Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

Walter Kempowski "Prima sort"

Po lekturze powieści "Wszystko na darmo" Waltera

Kempowskiego jasne było, że sięgnę po kolejną wydaną w Polsce jego książkę - "Prima sort" (ArtRage 2025; przełożyła Małgorzata Gralińska). Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że przeczytam następne, które się ukażą, a, jak słyszałam, chłopaki z ArteRage'u nie powiedziały ostatniego słowa, jeśli chodzi o tego niemieckiego pisarza. Chwała im za to, że odkryli Waltera Kempowskiego!

Książka "Prima sort", która ukazała się w Niemczech w roku 1971 i przyniosła autorowi uznanie krytyki i czytających, jest pierwszą powieścią pisarza z jego wielkiego cyklu "Deutsche Chronik" ("Niemiecka kronika"). Książki te powstały na bazie nagrywanych na taśmę magnetofonową rozmów z matką, bratem i innymi żyjącymi krewnymi oraz zbieranych listów, zapisków, dokumentów czy fotografii. Wszystko to przetworzone literacko złożyło się na ten cykl. 

Opowieść zaczyna się w marcu 1938 roku, kiedy to mieszkająca w Rostocku rodzina Kempowskich przenosi się do nowego, bardziej komfortowego mieszkania. Walter ma wtedy dziewięć lat. Koniec to moment, kiedy do rodzinnego miasta pisarza wkraczają wojska radzieckie, czyli wiosna roku 1945. Jest więc to opowieść o zwyczajnej niemieckiej mieszczańskiej rodzinie w burzliwych czasach. Ojciec pisarza, weteran pierwszej wojny, którą często wspomina, był szanowanym rostockim armatorem, pochodząca z kupieckiej rodziny matka zajmowała się domem. Małżonkowie mieli jeszcze dwoje starszych dzieci, syna Roberta i córkę Ullę. 

Przeprowadzka do nowego, lepszego, mieszkania ma zwiastować dla rodziny lepsze czasy. Jakby wbrew temu, co dzieje się wokół. W życiu Kempowskich polityka właściwie nie istnieje. Na pewno nie są gorliwymi wyznawcami nazizmu, ale też nie widać jakichś oznak obrzydzenia dla tej ideologii. 

Na Patriotischer Weg znaleziono obcięte palce, robota ludu Izraela. Mordują chrześcijan, ćwiartują, a potem wyrzucają. Uważają to za dobry uczynek. W każdej synagodze jest piwnica wypełniona zakrzepłą krwią. Dzięki temu trafiają do nieba.

Tak Walter relacjonuje swoje rozmowy z kolegami w drodze do szkoły. 

Ależ ten Hitler robi świetną robotę. (...) Możemy być dumni, że dane nam jest żyć w takich czasach.

Takie teksty słyszy  w szkole. 

- O fuj - szepnęła matka. - Wygląda jak gruby żydowski szpieg ...

Wszystko, co złe w charakterze dzieci, a szczególnie Waltera, który z czasem będzie przysparzał jej trosk, matka przypisuje polskim przodkom. 

- Ale: żeby nigdy nie odrabiać prac domowych, to też żadna robota. - Nie dziw się potem, że tracimy cierpliwość. - To ci polscy przodkowie w naszej rodzinie dochodzą do głosu.

Taka fraza powraca w powieści wielokrotnie. Kiedy wybuchnie wojna, ojciec nie będzie mógł przeboleć, że z powodu przynależności do loży masońskiej nie został powołany do wojska. Potem zostanie wcielony do służb pomocniczych, będzie między innymi stacjonował w okolicach Szczecina. Nie zwierzał się z tego, co tam dokładnie robił. 

Narrator opowiada o zwyczajnym, codziennym życiu swoim i swojej rodziny. O rozmowach przy stole, o spotkaniach z kolegami, o szkole, o wakacjach, o bracie, siostrze, znajomych, sąsiadach, o coraz większych problemach z zaopatrzeniem, o bombardowaniach miasta, a wreszcie o znacznych zniszczeniach w ich wyniku. Jest tylko dzieckiem, więc dostrzega też dobre strony alarmów przeciwlotniczych.

Jeśli alarm odwoływano po północy, następnego dnia byliśmy zwolnieni z dwóch pierwszych lekcji. To było przyjemne, niekiedy nawet pożądane.

W miarę upływu czasu, kiedy dorasta, jego spojrzenie na świat się zmienia. Nie może przeboleć, że nigdy nie był w jednym z kościołów, który zbombardowany podczas jednego z alianckich nalotów zniknął z powierzchni ziemi. Kultura odgrywa ważne miejsce w życiu rodziny. 

- Ale przecież kultura ... - zaczęła matka. - Nasza stara, dobra niemiecka ojczyzna ...

Słuchają muzyki, brat i jego koledzy także jazzu, w domu są książki. Nawet pod koniec wojny Walter i jego matka nie potrafią się oprzeć i idą na koncert organowy do jednego z ocalałych kościołów, chociaż zdają sobie sprawę, że jest to niebezpieczne z powodu grożących bombardowań. W czasie koncertu kilkakrotnie gaśnie światło.

I takie przeczucie: może dziś ostatni raz słucha się organów? Czy za chwilę zacznie się nalot?

Dziadek, który przybył do nich z Hamburga, kiedy jego dom został zbombardowany, wielokrotnie wspomina utracone książki. Nawet kiedy pod koniec wojny Walter, wcielony do służby kurierskiej Luftwaffe, jedzie do zrujnowanego Berlina, szuka tam jeszcze ocalałych księgarń. 

Na próżno szukać jednak refleksji, z jakiego powodu ich wygodny mieszczański świat runął. Matka wzdycha i powtarza coś w rodzaju: co to się porobiło, i zmęczona trudami codziennego życia chciałaby, aby to się już skończyło. 

- Że też ludzie nie potrafią żyć w pokoju - westchnęła matka. Wielcy tego świata powinni iść na ring bokserski i rozegrać walkę między sobą. Chętnie by popatrzyła.

Och, gdyby mogła chwycić tych oficjeli za karki i uderzyć jednym łbem o drugi. Żeby tutaj wszystko obrócić w ruinę. Zawsze ubzdurają sobie jakieś głupoty, a potem my musimy wypić to piwo.

Słyszą o poległych na froncie sąsiadach, znajomych, kolegach Roberta czy Ulli, ale sami mają szczęście - ich najbliżsi są w miarę bezpieczni. Robert z powodu wady wzroku nie został wcielony do wojska, Ulla wyszła za mąż za Duńczyka i wyjechała do Danii. Jednak im bliżej końca wojny, tym bardziej widać jej tragiczne skutki. To nie tylko zniszczenie miasta i coraz trudniejsza codzienność, ale także napływający do Rostocku uciekinierzy z zajmowanych przez armię radziecką terenów. I strach przed nadciągającymi Rosjanami. Co robić? Zostać czy uciekać do stref zajętych przez Brytyjczyków czy Amerykanów? Ale jak zostawić wszystko? Jak tam dotrzeć, kiedy kolej nie działa?

A my? Czy Rosjanie dotrą też do nas? W głowie się nie mieści.

Czytając książkę, widzimy źródła zła, które toczy niemieckie społeczeństwo. To między innymi dryl i okrucieństwo szkoły oraz organizacji młodzieżowych, choćby Hitlerjugend, do których obowiązkowo wcielani są uczniowie. Nawet korepetycje u niejakiej ciotki Anny, na które wysyłają Waltera rodzice, bo nie przykłada się do nauki, budzą grozę wśród chodzących na nie uczniów. Dorastający Walter  nie umie czy nie chce dostosować się do tego drylu. Znajduje sobie towarzystwo wśród takich jak on outsiderów. Wyrazem buntu jest fryzura - dłuższe włosy. 

Co się stało, co za głupoty wyprawiam! Wciąż te długie włosy, nigdy nie stawiam się na służbę... ("Liesel, czy załatwiłaś już listy?") A tu proszę, raport: klub jazzowy i przesiadywanie w kawiarni? Zajadanie piankowych deserów?

Dlatego trafia do karnej jednostki Hitlerjugend, gdzie tacy jak on mają dostać szkołę życia. Stosowane wobec młodych buntowników metody budzą grozę. Odskocznią jest  sztuka. To właśnie po jednym z takich dni spędzonych w tej karnej jednostce Walter myśli tylko o tym, aby pójść na koncert organowy.

Oryginalność "Prima sort" bierze się ze sposobu pisania i z języka. Pełno tu rozmaitych powiedzonek, którymi posługują się członkowie rodziny Kempowskich. Miód, malina, gitara, mandolina, tytułowe prima sort, a kiedy się coś nie udaje psia dupa, psie ryby. Ale nie tylko o te powiedzonka chodzi. Narracja prowadzona jest w taki sposób, jakbyśmy znaleźli się w samym środku rozmów, które często prowadzone są przecież chaotycznie. Nie zawsze wiemy, kto wypowiada daną kwestię, opowieść przetykana jest krótkimi dygresjami, cytatami z piosenek, jakimiś wtrąceniami zapisywanymi w nawiasach. 

- Kto wistuje?

Spustoszyć całe miasto - niewiarygodne, jak daleko to zaszło. Całkowicie niepojęte. Wspaniały kościół Świętego Piotra. Święty Jakub. Nie do pomyślenia.

- Gra w piki daje wyniki.

Może to stanowić barierę w czytaniu, ale naprawdę warto się przełamać, bo bardzo szybko da się przyzwyczaić do takiego sposobu opowiadania. Warto też zapoznać się z posłowiem tłumaczki, Małgorzaty Gralińskiej, która pisze o tym, jak szukała odpowiedników tych rodzinnych powiedzonek,  jakie zabiegi stosowała, aby  oddać styl i język powieści, a wreszcie zwraca uwagę na symbolikę zaszytą w niektórych fragmentach tej książki trudną do rozszyfrowania dla przeciętnego czytelnika. Pisze też o powojennych losach rodziny Kempowskich, które nie były różowe.

Zdaję sobie sprawę, że twórczość Waltera Kempowskiego raczej nie spotka się z masowym odbiorem, ale naprawdę warto spróbować. Ja jestem jej fanką.

Anna Janko "Dziewczyna z zapałkami"

Kolejna, w ostatnim czasie, powieść, po którą sięgnęłam po

wysłuchaniu podcastu. Tym razem był to zapis spotkania z pisarką Anną Janko we wrocławskim Domu Literatury. Oczywiście słyszałam o niej, wiedziałam, że jest poetką - niestety poezję czytuję sporadycznie - że napisała "Małą zagładę" o dzieciach, które przeżyły pacyfikację zamojskich wsi. Jednym z takich dzieci była jej matka, stąd zainteresowanie tematem. Po tamtą książkę nie odważyłam się sięgnąć - dzieci i ich przeżycia wojenne to coś, o czym nie jestem w stanie czytać. Wspomniane spotkanie dotyczyło jednak czegoś zupełnie innego - powieści "Finalistka", która jest trzecią częścią trylogii o Hance, alter ego autorki. Rozmowa z Anną Janko tak mnie zainteresowała, że natychmiast postanowiłam sięgnąć po jej prozę. No ale ponieważ to trylogia, to trzeba przeczytać całość, a  zacząć od początku. "Finalistkę" i "Pasję według św. Hanki" zdobyłam bez trudu, ale żeby kupić część pierwszą, czyli "Dziewczynę z zapałkami" (Wydawnictwo Literackie 2012; wydanie pierwsze 2007), musiałam się nieco nagimnastykować, no ale udało się. 

Uwielbiam prozę pisaną przez poetki i poetów. Dlaczego? Bo poezja odciska piętno na języku. Tak było w przypadku dwóch powieści Zyty Rudzkiej - "Krótka wymiana ognia""Ten się śmieje, kto ma zęby". Szczególnie ta pierwsza po prostu mnie olśniła. Tak jest w przypadku "Dziewczyny z zapałkami". Obojętne, o czym byłaby ta powieść, już samo obcowanie z jej językiem jest ogromną przyjemnością. Wypisałam sobie cztery strony smakowitych cytatów, a miałam ochotę na znacznie więcej. Właściwie ta notka mogłaby się składać tylko z nich, no ale bez obaw - nie będzie. Jednak nie potrafię się powstrzymać, aby kilku jednak nie przytoczyć.

I pojechałam (na pierwsze całowanie) do pegeeru we Fromborku w ramach studenckich praktyk robotniczych.

A ja kimże jestem? Ledwie początkująca w zawodzie kobiety. 

By przeżyć, czyli umrzeć potem.

Z rodziców trzeba się rozebrać jak z ciasnego ubrania ...

... posunąć to życie do przodu o kawałeczek.

Potrzebuję więcej czasu i więcej wieczności. Aby obsłużyć istnienie.

A przecież wstajesz z łóżka, bo jesteś automatyczną matką.

Czuć w tych frazach giętkość języka, jaką posiadają tylko dobre poetki i dobrzy poeci. Chociaż, jak podkreśla Anna Janko, forma i język są najważniejsze, bo przecież wszystko już zostało napisane, to jednak i treść się liczy, więc teraz o niej.

"Dziewczyna z zapałkami" to opowiedziana w pierwszej osobie historia Hanki, młodej poetki, która w wieku zaledwie dwudziestu lat wychodzi za mąż za swojego licealnego kolegę, Pawła, zwanego przez nią Pawiem. Właściwie znali się krótko, nie zwrócili na siebie większej uwagi, uczucie zrodziło się z listów, które zaczęli pisać, kiedy Hanka razem z rodzicami z Wrocławia przeniosła się do Sopotu, gdzie kontynuowała naukę.

Oboje chcieliśmy, solidarnie, przerwać dzieciństwo i zacząć nowe, niezależne życie. I co? Siedzimy na gruzach nowego ... 

Posłuchałam matki ("Najpierw życie, potem wiersze. Za mąż trzeba wyjść. Dzieci mieć.") i posłuchałam siebie: zapragnęłam być normalną kobietą, mieć normalny dom, a tylko w uzupełnieniu posiadać też niedużego, poręcznego, kanapowego Pegaza. 

Tak o powodach swojego zamążpójścia pisze Hanka.  Wybrała Pawia, bo nie chciała męża artysty, chciała męża solidnie stąpającego po ziemi. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te złudzenia. 

Jej zapiski, które przypominają swoją formą dziennik, to kronika rozczarowań Pawiem i sobą, udręczenia codziennością, zmagań z mniejszymi i większymi problemami, konfliktów z teściami, którzy nigdy jej nie zaakceptowali, ale też radości, jakie sprawiają dzieci, i miotania się pomiędzy miłością i nienawiścią do męża. Szybko się okazało, że przy dwójce małych dzieci trudno o tego niedużego, kanapowego Pegaza. Tym bardziej jeśli mąż najpierw poświęca się karierze naukowej, a potem w czasach transformacji zakłada biznes, który ma im przynieść pieniądze, a przynosi tylko długi. 

... mąż (...) żyje w "krainie pracy", gdzie wzrok nie sięga. Powraca nocą, gdy dzieci śpią, gdy ja wpatrzona w granatową szybę okna, studiuję w wyższej szkole Czekania Na Ukochanego.

Hanka musi się też zmagać z siermiężną peerelowską codziennością - staniem w kolejkach, brakami wszystkiego, dzieleniem domu z teściami, a potem z ciasnotą własnego mieszkania. 

Historia ma przerwę, nie dzieje się nic. Pospolite polowanie na proszek do zębów, na papier toaletowy, życie jak w motku szklanej waty - niby miękko, a każdy ruch boli.

Ale to, że zawód wchodzi mi w ciało, to czuję. zawód żona. To kaleczy i jątrzy. Przez te skaleczenia uchodzą ze mnie ład i piękno światła.

Drogi jej i Pawia stopniowo się rozchodzą, jest wiecznie nieobecny, ma o wszystko pretensje, do niej i do dzieci. Właściwie nią pogardza, uważa, że to on ma prawo być zmęczony, bo pracuje, a ona przecież cały dzień siedzi w domu. 

Uciekł mi Paw. Wymknął mi się z życia nie wiadomo kiedy.

Z czasem ulgę przynosi alkohol. Jej sytuacja jest tym trudniejsza, że czuje się samotna i obca w rodzinie męża, na nikogo nie może liczyć, nikt jej nie rozumie. 

Proza Anny Janko jest tak intensywna, że sama odczuwałam mękę bohaterki. Współczułam jej, ale bywało, że irytowałam się tym, jak pozwala siebie traktować. No ale to perspektywa dzisiejsza, młodość Hanki przypadła na inne czasy. Zastanawiałam się, dlaczego nie odchodzi. Łatwo powiedzieć, ale kiedy się ma dwoje małych dzieci, nie jest prosto podjąć taką decyzję. Poza tym Hanka się miota od nienawiści, przez zobojętnienie, do coraz rzadszych, ale jednak, wybuchów namiętności i miłości, co pozwala jej przetrwać. Powoli jednak się zmienia - dzieci są coraz starsze, a ona coraz częściej czuje, że musi coś w swoim życiu zmienić. 

Czy dowiem się kiedyś, w jakim celu z tym człowiekiem, te dzieci, ta ja, w takich okolicznościach, tak bezładnie, bezwładnie, bezwiednie ... A nie gdzie indziej? Z kim innym? Inna ja? O, jakże tęsknię do innej ja! Kocham ją i tęsknię. Czy kiedyś się spotkamy? I połączymy? O moja upragniona, daleka ja ...

Jej zapiski są świadectwem drogi, jaką przeszła, i stopniowego wykluwania się nowej Hanki, którą poznamy w kolejnej części cyklu. To nie bunt, to ewolucja, wybijanie się na samodzielność - czas pomyśleć o sobie, o swoim pisaniu, czas porzucić złudzenia i pożegnać się z Pawiem.

Jak wspominałam, książka ma formę krótszych lub dłuższych zapisków, przypomina dziennik. Hanka pisze o swojej codzienności, czasem wspomina przeszłość, ale także snuje refleksje inspirowane rozmaitymi lekturami albo zastanawia się nad sobą, przeprowadza wiwisekcję. 

Jakże trzeba poganiać życie, żeby łaskawie żyło! (...) aby to życie dotknęło w sobie tego czegoś, owej tajemniczej energii, która je uskrzydli i rozpali. Na chwilę. A na co dzień ciągniemy je za sobą, jak dziecko worek z kapciami ...

Nieobca jest jej ironia i dystans do siebie, potrafi być dosadna, pospolita i wściekła, szczególnie, kiedy relacjonuje kłótnie z mężem, albo złośliwa, kiedy pisze o teściowej, której szczerze nie znosi i wcale się z tym nie kryje, innym razem jest głęboka, zadumana nad istotą życia. Kiedy dzieci są małe, dominuje codzienność, potem coraz więcej refleksji.

Bardzo dobra powieść, w której niejedna kobieta może się przejrzeć niczym w lustrze. Przejmująca, skłaniająca do myślenia, ale też dająca przyjemność z obcowania z poetyckim językiem. Jak to się stało, że nie odkryłam tego cyklu wcześniej? A wkrótce napiszę o pozostałych częściach trylogii - postanowiłam czytać tak jak kiedyś tetralogię Eleny Ferrante, czyli zastosować płodozmian: jedna powieść o Hance na zmianę z inną książką.

Waldemar Bawołek "Echo słońca"

Wstyd się przyznać, ale o Waldemarze Bawołku usłyszałam

właściwie dopiero w tym roku. Może słowo usłyszałam nie do końca jest tu adekwatne. Powinnam raczej napisać, że jego nazwisko mocno dotarło do mojej świadomości. No bo słyszeć przecież musiałam, skoro wydawało go Czarne, którego ofertę wydawniczą pilnie śledzę, no i skoro już wcześniej dwukrotnie był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia. Dlaczego wobec tego dopiero teraz zwróciłam na niego uwagę? Stało się tak najpierw przy okazji rozmowy o jego książce "Furtka przy dozorcy" w Nowym Tygodniku Kulturalnym, a potem kiedy za książkę "Pomarli", wiele i bardzo dobrze mówiło się o niej, został nominowany do wspomnianej już Gdyni, którą dostał, i do Nike. Chociaż wydawało mi się, że może to niekoniecznie literatura, jaką lubię najbardziej, to uznałam, że powinnam, a właściwie lepsze tu będzie słowo chcę, poznać. Przynajmniej spróbować. A ponieważ gdzieś przeczytałam, że przygodę z twórczością Bawołka najlepiej zacząć od "Echa słońca" (Czarne 2017), tak właśnie zrobiłam. Oprócz tego za jednym zamachem kupiłam też "Furtkę przy dozorcy", którą tu dziś przywoływałam. Na pewno przeczytam też "Pomarłych".

Zanim podzielę się refleksjami o "Echu słońca", słów kilka o autorze, bo to ważne w kontekście jego twórczości. Waldemar Bawołek jest pisarzem osobnym, długo nie przynależał do literackiego światka, a może i dziś do końca nie przynależy. Pochodzi z Ciężkowic, niewielkiego miasta niedaleko Tarnowa, i nadal tam mieszka. I to właśnie w jego rodzinnej miejscowości najczęściej rozgrywa się akcja książek, które pisze, a  jej mieszkańcy są ich bohaterami. W swojej twórczości obficie czerpie z własnych doświadczeń, ze swojego życia. Imał się różnych prac. Zacytuję za biogramem ze strony Czarnego: pracował jako instruktor higieny w Terenowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, samodzielny referent zaopatrzenia w Zakładach Azotowych, zarządzał piekarnią Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Gromniku, wykonywał prace fizyczne jako robotnik gospodarczy przy Urzędzie Gminy w Ciężkowicach.

Po przydługim wstępie i ważnych informacjach o pisarzu czas na refleksje o "Echu słońca". Akcja tej powieści, a jakby inaczej, rozgrywa się w Ciężkowicach. Jej bohaterem i narratorem zarazem jest pięćdziesięcioletni mężczyzna. Życie upływa mu na opiece nad matką, która  nie jest co prawda osobą ze względu na wiek czy choroby unieruchomioną w domu, ale rzadko z niego wychodzi. Wobec tego syn robi zakupy i załatwia wszystkie jej życiowe sprawy. Oprócz tego pije, pali, spotyka się z kolegami podobnymi do niego, którzy też piją, palą, gadają oraz opiekują się starymi matkami, i wspomina przeszłość. 

Chociaż to proza jak najbardziej realistyczna, to czasem bywa odrealniona. Dzieje się tak właśnie wtedy, kiedy narrator zaczyna przywoływać rozmaite zdarzenia ze swojego życia. Wtedy teraźniejszość miesza się z przeszłością, to, co teraz, płynnie przechodzi w to, co było. Dlatego te wspomnienia mają czasem oniryczny charakter. Z realistycznego toku opowieści może też wybić czytelnika zabieg zamiany narratora - od czasu do czasu narracja przechodzi w trzecioosobową, a bohater staje się Skrytkiem, jednym z kilku (kilkunastu?) opisywanych na kartach powieści mężczyzn. Czy właśnie temu ten zabieg ma służyć? Bo przecież główny bohater swoją refleksyjną naturą wyróżnia się jakoś spośród swoich kumpli. Tymczasem w tych fragmentach dzieje się tak, jakby ten trzecioosobowy narrator mówił mu - tak mędrkujesz, ale zobacz, żyjesz jak oni, wegetujesz, trwonisz siebie.

Co wspomina Skrytek? Swoją pierwszą miłość, nieudane małżeństwo, kolegów, czasy szkolne. Jakby szukał w swojej przeszłości odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziś tak wygląda jego życie. Jakby szukał straconych szans, zaniechanych decyzji, złych wyborów. 

Jednym z tematów tej powieści są relacje matki i syna. Mieszkają razem, on rzetelnie spełnia swoje obowiązki wobec niej, martwi się o jej zdrowie. Są na siebie skazani i symbiotycznie ze sobą związani. Ale, jak to często w życiu bywa, nie jest to układ sielankowy. Matka ma stale do niego pretensje, stale gdera. A to zakupy nie takie, a to nie wrócił na czas, a to włóczy się z kolegami, a to pije, a to nie potrafi niczego załatwić. Nic dziwnego, że syn ma czasem dość jej narzekania i wiecznego niezadowolenia. I tak pomiędzy przyciąganiem i odpychaniem, miłością i irytacją, czułością i zniecierpliwieniem rozciąga się ta matczyno-synowska relacja.

Ale to, na co najbardziej zwróciłam uwagę, to cień przemijania i śmierci, który rozciąga się nad bohaterami powieści. Umierają matki i umierają koledzy bohatera. One ze starości i z chorób będących przypadłością ich wieku, oni ze złego traktowania swoich ciał - picia, palenia, byle jakiego jedzenia. Bohater stale odwiedza kogoś w szpitalu, a potem chodzi na pogrzeby. Bardzo to melancholijna książka. Chciałam też użyć słowa pesymistyczna, ale nie wiem, czy jest właściwe. Raczej bohater przyjmuje do wiadomości, że taka jest kolej rzeczy, że tak być musi. I tkwi w marazmie, trochę dlatego, że jest więźniem powinności rodzinnej, a trochę dlatego, że nie bardzo wie, co miałby ze swoim życiem zrobić. A może  rozumie, że i tak na nic nasze starania, i tak koniec dla wszystkich jest jeden, choćbyśmy się nie wiem, jak starali, więc po co się szarpać.

Bardzo ciekawa proza, szukająca w banale codzienności czegoś więcej. Nie ma tu jej uwznioślania, nadawania posmaku niezwykłości i baśniowości. To coś, co nie bardzo umiem nazwać. Szukanie odpowiedzi na egzystencjalne rozterki i metafizyki? Brzmi banalnie, ale może właśnie o to chodzi. 

Dorota Kotas "Pustostany"

Długo zbierałam się, aby sięgnąć po głośny debiut Doroty Kotas

"Pustostany" (Niebieska Studnia 2020). Muszę przyznać się do czegoś, do czego być może przyznawać się nie wypada - niechętnie sięgam po beletrystyczne debiuty. Zawsze mam obawy, że debiutancka powieść czy zbiór opowiadań to jednak ryzyko, coś nie do końca trafionego. Oczywiście wiem, że to nieprofesjonalne podejście i krzywdzące - w końcu każdy pisarz kiedyś musiał wydać swoją pierwszą książkę. Zdarzają się przecież debiuty dojrzałe, wiele jest mimo niedoskonałości interesujących. Do "Pustostanów" nie przekonały mnie nawet dwie nagrody, i to nie byle jakie, Conrada i Gdynia, plus nominacja do Nagrody Gombrowicza. Zdanie zmieniłam dopiero po wysłuchaniu wywiadu z autorką przeprowadzonego przez Michała Nogasia w gazetowym podcaście Radio Książki.

Kiedy zaczęłam czytać, najpierw był zachwyt, a wszystko za sprawą języka i klimatu pierwszego opowiadania zatytułowanego Prolog? Najlepiej niech książka powie sama za siebie, więc na początek cytat.

A ja, kiedy zbiegam po schodach z pierwszego piętra, przekręcam dla sportu sparaliżowane gałki wszystkich drzwi po drodze. W ten sposób razem stwarzamy życie. My, którzy żyjemy. (...) Zmarli to moi ulubieni sąsiedzi. Pod drzwiami ich mieszkań, do których nikt już nie wchodzi - bo niby po co, a zresztą i tak nie ma nawet kluczy, żeby tam wejść - leżą wycieraczki nieocenionej jakości. (...) Czasami robię podmianę, kiedy moja wycieraczka jest zniszczona. I nikt nie ma nic przeciwko temu, bo dla zmarłych sprawiedliwość to w dużej mierze kwestia bez znaczenia. Często przychodzą też do nich listy, które otwieram i czytam, żeby się nie zmarnowały.

Mocne wejście w tę powieść nie-powieść, bo niby zbiór opowiadań, a właściwie epizodów, które tworzą jedną całość połączone osobą bohaterki-narratorki, kamienicą, w której mieszka, i miejscem - warszawskim Grochowem, szczególnie okolicami placu Szembeka. Cytat, który przytoczyłam, dobrze oddaje charakter tej prozy. Z jednej strony mocno zanurzonej w rzeczywistości, z drugiej od czasu do czasu skręcającej w stronę groteski, absurdu czy onirycznych scen. Ta rzeczywistość to kamienica, z której okien widać plac Szembeka na warszawskim Grochowie, kamienica, w której prawie nikt nie mieszka, bo większość lokatorów umarła. Narratorka z czułością i uwielbieniem skupia się na drobiazgach. Kieruje swój wzrok na kamienicę, opuszczone mieszkania, sprzęty, które zostały po zmarłych lokatorkach, dla niej stanowiące powód do zachwytu, prawdziwe skarby. Pisze także o handlarzach z placu, o ludziach, których spotyka na swojej ulicy, często drobnych pijaczkach i rozmaitych odmieńcach. To wszystko staje się przedmiotem jej namysłu, zadziwienia, zachwytu. Ale tak naprawdę to ona jest główną bohaterką "Pustostanów", to przez swoją wrażliwość i specyficzne patrzenie na świat przepuszcza otaczającą ją rzeczywistość.

Narratorka, w dużej mierze alter ego autorki, wypisuje się z wyścigu szczurów. Marzy o tym, aby pisać, ale chwilowo na przeszkodzie stoi brak pracowni. Tymczasem pracuje, kiedy już naprawdę musi, ima się najprzeróżniejszych zajęć, bywa, że porzuca je, kiedy się nimi znudzi, wynajmuje pokój w opustoszałej kamienicy, a kiedy właścicielka podnosi czynsz, zajmuje jedno z opuszczonych mieszkań. Jest minimalistką, niewiele posiada, swój dobytek może spakować do kilku reklamówek. Ma za to dużo wolnego czasu, który poświęca obserwacji otaczającego ją świata i zajęciom, które jakoś same wpadają jej w ręce, a które zwyczajnemu człowiekowi (Ale kto właściwie jest zwyczajnym człowiekiem?) mogą wydać się niepotrzebne, absurdalne albo bezsensowne. To jej sprawia radość. Egzystencja bohaterki wydaje się być jedną wielką improwizacją. Jeśli wstaje rano i nie wie, co ma zrobić na śniadanie, to postanawia od razu ugotować obiad, na który ma pomysł. W pierwszą niehandlową niedzielę kupuje sobie coś na jednym z portali. Nie żeby dotąd pasjami odwiedzała galerie handlowe w niedzielne przedpołudnia, tylko ot tak z przekory. Radość sprawia jej sam proces, samo dzianie się i dlatego nieważne jest, że leginsy, które ostatecznie kupuje, ani nie są jej przesadnie potrzebne, ani niespecjalnie grzeszą urodą. Innym razem postanawia sprzedać monety i roi sobie, ile za nie dostanie. Jeszcze kiedyś prowadzi korespondencję w imieniu zmarłej mieszkanki kamienicy. Tym zajęciom towarzyszy fantazjowanie, rodzaj dziecięcej naiwności i zabawy. Tak jest, kiedy wyobraża sobie, że podejmie pracę w kiosku Ruchu, o czym od dziecka marzyła. Tak, teraz wydaje mi się, że właśnie to postrzeganie świata trochę jak postrzega go dziecko jest jednym z kluczy do bohaterki. Podobnie pisze nawet o sprawach poważnych i nieprzyjemnych, bo i takie jej się przytrafiają. Czasem narratorka ucieka w świat nierealny, odkształca rzeczywistość, aby po chwili do niej wrócić. 

Ale na końcu łyżka dziegciu. Z czasem zaczęłam się jednak trochę nużyć. Problem w tym, że opowiadania są nierówne. Obok świetnych, budzących zachwyt, co w dużej mierze jest zasługą języka, zdarzają się nieciekawe. Dzieje się tak, kiedy raptem język staje się zwyczajny i prosty, wtedy cała magia gdzieś znika. Tymczasem Dorota Kotas wydała już drugą książkę, "Cukry", która też zbiera raczej pozytywne recenzje. Ostatecznie postanowiłam, że ją przeczytam. Trochę z ciekawości, trochę zachęcona "Pustostanami".

"Przedszkolanka"

Korzystając z majowego weekendu, wreszcie wybrałam się na "Przedszkolankę", amerykański film pokazywany na festiwalu w Sundance, gdzie dostał nagrodę za reżyserię dramatu. Obraz na polskich ekranach gości już od jakiegoś czasu, ma bardzo dobre recenzje, ale jakoś nie pałałam wielką ochotą, aby go zobaczyć, no a teraz wreszcie postanowiłam nadrobić zaległość. Film obejrzałam z przyjemnością i zainteresowaniem. To takie kino, które z jednej strony zachwyca detalami, na których skupia się kamera, skłaniając do kontemplacji szczegółu, z drugiej prowokuje do zadawania pytań o wybory głównej bohaterki.


Lisa pracuje w przedszkolu, lubi swoją pracę, ma męża, dorastające dzieci, które stoją u progu wyboru drogi życiowej. Mieszka w domu na przedmieściach Nowego Jorku i od jakiegoś czasu chodzi na kurs kreatywnego pisania, a właściwie pisania wierszy. Dlaczego? Czy czuje się niespełniona? Szuka czegoś więcej? Chciałaby zacząć pisać? Albo doskonalić swoje wiersze? Nie na wszystkie pytania znajdziemy odpowiedź w filmie. W każdym razie ta decyzja zmienia życie Lisy. Zaczynają ją drażnić jej dzieci, które nie czytają książek, są przeciętne, za mało wrażliwe. Swoje pretensje pod ich adresem potrafi wyrazić w sposób tak egzaltowany, że zęby bolą.  Rozczarowana jest też sobą, bo jej poetyckie próby nie znajdują uznania ani u prowadzącego kurs, ani u pozostałych uczestników warsztatów. Tymczasem jeden z jej podopiecznych okazuje się niezwykle utalentowanym chłopcem - od czasu do czasu improwizuje wiersz. 

I właśnie od tego momentu widz zostaje zmuszony do zadawania sobie pytań. Jakie są prawdziwe intencje Lisy? Czy rzeczywiście zależy jej na pielęgnowaniu i rozwijaniu talentu chłopca, czy chodzi jej o coś innego? Twórcy filmu zwodzą, właściwie nie wiadomo, czy bohaterka zmienia zdanie, czy od początku jest rozdarta. I kolejne pytania - jak daleko można się posunąć, próbując pomóc chłopcu? Czy można postępować wbrew woli jego ojca, który trochę lekceważy zdolności swojego syna, przykładając wagę do praktycznej strony życia? Rozdźwięk pomiędzy tym, co praktyczne, zwyczajne, zdroworozsądkowe, a tym, co czyni ludzką egzystencję niezwykłą, czyli sztuką, jest w filmie zaznaczony dość wyraźnie, chociaż chwilami nieco nachalnie. Nie o wszystkim trzeba mówić wprost. Jakby nie dowierzano widzowi, który przecież i bez płomiennych tyrad Lisy zrozumiałby intencje twórców. Rozczarowało mnie również zakończenie  - trochę nieoczekiwanie film skręcił w inna gatunkową ścieżkę. 

Wielką wartością "Przedszkolanki" jest rola grającej główną bohaterkę Maggie Gyllenhal, której wcześniej nie widziałam, chociaż to nie anonimowa aktorka. Mimo że Lisa drażniła mnie czasem, a im dłużej film oglądałam, tym uczucie irytacji narastało, to jednak przykuwała moją uwagę. Równie magnetyzujący jest chłopiec grający utalentowanego przedszkolaka. 

"Pewnego dnia"

Jakoś ostatnio rzadziej bywałam w kinie. Nic mnie specjalnie nie ciągnęło, a i niczym się też nie zachwyciłam. A kiedy chciałam wybrać się na "Żniwa", bardzo chwalony film z RPA, nie zdążyłam, bo grali go w moim mieście tylko tydzień, a był to tydzień świąteczny! Teraz jednak nadarzyła się okazja. Wybrałam się na węgierski film "Pewnego dnia", reżyserski debiut Zsofii Szilagyi nagrodzony w Cannes nagrodą FIPRESCI w jednej z bocznych sekcji. Z kina wyszłam wreszcie usatysfakcjonowana. Chciałam napisać - zadowolona, ale to określenie nijak nie pasuje do tego, co na ekranie. Bo nie jest to film przyjemny, chociaż nie opowiada o strasznych dramatach i tragediach. Raczej o codziennej rutynie, którą z trudem da się znieść, która doprowadzić może do wściekłości, bezsilności, a może nawet na skraj depresji. 

To jeden dzień, właściwie odrobinę więcej, z życia Anny, czterdziestolatki, żony, matki trojga dzieci, lektorki włoskiego. Podglądanie codzienności. Lustro, w którym wiele (wielu?) z nas może się przejrzeć, bo odnajdzie tam swoje doświadczenia. Rutyna. Dzień jak co dzień. Trzeba wstać, zbudzić dzieci, które nie chcą opuścić łóżek, przygotować im śniadanie, rozwieźć do żłobka, przedszkola i szkoły, pójść do pracy, odebrać dzieci, zawieźć na balet, na szermierkę, znosić ich kaprysy, zrobić zakupy, kolację. Jeszcze pranie, opróżnienie zmywarki, poskładanie wszystkiego. A wokół piętrzą się sterty niepoprasowanych ubrań, wszędzie coś leży - chaos, nad którym trudno zapanować. I jeszcze od dawna popsuty zlew, i kłopoty z bankiem. No i pośpiech, pośpiech, pośpiech. Żeby zdążyć, żeby się nie spóźnić, cała logistyka. Nie ma już czasu na żadne przyjemności. Jedyną radość dają krótkie, beztroskie chwile spędzone z dzieckiem. Ale nie ma ich wiele. Zastępują je pretensje, popędzanie, przypominanie, sztorcowanie. Żywiołowość, nieokiełznanie, oryginalność dzieci zamiast cieszyć irytuje. No i jeszcze problemy z mężem. Jakie? Nie będę zdradzać, chociaż na niektórych filmowych portalach w notce informacyjnej wyłożono kawę na ławę. To wszystko sprawia, że Anna czuje się coraz bardziej samotna, zmęczona i bezradna.

Kto z nas nie ma chociaż trochę podobnych doświadczeń? Kto przynajmniej od czasu do czasu nie ma poczucia, że wszystko wymyka mu się z rąk, że wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu, że pech go prześladuje, że nie nadąża? Wprawdzie nie mam trojga dzieci, domowe obowiązki staram się ograniczać do minimum, a i tak codzienna rutyna doprowadza mnie do pasji, wydaje mi się potworną stratą czasu, który mogłabym poświęcać na to, co lubię. Jak to się dzieje, że marzenie o szczęśliwej rodzinie zamienia się w koszmar codzienności? Gdzie ucieka radość? A jeszcze piętnaście lat temu Anna mieszkała w Neapolu i wydaje mi się, że prowadziła tam inne, beztroskie życie. Potem wyszła za mąż. Na pewno miało być cudownie, ale po dziesięciu latach małżeństwa nie jest. Kiedy Anna przemierza Budapeszt, kiedy ogląda go zza szyby miejskiego autobusu albo samochodu, nawet nie zauważa jego urody. Gdzieś w tle migają oświetlone wzgórza Budy i piękne naddunajskie mosty. Miasto, które jest turystyczną mekką, które tyle oferuje, dla zabieganej, zmęczonej Anny jest doskonale przezroczyste. Zamiast zachwycać, raczej irytuje, bo korki, bo tłok w autobusie. Czy jest na to jakaś rada? Jak się zatrzymać? Gdzie szukać radości, zachwytu codziennością? 

Poczucie beznadziei, zmęczenia potęguje sposób filmowania. Bliskie plany, skupienie na detalu, częsty zabieg niepokazywania twarzy bohaterów, widzimy za to plątaninę nóg kłębiących się w wąskim przedpokoju. Klaustrofobiczne, ciemne, zagracone mieszkanie. To taki film, gdzie wiele się dzieje pomiędzy słowami - w gestach, w mimice twarzy, w spojrzeniach. W swojej stylistyce, w skupieniu na codzienności przypomina kino rumuńskie. Takie obrazy jak "Sieranevada", "Egzamin",  "Pozycja dziecka" i inne. Ten niszowy obraz, który wszedł na nasze ekrany bez rozgłosu, na pewno nie zdobędzie masowej widowni. Moim zdaniem warto go zobaczyć. Ja lubię takie kino. Niby zwyczajne, ale nasycone emocjami i skłaniające do refleksji.

Popularne posty