Shehan Karunalitaka "Siedem księżyców Maalego Almeidy"

Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że ukazała się powieść

lankijskiego pisarza Shehana Karunalitaka "Siedem księżyców Maalego Almeidy" (Marginesy 2023; przełożył Mariusz Gądek). I wcale nie chodziło o Bookera, którego autor za swoją książkę otrzymał, ale o Sri Lankę. Od dawna bardzo chciałam przeczytać powieść, której akcja toczyłaby się właśnie tam, napisaną przez kogoś stamtąd. Wprawdzie nieco odstraszyła mnie informacja, że zdarzenia rozgrywają się w planie realistycznym i fantastycznym: na Sri Lance i w zaświatach, ale pomyślałam, że te drugie będą tylko dodatkiem, a to, co istotne, dziać się będzie na Ziemi. No i chociaż rzeczywiście tak jest, to niestety powieść mnie rozczarowała. Muszę przyznać, że nie podzielam zachwytów, które tu i ówdzie słyszę.

Ale od początku, czyli kilka zdań wprowadzenia. Kolombo rok 1990. Na Sri Lance od lat trwa wojna domowa, w którą zaangażowane są różne siły. Zasadnicza walka rozgrywa się pomiędzy Tamilskimi Tygrysami z północy, którzy dążą do utworzenia swojego państwa, a siłami rządowymi, czyli w większości Syngalezami. Kiedy północ kraju stoi w ogniu, w Kolombo życie toczy się w miarę normalnie. Jeśli ktoś nie angażuje się w politykę, może spać spokojnie, o ile nie stanie się przypadkową ofiarą zamachu terrorystycznego. Bohaterem powieści jest Maali Almeida, fotograf, hazardzista i sprzedawczyk, jak sam o sobie mówi. Od siebie dodałabym jeszcze - cynik i erotoman. Od początku wiemy, że właśnie zginął i trafił w zaświaty w miejsce zwane Pomiędzy. Ma siedem księżyców, czyli siedem dni, aby wyświetlić zagadkę swojego morderstwa. Nie pamięta momentu śmierci. Podejrzewa, że powodem zabójstwa mogły być zrobione przez niego zdjęcia, na których utrwalał wojnę, akty terroru, ich ofiary. Miał w swojej kolekcji także takie fotografie, które kompromitowały rządzących. Ale Maali Almeida nie jest szlachetną postacią. Wysługiwał się różnym stronom konfliktu, pracował dla tych, którzy dawali mu zarobić. Czasem jako fikser zagranicznych dziennikarzy, czasem jako niezależny korespondent wojenny, ale współpracował też z armią rządową, poznał różnych polityków. Mógł narazić się wielu stronom. Stopniowo poznajemy jego historię zawodową, relacje rodzinne, związki.

Co mnie rozczarowało? Przede wszystkim potwornie nudziła mnie warstwa fantastyczna, której wbrew pozorom jest całkiem sporo. Zupełnie nie interesowały mnie rozgrywki pomiędzy zmarłymi, upiorami, duchami i demonami. Ich walka o dalszą drogę Maalego Almeidy, wygłaszane przez nie mądrości. Przez dłuższy czas mieszały mi się te wszystkie pozaziemskie zjawy, na szczęście z pomocą przychodził sporządzony przez autora spis bohaterów, do którego musiałam często zerkać. Trudno mi powiedzieć, na ile te zaświaty osadzone są w hinduizmie albo w jakichś mitach. Czy w ogóle? Ani mnie to nie bawiło, a podobno powinno, ani nie przerażało. Makabryczne zjawy, które do Pomiędzy trafiają w takim stanie, w jakim skończyły życie, przypominały mi postacie z obrazów Boscha - podziwiałam wyobraźnię autora, ale nie budziły we mnie lęku. Starałam się brnąć przez te fragmenty jak najszybciej, aby razem z duchem bohatera znaleźć się w ziemskim świecie.

Niestety tu wcale nie było lepiej. W gruncie rzeczy jest to powieść kryminalna czy sensacyjna - na pierwszy plan wybija się rozwiązanie zagadki, jak zginął Maali Almeida. Chcąc ją rozwikłać, jego duch wplątuje najbliższe mu osoby w polityczną awanturę, której konsekwencje mogą okazać się dla nich tragiczne. Potem przy pomocy zjaw i upiorów próbuje je uratować. Oczywiście można stawiać pytania, czy w imię swoich interesów, w imię wyświetlenia prawdy o politykach, czego nie zrobił za życia, ma prawo kogokolwiek narażać. Można się zadumać nad tym, jak mieszkańców Kolombo niewiele obchodzą ludzkie nieszczęścia, które dzieją się tuż obok nich. Niestety moim zdaniem to wszystko nie wybrzmiewa. Podobnie jak ginie gdzieś w morzu sensacyjnych zdarzeń tło polityczne i tragedia ludzi wplątanych w wojnę domową. Jeśli ktoś jest naprawdę zainteresowany tamtą zapomnianą wojną na tej rajskiej wyspie, niech sięgnie po reportaż Frances Harrison "Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance" wydany kilka lat temu przez Czarne. A już na pewno powinien to zrobić każdy, kto tam był albo się wybiera. Mnie "Siedem księżyców Maalego Almeidy" nie przekonało.

Natasha Brown "Przyjęcie"

Powieść Natashy Brown "Przyjęcie" (Wydawnictwo Poznańskie

2023; przełożyła Martyna Tomczak) to jedna z tych książek, nad którą hamletyzowałam - czytać czy nie czytać? warto czy jednak szkoda czasu? Najpierw zapisałam ją na listę alertów cenowych, która jest dla mnie nie tylko czekaniem na przystępną cenę, ale także rodzajem książkowego czyśćca - próbę czasu przetrwają tylko te tytuły, które naprawdę chcę przeczytać. Mimo że dość często cena świeciła się na czerwono, jakoś jej nie kupowałam. Spotkanie z autorką na Festiwalu Conrada zaciekawiło mnie na tyle, że postanowiłam "Przyjęcie" wypożyczyć z biblioteki. Jeśli nie będę zachwycona, przynajmniej nie będzie mi żal wydanych pieniędzy. No bo temat bardzo ciekawy - kwestia rasy, klasy, feminizm, patriarchat. Co mnie odstraszało? Skondensowana forma, która bywa zaletą, ale bywa też pułapką. Bałam się trochę jej przerostu nad treścią. 

Wypożyczyłam, przeczytałam. Jaki jest werdykt? Jeden z blurbów zamieszczonych na okładce głosi: Lektura tej książki robi niezapomniane wrażenie! Otóż na mnie nie robi! Być może byłoby inaczej, gdybym wcześniej nie poznała znakomitego eseju Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry", który traktuje dokładnie o tym samym, o czym  powieść Natashy Brown, robi to jednak znacznie dokładniej i wnikliwiej, zwraca uwagę na problemy, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, pokazuje, dlaczego takie książki warto czytać także w kraju, którego społeczeństwo nadal jest dość homogeniczne. Jeśli jednak ktoś nie ma ochoty i czasu na bardziej wymagający esej, nie zastanawiał się dotąd głębiej nad kwestiami koloru skóry, rasy, białego przywileju, niech przynajmniej sięgnie po krótką powieść Natashy Brown, która przedstawia te problemy w pigułce.

Narratorka "Przyjęcia" to młoda czarna Brytyjka, która pracuje w jednym z banków na wysokim stanowisku i właśnie dostała awans na jeszcze wyższe. Na tym zawodowym szczeblu jest jedyną kobietą wśród mężczyzn. Osiągnęła sukces zawodowy, a co za tym idzie finansowy. Do jednego z jej dotychczasowych zadań należy jeżdżenie do szkół z prelekcjami i zaświadczanie swoim przykładem, że czarna dziewczyna z niższej klasy społecznej też może do czegoś dojść. Do tego dochodzi udany związek z białym facetem z klasy wyższej. Niby wszystko jest w porządku, niby powinna być zadowolona, jej rodzina na pewno jest z niej dumna, a jednak coś  tu nie gra. Pod wpływem pewnego zdarzenia zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem, a robi to, jadąc na to tytułowe przyjęcie w wiejskim domu rodziców swojego partnera. Przyjęcie, na które nie ma ochoty, ale nie potrafi powiedzieć - nie. Dlaczego? Bo dla jej dobra tak została sformatowana - przez rodzinę, przez szkołę, przez społeczeństwo.

Bądź najlepsza. Pracuj ciężej, działaj sprytniej. Przechodź wszelkie oczekiwania. Lecz zarazem, bądź niewidzialna, niezauważalna. Nie stawiaj nikogo w niezręcznej sytuacji. Nie sprawiaj kłopotu. Istniej tylko w przestrzeni negatywnej. Nie wciskaj się na pierwszy plan! Przemykaj niezauważona. Stań się powietrzem. Otwórz oczy.

Tego uczy się czarne dziewczyny, dla ich dobra, aby kiedyś mogły osiągnąć sukces. I ona ten sukces osiągnęła, ale myśl, że jej życie dalej ma się toczyć takim właśnie trybem, przeraża ją. Praca, której tak naprawdę nie lubi - wybrała karierę w finansach, bo tylko w tej dziedzinie ona, czarna dziewczyna, mogła stosunkowo łatwo, chociaż ciężko pracując, dojść do stanowisk dających stabilizację finansową. Mimo sukcesu nadal czuje, że jej kolor skóry i fakt, że jest kobietą, to problem dla jej kolegów. To ją ogranicza, tworzy szklany sufit. Być może ten awans jest ostatnim na jej drodze zawodowej.

Jestem tym, czym zawsze byliśmy dla imperium: je...nym czystym zyskiem. Zasobem naturalnym, który się eksploatuje, lekceważy zużywa. (...) Nie jestem im winna kolejnych czterdziestu lat mojego życia.

Związek z białym mężczyzną, dzieckiem arystokratów w gruncie rzeczy oparty został na obopólnej korzyści, a ile w nim prawdziwego uczucia, trudno powiedzieć. Ją legitymizuje w oczach jej zwierzchników i partnerów z pracy, jego w Partii Pracy, gdzie próbuje robić polityczną karierę. Czuje, że oszukuje te wszystkie młode dziewczyny, którym opowiada o swoim sukcesie.

W najlepszym razie te dzieciaki dorosną, zasymilują się i swoją pracą będą zasilały budżet państwa, które w kółko im powtarza, że nie są Brytyjczykami. Że tutaj nie jest ich dom. Czy powinnam im o tym powiedzieć?

Jej opowieść miejscami aż kipi gniewem. Jest wściekła na białych Brytyjczyków, którzy nie pamiętają, że ich dobrobyt został zbudowany na eksploatacji i wyzysku czarnych.

[czarne] ciała, wystawiane na targach, upychane, skute łańcuchami, bok przy boku i głowa przy stopie pod pokładem (...) statku. Warunki gorsze niż dla zwierząt.

Jest wściekła, bo chociaż w Wielkiej Brytanii urodziła się nie tylko ona, ale także jej rodzice, nadal nie jest stąd.

Tu się urodziłam, tu urodzili się moi rodzice, tu mieszkam całe życie - ale nigdy nie będę stąd. Ich kultura w moim wykonaniu staje się parodią.

Jak znaleźć tę równowagę? Ten złoty środek? Być sobą, czarną dziewczyną, której przodkowie urodzili się na innym kontynencie, może byli niewolnikami, a jednocześnie czuć się częścią brytyjskiego społeczeństwa? Ale właśnie to społeczeństwo na to jej nie pozwala. Bądź taka jak my, ale przecież ona z jej historią nie może być taka jak oni. Pozwólcie mi być sobą! - zdaje się krzyczeć narratorka. Tyle tylko, że ona już nie ma ochoty walczyć, brnąć dalej w ten fałsz. Tak myśli o swoim udziale w przyjęciu, na które została zaproszona.

Rozumiem, co oznacza ten weekend. Odsłonięcie kotary, zaproszenie do ukrytych komnat. Ale nie przyjęcie do grona. Jeszcze nie. Tylko jeden krok naprzód, krok bliżej. (...) uczę się, czym jest kapitał kulturowy. Uczę się poruszać po ich świecie. Jak powinnam żyć. Co powinno sprawiać mi przyjemność. Obserwuję i chłonę. To wymaga wprawy. Zrozumienia, co jest poza zasięgiem. Do czego nigdy nie doskoczę.

Niech lektura "Przyjęcia" Natashy Brown będzie wstępem do sięgnięcia po wspomniany przeze mnie esej  Reni Eddo-Lodge.

Walter Kempowski "Wszystko na darmo"

Kiedy tylko dowiedziałam się, że ArtRage zamierza wydać powieść 

niemieckiego pisarza Waltera Kempowskiego "Wszystko na darmo" (2023; przełożyła Małgorzata Gralińska), której akcja rozgrywa się na terenie Prus Wschodnich  zimą roku 1945, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nie żebym wcześniej znała autora albo słyszała o tej książce, nic z tych rzeczy. Z mojej niewiedzy czuję się jednak rozgrzeszona, bo to pierwsza pozycja tego niemieckiego pisarza, jaka wychodzi w Polsce, choć w jego dorobku ostatnia. Nieprzypadkowo w artrage'owskiej serii Cymelia, w której mają ukazywać się zapomniane lub nigdy niewydawane w naszym kraju klasyki literatury światowej. Choć powieść "Wszystko na darmo" ukazała się w Niemczech kilkanaście lat temu, już na tamtejszym rynku klasyką się stała. Tak przynajmniej zapewnia szefostwo ArtRage i tłumaczka. 

Zatem jeśli nie o pisarza chodziło, to  magnesem był temat - historia Prus Wschodnich, ewakuacja mieszkańców tych terenów zimą 1945 roku, cały ten skomplikowany splot  cierpienia ludności cywilnej i niemieckiej winy. Temat długo przemilczany, od jakiegoś czasu poruszany. Tu muszę oczywiście polecić znakomitą powieść wydawanego w Polsce, chociaż chyba słabo rozpoznawalnego, innego niemieckiego pisarza Siegfrieda Lenza "Muzeum ziemi ojczystej", której akcja rozgrywa się na tych terenach, ale obejmuje znacznie szerszą perspektywę czasową, bo sięga jeszcze przed pierwszą wojnę światową. 

Akcja "Wszystko na darmo" rozpoczyna się w styczniu 1945 roku w popadającym w ruinę dworze Georgenhof należącym do rodziny von Globig. Gdzieś pomiędzy Elblągiem, a Olsztynem, niedaleko miasteczka Mitkau, którego nie udało mi się zidentyfikować. Tu dygresja dotycząca nazewnictwa. Może byłoby lepiej, bo bardziej autentycznie, gdyby wszystkie nazwy miejscowości zostały zapisane w niemieckiej wersji, a te, których polskich nazw nie udało się rozszyfrować, dodatkowo opatrzone przypisem? Trochę nie rozumiem, dlaczego Elbląg, Olsztyn, Królewiec, Tylża pojawiają się w polskim brzmieniu, skoro inne, prawdopodobnie trudne do identyfikacji, a może w ogóle wymyślone przez pisarza, w niemieckim. Ale to drobiazg. Wróćmy do sedna. 

Pan domu, Eberhard von Globig, przebywa na froncie włoskim, w posiadłości mieszka jego żona Katharina, ich dwunastoletni syn Peter i cioteczka, stara panna, rezydentka, dzięki staraniom której życie we dworze jakoś się jeszcze toczy, bo matka i syn zdają się być pogrążeni w jakimś marazmie, niemocy, śnie. Regularnie odwiedza ich przychodzący z miasteczka nauczyciel Petera, który odkąd zamknięto szkołę, udziela mu prywatnych lekcji. Co jakiś czas z krótkiej gościny korzysta ktoś obcy, później na kilkudniowy odpoczynek pojawiają się uchodźcy. W domu jest zimno, ponuro, większość pomieszczeń stoi nieużywana, bo nie ma ich czym opalać, na głód nikt nie narzeka, ale o prowadzeniu wystawnego życia, jak kiedyś, nie ma już mowy, trzeba zadowolić się tym, co jest, a i tak żyje się łatwiej niż w mieście i można podzielić się zapasami z gośćmi albo z kilkoma ważnymi osobistościami z Mitkau. Autor znakomicie oddał atmosferę tego ponurego domu i tego czasu. Czytając, czułam się tak, jakbym tam była.

Pozornie niewiele się dzieje, to taki okres wyczekiwania, zawieszenia. Niby wiadomo, że Armia Czerwona się zbliża, z daleka słychać kanonadę, zdarza się alarm lotniczy, na horyzoncie widać łunę pożarów, ale wszyscy wierzą, że ofensywa zostanie odparta, a jeśli trzeba będzie wyruszyć w drogę i uciekać, to na krótko. Potem się wróci i zrobi porządki, wyremontuje zapuszczony dwór, znowu będzie się przyjmować gości i żyć jak dawniej. Tylko ci najbardziej zapobiegliwi i przewidujący już latem wysłali żony i dzieci do Berlina, Monachium czy innego miejsca w głębi Rzeszy. Tymczasem każdy z mieszkańców dworu żyje swoim życiem. Cioteczka się krząta, Katharina zamyka się w swoich pokojach, czyta, słucha radia, także zakazanego BBC, wspomina dawne czasy, jakiś przelotny romans nie-romans, który być może miał swoje poważne konsekwencje, od czasu do czasu jedzie do Mitkau załatwić jakieś sprawy albo spotkać się z przyjaciółką, która potrafi ją rozweselić. Peter uczy się, bada różne obiekty pod ulubionym mikroskopem, bawi się kolejką. Urozmaiceniem monotonii są te niezapowiedziane wizyty. To takie chwytanie normalności, chwil radości w czasach niepewności, tuż przed katastrofą, w którą prawie nikt nie wierzy. 

Jak dowiedzieć się można z posłowia tłumaczki, Walter Kempowski był archiwistą dnia codziennego, kronikarzem życia Niemców, zbierał listy, dzienniki, pamiętniki, dokumenty, wycinki gazet, które wydał w kilkunastu tomach. I taką swoistą kroniką jest też ta powieść. Bo chociaż na pierwszy plan wysuwają się mieszkańcy dworu, to w mniejszych lub większych epizodach poznajemy także kilkoro mieszkańców miasteczka, osiedla domków, które zostało wybudowane po drugiej stronie szosy, pojawiają się też robotnicy przymusowi czy jeńcy wojenni. Często są to tylko migawki, ale dzięki nim dostajemy całą panoramę postaw. To przeciętni Niemcy. Jaki jest ich stosunek do wojny, nazizmu, Hitlera? Różny. Od gorliwych wyznawców przez takich, którzy nie zastanawiają się jakoś specjalnie nad tym, co się dzieje, o ile nie utrudnia im to życia, do takich, którzy być może zaczynają wątpić i jak Katharina słuchają potajemnie obcych rozgłośni. Ile wiedzą? Co wypierają? Czemu dają wiarę? I chociaż w to w miarę spokojne życie mieszkańców dworu nagle wkroczą nieoczekiwane zdarzenia o tragicznych konsekwencjach, to oni zdają się je przyjmować wprawdzie z niedowierzaniem, zdumieniem, ale jednocześnie ze spokojem, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, co grozi zamieszanym w nie osobom. Jest to na tyle sugestywne, że  ja również przyjęłam podobną perspektywę i wydawało mi się, że małomiasteczkowe koneksje, zbliżający się front sprawią, że sprawa jakoś się rozmyje. Dziwne jest to, jak w gruncie rzeczy mieszkańców dworu niewiele łączy. Jakby każdy żył swoim życiem i troszczył się sam o siebie, jakby nie stanowili rodziny, jakby byli pogrążeni we śnie, znieczuleni.

Druga część książki to opowieść o gehennie ewakuacji. Wędrówce nieprzeliczonego ludzkiego węża na zachód, aby przedostać się do Rzeszy. Chaos, niepewność, niewiadoma, szaber, oszustwa, kradzieże, opuszczone domy i wsie, trupy ludzi i koni przysypane śniegiem zamarzające na mrozie, bombardowania. Śmierć przychodzi nagle, nieoczekiwanie i znowu jakby niespecjalnie poruszała. Trzeba zostawić zmarłych, pozbyć się niepotrzebnego bagażu i ruszać dalej w niewiadomą. Także narrator w beznamiętny sposób informuje o śmierci bohaterów. Nagle rzuca lakoniczną informację. Oprócz ludzi i zwierząt zagładzie podlegają też książki, obrazy, całe niematerialne, duchowe dziedzictwo. Nic nie ocaleje.

Na koniec chciałabym zwrócić jeszcze uwagę na specyficzny zabieg, jakim posługuje się autor. Otóż bardzo wiele zdań o charakterze twierdzącym kończy znakiem zapytania. Na mnie sprawia to takie wrażenie, jakby narrator opowiadając o tym bezpowrotnie minionym świecie, sam nie był pewny, jak było naprawdę. Może tak? A może jednak nie? Jakby ktoś usiłował po wielu latach przypomnieć sobie tamte zdarzenia, odczucia. Może też dlatego do niektórych wspomnień bohaterowie wracają po wielokroć. Wspominają je w krótkich migawkach, jakby sami nie byli pewni, czy miały miejsce, czy nie.

Bardzo ciekawa powieść, skłaniająca do zadumy i refleksji. Jedna z takich książek, o których się nie zapomina, mimo że trudno powiedzieć, aby się polubiło jej bohaterów.  

Tove Ditlevsen "Twarze"

Po autobiograficznej "Trylogii kopenhaskiej", powieści "Ulica

dzieciństwa" i opowiadaniach "Moja żona nie tańczy" przyszedł czas na "Twarze" (Kojro 2007; przełożyła Elżbieta Frątczak-Nowotny). To pierwsza wydana w Polsce książka duńskiej pisarki Tove Ditlevsen, która za sprawą Czarnego zyskała w naszym kraju należne jej miejsce. Ta niewielkich rozmiarów powieść, ledwo ponad sto stron, więc może jednak dłuższe opowiadanie, przeszła w chwili wydania bez echa. Szukając z ciekawości recenzji, znalazłam kilka na blogach i jedną w znanym tygodniku. Wydawnictwo, które miało specjalizować się w literaturze fińskiej, wydało zaledwie kilka tytułów i chyba już nie istnieje.

"Twarze" to nie jest lektura łatwa - z tych czterech pozycji dla mnie najtrudniejsza w odbiorze. Nie chodzi o formę, o hermetyczność, ale o temat, jakim jest choroba psychiczna, z którą zmaga się główna bohaterka. Lise to kobieta po czterdziestce, autorka popularnych książek dla dzieci, ma drugiego męża, troje dzieci i wygodne życie. Ale nie jest szczęśliwa. Od jakiegoś czasu nie pisze, mąż ją zdradził, w domu rządy sprawuje Gitte, młoda dziewczyna, która stała się kimś więcej niż służącą. Opiekuje się dziećmi, ma na nie wpływ, zajmuje się domem, trzyma jakąś władzę nad Lisą i jej mężem. Jest irytująca, nieco demoniczna, stara się nadrobić braki w wykształceniu, czytając książki, chodzi na demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie, głosi miłość bliźniego i ma lewicowe poglądy. 

Liczy się tylko miłość bliźniego, wszystko inne jest całkowicie aspołeczne. (...) Rodzina to przeżytek. Nie chcemy ani się pobierać, ani wydawać na świat dzieci.

Gitte siedziała w kącie, prowadząc ożywioną rozmowę z pacjentką. Jej twarz była oderwana od kontekstu jak zdania, które Gitte wyciągała w domu z książek i ubierała się w nie, jakby wkładała kostium, co do którego nikt nie miałby wątpliwości, że został uszyty właśnie dla niej. 

Wygląda na to, że owinęła sobie rodzinę wokół palca i pociąga za sznurki. Właściwie nie wiadomo, przynajmniej na początku, na ile jej obraz zniekształcony jest przez perspektywę popadającej w chorobę Lise. Tak jak w opowiadaniach z tomu "Moja żona nie tańczy" więcej tu pytań niż odpowiedzi. Można snuć domysły. Czy to przypadkiem nie Gitte jest jedną z przyczyn pogarszającego się stanu Lise? Czy to nie ona wzbudza w nadwrażliwej chlebodawczyni wyrzuty sumienia, że nie dość przejmuje się strajkującymi górnikami w Hiszpanii, więzionymi rosyjskimi pisarzami, więźniami politycznymi w Grecji, wojną w Wietnamie? Jednym słowem całym złem tego świata? Że w gruncie rzeczy nie jest dość postępowa, ma rasowe uprzedzenia, a może nawet jest antysemitką? Ona, która sama wywodzi się z robotniczej rodziny, a teraz wiedzie wygodne mieszczańskie życie?  

... powinniśmy  przede wszystkim kochać tych, których inni przeoczyli. Tych, których kochanie wymaga  trudu, tych, których w głębi duszy uważamy za odrażających, ponieważ uniemożliwiają nam przyjemne życie.

Nie może pani współczuć ludziom, których nigdy pani nie widziała. - usłyszy Lise od lekarza, kiedy po trzech tygodniach pobytu w szpitalu psychiatrycznym zacznie dochodzić do siebie. Czy jej choroba jest próbą ucieczki od świata? Od jego zła i od domowych problemów? A może niezgodą na siebie? 

Jednak nie odpowiedź na te pytania jest w tej książce najważniejsza. Największe wrażenie robi opis samej choroby. Cierpienia, jakie ze sobą niesie. Niemożności wyrwania się z jej szponów. My, tak samo jak personel szpitala, wiemy, że głosy, który słyszy Lise, mikrofon, który rzekomo ukryty jest w poduszce, twarze, które pojawiają się w kratce ściekowej, to wszystko jest wytworem jej chorej wyobraźni. Nikt też nie chce jej otruć. Tymczasem te głosy, te nieistniejące rozmowy dręczą ją, sprawiają ból i wywołują strach. Pojawia się w nich Gitte, Gert, jej mąż, matka. Wszyscy mają do niej pretensje albo chcą się jej pozbyć. To, że patrzymy na świat z perspektywy osoby chorej, jest przejmujące. A Tove Ditlevsen wie, o czym pisze, bo sama zmagała się z chorobą psychiczną, podejmowała liczne próby samobójcze, a ostatnia okazała się skuteczna. Równie przejmujący jest obraz szpitala psychiatrycznego, a szczególnie oddziału zamkniętego, na który trafia bohaterka.

Pacjentki spacerowały tam i z powrotem długim korytarzem w sukienkach, które były na nie albo za małe, albo za duże. Ich przypadkowe twarze były szare i okrągłe i nie pasowały do nich tak samo jak sukienki. (...) Jedną ręką wodziły po ścianie, która pochylała się lekko w kierunku pokoju; wiedziały, że pewnego dnia przewróci się na nie w swoim żółtym, zapomnianym zmęczeniu i je zmiażdży. (...) na nowo podejmowały wyczerpującą pracę, polegającą na oddzielaniu od siebie kolejnych godzin, żeby wieczór nie zaskoczył ich w samym środku popołudnia, a noce nie zlewały się w długie łańcuchy, tak, że nie bardzo było wiadomo, co stało się z rozdzielającymi je dniami.

Pełna nieokreślonego lęku weszła do pozbawionego wspomnień pomieszczenia, w którym pacjentki siedziały naprzeciwko odwiedzających osób z pozbawionymi konturów przestarzałymi twarzami, wyjętymi z garderoby, gdzie wisiały na wieszakach jak sukienki, które nigdy nie pasowały.

Kto zna ostatnio wydane książki Tove Ditlevsen, powinien koniecznie sięgnąć po "Twarze". To uzupełnienie jej twórczości. Kto dotąd się z nią nie zetknął, może ten brak nadrobić, bo warto. A właściwie przynajmniej spróbować. W końcu nie wszystko wszystkim musi odpowiadać.

Saša Stanišić "Skąd"

Chociaż literatura bałkańska pozostaje w zasięgu moich

zainteresowań, nie od razu sięgnęłam po książkę "Skąd" Sašy Stanišića, niemieckiego pisarza o bośniackich korzeniach (Książkowe Klimaty 2022; przełożyła Małgorzata Gralińska). Moją czujność wzbudziła, kiedy znalazła się wśród nominowanych do Angelusa, nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej, a kiedy ją zdobyła, postanowiłam wreszcie po nią sięgnąć. Napisałam, że autor jest niemieckim pisarzem o bośniackich korzeniach, bo taką informację można znaleźć na stronie Angelusa, ale tak naprawdę problem jego tożsamości jest mocno skomplikowany i między innymi o tym opowiada jego książka określana, na tej samej stronie, jako bardzo biograficzna powieść. Czy rzeczywiście jest to powieść można mieć wątpliwości nawet, jeśli przyjmiemy, że nie dostajemy historii życia autora opowiedzianej jeden do jednego. Jak jest w rzeczywistości, trudno powiedzieć. Nie udało mi się znaleźć żadnego wywiadu z Sašą Stanišićem. Mniejsza o to - powieść czy nie powieść, autobiograficzna w stu procentach czy tylko częściowo nie ma znaczenia. Tak czy inaczej po "Skąd" naprawdę warto sięgnąć.

Muszę jednak przyznać, że nie od razu było mi z tą książką po drodze. Może dlatego, że początkowo czytałam z doskoku, nie mogłam poświęcić jej więcej czasu, a może musiałam przyzwyczaić się do jej formy? Do sposobu opowiadania? Bo czasem dostajemy coś w rodzaju krótkich opowiastek o członkach rodziny, szkolnych kolegach, zdarzeniach z przeszłości dalszej lub bliższej, czasem konkretne informacje autobiograficzne, czasem jakieś rozważania dotyczące tożsamości autora? narratora?, a czasem dłuższe partie układające się w większą całość. Wątki rodzinne przeplatają się ze wspomnieniami o doświadczeniach nastolatka, który musi odnaleźć się w całkiem nowej rzeczywistości, który został brutalnie wyrwany ze swojego bośniackiego życia i razem z mamą, Boszniaczką, ale nieidentyfikującą się religijnie, przedzierał się przez liczne granice do Niemiec. Ojciec, Serb, został jeszcze ze swoją matką przez jakiś czas w Višegradzie, bośniackim mieście nad Driną, i dołączył do rodziny pół roku później. Mieszają się czasy i bohaterowie. Dopiero po jakimś czasie książka wciągnęła mnie tak bardzo, że trudno było mi się od niej oderwać. Dałam się jej porwać, unieść i mocno ją przeżyłam.

Autor meandruje pomiędzy różnymi tematami. Jednym z nich jest doświadczenie nastolatka wyrwanego ze swojego świata i przeniesionego w miejsce, gdzie wszystko musi zaczynać od nowa. Pisze o degradacji ekonomicznej, ciasnym mieszkaniu, życiu w gorszych dzielnicach zamieszkiwanych przez imigrantów z różnych krajów. O towarzyszącym temu wstydzie, który nie pozwalał mu zapraszać do domu szkolnych kolegów.  O tym, jak szybko zrozumiał, na ile ważna jest znajomość języka i wykształcenie, bo tylko to pozwalało mu dorównać do niemieckich kolegów. Opowiada o dyskryminacji, której doświadczali tacy jak on. Zbieraliśmy przypadki dyskryminacji niczym pieczątki w schroniskach. Ale nie narzeka. Oparciem dla niego byli nie tylko rodzice i inni krewni, ale także grupa kolegów poznanych w szkole, też imigrantów z różnych stron. To dzięki nim dobrze wspomina tamten czas. Dlatego nigdy nie doświadczył tak głębokiej samotności jak Maryam Madjidi, autorka "Lalki i Marksa", o której pisałam poprzednio. Znacznie gorszą sytuację mieli jego rodzice, ludzie wykształceni, którzy po trzydziestce musieli zaczynać życie od nowa, pracować ciężko fizycznie, byli wykorzystywani przez pracodawców, a jednocześnie  robili wszystko, aby on miał lepiej. Przyznaje, że w tamtym czasie nie zdawał sobie sprawy, czego naprawdę doświadczali i z ogromu ich wyrzeczenia, bo nigdy się nie skarżyli. On parł do przodu i dzięki nim mógł prowadzić życie beztroskiego nastolatka. Zastanawia się, co było kluczem do jego sukcesu, do tego, że jemu się udało, że nie został deportowany do Bośni, kiedy wojna się skończyła, a taki los spotkał wielu jego krewnych, że ostatecznie ma dobre, ułożone  życie. Dochodzi do wniosku, że oprócz szczęścia do ludzi, którzy w różny sposób mu pomogli, ważne było jego nastawienie - nigdy nie fetyszyzował swojego pochodzenia, narodowej tożsamości, zawsze próbował przynależeć do jakiejś grupy, szukał najmniejszego wspólnego mianownika. Tak o tym pisze, przyglądając się sobie z dystansu.

... jest chłopakiem z Bośni, który w winnicach u stóp Emmertsgrund uczy się niemieckiego od pewnej dziewczyny. Znacznie później uzmysłowi sobie, że przypadkiem stał się chłopcem z Heidelbergu. Zrządzenie losu nazwie szczęściem, a miasto - swoim Heidelbergiem.

Kolejny temat to powroty, już po wojnie,  do rodzinnego miasta, do babci, która tam została. Z jednej strony, oprócz niej, łączą go z tym miejscem wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa i rodzinne korzenie. Z drugiej nie jest to już jego miasto. Na wszystkim cień położyła wojna.

W Višegradzie nie ma już dla mnie prawie żadnych beztroskich miejsc. Prawie żadnych wyłącznie osobistych wspomnień. Niemal każde pojawia się z dopiskiem, z przypisem o sprawcach, o ofiarach i okrucieństwach, które się tam rozegrały. To, co kiedyś tam odczuwałem, wymieszało się z tym, co wiem o konkretnym miejscu.

W 1996 roku podczas mojej pierwszej wizyty w  Višegradzie po zakończeniu wojny, miasto było pełne ludzi i rozpaczy, brutalne i bezrobotne. Nie wróciłem, znalazłem się po raz pierwszy w nowym miejscu.

Podobnie na miasto, które stało się cieniem dawnego siebie, patrzy jego matka. Te odczucia potęgowane są przez towarzyszący jej lęk i napięcie, których źródłem jest jej pochodzenie. To przecież stąd uciekła z powodu grożącego jej śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Dostrzega apatię zniszczenia, na wpół załatwione sprawy, nepotyzm, upadek, wieczny mrok, wieczne wczoraj. I czuje nienawiść.

Jego powrotom towarzyszą wyrzuty sumienia. Bo wprawdzie nie miał lekko, ale nie przeżył wojny jak jego koledzy stamtąd, a dziś może śmiało powiedzieć, że u niego wszystko w porządku, kiedy oni narzekają, jak źle im się wiedzie.

Osobny ważny temat, który przeplata się przez całą książkę, to opowieść o babci, matce ojca, która powoli popada w demencję. Jak zapewnić jej opiekę, kiedy nikt  z rodziny nie mieszka na miejscu? Przejmująca jest ta historia bliskiej osoby, która coraz częściej  nie jest już sobą, traci pamięć, staje się coraz słabsza, nie radzi sobie z codziennością. 

Babcia składa się z pustych miejsc - niedokończonych zdań i zgubionych wspomnień ...

Na koniec chcę wspomnieć jeszcze o krótkim, ale niezwykle przejmującym fragmencie. Nie od razu zorientowałam się, że dotyczy autora i jego matki. To zapisana w kilkunastu zdaniach, w trzeciej osobie skondensowana historia ich tułaczki, kiedy po ucieczce z Bośni usiłowali się dostać do Niemiec. Obok toczy się normalne życie, a oni obciążeni bagażem, skrajnie wyczerpani, głodni, niewyspani wędrują, często na piechotę, próbując przekroczyć kolejną granicę. To wszystko zapisane tak bezosobowo, z dystansu, w wielkiej kondensacji zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie. Te wspomnienia prowokują migranci, których spotyka w swoim rodzinnym mieście i jego okolicach.

Myślę o uchodźcach w lasach, pod mostem w Višegradzie. Bałkańskie szlaki prowadzą ich przez miejsca, z których my uciekaliśmy. Otwieram okno. Jestem tu z własnej woli.

Maryam Madjidi "Lalka i Marks"

Lektura "Lalki i Marksa" Maryam Madjidi (PIW 2018; przełożyła

Magdalena Pluta) to efekt tegorocznego Festiwalu Conrada, który jak co roku wyjął mi tydzień z życia, na co nie narzekam. Byłam na spotkaniu z tą irańską pisarką i zaciekawiła mnie na tyle, że natychmiast kupiłam jej książkę. Urodziła się w Teheranie w roku 1980, a kiedy miała sześć lat, jej rodzice z powodów politycznych zdecydowali się wyjechać do Francji. O swoich doświadczeniach migranckich opowiadała w czasie festiwalowego spotkania i o tym jest jej powieść uhonorowana w roku 2017 Nagrodą Goncourtów za debiut. 

Muszę powiedzieć, że w trakcie lektury towarzyszyły mi mieszane uczucia. O tym za chwilę, a na początek chciałabym podzielić się wątpliwościami, czy rzeczywiście tę książkę można nazwać powieścią. Wydaje mi się, że w tym wypadku trzeba mocno rozciągnąć kryteria tego epickiego gatunku. Czym więc, według mnie, jest "Lalka i Marks"? Skrzyżowaniem wspomnień i eseju.  Od razu zaznaczam, że nie traktuję tego w kategorii zarzutu. Zresztą kupując książkę i zabierając się za jej lekturę, mniej więcej tego się spodziewałam. Właściwie dopiero teraz, sprawdzając datę wydania i nazwisko tłumaczki, ze zdziwieniem stwierdziłam, że trafiła do szufladki powieść. Jeśli jednak ktoś oczekuje takich tradycyjnych, potoczystych wspomnień kipiących od rozmaitych anegdot, zawiedzie się. I to także w moim przypadku nie jest zarzutem. Bo Maryam Madjidi w "Lalce i Marksie" przeprowadza wiwisekcję kondycji imigranta. Przyglądając się sobie trochę z dystansu, analizuje swoją żmudną drogę od momentu wyjazdu z Teheranu do osiągnięcia kondycji, w jakiej się znajdowała, pisząc swoją książkę. Najpierw konfrontuje swoje teherańskie dzieciństwo z dzieciństwem spędzonym w Paryżu, potem bada proces kształtowania siebie jako osoby zawieszonej między Iranem, a Francją. Szuka odpowiedzi na pytanie - kim jestem? Ile we mnie Persjanki (takiego terminu używa), a ile Francuzki? I czy kondycja kogoś, kogo ukształtowały dwa języki i dwie kultury, kogoś, kto musiał zderzyć się z dorastaniem w nowym kraju i w nowym, zupełnie obcym, środowisku, jest godna pozazdroszczenia? Często wyobrażamy sobie, że czyjaś wielokulturowość to tylko wartość. Przyznaję, że i mnie nie było obce takie myślenie. Tymczasem Maryam Madjidi pokazuje, jakimi cierniami okupiona jest ta droga. Myślę, że inaczej mogą odczuwać to osoby, których wielokulturowość nie jest wynikiem migracji, ale faktu, że ich rodzice pochodzą z różnych krajów.

Analizując swoją drogę, najpierw pokazuje bolesne paryskie dzieciństwo. Przede wszystkim utratę wygodnego teherańskiego życia. Bo choć na te sześć lat spędzonych w Teheranie przypadł okres rewolucji po dojściu do władzy Chomeiniego, protestów, w które zaangażowani byli jej rodzice, wojny irańsko-irackiej, to w jej wspomnieniach na pierwszy plan wysuwają się dziecięce zabawy, wygodny dom, wielka rodzina, ukochana babcia, zapachy, smaki ulubionych potraw. Najbardziej dojmującym doświadczeniem tamtego okresu była konieczność dzielenia się wszystkim i oddawania zabawek biedniejszym dzieciom sąsiadów, co wymuszali na niej jej rodzice o silnie lewicowych, marksistowskich poglądach. Tymczasem w Paryżu czekały na nią kawalerka z toaletą na korytarzu na szóstym piętrze mieszczańskiej paryskiej kamienicy. To piętro dobitnie uświadamiało jej gorszy status rodziny. Aby na nie dotrzeć, mijała drzwi do zamożnych mieszkań na niższych kondygnacjach. Tam wszystko było inne, lepsze, eleganckie, a na schodach leżał dywan, którego nie było już na piętrze piątym i szóstym. Do tego dochodziły bariera języka i różnice kulturowe, które oddzielały ją od rówieśników, czyniąc dzieckiem samotnym, żyjącym w pustce. Dalej - strach przed ośmieszeniem, szkolne francuskie jedzenie, którego nie znosiła, rasistowskie docinki i fakt, że dla postronnych była po prostu imigrantką niekojarzoną z jej perską, irańską kulturą, tylko wrzuconą do jednego worka z innymi. Długo czuła się podwójna - perska w domu i francuska w szkole, przy czym ta francuskość została jej urzędowo narzucona. Zrobimy wszystko, żebyś jak najszybciej była taka jak my, wtedy będzie ci u nas dobrze. Najpierw był bunt, przejawiający się w rysowaniu koszmarnych rysunków, milczenie w szkole, a potem walka o akceptację i dorównanie do francuskich rówieśników. Aby to osiągnąć musiała zniszczyć swój perski język i posiąść nowy, francuski. Zrobiła to z wielką gorliwością.

Chcę być jak oni: zwyczajna, normalna, francuska. To tam toczy się życie. Tutaj czuć nędzę i wykluczenie. 

Owo tam to zwyczajna klasa w szkole, którą dzieliła z tym tutaj, czyli klasą wyrównawczą, do jakiej we francuskich szkołach uczęszczają przez pewien czas dzieci imigrantów. Pogardzała nimi, bo przypominali jej, że dla Francuzów jest taka sama jak oni.

Oni wyciągali do mnie lustro, w którym nie chciałam się przeglądać.

Gorzko wypowiada się o tym systemie.

Wyciera się nas, czyści, zawsze we francuskich wodach, by wyprać naszą pamięć i tożsamość, a kiedy jest już czyściutka, nieskazitelna i puściutka w środku, pora na zadośćuczynienie - spotkał cię wielki zaszczyt, jesteś już u Francuzów, spróbuj stanąć na wysokości zadania.

... akceptuję, że będziesz u mnie, ale pod warunkiem, że się postarasz być taki jak ja. Zapomnij, skąd pochodzisz, tutaj to już bez znaczenia. 

Potem we wczesnej młodości nastąpił etap, kiedy z jednej strony drażniło ją, że ludzie zwracali uwagę na jej perskość, niektórzy z zazdrością, podziwem, inni z pogardą, z drugiej sama lubiła tym grać, otaczać się romantycznym nimbem inności, tajemnicy. Jednocześnie zaczęło ją uwierać, że nakłada na siebie maskę romantycznej uchodźczyni. Nadal szukała swojej drogi, samej siebie. Ten proces zaczęła od odzyskiwania języka perskiego. Tym razem była to jej świadoma decyzja, nagle poczuła, że tego chce. Zachowała go, ale tylko w mowie, prawie w nim nie pisała i nie czytała. Językowi poświęca autorka sporo miejsca. Pisze o tym, jak w jej paryskim dzieciństwie toczyła się między nią, a rodzicami, szczególnie ojcem, walka o język. Ona chciała wyprzeć z siebie perski, bo ją odróżniał, był synonimem gorszości, oni chcieli, żeby posługiwała się nim na równi z francuskim. Jednocześnie, jak wiele imigranckich dzieci, była przewodniczką rodziców w nowym języku, bo zaczęła posługiwać się nim swobodnie, załatwiała w ich imieniu sprawy urzędowe.

Ciekawym doświadczeniem był pierwszy powrót do Iranu, kiedy miała dwadzieścia trzy lata. Zachłysnęła się swoją ojczyzną na nowo, nawet chciała zostać. Szybko jednak zrozumiała, między innymi dzięki babci, że we Francji stała się wyzwoloną kobietą i nie umiałaby już żyć w kraju dzieciństwa. Tak o tym pisze:

Omal nie straciłam głowy. Poślizgnęłam się na swojej tożsamości. Przewróciłam się.

Potem przyjeżdżała do Teheranu wielokrotnie, a po powrocie do Francji zawsze odczuwała ulgę.

Iran wyzuty z moich wyobrażeń i idealizacji, stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Francji nigdy nie idealizowałam.

Mimo to ciągnie ją tam obowiązek, poczucie winy wobec współplemieńców, którzy muszą znosić irański reżim, tęsknota za rodziną, szczególnie starszym pokoleniem. Ma świadomość, że w czasie  kolejnej wizyty kogoś może już brakować. Maryam Madjidi na własnym przykładzie pokazuje całą paletę odczuć, jaka towarzyszy imigrantom. Wszystko to rozłożone na czynniki pierwsze, dokładnie zanalizowane jest naprawdę ciekawe. 

Ale obiecywałam, że wyjaśnię, jakie mam do książki zastrzeżenia. Najpierw o tym, co mnie drażniło. Momentami udziwniona forma - posługiwanie się językiem przypowieści. Ot, choćby utrzymana w takim tonie rozmowa narratorki z językiem irańskim spotkanym na ławce. Egzaltacja w warstwie językowej, która od czasu do czasu daje o sobie znać. Jest i rozczarowanie. To Marks w tytule. Brakuje mi opowieści o doświadczeniu rodziców, którzy w Iranie byli radykalnie lewicowi. Mało jest o tym, co się stało z tą ich lewicowością we Francji. Czy wrzuceni do jednego worka z innymi imigrantami wyzbyli się jej? Czy przestała być dla nich ważna, bo zaczęła ich określać imigranckość nie ona? O ile mnie pamięć nie myli, w czasie spotkania pisarka więcej na ten temat mówiła.

Urszula Honek "Białe noce"

O zbiorze opowiadań Urszuli Honek "Białe noce" (Czarne 2022)

było głośno od chwili, kiedy książka się ukazała. To jej debiut prozatorski, wcześniej wydała trzy tomiki poetyckie. Od początku zastanawiałam się, czy po niego nie sięgnąć, ale widocznie imperatyw nie był aż tak silny. Tymczasem "Białe noce" zostały nominowane do Paszportu Polityki, dostały prestiżową Nagrodę Kościelskich, a wreszcie Nagrodę Conrada za debiut prozatorski. Dopiero jednak rekomendacja koleżanki i jej zachwyt nad książką Urszuli Honek sprawiły, że postanowiłam przeczytać. Połknęłam w dwa popołudnia i ja też się zachwyciłam, chociaż nie jest to książka przyjemna. Na pewno nie dla tych, którzy szukają w lekturze pociechy, których książka ma otulić (brrr, nie cierpię tego określenia), nie zrobi się po niej miło, nie wprowadzi w dobry nastrój. Muszę przyznać, że kiedy czytałam ją w niedzielne, ciemne już, popołudnie, to w pewnym momencie przeszedł mnie dreszcz. Czego się bałam? Powiem wprost - myśli o śmierci. Bo ten zbiór opowiadań wokół niej krąży. 

To opowieści powiązane wspólnym miejscem, z Beskidu Niskiego. Ich centrum jest wieś Binarowa i jej okolice - sąsiednie miasteczko, pobliskie wioski. Akcja meandruje pomiędzy latami. Szybko orientujemy się, że chociaż każde z opowiadań ma innego wyrazistego bohatera, który czasem przemawia swoim głosem, a czasem wyręcza go trzecioosobowy narrator, to większość z nich pojawia się w kolejnych opowieściach. Okazują się czyjąś siostrą lub czyimś bratem, córką albo synem, a przynajmniej sąsiadem. Raz są młodsi, raz starsi, tu chronologia nie ma znaczenia. Wielu z nich umarło, zginęło, odebrało sobie życie, ktoś zajrzał śmierci w oczy, ale jej się wywinął. O czym myślała młoda dziewczyna, wchodząc do wody z kieszeniami pełnymi ciężkich kamieni? O czym myślał mężczyzna, który się powiesił? Co czuły dzieci, które spłonęły w pożarze? Te pytania wracają niczym mantra, jakby ci, którzy je zadają, byli śmierci ciekawi, jakby ich samych przyciągała. A może chcą po prostu zrozumieć, dlaczego ich sąsiadka czy sąsiad, osoby, które znali, nagle zdecydowali się ze sobą skończyć? A może boją się śmierci? Albo pustki po niej?

Jak ktoś mówi, że drugi raz chciałby przeżyć całe życie, to ja mu nie wierzę. tak tylko gada, bo się boi, że jak umrze, to się okaże, że nic tam nie ma albo w piekło trafi, w sam środek pożaru.

Dlaczego kobietę sprzedającą w piekarni znaleziono martwą na brzegu rzeki u stóp urwiska? Skoczyła? Poślizgnęła się na wąskiej ścieżce? Ktoś jej pomógł? Nie, nie są to opowiadania kryminalne, a jeśli to horror, to taki codzienny. Te śmierci nie zdarzają się przecież w jednym czasie. Ot, zwyczajnie, przecież ludzie umierają. 

Innym tematem tych opowieści jest samotność, marzenie o szczęściu, takim codziennym, najczęściej u boku drugiego człowieka. Czasem o lepszym życiu, które daje kontakt z książką, wykształcenie albo chociaż wyjazd gdzieś trochę dalej. Ale i to rzadko się udaje. Najczęściej wracają, dusząc w sobie tajemnicę niepowodzeń, która tak jak śmierć rozpala ciekawość najbliższych i sąsiadów. A może ich los naznaczyła trauma wojny? Taka, która odbija się w kolejnych pokoleniach? Tych, które nawet jej nie doświadczyły? Jest właściwie tylko jedno opowiadanie, "Anielka", które w dość aluzyjny sposób odnosi się do wojny. Jakieś inne, najbardziej oniryczne, niekonkretne, jakby lament albo ludowa przyśpiewka. Trochę płynne, a trochę kanciaste, drażniące, niedające spokoju. We wspomnieniach narratorki wracają wszystkie okrutne zdarzenia, o jakich, być może mimochodem, wspominali dziadkowie i rodzice. I wszystkie jej dziecinne troski, lęki i rozczarowania. Może to w wojennych losach tej rodziny, a szczególnie dziadka, należy dopatrywać się źródła niepokoju, jaki towarzyszy bohaterom, jaki rozpościera się nad tą okolicą? 

Był dobrym człowiekiem, tak mówi pani Owczarowa. Niemców gonił z widłami, a potem razem pili wódkę. Dla niepoznaki. Dla poznaki wkładał ciężki kożuch i szedł przed siebie szukać małych rudych główek, koślawych nóżek i wypchanych od pieniędzy worków. (...) Dziadek zatacza się od wiatru i jarzębinówki, którą znalazł w stodole, gdzie nie palono ludzi, tylko małe ryże główki. Ahoj, kapitanie! Dziesiąty grudnia, pora łapać dzieci! Idzie przed siebie, bo mrozy mu niestraszne. Ma grube buty wypchane gazetami i czapę z baraniego futra.

Ilu jeszcze było takich dziadków? Może stąd to milczenie, te samotności, nieudane życia? Więcej w tych opowiadaniach niedających spokoju pytań niż odpowiedzi. W każdym razie to nie pozwala o sobie zapomnieć, drażni swoją odmiennością i prowokuje do myślenia.

Kończy się jak modlitwa wypowiadana przez małą narratorkę.

Zabierz nas, Panie Boże. Ześlij deszcz, niech ugasi, co dziadek zapalił. Niech tatko wstanie z rowu, choć już od czterech dni w nowych skarpetkach i butach nie wstaje. Niech mamcia odda nową boazerię ryżym, bo jeszcze nieokopcona, a im się przyda na wczasach. (...) Niech babcia odda rysunek małej Iritce, która nadaje jej we znakach, że wsiadła do pociągu. Niech Mateuszek nie zdycha, choć mu powiedziałam, żeby zdechł, gdy Burkowi uciął siekierą kawałek ogona. Niech następna świnka nie wisi jak święty Andrzej, tylko pojedzie w dalekie kraje, gdzie krokodyle lubią daktyle, a osy kokosy. Niech konik na karuzeli nie kręci się za kilo wiśni trzy minutki, tylko minutek piętnaście. (...) Niech pani Zosia wyciągnie razem z nami ręce do nieba i przestanie się bać piorunów, choć strach wielki jak dom.

Ale odwrócić przeszłości się nie da, więc może ta modlitwa odwróci przynajmniej zły los? 

Jeszcze jedną bohaterką opowieści Urszuli Honek jest przyroda, która buduje nastrój. Piękna za dnia, wiosną i latem, groźna i tajemnicza, gdy zapada zmrok, nieprzyjazna zimą.

Co wieczór, gdy zamknę furtki, gdy poukładam w komórce porozrzucane motyki i grabie, to czy zimno, czy deszcz, czy wiatr albo zaduch przystaję w progu i patrzę, jak ciemność zabiera wszystkiemu kształty.

Sady otaczające stare, chylące się ku upadkowi domy, rzeka, która daje latem ochłodę, ale która potrafi być groźna, wzgórza, pola - w takim miejscu toczą się te opowieści. Opowieści bez happy endu.

- Życie nie jest miłe - tak im powiedziałam.

Te słowa mogłyby być mottem całego zbioru.

Ale przede wszystkim trzeba się w te opowiadania zanurzyć i je smakować, bo są pięknie napisane.

Kateryna Babkina "A pamiętasz, mamo?"

Najnowsza powieść ukraińskiej pisarki Kateryny Babkiny "A

pamiętasz, mamo?" (Warstwy 2023; przełożył Bohdan Zadura) to jedna z pierwszych książek, zwłaszcza beletrystycznych, które zostały napisane już po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i bezpośrednio się do niej odnoszących. Wiele ukraińskich pisarek i wielu pisarzy zamilkło, potem zaczęła się pojawiać poezja, teraz błyska raczej coś z non fiction. Wydaje mi się, że nie słyszałam o żadnym innym ukraińskim tytule powieści czy zbioru opowiadań, które powstały  już po 24 lutego 2022 roku, odnosiły się do doświadczeń tego etapu wojny i zostały w Polsce wydane. 

Zanim przejdę do samej książki, kilka słów o pisarce. Jej znakomity zbiór opowiadań "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek" dostał dwa lata temu (2021) Angelusa, czyli przyznawaną we Wrocławiu literacką nagrodę dla pisarek i pisarzy z Europy Środkowej. Przyznam, że nie od razu po niego sięgnęłam, tu dała znać o sobie moja niechęć do opowiadań. Była to jedna z tych książek ukraińskich, na którą rzuciłam się w ramach zacierania białych czytelniczych plam po wybuchu wojny. Zachwyciła mnie całkowicie i odtąd postanowiłam za twórczością  Kateryny Babkiny podążać. Wcześniej ukazał się w Polsce jeszcze jeden zbiór opowiadań, tomik poezji i krótka powieść "Sonia", którą zamierzam przeczytać. Pisarka razem z Tamarą Dudą ("Córeczka") i Hałyną Kruk (zbiór opowiadań "Ktokolwiek, tylko nie ja" - czytałam, nie napisałam, warto sięgnąć) była gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, a ja oczywiście nie mogłam ominąć ich bardzo ciekawej dyskusji. Tyle tytułem wstępu, a teraz czas przejść do książki.

"A pamiętasz, mamo?" to pozycja krótka, niecałe dwieście stron - autorka najwyraźniej lubi kondensować treść, bo jej poprzednie książki też nie grzeszą objętością. To powieść napisana w formie listów do mamy. Pisze je nastoletnia dziewczyna, raczej licealistka, która w jakiś czas po wybuchu wojny trafia ze swoją kilkumiesięczną przyrodnią siostrą, Iwanką, do ojca od dawna mieszkającego w Wiedniu. Po rozwodzie rodziców miała z nim wielokrotnie kontakt, odwiedzała go, spędzała z nim wakacje. Niemniej jednak nie dzielili codzienności, a ich więź nie była bardzo głęboka. Więcej w niej tego, co daje rodzic widujący swoje dziecko głównie z doskoku, czyli rozpieszczania, prezentów, wspólnych podróży. 

Ojciec narratorki jest człowiekiem, który w Wiedeń już wrósł, dobrze mu się powodzi, a posiadanie pieniędzy najwyraźniej ma dla niego znaczenie - narratorka lubi ironicznie podkreślać, że kupując coś dla niej czy dla Iwanki, wybrał oczywiście najdroższy model. Mieszka w dobrej dzielnicy w dużym mieszkaniu, wiele potrafi załatwić, jest zaradny. Żyje życiem singla, chociaż na horyzoncie majaczy jego partnerka, pewnie już któraś z kolei. Jego pobieżna charakterystyka może zniechęcać, ale ja czuję do niego sympatię. Mnie kojarzy się raczej z takim niebieskim ptakiem, może trochę Piotrusiem Panem niż z nowobogackim. Jako że znakomicie ogarnia rzeczywistość, kiedy trafia razem ze swoją córką do punktu pomocy uchodźcom ukraińskim, w którym ona od czasu do czasu pomaga, natychmiast dostrzega wszystkie jego słabe punkty i bezinteresownie angażuje się w ich naprawienie. 

Teraz, kiedy znaleźli się w tych nieoczekiwanych dla siebie okolicznościach i nie wiadomo, jak długo to potrwa, muszą budować swoją więź na nowo, a jest to tym trudniejsze, że przecież narratorka to wojenna uchodźczyni. Została wyrwana ze swojego dobrego, też zamożnego, życia (właśnie miała z matką, Iwanką i ojczymem Orestem lecieć na Malediwy, gdy wybuchła wojna), w dodatku przywiozła ze sobą niemowlę, o którego istnieniu jej ojciec nie miał pojęcia. Była żona nie musiała mu się przecież spowiadać ze swojego nowego życia, kontaktowali się tylko w sprawach wspólnej córki. Kto ma się Iwanką teraz zajmować? Nieoczekiwane tragiczne zdarzenia zaskoczyły wszystkich, wszystkim zburzyły codzienność. Jemu wygodną rutynę, narratorce wywróciły świat. Jak się mają w tym odnaleźć? Co tak naprawdę przeżyła? Na pewno doświadczenie drogi spod Kijowa do Lwowa, potem do granicy austriackiej, gdzie odebrał ją ojciec. 

Nie wiem, czy jestem taka jak on, ale wtedy na granicy przez chwilę czułam, że toczymy ze sobą pojedynek jak równy z równym. Co prawda ja miałam zajęte ręce, za to on w ogóle nie był przygotowany na taką sytuację, bo przecież na coś takiego nie da się przygotować.

Nikt teraz nie wie, jak z wami postępować. Ani specjaliści, ani zwykli ludzie, ani ci, którzy was kochają. Jak postępować z tym, co przeżyliście, co widzieliście, i z tym, co myślicie. Z tym, co, gdzie i jak was złamało. I bez tego nie wiadomo, jak robić z nastolatkami, ale co robić z wami - nikt nie ma najmniejszego pojęcia.

Każdy list zaczyna się od tytułowej frazy: A pamiętasz, mamo? Potem następują albo wspomnienia przedwojennego życia, albo opowieści o tym, co dzieje się z narratorką w Wiedniu. Listy są pisane w lekkim tonie, początkowo odniosłam wrażenie, jakby narratorkę niewiele  z tego, co się stało, dotknęło. Gdyby nie kontekst znany od początku, można by pomyśleć, że nastolatka z zamożnego domu, której niczego nie brakowało ani nie brakuje, zamieszkała na jakiś czas z ojcem i relacjonuje mamie swój pobyt u niego. Coś niepokojącego do tej miłej, beztroskiej narracji mogłaby wprowadzać swoją obecnością Iwanka, niemowlę skądinąd wyjątkowo grzeczne, nienastręczające wielu problemów. No bo jak to? Matka wysłała kilkumiesięczne dziecko ze starszą siostrą do jej ojca? Dlaczego niby nastolatka miałaby się nim zajmować? Ale z drugiego listu dowiadujemy się, co i jak, więc się nie dziwimy. Potem zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego narratorka zwracając się do mamy: A pamiętasz, mamo? opowiada jej o tym, co dzieje się w Wiedniu. Jak mama może to pamiętać, skoro jej tam nie ma? Z czasem śladów wojennych przeżyć uchodźczyń i uchodźców dostajemy coraz więcej. Narratorka chodzi najpierw sama, potem z ojcem, pomagać w punkcie z darami, o czym już wspominałam, no i przede wszystkim pojawia się Dawid. Kilka lat starszy, minęli się gdzieś w tłumie we Lwowie, potem na granicy austriackiej. Później wpadają na siebie w Wiedniu. Dawid jest dziwny, pojawia się i znika, milczy. Milczenie i dziwne zachowanie to wynik tego, co przeżył w czasie wojny. Jego historia, opowiedziana krótko, bez patosu, bez epatowania okrucieństwem, jest naprawdę tragiczna. Jeśli przyzwyczailiśmy się do tej wojny, to właśnie ona pozwala na nowo uświadomić sobie, ile nieszczęść się za nią kryje. 

Wielką zasługa Kateryny Babkiny polega właśnie na tym, że nie epatuje okrucieństwem i nie dostarcza łatwych wzruszeń. To raczej nie jest książka, nad którą się płacze. Z każdym kolejnym listem zdajemy sobie jednak sprawę, że coś tu nie gra. Że narratorka to nie  beztroska nastolatka, która nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i spędza miły czas z ojcem w Wiedniu, a  ewentualne niedogodności wynikają tylko z tego, że ma pod opieką malutką siostrę. Zresztą ojciec szybko zatrudnia do pomocy przy Iwance sympatyczną Ukrainkę, Wirę. W końcu zaczynamy rozumieć, że ta beztroska, ten okrężny sposób pisania jest efektem wyparcia tego, co się zdarzyło, traumy, jaką bohaterka przeżywa. Wreszcie, znowu w sposób lakoniczny, bez epatowania nieszczęściem i okrucieństwem wojny, dowiemy się, co ją spotkało.

Jest więc ta powieść pisanym na gorąco świadectwem pierwszych miesięcy po inwazji. Doświadczeniem świeżym, także dla autorki. Jak oddać ten czas? Jak pisać o ludziach, zwłaszcza o dzieciach, ich matkach, osobach starszych, które zostały nagle wyrwane ze swojego świata? Musiały nagle porzucić wszystko i ruszyć w nieznane. Na jak długo? Jest to zarazem doświadczenie uniwersalne, bo przecież nie pierwszy raz, i niestety nie ostatni, ludzie zostają postawieni w takiej sytuacji. Powieść przypomina, że są takie zdarzenia i sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu, które naprawdę nie od nas zależą i dlatego zadawanie sobie pytania: dlaczego? nie ma sensu.

I wiesz, co jej powiedziałam? Że w takim razie świat to kompletny chaos, a ona przyznała mi rację. I dodała, że negować tego w ogóle nie ma sensu, ale można nauczyć się nie cierpieć z tego powodu.  I że to, oczywiście, nie dotyczy nauki czy jakichś strategicznych decyzji, ale na co dzień lepiej zapomnieć o pytaniach "Dlaczego coś się stało?" ...

Mimo wrażenia lekkości stwarzanego przez bohaterkę książka Kateryny Babkiny pozostała we mnie i, jak to się ostatnio często mówi, nadal we mnie pracuje, nadal coś mi robi.

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"

"Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery (W.A.B. 2014; przełożyła

Agnieszka Holland) to jego trzecia powieść, którą przeczytałam w ramach nadrabiania karygodnych zaległości. Z tymi karygodnymi to celowa przesada, bo już dawno zrozumiałam, że nie da się poznać ani całej klasyki, a Kundera takim klasykiem już jest, ani wszystkich nowości wartych lektury. Przestałam uważać, że coś powinnam albo muszę. Czytam, co chcę i co mnie interesuje. Nie ukrywam, że po twórczość Milana Kundery postanowiłam sięgnąć, kiedy po jego śmierci wysłuchałam dwóch ciekawych rozmów jej poświęconych. Nie zamierzam jednak czytać wszystkiego. Podążam za rekomendacjami i gustem Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego znawcy czeskiej literatury i kultury. Czegoś trzeba się trzymać. "Nieznośna lekkość bytu" to wyjątek na mojej liście książek czeskiego pisarza, którą sobie sporządziłam po wysłuchaniu wspomnianych rozmów. Dlaczego? Bo jako jedyną czytałam ją już kiedyś. Jest więc to moje ponowne z nią spotkanie, z pierwszego niewiele zostało - zarys fabuły i sylwetek trojga głównych bohaterów, świadomość, że mi się podobała.

Kundera wraca tu do swoich ulubionych tematów, którymi są splot indywidualnego losu z Historią, niszczenie jednostki przez reżim komunistyczny, rola przypadku, nad którą w sposób szczególny zastanawia się w tej powieści. Wraca też do swojej ulubionej formy - mamy kilkoro bohaterów, tym samym zdarzeniom przyglądamy się z różnych perspektyw. Za to znacznie więcej jest w "Nieznośnej lekkości bytu" fragmentów eseistycznych czy nawet rozważań filozoficznych. Przyznaję, pewnie nie po raz pierwszy, że filozofia to moja nieodwzajemniona miłość. No może miłość to zbyt duże słowo, w każdym razie bardzo bym chciała jakoś ją liznąć, ale zawsze okazuje się, że to nie na moją to głowę. Wszelkie próby kończą się fiaskiem. Dlatego i tu niektóre fragmenty, szczególnie te z przedostatniego rozdziału, a właśnie tam jest ich najwięcej, nieco mnie nużyły, bo podążanie za myślą pisarza nie do końca było łatwe. Ale też bez przesady, da się przez nie przejść i naprawdę warto czytać do końca.

Historia chirurga Tomasza, jego żony Teresy, kochanki Sabiny i kilku jeszcze drugoplanowych, chociaż też istotnych, postaci, myślę tu szczególnie o Franzu, który przez jakiś czas związany był z drugą z tych kobiet, wpisana została w opozycję ciężaru i owej tytułowej lekkości bytu, którą wywiódł Kundera od idei wiecznego powrotu Nietzschego i od Parmenidesa. Przymiotnik nieznośna jest już wkładem samego pisarza. Czy ktoś jeszcze nie zajmował się tą antynomią, pojęcia nie mam, trudno zakładać, żeby nie. W skrócie, gdyby przyjąć, że wszystko powraca, nasze życie, każdy nasz czyn byłby obciążony ciężarem odpowiedzialności. Ponieważ nie wraca pojawia się ta lekkość. Z drugiej strony dopiero ciężar sprawia, że nasze życie staje się prawdziwsze, bardziej realne, bardziej je odczuwamy, lekkość oznacza ulotność, odebranie wagi. Co w takim razie lepsze? Ciężar czy lekkość? Nietzsche wybiera ciężar, a Parmenides lekkość. Referuję za Kunderą, jeśli coś przekręciłam, czegoś nie zrozumiałam, z góry przepraszam. W to wszystko wplata też autor rolę przypadku. Teresa pojawiła się w życiu Tomasza w wyniku splotu okoliczności - musiał nastąpić szereg przypadków, aby się spotkali, z tak różnych światów byli. On, wykształcony chirurg z Pragi, który świadomie porzucił żonę i syna, aby skakać od kochanki do kochanki i oddać się pracy. Cóż, w prawdziwym życiu nazwalibyśmy go pewnie seksoholikiem, ale pisarz nadaje jego niepohamowanej skłonności do kobiet głębsze znaczenie. Ona, kelnerka z prowincji, bez wykształcenia, doświadczona przez dom rodzinny, zakompleksiona, ale, jak się później okaże, zdolna i wrażliwa. Nie jest odpowiednikiem Łucji z "Żartu". Czy wybierając ją, wybrał ciężar? Czy ją skrzywdził, bo zdradzał, chociaż tylko fizycznie? W tych skokach w bok nie było przecież żadnych uczuć, kochał ją. Ale ona odczuwała je boleśnie. A może to ona skrzywdziła jego, kiedy  wróciła z Genewy do Pragi, gdzie wyemigrowali po upadku praskiej wiosny, a on po jakimś czasie wyjechał za nią? Gdyby został, nadal byłby chirurgiem, a chirurgia była dla niego wszystkim, czymś, co wybrał świadomie, w czym się spełniał. W Pradze po jakimś czasie skończył, myjąc szyby. Ale to było przecież wynikiem jego przypadkowego chwilowego zaangażowania się w politykę. Gdyby stał z boku, może nie musiałby odchodzić ze szpitala. Nad tym wszystkim zastanawia się narrator, obserwując swoich bohaterów  z dystansu, przyglądając się im niczym eksponatom, egzemplifikacjom ludzkich postaw.

Bo powieść Kundery bardzo mocno wpisana została w politykę, w zdarzenia praskiej wiosny z roku 1968, a szczególnie ich konsekwencje dla czeskiej inteligencji, zwłaszcza dla tych, którzy nie potrafili stać z boku, jakoś dali świadectwo swojej niezgodzie na stłumienie chwilowej wolności zakończonej radziecką okupacją. Ich los był taki jak Tomasza. Tomasza, który wcześniej zawsze wybierał to, co lekkie, dopiero Teresa i Historia wprowadziły w jego życie ciężar. Zdegradowani, wyrzucani z uczelni, gazet, zmuszeni pracować fizycznie. Albo jeszcze gorzej zamykani w więzieniach. Pisząc o tym, autor zastanawia się nad sensem masowych protestów, owych Wielkich Marszów, jak je nazywa, organizowanych przez intelektualistów i aktywistów z Zachodu w obronie tłamszonej wolności. To polityczny teatr zamiast prawdziwego czynu. Czy mają sens, skoro najczęściej nie przynoszą rezultatów? Zwłaszcza już, natychmiast. Czy są tylko sposobem na poprawę samopoczucia protestujących, którzy nie chcą się czuć bezradni i mają złudne wrażenie, że coś robią? A dla osób sławnych, Kundera nie używa jeszcze słowa celebryci, są sposobem lansowania się, czy może zwracania uwagi na protest w słusznej sprawie? Pisarz pozostaje raczej pesymistą, przynajmniej ja tak odczytuję jego stanowisko. Lepiej jednak, gdy nie ma innej drogi, wybrać teatr, skoro nie można wybrać czynu. Z drugiej strony, przecież wiadomo, że kropla drąży skałę. Gdyby pesymizm Kundery zawsze się sprawdzał, nadal w tej części Europy panowałaby komuna i wszystko, co z nią związane.

"Nieznośna lekkość bytu", chociaż chyba najbardziej wymagająca spośród tych pozycji Kundery, które do tej pory przeczytałam (wspomniany "Żart" i "Walc pożegnalny"), daje najwięcej pola do rozważań. Wiele tu symbolicznych snów, które dręczą bohaterów, zwłaszcza Teresę, powracających scen. Są związki z muzyką, beethovenowskie ess mussein, czyli tak musi być, które dręczy Tomasza. Ale jest też kawał życia. Zwłaszcza Teresa wydaje mi się najciekawiej sportretowaną bohaterką. Godna by była osobnych rozważań, można w jej postaci odnaleźć wiele tego, co dręczy kobiety także dzisiaj. Zwłaszcza relacja z matką, która położyła się cieniem na jej osobowości, ukształtowała ją, stała się przyczyną wielu kompleksów, lęków, ale i buntu. Uczyniła ją kruchą i silną zarazem. Są też w tej powieści momenty wzruszające. Szczególnie silny związek Teresy z psem, który się do niej przyplątał, a którego nazwała Karenin. W ogóle końcówka powieści chyba najbardziej mnie poruszyła i wynagrodziła trudy czytania partii eseistycznych i filozoficznych. 

Po raz kolejny przekonałam się, że warto po Kunderę sięgnąć. W planach mam jeszcze dwie jego powieści z czasów czeskich, może najważniejsze eseje. A teraz obraz praskiej wiosny najlepiej byłoby skonfrontować z powieścią "Cud", poświęconą też praskiej wiośnie, mojego ulubionego czeskiego pisarza, Josefa Škvoreckiego. Kiedyś to nastąpi. Kiedy? Nie wiem.

Tove Ditlevsen "Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane"

"Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane" Tove Ditlevsen
(Czarne 2022; przełożyła Iwona Zimnicka) to czwarta, tak, tak, czwarta, 
   wydana w Polsce książka tej duńskiej pisarki, o której w bańce czytających zrobiło się głośno dopiero za sprawą Czarnego. Pierwsze w roku 2007 wyszły "Twarze" i nawet ja zapomniałam, że wygrzebałam tę informację, pisząc o jej poprzednich książkach. Właśnie sprawdziłam - bez problemu można ją dostać w bibliotece, więc pójdę za ciosem. Druga to  "Ulica dzieciństwa", wydana przez Marpress w roku 2021, też przeszła bez echa, dopiero trzecia, "Trylogia kopenhaska", która ukazała się nakładem Czarnego rok później, narobiła szumu, zapewne dzięki sile przebicia wydawnictwa. Bo zapewniam, że "Ulicę dzieciństwa" miłośnicy Tove Ditlevsen też powinni przeczytać. Cóż, lepiej późno niż wcale albo do trzech razy sztuka - bardzo dobrze się stało, że dzięki Czarnemu zrobiło się o tej duńskiej pisarce, która zmarła w roku 1976, tak głośno.
 
"Moja żona nie tańczy" to, jak zaznaczono w podtytule, zbiór opowiadań. Pochodzą z kilku okresów  twórczości pisarki. Z opowiadaniami mam zawsze kłopot, a już szczególnie tak krótkimi jak te. Przyznaję, nie jest to moja ulubiona forma, zdecydowanie wolę dłuższe i jeszcze jakiś czas temu niemal w ogóle   opowiadań nie czytałam. Teraz to się zmieniło, chociaż coś, czyli najczęściej tematyka, musi mnie do nich przyciągnąć, abym sięgnęła po ich zbiór. Bo jak je czytać, zwłaszcza jeśli są takie króciutkie jak te, które pisała Tove Ditlevsen? Robić po każdym przerwę? Przejść od razu do kolejnego? A to kolejne to przecież nowe bohaterki i nowi bohaterowie, inny świat, inne problemy. Chociaż w wypadku tego zbioru jest jeden wspólny dominujący problem, o czym za chwilę. Właściwie przecież każde z nich mogłoby być zaczątkiem dłuższego opowiadania albo powieści. Tyle tu ludzkich historii! Cóż, nieprzypadkowo wybrałam  tę książkę właśnie teraz, chociaż w moim czytniku leżała od dłuższego czasu - wiedziałam, że w najbliższym okresie będę musiała wykradać chwile poświęcone lekturze, więc takie króciutkie opowiadania były znakomite. Czytałam po jednym, dwa, czasem więcej. Może zresztą dobrze się złożyło, bo są bardzo przygnębiające i pochłaniane w większych dawkach mogłyby nieźle zdołować, a ja nie potrafię czytać dwóch książek jednocześnie, żeby zrobić sobie odskocznię. Zawsze kończy się to odłożeniem jednej i z nieznanych mi przyczyn potem bardzo trudno mi do niej wrócić.
 
Ale do rzeczy. Co łączy opowiadania Tove Ditlevsen? Wszystkie mówią o samotności, często też poczuciu pustki, wynikającej z braku porozumienia między bohaterkami i bohaterami. Tych pierwszych jest zresztą więcej. Stop! Może nie tyle więcej, ile są najczęściej na pierwszym planie. Bo wcale nierzadko jest tak, że sytuację oglądamy z punktu widzenia dwojga, jej i jego. W kilku jest to dziecko i rodzice. Te są szczególnie przejmujące. Bo bohaterki i bohaterowie Tove Ditlevsen milczą. Oczywiście nie w sposób dosłowny. Komunikują się ze sobą, ale są to rozmowy o sprawach codziennych. Milczą o tym, co czują, o co mają pretensje, o swoich pragnieniach i o tym, co ich boli, denerwuje. Egzystują w swoim zamkniętym świecie. Jakby każde z nich otoczone było niewidzialną bańką. Żyją razem, ale obok siebie, mijają się. To milczenie czyni ich życie trudnym, czasem nie do zniesienia, wręcz beznadziejnym, bo dopóki nie zaczną z sobą rozmawiać, dopóty tkwić będą w marazmie, emocjonalnej drętwocie, a rozmawiać nikt ich nie nauczył. 
 
Potem wyminęła męża i weszła do niewielkiego salonu, z powrotem do tego, co przewidywalne, znośne, raz na zawsze ustalone. 
 
W oczach bez wyrazu mieli wypisane małżeństwo i pracę biurową.
 
Bohaterki i bohaterowie rzadko przeżywają wielkie tragedie, niewiele tu fizycznej przemocy, za to mnóstwo psychicznej, zupełnie nieuświadamianej. Najczęściej dzielą ich oczekiwania, pragnienia. Skąd to milczenie? W dużej mierze ma korzenie w patriarchacie. Kobiety, mężczyźni i dzieci to tutaj osobne światy. Co z tego, że są razem - w sferze relacji niewiele z tego wynika. Mężczyźni zajęci swoimi sprawami, nie dostrzegają potrzeb swoich żon, kochanek, rzadziej partnerek. Zresztą, gdyby nawet dostrzegali, to i tak pewnie by się z nimi nie liczyli. Pracują, przynoszą do domu pieniądze, potem odpoczywają, usypiając nad gazetą, jeśli mają problemy, topią je w alkoholu, wyładowują wybuchami agresji. A kobiet nikt nie nauczył, aby mówić, czego chcą, co je boli. Wchodzą w przypisane im od dzieciństwa role żony, matki, a potem babci. Tak dzieje się z bohaterką opowiadania "Młoda kobieta zostaje babcią".
 
Słuchaj, mamo, teraz kiedy zostaniesz babcią, naprawdę musisz skończyć z byciem młodą dziewczyną. 
 
Takie słowa słyszy od swojej córki, która oczekuje dziecka. Podobnie myśli jej mąż, przyszły dziadek. 
 
Masz w sobie niesamowitą witalność. (...) Kobiety w twoim wieku zaczynają żyć jednak trochę spokojniej.
 
Podobnie widzi ją fryzjerka, do której zawsze chodzi. A ona odczuwa zamęt, raz chce być taka jak dotąd, raz wydaje jej się, że powinna dopasować się do tych oczekiwań. Zawsze od niej czegoś chcieli. Najpierw, żeby wyszła za mąż, potem, żeby była młoda, wręcz wciskali ją w młodość tak, jak teraz wciskają ją w babciowość. A ona nie wie, kim chciałaby być naprawdę. Umie być żoną, matką, kiedyś umiała być wnuczką, teraz sama będzie musiała nauczyć się być babcią, co ją przeraża, ale nie potrafi o tym powiedzieć. Czy się dostosuje? Nie ma tu zbuntowanych bohaterek.
 
Kobiety nie chcą być bez mężczyzny, bo będą postrzegane jako te gorsze. Tak je wychowano. Często małżeństwo jest ucieczką od ciężkiej, nisko płatnej pracy. Potem dopasowują się do tego, czego oczekują od nich ich partnerzy i są nieszczęśliwe. 
 
(...) wieczorem weszły w małżeństwo tanecznym krokiem, a rano obudziły się z widokiem na ciągłe zmywanie i samotność w świecie istniejącym dzięki mężczyznom, lecz w którym one są zbędne.
 
Dlatego porzucenie jednego mężczyzny dla drugiego najczęściej niewiele w ich sytuacji zmienia. Za wszelką cenę starają się spełniać nowe oczekiwania. 
 
Jego ciągła obecność wywróciła jej życie do góry nogami, bo w kobiecie głęboko zakorzenione jest przekonanie, że mąż ma wychodzić rano i wracać wieczorem.. Nie wiedziała, jak ma się zachowywać przy mężczyźnie, który całe dnie spędza w domu. Stał się dla niej obcy. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, poza tym musiała trzymać dzieci z dala od niego, ponieważ go irytowały. 
 
Wiedzą, że coś je uwiera, ale albo nie potrafią powiedzieć co, albo nie umieją się zbuntować. Boją się samotności. Zresztą mężczyźni też wchodzą w przypisywane im role, o czym już wspominałam. Jeśli nie potrafią im sprostać, rodzi się strach. Tak jest z bohaterem opowiadania "Lęk". Ale może jeszcze gorsza jest sytuacja dzieci. Dzieci, które ze względu na sytuację materialną albo pojawienie się młodszego  rodzeństwa, musiały przejąć obowiązki dorosłych albo nawet wejść w ich rolę i troszczyć się o ich dobro. Innym bezpieczny świat zrujnowało rozstanie rodziców. Są bezradne, nic nie mogą zrobić. Pragnienie bliskości, ciepła, okazanego uczucia aż się z nich wylewa, ale boją się o tym mówić. Milczą i cierpią, udając, że wszystko jest w porządku. Trudno się zatem dziwić, że jako dorośli zachowują się podobnie. 
 
Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie "Dobry interes". O kobiecie porzuconej przez męża, która musi sprzedać dom, aby utrzymać siebie i troje dzieci. Czuje się bezradna, zmęczona, nie zna się na interesach, co bezwzględnie wykorzystują agent nieruchomości i jego klient. W to wszystko wpleciona jest jeszcze jedna kobieta, żona kupującego, która wkrótce sama zostanie matką. Z jednej strony współczuje tej obcej kobiecie. Z drugiej nie potrafi sprzeciwić się mężczyznom, chociaż wie, że wykorzystują podbramkową sytuację porzuconej żony. Z trzeciej cieszy się, bo dom jej się podoba. Jak to jest znakomicie rozegrane, jak subtelnie napisane!

Opowiadania Tove Ditlevsen są gęste, o każdym można by rozmawiać z osobna, analizować postawy bohaterek i bohaterów. Mimo tak małej objętości wchodzimy głęboko w ich osobowość, w ich wewnętrzny świat. Wiele dzieje się pomiędzy słowami. To naprawdę mistrzostwo. Najlepszym probierzem tego, jakie zrobiły na mnie wrażenie, jest łatwość, z jaką mi się o nich pisało, chociaż nie od razu po zamknięciu książki miałam czas, aby podzielić się tu moimi refleksjami. Pisząc, zupełnie nie musiałam zerkać do notatek, które robiłam, słowa same płynęły spod palców. 
 
Mottem opowiadań Tove Ditlevsen mógłby być cytat z jednego z nich: Może wiele nieszczęść wynika stąd, że ludzie nie są zbyt zainteresowani tym, co się dzieje w kimś najbliższym. A zaczynając robić notatki po lekturze kilku pierwszych, napisałam: o życiu, co stale stawia nowe wymagania i nie daje spokoju.

Bernardine Evaristo "Mr Loverman"

A było tak. Nie zamierzałam sięgać po drugą wydaną w Polsce

powieść Bernardine Evaristo "Mr Loverman" (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożyła Aga Zano), może nigdy, a na pewno nie w najbliższym czasie. Jej pierwsza książka, która ukazała się w Polsce, "Dziewczyna, kobieta, inna", a wokół której było bardzo, bardzo dużo szumu, achów, ochów i zachwytów, mnie aż tak bardzo nie porwała. Nie żeby mi się nie podobała, no ale żeby aż takie halo robić? (Przed chwilą odświeżyłam swoje wrażenia, czytając moją notkę, i odkryłam, że jakoś bardzo krytyczna nie byłam, chociaż kilka zastrzeżeń miałam. A jednak, jak widać, z czasem lektura zblakła.)  Dlatego wobec morza innych ważnych, a przynajmniej na takie się zapowiadających, książek postanowiłam odpuścić. Nawet nie zainteresowałam się, jaki jest temat "Mr Lovermana". Tymczasem na pewnym spotkaniu nie tylko mnie do niej przekonano i zapewniono, że warto, ale nawet nieoczekiwanie dostałam ją w prezencie. Wobec takiego obrotu spraw zrejterowałam i niemal natychmiast pogrążyłam się w lekturze.  

A  zanętą stała się karaibskość powieści. Tym razem Bernardine Evaristo, która ma korzenie angielsko-nigeryjskie, opowiada o środowisku migrantów z Karaibów, którzy w latach sześćdziesiątych osiedlili się w Londynie. Jej bohaterki i bohaterowie pochodzą z Antigui, a wyjazd do Anglii był dla nich czymś oczywistym. I nie tyle chodziło o lepszy byt materialny, bo nie wiodło im się jakoś źle, przynajmniej nie wszystkim,  ale o perspektywy, których na małej rodzinnej wyspie dla siebie nie widzieli. To trochę tak jak migruje się z prowincji do metropolii, bo nudno, bo brak widoków na lepszą pracę. Dziś mogliby szukać swojej szansy w turystyce i ci, którzy wrócili, znaleźli ją dzięki finansowym zasobom. 

Tym razem nie problem rasy i koloru skóry oraz sytuacja czarnych kobiet  jest tematem powieści, chociaż też się przecież pojawia. Głównemu bohaterowi, zarazem jednemu z dwojga narratorów, Barremu, powiodło się finansowo, nawet bardzo, dzięki inwestycjom w nieruchomości i nie rozpamiętuje jakoś specjalnie upokorzeń czy krzywd, których pewnie trochę zaznał. Jest człowiekiem inteligentnym, oczytanym, zakochanym w Szekspirze, wprawdzie nie ma formalnego wykształcenia, ale nie jest to wynik braku białego przywileju, bo studia skończyć mógł. Zrobiła to jego żona, Carmel, druga narratorka powieści. Wprawdzie jako dorosła osoba, ale jednak. Miała potem całkiem przyzwoitą pracę w wydziale mieszkalnictwa w swojej dzielnicy, co z dumą lubi podkreślać. Studia skończyły ich dwie córki, a zdolny wnuk dostał się na Harvard. 

O czym w takim razie jest powieść Bernardine Evaristo? W szerszej perspektywie o tym, jak życie w zakłamaniu niszczy nie tylko tego, kto buduje je na fałszu, ale także jego bliskich. I o tym, że zawsze jeszcze można wszystko naprawić, zacząć żyć pełną piersią. To ostatnie brzmi jak z taniego poradnika, no i nie ma co ukrywać, że trochę takie ulukrowane jest. Bo wprawdzie "Mr Loverman" mówi o naprawdę poważnych problemach, które rujnują ludziom życia, a przynajmniej bardzo je wikłają, ale jednak w sposób dość  pogodny. Czy to zasługa takiej a nie innej konstrukcji głównych bohaterów? Pewnego siebie, a pewność być może dają mu pieniądze, jakich dorobił się dzięki zmysłowi do biznesu i pracy, pogodnego gaduły Barrego, który sam o sobie z dumą mówi, że jest grzesznikiem i pijakiem, no i wcale się tego nie wstydzi? Z przyjemnością podążałam za jego gawędą, a źródłem tej przyjemności było przede wszystkim to, jak opowiadał. Z kolei Carmel, ta bardziej poszkodowana, nad którą powinnam się pochylić, żałować jej, współczuć, bo nie z własnej winy znalazła się w opresji, nie budziła mojej wielkiej sympatii, bo została przedstawiona jako bigotka. A przecież to ona przeżywa prawdziwy dramat i kiedy wreszcie dociera do niej, że zmarnowała pięćdziesiąt lat swojego życia, pięćdziesiąt!, i nawet fakt posiadania dwóch córek nie jest w stanie jej tego wynagrodzić, to świadomość wagi tych słów sprawia, że na chwilę staje się to bardzo, bardzo mocne. Nawet jako narratorka pozostaje w cieniu Barrego - to on opowiada więcej, to jego rozdziały opatrzone są zawsze słowem sztuka, czyniąc go artystą stąpania po kruchym lodzie, ślizgania się pomiędzy przeszkodami i po powierzchni życia tak, żeby to jemu było wygodniej. Tymczasem jej narracja to pieśń, najczęściej smutna i zawodząca. Od pieśni słodyczy, jaką odczuwa naiwna młoda dziewczyna zakochana w swoim świeżo poślubionym mężu, przez pieśń rozpaczy, modlitwy, pożądania, aż do pieśni siły. Ja jednak najbardziej zapamiętałam jej lamentacyjny ton, marudzenie i drażniącą mnie fanatyczną religijność. I chociaż oboje są ofiarami patriarchatu, tak, tak, on też, to jednak Barry zawsze górą. Czytając książkę, to jemu współczułam, a teraz myślę, że to ona została bardziej skrzywdzona.

Czas zdradzić, o czym jest ta powieść w węższej perspektywie, czyli na jakim kłamstwie zbudował swoje życie Barry. I od razu dodaję, to nie spojler, bo dowiadujemy się tego z pierwszego rozdziału, a i okładka nie pozostawia wątpliwości. Otóż główny bohater tej powieści jest gejem i od lat nastoletnich pozostaje w ściśle ukrywanym przed wszystkimi związku z Morrisem, który trochę wcześniej opuścił Antiguę. Stop, to znowu, podobnie jak w chilijskiej powieści Pedro Lemebela "Drżę o ciebie matadorze", jest nieco bardziej skomplikowane. On nigdy tak o sobie nie myślał. W czasach młodości jego i Morrisa, w Antigui, ale także w Londynie, a szczególnie w dzielnicy, w której zamieszkali, słowa gej nikt nie używał. Nawet kiedy jako dojrzały mężczyzna zaczyna poważnie mierzyć się z komplikacjami, jakie niesie ukrywanie prawdziwej tożsamości, wzdraga się przed słowem homoseksualista, a co dopiero gej. Tego wyrazu nie ma w jego języku.

- Barry, jesteś homoseksualistą. - Morris patrzy na mnie i jeszcze bardziej się krzywi. - Ustaliśmy to już bardzo dawno temu.

- Morris, mój drogi, żaden ze mnie homoseksualista. Ja jestem ... Barryseksualistą! 

Nie dam się nikomu upchnąć w żadną szufladę i zalepić etykietą. Jeszcze czego.

I nie jest to dowód dzisiejszego queerowego podejścia do problemu, wielu gejów i wiele lesbijek nie lubi się etykietować, o czym pisze na przykład Renata Lis w swojej książce "Moja ukochana i ja" (Niestety nie napisałam o niej, bo skończyłam tuż przed urlopem, a po miesiącu było mi już trudno do niej wrócić.), ale strachu, a nawet jakiejś skrywanej homofobii, która też czasem w tym środowisku występuje. Jest więc to powieść o opresji, jaką nakładały społeczeństwa, rodziny, środowiska na osoby nieheteronormatywne. Opresja Barrego i Morrisa była jeszcze silniejsza, bo wywodzili się z Karaibów i w Londynie obracali się też głównie w takim środowisku. Dlatego zastygli ze swoją homoseksualnością w czasach swojej młodości i kiedy w końcu wychodzą z szafy, przecierają oczy ze zdumienia, tak inaczej wygląda dziś świat takich jak oni. Dziwią się wszystkiemu jak dzieci. Ale nawet w roku 2010, w którym toczy się zasadnicza część zdarzeń, nie jest łatwo. Uprzedzenia, homofobia mają się dobrze także w środowisku białych, bogatych Anglików, czego dowodem jest pewna bardzo ważna scena, która wywołuje lawinę konsekwencji. I może najważniejsze - jest to także powieść o gejach starszych, żeby nie powiedzieć starych, bo po siedemdziesiątce, o których mało się mówi, bo, tak jak Barry i Morris, urodzili się w czasach, kiedy wyjście z szafy było niemal niemożliwe. Tacy jak oni dla kamuflażu żenili się, mieli dzieci i unieszczęśliwiali swoje żony. Odbijało się to też na dzieciach, rodziło dramaty. O tym wszystkim jest ta powieść, chociaż opowiedziana w tonie raczej lekkim, dzięki językowi Barrego nawet humorystycznym, ironicznym. Czy to zarzut? Może trochę. bo, jak pisałam, ofiarą takiego zabiegu pada odbiór Carmel. Ale nie wykluczam, że to tylko moje wrażenia.

I na koniec, bo bardzo się rozpisałam, muszę wspomnieć o języku. W tym Bernardine Evaristo, no i jej tłumaczka, Aga Zano, są mistrzyniami. Tym razem chodzi o oddanie nie tylko różnej maści angielszczyzny, ale w dodatku angielszczyzny zabarwionej naleciałościami patois, którym porozumiewają się mieszkańcy Antiguy. Inaczej mówi Barry, inaczej Carmel, inaczej ich córki i wnuk. Nie tylko z powodu tego, gdzie się wychowali i do jakich szkół chodzili, ale też dlatego, że każde z nich ma inną osobowość i obraca się w innym środowisku. Całe bogactwo języka, łamańce, kolory. Wielka przyjemność czytania. Aga Zano w posłowiu opowiada o trudnościach, jakie napotkała, i o strategii, którą wybrała. Nie byłabym sobą, gdybym nie zacytowała, tak na zanętę.

Córcia wyciąga z torebki pudełeczko sushi - jedzeniopodobna bzdurka, popularna wśród anorektyczek. Zrywa folię czarnymi szponami i wkłada sobie do ust jeden z tych ponoć zdatnych do spożycia klocków. Wychylam się z fotela, by rzucić okiem na ten jej "obiad": cztery skrawki surowego łososia na wałeczkach ryżu wielkości kciuka, parę listków sałaty i ze dwadzieścia strączków z ogonkami, przypominających trochę ludzkie embriony, kołtun ze startej marchewki,  szczypta ziarna dla ptaków, kilka plasterków marynowanego imbiru i jakieś oślizgłe liściaste zjawisko, któremu należało pozwolić pozostać w morzu.

Popularne posty