Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkoholizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkoholizm. Pokaż wszystkie posty

Agnieszka Jucewicz, Magdalena Kicińska "Dom w butelce. Rozmowy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików"

Kolejny raz sięgnęłam po książkę o polskim chlaniu. Od jakiegoś

czasu o problemie się mówi, stał się tematem literackim i filmowym. Wstrząsający "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu" Aleksandry Zbroi, utrzymana w sensacyjnej konwencji "Informacja zwrotna" Jakuba Żulczyka, "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę" Wiktorii Bieżuńskiej to przykłady literackie. No i film, także wstrząsający, "Powrót do tamtych dni" Konrada Aksinowicza z niesamowitą rolą Macieja Stuhra. To wszystko przeczytałam i obejrzałam w trochę ponad rok. Dorzucę jeszcze "Shuggie'go Baina" Douglasa Stourta. To wprawdzie przykład z literatury angielskiej, ale jej autor również w znakomity sposób pokazuje los dziecka wychowywanego w rodzinie, w której alkohol jest ogromnym problemem. No a teraz przeczytałam zbiór wywiadów Agnieszki Jucewicz i Magdaleny Kicińskiej "Dom w butelce. Rozmowy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików" (Agora 2021) i obiecuję sobie, że na długo mam dość tematu. 

Lektura dwunastu rozmów z ludźmi, którzy z powodu alkoholizmu rodzica lub rodziców, w jednym przypadku brata, nie mieli normalnego dzieciństwa, a konsekwencje ponoszą najczęściej do dziś, jest bardzo przygnębiająca. Może lepiej dawkować sobie te rozmowy. Po ich przeczytaniu mogę obwołać się szczęściarą, bo ten problem, na szczęście, nigdy mnie nie dotknął, co nie znaczy, że nie występował w bliższym czy dalszym otoczeniu. A i dziś spotykam ludzi, o których wiem, że od alkoholu nie stronią. Nigdy jednak nie zastanawiałam, jak to jest wychowywać się w takiej rodzinie. Co czuje dziecko, którego rodzice piją? Z jakimi problemami się mierzy? Żeby być precyzyjną, muszę uściślić - nigdy oznacza przed lekturą "Mireczka" i obejrzeniem filmu Aksinowicza.

Kiedy myślimy o alkoholizmie, najczęściej uciekamy w stereotyp - wyobrażamy sobie patologiczną rodzinę, w której jest przemoc i bieda. Tymczasem oblicza problemu są różne. Bohaterowie tych rozmów bardzo często mieli rodziców wykształconych, którzy nie wszczynali awantur, nie byli agresywni, mało tego - potrafili pić w taki sposób, że ktoś postronny nie orientował się, co się dzieje. Niektórzy bardzo dobrze radzili sobie w pracy, osiągali sukcesy. Matka jednego z bohaterów do końca była kobietą elegancką. Stosunek do pijących rodziców też bywa różny. Niektórzy mają wspomnienia dobrych chwil, mówią, że byli ciekawymi ludźmi, inni współczują im, szukają wytłumaczenia w ich trudnych życiowych doświadczeniach, tylko nieliczni przyznają, że nic dobrego ich nie spotkało. To ci, których pijani ojcowie stawali się agresywni. Większość rozmówców mimo bardzo trudnych przejść wyszła na prostą. Skończyli studia, pracują, założyli rodziny. Nie piją w ogóle albo okazjonalnie. Tylko jedna bohaterka imprezuje i przyznaje, że nie stroni od alkoholu. Wierzy, że to jeszcze nie problem, że może przestać. Inny rozmówca ma złamane życie, odsiaduje długoletni wyrok.

Co najbardziej porusza mnie w ich losie? Samotność. Większość z nich ma za sobą doświadczenie dojmującej, przerażającej samotności, jaką odczuwali w rodzinnym domu. Nie mogli liczyć na nikogo dorosłego ani z najbliższej rodziny, ani z dalszego otoczenia. Najgorszy był chyba los tych, których wychowywał tylko  jeden rodzic, oczywiście pijący. Czasem nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nikt nie dostrzegł nieszczęścia, z jakim się mierzyli. Ani szkoła, ani krewni, ani znajomi. Mało tego, rodzina często lekceważyła problem, była wobec niego obojętna. Większość z nich musiała przejmować rolę dorosłych - zadbać o siebie, o młodsze rodzeństwo albo o matkę, która nie radziła sobie z pijącym mężem. Nierzadko troszczyli się o tego rodzica, który był przyczyną nieszczęścia. Próbowali ratować go przed nim samym. Długo nie potrafili odciąć się od zainfekowanego alkoholem domu, a jeśli podejmowali takie próby, natychmiast odczuwali wyrzuty sumienia. Szczególnie wobec bezradnych matek, które na swoje dzieci przerzucały odpowiedzialność, a pijących mężów tłumaczyły czy chroniły. Albo uciekały w pracę, pozostawiając dziecko z problemem. Takie dzieciństwo odbija się piętnem na dalszym życiu, dlatego większość z bohaterów tej książki przeszła lub nadal przechodzi terapię. Szczególnie ci młodsi. A przecież alkoholizm dotyka wielu Polaków, jest coraz większym problemem. Jak wielu ludzi ma z tego powodu spaprane życie? Aż chciałoby się użyć mocniejszego słowa.

Autorki, które same są Dorosłymi Dziećmi Alkoholików, we wstępie piszą, że ta książka powstała z myślą przede wszystkim o ludziach, którzy mają za sobą podobne doświadczenia. Ale ci, których taki los, na szczęście, nie dotknął, też powinni "Dom w butelce" przeczytać. Aby zrozumieć. A może uda się komuś pomóc?

Wiktoria Bieżuńska "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę"

Właściwie wszystko przemawiało za tym, żebym nie czytała

powieści Wiktorii Bieżuńskiej "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę" (Cyranka 2022). Po pierwsze debiut, a już wielokrotnie pisałam, że wolę poczekać na drugą książkę, bo pierwsza, jak to pierwsza, bywa obciążona wadami. Po drugie główną bohaterką i narratorką jest dziewczynka chodząca do drugiej klasy szkoły podstawowej, a ja wolę jednak czytać o dorosłych bohaterkach i bohaterach. No ale od tych reguł bywają wyjątki i czasem jednak dam się skusić. A dzieje się tak zwykle wtedy, kiedy książka robi się głośna i wzbudza zachwyt. Ale oprócz tego zawsze potrzebny jest jakiś impuls, to coś, co ostatecznie mnie przekona. Tak było i tym razem. Wspaniały, dojrzały debiut - dało się słyszeć zewsząd. Ostatecznie złamałam się po wysłuchaniu wywiadu z autorką, a to coś, co mnie przekonało, to oryginalny język powieści.

I rzeczywiście - jeśli ktoś jest czuły na język, jeśli przyjemność sprawia mu językowe bogactwo, nasycenie metaforami, porównaniami i innymi sposobami poetyckiego obrazowania, to lektura powieści Wiktorii Bieżuńskiej naprawdę może sprawić wielką przyjemność. Autorce udało się połączyć coś, co z pozoru wydaje się sprzeczne. Bo z jednej strony język, jakim się posługuje, robi wrażenie bardzo skondensowanego, może dlatego, że dialogi najczęściej są wplecione w narrację, a z drugiej jest niezwykle kunsztowny i bogaty. Ale to jeszcze nie wszystko, bo kiedy trzeba, pojawiają się słowa dalekie od wykwintności, niewybredne kolokwializmy, a nawet przekleństwa. Podziwiałam poetycką wyobraźnię autorki. Nie mogę się powstrzymać, aby nie przywołać kilku krótkich cytatów, które szczególnie mnie zachwyciły.

Gdy matka płacze, ktoś wyciąga ze świata nitkę i wszystko zaczyna się pruć.

... do łazienki wślizgują się kuzynki, rozsypując swoją obecność jak brokat ...

Wiem, że gdy wróci matka, nada zdarzeniom właściwy bieg.

... próbka Chin uwolniona z opakowania firmy Knorr.

A to tylko przykłady. Proza Wiktorii Bieżuńskiej jest nasycona takimi sformułowaniami.

Ale powieść to nie tylko zgrabnie połączone słowa. To także bohaterowie i ich świat. I tu już nie potrafię się tak zachwycić. Nie oznacza to jednak, że książka mi się nie podobała i żałuję lektury. Po prostu zostawiła mnie obojętną - cały swój zachwyt przelałam na język, losy bohaterów nie poruszyły mnie jakoś szczególnie, a przecież powinny! Dopiero zakończenie przełamało moją nieczułość. Doskonale też zdaję sobie sprawę, dlaczego tak się stało. Otóż Wiktoria Bieżuńska wpisuje się swoim debiutem w dość licznie reprezentowany ostatnio nurt książek o dziecku, którego dzieciństwo dalekie jest od mitu szczęśliwego i sielskiego. Przyczyną jest najczęściej bieda albo alkoholizm. Nie wykluczam, że gdybym nie przeczytała wcześniej "Kości, które nosisz w kieszeni" Łukasza Barysa (też prozatorski debiut) i "Mireczka. Patoopowieści o moim ojcu" Aleksandry Zbroi (debiut non fiction), to historia bohaterki "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę" zrobiłaby na mnie znacznie większe wrażenie. Ale kolejność była odwrotna i to tamte książki mną wstrząsnęły. Tym razem dominowało poczucie, że przecież już to wiem, już o tym czytałam i to całkiem niedawno. Do tego dochodzą duże oczekiwania rozbudzone znakomitymi recenzjami.

Bohaterka tej powieści wychowuje się w rodzinie, w której ojciec pije. Niejednokrotnie jest świadkiem jego upodlenia. Wstydzi się za niego, czuje obrzydzenie. Matka próbuje od niego odejść, ale w jego obronie staje jej matka, babcia Natalia, która uważa, że rodzina to rodzina. Nie jest w swoich poczynaniach bardzo nachalna, ale konsekwentnie sabotuje działania córki. A to opierze i nakarmi zięcia, a to go przenocuje, a to da do zrozumienia, że chciałaby już zostać sama w swoim mieszkaniu. Zawsze znajdzie dla  niego jakieś usprawiedliwienie. Poza tym rodzina bohaterki jest całkiem przeciętna. Ani bogaci, ani biedni. Matka pracuje w sklepie, ojciec miał kiedyś jakieś ambicje, ładnie rysował, zostały po jego pasji zeszyty z rysunkami, które przechowuje babcia Rozalia, jego matka, ślepo zapatrzona w syna. Bohaterka uczy się grać na fortepianie, chodzi do szkoły muzycznej. A więc żadna patologia. A jednak sposób, w jaki w chwilach złości rodzice zwracają się do siebie i do dziecka może szokować. Wulgarny, knajacki język, szarpanie, bicie pasem jako środek wychowawczy. Nie można powiedzieć, że dziewczynka jest niekochana, a przecież nie tak powinno wyglądać dzieciństwo. 

Poza tym bohaterka jest pionkiem w rozgrywce między dorosłymi. Próbują przeciągnąć ją na swoją stronę, traktują jako źródło informacji. Nic też od niej nie zależy. To oni decydują o wszystkim. O odwiedzinach u babci, której prawie nie zna, o tym, co będzie nosiła i po kim,  o kroju sukienki komunijnej, o nauce gry na fortepianie, o tym, czy przeczyta książki, które przyniosła z biblioteki, wreszcie o tym, gdzie i z kim będzie mieszkać. Nie ma też prawa do prywatności, wszystko jest publiczne, na widoku rodziny. Kiedy przypadkowo zostanie poparzona gorącą kawą i siedzi w wannie z zimną wodą, nie tylko kuzynki, ale i kuzyni mogą bezkarnie wejść do łazienki i oglądać bąble tworzące się na jej udach, przy okazji komentując jej dziecięcy wygląd. Ten brak sprawczości i podmiotowości manifestuje się brakiem imienia. Czytelnik nie wie, jak narratorka ma na imię, a doskonale zna imiona pozostałych bohaterów. Mama to Krysia, ojciec Tadek, są jeszcze ciotki i wujkowie, kuzynki i kuzyni, oni też mają imiona. A przecież ona nie jest marionetką, jest osobą, wnikliwie obserwuje świat, podobnie jak bohaterka przywołanej przeze mnie powieści Łukasza Barysa. Myśli, czuje, wyciąga wnioski, nie zawsze wszystko rozumie, ale jest przecież dzieckiem. Snując moje refleksje, doszłam do wniosku, że może  powinnam spojrzeć na tę książkę  trochę inaczej, nie tylko jak na kolejną historię toksycznej, dysfunkcjonalnej rodziny, ale jak na wołanie o traktowanie dziecka w sposób podmiotowy. Wtedy debiut  Wiktorii Bieżuńskiej zaczyna mi się jawić zgoła inaczej. Daje szerszą perspektywę. 

Mimo moich wątpliwości warto sięgnąć po tę książkę, nie tylko po to, aby zachwycić się językiem.   

Jakub Żulczyk "Informacja zwrotna"

Na początek wyznanie - dotąd nie czytałam żadnej powieści Jakuba

Żulczyka. Wiem, wiem, prasę ma świetną - ceniony przez ludzi od literatury i przez czytelników. No ale wiadomo, nadmiar powoduje, że trzeba wybierać, więc z jego twórczością było mi do tej pory nie po drodze. Ale jego najnowsza powieść, "Informacja zwrotna" (Świat Książki 2021), nie dość, że znowu zbierała bardzo dobre recenzje i znalazła się w wielu rocznych zestawieniach, to jeszcze dotyka tematu alkoholizmu, który mnie jakoś zawsze interesował od strony społecznej i socjologicznej, a od lektury "Mireczka. Patoopowieści o moim ojcu" Aleksandry Zbroi i obejrzenia "Powrotu do tamtych dni" Konrada Aksinowicza działa także emocjonalnie. Po prostu zrozumiałam, o ile to możliwe, jeśli na szczęście nie ma się podobnych doświadczeń, co przeżywa dziecko wychowujące się w rodzinie, w której jest alkohol. Kropkę nad i postawił plebiscyt O!Lśnienia, który powieść Żulczyka wygrała, pokonując "Przewóz" Andrzeja Stasiuka i biografię Stanisława Lema pióra Agnieszki Gajewskiej.

"Informacja zwrotna" to zwierzenia Marcina Kani, muzyka, autora jednego wielkiego przeboju, menadżera innych grajków, może też producenta (nie pamiętam), no a przede wszystkim alkoholika. Nagle w niejasnych okolicznościach znika jego dorosły syn, Piotrek. Spotkali się poprzedniego wieczoru, ale Marcin nic nie pamięta z tego spotkania poza jednym - syn powiedział mu, że go nienawidzi. W mieszkaniu zaginionego leżą zakrwawione prześcieradła. Ojciec wyrusza na poszukiwania. Przemierza miasto, spotyka się z ludźmi. Szybko okazuje się, że nic o swoim synu nie wie. W tle pojawia się warszawska afera reprywatyzacyjna. Czy ma jakiś związek z zaginięciem Piotrka? Co się z nim stało? Uciekł? Został zamordowany? Dlaczego? Żulczyk umiejętnie dawkuje emocje, myli tropy, niemal do końca zaskakuje czytelnika. Długo nic nie jest takie, jak się wydaje. Dzięki formalnym zabiegom historię Piotrka poznamy z kilku punktów widzenia. Fabuła wciąga od pierwszej strony i trzyma do samego końca. Ale nie jest to przyjemna lektura.

Bo w ramę powieści sensacyjnej włożył autor dwa trudne tematy - alkoholizm i warszawską zbójecką reprywatyzację. Zacznę od drugiego, bo o nim będzie krótko. Doceniam, że Żulczyk, pisarz popularny wśród czytelników, zajął się tą kwestią. Prawdopodobnie wielu dowie się tego, na czym polegał ten nieetyczny i przestępczy proceder, właśnie z tej powieści. Dla mnie nie było tam nic nowego, bo od kiedy afera wypłynęła na światło dzienne, sporo o niej czytałam i słuchałam. O jej mechanizmach, antybohaterach i ofiarach. No ale to nie jest zarzut.

Za to drugi temat - alkoholizm znowu mnie poraził. Żulczyk znakomicie oddaje różne stany Marcina Kani - trzeźwość, względną trzeźwość, alkoholowe ciągi, a wreszcie potworny głód alkoholu, kiedy próbuje nie pić. Szczególnie opisy alkoholowych ciągów, wyróżniające się odmiennym językiem i stylem, oddające bełkot, kompletne zamroczenie, a nawet zmianę stanu świadomości, czyta się bardzo ciężko - bo trudno nie poczuć obrzydzenia do narratora. Złość, nienawiść, obrażanie ludzi, wybuchy agresji - w taki sposób zmienia się psychika Marcina, takie są konsekwencje chlania. Autor nie romantyzuje swojego bohatera i jego nałogu, co zarzuca się na przykład Jerzemu Pilchowi (nawet bohater "Informacji zwrotnej" śmieje się z tego), tym bardziej nie podlewa niczego humorem. Pokazuje cały bezmiar upodlenia, degradacji, zniszczeń, a wreszcie pustki, jakie są konsekwencją choroby alkoholowej. Pokazuje też, jak trudno z niej wyjść. I to wszystko jest przerażające. Bo Marcin Kania zniszczył nie tylko swoje życie. Skrzywdził też po drodze kilka osób, ale przede wszystkim zniszczył też swoich bliskich - żonę, córkę i syna. Kiedy w obliczu tragedii próbuje trzeźwieć i coś robić, aby odnaleźć Piotrka, okazuje się, że ostatnie trzydzieści lat to dziura w pamięci, w którą wpadła jego rodzina. Niewiele pamięta, nic nie wie o swoich dzieciach, które go po prostu nienawidzą. A mają za co. Jest w powieści kilka przejmujących scen, o których trudno zapomnieć. Największymi ofiarami jego nałogu są właśnie córka i syn, którym zrujnował życie. Piotrek powie mu wprost, że go nienawidzi, Ula wykrzyczy, że chciałaby po prostu zwyczajnie żyć, a on zamienił jej codzienność w piekło. To rany, które się nie zagoją. Brak pewności siebie, poczucie, że jest się kimś gorszym, wstyd, a wreszcie budząca się nienawiść i agresja. W powieści Żulczyka, inaczej niż w książce Aleksandry Zbroi i w filmie Konrada Aksinowicza,  Ula i Piotrek nie miotają się od odrazy i nienawiści do miłości. Tu jest czysta nienawiść. A najbardziej przeraża bezmiar samotności i pustki, jakie odczuwa Marcin Kania. Być może właśnie sięgnął dna. Czy się podniesie? Czy jest dla niego jeszcze jakiś ratunek? I czy trzeba było zapłacić taką cenę, aby na chwilę wytrzeźwieć i spojrzeć w prawdzie na swoje życie?

A w tle obserwujemy losy kilkorga innych alkoholików, z którymi główny bohater regularnie spotyka się na terapii. No i światek, a właściwie w tym wypadku półświatek, muzycznej branży. 

PS. Jakub Żulczyk zna temat, bo sam był uzależniony, o czym otwarcie mówi. Prowadzi też razem z Juliuszem Strachotą podcast o uzależnieniach. Podobno bardzo dobry i bardzo popularny. 

Anna Cieplak "Rozpływaj się"

"Rozpływaj się" to pierwsza powieść Anny Cieplak, po którą

sięgnęłam (Wydawnictwo Literackie 2021). O jej wcześniejszych książkach oczywiście słyszałam, bardzo dobrze się o nich mówiło, ale jakoś się nie skusiłam. Pewnie dlatego, że miały młodzieżowych bohaterów, przynajmniej dwie pierwsze, najbardziej utytułowane. No a poza tym wiadomo, nie da się czytać wszystkiego, że powtórzę po raz kolejny moją ulubioną frazę. Banalną, ale prawdziwą. Tym razem  po wysłuchaniu dwóch wywiadów z Anną Cieplak postanowiłam spróbować. Z ciekawości. Po pierwsze, bo autorka znana i doceniana, a po drugie, bo zainteresował mnie temat i tło. Śląsk, historia rozpięta w latach 1999-2019, bohaterowie wywodzący się z klas niższych. 

Bracia Robert i Janek, Alina i Marca (Marcelina) w dzieciństwie mieszkali w familoku w jednej z dzielnic Rudy Śląskiej. Chodzili do tej samej szkoły. Robert i Alina są równolatkami, Janek i Marca kilka lat od nich młodsi. Tylko Marca wychowywała się w pełnej rodzinie. Pozostali nie mieli tego szczęścia z różnych powodów, o czym za chwilę. To na pewno naznaczyło ich na życie. Jest jeszcze jedna ważna postać, Omama, babcia obu braci, trochę zastępująca im matkę, bo ich rodzona nie żyje. Matkowała też Alinie, kiedy jej własna postanowiła wyjechać za granicę. Ale ta ukochana Omama, spajająca dom, silna, stanowcza i ciepła jednocześnie, też ich opuści w poszukiwaniu lepszego życia. Dlaczego wyjedzie? Straciła pracę w kopalni, gdzie była księgową, więc pewnie za chlebem. A może nie tylko? Może także szukać siebie nowej? Żeby oderwać się od roli babci i mamy zabiegającej o dom i sprawy rodziny? 

O Omamie wiemy najmniej. Chociaż to postać dla bohaterów bardzo ważna, poznajemy ją tylko ich oczami. Przyznam, że ta bohaterka gdzieś mi się wymyka. Bardziej dowiaduję się, że taka jest, niż to samodzielnie odkrywam. Przykład - dlaczego Alina czuje się przez nią odepchnięta? Dlaczego mówi, że najpierw pozwoliła jej się do siebie zbliżyć, a potem ją odrzuciła? Cóż, taki był zamysł autorki. Gdyby chciała inaczej, uczyniłaby ją jedną z bohaterek-narratorek. Bo tak właśnie skonstruowana jest powieść Anny Cieplak. Krótkie rozdziały zatytułowane są imionami  Roberta, Janka, Aliny i Marcy. Po kolei, na przemian, mają głos. Z ich punktu widzenia poznajemy relacje między nimi, odkrywamy ich tajemnice z przeszłości, wiemy, co ich gnębi, czego się boją, czego chcą, a właściwie trafniej byłoby stwierdzić czego nie wiedzą, co chcą

Zasadnicza akcja to kilka miesięcy roku 2019, jak się okaże przełomowych w życiu bohaterów. Marca i Janek, ostatecznie się rozstają, muszą określić siebie na nowo, zbudować swoje życie. Najbardziej bezradna jest Marca, najmocniej zabiegająca o awans społeczny, wciśnięta w gorset obowiązków. To ona koniecznie chciała, aby wyjechali z Rudy, teraz czuje, że tak naprawdę nic nie zyskała. Jej rozwój jest pozorny. Uciekła od dawnego świata, do którego nie bardzo lubi wracać, ale jest rozczarowana tym, co osiągnęła. Bo to tylko pozory. Janek, o wiele bardziej spolegliwy, uporządkowany, obowiązkowy, potrafiący pogodzić się z tym, co ma, nie odczuwa tego w taki sposób jak ona. Alina, samotna matka, która też ułożyła sobie życie z dala od przeszłości, najbardziej kolorowa i niezależna z całej czwórki, teraz konfrontuje się z przeszłością. Wracają do niej demony, zaniechania, winy. Walkę o siebie musi stoczyć też Robert. Dla Omamy, która nieoczekiwanie wróciła i z konieczności życie obu braci zaczyna koncentrować się wokół niej. Czy uda mu się wyrwać z alkoholowych ciągów, porzucić inne używki? Czy młodszy brat będzie mógł na niego liczyć? Czy jest jeszcze możliwe naprawienie jego relacji z Aliną? Zbudowanie ich w jakiejś nowej formie? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi, jak i wiele innych spraw, aby nie zdradzać za wiele.

"Rozpływaj się" to powieść o trzydziestolatkach, którzy chociaż wywodzą się z tego samego środowiska, rozmaicie kierują swoim życiem, dokonują różnych życiowych wyborów. Są średniakami, nie mają rodzinnego zaplecza, muszą liczyć na siebie. Największym przegranym wydaje się Robert, który nie wyrwał się z Rudy. Ponieważ nie chciał, albo już nie mógł, być górnikiem jak ojciec, pozostały mu tylko dorywcze prace i picie. Alkohol był na tym górniczym osiedlu powszechny, ale oprócz chlania kiedyś była przede wszystkim ciężka praca. Robertowi pozostało tylko to pierwsze. Najbardziej niespełniona jest Marca, która zdaje sobie sprawę, że szklanego sufitu nie przebije. Zawsze będzie tą, która gorliwie spełnia polecenia innych, aby zasłużyć na ich pochwałę. Może najlepiej wybrała Alina? Skoro nie da się przeskoczyć wyżej, skoro zawsze takich jak ona będzie  tłamsił ten szklany sufit, lepiej żyć na własnych warunkach? Życiem outsiderki, trochę dziwaczki, trochę z dnia na dzień, ale jednak w miarę stabilnie? Nie mieć nad sobą szefa, któremu trzeba czapkować? Ale najwięcej nadziei niesie postać Dorotki, piętnastoletniej córki Aliny. Niezależnej, pełnej ideałów, ale jednocześnie aktywistki na miarę swoich piętnastu lat. Czy jej się uda? Przecież świat, w którym dorasta, jest jeszcze trudniejszy od tego, w którym dorastało pokolenie jej rodziców.

Bardzo ciekawe jest tło tej powieści. Ruda, familoki, ale także katowicka Superjednostka, blok będący marzeniem o awansie ludzi takich jak Alina, Marca, Janek czy Robert.

Książkę czyta się jednym tchem, także dlatego, że zagadki z przeszłości bohaterów autorka odkrywa powoli, każąc im wspominać zdarzenia sprzed lat. Dla mnie była to ciekawa wyprawa w rejony, których nie znam, ale które mnie interesują. Nie jest to powieść wybitna, ale na pewno warto po nią sięgnąć. Można mieć jakieś zastrzeżenia do konstrukcji bohaterów, nie zawsze wszystko mi się w nich sklejało, ale te niedociągnięcia nie ważą na odbiorze całości. Cieszę się, że ją przeczytałam.       

"Na rauszu"

Z wielką ciekawością szłam do kina na przebojem zdobywający publiczność najnowszy film Thomasa Vinterberga "Na rauszu" z Madsem Mikkelsenem w jednej z głównych ról. Zrobiło się o nim głośno, jeszcze zanim dostał Oskara w kategorii najlepszy film międzynarodowy. Żałowałam nawet, że przegapiłam go na pokazach przedpremierowych, kiedy w czasie kolejnego lockdownu kina na chwilę zostały otwarte. Gdy się ocknęłam, już go więcej nie grali, przyszło mi czekać do oficjalnej premiery. Moją ciekawość podsyciła jeszcze dyskusja w Nowym Tygodniku Kulturalnym (przypominam - ukazuje się w formie podcastu co dwa tygodnie w piątek), bo pojawiły się głosy krytyczne. Były też pochwały.

"Na rauszu" opatrzony jest gatunkową kategorią dramat/komedia. Bohaterowie to czterej przyjaciele - nauczyciele liceum w jednym z duńskich miast. Świętując urodziny jednego z nich, wpadają na pomysł psychologicznego eksperymentu - otóż jak głosi jakaś teoria naukowa (albo pseudonaukowa), na którą się powołują, człowiek do dobrego funkcjonowania potrzebuje niewielkiej ilości alkoholu we krwi, stale. Żeby było poważnie, zapisują reguły eksperymentu. Początkowo wszystko wydaje się iść gładko, z czasem, jak łatwo się domyślić, wydarzenia wymykają się spod kontroli.

Z kina wyszłam mocno rozczarowana. Powody są cztery. Pierwszy najbanalniejszy - film mnie momentami nudził. Powód drugi - był przewidywalny i w warstwie problemowej, i fabularnej. Od pewnego momentu było już oczywiste, jak potoczą się losy jednego z bohaterów. A problemy? Tak, czytelniczki i czytelnicy tej notki, słusznie się domyślacie - piją, bo pogrążeni są w kryzysie wieku średniego. W pracy rutyna, w domu albo rutyna wieloletniego związku, albo małe dzieci, które nie dają żyć, albo samotność. Nic odkrywczego. Ale wszystko już było, powiecie i oczywiście będziecie mieli rację. Rzecz w tym, że czasem ten sam temat działa, a czasem nie. I tu pojawia się właśnie powód trzeci - problemy bohaterów są mi tym razem obojętne. Nie potrafię im współczuć, nie potrafię się nimi przejąć, chociaż przecież wielokrotnie współczułam podobnym postaciom i doskonale je rozumiałam. To oczywiście kwestia subiektywna i nie wykluczam, że na kogoś to podziała, a film go nie znudzi. 

Wreszcie powód czwarty, może najpoważniejszy. Stoję po stronie tych wszystkich, którzy uważają, że problem alkoholizmu jest zbyt poważny, aby traktować go lekko. Od dawna tak na to patrzę, a że jestem po lekturze znakomitej, wstrząsającej książki Aleksandry Zbroi "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu", tym bardziej nie jest mi do śmiechu. Wiem, pewnie zamysłem twórców było, aby śmiech uwiązł widzowi w gardle, ale to mnie nie przekonuje. Bo jak wynika z filmu, alkoholizm jest również problemem Duńczyków. W pewnym momencie Anika, żona Martina granego przez Mikkelsena, wykrzyczy, że cała Dania chla. Tak, takiego czasownika użyje. Kiedy patrzy się na młodych bohaterów tego filmu, uczniów liceum, którzy też potrafią pić na umór, i na reakcję dorosłych, rzeczywiście można podejrzewać skalę problemu. Wystarczy obejrzeć początek, aby zrozumieć, w czym rzecz. Film zaczyna się niby zabawną, a w gruncie rzeczy szokującą, sekwencją pijackich zawodów.

Mimo rozczarowania uważam, że "Na rauszu" warto obejrzeć, warto wyrobić sobie własne zdanie. 

Popularne posty