Kto czytał powieści Abdulrazaka Gurnaha, a szczególnie
"Powróconych", koniecznie powinien sięgnąć po książkę Kaspra Bajona "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle" (Czarne 2025). Nie ukrywam, że był to najważniejszy powód, dla którego postanowiłam to zrobić. Oczywiście swoją wagę miało też to, że książka znalazła się w finale Nagrody Kapuścińskiego, no ale nie oszukujmy się, nie jestem w stanie czytać wszystkiego, co jest nominowane do rozmaitych nagród, nawet tych najważniejszych.Kasper Bajon jest cenionym i odnoszącym sukcesy scenarzystą filmowym oraz autorem kilku książek. Żadnej z wcześniejszych nie czytałam, kiedyś miałam ochotę na "Fuerte", rzecz o Fuerteventurze, jednej z Wysp Kanaryjskich, no ale widocznie nie tak ogromną, aby jednak po nią sięgnąć. Jak już wspomniałam, zupełnie inaczej było z "Poznaniem kolonialnym". Po lekturze "Powróconych" ta książka spadła mi jak z nieba. A poza tym tematyka kolonialna i postkolonialna żywo mnie interesuje.
Autor wyrusza do Tanzanii w poszukiwaniu śladów swoich poznańskich przodków - stryjecznego pradziadka Stanisława Bajona, budowniczego kilku kamienic i kościoła na poznańskich Jeżycach, oraz jego szwagra Paula Fenstera, lekarza. Wpadł na ich trop, wertując rodzinne albumy i kolekcję znaczków, wśród których znalazło się kilka z Tanzanii. Niewiele o nich wie, szczególnie o ich losach afrykańskich. Dręczy go też zagadka śmierci Stanisława, który podobno popełnił samobójstwo, bo nie wiodło mu się w interesach. Niektórzy jednak poddają ten fakt w wątpliwość. Jak mogło być naprawdę, odkrywa, a przynajmniej tak mu się wydaje, bo to nadal tylko poszlaki, po powrocie, co ma związek z jego doświadczeniami.
Pochylenie się nad losami tych dwóch przodków uświadomiło Kasprowi Bajonowi, że i my, Polacy, mieliśmy swój udział w kolonizacji Afryki, a więc nie byliśmy tacy niewinni, jak nam się czasem wydaje. I nie chodzi tu tylko o Ligę Morską i Kolonialną, założoną po odzyskaniu niepodległości, i snute wtedy marzenia o zamorskich koloniach, ale o czasy znacznie wcześniejsze. Autor przypatruje się temu na przykładzie zaboru pruskiego, a szczególnie Poznania. Takich ludzi jak Paul Fenster i Stanisław Bajon było znacznie więcej. Lekarzy, inżynierów, wojskowych i przedsiębiorców.
Polacy w służbie lub na usługach obcych mocarstw kolonizowali zamorskie tereny ochoczo i skutecznie. Byli lekarzami, żołnierzami, kupcami, budowniczymi, farmerami, urzędnikami. Wspierali opresyjny system i czerpali z niego korzyści. Udzielali się na Pacyfiku, w Namibii, Togo, Kongo, krajach Ameryki Południowej i w dzisiejszej Tanzanii. Że byli stronnikami "murzyńskiego wyzwolenia", nie ma z prawdą nic wspólnego; a tak chętnie przywoływany wszem wobec wątek haitański, który ma rzekomo wskazywać na wrodzoną miłość Polaków do wolności i samostanowienia, jest tendencyjny i nieprawdziwy.
Kiedy pod koniec XIX wieku spóźnionemu w kolonialnym wyścigu Cesarstwu Niemieckiemu coś jednak skapnęło i z obszarów dzisiejszej Tanzanii, Rwandy i Burundi powstała Niemiecka Afryka Wschodnia, wielu Poznaniaków i Wielkopolan tam właśnie wyjechało do pracy. Autor wydobywa z niepamięci niektórych z nich. Ślady ich pobytu w niemieckich koloniach można odnaleźć na przykład w poznańskich domach w postaci jakichś afrykańskich pamiątek, zdjęć w rodzinnych albumach czy znaczków w klaserach.
Ich [Poznaniaków] stosunek do kolonializmu zawsze był niejednoznaczny. Trochę obrzydzenia, trochę fascynacji. Trochę strachu, trochę zaintrygowania. Na pewno dużo fantazji.
Ale niewinność tracili też właściciele sklepów kolonialnych sprowadzający swoje towary zza morza, nie bacząc na warunki, w jakich pracowali rdzenni mieszkańcy, dzięki którym te towary mogły do Europy trafić. I oczywiście ci, którzy tam kupowali.
Wiadomo, sklepy kolonialne - szczególnie te z ulicy Krokodyli - pachniały nam cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Czytaj: dalekimi romantycznymi podróżami i - co tu się rozwodzić - pionierstwem. Mało kto dostrzegał w nich przyczółki globalnego terroru, miejsca, w których cierpienie ludzi z południowej części świata sprzedawano w gustownych opakowaniach pod postacią herbaty czy mydła.
Podobnie i my dzisiaj nie jesteśmy niewinni, nie zastanawiając się nad tym, w jakich warunkach pracują ludzie na plantacjach cytrusów, kawy czy herbaty, w kopalniach, wydobywając niezbędne nam surowce. Ile za swoją pracę dostają pieniędzy, ile zostaje na miejscu, a ile trafia do międzynarodowych firm. No i jaki jest koszt dla środowiska. Niewygodne pytania. Kwadratura koła.
Książka Kaspra Bajona przypomina mi pisanie francuskiego pisarza i podróżnika Patricka Deville'a. Jak dotąd czytałam dwie jego pozycje, "Vivę" i "Kampuczę", a kilka innych mam w domu. Dla obu podróż jest jednocześnie celem i pretekstem do rozmaitych rozważań mnożących się w sposób dygresyjny, a więc niekoniecznie uporządkowany. Jedni polubią taki sposób pisania, innych może to odstręczać. Ja Patricka Deville'a polubiłam i na pewno wrócę do jego książek, podobnie ma się rzecz z "Poznaniem kolonialnym".
Bo autor nie tylko stara się odnaleźć ślady swoich przodków, ale także pisze o innych Poznaniakach, którzy wyjechali do niemieckiej kolonii, kreśli historię niemieckiej kolonizacji, opowiada, jaką rolę odegrały w niej badania bakteriologiczne, a szczególnie praca Roberta Kocha, przypomina afrykańską podróż Henryka Sienkiewicza, cytując jego "Listy z Afryki", powołuje się na "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha, zastanawia się nad tym, jak niemiecki kolonializm odcisnął się na mentalności mieszkańców dzisiejszej Tanzanii, jak wielu wyprał mózgi. Używa terminu kolonizacja umysłu. To przykład askarysów, czyli miejscowych, którzy służyli w pruskim kolonialnym wojsku, schutztruppe. Takiego właśnie bohatera znajdziemy w przywoływanych tu już "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha. Pisze też o współczesnych problemach - kolonializmie ekonomicznym, o którym już wspominałam, w tym wypadku polegającym na wypieraniu Masajów z ich rdzennych ziem, aby tworzyć parki narodowe, rezerwaty czy tereny do polowań dla bogatych białych. A wszystko to ponad ich głowami. Ochrona przyrody nie była problemem, kiedy Tanzanię zamieszkiwało trzydzieści milionów, ale kiedy liczba mieszkańców wzrosła do siedemdziesięciu, a do tego dochodzą migranci z sąsiednich krajów, kurczące się obszary, na których mogą normalnie żyć, stają się zarzewiem konfliktu. Z drugiej strony turystyka to poważna gałąź gospodarki. Z trzeciej do miejscowych i tak trafiają ochłapy, większość zgarniają zagraniczne firmy i tanzańska elita.
Ale oprócz tego Kasper Bajon opowiada o swojej podróży, szczególnie w drugiej części książki, gdzie temat kolonializmu trochę schodzi na bok. Opowiada niezwykle interesująco, znowu meandrując i uciekając w dygresje. Gdzieś się zaduma, gdzieś opisuje kolonialną, pruską architekturę, innym razem wizyta na cmentarzu skłania go do poszukiwania informacji o pochowanych tam ludziach.
Te dwa groby, zagubione tutaj pośród gęstej zieleni, w zapachu bugenwilli i waleriany, opodal drogi, którą do szkoły chodziły nastoletnie muzułmanki w chustach na głowie i błękitnych sukniach, opowiadały historię matki, której synek zmarł najpewniej na jedną z tropikalnych chorób. Tego wczesnego przedpołudnia, na płaskowyżu, tuż nad brzegami kapryśnej sandy river, jakoś głęboko poruszyła mnie ta na pozór nic nieznacząca, a jednak kosmicznie wielka tragedia, która wydarzyła się tutaj blisko sto lat wcześniej i jak miliardy innych tego typu małych apokalips rozpłynęła się w ludzkiej niepamięci, tak że w zasadzie nie sposób było ją teraz zrekonstruować. Tylko ból, który uszedł w kosmos, jeszcze o niej zaświadcza gdzieś na rubieżach naszej galaktyki.
Opowiada o swoich przeżyciach związanych z noclegiem w buszu, o uciążliwej jeździe samochodem, o parze, Finie i Masajce, z którymi część tej podróży odbywał, zachwyca się krajobrazami, odnotowuje posiadówki w miejscowych knajpach i tak dalej, i tak dalej. Wszystko może stać się pretekstem do snucia opowieści, refleksji, zadumy. Przytacza też fragmenty dziennika, który prowadził.
Ja bardzo lubię tego typu pisanie, dlatego książkę Kaspra Bajona przeczytałam z dużą przyjemnością. A i powodów do zadumy jest sporo. No i "Poznań kolonialny" stanowi wspaniałe uzupełnienie prozy Abdulrazaka Gurnaha.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz