"Dziobak literatury. Reportaże latynoamerykańskie" pod redakcją Beaty Szady

Przeczytałam książkę pod redakcją Beaty Szady "Dziobak literatury.

Reportaże latynoamerykańskie" (Dowody na Istnienie 2021; przełożyli: Katarzyna Sosnowska, Marta Szafrańska-Brandt, Tomasz Pindel, Jerzy Wołk-Łaniewski, Nina Pluta, Bogumiła Lisocka-Jaegermann, Zuzanna Jaegermann, Dagmara Luboń, Radosław Powęska, Beata Szady, Justyna Garyga). To antologia reportażu z krajów Ameryki Południowej opatrzona posłowiem Mariusza Szczygła. Książka zbiera bardzo dobre recenzje, ale ja mam z nią problem. Nie mogę oczywiście powiedzieć, abym żałowała lektury. Na czym wobec tego polegają moje obiekcje? Otóż decydując się na sięgnięcie po "Dziobaka literatury", warto wiedzieć, jaki zamysł stoi za tą antologią i kto doceni w pełni jej wartość.

Zacznę  może od autorki tego zbioru. Beata Szady to dziennikarka i redaktorka, ma w swoim dorobku dwie reporterskie książki "Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy" i "Wieczny początek. Warmia i Mazury" (tę drugą mam, ale jeszcze nie przeczytałam, tę pierwszą też chcę mieć i przeczytać). Ale żeby zrozumieć zamysł wydanej przez nią antologii, trzeba wiedzieć, że jest również wykładowczynią akademicką - zajmuje się reportażem i nowymi mediami w Ameryce Łacińskiej. Reportaż południowoamerykański stał się tematem jej doktoratu. No i teraz jesteśmy w domu! Bo autorkę antologii fascynuje reportaż jako gatunek, a reportaż z tego rejonu świata w szczególności. Dlatego zamieszczone w nim teksty nie zostały dobrane pod kątem treści, a formy. 

I na tym polega mój ból - ja, miłośniczka  tego gatunku, ale jednocześnie zwyczajna czytelniczka, zainteresowana byłam przede wszystkim treścią. Sięgając po "Dziobaka literatury", miałam nadzieję dowiedzieć się więcej o krajach Ameryki Południowej. Nie interesują mnie aż tak bardzo zagadnienia warsztatowe, czym zafascynowana jest autorka zbioru. Ba, często nie potrafiłam ich docenić. Nie umiałam dostrzec niczego wyjątkowego w tekstach, które okazały się przełomowe dla tego dziennikarskiego gatunku w Ameryce Południowej. Właśnie te wydały mi się banalne i nie poszerzyły mojej wiedzy, chociaż przyznaję, były dowcipne. Taki okazał się tekst autorstwa Marco Avilesa i Daniela Titingera o inka coli - ulubionym napoju Peruwiańczyków, któremu nie dała rady sama coca cola - oraz o mieszkańcach stolicy Meksyku napisany przez Juana Villoro. Ten ostatni nie jest nawet, ściśle rzecz biorąc, reportażem, bardziej dowcipnym esejem czy felietonem. Ale właśnie to ta nieoczywistość, odmienność od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, opowiadanie o banale w niebanalny sposób tak bardzo fascynuje Beatę Szady. Ja, przeciwnie, sięgając po reportaże z odległej części świata, nie chcę banału, a ich nowatorstwo nie zawsze dostrzegam. 

Dlatego wielkie wrażenie zrobiły na mnie szczególnie dwa teksty - Martina Caparrosa "Caracas. Miasto w ranach" o życiu w stolicy Wenezueli w roku 2018, a przecież dziś jest tam jeszcze gorzej, i Carlosa Martineza "Spłonęliśmy w busie" o wojnie gangów w stolicy Salwadoru. Ciekawy był też portret (to ulubiona w Ameryce Łacińskiej forma reportażu) urugwajskiej poetki Idei Vilarińo napisany przez Leilę Guerriero, bo jak wynika z tekstu, Idea była kobietą nietuzinkową i tragiczną. Sporo jest reportaży, które nazwałabym ciekawostkami. Na przykład o zarabianiu na kulcie Che Guevary, o mieszkańcach Urugwaju, którzy noszą imię Hitler, czy o błaźnie opowiadającym dowcipy na pogrzebach.

Zaletą antologii jest jej staranne opracowanie. Wstęp autorki zbioru, w którym wyjaśnia nie tylko, skąd wziął się ten intrygujący tytuł, ale także pisze o swojej fascynacji reportażem z Ameryki Łacińskiej i o jego krótkiej stosunkowo historii. Tam ten gatunek dziennikarstwa dopiero zdobywa sobie czytelników i rynek. Często bywa to ze względów finansowych trudne. Oprócz tego każdy z tekstów został opatrzony dodatkowym wstępem Beaty Szady, w którym przedstawia autora, pisze o historii jego powstania, recepcji, znaczeniu i zagadnieniach warsztatowych.

Komu polecić "Dziobaka literatury"? Oczywiście sięgnąć po nią może każdy miłośnik reportażu czy Ameryki Łacińskiej, ale najwięcej skorzystają zawodowcy - dziennikarze, studenci, medioznawcy.

Douglas Stuart "Shuggie Bain"

Kiedy sięgam po książkę, która wywołuje powszechny zachwyt,
budzi się we mnie nieufność i przekora. Najpierw, szczególnie w wypadku powieści, zastanawiam się, czy warto w ogóle ryzykować. Bo czy to zachwyt prawdziwy, czy napędzany marketingiem wydawcy? A może instynkt stadny? Jeśli zachwycają się recenzenckie autorytety, to innym też wypada? Ileż to razy w moich notkach zastanawiałam się, dlaczego mnie nie zachwyca, skoro zachwycać powinno? Ot choćby ostatni przypadek - "Rzeszot" Bartosza Sadulskiego. Przeczytałam bez przykrości, z pewnym zainteresowaniem, ale jakoś geniuszu tej powieści dostrzec nie potrafię. Czy to ze mną coś jest nie tak? No ale do rzeczy, bo nie o "Rzeszocie" mam pisać, a o bardzo głośnej, nagrodzonej w roku 2020 Bookerem debiutanckiej powieści szkockiego pisarza Douglasa Stuarta "Shuggie Bain" (Wydawnictwo Poznańskie 2021; przełożył Krzysztof Cieślik). Sięgnęłam po nią wcale nie dlatego, że tyle się teraz o niej mówi i oczywiście w samych superlatywach, ale ze względu na temat, jaki porusza. Jednak nie ukrywam, że wrzawa, jaka jej towarzyszy, zwróciła na tę książkę moją uwagę. Tym razem jednak przyłączam się do chóru zachwyconych. To rzeczywiście rzecz bardzo dobrze napisana, znakomicie przetłumaczona, ważna, przejmująca, ale właśnie z tego powodu niełatwa. Serce się ściska, łzy napływają do oczu, gula rośnie w gardle. Nie przesadzam. 
 
A wszystko dlatego, że jednym z głównych bohaterów jest biedne, nieszczęśliwe, samotne dziecko, które radzić sobie musi z problemami przerastającymi dorosłych. Przyznam, że niechętnie sięgam po książki opowiadające o tragicznym losie dzieci. Chociaż w literaturze czy kinie  nie unikam trudnych tematów, ten jeden mnie przerasta. Tym razem jednak zdecydowałam się, bo książka Douglasa Stuarta wpisuje się w nurt opowieści o społecznym wykluczeniu, o kosztach związanych z transformacją i restrukturyzacją przemysłu, mówiąc krótko - o biedzie. Chociaż czasem kiedy pojawia się kolejna rzecz z tego nurtu, wzdycham, bo temat jest ostatnio mocno eksploatowany, ale zaraz przychodzi otrzeźwienie. Bo po pierwsze taki jest świat, a po drugie co jest złego w zwracaniu uwagi na problemy biedy i wykluczenia. Tym bardziej jeśli do głosu dochodzą ci, którzy takiego losu zaznali, mówią ze środka, dają świadectwo. To przypadek dwóch Francuzów - Didiera Eribona i jego autobiograficznej opowieści "Powrót do Reims", i Edouarda Louisa ("Historia przemocy", a szczególnie "Koniec z Eddym").
 
"Shuggie Bain" też podobno w jakiejś mierze opiera się na doświadczeniach autora, ale nie jest historią opowiedzianą jeden do jednego. Akcja tej powieści rozgrywa się w szkockim Glasgow i jego najbliższych okolicach w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, kiedy to liberalny rząd kierowany twardą ręką Margaret Thatcher zamykał nierentowne kopalnie, nie przejmując się losem górników. Mieszkańcy przykopalnianych osad pogrążali się w beznadziei, biedzie, przemocy i alkoholu. Żyli z zasiłków, z tygodnia na tydzień. Odebrano im całą godność. Tytułowy Shuggie, najmłodsze dziecko Agnes Bain, nie jest dzieckiem górnika. Jego ojciec, Shug, pracuje jako taksówkarz, ale razem z matką, starszym bratem Leekiem i siostrą Catherine zamieszkują w jednym z domów w takiej właśnie osadzie pod Glasgow. Wokół straszą pokopalniane hałdy, a, jakby tego było mało, krajobraz jest wyjątkowo brzydki i depresyjny. W poniedziałki i wtorki mieszkańcy osiedla ustawiają się w kolejkach po zasiłek, kobiety, które w rodzinach górniczych nigdy nie pracowały, nadal zajmują się domem i dziećmi, wiele z nich pije, podobnie jak mężczyźni, którzy nie mają zajęcia. Domowa przemoc jest tu codziennością, podobnie jak plotki i zawiść. Nic nie umknie mieszkańcom. Swoje piekło mają też dzieci, które nie przepuszczą nikomu, kto w jakikolwiek sposób odróżnia się od pozostałych. 
 
Ale problemy społeczne to tylko tło, oczywiście istotne. Siłą tej powieści są bogate portrety głównych bohaterów, Agnes Bain i jej dzieci, szczególnie synów, i relacje między nimi. Ponieważ, jak wspomniałam, oni nie są rodziną górniczą, od początku na osiedlu stanowią obcy element, w ogóle tam nie pasują. To działa w obie strony, bo Agnes czuje się kimś lepszym od swoich nowych sąsiadek, a one zarzucają jej, że się wywyższa, że czyha na ich mężów. Jeśli ich kontakty układają się pokojowo, to jest to pokój kruchy i pozorny. Kiedy Agnes zacznie zmierzać ku samozagładzie, zawiść i niechęć wybuchną ze zdwojoną siłą. 
 
Dlaczego matka Shuggiego i Leeka nie pasuje do górniczego osiedla? Bo za wszelką cenę chce trzymać formę - chodzi w szpilkach, dba o wygląd, o fryzurę i makijaż, stara się upiększyć nędzny dom, w którym zamieszkała, a przede wszystkim starannie się wysławia - mówi poprawnym angielskim, a nie, jak jej otoczenie, szkocką odmianą tego języka czy robotniczym slangiem. Tego samego uczy swoje dzieci. To wszystko powoduje, że także i one są wyalienowane, szczególnie najmłodszy Shuggie, ślepo w matkę zapatrzony, grzeczny, przestrzegający zasad, które mu wpaja. Jego kłopoty szkolne wynikają także z tego, że nie rozumie swoich nauczycieli, a kiedy się odezwie, budzi śmiech i drwiny. 
 
Ale to tylko jeden z problemów Shuggiego, jego brata i siostry. To nie z tego powodu serce mi się ściskało. Prawdziwym dramatem tej rodziny jest alkohol. Bo Agnes  jest alkoholiczką. Jej dzieci dźwigają ciężar ponad siły. Mierzą się z biedą, samotnością i strachem o matkę, którą kochają. Szczególnym przywiązaniem obdarza ją Shuggie. Czują się winne, jeśli jej nie upilnują, jeśli pijana zaczyna bełkotać, mówić knajackim językiem, przeklinać, wydzwaniać do swoich byłych i obarczać ich winą za nieszczęścia. Czują się winne, kiedy pijana traci całą godność. Są świadkami scen, których widzieć w żadnym razie nie powinny. Komuś, kto miał szczęśliwe dzieciństwo, kto nie ma takich doświadczeń, trudno zrozumieć, jak można trwać z takim uporem przy matce takiej jak Agnes. Ale przecież w chwilach trzeźwości stara się jak może. Wtedy Shuggie jest szczęśliwy. Przerażające jest to, że jej dzieci są w swoim cierpieniu samotne. Nie mogą liczyć na ojców, na nauczycieli, na sąsiadów ani na opiekę społeczną. Paradoks polega na tym, że gdyby nawet zabrano Shuggiego od matki, on czułby się nieszczęśliwy i tęsknił za nią bardzo. Żeby się ratować, muszą liczyć na siebie i przede wszystkim muszą uciec. Pierwsza zrozumiała to najstarsza Catherine, potem Leek, Shuggie nie zdradził Agnes nigdy.
 
Jak już wspominałam, siłą tej powieści są portrety bohaterów. Autor wnikliwie pokazuje ich rozdarcie, szamotaninę, uczucia, walkę o siebie i powolny upadek. Pokazuje, dlaczego Agnes taka jest. Jej problemem jest niezgoda na świat, na codzienność, chciałaby innego życia, kolorowego u boku księcia z bajki. Tak, z pewnością jest w jej postawie wiele niedojrzałości, ale czy można winić ją za to, że chce żyć inaczej niż rodzice i wszyscy wokół? Cenę za jej wybory, decyzje, a przede wszystkim chorobę, płacą dzieci, szczególnie Leek i Shuggie. Obaj są postaciami tragicznymi. A ten ostatni podwójnie. Bo jest inny, sam dostrzega, że coś z nim nie tak. Dlatego czuje się winny, bo wydaje mu się, że to jedna z przyczyn problemów jego matki.
 
Ta powieść przygniata. Tym bardziej, że czytelnik nie znajdzie pociechy takiej jak w książkach wspomnianych już w tej notce Eribona i Louisa. Ponieważ są to opowieści autobiograficzne, wiemy, że im się udało. Czy uda się Shuggiemu i Leekowi? 
 
Pisząc o powieści Stuarta, nie sposób nie przywołać "Mireczka. Patoopowieści o moim ojcu" Aleksandry Zbroi, o której jakiś czas temu pisałam. To też przejmująca, ściskająca za gardło historia dziecka wychowywanego w rodzinie z problemem alkoholowym, historia autorki.
 
Na koniec muszę wspomnieć o jeszcze jednej sile książki Stuarta. To język - zróżnicowany jak zróżnicowani są bohaterowie, a w narracji finezyjny. Dzięki tłumaczowi, Krzysztofowi Cieślikowi, możemy się w polskim wydaniu tą różnorodnością cieszyć. Warto poszukać jakiejś rozmowy z autorem przekładu, który opowiada, z jakimi dylematami musiał się mierzyć, aby oddać te językowe różnice. 
 
PS. Nie mogę darować sobie jednej złośliwości pod adresem ... wielbionej Eleny Ferrante i jej neapolitańskiego cyklu. O tym, że bohaterowie tamtych powieści mówią różnym włoskim, dowiadujemy się ... od narratora. Nigdy nie zrozumiem zachwytów nad "Genialną przyjaciółką" i jej kontynuacjami. Ale o tym już  pisałam. 

Dorota Kotas "Pustostany"

Długo zbierałam się, aby sięgnąć po głośny debiut Doroty Kotas

"Pustostany" (Niebieska Studnia 2020). Muszę przyznać się do czegoś, do czego być może przyznawać się nie wypada - niechętnie sięgam po beletrystyczne debiuty. Zawsze mam obawy, że debiutancka powieść czy zbiór opowiadań to jednak ryzyko, coś nie do końca trafionego. Oczywiście wiem, że to nieprofesjonalne podejście i krzywdzące - w końcu każdy pisarz kiedyś musiał wydać swoją pierwszą książkę. Zdarzają się przecież debiuty dojrzałe, wiele jest mimo niedoskonałości interesujących. Do "Pustostanów" nie przekonały mnie nawet dwie nagrody, i to nie byle jakie, Conrada i Gdynia, plus nominacja do Nagrody Gombrowicza. Zdanie zmieniłam dopiero po wysłuchaniu wywiadu z autorką przeprowadzonego przez Michała Nogasia w gazetowym podcaście Radio Książki.

Kiedy zaczęłam czytać, najpierw był zachwyt, a wszystko za sprawą języka i klimatu pierwszego opowiadania zatytułowanego Prolog? Najlepiej niech książka powie sama za siebie, więc na początek cytat.

A ja, kiedy zbiegam po schodach z pierwszego piętra, przekręcam dla sportu sparaliżowane gałki wszystkich drzwi po drodze. W ten sposób razem stwarzamy życie. My, którzy żyjemy. (...) Zmarli to moi ulubieni sąsiedzi. Pod drzwiami ich mieszkań, do których nikt już nie wchodzi - bo niby po co, a zresztą i tak nie ma nawet kluczy, żeby tam wejść - leżą wycieraczki nieocenionej jakości. (...) Czasami robię podmianę, kiedy moja wycieraczka jest zniszczona. I nikt nie ma nic przeciwko temu, bo dla zmarłych sprawiedliwość to w dużej mierze kwestia bez znaczenia. Często przychodzą też do nich listy, które otwieram i czytam, żeby się nie zmarnowały.

Mocne wejście w tę powieść nie-powieść, bo niby zbiór opowiadań, a właściwie epizodów, które tworzą jedną całość połączone osobą bohaterki-narratorki, kamienicą, w której mieszka, i miejscem - warszawskim Grochowem, szczególnie okolicami placu Szembeka. Cytat, który przytoczyłam, dobrze oddaje charakter tej prozy. Z jednej strony mocno zanurzonej w rzeczywistości, z drugiej od czasu do czasu skręcającej w stronę groteski, absurdu czy onirycznych scen. Ta rzeczywistość to kamienica, z której okien widać plac Szembeka na warszawskim Grochowie, kamienica, w której prawie nikt nie mieszka, bo większość lokatorów umarła. Narratorka z czułością i uwielbieniem skupia się na drobiazgach. Kieruje swój wzrok na kamienicę, opuszczone mieszkania, sprzęty, które zostały po zmarłych lokatorkach, dla niej stanowiące powód do zachwytu, prawdziwe skarby. Pisze także o handlarzach z placu, o ludziach, których spotyka na swojej ulicy, często drobnych pijaczkach i rozmaitych odmieńcach. To wszystko staje się przedmiotem jej namysłu, zadziwienia, zachwytu. Ale tak naprawdę to ona jest główną bohaterką "Pustostanów", to przez swoją wrażliwość i specyficzne patrzenie na świat przepuszcza otaczającą ją rzeczywistość.

Narratorka, w dużej mierze alter ego autorki, wypisuje się z wyścigu szczurów. Marzy o tym, aby pisać, ale chwilowo na przeszkodzie stoi brak pracowni. Tymczasem pracuje, kiedy już naprawdę musi, ima się najprzeróżniejszych zajęć, bywa, że porzuca je, kiedy się nimi znudzi, wynajmuje pokój w opustoszałej kamienicy, a kiedy właścicielka podnosi czynsz, zajmuje jedno z opuszczonych mieszkań. Jest minimalistką, niewiele posiada, swój dobytek może spakować do kilku reklamówek. Ma za to dużo wolnego czasu, który poświęca obserwacji otaczającego ją świata i zajęciom, które jakoś same wpadają jej w ręce, a które zwyczajnemu człowiekowi (Ale kto właściwie jest zwyczajnym człowiekiem?) mogą wydać się niepotrzebne, absurdalne albo bezsensowne. To jej sprawia radość. Egzystencja bohaterki wydaje się być jedną wielką improwizacją. Jeśli wstaje rano i nie wie, co ma zrobić na śniadanie, to postanawia od razu ugotować obiad, na który ma pomysł. W pierwszą niehandlową niedzielę kupuje sobie coś na jednym z portali. Nie żeby dotąd pasjami odwiedzała galerie handlowe w niedzielne przedpołudnia, tylko ot tak z przekory. Radość sprawia jej sam proces, samo dzianie się i dlatego nieważne jest, że leginsy, które ostatecznie kupuje, ani nie są jej przesadnie potrzebne, ani niespecjalnie grzeszą urodą. Innym razem postanawia sprzedać monety i roi sobie, ile za nie dostanie. Jeszcze kiedyś prowadzi korespondencję w imieniu zmarłej mieszkanki kamienicy. Tym zajęciom towarzyszy fantazjowanie, rodzaj dziecięcej naiwności i zabawy. Tak jest, kiedy wyobraża sobie, że podejmie pracę w kiosku Ruchu, o czym od dziecka marzyła. Tak, teraz wydaje mi się, że właśnie to postrzeganie świata trochę jak postrzega go dziecko jest jednym z kluczy do bohaterki. Podobnie pisze nawet o sprawach poważnych i nieprzyjemnych, bo i takie jej się przytrafiają. Czasem narratorka ucieka w świat nierealny, odkształca rzeczywistość, aby po chwili do niej wrócić. 

Ale na końcu łyżka dziegciu. Z czasem zaczęłam się jednak trochę nużyć. Problem w tym, że opowiadania są nierówne. Obok świetnych, budzących zachwyt, co w dużej mierze jest zasługą języka, zdarzają się nieciekawe. Dzieje się tak, kiedy raptem język staje się zwyczajny i prosty, wtedy cała magia gdzieś znika. Tymczasem Dorota Kotas wydała już drugą książkę, "Cukry", która też zbiera raczej pozytywne recenzje. Ostatecznie postanowiłam, że ją przeczytam. Trochę z ciekawości, trochę zachęcona "Pustostanami".

Bartosz Sadulski "Rzeszot"

Być może nie sięgnęłabym wcale po książkę Bartosza Sadulskiego

"Rzeszot" (Książkowe Klimaty 2021), gdyby nie polecenie, a właściwie Tłusty Patronat Tłustego Druku. Przeczytałam news na Facebooku, niezbyt uważnie przyznaję, bo byłam przekonana, że to krótka recenzja, dopiero później zorientowałam się, że to notka wydawcy plus entuzjastyczny blurb Małgorzaty Rejmer. Skoro tak mnie zbałamuciły te informacje, to pewnie jednak i tak prędzej czy później dałabym się namówić - brzmiały przecież tak interesująco. Żeby nie być gołosłowną, pozwolę sobie przytoczyć notkę wydawcy.

Zuchwała biografia pioniera przemysłu naftowego, historia polskiego barona Münchhausena – Pana Podedwornego. Człowieka, który wszędzie był, wszystko widział, wszystkich poznał, wywoływał rewolucje i powstania, przyjaźnił się ze Słowackim, z Dickensem i z Łukasiewiczem, wykopał także pierwszy w dziejach szyb naftowy. A co najważniejsze: chciał wpłynąć na losy Europy i świata.

“Rzeszot” to XIX wiek w pigułce, opowieść o polskiej emigracji w czasie między dwoma powstaniami, przypomnienie dziejów Galicji, literacka bajka i reportaż „antyhistoryczny” o narodzinach i upadkach naftowych fortun, o awansie klasowym w państwie Habsburgów. W końcu – “Rzeszot” to drwina z rodzimego romantyzmu i bohaterskich biografii.

Prawda, że brzmi ciekawie? W każdym razie na mnie podziałało. Skończyłam szybko, bo rzecz to nieduża, no i czyta się bardzo gładko. Trudno pisać o tej książce, bo nie chciałabym zdradzić pomysłu, na którym się opiera. Autor co prawda rzecz wyjaśnia, ale dopiero w krótkim posłowiu. Oczywiście po pewnym czasie czytelnik domyśla się, na czym suspens polega, ale warto przystąpić do czytania, nie wiedząc więcej, niż pisze wydawca.

A teraz czas wyjawić prawdę - czuję się nieco rozczarowana. Nie mogę powiedzieć, że książka mi się nie podobała, ale zachwytu nie podzielam. Nie wiem, czy to magia Tłustego Patronatu, czy tej przytoczonej przeze mnie notki od wydawcy, po prostu spodziewałam się czegoś więcej.  Może rzeczywiście sążnistej biografii intrygującej postaci i portretu polskiej emigracji? Może, czytając niezbyt uważnie, nie zwróciłam uwagi,  że “Rzeszot” to XIX wiek w pigułce? I tak jest rzeczywiście. 

Tymczasem książka Bartosza Sadulskiego okazała się rodzajem literackiej zabawy. Autor miesza gatunki i porządki, stosuje różne rodzaje narracji. Mamy klasyczną biografię, mamy rozdziały z narratorem pierwszoosobowym, w innych autor cytuje korespondencję między bohaterami, pojawia się nawet krótka jednoaktówka romantyczna pisana wierszem do momentu, kiedy Pan Podedworny, który występuje tu w roli tłumacza, będzie nadążał z rymowaniem. Potem rozmawiający panowie i Chór pracowników kopalni w Bóbrce posiadających ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne, zadowolonych bardzo, nieumorusanych będą musieli wyrażać swoje kwestie posługując się banalną prozą. W tekście pojawiają się wielkie nazwiska literatury, nie tylko polskiej, bo Pan Podedworny wszędzie był, wszystko widział, wszystkich poznał. No i gra z romantycznymi mitami. Przyznam, że takie połączenie realizmu, groteski, absurdu to nie do końca moje klimaty. 

Za to bardzo zainteresowały mnie te fragmenty książki, w których autor, opierając się na bogatej bibliografii, pisze o boomie naftowym w Galicji w drugiej połowie XIX wieku. Okazuje się, że niewiele na ten temat wiedziałam. Właściwie, wstyd przyznać, byłam przekonana, że rozwój przemysłu naftowego na tych terenach nastąpił trochę później. Tymczasem poszukiwanie ropy, na której wyrastały prawdziwe fortuny, przypominało amerykańską gorączkę złota. Parafrazując, można mówić o naftowej gorączce. Kiedy jedni się bogacili, bo zainwestowali w odpowiednią ziemię, inni kończyli z niczym, tracąc pieniądze na wiercenia, które nie przynosiły oczekiwanego rezultatu.

Uwiódł mnie też język - ironiczny, dowcipny, niestroniący od słownych gier i zabaw.

Lektury nie żałuję, ale szczerze wyznaję, że książka nie wzbudziła we mnie takiego zachwytu i ekscytacji, na jaką miałam nadzieję. Recenzenci są jednak najwyraźniej innego zdania - dzisiaj zobaczyłam bardzo wysoką notę w opiniotwórczym tygodniku.

Anda Rottenberg "Proszę bardzo"

Tak się jakoś przypadkowo złożyło, że w ostatnim czasie

przeczytałam trzy książki, które sporo łączy. Ich autorkami są kobiety, a tematem wspomnienia dotyczące rodziny i opowieść o sobie. Tylko w przypadku "Leksykonu rodzinnego" Natalii Ginsburg pisarka sama skrywa się w cieniu, przede wszystkim pisze o rodzinie i kręgu przyjaciół oraz znajomych, chociaż oczywiście i ona również jest bohaterką swojej książki. Prawie od razu po tej lekturze sięgnęłam po "Przywiązania" Vivian Gornick, a teraz po wznowione po dziesięciu latach "Proszę bardzo" Andy Rottenberg (Marginesy 2021). Nie wiem, dlaczego wtedy ta książka mnie zupełnie nie zainteresowała. Przecież o niej słyszałam. Pamiętam nawet, że bliska mi osoba była wówczas na spotkaniu z Andą Rottenberg. Jakiś czas temu próbowałam zorientować się, czy jest dostępna, a tu nagle taka miła niespodzianka - wznowienie.

Są tacy ludzie, którzy z niewiadomych przyczyn przyciągają uwagę, w jakiś sposób fascynują. Może to kwestia autorytetu? Na pewno silnej osobowości. Dla mnie jedną z takich osób jest właśnie Anda Rottenberg. Lubię słuchać tego, co mówi. I nie wynika to wcale z tego, że interesuję się sztuką współczesną. Owszem, uwielbiam galerie malarstwa, w dużych potrafię spędzić długie godziny, ale sztuki umownie zwanej współczesną często nie rozumiem, pewnie jak większość. Po prostu nikt mnie tego nie nauczył. No ale dość dygresji - czas przejść do książki.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że czyta się "Proszę bardzo" jak powieść. Można zapomnieć, że bohaterka tych wspomnień to osoba publicznie znana, dzięki czemu książka zyskuje walor uniwersalny. O czym jest ta historia? Zaczyna się w kwietniu 2007 roku, kończy w sierpniu 2008. Czas nie jest przypadkowy. To okres, jaki upłynął od momentu, kiedy Anda Rottenberg postanowiła ostatecznie zamknąć dziesięć lat niepewności i znaleźć potwierdzenie, że jej uzależniony od narkotyków syn, który wtedy zniknął, nie żyje, do momentu potwierdzenia jej przypuszczeń przez policję i pochowania go w grobie rodzinnym. Czas, który zaczyna się depresją i złamanym nadgarstkiem. Te kilkanaście miesięcy wypełnia pisaniem o sobie, swoim synu, rodzicach i o poszukiwaniu rodzinnych korzeni. Po co to wszystko? Aby lepiej zrozumieć swoją osobność, poczucie niedopasowania, które towarzyszyło jej od dzieciństwa, aby rozliczyć się ze sobą, aby ustalić, ile jest jej winy w tym, co stało się z synem, aby zamknąć pewien etap w życiu i iść dalej. Te zapiski, tworzone dla siebie, były ratunkiem, bo jak wspomina autorka w posłowiu, które napisała na potrzeby nowego wydania, ta książka Powstawała na najostrzejszym zakręcie mojego życia, pisałam ją kompulsywnie, bez większego zastanowienia nad tym, co zawiera. Dopiero potem, kiedy miała ukazać się drukiem, przestraszyła się swojej szczerości. Tymczasem nieoczekiwanie okazała się potrzebna kobietom takim jak ona - szamoczącym się z bezsilnością, chcącym pomóc swojemu dziecku, które tej pomocy nie jest w stanie przyjąć. I choćby nie wiem, jak się starały i co robiły, zmuszone są patrzeć, jak niszczy swoje życie. 

To bardzo przejmujący wątek tej opowieści. Zmagania z uzależnieniem syna, pomaganie, utrata wiary w rezultaty pomocy, szukanie winy w sobie, tropienie śladów, które już w dzieciństwie mogły zapowiadać jakąś kruchość psychiczną dziecka, aż wreszcie przyznanie się do tego, że nie ma już siły zajmować się jego sprawami. Jest w opisie tych zmagań jakaś uniwersalna prawda o słabości i jednoczesnej twardości człowieka, który upada i podnosi się, aby walczyć. Aż wreszcie pozostaje mu ta ostatnia walka, walka Antygony - o ekshumowanie zwłok syna z grobu oznaczonego NN i pochowanie go w grobie rodzinnym. Walka, w której przeciwnikiem jest aparat biurokratyczny. A przy tym wszystkim bohaterka tej książki nie jest matką Polką, nie jest w ogóle kobietą domową. I nie chodzi tylko o to, jak ważne miejsce w jej życiu zajmuje praca, ale także o to, że nie nadaje się do stałych związków. Wspominając swoją młodość, dostrzega, że już wtedy ważne były chwilowe emocje i fascynacje, ale nie stała relacja. Czy korzeni tego defektu (czy to defekt?) należy szukać w rodzinnym domu?

Opowieść o rodzicach to kolejny wątek książki, który splata się ze wspomnieniami z dzieciństwa i młodości. Historia jej niełatwych relacji z rodzicami, buntu, próby zerwania pępowiny, co w przypadku apodyktycznej, zaradnej matki o silnej osobowości było niezwykle trudne. Ale Anda Rottenberg od zawsze chodziła swoimi ścieżkami. Po cichu robiła swoje, popełniała błędy na własny rachunek. Wspominając dzieciństwo, młodość i okres późniejszy, patrzy na siebie krytycznie, dostrzega cechy, które sprawiają, że stale jest w biegu, że stale musi się czymś zajmować, sama wszystkiego dopilnować, bo brak jej cierpliwości, aby czekać, aż zrobią to inni. Dostrzega też cechy, które utrudniają jej relacje z innymi, co sprawia, że różnie jest postrzegana. Nietrudno o to w kraju, gdzie wszystko, nawet sztuka, a szczególnie współczesna, staje się polityczne. Od czasu, kiedy przestała być dyrektorką Zachęty, zmieniło się tylko na gorsze.

Osobny wątek to poszukiwanie rodzinnych korzeni. Fascynujący, szczególnie jeśli ma się tak bogatą i skomplikowaną rodzinną historię. Matka, Rosjanka z Syberii, która razem z siostrą cudem przeżyła blokadę Leningradu - w ostatniej  chwili ewakuowano je z oblężonego miasta. Ojciec polski Żyd. Anda Rottenberg po odejściu z Zachęty zaczyna odtwarzać historię obu rodzin. Sprawa to szczególnie skomplikowana w przypadku rodziny ojca, licznej, bardzo rozgałęzionej, rozrzuconej po świecie. Praca iście detektywistyczna. Można pogubić się w liczbie krewnych, ciotecznych babek i dziadków, ciotek, wujków, kuzynek i kuzynów oraz ich dzieci. W pewnym momencie gubi się czytelnik, ale to nie szkodzi, bo to samo przydarza się autorce. Tym bardziej, że kiedy z czasem dowiaduje się coraz więcej, pewne fakty musi weryfikować.

I tak to się wszystko w książce przeplata. Nie jest to historia opowiedziana chronologicznie, Anda Rottenberg zostawia pewne wątki, aby potem do nich jeszcze raz wrócić. Nie jest to też autobiografia. Pewne etapy swojego życia, dzieciństwo i czasy szkolne, przedstawia dokładniej, kolejne, okres studiów, pracy zawodowej, związki z mężczyznami, tylko wyrywkowo. Znajdziemy tu też sporo refleksji, osobistych uwag, goryczy. Bardzo ciekawa, znakomita książka. Glejtem jej wartości są nominacje do Nagrody Literackiej Gdynia i Nike za rok 2010.  

Goran Vojnović "Figa"

Jeśli powiedziało się a, trzeba powiedzieć b. Dlatego kiedy

odkryłam, że wyszła kolejna powieść słoweńskiego pisarza Gorana Vojnovicia "Figa" (Wydawnictwo Akademickie SEDNO 2020; przełożyła Joanna Pomorska), wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Poprzednia, "Moja Jugosławia", nagrodzona w ubiegłym roku Angelusem, zrobiła na mnie duże wrażenie. Po obie warto sięgnąć.

Nie znam pierwszej wydanej w Polsce przed dziesięciu laty powieści  Vojnovicia "Czefurzy raus", ale mogę powiedzieć, że "Moją Jugosławię" i "Figę" wiele łączy. Informacja o "Czefurach" wskazuje, że i z nią jest podobnie. Ten słoweński pisarz ma bez wątpienia swój charakter pisma. Należy do tych twórców, którzy piszą stale tę samą książkę - dotyczy to i tematyki, i języka. Oczywiście trudno powiedzieć, czy tak będzie dalej. Akcja jego powieści rozgrywa się w lublańskiej dzielnicy Fużiny zamieszkiwanej przez Czefurów, ludzi o mieszanych korzeniach, najczęściej przybyłych do Słowenii z południa dawnej Jugosławii. Charakterystyczne dla Vojnovicia jest wplatanie wątków historycznych, retrospekcje, ale i silne osadzenie we współczesności - dylematy pokolenia trzydziestolatków. Bohaterem i jednocześnie narratorem tych powieści jest niepogodzony ze światem młody mężczyzna, dręczony demonami przeszłości, niepotrafiący ułożyć sobie życia osobistego.

Wszystkie te wątki znajdziemy w "Fidze". Jej narrator to Jadran, którego śmierć ukochanego dziadka prowokuje do odtwarzania w pamięci losów rodziny. Mieszają się czasy, mieszają się historie. Co jest prawdą, a co tylko domysłem? Ile wie Jadran naprawdę? Czytelnik poznaje losy trzech pokoleń - dziadków, Jany i Aleksandra, rodziców, Vesny i Safeta, wreszcie samego Jadrana i jego żony Anji. Nie sposób uciec od problemu tożsamości narodowej. Kim jest Jadran? Jego ojciec to Bośniak, a matka? Jej pochodzenie jest mocno poplątane. Kiedyś mieszkali po prostu w Jugosławii, ale jej rozpad wszystko skomplikował. Dom rodzinny dziadków w małej istryjskiej wiosce znalazł się w Chorwacji, a oni, mimo że mieli też mieszkanie w Lublanie, postanowili nie przenosić się do Słowenii. Do Bośni wrócił Safet. Musiał? Chciał? Utrata ojca i męża to kolejny motyw znany z "Mojej Jugosławii", ale inaczej tu rozegrany, bo inaczej reagują bohaterowie. Vesna jest kobietą silną i chociaż najpierw i ją ogarnia rozpacz, potem bardziej czuje gniew i otrząsa się ze straty. Gniew czuje też Jadran. Czy dlatego, że nie potrafi wybaczyć ojcu? A może matce, bo pozwoliła się w symboliczny sposób zhańbić mężowi? Kiedy Jadran odwiedza Safeta w jego rodzinnej wiosce, szybko orientuje się, że ten świat jest mu zupełnie obcy. Nagle wstydzi się dawno niewidzianego ojca, którego zupełnie nie poznaje, bo teraz przypomina tych wszystkich zmęczonych Bośniaków z autobusu, jakim jechał z Lublany. Gdzie się podział dawny Safet? Witalny, głośny, rubaszny, pewny siebie, skłonny do zwady. Dlatego Jadran chce jak najszybciej wrócić do domu. Na pewno, czytelniczko i czytelniku tej notki, znasz to poczucie bycia nie na miejscu, nie u siebie i pragnienie, żeby to wszystko już się skończyło. 

W każdym pokoleniu powtarza się ta sama historia - zdrada mężczyzn, których potem dręczy poczucie winy. Nie chodzi o zdradę z inną kobietą, ale o porzucenie. Na życiu dziadków cieniem kładzie się służbowy wyjazd Aleksandra do Egiptu na cały rok. Potem już nic nie będzie takie jak dawniej. Jadran też zdradza. Swoje młodzieńcze ideały. A poza tym gniew, który czuje, każe mu stale rozpamiętywać przeszłość, co odsuwa go od Anji. Czy można losami poprzednich pokoleń tłumaczyć swoje niepowodzenia i niedopasowanie do świata? Jadran jest rozdarty między miłością, a pragnieniem wolności. Jak chyba wszyscy mężczyźni w tej rodzinie. Z jednej strony potrzebuje miłości, z drugiej czuje się przez nią spętany. Tęskni za wolnością, ale Wolność to złudzenie wszystkich złudzeń, to tylko inne imię samotności. Nawet teraz kiedy siedzę pod figą, opieram głowę o jej pień i nie czuję ciężaru życia, nie jestem wolny. Tylko opuszczony. I sam. Bo jak powiedział wcześniej - zrozumiał to, co powtarzał mu dziadek - Nie musisz być sam, żebyś był samotny. I na tym właśnie polega dramat bohaterów.

Bardzo ciekawa książka. A to nie wszystkie poruszane wątki. Jest też o starości, chorobie, odpowiedzialności, poczuciu obowiązku. No i dużo inspiracji do rozmyślań.

Złatko Enew "Requiem dla nikogo"

Bardzo rzadko się zdarza, a może zdarzyło się po raz pierwszy, abym

kupiła książkę w ciemno. W ciemno - to znaczy, nie szukając jakichkolwiek informacji, czy to dobra literatura. Zwykle jakoś próbuję sobie wyrobić zdanie, oczywiście czasem bywam rozczarowana mimo ochów i achów recenzentów. Tym razem, nie zastanawiając się w ogóle, sięgnęłam po zupełną świeżynkę - powieść bułgarskiego pisarza, mieszkającego w Berlinie, Złatko Enewa "Requiem dla nikogo" (Książkowe Klimaty 2021; przełożyła Hanna Karpińska). A skusił mnie temat - prześladowania bułgarskich Turków, które miały miejsce w latach osiemdziesiątych - bo doskonale rymował się z lekturą, jaką wtedy akurat skończyłam - "Granicą. Na krawędzi Europy" Kapki Kassabovej. Autorka w swojej znakomitej książce poruszała między innymi ten problem.

W "Requiem dla nikogo" weszłam jak w masło - od pierwszych stron czytało się tę powieść znakomicie i tak pozostało właściwie do końca, co może wydawać się paradoksem. Dlaczego? Bo dalej jednak nie będzie tak różowo - dawno, a zaryzykuję mocne stwierdzenie, że może nawet nigdy, nie zdarzyło mi się czytać książki z takim nagromadzeniem okrucieństwa, przemocy i nienawiści, książki, w której prawie nie ma światła, a jedyna pozytywna i sprawcza bohaterka, Marion, która zawsze staje po stronie uciemiężonych i chce im pomagać, nie bacząc na koszty, jest postacią papierową. Trudno mi było zbliżyć się do niej, tym bardziej, że potwornie drażniła mnie jej egzaltacja. A temat, który mnie skusił - prześladowania bułgarskich Turków - właściwie nie okazał się wiodący. Jest ważny w pierwszej części powieści, potem znika zupełnie.

Czy to wszystko oznacza, że żałuję lektury? Nie, tak powiedzieć nie mogę, chociaż uczucia mam mieszane. Gdyby autor darował czytelnikowi chociaż trochę okrutnych scen i tak wymowa książki byłaby porażająca. Bo "Requiem dla nikogo" to opowieść o wielopiętrowej przemocy, fizycznej i psychicznej. Bułgarów wobec obcych, Turków i Cyganów, rodziców wobec dzieci, przełożonych wobec podwładnych, ale przede wszystkim mężczyzn wobec kobiet. To, jak traktowane są w tym patriarchalnym świecie kobiety, przeraża. Dla mężów właściwie nie istnieją - nie trzeba się z nimi liczyć, nie są partnerkami do rozmowy, mają wykonywać swoją robotę, zajmować się dziećmi i domem, nawet w łóżku nie są potrzebne, bo przecież taki macho może mieć każdą inną kobietę. Zaczyna się już w szkole. Wtedy szkolny macho wykorzystuje jej naiwność. Zwykle odbywa się to na imprezach, a chętnych, aby przelecieć dziewczynę uważaną za piękność, jest wielu. Dziś powiedzielibyśmy, że to gwałt zbiorowy, ale w tamtym świecie takie pojęcie zapewne nie istniało. Nawet gdyby którejś z tych dziewczyn przyszło do głowy się poskarżyć, to pewnie i tak sprawie ukręcono by łeb. Bo miejscowy śledczy i sędzia wcale nie są lepsi. Ten pierwszy, Angeł, wykorzystując fakt, że ma władzę, szantażem zmusza do seksu przesłuchiwaną Turczynkę. A kiedy ona się w nim zakocha, marny będzie jej los. Ten drugi co prawda wdaje się w romans ze swoją stażystką za jej przyzwoleniem, ale kiedy sprawa pójdzie za daleko, nie okaże się dżentelmenem. To oczywiście eufemizm. I tak z tych wszystkich bezwzględnych i obleśnych samców jest najbardziej ludzki, kołacze się w nim odrobina przyzwoitości, pewnie dlatego w tym męskim świecie uważano go za mięczaka. Kobiety są także seksualnymi ofiarami bałkańskich wojen, bo i o tym jest ta powieść. Autor nie oszczędza czytelnikowi opisów gwałtów, znęcania się, bicia, tortur i krwawej zemsty.

A jeśli już zdarzyła się w tym świecie miłość czysta i szalona, to niestety była z góry skazana na porażkę, bo takie zakazane uczucie, jakie połączyło Bułgarkę i Cygana, nie miało prawa się zdarzyć. Kochankowie zapłacili za nie nieprawdopodobnie wysoką cenę. 

Ale to nie wszystko. Bo jest to także opowieść o świecie prowincjonalnej polityki przeżartej korupcją i układami. Tu każdą zbrodnię, każde świństwo da się ukryć, jeśli jest się tylko odpowiednio umocowanym. Wówczas bezkarność gwarantowana. Akcja pierwszej części toczy się w latach osiemdziesiątych w małym bułgarskim miasteczku. To wtedy władze zmuszają miejscowych Turków do zmiany imion i nazwisk, co miało prowadzić do ich slawizacji, a mówiąc bez ogródek - do wynarodowienia. Kto nie chce się podporządkować, musi Bułgarię, w której się przecież urodził, opuścić. Ale w  Turcji wcale nie jest mile widziany. Kto próbuje stawiać opór i domaga się przestrzegania praw człowieka, ten skończy w więzieniu, a tam nikt się nie będzie z nim patyczkował. Bułgarzy nie rozliczyli się z tamtych zbrodni do dziś. 

Równie gorzkie są lata dziewięćdziesiąte, w których rozgrywa się akcja drugiej części. Dawni komunistyczni aparatczycy teraz robią interesy, początkowo ciemne i nielegalne, potem próbują wyprać zdobyte majątki i uwiarygodnić się jako poważni biznesmeni. Ale ich zewnętrzny polor to tylko pozory. Dalej pozostają tacy, jacy byli. Dzicy, gwałtowni, bezwzględni, okrutni. Podziwiają braci Serbów, którzy toczą krwawą wojnę. Ale cywilizowani ludzie zachodniego świata nie są wcale lepsi. Amerykańscy żołnierze, którzy są na misji w Kosowie, bez skrupułów wykorzystują tamtejsze kobiety.

Bardzo czarny to obraz. I nie pomagają postmodernistyczne sztuczki, które mają zapewne chociaż odrobinę zneutralizować żartobliwym, lekkim tonem okrucieństwo rozlewające się szeroką falą na kartach powieści. Jestem przyzwyczajona do książek poruszających trudne tematy, bo tak jakoś jest, że dobra literatura rzadko bywa krzepiąca, ale "Requiem dla nikogo" jest na ich tle wyjątkowo dojmujące. I nie mam przekonania, czy musiało być aż takie. Kiedy skończyłam lekturę, miałam poważnym problem z wyborem kolejnej. Jak kania dżdżu łaknęłam czegoś lekkiego, a w moim czytniku o takie książki niełatwo.  

PS. Było jeszcze gorzej. Niektóre brutalne obrazy wryły mi się w pamięć tak mocno, że wyskakiwały w nieoczekiwanych momentach.       

Vivian Gornick "Przywiązania"

Tym razem najpierw zainteresował mnie temat - dzieciństwo

spędzone na Bronksie, żydowska rodzina, najmniej relacja matki i córki, co tak mocno wybijane jest w informacjach na temat tej książki. Potem dowiedziałam się, że "Przywiązania" Vivian Gornick (Filtry 2021; przełożył Łukasz Witczak), bo o nich dziś będzie, to także ważna pozycja feministyczna. Kim jest autorka? Dziś, jak można przeczytać na stronie Filtrów, literacką gwiazdą. Ale została nią późno - miała pięćdziesiąt jeden lat, kiedy wydała "Przywiązania" (1987), które przyniosły jej sławę. Wcześniej długo szukała swojej drogi, była aktywistką i pracowała jako dziennikarka w kilku nowojorskich gazetach. Zajmowała się między innymi krytyką literacką. Mam nadzieję, że doczekamy się przekładów innych książek Vivian Gornick.

"Przywiązania" czyta się jednym tchem. Ponieważ jestem świeżo po lekturze "Słownika rodzinnego" Natalii Ginzburg, który wyszedł w tym samym wydawnictwie, trudno nie pokusić się o krótkie porównanie, wszak obie książki to literatura wspomnieniowa. Obie znakomite, ale jakże różne. Ginzburg pisze przede wszystkim o rodzinie, ważnym tłem jej wspomnień są wydarzenia polityczne, ona sama jest tylko jedną z bohaterek swojej opowieści i to wcale nie najważniejszą. Właściwie pozostaje w cieniu. Gornick przeciwnie - na pierwszym miejscu stawia siebie i swoją relację z matką. Ale największa różnica tkwi w sposobie opowiadania. "Słownik rodzinny" to dość chłodna relacja, niemal wyprana z uczuć, "Przywiązania" są opowieścią bardzo osobistą, emocjonalną, pełną refleksji i namysłu nad sobą.

Ramą tej książki są spacery autorki i jej matki po Nowym Jorku, głównie po Manhattanie, gdzie mieszkały wtedy, kiedy "Przywiązania" powstawały. Stają się one pretekstem do rozmów i wspomnień. Najpierw Gornick pisze o swoim dzieciństwie spędzonym w kamienicy na Bronksie zamieszkiwanej głównie przez żydowskie robotnicze rodziny, później o swojej drodze do samodzielności - studiach, nieudanym wczesnym małżeństwie, związkach z mężczyznami, pierwszych krokach w pracy, ale przede wszystkim o poszukiwaniu siebie. Chociaż matkę i córkę zdaje się dzielić wszystko - epoka, na którą przypadła ich młodość, wykształcenie, stosunek do małżeństwa, miłości, mężczyzn - to ich relacja, chociaż trudna, nie jest toksyczna ani wroga. Wzajemne zrozumienie przychodzi z wiekiem. Matka, która kiedyś jak lwica starała się bronić cnoty córki, po latach zaakceptuje jej wieloletni związek z żonatym mężczyzną. 

Obie są silnymi osobowościami. Matka, apodyktyczna, od zawsze miała swoje zdanie na każdy temat, które wygłaszała pewnym siebie tonem. Nie będziesz mnie pouczać, co ty tam wiesz, nie ma w tej książce niczego, czego bym nie wiedziała - te frazy wygłaszane zniecierpliwionym tonem w gruncie rzeczy miały ukryć jej niepewność i kompleksy. Zanim wyszła za mąż, pracowała jako księgowa, działała w komitecie blokowym, broniąc lokatorów. Potem była już tylko żoną i matką.  Z góry patrzyła na swoje sąsiadki z kamienicy. Czuła się od nich lepsza, bo jej małżeństwo uchodziło za szczęśliwe. W przeciwieństwie do ich. Wyidealizowała swoją miłość do męża. Jego przedwczesna śmierć położyła się cieniem na życiu rodziny na długie lata. Przede wszystkim dlatego, że swoje cierpienie postawiła na pierwszym miejscu. Nic więcej się nie liczyło. Dlaczego? Może dlatego, że godząc się z czasem ze stratą męża, zaprzeczyłaby  wszystkiemu, co tak starannie zbudowała? Przede wszystkim wykreowanemu obrazowi szczęśliwej miłości, która dawała jej prawo do bycia kimś lepszym niż jej sąsiadki z kamienicy. Po latach powie córce:

Miłość była wszystkim, co miałam. Bo co innego miałam? Nic. A co mogłam mieć? (...) ty miałaś swoją pracę, masz swoją pracę. No i podróżowałaś. (...) Ile bym dała za podróże! Ja miałam tylko miłość twojego ojca. To była jedyna słodycz mojego życia. I dlatego kochałam jego miłość. Jaki miałam wybór? 

Córka zarzuci jej, że tak uporczywie pielęgnowaną fantazją miłości do męża zmarnowała sobie życie. Za to Vivian Gornick swoje starała się budować w opozycji do wzorców, które matka chciała jej wdrukować. Popełniała błędy, ale robiła to na własny rachunek, chcąc żyć po swojemu. Jej droga wcale nie była prosta. Próbując zachować balans pomiędzy związkiem z mężczyzną, a byciem samodzielną, miotała się, szarpała, oszukiwała siebie. Bo niby żyła po swojemu, pracowała, szukała swojej drogi zawodowej, rozwijała się, świadomie, jak się domyślamy, zrezygnowała z macierzyństwa, ale uzależniała się uczuciowo od mężczyzn, z którymi była. Pozwalała im dominować, nie dostrzegała ich wad, nie widziała, że ją przytłaczają swoją osobowością. A kiedy po kolejnym rozstaniu żyła samotnie, tęskniła za miłością. Taki paradoks. Ale przecież to doświadczenie wspólne wielu kobietom. Bo pisząc tak szczerze o swojej matce i o sobie, pisze o nas, kobietach. Zakończę cytatem, który znakomicie oddaje te dylematy, sprzeczność uczuć i emocji.

Życie jest trudne. Chwała i znój. Idee są porywającym towarzystwem. Samotność mnie zjada. Gdy udaje mi się zachować równowagę między wysiłkiem a żalem nad sobą, czuję się jedną z kobiet osobnych - częścią wielkiego przedsięwzięcia trwającego nieprzerwanie od dwóch wieków - i jestem tym wzmocniona, rośnie we mnie nowy duch, nowa siła. Gdy tracę ową równowagę, czuję się przegrana, wręcz pogrzebana za życia, bez miłości ani więzi. Przyjaźnie wydają się przypadkowe, narastają konflikty, praca jest sumą niepowodzeń.    

Monika Śliwińska "Wyspiański. Dopóki starczy życia"

Po "Muzach Młodej Polski. Życiu i świecie Marii, Zofii i Elizy

Pareńskich" Moniki Śliwińskiej sięgnęłam po kolejną biografię jej pióra - "Wyspiański. Dopóki starczy życia" (Iskry 2017). Wyspiańskiego było już sporo na kartach poprzedniej książki, bo Eliza Pareńska to admiratorka jego twórczości - promowała go i bardzo mu pomagała. Bywał częstym goście na spotkaniach w jej domu na ulicy Wielopole i w letniej siedzibie w Tenczynku. Namalowane przez niego portrety Maryny i Zofii kojarzy na pewno każdy miłośnik jego malarstwa. Ponieważ jedna biografia uzupełnia drugą, nie sposób było nie sięgnąć po "Wyspiańskiego".

Wstyd przyznać, ale okazuje się, że niewiele o jego życiu wiedziałam. Zaledwie parę szczegółów. Kiedy okładka książki Moniki Śliwińskiej od czasu do czasu wyskakiwała mi pośród innych na ekranie komputera reklamowana przez jedną z internetowych księgarń, jakoś niespecjalnie zwracałam na nią uwagę. Nie wiem, dlaczego jego życie wydawało mi się nieciekawe. Po co więc tracić czas na biografię tego wszechstronnego artysty, skoro tyle książek do czytania? Tymczasem nic bardziej błędnego. 

Co mnie najbardziej zaskoczyło? Chyba to, że jego życie to wieczna szarpanina i walka z przeciwnościami losu. Długo niedoceniany i nierozumiany musiał walczyć o swoją artystyczną wizję, zaliczył liczne niepowodzenia, a zdarzało się, że bardzo swobodnie poczynano sobie z zamówionymi u niego projektami witraży czy polichromii. Szczególnie boleśnie odczuł porażkę związaną z renowacją katedry wawelskiej.  Prawie stale bez pieniędzy, były okresy, kiedy żył po prostu w nędzy, a długi zaciągnięte w Paryżu ciągnęły się za nim niemal do końca życia. Nie spłacił ich, bo nie miał z czego, a wyjeżdżając, nie przypuszczał, że już tam nie wróci. Konieczność pozostania w Krakowie bardzo go przygnębiała. Dusił się tu. Cieniem na jego życiu położyła się choroba - kiła. W tamtych czasach powszechna i niestety nieuleczalna. W dodatku  organizm artysty bardzo źle reagował na rtęć, którą tę przypadłość wtedy leczono. Ostatni etap życia to niewyobrażalne cierpienie i walka z czasem, aby jak najwięcej jeszcze zrobić. Mimo zaostrzającej się choroby był w pełni sił twórczych, miał tyle pomysłów, szczególnie tych związanych ze sceną.  No i znowu brak pieniędzy. Przyjaciele robili, co mogli, aby jakoś mu pomóc. Decyzja, aby kupić dom w Węgrzcach pod Krakowem, nie okazała się najszczęśliwsza. Oddaliła go od miasta i przyjaciół. Piechotą szło się półtorej godziny. Codziennie pokonywał tę trasę uczęszczający do szkoły w Krakowie Teodor, najstarsze dziecko Teosi usynowione przez Wyspiańskiego. Dziwnie myśli się o tych wszystkich przeciwnościach losu dziś, kiedy jego malarstwo, witraże, polichromie są powszechnie podziwiane, kiedy jego "Wesele" jest wiecznie żywe i stale rezonuje. Kiedy ma się w pamięci całkiem świeżą wielką wystawę jego twórczości w krakowskim Muzeum Narodowym.

Ale Wyspiański nie był postacią ze spiżu. Przeciwnie. Bezkompromisowy w poglądach na sztukę, przekonany o swoim talencie łatwo wchodził w spory, obrażał się, zrywał przyjaźnie. Czytając fragmenty listów, trudno dziś zrozumieć, dlaczego poróżnił się z Józefem Mehofferem. Oceniając ludzi, nie przebierał w słowach. Jego korespondencja i zapiski aż roją się od rozmaitych inwektyw pod adresem adwersarzy. Niełatwo się z nim współpracowało. Poza tym był zamknięty w sobie, niezbyt towarzyski. Miał jednak kilkoro wiernych przyjaciół, którzy pozostali z nim do końca. Równie bezceremonialnie potrafił obejść się z ciotką i wujem, którzy go wychowywali. I pewnie nie usprawiedliwia tego nawet fakt, że musiał wyrwać się spod skrzydeł apodyktycznej Stankiewiczowej. Z drugiej strony był jednak człowiekiem rodzinnym. Małżeństwo z Teosią Pytkówną, posługaczką ciotki, okazało się trwałe i szczęśliwe mimo wielkiego skandalu, jaki wywołało. Teosia otoczona była czarną legendą, większość rodziny i przyjaciół Wyspiańskiego nie akceptowała jej, a on na przekór wszystkim domagał się dla niej szacunku. Monika Śliwińska raczej staje po stronie Teosi, stara się jej bronić. Chociaż opinie o niej były sprzeczne. Podobnie jak opinie na temat Wyspiańskiego. Nawet jego pogrzeb różnie został oceniony. Jedni uważali, że był wyjątkowo skromny i niegodny tak wielkiego artysty, inni przeciwnie, że tak wspaniałych uroczystości żałobnych od czasu pogrzebu Mickiewicza Kraków nie widział. Bardzo kochał dzieci, rozpieszczał  je. Czas spędzony na Krowoderskiej wspominały jako najszczęśliwszy w swoim życiu. Ich losy po jego śmierci ułożyły się tragicznie.

Monika Śliwińska pozostała wierna metodzie opowieści ze swojej pierwszej książki o siostrach Pareńskich. Biografia Wyspiańskiego również pisana jest bardziej tematycznie niż chronologicznie - składa się z niezbyt długich rozdziałów, z których każdy poświęcony jest jakiemuś zagadnieniu. Takie założenie sprawia, że czasem ma się wrażenie, jakby opowieść się rwała, skakała z tematu na temat. Zupełnie nie odczuwałam tego w "Muzach Młodej Polski", może dlatego, że bohaterki były trzy, tym razem czasem mi to trochę przeszkadzało. Mimo tego książkę czyta się świetnie. Jest po prostu bardzo ciekawa. Warto sięgnąć po obie biografie. A w moim czytniku czeka już najnowsza książka Moniki Śliwińskiej - biografia sióstr Mikołajczykówien, tych od "Wesela". Jak widać autorka pozostaje wierna epoce i stale poszerza pole eksploracji. Ciekawe, czyja biografia będzie następna.

"Minari"

Miałam iść na "Sweat", ale w tym tygodniu grają go w moim ulubionym kinie tylko na wieczornych seansach, więc wybrałam się na "Minari", amerykański film nakręcony przez urodzonego w Stanach Lee Isaaca Chunga, reżysera, jak przypuszczam, o koreańskich korzeniach. Obraz nominowany był do licznych nagród, także do kilku kategorii oscarowych. Triumfował na Sundance. To opowieść o rodzinie koreańskich imigrantów. Po dziesięciu latach pobytu w Kalifornii, gdzie ciężko harowali na fermie kurcząt, postanawiają przenieść się do Arizony. Właściwie jest to decyzja Jacoba, głowy rodziny, który postanowił spełnić swoje marzenie - kupił ziemię i chce hodować warzywa, które będzie sprzedawał okolicznym koreańskim sklepikarzom oraz restauratorom. W ten sposób wreszcie się odkuje, spełni się jego amerykański sen - będzie pracował na swoim, dorobi się. Uważny widz zorientuje się, że to czasy prezydenta Reagana, kiedy jeszcze można było wierzyć, że w Ameryce każdy jest kowalem swojego losu, wystarczy tylko chcieć. 

Niestety rzeczywistość nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli. Dziś, kiedy neoliberalna ekonomia zbankrutowała, wiemy, że nie wszystko jednak od nas zależy. Od początku pojawiają się problemy. Ziemia jest na odludziu, dom okazuje się dużą przyczepą, brakuje wody. Odległość powoduje kolejne komplikacje, których już nie powinnam zdradzać. 

Ta słodko-gorzka historia tocząca się niezbyt spiesznie, skupiona na detalach - kamera szczególnie pięknie pokazuje przyrodę, która stanowi kontrast dla brzydkiego wnętrza domu i bylejakości amerykańskiego prowincjonalnego miasteczka - jest opowieścią o kilku sprawach.  Jedną z nich jest konflikt dotyczący wizji życiowej drogi. Czy lepiej żyć w miarę spokojnie, poprzestając na małym, czy ryzykować i próbować realizować marzenia za wszelką cenę? Dla Jacoba dążenie do sukcesu, do poprawienia losu rodziny to potwierdzenie jego sprawczości i męskości. A że robi to, nie licząc się ze zdaniem bliskich? Przy okazji do głosu dochodzą zadawnione pretensje pomiędzy małżonkami. To także opowieść o rodzinie. Codziennych problemach, z którymi się mierzy, kryzysie, wreszcie nawiązywaniu międzypokoleniowej więzi. Jednym z wątków jest także sytuacja dzieci, które płacą cenę za realizację marzeń ojca. Samotność, odciążanie dorosłych zajętych pracą. To ostatnie dotyczy starszej siostry.

Obejrzałam "Minari" z przyjemnością, ale nie przypuszczam, aby ten film jakoś szczególnie zapadł mi w pamięć. Na pewno w głowie zostanie mi kilkuletni David, no ale dobrze prowadzony dziecięcy aktor to pewniak, i jego niekonwencjonalna babcia (grająca ją Yuh-Jung Youn dostała Oscara za drugoplanową rolę żeńską). Gdzieś mignęło mi zestawienie "Minari" ze "Złodziejaszkami" Hirokazu Koreedy. Rzeczywiście oba filmy zrobione zostały w podobnej poetyce i oba opowiadają o rodzinie, o codzienności, ale ja nie mam wątpliwości - "Złodziejaszki" widziałam dwukrotnie, podobnie jak inne filmy Koreedy. Mimo że "Minari" również pokazuje dramatyczne zapętlenie, to jakoś bardzo mnie nie poruszył. Słodycz zwycięża nad goryczą, łagodząc kanty losu. Na plus zapisuję otwarte zakończenie. 

Andrzej Stasiuk "Przewóz"

Rzadko zdarza mi się przeczytać książkę niemal od razu po jej

premierze. Tym razem miałam ogromną ochotę wziąć się za najnowszą powieść Andrzeja Stasiuka "Przewóz" (Czarne 2021). Nie znam żadnej innej jego powieści, za to bardzo lubię pisaninę podróżną, jaką uprawia w charakterystycznym dla siebie stylu. Czytałam "Jadąc do Badadag" i "Duklę", potem oczywiście miałam w planach kolejne lektury, ale wyszło jak zwykle. Cóż będę mówić, wiadomo, jak jest - coraz to nowa książka domaga się uwagi, rywalizacja, po którą sięgnąć w pierwszej kolejności, trwa w najlepsze. 

"Przewóz" połknęłam błyskawicznie - trudno się od niego oderwać, chociaż to proza w dużej części ciemna. Ciemne są losy bohaterów, jest też kilka wstrząsających i naturalistycznych scen. W ogóle dużo tu naturalizmu - brudu, potu, smrodu, much, robactwa, niegojących się ran. Bo Stasiuk napisał powieść wojenną. Akcja toczy się w czerwcu 1941 roku w małej podlaskiej wiosce nad Bugiem. Chociaż nazwa Podlasie i Bug nigdzie nie padają. Na rzece przebiega granica, której do wojny tu nie było. Teraz po jednej stronie rządzą Niemcy, po drugiej Rosjanie. A bezksiężycowymi nocami pomiędzy brzegami kursuje przewoźnik Lubko przemycający chcących się przedostać na drugą stronę. Najczęściej to Żydzi, którzy wierzą, że tam będą bezpieczni. Tu muszą się ukrywać, tam czeka ich nędza. Czy zdają sobie z tego sprawę? W miasteczku po drugiej stronie aż roi się od uciekinierów. Kiedy kończą się im pieniądze, żeby jakoś przeżyć, sprzedają to, co ze sobą zabrali. Często są to eleganckie stroje, wspomnienie życia, które im odebrano. Ale kupców nie ma, a ci, którzy się trafiają, wykorzystują okazję. Bezbronni, sponiewierani, odarci z godności uciekinierzy są łatwym łupem dla cwaniaków, którzy mają nad nimi przewagę. Wezmą elegancką koszulę, a zamiast pieniędzy rzucą jakiś nic niewarty ochłap. Na głównym placu miasteczka, gdzie przed wojną odbywał się targ, teraz aż tłoczno od udręczonych nieszczęśników. Lubko, który pamięta to miejsce sprzed wojny, przygląda się zmianom.

Bo wojna zmieniła wszystko. Nawet w tej wiosce na krańcu świata. Stacjonują tu Niemcy, ale nie oni są najgorsi. Z nimi można się jakoś ułożyć. Złowioną w rzece rybę da się wymienić na prawdziwą kawę albo na mydło. W jednym z domów ukrywa się kilkuosobowy oddział partyzantów, którzy nie bardzo wiedzą, co mają robić. Z braku lepszego zajęcia obserwują nieoczekiwane ruchy niemieckich wojsk ciągnących ku granicy. Po co? Nie mają pojęcia. Za to czytelnik doskonale wie, to przecież czerwiec 1941 roku.

Atmosfera jest duszna nie tylko dlatego, że panują upały. Trzeba być czujnym, w każdej chwili grozi niebezpieczeństwo. Każdy się kogoś boi. Partyzanci Niemców, miejscowi partyzantów, żydowskie rodzeństwo, które uciekło z warszawskiego getta, wszystkich. Dlatego wszyscy oni kryją się - po stodołach, chatach, lasach, w bujnych trawach i przydrożnych krzakach. Przemykają pod osłoną nocy, starają się być niewidzialni. To jak gra w chowanego, tyle, że ten, kogo złapią, może stracić życie. Bo jest Żydem, bo ma pieniądze od ludzi, których przemyca na drugi brzeg, bo zostanie uznany za szpiega, bo ukrywa partyzantów, bo jest partyzantem. Ludzka zbieranina, którą Historia rzuciła na ten koniec świata. Przed wojną raczej by się nie spotkali. To jak prorocza zapowiedź nowego. 

Nikomu nie można ufać. Nawet tym, których się niby zna. Z tych porządnych nagle wychodzi bestia, a samozwańczy watażka, który dotąd wydawał się bezwzględny, nieoczekiwanie pokaże inną twarz. Pewnych granic nie przekroczy. Tylko miejscowi potrafią dostosować się do sytuacji. Ze stoickim spokojem przyjmują to, co im los przynosi. Może dlatego, że już nie raz ich przeczołgał? 

Poczucie klaustrofobii, ciemność, okrucieństwo, strach zostają jednak przełamane. W jaki sposób? Pięknymi, zmysłowymi obrazami przyrody - Stasiuk opisuje okolicę tak, jak tylko on potrafi. Są jeszcze marzenia, w które uciekają bohaterowie. Warszawskie rodzeństwo karmi się iluzją ucieczki do Birobidżanu, żydowskiego autonomicznego okręgu nad chińską granicą. Młody partyzant wierzy, że gdyby tylko znalazł się w swojej wiosce, na pewno mógłby im pomóc. Gdy wypowie jej nazwę, czytelnikowi ścierpnie skóra. On jednak nie może jeszcze wiedzieć, że ta nazwa na zawsze czarnymi literami zapisze się w historii. Podobnie jak żydowskie rodzeństwo nie wie, że na drugim brzegu za chwilę też zacznie się koszmar. Tak tu się wszystko miesza. Ratunkiem jest też bliskość, której szukają bohaterowie. Także seks. A w końcu przynajmniej niektórzy są po prostu dobrymi ludźmi. Dlatego czytelnik może różnie wyobrażać sobie dalszy ciąg tej historii. Ja chciałabym wierzyć, że skończy się pomyślnie. Jest przecież promyk nadziei.

Stasiuk, który w jednym z wywiadów powiedział, że nie lubi pisać powieści,  nie byłby sobą, gdyby nie wszedł na ulubione tory. Bo w jego książce przeplata się historia wojenna ze współczesną. Tak współczesną, że mamy nawet echa lockdownu. I właśnie dzięki temu wątkowi może oddać się swojej  prozie podróżnej. Nieoczekiwanie pojawia się pierwszoosobowy narrator, człowiek w drodze. Snuje się przez prowincjonalną Polskę, szuka samotności. Stopniowo dowiadujemy się o nim coraz więcej. Oba wątki splatają się ze sobą. Jak? Nie zdradzę.

Bardzo dobra, mocna powieść, która nie daje o sobie zapomnieć.  

Popularne posty