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny"

Właściwie sama nie wiem, jaki impuls stał za tym, że postanowiłam

przeczytać książkę Małgorzaty Czyńskiej "Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny" (Marginesy 2022). Tym bardziej, że, jak się zorientowałam, jest to drugie, uzupełnione, wydanie pod nieco zmienionym tytułem i z inną okładką. Pierwsze ukazało się w innym wydawnictwie. Jak wyłowiłam ją z morza nowości? I dopiero teraz, kiedy ją wznowiono? Nie jest tak, abym jakoś specjalnie interesowała się Witkacym. Owszem, lubię jego malarstwo i zdjęcia, chętnie wybiorę się do teatru na adaptację jego sztuki (mam wrażenie, że jego teksty są coraz rzadziej wystawiane), trochę o nim wiem (trudno nie wiedzieć), ale nigdy nie czytałam jakiejś porządnej biografii ani żadnej z jego powieści. Prawdopodobnie magnesem była sama barwna i skandalizująca postać Witkacego i nazwisko autorki - Małgorzaty Czyńskiej. Przed kilku laty przeczytałam biografię Katarzyny Kobro jej pióra - "Kobro. Skok w przestrzeń", która zrobiła na mnie spore wrażenie.

Małgorzata Czyńska jest historyczką sztuki i kuratorką wystaw, no i pisarką. Pisze o kobietach związanych ze sztuką, nie tylko o artystkach, ale także o tych, które pozowały do słynnych obrazów czy w inny sposób związane były z artystą. W wypadku Witkacego jedno ściśle łączy się z drugim. Kobiety, z którymi łączył go dłuższy czy krótszy romans, malował i fotografował wielokrotnie. 

Ta książka to opowieść o Witkacym, ale przede wszystkim o kobietach, z którymi był związany. Najczęściej to kochanki, ale nie tylko, bo autorka wiele miejsca poświęca matce artysty, a przede wszystkim żonie, Jadwidze Witkiewiczowej, nazywanej Niną. Zastanawiam się, ile w tej lekturze guilty pleasure, a ile poważnej książki. No ale nie da się pisać i mówić o Witkacym, pomijając tę, tak istotną dla niego, sferę życia. Tym bardziej, że ważne dla niego kobiety pozostawiły ślad w jego sztuce. Nie tylko je malował i fotografował, ale także uwieczniał w powieściach czy sztukach teatralnych. Autorka zamieszcza reprodukcje ich portretów, zdjęcia, ale także obszernie cytuje jego teksty. Co prawda Witkacy potrafił oburzać się, kiedy twierdzono, że w swoich utworach literackich portretuje znajomych i siebie, jednak dla wszystkich było jasne, że szczególnie powieści są tekstami z kluczem. 

Małgorzata Czyńska wyciąga z cienia kobiety, z którymi się wiązał, opowiada o nich, pisze, jak się poznali, co czuły, a przede wszystkim o tym, jaki wpływ miał na ich życie ten ekstrawagancki człowiek i artysta. Czasem, jak w wypadku Ireny Solskiej, był jednym z wielu kochanków, ale w kilku wypadkach spotkanie z nim okazało się przełomowe, wywróciło ich życie do góry nogami. To przypadek Asymetrycznej Damy, niczym niewyróżniającej się kobiety, żony jubilera z Częstochowy, którą Witkacy zobaczył na ulicy w Warszawie, kiedy była tam z wizytą u krewnych. Przypominała mu narzeczoną, która popełniła samobójstwo, dlatego namówił ją, aby mu pozowała. Panią Hankę, bo tak ją nazywał, malował potem  wielokrotnie, była, jak twierdzi autorka, raczej jego muzą niż kochanką. Opuściła Częstochowę i męża, zamieszkała w Zakopanem, bo dzięki Witkacemu poznała inny, artystyczny świat, który ją pochłonął. Można się zastanawiać, czy to źle, czy dobrze. Dla męża, jubilera, pewnie nie najlepiej, nie wiemy, czy cierpiał z powodu zawiedzionej miłości, kiedy opuściła go żona, czy może tylko była to plama na męskim honorze. Dla niej być może lepiej - rozwinęła skrzydła, nie była już tylko żoną przy mężu, zainteresowała się fotografią, miała kolekcję jego prac.

Tragicznie skończyła się znajomość z Witkacym dla jego pierwszej narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej. Zafascynowana artystą, którego poznała w zakopiańskim pensjonacie prowadzonym przez jego matkę, przyjmuje jego oświadczyny. Nie wie jeszcze, że jest skłonny do stanów depresyjnych, wybuchów gniewu, zazdrości. Potem wielokrotnie rozstają się i schodzą, cierpią oboje. Aż w końcu, kiedy Witkacy zadręcza narzeczoną podejrzeniami o romans z Karolem Szymanowskim, po kłótni zdesperowana Jadwiga bierze dorożkę, jedzie do Doliny Kościeliskiej i strzela do siebie. Być może była wtedy w ciąży, być może jedną z przyczyn kłótni było dziecko, którego Witkacy nie chciał. To sfera domysłów wysnutych z jednej z jego powieści, "Pożegnania jesieni". Zakopane huczy od plotek, a Witkacy cierpi, bierze winę na siebie, a samobójcza śmierć narzeczonej będzie do niego wracała wielokrotnie.

Drugą tragiczną kochanką jest Czesława Oknińska-Korzeniowska, jego ostatnia miłość, ostatni romans. Też zwyczajna kobieta, której życie niczym by się pewnie nie wyróżniło, gdyby nie spotkanie z Witkacym. To z nią we wrześniu 1939 roku wyruszył w swoją ostatnią podróż, uciekając przed wojną. To razem z nią postanowił się zabić na wieść o wkroczeniu Rosjan na wschodnie tereny Polski. Ona przeżyła, on odebrał sobie życie skutecznie. Nie trzeba mówić, jaki wpływ wywarła na nią ta tragiczna historia. Dawała temu świadectwo wielokrotnie. A przecież i wcześniej ich związek, który trwał kilka lat, był bardzo burzliwy. Rozchodzili się i schodzili. Ona nie mogła wybaczyć mu zdrady z narzeczoną fryzjera. Tak, zdradzał ją, bo Witkacy potrafił się wiązać z kilkoma kobietami naraz i równie silnie przeżywać uczucia do każdej z nich. Liczyła też, że rozwiedzie się z żoną i wezmą ślub. On cierpiał, kiedy z nim zrywała. Prosił nawet żonę o wstawiennictwo!

No właśnie, żona. Nie sposób tu o niej nie wspomnieć. Pobrali się w roku 1923, kiedy ona dobiegała trzydziestki, a on czterdziestki. Szybko przyjęła jego oświadczyny. Była panną z dobrego domu, ale bez majątku. Małżeństwo raczej z rozsądku, okazało się bardzo trwałe, burzliwe, a ich związek najsilniejszy ze wszystkich jego związków. Szybko zamieszkali osobno, ona w Warszawie na ulicy Brackiej, on w Zakopanem. Oczywiście widywali się, ale przede wszystkim prowadzili bogatą korespondencję. Była jego powierniczką, przyjaciółką, to jej zwierzał się ze swoich cierpień, nieszczęśliwych romansów, kłopotów z kobietami. To bez niej nie mógł żyć. Kiedy kilkakrotnie go porzucała, co oznaczało, że nie mógł przyjeżdżać na Bracką, cierpiał. A ona? Jak znosiła jego romanse? Czy odpowiadała jej taka rola, jaką wyznaczył jej w swoim życiu? Historia Niny jest szkieletem tej książki. Zaczyna się od niej i na niej kończy. Jest obecna niemal cały czas. Albo w pisanych do niej listach, albo w jej wspomnieniach, które wydała po wojnie, albo w poświęconych tylko jej rozdziałach. Nie od razu pogodziła się z tym, że jej mąż nie potrafi być monogamistą, że zakochuje się z wielką łatwością, że afery miłosne to istotna część jego życia. Początkowo próbowała walczyć, obarczała winą swoją oziębłość, potem kilkakrotnie odsuwała go od siebie. Jednak żyła z nim do końca, była powiernicą, przyjaciółką, sama miewała kochanków. To ona dbała o jego spuściznę. Szczególnie literacką. Na pewno postać tragiczna.

Ale książka Małgorzaty Czyńskiej to także opowieść o Witkacym. O tym jak reżyserował swoje życie, jaki był, jak wpływał na innych, o jego twórczości.

Ciekawa lektura, czyta się niemal jednym tchem. Zmusza do zastanowienia się, jak niejednoznaczne bywają ludzkie wybory, pozwala skonfrontować się z nimi. Czasem aż korci, aby krzyknąć - kobieto, co robisz? - chociaż to krzyk poniewczasie. Czy mamy prawo je oceniać? Czy potrafimy je zrozumieć? Tak naprawdę wiedzieć, co czuły? 

Wiktoria Bieżuńska "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę"

Właściwie wszystko przemawiało za tym, żebym nie czytała

powieści Wiktorii Bieżuńskiej "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę" (Cyranka 2022). Po pierwsze debiut, a już wielokrotnie pisałam, że wolę poczekać na drugą książkę, bo pierwsza, jak to pierwsza, bywa obciążona wadami. Po drugie główną bohaterką i narratorką jest dziewczynka chodząca do drugiej klasy szkoły podstawowej, a ja wolę jednak czytać o dorosłych bohaterkach i bohaterach. No ale od tych reguł bywają wyjątki i czasem jednak dam się skusić. A dzieje się tak zwykle wtedy, kiedy książka robi się głośna i wzbudza zachwyt. Ale oprócz tego zawsze potrzebny jest jakiś impuls, to coś, co ostatecznie mnie przekona. Tak było i tym razem. Wspaniały, dojrzały debiut - dało się słyszeć zewsząd. Ostatecznie złamałam się po wysłuchaniu wywiadu z autorką, a to coś, co mnie przekonało, to oryginalny język powieści.

I rzeczywiście - jeśli ktoś jest czuły na język, jeśli przyjemność sprawia mu językowe bogactwo, nasycenie metaforami, porównaniami i innymi sposobami poetyckiego obrazowania, to lektura powieści Wiktorii Bieżuńskiej naprawdę może sprawić wielką przyjemność. Autorce udało się połączyć coś, co z pozoru wydaje się sprzeczne. Bo z jednej strony język, jakim się posługuje, robi wrażenie bardzo skondensowanego, może dlatego, że dialogi najczęściej są wplecione w narrację, a z drugiej jest niezwykle kunsztowny i bogaty. Ale to jeszcze nie wszystko, bo kiedy trzeba, pojawiają się słowa dalekie od wykwintności, niewybredne kolokwializmy, a nawet przekleństwa. Podziwiałam poetycką wyobraźnię autorki. Nie mogę się powstrzymać, aby nie przywołać kilku krótkich cytatów, które szczególnie mnie zachwyciły.

Gdy matka płacze, ktoś wyciąga ze świata nitkę i wszystko zaczyna się pruć.

... do łazienki wślizgują się kuzynki, rozsypując swoją obecność jak brokat ...

Wiem, że gdy wróci matka, nada zdarzeniom właściwy bieg.

... próbka Chin uwolniona z opakowania firmy Knorr.

A to tylko przykłady. Proza Wiktorii Bieżuńskiej jest nasycona takimi sformułowaniami.

Ale powieść to nie tylko zgrabnie połączone słowa. To także bohaterowie i ich świat. I tu już nie potrafię się tak zachwycić. Nie oznacza to jednak, że książka mi się nie podobała i żałuję lektury. Po prostu zostawiła mnie obojętną - cały swój zachwyt przelałam na język, losy bohaterów nie poruszyły mnie jakoś szczególnie, a przecież powinny! Dopiero zakończenie przełamało moją nieczułość. Doskonale też zdaję sobie sprawę, dlaczego tak się stało. Otóż Wiktoria Bieżuńska wpisuje się swoim debiutem w dość licznie reprezentowany ostatnio nurt książek o dziecku, którego dzieciństwo dalekie jest od mitu szczęśliwego i sielskiego. Przyczyną jest najczęściej bieda albo alkoholizm. Nie wykluczam, że gdybym nie przeczytała wcześniej "Kości, które nosisz w kieszeni" Łukasza Barysa (też prozatorski debiut) i "Mireczka. Patoopowieści o moim ojcu" Aleksandry Zbroi (debiut non fiction), to historia bohaterki "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę" zrobiłaby na mnie znacznie większe wrażenie. Ale kolejność była odwrotna i to tamte książki mną wstrząsnęły. Tym razem dominowało poczucie, że przecież już to wiem, już o tym czytałam i to całkiem niedawno. Do tego dochodzą duże oczekiwania rozbudzone znakomitymi recenzjami.

Bohaterka tej powieści wychowuje się w rodzinie, w której ojciec pije. Niejednokrotnie jest świadkiem jego upodlenia. Wstydzi się za niego, czuje obrzydzenie. Matka próbuje od niego odejść, ale w jego obronie staje jej matka, babcia Natalia, która uważa, że rodzina to rodzina. Nie jest w swoich poczynaniach bardzo nachalna, ale konsekwentnie sabotuje działania córki. A to opierze i nakarmi zięcia, a to go przenocuje, a to da do zrozumienia, że chciałaby już zostać sama w swoim mieszkaniu. Zawsze znajdzie dla  niego jakieś usprawiedliwienie. Poza tym rodzina bohaterki jest całkiem przeciętna. Ani bogaci, ani biedni. Matka pracuje w sklepie, ojciec miał kiedyś jakieś ambicje, ładnie rysował, zostały po jego pasji zeszyty z rysunkami, które przechowuje babcia Rozalia, jego matka, ślepo zapatrzona w syna. Bohaterka uczy się grać na fortepianie, chodzi do szkoły muzycznej. A więc żadna patologia. A jednak sposób, w jaki w chwilach złości rodzice zwracają się do siebie i do dziecka może szokować. Wulgarny, knajacki język, szarpanie, bicie pasem jako środek wychowawczy. Nie można powiedzieć, że dziewczynka jest niekochana, a przecież nie tak powinno wyglądać dzieciństwo. 

Poza tym bohaterka jest pionkiem w rozgrywce między dorosłymi. Próbują przeciągnąć ją na swoją stronę, traktują jako źródło informacji. Nic też od niej nie zależy. To oni decydują o wszystkim. O odwiedzinach u babci, której prawie nie zna, o tym, co będzie nosiła i po kim,  o kroju sukienki komunijnej, o nauce gry na fortepianie, o tym, czy przeczyta książki, które przyniosła z biblioteki, wreszcie o tym, gdzie i z kim będzie mieszkać. Nie ma też prawa do prywatności, wszystko jest publiczne, na widoku rodziny. Kiedy przypadkowo zostanie poparzona gorącą kawą i siedzi w wannie z zimną wodą, nie tylko kuzynki, ale i kuzyni mogą bezkarnie wejść do łazienki i oglądać bąble tworzące się na jej udach, przy okazji komentując jej dziecięcy wygląd. Ten brak sprawczości i podmiotowości manifestuje się brakiem imienia. Czytelnik nie wie, jak narratorka ma na imię, a doskonale zna imiona pozostałych bohaterów. Mama to Krysia, ojciec Tadek, są jeszcze ciotki i wujkowie, kuzynki i kuzyni, oni też mają imiona. A przecież ona nie jest marionetką, jest osobą, wnikliwie obserwuje świat, podobnie jak bohaterka przywołanej przeze mnie powieści Łukasza Barysa. Myśli, czuje, wyciąga wnioski, nie zawsze wszystko rozumie, ale jest przecież dzieckiem. Snując moje refleksje, doszłam do wniosku, że może  powinnam spojrzeć na tę książkę  trochę inaczej, nie tylko jak na kolejną historię toksycznej, dysfunkcjonalnej rodziny, ale jak na wołanie o traktowanie dziecka w sposób podmiotowy. Wtedy debiut  Wiktorii Bieżuńskiej zaczyna mi się jawić zgoła inaczej. Daje szerszą perspektywę. 

Mimo moich wątpliwości warto sięgnąć po tę książkę, nie tylko po to, aby zachwycić się językiem.   

Kubańskie lektury (III) - Krzysztof Jacek Hinz "Kuba. Syndrom wyspy"

"Kuba. Syndrom wyspy" Krzysztofa Jacka Hinza (Dowody na

Istnienie 2016, wydanie drugie 2021) to trzecia kubańska książka, po którą sięgnęłam. Tym razem nie jest to zbiór tekstów drukowanych wcześniej w prasie, jak to było w przypadku pozycji "Diabeł umiera w Hawanie" Macieja Stasińskiego. Autor swoją przygodę z tą karaibską wyspą zaczął w roku 1977, kiedy jako student iberystyki wyjechał na roczną wymianę do Hawany (Wtedy dla studentów tego kierunku chcących mieć kontakt z żywym językiem była to jedyna możliwość.), a kontynuował ją później jako korespondent PAP na początku lat dziewięćdziesiątych, a wreszcie sekretarz ambasady na przełomie wieków. Jednak już ten pierwszy kontakt sprawił, że pokochał wyspę i zawsze się nią interesował. Przez te lata poznał wielu Kubańczyków, także z opozycji, i to oni jeszcze bardziej związali go z tym miejscem. Między innymi z ich powodu powstała ta książka - aby dać świadectwo, aby zachować pamięć o nich. Jak pisze w ostatnim, krótkim, rozdziale, czuł, że jest im to winien.

Motywem przewodnim, który spaja w całość cztery części (okres studencki, praca korespondenta, ambasada, a wreszcie coś w rodzaju epilogu - Kuba widziana już z oddali), jest afera, jaką na zlecenie władz, a właściwie samego Fidela, bo na Kubie nic nie działo się bez jego udziału, rozpętały prasa, radio i telewizja wokół wystawy polskiego plakatu, którą zorganizowała nasza ambasada, a którą z racji swoich obowiązków zajmował się Krzysztof Jacek Hinz. I to on stał się obiektem ideologicznych ataków - oskarżono go o knowania z opozycją. Dziś oskarżycielskie, ociekające ideologicznym jadem teksty z kubańskiej prasy, które autor cytuje w swojej książce, nie tylko śmieszą, ale wydają się niepojęte, ale wtedy dla niego mogły oznaczać wydalenie z wyspy. Dlatego mile połechtanej próżności, bo kto by nie chciał stać się bohaterem mediów w tak szlachetnej sprawie, towarzyszył lęk. Nie chodziło tylko o to, że będzie musiał pożegnać się z miejscem, z którym tak bardzo się związał, ale o skomplikowane konsekwencje dyplomatyczne, o których tu pisać nie będę. To jednak nie pierwszy raz, kiedy groziło mu wydalenie z Kuby. Z podobnym zagrożeniem spotkał się już, kiedy pracował jako korespondent PAP. Praca na w tym kraju, czy to w roli dziennikarza, czy dyplomaty, to stąpanie po polu minowym, bo nie można wykonywać jej rzetelnie i uczciwie bez kontaktów z opozycjonistami. Ale ten medal ma też swoją drugą stronę. Spotkania z zagranicznym dziennikarzem czy dyplomatą były też niebezpieczne dla nich. Autor wiele razy musiał rozważać w swoim sumieniu, jak postępować, jak wyważyć te proporcje pomiędzy powinnością, uczciwością, a rozsądkiem.

Książkę, podobnie jak moją poprzednią kubańską lekturę, przenika jeszcze jedno - to wiara autora, która narodziła się w latach dziewięćdziesiątych po rozpadzie Związku Radzieckiego i przemianach w Europie Wschodniej, że i na Kubie, kiedy skończyła się kroplówka z ZSRR, komunizm upadnie. Marzył o tym, że może będzie pierwszym dziennikarzem, który nada depeszę takiej treści. To także dlatego tak bardzo bał się, że będzie musiał wyspę opuścić, a wtedy ominie go coś najważniejszego dla korespondenta - bycie świadkiem przełomowych wydarzeń. Dlatego kiedy w końcu z powodów finansowych PAP zlikwidował placówkę na Kubie, udało mu się przekonać szefów, aby przenieśli go do Meksyku, skąd szybko w razie czego można wrócić na wyspę. Jego nadzieje, podobnie jak nadzieje Macieja Stasińskiego, nie tylko nie ziściły się wtedy, ale niestety nie ziściły się do dziś. Dlatego wzruszył mnie przedostatni rozdział, w którym pisze o dalszych losach bliskich mu Kubańczyków, głównie opozycjonistów. Niektórzy umarli, ale inni  Żyją na wyspie i czekają na zmiany. Jak długo jeszcze? Czy kolejny krach gospodarczy, jaki ma teraz miejsce na Kubie, będzie tą iskrą, która roznieci zmiany?

A co poza tym znajdziemy w reportażu Krzysztofa Jacka Hinza? Trochę wszystkiego. Garść informacji historycznych o przyczynach wybuchu rewolucji i jej przebiegu. Autor pokazuje, jak Fidel Castro bardzo szybko odszedł od swoich ideałów i w imię utrzymania bezwzględnej władzy przechrzcił się na komunizm i zaczął eliminować najbliższych mu ludzi, z którymi dokonał przewrotu. Bo dziś Fidel Castro w powszechnym mniemaniu równa się komunista. Tymczasem zrobił rewolucję nie w imię komunizmu, ale aby odsunąć od władzy dyktatora Batistę i przywrócić demokratyczną konstytucję z roku 1940. Tego drugiego nigdy nie zrobił. Bardzo ciekawie pisze też autor, jak to się stało, że Kuba wpadła w objęcia Związku Radzieckiego, co spowodowało izolację wyspy, której konsekwencje ciągną się do dziś, a sam Fidel Castro stał się tak ważnym graczem w polityce międzynarodowej. Okazuje się, że nawet po jego zwycięstwie nie musiało tak być. Poza tym znajdziemy w książce opowieść o życiu codziennym na Kubie, o problemach, z jakimi mieszkańcy wyspy się zmagali, o absurdach i kreatywności towarzyszących brakowi wszystkiego, o stopniowo zachodzących przemianach. Jest też trochę historii osobistych, no są i opowieści o ludziach, którzy stali się autorowi bliscy. Przede wszystkim o tych z opozycji, ale także o tych zwyczajnych, których spotykał na swojej drodze. 

Nie da się przeczytać morza reportaży z rozmaitych rejonów świata, trzeba wybierać. Dlatego pytanie, kto powinien sięgnąć po tę książkę i po poprzednią, o której pisałam tydzień temu, jest zasadne. Każdy, kto interesuje się Kubą czy Ameryką Łacińską, i wszyscy ci, którzy na wyspie byli, są albo zamierzają na nią polecieć, a wcale nie ma ich tak mało, choćby dlatego, że Kuba bardzo szybko zaczęła przyjmować turytów po lockdownie. Bo jeśli spędza się czas tylko na plaży, w resorcie (brr, nie cierpię tego słowa), to można wrócić z Kuby, nie mając w ogóle pojęcia, jak wygląda tam życie i co się tam dzieje. Dlatego dla wszystkich turystów to lektura obowiązkowa.  

Popularne posty