Serhij Żadan "Arabeski"

Od jakiegoś czasu zbierałam się, aby sięgnąć po najnowszy tom

opowiadań, "Arabeski", Serhija Żadana (Czarne 2025; przełożył Michał Petryk), jednego z moich  ulubionych pisarzy. Już "Mezopotamią", jego pierwszą książką, jaką przeczytałam, byłam zachwycona. "Woroszyłowgrad", a potem zwłaszcza "Internat" tylko umocniły mnie w moim zachwycie dla jego twórczości. Korzystając z tego, że Czarne wznowiło wcześniejsze utwory pisarza, kupiłam wszystkie. Z tej puli jak dotąd sięgnęłam tylko po "Depeche Mode", więc nadal w czytniku czekają na mnie jeszcze jego dwie albo trzy książki, na które po lekturze "Arabesek" nabrałam znowu ochoty. Bo najnowszy zbiór opowiadań Żadana przypomina to, co najlepsze w jego prozie, ale ze względu na mikrą objętość budzi niedosyt. Chciałoby się więcej. 

Przyznam, że trochę się bałam tej lektury, bo to przecież proza pisana już w czasie wojny, dlatego aż tyle z nią zwlekałam. Trochę też decydowały względy logistyczne - no bo kiedy przeczytam, to najlepiej nie zwlekać z zapisaniem refleksji, a nie zawsze był czas. Aż w końcu przyszedł moment, gdy potrzebowałam czegoś krótkiego i postanowiłam w końcu zmierzyć się z "Arabeskami".

Muszę przyznać, że mój lęk przed lekturą był zupełnie niepotrzebny - nie znajdziemy tu żadnej wojennej makabry. Akcja tych miniaturowych opowiadań, które nie przez przypadek zatytułowane zostały "Arabeski", toczy się w jakimś nienazwanym mieście z dala od frontu. Oczywiście wojna tu dociera, ale nie jest to nic takiego jak "Null" Szczepana Twardocha. A dociera na rozmaite sposoby. Jest trochę zniszczeń spowodowanych nalotami, jest sporo opuszczonych mieszkań czy domów, bo wielu ludzi wyjechało, szyny tramwajowe zarosły zielskiem, lekcje odbywają się online, bo szkoła została zniszczona, są żołnierze i żołnierki, którzy przyjeżdżają na przepustkę albo w wyniku odniesionych obrażeń wrócili do miasta, odbywają się pogrzeby poległych na froncie, są wreszcie wolontariusze, którzy na zapleczu  pomagają na różne sposoby. Ale najbardziej dojmujące są pustka i bezczas. 

Pustka, która towarzyszy bohaterom wędrującym przez ruchliwe niegdyś miasto, a teraz opustoszałe. Na stadionie nic się nie dzieje, nie jeżdżą tramwaje, po zniszczonej szkole, w której stróżuje starszy nauczyciel, hula wiatr. 

Stoimy pod wielkim niebem przedmieścia, milczymy, słuchamy ciszy. Jest cicho jak w domu, z którego wyjechała wielka skłócona rodzina. Niedzielny ranek, na ulicach, za płotem pusto. Tory tramwajowe są zardzewiałe po zimie. Tramwaje nie jeżdżą od końca lutego.

A teraz było jakoś dziwnie i to budziło lęk: rozpalone sierpniem miasto, oślepiająca panorama prospektu, wypalone słońcem niebo na horyzoncie, ciężka zieleń alei, a przy tym - żadnego głosu, żadnego ruchu, jakby wszyscy przechodnie, wszyscy mieszkańcy miasta, dorośli i dzieci pochowali się za drzewami, bawiąc się w tylko im znaną grę i coś ukrywając. To budziło jeszcze większy lęk.

Wszystko zawieszone zostało w bezczasie - pomiędzy całkiem niedawną przeszłością, a nie wiadomo jak odległą przyszłością. Życie się przekształciło, przeszło w formę przetrwalnikową, wypadło z kolein, wszystko toczy się jakoś inaczej.

Za oknami stoi długi powolny wieczór. W budynku jest cicho. Czas się zepsuł i nikt się nie spieszy z naprawianiem.

Czekamy, grzejemy się na słońcu, myślimy, że wracają ptaki, wraca wiosna, trwa dziwne życie, wlecze nas za sobą, jak prąd wlecze buty topielców.

- Słuchaj, ja w ogóle nic nie pamiętam - powiedział. - Mam mrok w pamięci. I nie wiem, jak to wszystko oświetlić. Staram się przypomnieć sobie, jak to było, co robiliśmy, co nam przynosiło radość. I nie mogę. Wiesz, to jest tak, jakbyś wychodziła z jasnego miejsca w noc i próbowała coś zobaczyć. I niczego nie ma. Rozumiesz?

Kilka tygodni temu złamało się życie, zepsuł się czas, zmieniło się poczucie oddychania, jego miarowości i konsekwencji.

I w tej pustce i bezczasie jakoś się trzeba odnaleźć, chwycić tego, co jest, choćby promieni ciepłego wiosennego słońca. Pracować, jeśli można, zaciągnąć się do wojska albo do  służb pomocniczych, odprawiać nabożeństwa w cerkwi, odprowadzać ludzi na miejsce wiecznego spoczynku, czytać książki, gotować dla córki, która przyjechała na przepustkę. I udawać, że człowiek nie boi się śmierci, nie czuje się samotny. 

Więc trzymamy się czegokolwiek, co zapewnia schronienie, zapewnia równowagę. Tego cholernego słońca, tej niedzieli, pustego miasta, które prześwituje na wylot jak ryza papieru. Zmarznięci czterdziestoletni mężczyźni, usiłujący gdzieś się zaczepić w świecie, z którego wyrośli jak z dziecięcych butów. Tam za rogiem trwała wojna, śmierć chodziła ulicami, zaczepiając przypadkowych przechodniów, a my ukrywaliśmy się przed nią, jakbyśmy bawili się w chowanego z nauczycielką w podstawówce. Dziwne uczucie. Dziwne i przygnębiające. (...) Chcieliśmy innego powietrza, innej pamięci - nieobciążonej dymem wypalonych okien i osmalonego żelaza, pamięci bez ogłuszającej czarnej ciszy, pamięci bez tłuczonego szkła, które kruszy się pod zimowymi butami. Ale innej pamięci nie mieliśmy.

Ale nawet w takim świecie, gdzie wszystko uległo zawieszeniu, ludzie się żenią, kochają, zdradzają, rodzą się dzieci. 

Bardzo mocno i jednocześnie delikatnie  wybrzmiewa w tych opowiadaniach nieprzystawalność doświadczeń walczących na wojnie i tych, którzy z różnych względów pozostali w mieście. Czasem jest to opuszczony wzrok młodego mężczyzny, który w urzędzie stanu cywilnego, czekając na swój ślub, obserwuje żołnierza, który przybył tam w takim samym celu, a towarzyszą mu jego kompani z oddziału. Czasem niezręczność wisząca między matką i córką, która wróciła z wojny. Albo pomiędzy rekonwalescentem w wojskowym szpitalu a jego koleżanką z liceum, która przyszła go odwiedzić, chociaż nie widzieli się od czasu matury. Innym razem poczucie winy kogoś, kto nie zaciągnął się do armii. Dlaczego? Tego nie wiemy. 

Tej niewiedzy jest tu zresztą bardzo dużo. Jakbyśmy na chwilę wpadli do świata bohaterek i bohaterów, obserwując ich życie przez moment. Nie bardzo wiemy, co było wcześniej, nie wiemy, co się z nimi stanie. Tego przecież nie wiedzą także oni. Mogą mieć tylko nadzieję, że przetrwają i będzie jakieś potem. Przecież to nie pierwsza wojna - niektórzy z tych poprzednich wrócili a ich życie wskoczyło z powrotem na swoje tory. 

To taki typ opowiadań, o których trudno się pisze czy rozmawia, bo bardzo dużo dzieje się gdzieś pomiędzy słowami. Są ulotne, trudno je przyszpilić, trzeba się nad nimi pochylić, namyślić  i smakować, także urodę ich języka. 

Ptaki wypadają z nieba jak jabłka z kieszeni, zauważają naszą milczącą grupę, ostrożnie zanurzają się z powrotem w niebie, lecą w kierunku rzeki.

Cóż, aż mam ochotę zagłębić się w nich ponownie. Może pozwolę sobie na luksus powtórnej lektury i będę czytała po jednym każdego dnia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty