Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda. Pokaż wszystkie posty

Eshkol Nevo "Ostatni wywiad"

Do twórczości izraelskiego pisarza Eshkola Nevo mój stosunek jest

niejednoznaczny. Sięgam po każdą kolejną jego powieść wydaną w Polsce, czytam z zainteresowaniem, ale zawsze odczuwam niedosyt. Tak było z "Neulandem" i z "Samotnymi miłościami". Podobnie mam teraz, kiedy przeczytałam "Ostatni wywiad" (Pauza 2022; przełożyła Anna Halbersztat). Powieść zbiera znakomite recenzje, ja jednak aż tak wysoko jej nie oceniam. Był taki moment w trakcie lektury, kiedy wydawało mi się, że to rzeczywiście może być najlepsza z jego trzech książek, które znam, ale potem przyszło rozczarowanie. Ponownie miałam wrażenie, iż czegoś mi w niej brakuje, czegoś, co wynosi powieść ponad lekturę, którą świetnie się czyta, czegoś, co nada jej ciężaru gatunkowego. Eshkola Nevo stawia się obok Amosa Oza i Dawida Grosmana. Moim zdaniem to nie ta sama liga. Zdecydowanie wyżej cenię też niektóre powieści Zeruya'i Shalev czy Meira Shaleva (to, jak słyszałam, jej kuzyn), szczególnie "Dwie niedźwiedzice". No ale do rzeczy.

"Ostatni wywiad" to rzeczywiście powieść napisana w formie wywiadu. Pisarz, który przechodzi kryzys twórczy i osobisty, odpowiada na pytania zadane przez internautów na jakimś portalu internetowym. Ich treść i waga są różnorodne, jednym słowem od Sasa do lasa. Ale te banalne w większości pytania często prowokują go do udzielania długich odpowiedzi, które czasem przybierają  formę mini opowiadań, a innym razem wywołują wspomnienia. Jednym słowem daje o sobie znać jego pisarska natura. Stopniowo  te chaotyczne skrawki zaczynają się składać w całość niczym puzzle. Poznajemy historię jego małżeństwa, rodzinnego kryzysu, przyjaciół, poglądy polityczne, wstydliwe tajemnice z przeszłości. Nie, nie ma tam nic specjalnie strasznego, raczej zaniechania, jakieś świństwa wyrządzone kolegom. Dowiadujemy się o twórczym niespełnieniu, bo jako pisarz czuje się jednak niedoceniony mimo książek, które wydał, licznych spotkań z publicznością, nie tylko izraelską, i prowadzonych kursów kreatywnego pisania. Zazdrości  pewnemu skandynawskiemu autorowi kryminałów, który odniósł czytelniczy i komercyjny sukces. Do tego trochę kontekstu izraelskiego, ale  czytelnik obeznany z literaturą z Izraela  niczego nowego się nie dowie. To wszystko, jak w powieści, prowadzi jednak do konkluzji, wszystkie wątki zostają zamknięte, a dla pisarza ten wywiad okaże się ważny, każe spojrzeć w przeszłość i w głąb siebie.

Wydaje mi się, że bez trudu mogę odgadnąć, co podoba się krytykom. Podejrzewam, że nie sama story. Jedno to pewnie forma - te różnorodne skrawki, które jednak układają się w powieść. Drugie, być może ważniejsze, to nieustanna gra między tym, co prawdziwe, a wymyślone. Pisarz wielokrotnie wodzi czytelnika na manowce, fantazjuje, oszukuje, w końcu zaczynamy się zastanawiać, kiedy mówi prawdę. Stopniowo on sam dostrzega, że nieustanne tworzenie nowych historii, a zwłaszcza przerabianie życia na literacką twórczość, kanibalizowanie go, stało się przyczyną jego problemów osobistych. 

Powiedziałem mu, że stałem się kłamcą, kompulsywnym opowiadaczem i kanibalem, bo wszystko, co mi się przydarza, staje się materiałem do opowieści (...) A świat jest teraz przepełniony kłamstwami, kłamstwa są dziś globalną walutą.

Ale czy to coś odkrywczego? Przyjmuję, ale mnie to nie kręci, przynajmniej podane w taki sposób.

Na koniec jednak powieść zyskała w moich oczach, tyle że nie za sprawą pisarskich dylematów, rozkminiania, gdzie kończy się prawda, a zaczyna kłamstwo. Tym, co rzeczywiście mnie poruszyło, jest sposób, w jaki Eskhol Nevo pisze o utracie, o jej nieuchronności. Bo stale coś tracimy, choćby chwile, które uciekają, bliskich, przyjaciół, wszystko przemija. Strata jest wpisana w nasz los. I to właśnie jest prawdziwe. Oczywiście ktoś może odbić piłeczkę i powiedzieć, że to też banał. Tak, ale rzecz w tym, że autor opowiedział o tym  w sposób poruszający. Przynajmniej mnie.

Cóż, kiedy za jakiś czas wyjdzie kolejna powieść Eskhola Nevo, na pewno znowu po nią sięgnę i prawdopodobnie znowu będę się na nią zżymać.

"Imagine" Andrzeja Jakimowskiego

Kiedy kilka miesięcy temu usłyszałam, że najnowszy film Jakimowskiego, twórcy "Zmruż oczy" i "Sztuczek", jest opowieścią o niewidomych, przyznam, że nie wywołało to mojego entuzjazmu, co pewnie nie najlepiej o mnie świadczy. Nie mogę powiedzieć, że czekałam na "Imagine" z niecierpliwością, a zdarza mi się od czasu do czasu niemal śnić o filmie, który ma wejść na ekrany. Sama nie wiem, kiedy postanowiłam jednak, że do kina się wybiorę. Czy zrobiłam to pod wpływem telewizyjnych reklam? Czy żeby przypomnieć sobie Lizbonę, która mnie kilka lat temu oczarowała? Może także dlatego, ale chyba szalę przeważyło to, że im bliżej premiery, tym więcej się o nim mówiło. No więc poszłam i się zachwyciłam! Nie wiem, kiedy minął czas spędzony w kinie. Świetny, piękny, mądry film. Piękny także urodą zdjęć: prześwietlonych słońcem, kłujących w oczy bielą spękanych murów starego lizbońskiego klasztoru, w którym znajduje się prywatna szkoła dla niewidomych dzieci. To tutaj przybywa Ian uczący niewidomych poruszania się dzięki kontrowersyjnej metodzie echolokacji. To nie fantazja Jakimowskiego. Metoda istnieje, są ludzie, którzy się nią posługują. Film naprawdę ogląda się z zapartym tchem. Ale ostrzegam: nie należy się dać zwieść telewizyjnym zwiastunom. Kto w nie uwierzy, może poczuć się rozczarowany, bo wbrew reklamom "Imagine" nie jest romansem rozgrywającym się w pięknych plenerach Lizbony. Nie o miłości jest ten film, a i portugalskiej stolicy twórcy nie pokazują tak jak Woody Allen Rzym w swoim ostatnim filmie. Z pewnością to nie reklamówka zachęcająca do wizyty w mieście. A mimo tego jest naprawdę pięknie. Zresztą, kto widział poprzednie obrazy reżysera, ten wie, czego się spodziewać. Gdybym miała czas i gdyby bilety do kina były tańsze, pobiegłabym na "Imagine" raz jeszcze, natychmiast. Na pewno sprawię sobie tę przyjemność za jakiś czas. A tymczasem namawiam innych, aby to zrobili. A kto już widział, może przejść do ciągu dalszego.

Przyznam się, że i ja dałam się nabrać tak jak uczniowie Iana. Właściwie, aby zabrzmiało efektownie, napisałam nieprawdę, bo przecież podopieczni głównego bohatera tylko wątpili w to, że jest niewidomy i dlatego bezustannie go sprawdzali, ja natomiast myślałam, że on widzi. Być może, ktoś się zdziwi, skąd moja naiwność. Wyjaśnienie jest proste: wcześniej celowo nie przeczytałam notki o filmie, a jeśli w początkowych scenach była mowa o tym, że Ian też jest niewidomy, to przegapiłam, co przyznaję ze wstydem. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo tym większą miałam radość z filmu. 

Zacznę od głównego bohatera. Ian jest postacią charyzmatyczną, przykuwającą uwagę swoją powierzchownością, ale przede wszystkim tym, co robi, co mówi, jak pokazuje innym świat. Jest jak czarodziej, który stopniowo, wtedy, kiedy to on zechce, jakby od niechcenia demonstruje swoje sztuczki, odsłania tajemnice świata. Czy naprawdę tajemnice? Nie, on po prostu słyszy uważniej, a co za tym idzie, wyobraża sobie więcej. Aż chciałoby się napisać: widzi, patrzy, ale to przecież nieprawda. Mogłoby się wydawać, że taki odbiór rzeczywistości dotyczy tylko niewidomych, ale i to nieprawda. Bo Ian otwiera oczy nie tylko im, ale i nam. Przecież my też najczęściej, mimo że widzimy, nie dostrzegamy tych wszystkich otaczających nas szczegółów, detali, drobiazgów. Patrzymy na świat w pośpiechu, powierzchownie, z rutyną, jak ci starzy mężczyźni wysiadujący codziennie przy kawiarnianych stolikach. Dlatego nie zauważamy  skutera opartego o ścianę, kota, ptaków czy statku w porcie. Jeden z uroków tego filmu polega na tym, że widz postawiony jest trochę w roli niewidomych. Obraz na ekranie jest najczęściej ograniczony, brak mu szerszej perspektywy, co zawęża nasze pole widzenia. Dopiero kiedy kamera zechce, stopniowo widzimy więcej, świat się poszerza. Nagle, jakby z niebytu, pojawia się ten kot, ten skuter, a na końcu majestatyczny, ogromny statek, który wcale nie jest fatamorganą. Świat widza, jak świat niewidomych, początkowo ogranicza się do tego, co zamknięte w klasztornych murach. Nawet dachów Lizbony widzimy tylko tyle, ile da się dostrzec zza spękanych, białych murów. I nagle, kiedy ciężkie, drewniane drzwi zostaną otwarte, widać i słychać więcej. A kiedy wreszcie można wyjść na ulicę, świat nieoczekiwanie powiększa się i dopiero wtedy  naprawdę fascynuje.

Ale oczywiście "Imagine" to nie  tylko opowieść o niewidomych. Chociaż ta warstwa filmu jest niezwykle interesująca i pouczająca (sama metoda echolokacji fascynuje), to jednak równie ważne jest też drugie, metaforyczne dno. Dla mnie to opowieść o wolności, możliwości wyboru i prawie do błądzenia. Można zapytać, dlaczego Ian tak się upiera, aby poruszać się dzięki echolokacji, dlaczego odrzuca laskę, mimo że bywa to niebezpieczne? Przecież jest bez przerwy poobijany, jego twarz stale zdobi jakiś plaster, często przydarzają mu się niespodziewane przygody: a to wpadnie do piwnicy z węglem, a to razem z niewidomym Serrano przekoziołkuje przez murek oddzielający dwa pasma szosy (ta scena jest zresztą niespodziewanie zabawna). Ale on tak woli, to jego świadomy wybór. Dzięki echolokacji ma nie tylko większą swobodę  poruszania się, pewność siebie, wolność, ale też uważniej słucha świata i lepiej go poznaje. Chłonie otoczenie różnymi zmysłami, jego doznania są pełniejsze, bogatsze. Ian zachwyca się i cieszy  światem, a dzięki temu cieszy się życiem. Jest jak dziecko, które nie zna żadnych ograniczeń, nie boi się, a jeśli upadnie, to się podniesie i dalej robi swoje. Nie wyróżniając się spośród otoczenia (przechodnie nie zauważają, że jest niewidomy), jednak się wyróżnia. Czym? Wolnością, wyobraźnią i bogatszą, głębszą percepcją świata. Zresztą Ian przecież nie ogranicza się tylko do echolokacji. Kiedy trzeba, używa czujnika, w ostateczności laski. Wykorzystuje wszystkie dostępne możliwości. Stopniowo i inni zaczynają odkrywać swobodę, jaką daje echolokacja. Poruszanie bez laski kusi Serrano, ale przede wszystkim zachwyca zamkniętą w sobie, tajemniczą Evę. Nagle może poczuć się kobietą, biała laska naznaczała ją, sprawiała, że dla otoczenia była przede wszystkim niewidomą. Teraz siedzi przy kawiarnianym stoliku i cieszy się, że mężczyźni ją adorują. Jest niczym psotne dziecko, które nabrało wszystkich i śmieje się w kułak.

Wartością filmu jest też niejednoznaczne rozłożenie racji. W "Imagine", inaczej niż w "Stowarzyszeniu umarłych poetów" Weira, do którego podobieństwa aż się narzucają (to żaden zarzut z mojej strony, film Jakimowskiego nie jest przecież plagiatem, ale dziełem na wskroś oryginalnym), nie ma strony dobrej i złej. Przecież profesor, który od początku z nieufnością odnosi się do echolokacji, kiedy w końcu zwalnia Iana, ma swoje racje. Metoda nie jest całkowicie bezpieczna i niesie ze sobą spore ryzyko. Ianowi bez przerwy przydarzają się  wypadki, Serrano trafia w ręce chirurga, który musi go pozszywać, a niewidomy pacjent bez rąk i nóg ma być dla nich jak memento. Nie należy zapominać, że podopieczni profesora to dzieci i młodzież. Może sedno sprawy tkwi w możliwości wyboru? Trzeba pokazać różne metody poruszania się, a świadomy, dorosły człowiek zdecyduje: wolność obarczona ryzykiem licznych upadków czy bezpieczne życie na pół gwizdka.

Kolejna zaleta, która sprawia, że film trzyma w napięciu, to ciągłe balansowanie na granicy prawdy i kłamstwa. Ile ich jest w opowieściach Iana? Dzieci, a później też jego pracodawcy, bez przerwy go sprawdzają. A kiedy już mu uwierzą, a my razem z nimi, nagle okazuje się, że drzewa, pod którymi siedział z Evą, to nie czereśnie, tylko akacje. Ale potem nastąpi kolejny zwrot i już wiadomo, skąd Ian wziął czereśnie, które jej podarował. Więc może nie kłamał? Może ten ogromny statek rzeczywiście stoi w porcie? Tajemnica wyjaśni się wreszcie: majestatyczny statek triumfalnie przepłynie nam przed nosem.

A obiecywana w reklamowych zwiastunach Lizbona i miłość? Lizbona jest, chociaż nie jak z pocztówek, ale i tak piękna swoim specyficznym, nieco zaniedbanym, codziennym pięknem. Jest biała bielą domów, czerwona intensywną czerwienią dachów i zielona soczystą zielenią drzew. Są wąskie, kręte ulice spadające ostro w dół, nieoczekiwane perspektywy w przesmykach między domami, są kawiarniane stoliki ustawione w stromych zaułkach,  czasem nawet mignie słynny lizboński żółty tramwaj, który wcale nie jest tylko turystyczną atrakcją, jak myślałam. I jeszcze to słońce, w którym jest skąpana. Może to wystarczy, aby zamarzyć o podróży do Lizbony? No a miłość? Tego nie jestem pewna. Wszak Eva równie dobrze czuje się w towarzystwie Serrano co Iana. Na pewno jest spotkanie dwojga ludzi, które ma dla nich ogromne znaczenie, szczególnie dla niej. To dzięki Ianowi Eva wychodzi ze swojej skorupy, otwiera się na świat, zyskuje pewność siebie i radość. Kiedy na końcu gna za nim, miło nam myśleć, że robi to z miłości, którą sobie nagle, jak to w filmach bywa, uświadomiła. Ale może to tylko przyjaźń? Zresztą Ian jest ważny nie tylko dla niej, także dla Serrano i na pewno dla niewidomych dzieci. Ale ten film jest piękny nawet bez burzliwego romansu.

"Kret" Rafaela Lewandowskiego

Jako że żywo interesuje mnie polskie kino, nie mogłam nie obejrzeć "Kreta", fabularnego debiutu Rafaela Lewandowskiego, o którym głośno przy okazji premiery. W Gdyni za rolę drugoplanową w tym filmie nagrodę otrzymał Marian Dziędziel. Nagroda w pełni zasłużona, ale rola drugoplanowa? Dziędziel gra tu jednego z dwóch głównych bohaterów! No ale to tak na marginesie. Targają mną mieszane uczucia. Chyba miałam większe oczekiwania. To nie oznacza, że żałuję. Film na pewno warto zobaczyć. Historię ojca i syna (w tej roli Szyc) ogląda się świetnie, ich losy śledzi się z rosnącym napięciem. Ze zdumieniem jednak przeczytałam w materiałach dystrybutora, że to thriller, co oczywiście niczego filmowi nie ujmuje. Chyba inaczej rozumiem ten termin. Cóż, taka strategia marketingowa. Ale do rzeczy. Na pewno drugą zaletą filmu jest świetne aktorstwo, nie tylko nagrodzonego Mariana Dziędziela. Co w takim razie mi przeszkadza? Nie sposób nie porównywać "Kreta" z "Rysą" Michała Rosy czy "Czeskim błędem" Hrebejka, ponieważ poruszają podobny temat: oskarżenia o współpracę z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa. Moim zdaniem na tle tamtych filmów ten wypada najsłabiej. Brakuje mu zniuansowania, skomplikowania, subtelności, jest po prostu najbardziej jednoznaczny. Tu dość łatwo postawić akcenty, bo film wpisuje się w pewien schemat: jeśli zdradził, to dlatego że znalazł się w potrzasku; nie był draniem, zmusiła go do tego sytuacja. Oczywiście broniąc "Kreta", można przywołać argumenty, że to nie film o lustracji, ale o czymś więcej. To prawda, niemniej jednak nie sposób pominąć tej tematyki, bo w taki kontekst wpisał reżyser, zarazem współscenarzysta, losy swoich bohaterów. Ale moje największe zastrzeżenia budzi zakończenie, którego ze zrozumiałych względów nie zdradzę. Końcówka filmu wydaje mi się zupełnie puszczona, nieprzemyślana, a przez to nieprawdopodobna! Scenarzyści postawili jednego z dwóch głównych bohaterów w pewnej krańcowej sytuacji, a potem przemknęli nad nią, jakby nic się nie stało! W tym wypadku przeczy to logice rzeczywistości, jest po prostu kompletnie nieprawdopodobne! A po szczegóły, jak zwykle w części dalszej, odsyłam tych, którzy film już widzieli.

Zacznę może od zakończenia, które mnie zirytowało. Co wydaje mi się tak nieprawdopodobne? Otóż bardzo wiele. Paweł w akcie zemsty? z nienawiści? wymierzając sprawiedliwość? morduje cynicznego ubeka Garbarka. Na pewno nie robi tego w afekcie, zwracam uwagę na drobniutki szczegół: kamień, którym uderza, zabiera ze sobą z chaty, użyje go dopiero, kiedy dojdą do samochodu. Jakby dawał sobie jeszcze czas na przemyślenie wszystkiego albo szukał dogodnego momentu. Jest zima. Do tej chwili wszystko się zgadza. Ostatnia scena filmu to już wiosna. Minęło zatem kilka miesięcy. Co widzimy: Paweł z żoną i synkiem przyjeżdżają odwiedzić ojca w sanatorium. Jakby się nic nie stało! Jakby nie było tamtego morderstwa! Zbrodnia to nie bułka z masłem, wobec tego całkowite pominięcie w filmie konsekwencji, jakie powinna była wywołać, wydaje mi się wielkim błędem. Przecież musiało być jakieś śledztwo! Zginął w końcu świadek w procesie, który rozgrzewał do czerwoności opinię publiczną, ubek, powiązany ze sprawą Zygmunta. Trudno sobie wyobrazić, aby Paweł nie był przesłuchiwany! Nie ma mowy, aby taka sprawa nie miała wpływu na jego małżeństwo, skoro już wcześniej oskarżenia rzucone na ojca skonfliktowały go z żoną (to zresztą wydało mi się też dość powierzchowne, mało subtelne, takie łopatologiczne, wiadomo, muszą się poróżnić z tego powodu). A przecież żona na pewno zorientowała się, że Paweł jest zamieszany w te zbrodnię. Dlaczego? Po pierwsze zauważa jego długą nieobecność w domu, pyta, gdzie był. Po drugie pieniądze. Bo skąd wziął te dwieście tysięcy dla szantażysty? To na pewno była kwota przeznaczona na samochód. Zwróćmy uwagę na to, że po zamordowaniu Garbarka Paweł wszystko pali. A ojciec? Trudno mi uwierzyć, że nie przemknęła mu przez głowę myśl, że to jego syn stoi za tą zbrodnią. I nic? Tak spokojnie korzysta sobie z uroków życia? A sam Paweł? Może z tym żyć? Żadnych wyrzutów sumienia? Nic się nie zmienia? Co prawda to przeciągłe, wymowne spojrzenie, pełne bólu? żalu? pretensji? rozpaczy?,  którym obdarza ojca, jest istotne i jakiś niepokój sugeruje, ale to moim zdaniem za mało.

W warstwie lustracyjnej niczym odkrywczym film Lewandowskiego nie zaskakuje. Mamy tu Zygmunta, dawnego działacza opozycji, przywódcę strajku, któremu wiedzie się nie najlepiej (chociaż nie jakoś dramatycznie). Cynicznego ubeka, który żyje jak pączek w maśle (dom, samochód) i jeszcze narzeka, że zmniejszono mu emeryturę. Ciągnący się latami proces o zabójstwo dawnego opozycjonisty. Typowa jest też reakcja na wiadomość, że Zygmunt to TW o pseudonimie Kret. Kiedy prasa wydobędzie tę sensację, jedni nie uwierzą w oskarżenia, inni natychmiast rzucą kamieniem. Rosnąca nieufność pomiędzy Pawłem i jego żoną Ewą, która doprowadza do konfliktu, też wpisuje się w schemat. Kto widział "Rysę", pewnie zgodzi się ze mną, że tam to samo zostało pokazane ciekawiej, o wiele bardziej dramatycznie i nie tak prosto jak tu. Być może jednak tematyka lustracji miała w zamyśle scenarzystów i reżysera stanowić tylko tło, a prawdziwy temat "Kreta" jest inny. Stąd te uproszczenia? O czym w takim razie jeszcze, a może przede wszystkim, jest ten film?

Najciekawsza na pewno jest tu relacja pomiędzy ojcem i synem wsparta świetnym aktorstwem. Dziędziel gra zwykłego człowieka, niekoniecznie szlachetnego (rasistowskie uwagi rzucane pod adresem Araba), który nie ogląda się w przeszłość. Prawdziwą i może jedyną radością w jego życiu jest wnuk. Do procesu,  wytoczonego przez synową, podchodzi z dużym dystansem. Czy boi się, że przy tej okazji wypłynie prawda o jego przeszłości? Raczej nie, jest przecież pewny umowy z prowadzącym go niegdyś ubekiem. Kiedy jednak padają na niego podejrzenia, a sprawa podsycana przez media robi się bardzo głośna, niknie w oczach. Staje się bezradny, zaszczuty, ucieka. Nie chce stanąć z otwartą przyłbicą, przyznać się, wytłumaczyć i przeprosić. Konsekwentnie milczy. Nawet synowi nie powie całej prawdy. Przyzna się tylko do podpisania lojalki, drobiazgu w kontekście całości, której warunki zerwał po śmierci żony. Reszty dowie się Paweł od ubeka Garbarka. Być może obciąża go zbyt wiele i dlatego nie znajduje w sobie dość odwagi, aby przyznać się i przeprosić. Być może wstydzi się tego także przed synem i dlatego woli milczeć. A może prawda wydaje mu się zbyt skomplikowana, aby tłumaczyć. Kto nie przeżył na własnej skórze, nie zrozumie? Oczywiście z moralnego punktu widzenia jego milczenie jest winą. Milcząc, kłamie, a tym samym kreuje fałszywy obraz rzeczywistości. Pozostawia siebie na piedestale. Mnie nasuwa się jeszcze jedno pytanie: jaki jest jego udział w śmierci towarzysza walki, ojca jego synowej? Czy ta śmierć go jakoś obciąża? Czy przyczynił się do niej swoimi donosami? Na to pytanie film nie tyle nie odpowiada (nie musi przecież dawać odpowiedzi na wszystko), ile się nim, moim zdaniem, nie zajmuje. Szkoda.

A Paweł? Przeszłością ojca i teścia zainteresowany jest tak sobie. Bardziej porusza go to, że widzi swoją żonę w telewizji. "Ładnie wypadłaś." powie. (Cytat z pamięci) Zajmują go sprawy codzienne: handel używaną odzieżą, rodzina, studia żony. Początkowo nie wierzy w winę ojca. Ufa mu bezgranicznie. Potem przyjmuje jego wyjaśnienie, rozumie. Pewnie dlatego dziwi go, że ojciec ucieka przed odpowiedzialnością, która taka wielka nie jest. Nie walczy o swoje dobre imię. To on musi bronić jego honoru, próbuje szukać pomocy u przewodniczącego Solidarności, dla którego największym zmartwieniem nie jest Zygmunt, ale zszargana opinia związku, gdyby oskarżenie okazało się prawdziwe. Nawet kiedy dowie się wszystkiego, jest gotów zapłacić szantażyście a w końcu go zabija. Dlaczego to robi? Teraz już nie ma wątpliwości, jaka jest prawda, której ujawnienie zniszczyłoby legendę Zygmunta. Czy boi się o zdrowie ojca? O swoje małżeństwo? O odium, które rykoszetem dotknęłoby też jego? Czuje, że jest mu to winien? Tak jak kiedyś ojciec zachował się podle z miłości do niego i żony, tak teraz on  musi coś dla niego zrobić? Bierze na siebie współodpowiedzialność? Czy ojciec  uczynił go współwinnym, kiedy poszedł na współpracę z miłości do niego ? Jak w greckiej tragedii, wina rodzica obciąża syna? W każdym razie Paweł staje przed dylematem: z jednej strony ujawnienie prawdy, z drugiej miłość do ojca. Ale czy rzeczywiście ten wybór to dla niego dylemat? Moim zdaniem nie. Raczej nie miał  wątpliwości, kiedy zdecydował się prawdę ukryć. Potem, tak jak ojciec, wybiera milczenie. O popełnionych niegodziwościach nie będą rozmawiać. Fakt, że czasem lepiej nie wiedzieć. Niekoniecznie zawsze trzeba się dogrzebywać prawdy. Ale tu za dużo wydarzyło się między ojcem i synem, aby milczeć. A może nic innego im nie pozostaje, jeśli mają wieść dalej zwyczajne życie? Pytanie tylko, czy na milczeniu można je zbudować.

"Pogorzelisko" - film, który też warto zobaczyć.

Dlaczego ludzie walą drzwiami i oknami na "Jak zostać królem", film świetnie zrobiony i zagrany, ale taki, o którym zapomina się następnego dnia, a omijają szerokim łukiem "Pogorzelisko", które trzyma w napięciu od początku do końca, a jednak jest czymś więcej niż tylko znakomitą rozrywką? Cóż, pytanie retoryczne, w grę wchodzi przecież marketingowa machina, magia Złotych Globów i Oskarów, pewnie też liczba kopii. A szkoda, bo film zrobiony jest tak, że może podobać się masowej widowni. Mamy tu zagadkę związaną z przeszłością rodziny, poszukiwanie i mozolne odkrywanie prawdy, podróż, wojnę i miłość. A okrucieństwo wojny jest w tym filmie pokazywane trochę teatralnie, co łagodzi odbiór. Teatralność i egzaltacja mnie trochę przeszkadzały, co nie zmienia faktu, że "Pogorzelisko" polecam. A teraz dla porządku krótka informacja o treści. Jest to historia kanadyjskiego rodzeństwa, bliźniąt Jeanne i Simona, którzy po śmierci matki, na prośbę wyrażoną w testamencie, udają się do jej ojczystego kraju gdzieś na Bliskim Wschodzie, aby odnaleźć swojego ojca i swojego brata. Dotąd byli przekonani, że ojciec nie żyje, a o istnieniu brata w ogóle nie wiedzieli. Ta podróż, skomplikowane poszukiwania, stopniowe odkrywanie przeszłości to treść tego filmu. Ale oczywiście nie tylko do epickiej opowieści sprowadza się "Pogorzelisko". O tym jednak w drugiej części, która jest raczej dla tego, kto film już widział.

Jak pisałam we wstępie, nie przyjmuję tego filmu bezkrytycznie, kilka elementów mnie w nim drażni. Może jednak zacznę od tego, co mi się podobało.

Przede wszystkim film znakomicie się ogląda. To zasługa kompozycji. W jakimś stopniu jest to kino drogi i to drogi podwójnej: tej współczesnej, którą pokonuje Jeanne śladami matki, potem również jej brat Simon, i tej z przeszłości, którą przebywa Nawal Marwan, ich matka, w poszukiwaniu swojego syna, którego musiała oddać do sierocińca. Obie wędrówki najeżone są niebezpieczeństwem. Oczywiście dużo więcej ryzykuje Nawal w kraju ogarniętym wojną domową o podłożu religijnym. Ale  na Jeanne i Simona, szczególnie na niego, również czyha niebezpieczeństwo, z czego nie od razu zdają sobie sprawę. Mimo że wojna dawno się skończyła, poruszanie się po kraju, w którym konflikty z przeszłości zostały tylko przysypane cienką warstwą piachu, bez pomocy miejscowych kacyków nadal jest niebezpieczne. Gdyby nie tutejszy notariusz, nigdy nie odkryliby prawdy. Szczególnie Jeanne, która początkowo wędruje sama, stale napotyka na mur milczenia.

W filmie znakomicie budowane jest napięcie. Z zapartym tchem śledzimy żmudne odkrywanie prawdy i długo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak ta prawda okaże się tragiczna. Wszystko wyjaśnia się w zakończeniu. Przyznam się, że nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Z równym napięciem śledzimy losy Nawal, szczególnie jej wędrówkę w poszukiwaniu syna przez kraj ogarnięty wojną. Kiedy wszyscy pokonują drogę z południa, gdzie trwają walki i religijne prześladowania, na północ, dziewczyna podróżuje w odwrotnym kierunku. Znamiennna jest scena, kiedy pokonuje zaporę ustawioną przez wojsko. Przed nią tłum marzący o tym, aby przedostać się na stronę, po której stoi ona. Tylko Nawal idzie w przeciwnym kierunku.

"Pogorzelisko" jest też wspaniałą epicką opowieścią o wojnie, miłości i religijnych uprzedzeniach, które tę miłość z góry skazują na klęskę. Z tym że tu nieszczęśliwy finał zakazanej miłości, który zwykle bywa punktem dojścia, jest dopiero początkiem  tragicznej historii. Frapujące są dalsze, niezwykłe losy Nawal.

Kolejna zaleta filmu to zdjęcia. Egzotyczny świat pokazywany bardzo często w panoramicznych planach. Surowy, górski krajobraz, głęboki kanion, wioska na wzgórzach, panorama miasta, które, nawet zrujnowane, jest pięknie fotografowane.

Dla mnie nie bez znaczenia jest też kontekst: historia osadzona na  nienazwanym Bliskim Wschodzie, konflikt polityczny i religijny.

Historia opowiedziana w tym filmie, szczególnie odkryta do  końca, może wydać się nieprawdopodobna. Przyznam, że przez chwilę też miałam wątpliwości, czy przypadkiem reżyser i scenarzysta w jednej osobie nie przesadził. Brat, który jednocześnie okazuje się być ojcem, syn, który jest oprawcą i gwałcicielem własnej matki - to można uznać za  kicz. Ja jednak będę bronila tego pomysłu. Po pierwsze podobna historia, choć z pozoru wydaje się nieprawdopodobna, jest jednak możliwa (zawsze była, a dziś w świecie anonimowych dawców spermy tym bardziej). Wszak życie pisze najlepsze scenariusze, że posłużę się tu tym wyświechtanym stwierdzeniem. Sama znam przynajmniej jeden niezwykły ludzki los pełen dramatycznych zdarzeń i nieprawdopodobnych odkryć, który świetnie nadawałby się na scenariusz filmu czy powieść. Po drugie ta historia to wyraźne nawiązanie do antycznej tragedii czy mitu. Czyż nie pobrzmiewają tu echa historii Edypa? W tym filmie jest oczywiście trochę inaczej. Do tragedii nigdy by nie doszło, gdyby dziecka nie oddano do sierocińca. Gdyby nie religijne uprzedzenia, rodzinne nienawiści, hańba, jaką wedle miejscowych zasad Nawal okryłła  rodzinę, nie stałoby się to, co oglądamy. To nie bogowie czy fatum, to człowiek sprowadza na człowieka nieszczęście. Z drugiej jednak strony można też mówić o przekleństwie losu. Gdyby Nawal urodziła się w innej części świata, jej życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Jest to wreszcie film o dociekaniu prawdy. Unosi się nad nim pytanie: czy zawsze warto ją znać? Jaką cenę za nią płacimy? Z jednej strony poznanie prawdy pozwala dzieciom zrozumieć własną matkę, jej dziwne zachowania (o tym wspomina zbuntowany Simon po odczytaniu testamentu). Z drugiej pozostaje pytanie: jak żyć z taką wiedzą? Jak poradzić sobie ze świadomością, że brat to jednocześnie ojciec, ale także oprawca matki. Ktoś, kto zadał jej największy ból, kto ją gwałcił i torturował. I fakt, że zanim został Abou Tarekiem, był snajperem zaślepionym nienawiścią, to już tylko pikuś. No i jeszcze świadomość, że ten człowiek mieszka teraz w tym samym mieście i prowadzi zwyczajne życie. Być może mijali go gdzieś na ulicy. Jak sobie z tym poradzić? Jak dalej żyć? Czy można wybaczyć? Jeanne i Simon na pewno tego nie robią. Spełniają tylko wolę matki, dostarczając mu dwie koperty, i natychmiast znikają. A Nawal? Przez lata wychowywała dzieci, które przyszły na świat w wyniku gwałtu, które przypominały jej o najstraszniejszych wydarzeniach, o cierpieniu, bólu i poniżeniu. Widzimy, że kiedy wyszła na wolność, nie bardzo chciała je zabrać, być może wolałaby, żeby nie przeżyły. Tym bardziej, że cały czas myślała o dziecku, które było owocem miłości (jak to okropnie brzmi, ale niestety nie znajduję innej frazy). Kiedy w końcu przez przypadek odkrywa prawdę, to ją zabije. Nie jest w stanie jej udźwignąć. Cóż, prawda nie zawsze wyzwala, nie zawsze jest źródlem katharsis.

I na koniec o tym, co mnie drażniło. Wspominałam już we wstępie, że film wydał mi się momentami nazbyt teatralny, egzaltowany i sztuczny. Najbardziej widoczne jest to w niektórych dialogach, na przykład kiedy  Jeanne rozmawia ze swoim profesorem matematyki na kanadyjskim uniwersytecie. Albo taki kwiatek: "Czy jeden dodać jeden zawsze jest dwa? A co jeśli jeden dodać jeden jest jeden?" (cytat z pamięci). Tak Simon próbuje przekazać swojej siostrze prawdę, którą odkrył. Przecież taki sposób ludzie ze sobą nie rozmawiają! Teatralne są też niektóre sceny, przez co tracą swoją dramaturgię. Taka jest scena ataku na autobus, kiedy Nawal ratuje siebie i jednocześnie próbuje ocalić małą dziewczynkę, zabierając ją matce. Początkowo zdarzenia są bardzo dramatyczne, przejmujące. Potem jednak, kiedy Nawal tkwi w teatralnej pozie sama na tle płonącego wraku, napięcie i dramaturgia gdzieś ulatują. Może  z tego powodu filmowe losy Nawal nie zawsze przejmują. Owszem, są tragiczne, ale od jakiegoś momentu śledziłam je bez emocji. Tu przypomina mi się "Ostrożnie pożądanie" Anga Lee, opowieść o dziewczynie, która przypadkowo, jedną niewinną decyzją rujnuje sobie życie. Tam morderstwo, jej dramatyczna droga elektryzują, tu momentami zabrakło mi autentycznego wstrząsu. Dopiero sytuacja, w jakiej znalazły się dzieci Nawal po odkryciu prawdy, powoduje dreszcz przerażenia i współczucie.

Mimo tych kilku uwag, nie żałuję, że film obejrzałam. Na pewno pozostanie ze mną na dłużej, niż perfekcyjny "Powrót króla". Polecam. Ten drugi zresztą też.


"Sekret jej oczu", czyli miłe dwie godziny w kinie, ale niewiele więcej.

Ten film przemknął gdzieś jakiś czas temu przez multikino na drugim końcu miasta, więc mimo wysokich ocen nie obejrzałam go. Zdążyłam o nim zapomnieć, aż tu nagle, nieoczekiwanie pojawił się w moim ulubionym kinie. Nadrobiłam więc zaległość i spieszę podzielić się refleksjami. To porządny kawał rozrywkowego kina. Mieszanka kryminału (w informacjach o filmie mowa o thrillerze)i romansu. Jest tu i zagadka, i napięcie, i trochę polityki, i tajemnice, i wielka miłość, i tragedia przetykana śmiechem. Plus garść refleksji o korupcji wymiaru sprawiedliwości i trochę rozważań o życiu. Wystarczy, aby spędzić miłe dwie godziny w kinie, ale to raczej jeden z tych filmów, które nie pozostaną ze mną na dłużej. Czasem jednak miło obejrzeć coś niezobowiązującego. Dla porządku jeszcze garść informacji. Akcja tego argentyńsko-hiszpańskiego filmu toczy się w Buenos Aires na dwóch planach czasowych: w latach dziewięćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Benjamin Esposito, agent federalny, po przejściu na emeryturę postanawia napisać powieść, dla której inspiracją jest sprawa brutalnego gwałtu i zabójstwa dokonana na młodej kobiecie przed dwudziestu pięciu laty. Pracując nad książką, wspomina przeszłość i próbuje odkryć to, co jeszcze w tej sprawie nieodkryte. Tyle. Wystarczy. Ciąg dalszy w kinie, a kto już film obejrzał, może przeczytać moje refleksje.

Jeśli miałabym wskazać  to, co najbardziej zwróciło moją uwagę,  byłaby to świadomość przegranego, zmarnowanego życia, które towarzyszy niemal wszystkim bohaterom filmu. Wiele razy padają słowa o poczuciu życiowej pustki, które dręczy Benjamina i Irenę. Przegrany czuje się Benjamin, bo przed laty nie potrafił walczyć o Irenę, w której skrycie się kochał. A kiedy wreszcie zorientował się, że to uczucie odwzajemnione, zawodowy los pokrzyżował mu plany. Dlaczego nie próbował jej zdobyć? Bo to ona, mimo że młodsza i kobieta, została jego szefową, bo była lepiej wykształcona, bo pochodziła z bogatej, argentyńskiej rodziny, bo miała narzeczonego, bo była sporo młodsza. Podobnie Irena. Po latach nadal myśli o Benjaminie. Małżeństwo nie okazało się ekscytujące, dzieci dorosły, a ona wiedzie spokojne, ale nudne życie. Ten wątek jest bardzo dobrze prowadzony. Stopniowo poznajemy tajemnicę Benjamina, a jeszcze bardziej stopniowo przekonujemy się o wzajemności Ireny. Reżyser i scenarzysta podsuwają widzowi subtelne sugestie, które czytelne robią się dopiero po pewnym czasie (sceny rozmów w gabinecie Ireny, podczas których każe zamykać drzwi, mając nadzieję na coś więcej niż tylko służbową rozmowę). I pewnie tylko bardzo uważny widz zorientował się, że w pierwszej, melodramatycznej scenie pożegnania, która potem powróci, oglądamy tych dwoje. Niestety ten sprytnie prowadzony wątek psuje jego nachalnie szczęśliwe zakończenie niczym z romantycznej komedii.

Przegrany jest oczywiście Morales, mąż zamordowanej. Benjamin przez lata karmi się obrazem wielkiej miłości do żony, jaką zobaczył w jego oczach. Dotknięty niewyobrażalną tragedią nie rozpacza, nie ogląda się wstecz. Paradoksalnie dzięki nieszczęściu ocalił ze swojej miłości to, co najpiękniejsze. Nie zdążyła rozmienić się na drobne w codzienności, na zawsze pozostała wielka i jedyna. Życiu Moralesa długo nadaje sens wiara, że wymiar sprawiedliwości odnajdzie i ukarze sprawcę. Może wzruszony tą miłością  Benjamin stawia sobie za punkt honoru spełnienie tego pragnienia. Jednak wymiar sprawiedliwości zakpi sobie z obu: najpierw sędzia szybko umorzy sprawę, a potem, kiedy dzięki uporowi Benjamina i jego zapijaczonego przyjaciela Sandovala uda się złapać przestępcę, ten wyjdzie po kilku latach, bo może być przydatny na wolności. Naprawdę dochodzi do tego jednak w wyniku zawiści i zawodowych rozgrywek. Sceny, w których rywalizujący ze sobą agenci federalni skaczą sobie do oczu niczym uczniacy, nadają filmowi kolorytu. Pewnie pokazują też jakąś prawdę o Argentynie tamtych lat. Zwolniony morderca, Isidoro Gomez, czuje się bezkarny i pragnie zemsty. Jakże ironiczne w tym kontekście wydaje się pokazywanie majestatu i potęgi sądu, w którym pracują bohaterowie. Marmury, potężne kolumny, masywne schody, korytarze i galerie, które oglądamy na ekranie wielokrotnie, mają świadczyć o powadze tej instytucji stojącej na straży prawa. Jak jest naprawdę, widzimy.  Wątek skorumpowanego wymiaru sprawiedliwości, chociaż jest jeszcze jednym rodzynkiem w tym filmowym cieście, nie stanowi oczywiście niczego odkrywczego. Trudno to kino uznać za demaskatorskie czy polityczne.

Przegrany, może najbardziej, jest też Isidoro Gomez. Najpierw odrzucony przez ofiarę, potem upokorzony przez Irenę, na chwilę zatriumfuje i poczuje się bezkarny. Później jednak złapany przez Moralesa spędzi resztę życia skazany przez niego na prywatne dożywocie w prywatnym więzieniu gdzieś na odludziu. Morales wielokrotnie powtarza, że nie jest zwolennikiem kary śmierci. To, według niego, wręcz ulga dla mordercy: wieczny sen. Prawdziwą karą jest życie: długie lata spędzone w całkowitej izolacji w więzieniu. Scena, kiedy zrezygnowany Gomez skarży się Benjaminowi "Żeby chociaż ze mną porozmawiał ..." (cytuję z pamięci), przeraża. I ten wątek również jest znakomicie prowadzony. Podsuwa się widzowi dyskretne podpowiedzi, które dopiero na końcu złożą się w klarowną całość. Muszę przyznać, że w pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że to Morales okaże się mordercą swojej ukochanej żony. Tak umiejętnie twórcy filmu mylą tropy.

Na koniec kilka rozmaitych uwag o tym, co jeszcze znaleźć można w tym filmie.

Ważny i poruszający jest wątek przyjaźni Benjamina i Pablo Sandovala. Pracują razem, obaj mają się za nieudaczników, przy czym ten drugi za większego. Właściwie tylko przyjaciel docenia  intelektualne możliwości Pabla, które ten rozmienia na drobne w alkoholu i knajpianym życiu będącym, jak mówi, jego pasją. To dzięki jego uporowi Gomez w końcu zostanie schwytany. Jednocześnie jednak prowadząc swoje dochodzenie, obaj potrafią zachować się jak amatorzy. Sandoval zginie, być może świadomie oddając swoje życie za życie przyjaciela. Piszę być może, bo do końca tego nie wiemy. Wszystko, co zdarzyło się w przeszlości, jest rekonstrukcją. Widz nie jest pewien, co miało miejsce naprawdę, a co jest tylko literacką fikcją w tworzonej przez Benjamina powieści. On również na użytek pisanej książki pewne zdarzenia musi zrekonstruować. Czy Pablo świadomie podał się za przyjaciela, czy też po prostu zasnął zmorzony alkoholem i zginął przypadkowo? Tak jak w jego życiu, tak i w tej rekonstrukcji heroizm miesza się z małością.

Jeszcze jedną zaletą tego filmu jest mieszanina scen poważnych, tragicznych i nieodparcie śmiesznych. Wadą przeciągane zakończenie, no i ten hollywoodzki happy end. Na pewno jednak warto "Sekret jej oczu" zobaczyć. Moim zdaniem jest lepszy niż "Autor widmo" Polańskiego, którym wszyscy tak się zachwycali, a oba filmy to ta sama liga. Dobra rozrywka z ambicjami.

Bałkańska historia, czyli "Rzemiosło zabijania" Norberta Gstreina.

Właśnie skończyłam czytać powieść austriackiego pisarza Norberta Gstreina wydaną przez wydawnictwo Czarne. Właściwie sięgnęłam po nią zwabiona tematyką i informacją, że to świetny kryminał. Tymczasem książka z kryminałem nie ma nic wspólnego! Teraz myślę, że może pamięć mnie zawodzi i recenzent wcale nie pisał o kryminale? Ale tak stoi w moich notatkach. Nieistotne. Jest to historia krótkiej znajomości dwóch austriackich dziennikarzy (narratora, którego nie poznajemy ani z imienia, ani z nazwiska, i Paula) pracujących w hamburskiej gazecie. Zbliża ich dociekanie, kim właściwie był Allmayer, reporter wojenny, który relacjonował konflikt na Bałkanach i zginął na granicy z Kosowem latem 1999 roku. Co jeszcze oferuje czytelnikowi powieść? Zawikłane historie damsko-męskie. Książka dobra, ale nie wybitna, pewnie nie zagrzeje na trwałe miejsca w mojej czytelniczej pamięci.

Istotą tej powieści jest dociekanie prawdy o tym, co rzeczywiście przydarzyło się Allmayerowi, kiedy był reporterem wojennym na Bałkanach, ale przede wszystkim prawdy o ludziach. Kim są? Jakimi motywami się kierują? Co jest  maską, za którą się skrywają, a co ich prawdziwym ja? Są to poszukiwania kilkutorowe: nie chodzi tylko o wspomnianego Allmayera, reportera wojennego, ale i o Paula, który postanawia napisać powieść o nim. Także o Helenę jego chorwacką przyjaciółkę mieszkającą w Hamburgu. Czytając, miałam stale wrażenie zstępowania w głąb ludzkich dusz i umysłów, w głąb czasu i zdarzeń (metaforycznie i dosłownie, dzięki stale obecnej retrospekcji). Z każdym rozdziałem uchylane są kolejne zasłony, zza których wyłania się inna prawda o bohaterach. Nieustannie jednak zadawałam sobie pytanie: czy rzeczywiście ich poznajemy? Wszak oglądamy postacie zaludniające powieść oczami coraz to kogoś innego: byłej żony Paula, wdowy po Allmayerze, a także okrutnego Slavko, żołnierza wojny bałkańskiej.

Istotne są tu też pytania o pracę reportera wojennego, o granice tego, co robi, a także o motywy jego profesji. Czy to tylko chęć informowania czytelnika, czy też niezdrowa fascynacja wojną, jej okrucieństwami? A może poszukiwanie newsa, sensacji? A może chęć przeżycia czegoś mocnego? Przed podobnym, jakże niewygodnym, pytaniem postawiony zostaje czytelnik: właściwie dlaczego czyta książkę o wojnie? Czego w niej szuka? Czy nie ekscytacji przemocą?

Inny ważny wątek to powstawanie powieści: jak napisać książkę o prawdziwym człowieku? Ile ma być prawdy, a ile kreacji? Jaką senację wolno wykorzystać? Czy napisać można wszystko? Nawet jeśli prawda okazuje się zaskakująca i porażająca swoim okrucieństwem?

A oprócz tego pytania o wojnę bałkańską, a może o wojnę każdą. Kiedy jedni walczą, są okrutnie zabijani, a jeszcze wcześniej poddawani wymyślnym torturom, gwałceni, wypędzani ze swoich domów i wiosek, inni w tym samym czasie żyją  wygodnie na przykład w Hamburgu (Helena i jej rodzina). Ale czy spokojnie? Czy konflikt ich nie dotyczy? Nie zmienia? A cena emigracji?

Na przekór tematyce książka jest dość chłodna, tym bardziej przerażają rzucane z rzadka, jakby od niechcenia, króciutkie opisy okrucieństw.

Co jeszcze? Skomplikowane relacje międzyludzkie, nie tylko miłosne, ale takze przyjacielskie.

Popularne posty