Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rasa. Pokaż wszystkie posty

Chimamanda Ngozi Adichie "Amerykaana"

Powieść "Amerykaana" Chimamandy Ngozi Adichie (Zysk i S-ka

2014; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek), nigeryjskiej pisarki mieszkającej w Stanach, miałam w swoim czytniku od dobrych kilku lat. Kupiłam ją po spotkaniu z pisarką na jednej z edycji Festiwalu Conrada, a było to prawie na pewno jeszcze przed pandemią. Kilkakrotnie miałam się za nią zabierać, ale zawsze okazywało się, że ze względu na jej ceglastość (ponad 700 stron), to nie jest dla niej dobry czas. Potem zapominałam, że czeka, i tak aż do niedawna. No i wreszcie przyszła odpowiednia pora, aby wydobyć ją z czeluści czytnika, a to pod wpływem impulsu, którym była informacja, że prawa do jej książek w Polsce nabyło inne wydawnictwo. Wiem na pewno, że sięgnę po trzy inne powieści pisarki wydane w Polsce. Kiedy? Oczywiście nie mam pojęcia. 

Akcja "Amerykaany" toczy się na przestrzeni kilkunastu, a może nawet lekko ponad dwudziestu, lat w Nigerii, w USA i trochę w Londynie. Są to lata dziewięćdziesiąte zeszłego wieku, kiedy w ojczystym kraju bohaterek i bohaterów trwa dyktatura wojskowa, i dwutysięczne. Jednym z momentów, który pozwala czytającym jakoś umiejscowić powieść w czasie, są wybory prezydenckie w Stanach, które wygrywa Barack Obama, co dla głównej bohaterki i jej czarnych amerykańskich znajomych jest momentem niezwykle istotnym i wzruszającym. 

W notce od wydawcy znajdziemy informację, że jest to historia miłosna. I rzeczywiście to prawda. Ifemelu i Obinze spotykają się w liceum w Lagos. Ona pochodzi z klasy średniej (raczej niższej), on z rodziny profesorskiej. Ona od początku odróżnia się od swoich rówieśniczek, jest trochę zbuntowana, trochę dziwna. On spokojny, nieco zamknięty w sobie. Szybko staną się parą. Zaczną studia w jego rodzinnym mieście, Nsukka, bo ich rodzin nie stać na opłacenie uczelni zagranicznej, chociaż Obinze marzy o Stanach, chce tam kiedyś zamieszkać, jest nimi zafascynowany, czyta tylko literaturę amerykańską. To czas kiedy, kto tylko może, wyjeżdża kształcić się za granicę, do Wielkiej Brytanii albo USA. Aż przychodzi okres strajków na uczelniach, uniwersytety są miesiącami zamknięte i Ifemelu decyduje się na wyjazd za ocean. Jest jej łatwiej, bo może się zaczepić u swojej ciotki lekarki, która walczy o nostryfikację dyplomu. Obinze ma kiedyś do niej dojechać, ale po 11 września 2001 roku staje się to niemożliwe. Piszą do siebie, dzwonią, do czasu. Potem kontakt się urywa. Po latach, kiedy Ifemelu postanawia wrócić do Nigerii, odnawiają swoją znajomość. Tu niewiele zdradzam, bo akcja nie jest prowadzona chronologicznie. Dość szybko dowiadujemy się o jej zamiarze powrotu.

To kolejna powieść, po jaką ostatnio sięgnęłam, którą znakomicie się czyta. Losy bohaterek i bohaterów, ich przeżycia są po prostu bardzo ciekawe. I nie chodzi tu tylko o główną parę protagonistów, ale także o ciotkę Ifemelu i jej syna (ciotki, nie Ifemelu), z którym łączy ją bardzo bliska więź. Wiele jest też postaci drugoplanowych, które też poznajemy bardzo dobrze. Bo portrety psychologiczne to kolejna zaleta książki. Chociaż niektóre postacie znikają z pola widzenia, to sporo możemy o nich powiedzieć. Tak jest z rodzicami Ifemelu, jej amerykańskimi partnerami, matką Obinze, ich przyjaciółkami i przyjaciółmi.

Następna zaleta powieści to obraz życia w Nigerii, zwłaszcza w Lagos. Kiedy sięgam po literatury niszowe, tego w nich właśnie szukam. Nawet najdrobniejszych przejawów codzienności, obyczajów, tego, co odmienne i wspólne, opisów miejsc, krajobrazów, zachowań ludzi, problemów społecznych, politycznych, historii, tej przez duże H. Pisałam o tym całkiem niedawno, polecając "Ciała niebieskie" omańskiej pisarki Jokhi Alhathi. W "Amerykaanie" polityka stanowi tło, nie wybija się na plan pierwszy, chociaż ma wpływ na życie bohaterek i bohaterów. Za to obraz obyczajów, życia codziennego, społeczeństwa jest bardzo interesujący.

Są też w powieści takie dwa fragmenty, które mocno angażowały mnie emocjonalnie. To początki Ifemelu w Stanach. Na utrzymanie w czasie studiów nie wystarczy jej stypendium, musi znaleźć jakąś pracę. Zanim się jej to uda, minie sporo czasu, przeżyje chyba najgorszy okres w swoim dotychczasowym życiu - kiedy zabraknie jej pieniądzy, kiedy nie będzie miała na czynsz i na jedzenie, kiedy każda rozmowa o pracę będzie kończyć się fiaskiem, popadnie w duchowy letarg, niemoc, będzie miała depresję. Aż wreszcie zrezygnowana postanowi przyjąć propozycję pracy, która sprawi, że straci szacunek do siebie. I chociaż niemal natychmiast z niej zrezygnuje, to ten jeden moment pozostawi ślad w jej psychice. 

Drugi fragment dotyczy Obinze i jego stosunkowo krótkiego londyńskiego etapu życia. To, co się z nim dzieje, jak próbuje utrzymać się na powierzchni, jak się kończy jego londyńska odyseja, jest nie tylko niezwykle przejmujące, ale także bardzo aktualne. To historia jakich wiele, historia nielegalnego imigranta, człowieka wykształconego, który chciałby ułożyć sobie życie gdzieś indziej nie z powodu wojny w swoim kraju, ale dlatego, że mu się tam po prostu nie podoba. Tymczasem z racji miejsca urodzenia jest to bardzo trudne.

... wszyscy rozumieli ucieczkę przed wojną, przed rodzajem biedy, która miażdży ludzką duszę, ale nie zrozumieliby ucieczki przed przytłaczającym letargiem i brakiem wyboru. Nie zrozumieliby, dlaczego ludzie tacy jak on, którzy dorastali nakarmieni i napojeni, ale unurzani w niezadowoleniu, od urodzenia nastawieni na szukanie czegoś innego, na zawsze przekonani, że prawdziwe życie znajdą gdzie indziej, teraz posuwali się do rzeczy niebezpiecznych, nielegalnych, że uciekali nie zagłodzeni, nie zgwałceni, nie ze spalonych wiosek, ale zwyczajnie głodni wyboru i pewności.

Ale głównym problemem poruszanym w powieści jest kwestia rasy. Rasy, która staje się palącą kwestią dla Ifemelu, Obinze i innych czarnych z Afryki, kiedy znajdą się w białym świecie, a właściwie w świecie, gdzie biały kolor skóry staje się przywilejem najczęściej niezauważanym przez jej posiadacza.

... nie uważałam się za czarną, a stałam się nią dopiero po przyjeździe do Ameryki.(...) Ale wystarczy tylko wyjść i rasa natychmiast zaczyna być ważna. Ale o tym nie mówimy. Naszym białym partnerom nie mówimy nawet o drobiazgach, które nas wkurzają, i o rzeczach, które chcielibyśmy, żeby lepiej rozumieli, gdyż boimy się, iż powiedzą, że przesadzamy albo że jesteśmy przeczuleni.

Ifemelu początkowo stara się dostosować. Zna angielski bardzo dobrze, bo dzieci z takich rodzin jak ona czy Obinze są go uczone niemal od kołyski, ale każdy rozpozna ją po akcencie. Dlatego szybko uczy się akcentu i słownictwa amerykańskiego, aby się wtopić. Z tego samego powodu rezygnuje z afro, co jest jej naturalną fryzurą, i z warkoczyków. Prostuje włosy, co im bardzo szkodzi. Ale w pewnym momencie przychodzi otrzeźwienie i bunt. Ifemelu chce być znowu sobą, a nie udawać kogoś innego. Przemyślenia i obserwacje na temat rasy, koloru skóry i związanych z tym przywilejów albo ich brakiem zamieszcza na łamach bloga, który z czasem staje się nie tylko bardzo popularny, ale stanowi źródło jej dochodów. Dziś pewnie robiłaby to samo na portalach społecznościowych albo miała swój podcast. To bardzo ciekawe rozważania. Wiele do myślenia daje test dla Białych Uprzywilejowanych, jaki Ifemelu zamieszcza na swoim blogu. Pytań jest wiele, ja podam dla przykładu dwa.

Kiedy włączasz TV albo otwierasz którąś z wiodących gazet, spodziewasz się zobaczyć albo przeczytać głównie o członkach innej rasy?

Jeśli dobrze sobie radzisz w jakiejś sytuacji, oczekujesz, iż powiedzą ci, że przynosisz zaszczyt swojej rasie? Albo nazwą cię "innym" od większości członków twojej rasy? 

Nie mogę powiedzieć, aby dla mnie jej refleksje czy spostrzeżenia były czymś zupełnie nowym, bo trochę o tym wiem. Tu szczególnie polecam esej Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już białymi o kolorze skóry" albo powieści Natashy Brown "Przyjęcie" czy Bernardine Evaristo "Dziewczyna, kobieta, inna"

Równie ciekawe są spostrzeżenia, jak liberalni biali Amerykanie za wszelką cenę starają się wobec czarnych z Afryki zachować poprawność polityczną, aby ich nie urazić, co najczęściej wypada nienaturalnie albo śmiesznie.

Och, i spotkałam dzisiaj czarującego Nigeryjczyka. Poszłyśmy do przychodni i okazało się, że właśnie zaczął u nich pracować nowy lekarz, ten Nigeryjczyk, i akurat przechodził, i przywitał się z nami. Przypominał mi ciebie, Ifemelu. Czytałam w internecie, że Nigeryjczycy są najbardziej wykształconą grupą imigrantów w tym kraju.

I jak wszystkich czarnych, ze Stanów i tych z Afryki, wrzucają do jednego worka, nie dostrzegając różnic.

 - Może kiedy ojciec Afroamerykanki nie miał prawa głosować, ponieważ był czarny, ojciec Ugandyjki kandydował do parlamentu albo studiował w Oksfordzie - powiedziała Ifemelu.

Wreszcie jest to też powieść o powrocie do siebie, do tego, co dla kogoś ważne, o trudnych zmianach, naprawianiu popełnionych błędów, co często łączy się z podejmowaniem raniących innych decyzji. Czy tak można? Co ważniejsze - spokój innych kosztem życia udawanego? Poświęcenie siebie w imię czyjegoś dobra? To dylematy, z którymi mierzą się bohaterki i bohaterowie, dylematy doskonale nam znane z naszych żyć. Kiedy Ifemelu decyduje się po latach spędzonych w Stanach wrócić do Nigerii, wszyscy się jej dziwią. Czy sobie poradzi? Czy się tam odnajdzie? Przecież stała się już ową tytułową Amerykaaną. 

Aisha przypomniała jej słowa cioci Uju, gdy ta wreszcie przyjęła do wiadomości, że Ifemelu naprawdę chce wrócić - "Poradzisz sobie?" - i sugestię, że w pewnym sensie Ameryka zmieniła ją w nieodwracalny sposób, że na skórze wyrosły jej kolce. Jej rodzice także chyba uważali, że sobie nie "poradzi" z Nigerią.

Jeśli ktoś tak jak ja lubi długie, ciekawe, ale jednocześnie mądre powieści, to "Amerykaana" jest właśnie taka.

Natasha Brown "Przyjęcie"

Powieść Natashy Brown "Przyjęcie" (Wydawnictwo Poznańskie

2023; przełożyła Martyna Tomczak) to jedna z tych książek, nad którą hamletyzowałam - czytać czy nie czytać? warto czy jednak szkoda czasu? Najpierw zapisałam ją na listę alertów cenowych, która jest dla mnie nie tylko czekaniem na przystępną cenę, ale także rodzajem książkowego czyśćca - próbę czasu przetrwają tylko te tytuły, które naprawdę chcę przeczytać. Mimo że dość często cena świeciła się na czerwono, jakoś jej nie kupowałam. Spotkanie z autorką na Festiwalu Conrada zaciekawiło mnie na tyle, że postanowiłam "Przyjęcie" wypożyczyć z biblioteki. Jeśli nie będę zachwycona, przynajmniej nie będzie mi żal wydanych pieniędzy. No bo temat bardzo ciekawy - kwestia rasy, klasy, feminizm, patriarchat. Co mnie odstraszało? Skondensowana forma, która bywa zaletą, ale bywa też pułapką. Bałam się trochę jej przerostu nad treścią. 

Wypożyczyłam, przeczytałam. Jaki jest werdykt? Jeden z blurbów zamieszczonych na okładce głosi: Lektura tej książki robi niezapomniane wrażenie! Otóż na mnie nie robi! Być może byłoby inaczej, gdybym wcześniej nie poznała znakomitego eseju Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry", który traktuje dokładnie o tym samym, o czym  powieść Natashy Brown, robi to jednak znacznie dokładniej i wnikliwiej, zwraca uwagę na problemy, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, pokazuje, dlaczego takie książki warto czytać także w kraju, którego społeczeństwo nadal jest dość homogeniczne. Jeśli jednak ktoś nie ma ochoty i czasu na bardziej wymagający esej, nie zastanawiał się dotąd głębiej nad kwestiami koloru skóry, rasy, białego przywileju, niech przynajmniej sięgnie po krótką powieść Natashy Brown, która przedstawia te problemy w pigułce.

Narratorka "Przyjęcia" to młoda czarna Brytyjka, która pracuje w jednym z banków na wysokim stanowisku i właśnie dostała awans na jeszcze wyższe. Na tym zawodowym szczeblu jest jedyną kobietą wśród mężczyzn. Osiągnęła sukces zawodowy, a co za tym idzie finansowy. Do jednego z jej dotychczasowych zadań należy jeżdżenie do szkół z prelekcjami i zaświadczanie swoim przykładem, że czarna dziewczyna z niższej klasy społecznej też może do czegoś dojść. Do tego dochodzi udany związek z białym facetem z klasy wyższej. Niby wszystko jest w porządku, niby powinna być zadowolona, jej rodzina na pewno jest z niej dumna, a jednak coś  tu nie gra. Pod wpływem pewnego zdarzenia zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem, a robi to, jadąc na to tytułowe przyjęcie w wiejskim domu rodziców swojego partnera. Przyjęcie, na które nie ma ochoty, ale nie potrafi powiedzieć - nie. Dlaczego? Bo dla jej dobra tak została sformatowana - przez rodzinę, przez szkołę, przez społeczeństwo.

Bądź najlepsza. Pracuj ciężej, działaj sprytniej. Przechodź wszelkie oczekiwania. Lecz zarazem, bądź niewidzialna, niezauważalna. Nie stawiaj nikogo w niezręcznej sytuacji. Nie sprawiaj kłopotu. Istniej tylko w przestrzeni negatywnej. Nie wciskaj się na pierwszy plan! Przemykaj niezauważona. Stań się powietrzem. Otwórz oczy.

Tego uczy się czarne dziewczyny, dla ich dobra, aby kiedyś mogły osiągnąć sukces. I ona ten sukces osiągnęła, ale myśl, że jej życie dalej ma się toczyć takim właśnie trybem, przeraża ją. Praca, której tak naprawdę nie lubi - wybrała karierę w finansach, bo tylko w tej dziedzinie ona, czarna dziewczyna, mogła stosunkowo łatwo, chociaż ciężko pracując, dojść do stanowisk dających stabilizację finansową. Mimo sukcesu nadal czuje, że jej kolor skóry i fakt, że jest kobietą, to problem dla jej kolegów. To ją ogranicza, tworzy szklany sufit. Być może ten awans jest ostatnim na jej drodze zawodowej.

Jestem tym, czym zawsze byliśmy dla imperium: je...nym czystym zyskiem. Zasobem naturalnym, który się eksploatuje, lekceważy zużywa. (...) Nie jestem im winna kolejnych czterdziestu lat mojego życia.

Związek z białym mężczyzną, dzieckiem arystokratów w gruncie rzeczy oparty został na obopólnej korzyści, a ile w nim prawdziwego uczucia, trudno powiedzieć. Ją legitymizuje w oczach jej zwierzchników i partnerów z pracy, jego w Partii Pracy, gdzie próbuje robić polityczną karierę. Czuje, że oszukuje te wszystkie młode dziewczyny, którym opowiada o swoim sukcesie.

W najlepszym razie te dzieciaki dorosną, zasymilują się i swoją pracą będą zasilały budżet państwa, które w kółko im powtarza, że nie są Brytyjczykami. Że tutaj nie jest ich dom. Czy powinnam im o tym powiedzieć?

Jej opowieść miejscami aż kipi gniewem. Jest wściekła na białych Brytyjczyków, którzy nie pamiętają, że ich dobrobyt został zbudowany na eksploatacji i wyzysku czarnych.

[czarne] ciała, wystawiane na targach, upychane, skute łańcuchami, bok przy boku i głowa przy stopie pod pokładem (...) statku. Warunki gorsze niż dla zwierząt.

Jest wściekła, bo chociaż w Wielkiej Brytanii urodziła się nie tylko ona, ale także jej rodzice, nadal nie jest stąd.

Tu się urodziłam, tu urodzili się moi rodzice, tu mieszkam całe życie - ale nigdy nie będę stąd. Ich kultura w moim wykonaniu staje się parodią.

Jak znaleźć tę równowagę? Ten złoty środek? Być sobą, czarną dziewczyną, której przodkowie urodzili się na innym kontynencie, może byli niewolnikami, a jednocześnie czuć się częścią brytyjskiego społeczeństwa? Ale właśnie to społeczeństwo na to jej nie pozwala. Bądź taka jak my, ale przecież ona z jej historią nie może być taka jak oni. Pozwólcie mi być sobą! - zdaje się krzyczeć narratorka. Tyle tylko, że ona już nie ma ochoty walczyć, brnąć dalej w ten fałsz. Tak myśli o swoim udziale w przyjęciu, na które została zaproszona.

Rozumiem, co oznacza ten weekend. Odsłonięcie kotary, zaproszenie do ukrytych komnat. Ale nie przyjęcie do grona. Jeszcze nie. Tylko jeden krok naprzód, krok bliżej. (...) uczę się, czym jest kapitał kulturowy. Uczę się poruszać po ich świecie. Jak powinnam żyć. Co powinno sprawiać mi przyjemność. Obserwuję i chłonę. To wymaga wprawy. Zrozumienia, co jest poza zasięgiem. Do czego nigdy nie doskoczę.

Niech lektura "Przyjęcia" Natashy Brown będzie wstępem do sięgnięcia po wspomniany przeze mnie esej  Reni Eddo-Lodge.

Bernardine Evaristo "Dziewczyna, kobieta, inna"

Trochę trwało, zanim zabrałam się za powieść Bernardine Evaristo

"Dziewczyna, kobieta, inna" (Wydawnictwo Poznańskie 2021; przełożyła Aga Zano). Kampania promocyjna zdążyła  przebrzmieć, dawno już nie widziałam zdjęcia czytelniczki z egzemplarzem książki w ręku na facebookowym profilu wydawnictwa, co było elementem wspomnianej kampanii. Niezależnie od hałasu powieść zamierzałam przeczytać, bo poleciła mi ją bliska mi osoba. No i zawsze pilnie przyglądam się propozycjom wydawniczym Wydawnictwa Poznańskiego. 

Bernardine Evaristo to nie debiutantka, w dorobku ma osiem książek, oprócz powieści także opowiadania i zbiory esejów. Jest Brytyjką o nigeryjskich korzeniach - jej matka była Angielką, ojciec Nigeryjczykiem. Ta informacja jest kluczowa w kontekście powieści, która trafiła do rąk polskich czytelników. Bo jej bohaterkami są kobiety w różnym wieku, najmłodsza jest studentką, najstarsza ma lat ponad dziewięćdziesiąt, które łączy to, że chociaż urodziły się w Wielkiej Brytanii, mają czarną skórę. Jedne bardziej, inne mniej. Niektóre są prawie białe. Zagadnienie rasy, przywileju białych, który przysługuje im tylko z racji urodzenia, i jego brak wśród ludzi o innym kolorze skóry  to jeden z tematów powieści Evaristo. Kto czytał znakomity esej Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry", ten zna zagadnienie, kto nie ma ochoty zmierzyć się z bardziej wymagającą formą, w "Kobiecie, dziewczynie, innej" znajdzie podobne tematy podane w przystępny, powieściowy sposób. Mimo wszystko namawiam, aby zmierzyć się z książką Reni Eddo-Lodge, bo otwiera oczy, pokazuje doświadczenie osób o czarnym kolorze skóry, z jakiego nie zdajemy sobie sprawy. Niby wiemy, że mają trudniej, ale nie uświadamiamy sobie, co to właściwie oznacza i dlaczego tak się dzieje. W powieści Evaristo wybrzmiewa też pytanie, czy przywilej związany jest tylko z rasą, czy również ze stanem majątkowym, wiekiem, doświadczeniem.

Ale nie tylko kolor skóry jest tematem tej powieści. Mówiąc ogólnie i nieco górnolotnie równie ważny jest kobiecy los. Wspólne dla nas doświadczenia. Dom rodzinny, poszukiwanie drogi życiowej, praca, związki z mężczyznami albo kobietami, macierzyństwo albo jego brak, zawodowe spełnienie albo ciężka fizyczna harówka.  Bohaterki tej książki to feministki, czasem radykalne, gospodynie domowe, lesbijki i heteryczki, artystki, nauczycielki, kobiety wykonujące najprostsze prace i te na wysokich stanowiskach, studentki, matki i kobiety bezdzietne, spełnione i rozczarowane życiem, wdowy, mężatki, samotne i te w związkach. Jest i osoba niebinarna. Jednym słowem pełny przegląd. Wiele z nich łączy to, że aby znaleźć się w miejscu, w którym są, aby osiągnąć sukces albo życiową harmonię, przeszły okres burzy i naporu, musiały mierzyć się ze swoimi słabościami, z nieprzychylnością otoczenia, z kiepską sytuacją materialną rodziny, w której się wychowywały. Sukces zawdzięczają swojemu uporowi albo ciężkiej pracy rodziców, którzy zrobili wszystko, aby ich córki kształciły się i miały łatwiejsze życie. 

Książka Bernardine Evaristo składa się z czterech części podzielonych na trzy rozdziały. Każdy ma inną bohaterkę, ale w obrębie jednej części zazwyczaj są to matka, córka i na przykład przyjaciółka albo znajoma tej ostatniej. W pewnym momencie orientujemy się, że jakieś nici łączą wszystkie bohaterki  powieści. Na koniec niektóre z nich spotkają się na bankiecie po awangardowym spektaklu, którego premiera staje się osią opowieści. Największe zaskoczenie czeka jednak w epilogu, chociaż uważny czytelnik już wcześniej domyśli się, co się święci. Taka konstrukcja powieści zbliżająca ją do zbioru opowiadań ma też swoje wady. Co zdążyłam się wciągnąć w jakąś historię, polubić bohaterkę, być jej ciekawa, musiałam się z nią rozstać, bo rozdział się kończył. Drażniło mnie też to, że czasem autorka dopowiada czyjeś losy, jakby je streszczała, co kontrastowało z zasadniczą częścią  historii. Mimo tych zastrzeżeń trzeba przyznać, że czyta się tę książkę znakomicie, chociaż nie mogę powiedzieć, aby poza zagadnieniem rasy i płci była to rzecz jakoś odkrywcza. Ale może się czepiam, może szczególnie w Polsce jest ta powieść ważna, a jej przystępność sprawi, że sięgnie po nią wiele osób.

Natomiast prawdziwe mistrzostwo kryje się w języku znakomicie przełożonym przez Agę Zano. Potocznym, rwanym, mówionym, bez  tradycyjnej interpunkcji, no i przede wszystkim język charakteryzuje bohaterki. Informuje o tym, z jakiej warstwy społecznej, z jakiego środowiska się wywodzą. Elena Ferrante powinna się od Bernardine Evaristo uczyć. Cóż, jak zwykle w takich razach nie mogę powstrzymać się od drobnej złośliwostki, bo denerwuje mnie uznawanie włoskiej pisarki za wybitną. A kto chce wiedzieć, dlaczego i co ma z tym wspólnego język, niech sięgnie do mojej notki poświęconej krytyce neapolitańskiej tetralogii.

A na koniec jeszcze raz jednoznacznie stwierdzam, że po "Dziewczynę, kobietę, inną" warto sięgnąć. Przyjemna i pokrzepiająca lektura w tych trudnych czasach. 

Popularne posty