Chimamanda Ngozi Adichie "To coś na twojej szyi"

To moje drugie spotkanie z prozą nigeryjskiej pisarki mieszkającej w

Stanach Zjednoczonych i na pewno nie ostatnie, bo zamierzam krok po kroku przeczytać wszystkie jej beletrystyczne książki wydane w Polsce, a wielu ich nie ma. Bezpośrednim impulsem do sięgnięcia po "To coś na twojej szyi" (Zysk i S-ka 2011; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek) jest premiera jej najnowszej powieści, którą oczywiście będę chciała przeczytać. Wcześniej poznałam "Amerykaanę", w starym wydaniu. Wkrótce ukaże się  nowe - w  tłumaczeniu Kai Gucio w wydawnictwie Filia, które ma teraz publikować jej książki. Trochę żałuję, że nie zaczekałam, no ale po pierwsze kiedy ją kupowałam kilka lat temu, nie miałam pojęcia, że  przełoży ją ponownie Kaja Gucio, a po drugie wtedy to była jedyna powieść Chimamandy Ngozi Adichie dostępna w wersji elektronicznej.

Tym razem, jak już wspominałam, mój wybór padł na "To coś na twojej szyi". Muszę przyznać, że kiedy skończyłam pierwszy rozdział i zabrałam się za drugi, poczułam się zawiedziona, a nawet oszukana. Nie, nie dlatego, żeby mi się nie podobał, przeciwnie, zrobił na mnie duże wrażenie. Po prostu okazało się, że .... to zbiór opowiadań! Przez chwilę jeszcze miałam nadzieję, że w drugim rozdziale objawia się nowy wątek, bo po lekturze "Amerykaany" wiedziałam, iż autorka lubi mieszać wątki, miejsca i czas, ale szybko odkryłam, że nie tym razem. No a mój zawód wziął się stąd, że zawsze wolę powieść od opowiadań, w czym, niestety, nie jestem oryginalna, bo nie raz, nie dwa słyszałam narzekania, że w Polsce zbiory krótkich form sprzedają się i czytają się gorzej. Dlatego gdybym miała świadomość, że "To coś na twojej szyi" to opowiadania, wybrałabym "Fioletowy hibiskus" lub "Połówkę żółtego słońca". Skąd moja pomyłka? Otóż info wydawcy jest tak skonstruowane, że raczej trudno domyślić się, że nie chodzi o powieść. Cóż, może to zabieg celowy. 

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo gdyby nie moja błoga nieświadomość, być może wcale nie sięgnęłabym po "To coś na twojej szyi" albo odkładałabym lekturę na święty nigdy, a szkoda, bo opowiadania Chimamandy Ngozi Adichie okazały się bardzo interesujące, no i świetnie się je czytało. Czasem warto oddać się lekturze, która nie stawia oporu, a jeśli przy okazji ma się poczucie, że jest to rzecz wartościowa, to czegóż można chcieć więcej.

Podobnie jak w "Amerykaanie" pisarka umieszcza akcję w Nigerii albo w Stanach. Oddaje doświadczenia swoich rodaków mieszkających w ojczyźnie i tych, którzy zdecydowali się na wyjazd. Różny jest też czas akcji. Bohaterki i bohaterów tych opowiadań poznajemy tylko na chwilę, w jakimś momencie ich życia, raz więcej, raz mniej dowiadujemy się o ich przeszłości, ale jak potoczy się ich los, tego się nie dowiemy.

Jeśli sięgam po literatury niszowe, a bardzo chętnie to robię, szukam w nich przede wszystkim innych doświadczeń, dlatego tak bardzo lubię, kiedy znajduję tam jak najwięcej lokalności - codzienności, historii, polityki, problemów społecznych, odmiennego sposobu myślenia. Jednym słowem, chcę dowiedzieć się czegoś o miejscu, w którym umieszczona jest akcja. I właśnie to wszystko znajduję w prozie Chimamandy Ngozi Adichie. Świat w wielu punktach podobny do naszego, ale w wielu odmienny.

Są tu opowiadania nawiązujące do politycznej przeszłości Nigerii, o której nie miałam pojęcia albo coś tam tylko obiło mi się o uszy. To wojna domowa, która miała miejsce w latach 1967-1970, kiedy to od Nigerii próbowała się uwolnić Biafra, południowo-wschodnia część kraju zamieszkiwana w większej części przez lud Igbo. Echa tego konfliktu powracają w "Duchach". Ich akcja toczy się już długo po zakończeniu walk, ale bohater, emerytowany profesor, wspomina tamte wydarzenia. Zaciekawiona sięgnęłam do internetu, aby czegoś się na ten temat dowiedzieć. Tłem innego opowiadania, zatytułowanego "Osobiste przeżycie", są krwawe zamieszki, jakie wybuchły w jednym z miast. Dwie kobiety w różnym wieku z zupełnie innych warstw społecznych chronią się w zamkniętym sklepie. Są sobie zupełnie obce, różni je wszystko. Na moment się jednoczą, szukając schronienia, ale czytając, miałam świadomość, że tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą i nie rozumieją siebie wzajemnie, a gdyby dłużej były skazane na swoje towarzystwo, pojawiłaby się między nimi wrogość. Jak już wspominałam, duże wrażenie zrobiło na mnie pierwsze opowiadanie zatytułowane "Cela numer jeden". Opowiedziana w  nieco ironiczny sposób historia młodego studenta, którego rodzice pracują na tym samym uniwersytecie wstrząsanym wojną gangów. Chłopak trafia do więzienia, bo zadaje się z niewłaściwymi ludźmi. Czy jest winny, czy może stał się przypadkową ofiarą, bo policja musiała się wykazać, tego nie wiemy. Mamy tu wszystko jak w soczewce - przywileje zamożnych, beznadziejną sytuację biednych, korupcję, bezkarność policji, straszne warunki panujące w więzieniu. Ale to, co mnie poruszyło, to przemiana tego beztroskiego i niezbyt kryształowego chłopaka, która w nim zaszła pod wpływem tego, czego świadkiem był w celi.

Jak już wspominałam, opowiadania, których akcja toczy się w Nigerii, przeplatają się z tymi, których tematem jest doświadczenie emigracji do Stanów. I tu też znajdziemy bardzo różne historie. "Imitacja" to opowieść o kobiecie, której mąż jest bardzo bogaty. On mieszka w Nigerii, ona z dzieckiem w Stanach. Chociaż opływa we wszelkie luksusy,  czuje się w tym świecie samotna i obca, a jakby tego było mało, dowiaduje się, że jej mąż ma w Lagos kochankę, co wśród takich ludzi jak on nie jest czymś niezwykłym. Podwójne życie wydaje się czymś oczywistym. W opowiadaniu "W poniedziałek tydzień temu" znajdziemy zderzenie świata zamożnej Ameryki ze światem młodej Nigeryjki, która dołączyła do swojego chłopaka, a w oczekiwaniu na pozwolenie na pracę (albo zieloną kartę, nie pamiętam) opiekuje się dzieckiem prawnika i artystki. Nieoczekiwanie pod wpływem krótkiego spotkania z wciąż nieobecną mamą chłopca odkrywa w sobie coś, czego chyba wcześniej sobie nie uświadamiała. Przez moment wydaje jej się, że może być dla kogoś ważna, szybko się jednak rozczaruje. Chyba najbardziej przejmujące spośród amerykańskich  opowiadań jest to zatytułowane "Małżeństwo skojarzone przez swatów". To opowieść o młodej kobiecie wychowanej w Nigerii przez wujostwo, która zostaje przez nich wyswatana z nigeryjskim lekarzem mieszkającym w Stanach. Mamy tu zderzenie wyobrażeń o życiu w Ameryce z tym, jak to wygląda naprawdę. No i przejmującą historię dziewczyny, która jest przeraźliwie samotna, nie zna tamtego świata, tęskni za swoim dawnym życiem, chociaż nie było różowe, i orientuje się, że ten amerykański sen to dla niej pułapka. Jest jednak nadzieja - może okaże się silna i wybije się na samodzielność. Nadziei nie ma za to w opowiadaniu "Ambasada amerykańska". To zderzenie kobiety z bezdusznym urzędniczym aparatem amerykańskiej ambasady. Ona w wyniku sytuacji politycznej w kraju straciła dziecko, jej mąż, dziennikarz, musiał uciekać z Nigerii, a teraz ona stara się o azyl, aby do niego dołączyć. Nie potrafi i, pogrążona w rozpaczy, nie ma siły udowodnić, że jest ofiarą politycznych prześladowań. 

Dużo w tych opowiadaniach, których akcja toczy się w Stanach, samotności, poczucia obcości, niezrozumienia, bo przecież dla Amerykanów każdy czarny jest podobny i może wcale nie pochodzi z Afryki, a na przykład z Jamajki, i żmudnego pięcia się w górę, aby jakoś się urządzi i spełnić ten amerykański sen.

Wyjątkowe jest opowiadanie ostatnie, "Uparta historyczka", bo sięga czasów kolonialnych i opowiada historię silnej, samodzielnej kobiety mieszkającej w wiosce na głębokiej prowincji, żyjącej w społeczeństwie klanowym, która dopiero zderza się z białymi ludźmi, z ich obyczajami i religią. Ich świat z jej perspektywy jest dziwaczny, obcy i gorszy, żeby nie powiedzieć, głupi. Chcąc jednak dopiąć swojego celu, decyduje się powierzyć im swojego syna, czytaj posłać go do szkoły misyjnej. To jednak pułapka, bo on stanie się już kimś zupełnie innym. I dopiero jej wnuczka, trochę z obu tych światów, świadomie zacznie szukać swoich korzeni.

Bardzo ciekawe opowiadania. Każde można by poddać osobnej analizie, nad każdym można się zamyślić. Przyjemność lektury i poczucie, że to nie błahostka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty