Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zemsta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zemsta. Pokaż wszystkie posty

Maciej Siembieda "Gołoborze"

O Macieju Siembiedzie i jego kryminalnych oraz sensacyjnych

powieściach słyszałam od dawna, wiedziałam, że są bardzo cenione  i popularne, bywało, że miałam ochotę po którąś sięgnąć. Najbliżej byłam "Katharsis", pierwszej części jego greckiej trylogii. Przez chwilę znajdowała się nawet na liście moich książkowych zakupów, no ale czas nie jest z gumy, lektury trzeba wybierać, więc kryminały, których kiedyś czytałam sporo, poszły w odstawkę. O "Gołoborzu" (Znak Literanova 2025) oczywiście trudno było nie słyszeć, pojawiały się głosy, że jest czymś więcej niż  nawet najlepiej napisana powieść sensacyjna, że powinno być nominowane nie tylko do Nagrody Wielkiego Kalibru, ale także do Nike, co rzeczywiście się stało. Autor mówił, że to najbardziej osobista z jego książek, bo wychował się na Kielecczyźnie, i trudno mu złapać dystans do tego, co napisał. W posłowiu informuje, które elementy powieści są prawdziwe. Zresztą warto wspomnieć, że Maciej Siembieda do literatury przyszedł z dziennikarstwa, przez lata zajmował się reportażem i teraz wokół niewykorzystanych wcześniej tematów buduje  swoje książki. Dlaczego w takim razie zdecydowałam się jednak sięgnąć po "Gołoborze"? Oczywiście ciekawość, ale ostatecznie zadecydował impuls, pod wpływem którego zapisałam się na powieść w bibliotece, swoje odczekałam, a potem mimo słusznego rozmiaru (ponad pięćset stron) przeczytałam w kilka dni.

Akcja "Gołoborza" toczy się w fikcyjnej wsi Grabin u stóp Gór Świętokrzyskich i rozpięta jest od powstania styczniowego do roku 1989. Każda z dziewięciu części opatrzona została datą. Niektóre z nich są znaczące w naszej historii, na przykład rok 1968, 1970, 1976 czy 1989 właśnie, inne związane są z czasem po pierwszej wojnie albo z drugą wojną czy z latami tuż po wyzwoleniu. Zastanawiałam się, czy jest jakiś klucz w doborze tych dat, szczególnie powojennych. No bo powstanie i wojna oczywiście miały ogromny wpływ na życie bohaterów, inaczej jest z kolejnymi. Przyznam, że go nie odnalazłam. Na przykład antysemicka nagonka roku 1968 nijak nie znajduje odzwierciedlenia w życiu mieszkańców Grabina, ale już echa grudnia 1970 roku czy wypadków w Radomiu w 1976 znajdujemy w powieści. 

Bohaterami "Gołoborza" są dwie rodziny, a właściwie dwa klany, zamieszkujące Grabin, Kończaki, zamożni gospodarze, i Cebrzyny, którzy bardziej niż gospodarowaniem zajmują się przemytem, kradzieżami koni czy bydła. Kłótnia na jakimś weselu zapoczątkowała świętą wojnę. Jej pierwszy akt dokonał się w czasie powstania styczniowego, kiedy to jeden z Cebrzynów wydał Rosjanom Tomasza Kończaka, który przystąpił do walczących. Odtąd ta rodowa wojna stanie się jeszcze bardziej zagorzała i krwawa. Obowiązek zemsty przechodzi z ojca na syna i nie ma zmiłuj, nie można się z niego wyłamać. Krzywda wyrządzona nawet dziesiątki lat wcześniej nigdy nie zostanie zapomniana i musi zostać pomszczona. Niekoniecznie dokona się to od razu, czasem lepiej poczekać na dogodny moment. W tym świecie honor klanu znaczy wszystko. Jeden z Kończaków, który po drugiej wojnie wstąpi do milicji, usłyszy od głowy rodu, że jest najpierw Kończakiem, a potem milicjantem. Dobrze to sobie zapamięta. Wszyscy akceptują te reguły i dlatego będą trzymać język za zębami.  Milicja jest bezradna, nikt nie puści pary z ust, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. To zamknięty, wsobny świat, w którym członkowie rodu pobierają się między sobą, niechętnie dopuszczają kogoś z zewnątrz, a już niedopuszczalne jest małżeństwo pomiędzy parą pochodzącą ze zwaśnionych klanów. 

Maciej Siembieda odkrywa przed czytelniczkami i czytelnikami swojej książki świat, jaki dotąd znaliśmy z opowieści o mafii sycylijskiej potem przeniesionej na grunt amerykański, i twierdzi, że i u nas, u stóp Gór Świętokrzyskich, również obowiązywał nakaz rodowej wendety, a prawa rodzinnego klanu były ważniejsze od praw państwowych. Wychował się w tym świecie, nasłuchał się podobnych opowieści w dzieciństwie. Tu warto przywołać znakomitą reporterską książkę Wiesława Łuki "Nie oświadczam się", która opowiada o wstrząsającej zbrodni połanieckiej. Teraz słychać o niej więcej, bo Jan Holoubek kręci serial o tamtych zdarzeniach. Mamy tam te same mechanizmy - dwie rodziny, stosunkowo błahy spór, krwawa zemsta dokonana w obecności wielu świadków i milczenie całej wsi. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Aż wierzyć się nie chce, że można dokonać takiego morderstwa z zimną krwią na oczach wielu ludzi i zmusić wszystkich do milczenia. Podobnie jest w powieści. Okrutne zbrodnie dokonane w imię zemsty, świadkowie, akceptacja i milczenie.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu dwóch albo może nawet trzech pierwszych części byłam nieco rozczarowana. Nie żebym się nudziła, żeby mi się nie podobało, ale pomyślałam sobie, że jeśli będzie tak dalej, zemsta goni zemstę, to wszystko stało się przewidywalne. Tym bardziej, że byłam świeżo po "Revolterium" Bernarda Gromka, a tam zwrot akcji goni zwrot akcji, autor umiejętnie gubi tropy, nie wiadomo, czego się spodziewać. Okazało się jednak, że byłam w błędzie, bo potem od czasów powojennych akcja powieści rozlewa się niczym rzeka zmierzająca do morza deltą składającą się z wielu drobniejszych i większych odnóg. Po prostu pojawiają się nowe wątki, a sprawa się komplikuje i rzeczywiście nie wiadomo, czego się spodziewać. A sam finał powieści jest niezwykle zaskakujący.

Na koniec chciałabym napisać, na co szczególnie zwróciłam uwagę, czytając powieść - co zrobiło na mnie największe wrażenie, co zainteresowało najbardziej. Jeśli chodzi o to ostatnie, to chyba szczególnie ciekawa ze względów poznawczych wydała mi się ta część książki, której akcja rozgrywa się w powojennym Opolu, a zwłaszcza opowieści o szabrownikach i rozmiarze ich działalności. Natomiast największe wrażenie zrobiły na mnie dwie sprawy. Pierwsza to historia bohaterów i bohaterki, którzy chcą żyć inaczej i wyłamać się z klanowych obowiązków. Co ma zrobić człowiek, który zdaje sobie sprawę ze zła, jakie się dzieje, a nakazem rodziny zostaje zmuszony do dokonania zbrodni na człowieku, którego on wcale nie uważa za wroga?  Nie chce ani nie potrafi zabić. Jeśli nie tego nie zrobi, straci wszystko, dosłownie, i zostanie wykluczony z rodzinnego klanu. W jego oczach zabicie tego człowieka to nie żadna rodowa zemsta, ale przestępstwo. Takich dylematów nie ma  wspomniany już Kończak milicjant. A co mają zrobić dziewczyna i chłopak, którzy się pokochali i chcą być razem, a nie mogą tylko dlatego, że pochodzą ze zwaśnionych klanów? Czy jest dla nich jakiś ratunek? Ale największe wrażenie zrobiły na mnie zbrodnie dokonywane z zimną krwią przez ojca i syna z błogosławieństwem matki i z modlitwą na ustach, mieszkańców sąsiedniej wsi.

Rzeczywiście "Gołoborze" okazało się książką wartą lektury. Pewnie gdybym dysponowała nieograniczonym czasem na czytanie, sięgnęłabym po inne powieści Macieja Siembiedy. Zobaczymy, może kiedyś wrócę do pomysłu przeczytania "Katharsis".

Sebastian Barry "Po stronie Kanaanu"

O Sebsatianie Barrym, irlandzkim pisarzu wielokrotnie

nominowanym do prestiżowych nagród, między innymi Bookera, usłyszałam dzięki nieocenionemu wydawnictwu ArtRage, a ściślej rzecz biorąc, dzięki długiej rozmowie w jednym z literackich podcastów, w której Krzysztof Cieślik opowiadał między innymi o planach na pierwsze półrocze tego roku. To wtedy dowiedziałam się, że tak bardzo on i Michał Michalski, prezes wydawnictwa, cenią twórczość irlandzkiego pisarza, iż zamierzają po kolei wydawać jego książki, nawet te, które w Polsce już wyszły, ale nie zyskały należnego im rozgłosu, i wypromować go. Na razie w ArtRage ukazały się dwie jego powieści, trzecia zapowiedziana jest na czerwiec. Nie jest tak, że czytam wszystko, co ukazuje się w jednym z moich ulubionych wydawnictw, bo zawsze kieruję się własnym gustem, ale pilnie śledzę ofertę i sięgam po to, co może mi się spodobać.  A że Irlandia i jej najnowsza historia są w orbicie moich literackich zainteresowań, a dodatkowo moją uwagę przyciągnęła inna rozmowa w innym literackim podcaście, którego tematem była popularność literatury irlandzkiej w naszym kraju w ostatnim czasie, dlatego tak szybko zdecydowałam się sięgnąć po "Po stronie Kanaanu" Sebastiana Barry'ego (ArtRage 2024; przełożyła Katarzyna Makaruk). Jej pierwsze wydanie ukazało się w roku 2015 w Albatrosie w innym tłumaczeniu.

Główną bohaterką i narratorką zarazem jest niemal dziewięćdziesięcioletnia irlandzka emigrantka, Lilly Berry, która chce podsumować życie i opowiedzieć swoją smutną historię w momencie, kiedy straciła sens życia po śmierci wnuka, Billa, którego wychowała. Lilly przybyła do Stanów razem ze swoim narzeczonym po pierwszej wojnie światowej. Uciekli z Irlandii, bo na niego został wydany  wyrok śmierci przez organizację walczącą o niepodległość, ponieważ po powrocie z frontu pracował w ochotniczych oddziałach policji wspierających Królewską Policję Irlandzką. Uciekli w nieznane, mając do dyspozycji bilety na statek, trochę pieniędzy, dwa adresy dalekich krewnych, których nigdy nie widzieli, i list do nich od ojca Lilly. Zostawili za sobą życie, od którego wcale nie chcieli uciekać. Rodzinę, kamienny domek na wsi należący do jej ojca, który zamieszkał w nim po przejściu na emeryturę. Taki wyjazd wtedy oznaczał rozstanie być może na zawsze. W ich przypadku tym bardziej bolesne, że nie powinni byli utrzymywać żadnej korespondencji z rodziną, bo macki organizacji mogły sięgać za ocean. Oznaczał też całkowite zdanie na siebie i samotność, tym bardziej, że Lilly i jej narzeczony nie zdążyli się nawet jakoś lepiej poznać. Właściwie zostali parą przez przypadek, w okolicznościach, których nie chcę zdradzać.

Czy nowy kraj okazał się ziemią obiecaną? Co spotkało ich po stronie Kanaanu? Czy spełniły się ich marzenia o spokojnym życiu? Tego zdradzić nie mogę, bo historia Lilly obfituje w nieoczekiwane zwroty akcji. Ale od razu spieszę wyjaśnić, że nie jest to w żadnym razie powieść przygodowa. To pełna melancholii historia pewnego losu, która bez reszty wciąga przede wszystkim dzięki klimatowi tych zwierzeń. 

Co zwróciło moją uwagę, co sprawiło, że tak bardzo spodobała mi się książka Sebastiana Barry'ego? 

Po pierwsze to, że jest to historia prostej kobiety, która, żeby się utrzymać, musi pracować jako służąca, a potem kucharka. Nie ma tu żadnego lukru, żadnego oszałamiającego sukcesu. Jest ciężka fizyczna praca, dużo rozczarowań i kłód rzucanych pod nogi, a na osłodę drobne, codzienne przyjemności. Przyjaźń z czarnoskórą dziewczyną, z którą dzieli łóżko w domu bogatej kobiety, gdzie pracują, jakiś spacer, wyjście do lunaparku, z czasem skromny domek, życzliwi sąsiedzi. Lilly jest twarda, mimo licznych niepowodzeń, nie poddawała się. Dopiero śmierć wnuka u kresu jej życia, sprawiła, że straciła  sens. W takim wieku trudno zaczynać od nowa.

Po drugie jest to opowieść o uwikłaniu w Historię, o tym, że na niektóre sprawy nie mamy wpływu. Lilly wychowała się w rodzinie policjanta Królewskiej Policji Irlandzkiej w czasach, kiedy Irlandia była jeszcze częścią Zjednoczonego Królestwa. Jej ojciec pozostał wierny rojalistom, jej narzeczony za jego radą wstąpił do irlandzkiej policji, zresztą niewielki miał wybór, bo pracy nie było. W tym czasie inni stanęli po drugiej stronie barykady - walczyli o niepodległość. Lilly nie zastanawiała się nad tym. Wspominając tamto życie, przyznawała, że nie miała pojęcia, jaką rolę w ściganiu członków organizacji niepodległościowej odegrali jej najbliżsi. Czy mieli krew na rękach? Nie myślała o tym. Gdyby urodziła się w innej rodzinie, gdyby nie zaręczyła się, gdyby żyła w spokojnych czasach, jej historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. 

Po trzecie wreszcie jest to powieść o okrucieństwie wojny, a właściwie o jej skutku, czyli traumie, przed którą nie da się uciec nawet do Kanaanu. I chociaż Lilly nie doświadczyła wojny bezpośrednio, to jej wpływ odczuła wielokrotnie. To wojna, a właściwie wojny, sprawiły, że jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej. To one sprawiły, że wielokrotnie musiała mierzyć się ze stratą i budować swoje życie na nowo. Nie ma w tej powieści epatowania okrucieństwem, akcja nie sięga na żaden front, ale poznając historię Lilly, odczuwamy długi cień wojny.

Smutna, melancholijna, bardzo dobra powieść.

Milan Kundera "Żart"

Z Milanem Kunderą nie było mi dotąd po drodze. Dlaczego? Nie

mam pojęcia. Dawno, dawno temu przeczytałam "Nieznośną lekkość bytu". Dziś niewiele z tej lektury pamiętam. Kiedy w lipcu pisarz zmarł, a ta wiadomość zastała mnie w czasie wakacyjnej podróży, ściągnęłam sobie dwie radiowe rozmowy o jego twórczości, ale jakoś specjalnie nie spieszyło mi się do ich odsłuchania. W końcu jednak po nie sięgnęłam. Nie wiem, czy to zasługa Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego znawcy czeskiej kultury, który o twórczości pisarza bardzo ciekawie opowiadał, ale postanowiłam wrócić do twórczości Milana Kundery, a precyzyjniej mówiąc, poznać ją. Kierując się słowami i gustem wspomnianego już Aleksandra Kaczorowskiego zrobiłam sobie listę ośmiu książek, wśród nich jest zbiór opowiadań, pięć powieści i ewentualnie dwa eseje, które postanowiłam przeczytać. Znajduje się też na niej przywołana "Nieznośna lekkość bytu". Aby nie odkładać lektury na święty nigdy, zapisałam się nawet do biblioteki, bo na regale mam tylko "Żart" i to w takim beznadziejnym wydaniu z początku lat dziewięćdziesiątych, że trudno go czytać. No i właśnie od tej debiutanckiej powieści (W.A.B. 2014; przełożyła Emilia Witwicka), uważanej przez niektórych za najlepszą w dorobku pisarza, zaczęłam swoją przygodę z Milanem Kunderą.

Akcja tej książki rozgrywa się w małej miejscowości na Morawach w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To miasto rodzinne Ludwika, głównego bohatera i zarazem jednego spośród kilkorga narratorów. Po latach wraca tu tylko na dwa dni z Pragi, gdzie mieszka i pracuje, aby dokonać porachunków ze swoją tragiczną przeszłością, a ściślej rzecz biorąc, zemścić się na kimś, kto go kiedyś skrzywdził i jedną decyzją sprawił, że jego życie na kilka lat wyleciało z obranej przez niego trajektorii i potoczyło się zupełnie inaczej, niż planował. Na kim ma się zemścić? W jaki sposób? Tego dowiadujemy się stopniowo, bo, jak wspominałam, narracja prowadzona jest z kilku perspektyw, co celowo spowalnia akcję, wprowadzane są nowe wątki, które oczywiście złożą się w całość. 

Co stało się przed piętnastu laty? Kto go skrzywdził? W jaki sposób? Wszystko było wynikiem tego tytułowego żartu, którego dopuścił się Ludwik, zabiegając o względy koleżanki ze studiów. Podobała się nie tylko jemu. Pamiętajmy, że był to koniec lat czterdziestych, już po przejęciu całkowitej władzy przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji, kiedy po tragicznej śmierci Jana Masaryka stalinizm rozpanoszył się na dobre. Konsekwencje żartu okazały się tragiczne - Ludwik został nie tylko wyrzucony z partii, ale także ze studiów. Na zebraniu zwołanym w jego sprawie nie ujął się za nim nikt, wszyscy poparli postawiony wniosek. W tamtych okolicznościach nie było to nic nadzwyczajnego. Jedni podnosili ręce za, bo byli komunistycznymi fanatykami, inni ze strachu. Czy można ich nazwać oportunistami? Sam Ludwik, kiedy przygotowując swoją zemstę, wspomina tamte tragiczne wydarzenia, zastanawia się, jak on zachowałby się w podobnej sytuacji.

... sam wprawdzie nigdy nie podniosłem ręki na czyjąś zgubę, ale dobrze wiedziałem, że jest to zasługa dość problematyczna, jako że prawa do podnoszenia ręki wystarczająco wcześnie mnie pozbawiono. Długi czas co prawda usiłowałem sobie przynajmniej wmówić, że w podobnej sytuacji nie podniósłbym ręki, ale jestem na tyle uczciwy, że w końcu sam musiałem siebie wyśmiać: ja jeden nie podniósłbym ręki? ja jeden jestem sprawiedliwy? ach, nie znajdowałem w sobie żadnej gwarancji, że byłbym lepszy od innych; tylko co z tego wypływa, jeśli chodzi o mój stosunek do ludzi? Świadomość własnej małości absolutnie nie godzi mnie z małością innych.

Po wyrzuceniu z uczelni Ludwik wie, że pójdzie do wojska. Trafia do karnej kompanii i przez kilka lat niemal odcięty od świata i wolnych ludzi pracuje w ostrawskiej kopalni. Ale nie ciężka fizyczna praca, nie głupota zwierzchników, nie ich bezwzględność i sadyzm są najgorsze. Najgorsza jest samotność i utrata złudzeń. W dodatku szybko zdaje sobie sprawę, że podobne mechanizmy, to symboliczne podniesienie ręki, są nieodłączną cechą każdej grupy, każdego kolektywu. Działają także wśród jego towarzyszy niedoli. 

Zacząłem sobie uświadamiać, że nasz czarny kolektyw tak samo potrafi zaszczuć innego człowieka (...) jak kolektyw tych, którzy jednomyślnie podnosili ręce, i jak każdy chyba kolektyw ludzki.

Te doświadczenia i ta świadomość położą się cieniem na życiu Ludwika, to będzie gnało go do zemsty, to uczyni go cynikiem, który nie potrafi zbudować trwałej relacji nie tylko z kobietą, ale w ogóle z nikim. Bo po odbyciu kary wróci na studia, skończy je, dostanie pracę na uczelni, ale nie pozbędzie się jadu nieufności i zemsty. Takie zaślepienie spowoduje, że sam będzie krzywdził. Nawet wymierzenie sprawiedliwości ma się przecież dokonać przez osobę bliską sprawcy, która nieuchronnie zostanie skrzywdzona. Po trupach do celu.

W powieści postawa Ludwika zostanie skonfrontowana z postawą jego znajomego, Kostki, który jest człowiekiem bardzo religijnym. Może właśnie dlatego sądzi, że aby iść dalej, aby nie żyć w piekle, powinien przebaczyć. Kostka godzi się z tym, co przynosi mu życie, uważał, że wszystkie złe doświadczenia były zrządzeniami losu, które ustrzegły go przed gorszym złem. Nie może zrozumieć kolegi opanowanego żądzą zemsty. Przebaczać, przebaczać, przebaczać! Ale to nie jest takie proste. Bo po pierwsze przebaczenie nie unieważni grzechu, nie uczyni czegoś niczym, tak myśli Ludwik, a po drugie Kostka w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że te dotykające go zrządzenia losu były mu na rękę - pozwalały uciec najpierw od niekochanej żony, potem od miłości do innej kobiety, z którą jednak nie chciał się wiązać.

Kundera konfrontuje swoich bohaterów z ważnymi pytaniami. Jaki sens ma zemsta po latach? A jeśli ten, który wyrządził krzywdę, zmienił się? Jest już innym człowiekiem? Lubianym i szanowanym? Może zemsta miałaby sens od razu? Ale na to Ludwik nie miał wtedy, na tamtym zebraniu, odwagi. Nie dał swojemu przeciwnikowi w twarz, nie wykonał żadnego gestu sprzeciwu. Nie był żadnym bohaterem, do karnych brygad trafił przez przypadek, z powodu głupiego żartu.  Ludwik zrozumie jeszcze jedno - że i tak wszystko unieważnia czas. Dla młodego pokolenia tamte konflikty nie mają znaczenia. Dzieci nie rozumieją swoich rodziców, nie zastanawiają się nad ich problemami z przeszłości, chcą żyć po swojemu. 

... wszystko zostanie zapomniane i nic nie będzie naprawione. (...) Nikt nie naprawi krzywd, które wyrządzono, ale wszystkie krzywdy ulegną zapomnieniu.

Towarzyszą mu takie gorzkie refleksje.  Co go uratuje? Sztuka, powrót do korzeni, do dawnej przyjaźni.

Nie mogę tu nie wspomnieć o stosunku Ludwika do kobiet. W powieści pojawiają się dwie, Łucja i Helena. Obie traktuje instrumentalnie, obie skrzywdzi. Chociaż będzie sobie wmawiał, że Łucję kochał. Czy tak rzeczywiście było? Czy nie traktował jej jak plastra na swoją samotność? Czy to była miłość, czy tylko pożądanie wyposzczonego żołnierza? Dla niej ma jednak jakąś tkliwość, jego stosunek do niej nie jest jednoznaczny. Natomiast Helena staje się od początku tylko narzędziem w jego rękach. Wystarczy spojrzeć na nią jego oczami, jak opisuje wszystkie mankamenty jej dojrzałego ciała, z jaką pogardą myśli o jej fizyczności.

Powieść Kundery łączy w sobie atrakcyjną fabułę skonstruowaną w sposób podsycający ciekawość z bogatymi portretami bohaterów i wagą problemów, jakie porusza, które w dodatku okazują się niezwykle aktualne, szczególnie w polskiej rzeczywistości, co nie dziwi. W końcu łączy nas z naszymi południowymi sąsiadami wspólnota losów. Czytając "Żart", nie mogłam oprzeć się refleksji, że nowości, za którymi tak gonię, najczęściej nie dorastają do pięt takiej literaturze. Są przy niej miałkie. Po zapisaniu się do biblioteki sporządzam sobie listę książek niedostępnych, które chciałam przeczytać. Mam ochotę zwolnić z nowinkami i częściej sięgać po tytuły zapomniane. Na pierwszy ogień idzie Kundera.

Skoro podzieliłam się refleksjami o "Żarcie", muszę przywołać tu cztery inne książki czeskich autorów, których akcja dotyka, przynajmniej częściowo, tamtego okresu. To oczywiście "Przypadki inżyniera ludzkich dusz" i "Gorzki świat" Josefa Skvoreckiego, "Siódmy życiorys" Oty Filipa i najmniej znana - "Zaginiony" Egona Hostovskiego. Wszystkie bardzo ciekawe, wszystkie warte lektury.

 

"Obiecująca młoda kobieta"

Nie wybierałam się na ten film. Jakiś czas temu wysłuchałam radiowej rozmowy na temat "Obiecującej młodej kobiety" i chociaż bardzo ją chwalono, stwierdziłam, że to propozycja nie dla mnie. Kino popularne, przerysowane, karykaturalne z domieszką absurdu. Nie moje klimaty. Kiedy jednak zobaczyłam zwiastun, zmieniłam zdanie. Niezwykle energetyczny - dawał kopa i poczucie dzikiej satysfakcji. Jeśli, drodzy czytelnicy tej notki, nie widzieliście dotąd ani wspomnianego zwiastuna "Obiecującej młodej kobiety", ani samego filmu, raczej przeczytajcie jeszcze tylko kawałek i po prostu idźcie do kina. Ewentualnie wcześniej zerknijcie na informacje podawane przez dystrybutora. To wystarczy, a nie popsuje efektu zaskoczenia. Bo kto widział zwiastun, wie już, na czym polega sekret bohaterki i jak wygląda jej tajemnicze, nocne życie. Oglądając początek i domyślając się, co się wydarzy, zazdrościłam tym, którzy zostaną zaskoczeni. Zastanawiałam się jednocześnie, czy "Obiecująca młoda kobieta" czymś mnie jeszcze zdziwi, czy może wszystko będzie już do końca przewidywalne. A jednak, na szczęście,  historia potoczyła się nieoczekiwanie, a im bliżej końca, tym więcej niespodzianek i film zupełnie zmienił tonację. Jeśli, drodzy czytelnicy tej notki, którzy nie widzieliście ani zwiastuna, ani tym bardziej filmu, doczytaliście do tego miejsca, to uprzedzam - dalej będą spojlery, bo nie da się pisać o tym filmie, nie zdradzając przynajmniej trochę.

"Obiecująca młoda kobieta" to mieszanka konwencji i gatunków. Cassie, która pozornie przypomina zwyczajną, słodką, młodą kobietę, okazuje się superbohaterką, mścicielką. Niech nikogo nie zwiedzie jej, raz infantylna, raz wyzywająca, powierzchowność, to pułapka. W jednej chwili przeistacza się w boginię zemsty. Paraliżuje wzrokiem i daje facetom nauczkę. Ta konwencja kina zemsty szybko zostaje przełamana romantyczną komedią. Ale od razu czujemy, że to tylko na chwilę. Że te ociekające lukrem, słodkie sceny muszą się skończyć i to nie zgodnie z konwencją gatunku, kiedy owszem pojawiają się przeszkody, ale w końcu zakochani i tak będą razem. Tu tak być nie może i rzeczywiście nie jest. Jednak później kiedy bohaterka pogoni swojego adoratora i zacznie realizować precyzyjny plan zemsty, ukarania winnych i naprawienia krzywd wyrządzonych w przeszłości, możemy się spodziewać happy endu w iście amerykańskim stylu - Cassie wyświetli prawdę i odtąd będzie mogła wieść spokojne życie. Ale i tym razem zostajemy wyprowadzeni na manowce. Bo szczęśliwe zakończenie okaże się tylko połowiczne. Muszę przyznać, że do końca zastanawiałam się, czy nie zobaczymy jeszcze jednej wolty i jednak okaże się, że Cassie ... Na wszelki wypadek nie dokończę tego zdania, bo może jednak ktoś, kto filmu nie widział, mimo moich ostrzeżeń dobrnął aż tu. Kto "Obiecującą młodą kobietę" zna, ten pewnie się domyśla, na co liczyłam. Nic z tego, reżyserka, Emerald Fennell, zakpiła sobie z takich konwencjonalnych oczekiwań.

Ale ten przerysowany, momentami absurdalny, chwilami cukierkowy film podkręcony lekką, popową muzyką mówi o sprawach bardzo poważnych. Jest pokłosiem metoo. Cassie daje nauczkę wszystkim tym facetom, którym wydaje się, że mogą bezkarnie wykorzystać swobodnie zachowującą się, niezbyt trzeźwą kobietę tylko dlatego, że nie ma siły powiedzieć nie. Uderza w tych wszystkich, którzy kryją i usprawiedliwiają gwałcicieli, i mówi im - wy też jesteście współwinni, niczego nie zrozumieliście, nadal znajdujecie usprawiedliwienie dla przestępcy i dla siebie. Tłumaczycie, że to błąd młodości, że nie można niszczyć jego życia, szczególnie teraz, kiedy robi taką wspaniałą karierę. O ofiarę nikt nie pyta. Jej zniszczone życie nikogo nie obchodzi. Stawiając gwałciciela i współwinnych na chwilę w roli ofiary, zmusza ich, aby poczuli się tak jak ona. Aby wyszli ze strefy komfortu, aby zadrżeli o swoje świetnie ułożone życie, o kariery, reputację, rodzinę. "Obiecująca młoda kobieta" w lekkiej formie, w filmowym skrócie pokazuje te wszystkie mechanizmy, o jakich pisał choćby Jon Krakauer w swojej książce "Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim". Twórcy filmu czyniąc bohaterkę mścicielką, przynajmniej na chwilę dają kobiecej widowni radość płynącą ze słodkiej zemsty i poczucie satysfakcji.     

Filmowe remanenty - "Jeszcze nie koniec", "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

Z kronikarskiego obowiązku odnotuję krótko dwa filmy, które,  nadrabiając zaległości, obejrzałam w ubiegłym tygodniu.

Pierwszy, mniej znany, ale tym bardziej wart polecenia, to francuski "Jeszcze nie koniec" debiutanta Xaviera Legranda, zdobywca Srebrnego Lwa w Wenecji i innych nagród na licznych festiwalach. Przyznam, że jakoś wcześniej umknął mojej uwadze, ale bardzo dobre recenzje, sprawiły, że poszłam do kina dosłownie w ostatnim momencie, bo film zniknął już z ekranów w moim, niemałym przecież, mieście. Jest to kameralna, niespieszna, ascetyczna, niemizdrząca się do widza opowieść o przemocy domowej. Po rozwodzie rodziców toczy się w sądzie sprawa o kontakty ojca z synem, który wyraźnie oświadcza, że taty widywać nie chce. Długo nie wiemy, po czyjej stronie jest racja. Czy ten niegroźnie wyglądający mężczyzna rzeczywiście jest agresywny? Czy to może matka rozgrywając swoją wojnę z byłym mężem, manipuluje synem, nastawia go przeciwko ojcu? A może to sprytny chłopiec chce coś ugrać przy okazji? Stopniowo widz poznaje prawdę. Film jest znakomicie zagrany, także przez młodego aktora. Chociaż formalnie ascetyczny, momentami trzyma w napięciu, pozwala wczuć się w emocje osoby zaszczutej, zastraszonej, która z problemem musi radzić sobie sama. A to Francja, w Polsce jest na pewno jeszcze gorzej. Ostatnie dziesięć minut filmu to emocjonalny majstersztyk. Wstrząsający finał. Chociaż film nieefektowny, przykry, to naprawdę polecam. Szkoda tylko, że teraz, dwa tygodnie od premiery, pewnie niełatwo go znaleźć.

Drugi film to głośne "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri", które pewnie tej nocy zostaną obsypane workiem Oskarów, a już przecież dostały cztery Złote Globy. Wszyscy się tym filmem zachwycają, ja obejrzałam go dopiero teraz, bo przed krótkimi wakacjami nie zdążyłam. Wybrałam wtedy "Niemiłość" Zwiagincewa, zrobiłam oczywiście słusznie, i dopiero teraz, po powrocie, stęskniona za kinem nadrobiłam zaległość. Kto miał widzieć, pewnie już widział, ale kronikarski obowiązek i przekora  każą mi jednak podzielić się garstką refleksji. Film rzeczywiście bardzo dobrze się ogląda, chociaż dotyka tematów przykrych - śmierć, utrata, zbrodnia, zemsta, poczucie krzywdy - łączy smutek może nie tyle z humorem, ile z dowcipem. Zgadzam się, że jest świetnie zrobiony, zaskakujący, chwilami nieoczywisty, znakomicie zagrany przez Frances McDormand i Sama Rockwella, ale ... No właśnie, ale gdzieś tak od połowy, chyba od pożaru posterunku policji, pomyślałam, że wszystko tu się za fajnie układa. Ja wiem, że to, co teraz piszę, jest z punktu widzenia krytyki filmowej, czy jakiejkolwiek innej, nieprecyzyjne, ale trudno mi moje wrażenia ubrać w konkret. Za gładkie jest to kino, może zbyt przekombinowane, po prostu od jakiegoś momentu staje się przewidywalne. Nie tyle dotyczy to przebiegu akcji, ale bohaterów. Wiemy już, że źli i głupi niekoniecznie okażą się rzeczywiście źli i głupi, każdy tu dostanie swoją szansę. No i ten wzruszająco szlachetny, do końca, szef policji. Brakuje mi w tym filmie prawdziwego pazura, prawdziwych emocji albo odwrotnie - takiego stopnia absurdu, jaki jest w większości filmów Coenów. Nieprzypadkowo tu ich wspominam, bo rzeczywiście, nie  tylko za sprawą Frances McDormand, dostrzegałam wyraźne pokrewieństwo między "Trzema billboardami za Ebbing, Missouri", a kinem braci. Ale tylko do jakiegoś momentu. Oni w absurd brną konsekwentnie, a tu dostajemy jednak pięknie oszlifowane, ociosane kino. Zachęcać pewnie do obejrzenia nie muszę, film ma rzesze wielbicieli. Ja się jednak z tego klubu wypisuję - obejrzałam z przyjemnością, ale i z lekkim znużeniem. Bez przesady z tymi zachwytami.

"Dzikie historie"

Z tygodniowym opóźnieniem obejrzałam "Dzikie historie" wyprodukowane przez Pedro Almodovara. Jest to debiut reżyserski urodzonego w Argentynie Damiana Szifrona. Właściwie nie wybierałam się na ten film, bo zawsze po zaliczeniu filmowej wpadki (tym razem"Pani z przedszkola") przez jakiś czas dziesięć razy się zastanawiam, zanim pójdę do kina. Poza tym pogoda nie sprzyjała (zima, zima, brrr!). No ale jako nałogowa kinoholiczka długo bez używki nie wytrzymam, więc obłaskawiona zachęcającymi głosami dyskutantów w moim ulubionym Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura ostatecznie poszłam. 

"Dzikie historie" to trzymający poziom film przypominający trochę Almodovara z najlepszych czasów, ale oczywiście do oryginału mu daleko. (Podobno jeszcze bardziej jest w stylu Bunuela, nie będę jednak udawała, że go znam.) Składa się z  sześciu zgrabnych nowel, które opowiadają o tym, co dzieje się z ludźmi, kiedy mają już naprawdę dość. A powody frustracji czy gniewu są bardzo różne, czasem niezwykle poważne (oszustwo, zdrada), czasem kompletnie idiotyczne (męska pycha), innym razem to dokuczliwa codzienność (bezduszność biurokracji i przepisów). Kiedy zostanie przekroczona masa krytyczna, bohaterowie wybuchają, dochodzi do głosu ich dzika, zwierzęca natura. Ileż to razy bezradni i wściekli dajemy upust swojej wyobraźni, ogłaszając światu, co byśmy najchętniej zrobili. Szifron właśnie takie sytuacje pokazuje, doprowadzając je do absurdu. Film opiera się na czarnym humorze, momentami bywa bardzo śmieszny, groteskowy, nie przekracza jednak granic dobrego smaku. Nowele, co nieuniknione, podobnie jak opowiadania zebrane w jednej książce, są odrobinę nierówne. Mnie najbardziej podobały się trzy: o kelnerce obsługującej oszusta, który doprowadził do ruiny jej rodzinę, o inżynierze zmagającym się z bezduszną machiną biurokracji (doskonale znamy uśmiechniętych, służbowo miłych urzędników lub pracowników infolinii, którzy jak mantrę powtarzają wyuczone formułki, nic nie mogą, a ich szef jest dla nas niedostępny) i o milionerze zmuszonym do wyciągnięcia syna z kłopotów. Pozostaje pytanie, czy upust gniewu cokolwiek poza zemstą czy wyrównaniem rachunków załatwia? Przynosi ulgę? Pocieszenie? Czyni świat lepszym? Otóż skutki są różne, nie zawsze takie, jakbyśmy oczekiwali. Najczęściej gniew prowadzi na manowce.

Czas na ostateczną konkluzję. Dobry, zabawny film. Miła propozycja weekendowa, tylko tyle albo aż tyle, zależy od punktu widzenia. Ja jednak stale czekam na coś, co koniecznie trzeba będzie zobaczyć! Film wagi ciężkiej, nie deserowej! Od "Lewiatana" nic takiego się nie pojawiło. Czy będzie to najnowszy film mojego ulubionego Gonzalesa Inarritu ("Amores perros", "21 gramów", "Babel")? Czy włoskie "Cuda" nagrodzone w Cannes? Czy "Hiszpanka" Łukasza Barczyka? Czy jeszcze coś innego? Bo pewnie jednak nie "Fotograf" Krzystka, na którego wybieram się w przyszłym tygodniu.

Pedro Almodovar "Skóra, w ktorej żyję"

Jak zapowiadałam w poprzedniej notce, czym prędzej poszłam na najnowszego Almodovara. To jeden z moich ulubionych reżyserów. Takich, co to ich filmy mogę oglądać po kilka razy. Poprzedni, "Przerwane objęcia", bardzo mnie rozczarował. Mało w nim było prawdziwego Almodovara, pozostał czysty melodramat, a nie tego od hiszpańskiego reżysera oczekuję. Dlatego na "Skórę, w której żyję" szłam trochę z duszą na ramieniu. Na szczęście reżyser wrócił do formy. W filmie odnalazłam wszystko to, co tak u niego lubię, tylko humoru właściwie nie ma. Tym razem jest na serio w almodovarowskim sosie. Trochę jednak pomarudzę. Chyba po prostu przyzwyczaiłam się do stylu ekscentryka z Madrytu i coś, co kiedyś było świeże, zaskakujące i olśniewające, dziś już zadziwić nie może. Pozostaje sprawnie zrobiony film, który świetnie się ogląda i kilka modnych tematów, nie tak znowu głęboko i odkrywczo potraktowanych. Raczej bardzo dobra rozrywka niż przeżycie. Ale zobaczyć oczywiście trzeba, a dla widzów zaczynających swoją przygodę z Almodovarem być może będzie to coś więcej. Tak jak dla mnie kiedyś. Tym razem celowo nie zdradzę nic z treści, bo w wypadku tego filmu im mniej się wie, tym przyjemniej się ogląda. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Słyszałam głosy, że to zupełnie inny Almodovar. Inny? Ja odnalazłam w tym filmie ulubione motywy, wątki i chwyty hiszpańskiego reżysera. Jest problem płci, pytanie o to, co właściwie ją determinuje, co znaczy być kobietą czy mężczyzną. Jest motyw matki i syna. Pojawia się wielka, szalona miłość, tym razem nie tylko w wersji damsko- męskiej, ale też ojca do córki. Są tajemnice, sięganie w przeszłość bohaterów, dziwne postacie, wielki, tajemniczy dom, ogrywanie gatunkowej konwencji (tu thriller), nasycone barwy, kicz, przebrania. Ja odnajduję tu nawet echa dawnych scen. Kiedy Zeca, syn Marilii, rzuca się na Verę, myląc ją ze swoją dawną kochanką, staje mi przed oczami przekomiczna scena gwałtu z "Kiki" (Mam nadzieję, że pamięć mnie nie zawodzi. Ale wykluczyć, że pomyliłam tytuły, nie mogę.). Tyle, że to, co oglądamy na ekranie tym razem, wcale nie jest śmieszne, raczej smutne czy tragiczne. Mnie ten film trochę przypomina wspomnianą już "Kikę". Wielki, kryjący tajemnicę dom, jego właściciel, chirurg plastyk i jednocześnie naukowiec Robert Ledgard (tam był pisarz). Karnawałowy kostium Zeci czy druga skóra Very mogą być dalekim echem dziwacznej kamery, którą dźwiga na głowie jedna z bohaterek "Kiki". Wreszcie zbrodnia. Ale może to tylko takie moje impresje i luźne skojarzenia, może gdybym obejrzała "Kikę" po raz kolejny (na pewno kiedyś to zrobię), podobieństwa okazałyby się tylko czczą imaginacją. To, co odróżnia najnowszy film Almodovara od poprzednich, to ton serio i porzucenie ulubionego przez niego melodramatu na rzecz thrillera.

Reżyser kreuje postać mrocznego, złowrogiego Roberta Legranda, chirurga plastycznego, który w zaciszu swojego wielkiego, pustego, pilnie strzeżonego domu przeprowadza niedozwolone eksperymenty: hoduje ludzką skórę odporną na ogień czy ukąszenia owadów. Nie to chyba jest jednak najgorsze. Korzystając ze swojego wynalazku i talentu chirurga, stwarza nowego człowieka. Mszcząc się na gwałcicielu swej ukochanej córki (gwałt tragicznie odcisnął się na jej losie), porywa go, więzi, aby stopniowo zmienić w niezwykle piękną  kobietę o idealnej, gładkiej skórze. Tak idealną, że aż w swym pięknie nierzeczywistą. Kobietę-miraż, kobietę-marzenie. Aluzje do Frankensteina czy Pigmaliona są tu oczywiste. Czy równie uprawnione jest porównywanie go do Boga-stwórcy? Chyba jednak nie do końca. Wszak intencje Roberta nie są czyste. O ile  praca nad doskonałą, ludzką skórą to wynik tragicznego wypadku jego żony, i w tym sensie jest szlachetna, bo może być ratunkiem dla wielu okaleczonych, o tyle zmiana płci, a właściwie stworzenie kobiety, Very, to efekt zemsty. O szlachetności nie ma co mówić. Nie jest też jasne, co Robert zamierzał zrobić z Verą, zanim nie uległ jej doskonałemu czarowi i  nie zakochał się w niej. Być może, nie wiedział. Zabić? To sugeruje mu Marilia. Więc jeśli już Bóg, to raczej ten starotestamentowy, groźny i okrutny, a nie miłosierny, jakim chcemy Go widzieć dziś. Produkt Roberta okazuje się też niedoskonały i to na kilku poziomach. Vera jest piękna, ma ponętne, idealne ciało, ale nie potrafi przeżywać cielesnych rozkoszy. Udając miłość, pożądanie i ekstazę, cierpi z bólu i prawdopodobnie obrzydzenia. Wszak naprawdę pozostała nadal mężczyzną, dawnym Vincetem uwięzionym w kobiecym ciele. I na tym polega kolejna porażka almodovarowskiego Frankensteina. Jego twór nadal pozostaje mężczyzną, Vincetem, który nie zapomniał nie tylko o swojej płciowej tożsamości, ale i o przeszłości. Dlatego zrobi wszystko, aby wrócić do matki (znowu matka i syn). Ta więź okazuje się najsilniejsza. Vera to też swoista femme fatale. Swoista, bo naprawdę pozostaje mężczyzną. Musi uwieść Roberta, aby uciec. Będzie udawać i cierpieć, żeby zdobyć upragnioną wolność. I to kolejna porażka mściwego demiurga. Stworzona przez niego piękność jest nie tylko niedoskonała, ale zaczyna żyć własnym życiem i nie podporządkowuje się jego woli. Almodovar stawia w swoim filmie pytanie o granice medycznych i genetycznych eksperymentów, które mogą się wymknąć spod kontroli, nie udać czy służyć niecnym celom. Wraca też do jednego ze swoich ulubionych tematów: płci, płciowej tożsamości. Na ile nasza fizyczność determinuje płeć? Kiedy jesteśmy kobietą? Kiedy mężczyzną? Kiedy granica się zaciera? Kim będzie Vera, w której ciele uwięziony został Vincent? Jak będzie żyć? Zyska czy straci na tej przemianie? Jak zareagują na to jej matka i przyjaciele? Rozpoznają? Zaakceptują? Warto zauważyć, że reżyser pokazuje sytuację odwrotną niż ma to miejsce zazwyczaj. Nikt tu nie został wyzwolony od brzemienia nieakceptowanej płci, przeciwnie: Vincent dostał nową  wbrew swojej woli. Jest ofiarą medycznej zbrodni, medycznego gwałtu. I nie ma znaczenia, że to kara. Ale czy rzeczywiście kara? Raczej zemsta, o czym już wspominałam.

Można też po obejrzeniu tego filmu stawiać sobie pytania o winę i karę. Czy odurzony prochami Vincent odpowiada za to, co zrobił? Jak twierdzi, i pewnie mówi prawdę, niczego nie pamięta. Ale zło się stało. Jest winien. Czy ma sens kara wymierzana po latach? Kiedy jest już innym człowiekiem? I czy kara może być zemstą?

Takie refleksje hulają w mojej głowie po obejrzeniu najnowszego filmu Pedro Almodovara.   

   

Popularne posty