Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty

Georges Perec "Rzeczy"

Jest mało prawdopodobne, abym sięgnęła po "Rzeczy" Georgesa

Pereca (Wydawnictwo Lokator 2014; przełożyła Anna Tatarkiewicz), gdyby nie głośna powieść Vincenzo Latronico "Do perfekcji", którą niedawno przeczytałam. Kto ją poznał, ten wie, jaki związek zachodzi pomiędzy tymi dwiema książkami. Otóż Vincenzo Latronico wzorował się na "Rzeczach", napisał ich współczesną wersję, co otwarcie komunikuje. Dlatego, z pewnymi oporami, postanowiłam jednak zapoznać się z pierwowzorem. Napisałam, że z pewnymi oporami, bo o Georgesie Perecu oczywiście słyszałam, a nawet widziałam spektakl na podstawie jego książki "Życie instrukcja obsługi", i jakoś nie wydawało mi się, aby był to pisarz dla mnie.  Cóż, nie przepadam za prozą eksperymentalną, a do takiej szufladki jego twórczość trafiła. 

Chociaż powieść Vincenzo Latronico nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia, czego dowodem jest moje literackie podsumowanie roku, gdzie jej nie umieściłam, to jednak kierowana ciekawością i impulsem wypożyczyłam sobie "Rzeczy" z biblioteki. A ponieważ nikt nie czekał na nie w kolejce, zwlekałam z rozpoczęciem lektury, bo inne tytuły przyzywały mnie zdecydowanie silniej. Teraz muszę jednak przyznać, że powieść przeczytałam ze sporym zainteresowaniem i może kiedyś (kiedy? kiedy?) spróbuję się zmierzyć z jakąś inną książką Georgesa Pereca. Od razu też napiszę, że pierwowzór, chociaż to debiut, jest zdecydowanie lepszy i głębszy. Cóż, od razu czuć, że ma się do czynienia z literacką klasą. 

Lata sześćdziesiąte zeszłego wieku. Sylvie i Jerôme, para dwudziestokilkulatków, mieszkają w Paryżu w skromnym mieszkanku. Przerwali studia psychologiczne, gdyż podjęcie pracy ankieterów, albo inaczej psychosocjologów, co brzmi bardziej prestiżowo, o którą stosunkowo łatwo, wydało im się bardziej atrakcyjne, bo miało przybliżyć ich do celu - osiągnięcia statusu społecznego, wspięcia się na wyższy poziom drabiny społecznej. Szybko jednak okaże się, że to pułapka, z której nie będą umieli znaleźć wyjścia. Z jednej strony dzięki takiej pracy mogą żyć dość swobodnie, nie zamykać się w kieracie pełnoetatowej harówki. 

Tak żyli oboje oraz ich przyjaciele w swych mieszkaniach ciasnych i sympatycznych, ze swymi sprawami i filmami, składkowymi przyjęciami, wielkimi projektami. Nie byli nieszczęśliwi. Pewne uroki ich życia, ulotne, pierzchliwe, opromieniały ich dni.

Z drugiej jednak strony pieniądze, jakie zarabiają, nie przybliżają ich do takiej pozycji materialnej, o jakiej marzą. Utknęli w małym paryskim mieszkanku i nic nie zapowiada, aby mogli się z niego wyrwać. 

Byli "nowymi ludźmi", młodą nieopierzoną jeszcze kadrą w pół drogi do sukcesu. Wszyscy prawie wywodzili się z małomieszczaństwa i uważali, że stare wartości już im nie wystarczają, pożądliwie, zachłannie spoglądali ku oczywistemu komfortowi, zbytkowi, ku doskonałości wielkiej burżuazji. Nie mieli przeszłości,, nie mieli tradycji. Nie oczekiwali spadku.

Cóż, chcieliby mieć ciastko i zjeść ciastko - mieć wolność i pieniądze.

... nie zaharowując się, mieli życie - tak czy owak, lepiej czy gorzej - zabezpieczone. Ale nie było to nic trwałego. 

"Mój Boże - często myśleli sobie, a czasami mówili Jerôme i Sylvie - kto nie pracuje, ten nie je, zapewne, ale kto pracuje, ten nie żyje".

Swoboda, którą się cieszą, też okazuje się pułapką - prowadzi do egzystencjalnej pustki, dlatego naiwnie tęsknią za prawdziwymi wyzwaniami, jakie Historia dała pokoleniu ich rodziców. Marząc o wielkich czynach, przechodzą obojętnie wobec wojny w Algierii. Kiedy w końcu napór wydarzeń zmusił ich do zajęcia stanowiska, zaangażują się, ale dość niemrawo i na chwilę. Zniechęci ich poczucie, że nie mają wpływu na bieg wydarzeń, i ... nadchodzące wakacje.

Pragnęliby jakiegoś dowodu, że to, co robią, jest ważne, użyteczne, niezastąpione, że ich trwożne wysiłki mają jakiś sens dla nich samych, są czymś, co jest im potrzebne, czymś, co mogłoby im pomóc w osiągnięciu samowiedzy, przeistoczeniu się, życiu. (...) Ale w przeddzień wakacji nawet zwykła czujność zdawała się tracić rację bytu.

Ratunkiem nie okaże się również praca w Tunezji w roli nauczycieli języka francuskiego, szczególnie, że nie zostaną skierowani do wymarzonego Tunisu, ale do prowincjonalnego miasteczka. Będą prowadzili samotnicze życie, nie nawiążą relacji ani z takimi jak oni ekspatami, ani tym bardziej z miejscowymi. Dzień będzie podobny do dnia. 

Wkrótce mogło im się zdawać, że ustało w nich wszelkie życie. Czas mijał w bezruchu. Nic już nie łączyło ich ze światem (...) Nie snuli już projektów, nie odczuwali niecierpliwości, nie czekali już na nic, nawet na wakacje, ciągle zbyt odległe, nawet na powrót do Francji. 

Życie ich było jak stary nawyk, jak nuda prawie pogodna; życie bez treści.

Ich problem polegał na tym, że prestiż, do jakiego dążyli, utożsamiali przede wszystkim z posiadaniem owych tytułowych rzeczy. 

Chcieliby być bogaci. Sądzili, że umieliby nimi być. 

Nie potrafili oprzeć się zewnętrznym oznakom bogactw; bogactwo kochali bardziej niż życie.

Niestety znali tylko jedną namiętność: dobrobyt, i ona wyczerpywała ich możliwości.

Chcieli używać świata, ale dookoła używanie było jednoznaczne z posiadaniem.

Nie umieli zatrzymać się w pół drogi - mieć mniej, ale żyć. Nie urodzili się w rodzinach, dzięki którym mogliby ominąć ten etap harówki, który ograbiłby ich z życia, i od razu wskoczyć do owego mieć i żyć jednocześnie. 

Umieliby korzystać z przyjemności. Chętnie przechadzaliby się bez celu, wybierali, oceniali. Kochaliby życie. Byłoby ono prawdziwą sztuką.

Jest więc to opowieść o skostniałym francuskim społeczeństwie i pokoleniu, które jeszcze nie potrafi się zbuntować. 

Kiedy indziej mieli tego dosyć. Chcieli walczyć, zdobywać swe szczęście. Ale jak walczyć? Przeciwko komu? Żyli w dziwnym, migotliwym świecie, kuszącym świecie cywilizacji handlowej, obfitości stającej się więzieniem, fascynujących zasadzek szczęścia. Skąd groziły niebezpieczeństwa? Na czym polegało zagrożenie? Przeciwko czemu? Kiedyś miliony ludzi walczyły i jeszcze walczą o chleb. Jerôme i Sylvie nie sądzili, aby można walczyć o kanapy Chesterfield.

Bunt przyjdzie później - w roku 1968. Oni chcą mieć, mieć i mieć, chociaż widzą, że to pułapka.

Tyle lat minęło, a przecież powieść nie straciła na aktualności. Nic dziwnego, że Vincenzo Latronico postanowił przepisać ją na nowo i nadać jej współczesny sztafaż. Anna i Tom są w podobnym miejscu.

Dorota Kotas "Pustostany"

Długo zbierałam się, aby sięgnąć po głośny debiut Doroty Kotas

"Pustostany" (Niebieska Studnia 2020). Muszę przyznać się do czegoś, do czego być może przyznawać się nie wypada - niechętnie sięgam po beletrystyczne debiuty. Zawsze mam obawy, że debiutancka powieść czy zbiór opowiadań to jednak ryzyko, coś nie do końca trafionego. Oczywiście wiem, że to nieprofesjonalne podejście i krzywdzące - w końcu każdy pisarz kiedyś musiał wydać swoją pierwszą książkę. Zdarzają się przecież debiuty dojrzałe, wiele jest mimo niedoskonałości interesujących. Do "Pustostanów" nie przekonały mnie nawet dwie nagrody, i to nie byle jakie, Conrada i Gdynia, plus nominacja do Nagrody Gombrowicza. Zdanie zmieniłam dopiero po wysłuchaniu wywiadu z autorką przeprowadzonego przez Michała Nogasia w gazetowym podcaście Radio Książki.

Kiedy zaczęłam czytać, najpierw był zachwyt, a wszystko za sprawą języka i klimatu pierwszego opowiadania zatytułowanego Prolog? Najlepiej niech książka powie sama za siebie, więc na początek cytat.

A ja, kiedy zbiegam po schodach z pierwszego piętra, przekręcam dla sportu sparaliżowane gałki wszystkich drzwi po drodze. W ten sposób razem stwarzamy życie. My, którzy żyjemy. (...) Zmarli to moi ulubieni sąsiedzi. Pod drzwiami ich mieszkań, do których nikt już nie wchodzi - bo niby po co, a zresztą i tak nie ma nawet kluczy, żeby tam wejść - leżą wycieraczki nieocenionej jakości. (...) Czasami robię podmianę, kiedy moja wycieraczka jest zniszczona. I nikt nie ma nic przeciwko temu, bo dla zmarłych sprawiedliwość to w dużej mierze kwestia bez znaczenia. Często przychodzą też do nich listy, które otwieram i czytam, żeby się nie zmarnowały.

Mocne wejście w tę powieść nie-powieść, bo niby zbiór opowiadań, a właściwie epizodów, które tworzą jedną całość połączone osobą bohaterki-narratorki, kamienicą, w której mieszka, i miejscem - warszawskim Grochowem, szczególnie okolicami placu Szembeka. Cytat, który przytoczyłam, dobrze oddaje charakter tej prozy. Z jednej strony mocno zanurzonej w rzeczywistości, z drugiej od czasu do czasu skręcającej w stronę groteski, absurdu czy onirycznych scen. Ta rzeczywistość to kamienica, z której okien widać plac Szembeka na warszawskim Grochowie, kamienica, w której prawie nikt nie mieszka, bo większość lokatorów umarła. Narratorka z czułością i uwielbieniem skupia się na drobiazgach. Kieruje swój wzrok na kamienicę, opuszczone mieszkania, sprzęty, które zostały po zmarłych lokatorkach, dla niej stanowiące powód do zachwytu, prawdziwe skarby. Pisze także o handlarzach z placu, o ludziach, których spotyka na swojej ulicy, często drobnych pijaczkach i rozmaitych odmieńcach. To wszystko staje się przedmiotem jej namysłu, zadziwienia, zachwytu. Ale tak naprawdę to ona jest główną bohaterką "Pustostanów", to przez swoją wrażliwość i specyficzne patrzenie na świat przepuszcza otaczającą ją rzeczywistość.

Narratorka, w dużej mierze alter ego autorki, wypisuje się z wyścigu szczurów. Marzy o tym, aby pisać, ale chwilowo na przeszkodzie stoi brak pracowni. Tymczasem pracuje, kiedy już naprawdę musi, ima się najprzeróżniejszych zajęć, bywa, że porzuca je, kiedy się nimi znudzi, wynajmuje pokój w opustoszałej kamienicy, a kiedy właścicielka podnosi czynsz, zajmuje jedno z opuszczonych mieszkań. Jest minimalistką, niewiele posiada, swój dobytek może spakować do kilku reklamówek. Ma za to dużo wolnego czasu, który poświęca obserwacji otaczającego ją świata i zajęciom, które jakoś same wpadają jej w ręce, a które zwyczajnemu człowiekowi (Ale kto właściwie jest zwyczajnym człowiekiem?) mogą wydać się niepotrzebne, absurdalne albo bezsensowne. To jej sprawia radość. Egzystencja bohaterki wydaje się być jedną wielką improwizacją. Jeśli wstaje rano i nie wie, co ma zrobić na śniadanie, to postanawia od razu ugotować obiad, na który ma pomysł. W pierwszą niehandlową niedzielę kupuje sobie coś na jednym z portali. Nie żeby dotąd pasjami odwiedzała galerie handlowe w niedzielne przedpołudnia, tylko ot tak z przekory. Radość sprawia jej sam proces, samo dzianie się i dlatego nieważne jest, że leginsy, które ostatecznie kupuje, ani nie są jej przesadnie potrzebne, ani niespecjalnie grzeszą urodą. Innym razem postanawia sprzedać monety i roi sobie, ile za nie dostanie. Jeszcze kiedyś prowadzi korespondencję w imieniu zmarłej mieszkanki kamienicy. Tym zajęciom towarzyszy fantazjowanie, rodzaj dziecięcej naiwności i zabawy. Tak jest, kiedy wyobraża sobie, że podejmie pracę w kiosku Ruchu, o czym od dziecka marzyła. Tak, teraz wydaje mi się, że właśnie to postrzeganie świata trochę jak postrzega go dziecko jest jednym z kluczy do bohaterki. Podobnie pisze nawet o sprawach poważnych i nieprzyjemnych, bo i takie jej się przytrafiają. Czasem narratorka ucieka w świat nierealny, odkształca rzeczywistość, aby po chwili do niej wrócić. 

Ale na końcu łyżka dziegciu. Z czasem zaczęłam się jednak trochę nużyć. Problem w tym, że opowiadania są nierówne. Obok świetnych, budzących zachwyt, co w dużej mierze jest zasługą języka, zdarzają się nieciekawe. Dzieje się tak, kiedy raptem język staje się zwyczajny i prosty, wtedy cała magia gdzieś znika. Tymczasem Dorota Kotas wydała już drugą książkę, "Cukry", która też zbiera raczej pozytywne recenzje. Ostatecznie postanowiłam, że ją przeczytam. Trochę z ciekawości, trochę zachęcona "Pustostanami".

Goran Vojnović "Figa"

Jeśli powiedziało się a, trzeba powiedzieć b. Dlatego kiedy

odkryłam, że wyszła kolejna powieść słoweńskiego pisarza Gorana Vojnovicia "Figa" (Wydawnictwo Akademickie SEDNO 2020; przełożyła Joanna Pomorska), wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Poprzednia, "Moja Jugosławia", nagrodzona w ubiegłym roku Angelusem, zrobiła na mnie duże wrażenie. Po obie warto sięgnąć.

Nie znam pierwszej wydanej w Polsce przed dziesięciu laty powieści  Vojnovicia "Czefurzy raus", ale mogę powiedzieć, że "Moją Jugosławię" i "Figę" wiele łączy. Informacja o "Czefurach" wskazuje, że i z nią jest podobnie. Ten słoweński pisarz ma bez wątpienia swój charakter pisma. Należy do tych twórców, którzy piszą stale tę samą książkę - dotyczy to i tematyki, i języka. Oczywiście trudno powiedzieć, czy tak będzie dalej. Akcja jego powieści rozgrywa się w lublańskiej dzielnicy Fużiny zamieszkiwanej przez Czefurów, ludzi o mieszanych korzeniach, najczęściej przybyłych do Słowenii z południa dawnej Jugosławii. Charakterystyczne dla Vojnovicia jest wplatanie wątków historycznych, retrospekcje, ale i silne osadzenie we współczesności - dylematy pokolenia trzydziestolatków. Bohaterem i jednocześnie narratorem tych powieści jest niepogodzony ze światem młody mężczyzna, dręczony demonami przeszłości, niepotrafiący ułożyć sobie życia osobistego.

Wszystkie te wątki znajdziemy w "Fidze". Jej narrator to Jadran, którego śmierć ukochanego dziadka prowokuje do odtwarzania w pamięci losów rodziny. Mieszają się czasy, mieszają się historie. Co jest prawdą, a co tylko domysłem? Ile wie Jadran naprawdę? Czytelnik poznaje losy trzech pokoleń - dziadków, Jany i Aleksandra, rodziców, Vesny i Safeta, wreszcie samego Jadrana i jego żony Anji. Nie sposób uciec od problemu tożsamości narodowej. Kim jest Jadran? Jego ojciec to Bośniak, a matka? Jej pochodzenie jest mocno poplątane. Kiedyś mieszkali po prostu w Jugosławii, ale jej rozpad wszystko skomplikował. Dom rodzinny dziadków w małej istryjskiej wiosce znalazł się w Chorwacji, a oni, mimo że mieli też mieszkanie w Lublanie, postanowili nie przenosić się do Słowenii. Do Bośni wrócił Safet. Musiał? Chciał? Utrata ojca i męża to kolejny motyw znany z "Mojej Jugosławii", ale inaczej tu rozegrany, bo inaczej reagują bohaterowie. Vesna jest kobietą silną i chociaż najpierw i ją ogarnia rozpacz, potem bardziej czuje gniew i otrząsa się ze straty. Gniew czuje też Jadran. Czy dlatego, że nie potrafi wybaczyć ojcu? A może matce, bo pozwoliła się w symboliczny sposób zhańbić mężowi? Kiedy Jadran odwiedza Safeta w jego rodzinnej wiosce, szybko orientuje się, że ten świat jest mu zupełnie obcy. Nagle wstydzi się dawno niewidzianego ojca, którego zupełnie nie poznaje, bo teraz przypomina tych wszystkich zmęczonych Bośniaków z autobusu, jakim jechał z Lublany. Gdzie się podział dawny Safet? Witalny, głośny, rubaszny, pewny siebie, skłonny do zwady. Dlatego Jadran chce jak najszybciej wrócić do domu. Na pewno, czytelniczko i czytelniku tej notki, znasz to poczucie bycia nie na miejscu, nie u siebie i pragnienie, żeby to wszystko już się skończyło. 

W każdym pokoleniu powtarza się ta sama historia - zdrada mężczyzn, których potem dręczy poczucie winy. Nie chodzi o zdradę z inną kobietą, ale o porzucenie. Na życiu dziadków cieniem kładzie się służbowy wyjazd Aleksandra do Egiptu na cały rok. Potem już nic nie będzie takie jak dawniej. Jadran też zdradza. Swoje młodzieńcze ideały. A poza tym gniew, który czuje, każe mu stale rozpamiętywać przeszłość, co odsuwa go od Anji. Czy można losami poprzednich pokoleń tłumaczyć swoje niepowodzenia i niedopasowanie do świata? Jadran jest rozdarty między miłością, a pragnieniem wolności. Jak chyba wszyscy mężczyźni w tej rodzinie. Z jednej strony potrzebuje miłości, z drugiej czuje się przez nią spętany. Tęskni za wolnością, ale Wolność to złudzenie wszystkich złudzeń, to tylko inne imię samotności. Nawet teraz kiedy siedzę pod figą, opieram głowę o jej pień i nie czuję ciężaru życia, nie jestem wolny. Tylko opuszczony. I sam. Bo jak powiedział wcześniej - zrozumiał to, co powtarzał mu dziadek - Nie musisz być sam, żebyś był samotny. I na tym właśnie polega dramat bohaterów.

Bardzo ciekawa książka. A to nie wszystkie poruszane wątki. Jest też o starości, chorobie, odpowiedzialności, poczuciu obowiązku. No i dużo inspiracji do rozmyślań.

Vivian Gornick "Przywiązania"

Tym razem najpierw zainteresował mnie temat - dzieciństwo

spędzone na Bronksie, żydowska rodzina, najmniej relacja matki i córki, co tak mocno wybijane jest w informacjach na temat tej książki. Potem dowiedziałam się, że "Przywiązania" Vivian Gornick (Filtry 2021; przełożył Łukasz Witczak), bo o nich dziś będzie, to także ważna pozycja feministyczna. Kim jest autorka? Dziś, jak można przeczytać na stronie Filtrów, literacką gwiazdą. Ale została nią późno - miała pięćdziesiąt jeden lat, kiedy wydała "Przywiązania" (1987), które przyniosły jej sławę. Wcześniej długo szukała swojej drogi, była aktywistką i pracowała jako dziennikarka w kilku nowojorskich gazetach. Zajmowała się między innymi krytyką literacką. Mam nadzieję, że doczekamy się przekładów innych książek Vivian Gornick.

"Przywiązania" czyta się jednym tchem. Ponieważ jestem świeżo po lekturze "Słownika rodzinnego" Natalii Ginzburg, który wyszedł w tym samym wydawnictwie, trudno nie pokusić się o krótkie porównanie, wszak obie książki to literatura wspomnieniowa. Obie znakomite, ale jakże różne. Ginzburg pisze przede wszystkim o rodzinie, ważnym tłem jej wspomnień są wydarzenia polityczne, ona sama jest tylko jedną z bohaterek swojej opowieści i to wcale nie najważniejszą. Właściwie pozostaje w cieniu. Gornick przeciwnie - na pierwszym miejscu stawia siebie i swoją relację z matką. Ale największa różnica tkwi w sposobie opowiadania. "Słownik rodzinny" to dość chłodna relacja, niemal wyprana z uczuć, "Przywiązania" są opowieścią bardzo osobistą, emocjonalną, pełną refleksji i namysłu nad sobą.

Ramą tej książki są spacery autorki i jej matki po Nowym Jorku, głównie po Manhattanie, gdzie mieszkały wtedy, kiedy "Przywiązania" powstawały. Stają się one pretekstem do rozmów i wspomnień. Najpierw Gornick pisze o swoim dzieciństwie spędzonym w kamienicy na Bronksie zamieszkiwanej głównie przez żydowskie robotnicze rodziny, później o swojej drodze do samodzielności - studiach, nieudanym wczesnym małżeństwie, związkach z mężczyznami, pierwszych krokach w pracy, ale przede wszystkim o poszukiwaniu siebie. Chociaż matkę i córkę zdaje się dzielić wszystko - epoka, na którą przypadła ich młodość, wykształcenie, stosunek do małżeństwa, miłości, mężczyzn - to ich relacja, chociaż trudna, nie jest toksyczna ani wroga. Wzajemne zrozumienie przychodzi z wiekiem. Matka, która kiedyś jak lwica starała się bronić cnoty córki, po latach zaakceptuje jej wieloletni związek z żonatym mężczyzną. 

Obie są silnymi osobowościami. Matka, apodyktyczna, od zawsze miała swoje zdanie na każdy temat, które wygłaszała pewnym siebie tonem. Nie będziesz mnie pouczać, co ty tam wiesz, nie ma w tej książce niczego, czego bym nie wiedziała - te frazy wygłaszane zniecierpliwionym tonem w gruncie rzeczy miały ukryć jej niepewność i kompleksy. Zanim wyszła za mąż, pracowała jako księgowa, działała w komitecie blokowym, broniąc lokatorów. Potem była już tylko żoną i matką.  Z góry patrzyła na swoje sąsiadki z kamienicy. Czuła się od nich lepsza, bo jej małżeństwo uchodziło za szczęśliwe. W przeciwieństwie do ich. Wyidealizowała swoją miłość do męża. Jego przedwczesna śmierć położyła się cieniem na życiu rodziny na długie lata. Przede wszystkim dlatego, że swoje cierpienie postawiła na pierwszym miejscu. Nic więcej się nie liczyło. Dlaczego? Może dlatego, że godząc się z czasem ze stratą męża, zaprzeczyłaby  wszystkiemu, co tak starannie zbudowała? Przede wszystkim wykreowanemu obrazowi szczęśliwej miłości, która dawała jej prawo do bycia kimś lepszym niż jej sąsiadki z kamienicy. Po latach powie córce:

Miłość była wszystkim, co miałam. Bo co innego miałam? Nic. A co mogłam mieć? (...) ty miałaś swoją pracę, masz swoją pracę. No i podróżowałaś. (...) Ile bym dała za podróże! Ja miałam tylko miłość twojego ojca. To była jedyna słodycz mojego życia. I dlatego kochałam jego miłość. Jaki miałam wybór? 

Córka zarzuci jej, że tak uporczywie pielęgnowaną fantazją miłości do męża zmarnowała sobie życie. Za to Vivian Gornick swoje starała się budować w opozycji do wzorców, które matka chciała jej wdrukować. Popełniała błędy, ale robiła to na własny rachunek, chcąc żyć po swojemu. Jej droga wcale nie była prosta. Próbując zachować balans pomiędzy związkiem z mężczyzną, a byciem samodzielną, miotała się, szarpała, oszukiwała siebie. Bo niby żyła po swojemu, pracowała, szukała swojej drogi zawodowej, rozwijała się, świadomie, jak się domyślamy, zrezygnowała z macierzyństwa, ale uzależniała się uczuciowo od mężczyzn, z którymi była. Pozwalała im dominować, nie dostrzegała ich wad, nie widziała, że ją przytłaczają swoją osobowością. A kiedy po kolejnym rozstaniu żyła samotnie, tęskniła za miłością. Taki paradoks. Ale przecież to doświadczenie wspólne wielu kobietom. Bo pisząc tak szczerze o swojej matce i o sobie, pisze o nas, kobietach. Zakończę cytatem, który znakomicie oddaje te dylematy, sprzeczność uczuć i emocji.

Życie jest trudne. Chwała i znój. Idee są porywającym towarzystwem. Samotność mnie zjada. Gdy udaje mi się zachować równowagę między wysiłkiem a żalem nad sobą, czuję się jedną z kobiet osobnych - częścią wielkiego przedsięwzięcia trwającego nieprzerwanie od dwóch wieków - i jestem tym wzmocniona, rośnie we mnie nowy duch, nowa siła. Gdy tracę ową równowagę, czuję się przegrana, wręcz pogrzebana za życia, bez miłości ani więzi. Przyjaźnie wydają się przypadkowe, narastają konflikty, praca jest sumą niepowodzeń.    

Charlotte Gordon "Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley"

O książce Charlotte Gordon "Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley" (Wydawnictwo Poznańskie 2019; przełożyła Paulina Surniak) usłyszałam przy okazji Literackiego Sopotu - jej autorka była gościem festiwalu. Przeczytałam nawet niewielki artykuł o książkach, na które z tej okazji należy zwrócić uwagę. Na tej liście znalazły się także "Buntowniczki". Ale mimo tego biografia Mary Shelley, autorki "Frankensteina", i jej matki, nieznanej mi zupełnie Mary Wollstonecraft, nie wydała mi się warta zachodu. "Frankensteina" nie czytałam, kojarzył mi się wyłącznie popkulturowo, a jego autorki zupełnie nie łączyłam z Percym Shelley'em, jednym z ważniejszych poetów angielskiego romantyzmu. Tym bardziej nie miałam pojęcia o matce Mary. Teraz nie wiem, czy powinnam się wstydzić, czy nie tylko ja byłam taką ignorantką. Dopiero rozmowa Maxa Cegielskiego z Charlottą Gordon przeprowadzona w programie Xięgarnia (TVN 24) zdecydowała, że książkę postanowiłam jednak przeczytać. Szczęśliwy traf sprawił, że jakoś bardzo szybko znalazłam ebook w nadzwyczaj korzystnej cenie i niemal natychmiast zabrałam się za lekturę, pozostawiając inne książki na boku. I pomyśleć, że właściwie miałam ochotę tę rozmowę przewinąć! Tymczasem książka Charlotte Gordon okazała się wielkim odkryciem przynajmniej z kilku powodów.

Mary Wollstonecraft
Pierwszym i najważniejszym są same bohaterki, Mary Wollstonecraft i jej córka Mary Shelley. Kobiety niezwykłe - samodzielne, buntowniczki, pisarki, myślicielki, osoby o radykalnych poglądach, opowiadające się za wolnością, za reformami, admiratorki rewolucji francuskiej, walczące o prawa człowieka i prawa kobiet, przeciwniczki małżeństwa, zwolenniczki wolnej miłości. Sprzeciwiały się niewolnictwu, świętemu prawu własności, dziedziczeniu majątków i tytułów, nierównościom społecznym, opowiadały się za wolnością dla Irlandczyków. Gdybyśmy mieli oceniać je współczesnym kryteriami, śmiało można by je nazwać feministkami i lewaczkami. Żyły na swoich warunkach. Chciały same zarabiać na siebie, być niezależne od rodziny i mężczyzny, czytaj męża. Chciały kształcić się i pisać, wywierać wpływ na życie intelektualne epoki. Chciały, aby inaczej wychowywano dziewczęta. To zagadnienie było oczkiem w głowie szczególnie Mary Wollstonecraft, która nie tylko pisała na ten temat, ale także przez pewien czas prowadziła nowoczesną szkołę dla dziewcząt. Była autorką wielu książek, najważniejsze z nich to "Wołanie o prawa człowieka" i "Wołanie o prawa kobiety". Uważała, że nie ma praw człowieka bez praw kobiet. Przykro myśleć, że niektóre z ich postulatów są aktualne i dziś. 

Mary Shelley
Aby zrozumieć, na co się porwały, trzeba uświadomić sobie, jakie życie było przeznaczone kobiecie w tamtych czasach, czyli w wieku XVIII i XIX. Wychowywana do bycia żoną i matką, jeśli nie wyszła za mąż, miała do wyboru dwie drogi. Albo wegetowanie przy rodzinie na przykład najstarszego z braci, który dziedziczył majątek rodzinny, albo pracę guwernantki lub nauczycielki na pensji. Nie było to ani prestiżowe zajęcie, ani dobrze opłacane. Przeciwnie, stało nisko w hierarchii społecznej, często łączyło się z pracą półniewolniczą. Guwernantki, zdane na łaskę i niełaskę swoich chlebodawców, nierzadko były wykorzystywane przez nich seksualnie. Mary Wollstonecraft i jej córka Mary Shelley żyły tak, jak chciały, chociaż to niełatwa droga. Musiały borykać się z problemami finansowymi i pomagać rodzinie. Swoim zachowaniem gorszyły i wywoływały skandale, były obrzucane najgorszymi obelgami, poddane ostracyzmowi. Ich twórczość, chociaż niektórzy ją doceniali, większość traktowała bardzo krytycznie, tylko dlatego, że były kobietami. Nawet po śmierci ich najbliżsi chcąc uniknąć skandalu i złej sławy, zrobili wszystko, aby uładzić życiorysy i spuściznę obu pisarek. Dlatego zniekształcili ich dokonania. Mary Wollstonecraft przyprawiono gębę nieszczęśliwie zakochanej kobiety, żebrzącej o miłość mężczyzny, która ukojenie znalazła dopiero u boku męża, Williama Godwina, myśliciela i publicysty o radykalnych poglądach. Z kolei Mary Shelley na skutek zabiegów swoich potomków stała się przykładną żoną poety Percy'ego Shelley'a. Nic bardziej błędnego. Wykastrowano je z całego ich intelektualnego dorobku. Dopiero  w drugiej połowie zeszłego wieku zaczęto odkrywać radykalne myśli i poglądy obu kobiet.

Kolejnym powodem, aby sięgnąć po "Buntowniczki", jest ich barwne życie obfitujące w niezwykłe zdarzenia, dramaty i tragedie. Mary Wollstonecraft pojechała do Francji w czasie rewolucji, była świadkiem terroru, zbrodni, ale także intelektualnego fermentu. Zdobyła się na samotne macierzyństwo, odbyła podróż do Norwegii, aby chronić interesy swojego ukochanego, ojca jej dziecka. Spotykała się jak równa z mężczyznami intelektualistami z kręgów literackich i filozoficznych w Londynie, prowadziła z nimi rozmowy i dyskusje, przyjmowała ich w swoim niewielkim domu. Ona, kobieta, wtedy! Przeżyła dwa zawody miłosne, ale otrząsnęła się z nich. I przede wszystkim pracowała, pisała, myślała. A jej córka, Mary Godwin, potem Shelley? Skandalistka - uciekła z domu z żonatym mężczyzną, Percym Shelley'em, który dopiero później stanie się docenianym poetą. Wtedy był radykałem, wegetarianinem, ateistą (!), zwolennikiem wolnej miłości, opowiadającym się za prawami dla Irlandczyków. Wyrzutek, skandalista, otoczony złą sławą. Stworzą dziwny związek, razem z przyszywaną siostrą Mary, Claire. Niezwykła była ich pierwsza podróż po Francji, w kilkanaście lat po rewolucji. Jechali bez pieniędzy przez kraj spustoszony wojną. Dalsze ich losy również obfitowały w niezwykłe zdarzenia, niestety naznaczone były także wieloma tragediami osobistymi, wyrzutami sumienia, borykaniem się z problemami finansowymi.

Ale książka Charlotte Gordon to także wspaniała opowieść o tamtych czasach. Autorka opowiada o obyczajach i o miejscach. Dla mnie fascynujące były fragmenty o osiemnastowiecznym i dziewiętnastowiecznym Londynie, o Anglii, o ogarniętej rewolucją Francji, o Włoszech czy Szwajcarii. Szczególnie portret Londynu wrył mi się w pamięć. Miasta brudnego, cuchnącego, zatłoczonego, niebezpiecznego. Wytchnieniem była ucieczka na tereny podmiejskie, które dziś są oczywiście w centrum angielskiej stolicy. Okolice kościoła St Pancras, w którym ślub z Godwinem wzięła Mary Wollstonecraft i gdzie została pochowana, to dziś ścisłe centrum miasta, ruchliwy dworzec kolejowy. A wtedy przyjemna podmiejska okolica, w której żyło się lepiej niż w cuchnącym wyziewami fabryk i rynsztoków mieście. Kolejna warstwa książki to oczywiście ludzie tamtej epoki. Wydawcy, filozofowie, intelektualiści, pisarze. Między innymi Percy Shelley i Byron, który jest ważnym bohaterem "Buntowniczek", bo jego losy były od pewnego momentu ściśle splecione z Mary Shelley, jej mężem i przyszywaną siostrą Claire. Wszystko to fascynujące, smutne i odkrywcze.

I już prawie na koniec warto wspomnieć, że Charlotte Gordon pisząc tę podwójną biografię niezwykłych kobiet, matki i córki, zastosowała ciekawy chwyt. Otóż opowiada o ich życiu naprzemiennie, rozdział po rozdziale - raz o Mary W., raz o Mary S. Z jednej strony wzmaga tym ciekawość czytelnika, kończąc rozdział w najbardziej intrygującym momencie, z drugiej zderza w ten sposób życie i dorobek obu bohaterek. Pokazuje, jak córka była spadkobierczynią intelektualnego dorobku matki. A przecież jej nie poznała, bo Mary Wollstonecraft zmarła kilka dni po urodzeniu dziecka.

Niezwykle ciekawa książka, bardzo bogata, mądra i, co ważne, czyta się ją znakomicie. Z konieczności zwróciłam uwagę tylko na ułamek zagadnień poruszanych przez autorkę. Nie muszę dodawać, że lektura obowiązkowa.

PS. 1 Charlotte Gordon będzie gościem Festiwalu Conrada. Nie mogę się doczekać!

PS. 2 Książce przydałaby się staranniejsza redakcja. Od czasu do czasu zdarzają się irytujące błędy. Mylenie potomków z przodkami, odniósł porażkę, a porażki się przecież ponosi, i tak dalej. Nie ma może tych błędów wiele, ale są i kłują w oczy.

Andrzej Chwalba "Rok 1919. Pierwszy rok wolności"

Kiedy chodziłam do szkoły, historia jakoś specjalnie mnie nie interesowała, wiedzę z tej dziedziny mam mocno dziurawą, bo chociaż w liceum uczył mnie bardzo dobry historyk, to niestety był on człowiekiem niezwykłej łagodności i dobroci. Nietrudno było mieć dobre oceny bez większego wysiłku. Od kilku lat wiele się zmieniło. Historia bardzo mnie interesuje, oczywiście nie wszystkie tematy. Powiedziałabym, że im odleglejsze czasy, tym mniej. Pilnie słucham w moim ulubionym radiu kilku audycji historycznych, od czasu do czasu czytam jakąś książkę popularnonaukową albo reportaż historyczny. Inna sprawa, ile mi z tego w głowie zostaje. Raczej mgliste wrażenie niż konkretne informacje. Przeraża mnie to. No ale lepszy rydz niż nic. Nie mogłam wobec tego ominąć książki Andrzeja Chwalby wydanej przez Czarne "Rok 1919. Pierwszy rok wolności" (2019). Temat pasjonujący. Profesor Chwalba wydał już kilka tytułów skierowanych do szerszego odbiorcy, ale jakoś dotąd żadnej nie czytałam. Ale "Roku 1919" nie miałam zamiaru przegapić.

Obchodzimy właśnie stulecie odzyskania niepodległości. No dobrze, ale co to znaczyło w praktyce? Jak się to odbyło, jak dokonało? Pstryk i 11 listopada 1918 Polska na nowo stała się niepodległym państwem. Zaborcy wojnę przegrali, skorzystaliśmy ze sprzyjającego momentu dziejowego, mieliśmy zdeterminowanych mężów stanu-wizjonerów: Piłsudskiego, Paderewskiego, Witosa, Dmowskiego i Daszyńskiego (o nim zwykle się zapomina). I tak z trzech zaborów w zmienionych granicach powstała II Rzeczpospolita. Ale przecież to nie odbyło się tak prosto! Niby od dawna wiedziałam, że sklejenie państwa z ziem należących przez grubo ponad sto lat do innych krajów to trud niewyobrażalny. Inne prawo, inny system szkolnictwa, sądownictwa, inny stopień rozwoju gospodarczego, różny stopień praw i swobód dla obywateli, inna sieć kolejowa, a nawet inny rozstaw torów. To wiedza raczej powszechna. Ale Andrzej Chwalba pokazuje znacznie dokładniej ogrom problemów, przed jakim stanęła powstająca Polska. Jakby rozsuwał przed czytelnikiem kurtynę dziejów albo zbliżał oko kamery i hasło odzyskanie niepodległości dzięki temu przestaje być puste. 

Kiedy czyta się kolejne rozdziały, kiedy czyta się o ogromie wyzwań, kłopotów, trudności, a nawet klęsk, trudno oprzeć się magicznemu sposobowi myślenia - to cud, że Polska powstała, zbudowała się i zaczęła funkcjonować jak każde inne państwo. Ale autor w zakończeniu przekonuje, że ma to swoje racjonalne podstawy - praca, starania i determinacja polityków oraz urzędników państwowych, ale także zwykłych ludzi, którzy podjęli ten trud i na swoją miarę oraz możliwości, krzątając się kolo codziennych spraw, budowali państwo. Wobec tego wypada zrobić przynajmniej przegląd problemów, z jakimi zmagała się odrodzona Polska. 

Zacząć należy od tego, że trudno znaleźć jeden moment, kiedy powstała. Wiadomo, że 11 listopada to data mocno umowna, długo konkurowało z nią kilka innych! Ustalanie granic to też proces. Wcale nie było jasne, które ziemie ostatecznie wejdą w skład państwa. Na niektórych terenach wciąż jeszcze stacjonowały wojska niemieckie. Samo rozbrajanie i układanie się z okupantami też nie było proste. Ogłoszenie niepodległości wcale nie oznaczało zakończenia wojny. Zanim w 1920 roku wybuchł konflikt polsko-bolszewicki, walczyliśmy z Ukraińcami, o czym słabo się pamięta. Wiemy o orlętach lwowskich, często nie mając świadomości, że to jeden z epizodów tej wojny. 

Płynność granic i walki to nie koniec problemów. Kolejny z nich to kłopoty ze znalezieniem ludzi - do administracji państwowej i lokalnej, do wojska, a armia była bardzo potrzebna, do policji, ale także nauczycieli. Skąd ich brać i wobec tego, czy zostawiać tych, którzy pracowali w strukturach państw zaborczych? Czyścić do spodu czy pozwolić pracować kompetentnym, którzy często nie mówili nawet po polsku? I kolejne wyzwania - wzajemna niechęć i pogarda mieszkańców trzech zaborów. Różna obyczajowość, różny stopień rozwoju, różna polszczyzna, różna mentalność. Wędrówki ludów, migracje - nie tylko cywilów, ale przede wszystkim żołnierzy. Zdemobilizowanych i jeńców. To rodziło ogromne problemy. Jeden przykład - powrót pewnej rodziny z Petersburga do Polski trwał niemal dwa lata. I nie był to wcale wyjątek. A poza tym dewastacja ziem należących do nowego państwa, bo po większości z nich przejechał walec wojenny, a okupanci dodali swoje. Najmniej zniszczona była Wielkopolska, tam w ogóle wszystkie bolączki występowały w stopniu najłagodniejszym, najbardziej ziemie północno-wschodnie, czyli Wileńszczyzna i okolice. Tu z kolei wszystkie problemy były zwielokrotnione. 

To nadal nie koniec plag trapiących powstające państwo - bo jeszcze kłopoty z zaopatrzeniem, często po prostu głód (zdarzały się napady na ludzi, którzy nieśli zakupy), i z transportem, pociągi przeznaczone były przede wszystkim dla wojska, choroby, epidemie, nieprawdopodobny bandytyzm. I tak dalej, i tak dalej. Książkę kończy arcyciekawy rozdział o trudnych, niezwykle skomplikowanych stosunkach polsko-żydowskich. W ogóle odnajdziemy w początkach niepodległej Polski zalążek problemów, które odbiją się czkawką później - ot choćby rzeź wołyńska. Jej praprzyczyn należy szukać w roku 1919 właśnie.

Bardzo to wszystko ciekawe, chociaż nie należy spodziewać się literackich fajerwerków i eksperymentów z formą. To solidna książka popularnonaukowa.

"Taxi - Teheran"

Wybrałam się na "Taxi - Teheran" niemal z marszu. Ponieważ wiedziałam, że chcę ten film zobaczyć, bo irański, bo Złoty Niedźwiedź, bo znany reżyser, nawet nie zerknęłam na informację dystrybutora. Ot taka filmowa randka w ciemno. Pewnie dlatego byłam nieźle zaskoczona. Otóż jeśli, czytelniku tej notki, kino traktujesz jak weekendową, kulturalną rozrywkę, warto, abyś wiedział, że "Taxi -Teheran" nie jest właściwie filmem fabularnym. Moim zdaniem znacznie bliżej mu do dokumentu. Ktoś, kto nie ma o tym pojęcia, może poczuć się rozczarowany, szczególnie jeśli pamięta inne filmy oparte na takim samym pomyśle: taksówkarz wysłuchuje zwierzeń swoich pasażerów, a każde z nich to osobna historia, którą oglądamy na ekranie. Tu jest inaczej. Taksówkarzem jest wybitny irański reżyser, Jafar Panahi, który ma dwudziestoletni zakaz wykonywania zawodu. Jeździ po mieście taksówką, w której zamontowana jest kamera, i prowadzi rozmowy z pasażerami albo tylko słucha. Jest to kino gadane. Film, za którego dostał Złotego Niedźwiedzia na ostatnim Berlinale, został nakręcony nielegalnie. Dlatego nie ma końcowych napisów, nie wiemy, kto w nim gra (poza samym Panahim i jego siostrzenicą).  Jest więc "Taxi -Teheran" triumfem twórczej wolności. Być może też stąd nagroda, wszak festiwal w Berlinie znany jest ze swego politycznego nachylenia, być może też stąd zgodny chór recenzenckich pochwał. Zgadzam się z Jackiem Wakarem, jednym z dyskutantów ostatniego Tygodnika Kulturalnego (TVP Kultura), który głośno zastanawiał się, czy gdyby nie nazwisko reżysera i kontekst, "Taxi - Teheran" byłoby aż tak nagradzane i wychwalane.

Nie mogę powiedzieć, aby film mi się nie podobał, ale aż takich zachwytów nie rozumiem. Oczekiwałam czegoś poruszającego, tymczasem dostałam obraz współczesnego Iranu, to oczywiście ważne, ale nie dowiedziałam się niczego nowego. Zniewolenie, podwójne życie, jakie muszą prowadzić mieszkańcy, absurdalne zakazy i nakazy, religijność i zeświecczenie, więzienie, tortury, rozmaitość światopoglądów, społeczne nierówności - o tym wszystkim czytałam. Nie zaskoczył mnie też obraz Teheranu, miasta na oko europejskiego. Takie zdziwienie, wynikające niestety z mojej ignorancji, przeżyłam po obejrzeniu pierwszego irańskiego filmu, na jakim byłam w kinie, "3 kobiety w różnym wieku". Pamiętam moje zaskoczenie: to tak wygląda Teheran? tak wygląda irańska ulica? tak żyją kobiety? Spod luźno narzuconej na głowę chusty wystają włosy, spod płaszcza do kolan dżinsy. Pracują, studiują, prowadzą samochody, są stale w biegu. Dopiero potem pojawiły się znakomite filmy Farhadiego ("Co wiesz o Elly?" i "Rozstanie"), a ja sięgnęłam po książki.

Innym powodem, dla którego film Panahiego wzbudza takie emocje krytyków, są aluzje do jego poprzednich obrazów. Podobno pojawiają się tam niektórzy z jego wcześniejszych bohaterów. Piszę podobno, bo ich nie znam. Niestety ta warstwa dla przeciętnego widza, takiego jak ja, jest zupełnie nieczytelna. Nawet nie wiem, czy tych filmów u nas nie było, czy je przeoczyłam.

Czas na konkluzję. Na pewno warto się na "Taxi - Teheran" wybrać. Trochę marudziłam, ale przecież jest to propozycja ciekawa, raczej zabawna niż smutna czy przerażająca, co może dziwić. Ale czy powinno? Przecież Irańczycy muszą jakoś żyć  i ten film jest tego znakomitym przykładem. Życie się toczy, trzeba sobie radzić. A dla widza, który o Iranie wie niewiele, na pewno to, co zobaczy, będzie odkryciem i być może zachętą do obejrzenia innych irańskich filmów, no i do lektur.

"Imagine" Andrzeja Jakimowskiego

Kiedy kilka miesięcy temu usłyszałam, że najnowszy film Jakimowskiego, twórcy "Zmruż oczy" i "Sztuczek", jest opowieścią o niewidomych, przyznam, że nie wywołało to mojego entuzjazmu, co pewnie nie najlepiej o mnie świadczy. Nie mogę powiedzieć, że czekałam na "Imagine" z niecierpliwością, a zdarza mi się od czasu do czasu niemal śnić o filmie, który ma wejść na ekrany. Sama nie wiem, kiedy postanowiłam jednak, że do kina się wybiorę. Czy zrobiłam to pod wpływem telewizyjnych reklam? Czy żeby przypomnieć sobie Lizbonę, która mnie kilka lat temu oczarowała? Może także dlatego, ale chyba szalę przeważyło to, że im bliżej premiery, tym więcej się o nim mówiło. No więc poszłam i się zachwyciłam! Nie wiem, kiedy minął czas spędzony w kinie. Świetny, piękny, mądry film. Piękny także urodą zdjęć: prześwietlonych słońcem, kłujących w oczy bielą spękanych murów starego lizbońskiego klasztoru, w którym znajduje się prywatna szkoła dla niewidomych dzieci. To tutaj przybywa Ian uczący niewidomych poruszania się dzięki kontrowersyjnej metodzie echolokacji. To nie fantazja Jakimowskiego. Metoda istnieje, są ludzie, którzy się nią posługują. Film naprawdę ogląda się z zapartym tchem. Ale ostrzegam: nie należy się dać zwieść telewizyjnym zwiastunom. Kto w nie uwierzy, może poczuć się rozczarowany, bo wbrew reklamom "Imagine" nie jest romansem rozgrywającym się w pięknych plenerach Lizbony. Nie o miłości jest ten film, a i portugalskiej stolicy twórcy nie pokazują tak jak Woody Allen Rzym w swoim ostatnim filmie. Z pewnością to nie reklamówka zachęcająca do wizyty w mieście. A mimo tego jest naprawdę pięknie. Zresztą, kto widział poprzednie obrazy reżysera, ten wie, czego się spodziewać. Gdybym miała czas i gdyby bilety do kina były tańsze, pobiegłabym na "Imagine" raz jeszcze, natychmiast. Na pewno sprawię sobie tę przyjemność za jakiś czas. A tymczasem namawiam innych, aby to zrobili. A kto już widział, może przejść do ciągu dalszego.

Przyznam się, że i ja dałam się nabrać tak jak uczniowie Iana. Właściwie, aby zabrzmiało efektownie, napisałam nieprawdę, bo przecież podopieczni głównego bohatera tylko wątpili w to, że jest niewidomy i dlatego bezustannie go sprawdzali, ja natomiast myślałam, że on widzi. Być może, ktoś się zdziwi, skąd moja naiwność. Wyjaśnienie jest proste: wcześniej celowo nie przeczytałam notki o filmie, a jeśli w początkowych scenach była mowa o tym, że Ian też jest niewidomy, to przegapiłam, co przyznaję ze wstydem. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo tym większą miałam radość z filmu. 

Zacznę od głównego bohatera. Ian jest postacią charyzmatyczną, przykuwającą uwagę swoją powierzchownością, ale przede wszystkim tym, co robi, co mówi, jak pokazuje innym świat. Jest jak czarodziej, który stopniowo, wtedy, kiedy to on zechce, jakby od niechcenia demonstruje swoje sztuczki, odsłania tajemnice świata. Czy naprawdę tajemnice? Nie, on po prostu słyszy uważniej, a co za tym idzie, wyobraża sobie więcej. Aż chciałoby się napisać: widzi, patrzy, ale to przecież nieprawda. Mogłoby się wydawać, że taki odbiór rzeczywistości dotyczy tylko niewidomych, ale i to nieprawda. Bo Ian otwiera oczy nie tylko im, ale i nam. Przecież my też najczęściej, mimo że widzimy, nie dostrzegamy tych wszystkich otaczających nas szczegółów, detali, drobiazgów. Patrzymy na świat w pośpiechu, powierzchownie, z rutyną, jak ci starzy mężczyźni wysiadujący codziennie przy kawiarnianych stolikach. Dlatego nie zauważamy  skutera opartego o ścianę, kota, ptaków czy statku w porcie. Jeden z uroków tego filmu polega na tym, że widz postawiony jest trochę w roli niewidomych. Obraz na ekranie jest najczęściej ograniczony, brak mu szerszej perspektywy, co zawęża nasze pole widzenia. Dopiero kiedy kamera zechce, stopniowo widzimy więcej, świat się poszerza. Nagle, jakby z niebytu, pojawia się ten kot, ten skuter, a na końcu majestatyczny, ogromny statek, który wcale nie jest fatamorganą. Świat widza, jak świat niewidomych, początkowo ogranicza się do tego, co zamknięte w klasztornych murach. Nawet dachów Lizbony widzimy tylko tyle, ile da się dostrzec zza spękanych, białych murów. I nagle, kiedy ciężkie, drewniane drzwi zostaną otwarte, widać i słychać więcej. A kiedy wreszcie można wyjść na ulicę, świat nieoczekiwanie powiększa się i dopiero wtedy  naprawdę fascynuje.

Ale oczywiście "Imagine" to nie  tylko opowieść o niewidomych. Chociaż ta warstwa filmu jest niezwykle interesująca i pouczająca (sama metoda echolokacji fascynuje), to jednak równie ważne jest też drugie, metaforyczne dno. Dla mnie to opowieść o wolności, możliwości wyboru i prawie do błądzenia. Można zapytać, dlaczego Ian tak się upiera, aby poruszać się dzięki echolokacji, dlaczego odrzuca laskę, mimo że bywa to niebezpieczne? Przecież jest bez przerwy poobijany, jego twarz stale zdobi jakiś plaster, często przydarzają mu się niespodziewane przygody: a to wpadnie do piwnicy z węglem, a to razem z niewidomym Serrano przekoziołkuje przez murek oddzielający dwa pasma szosy (ta scena jest zresztą niespodziewanie zabawna). Ale on tak woli, to jego świadomy wybór. Dzięki echolokacji ma nie tylko większą swobodę  poruszania się, pewność siebie, wolność, ale też uważniej słucha świata i lepiej go poznaje. Chłonie otoczenie różnymi zmysłami, jego doznania są pełniejsze, bogatsze. Ian zachwyca się i cieszy  światem, a dzięki temu cieszy się życiem. Jest jak dziecko, które nie zna żadnych ograniczeń, nie boi się, a jeśli upadnie, to się podniesie i dalej robi swoje. Nie wyróżniając się spośród otoczenia (przechodnie nie zauważają, że jest niewidomy), jednak się wyróżnia. Czym? Wolnością, wyobraźnią i bogatszą, głębszą percepcją świata. Zresztą Ian przecież nie ogranicza się tylko do echolokacji. Kiedy trzeba, używa czujnika, w ostateczności laski. Wykorzystuje wszystkie dostępne możliwości. Stopniowo i inni zaczynają odkrywać swobodę, jaką daje echolokacja. Poruszanie bez laski kusi Serrano, ale przede wszystkim zachwyca zamkniętą w sobie, tajemniczą Evę. Nagle może poczuć się kobietą, biała laska naznaczała ją, sprawiała, że dla otoczenia była przede wszystkim niewidomą. Teraz siedzi przy kawiarnianym stoliku i cieszy się, że mężczyźni ją adorują. Jest niczym psotne dziecko, które nabrało wszystkich i śmieje się w kułak.

Wartością filmu jest też niejednoznaczne rozłożenie racji. W "Imagine", inaczej niż w "Stowarzyszeniu umarłych poetów" Weira, do którego podobieństwa aż się narzucają (to żaden zarzut z mojej strony, film Jakimowskiego nie jest przecież plagiatem, ale dziełem na wskroś oryginalnym), nie ma strony dobrej i złej. Przecież profesor, który od początku z nieufnością odnosi się do echolokacji, kiedy w końcu zwalnia Iana, ma swoje racje. Metoda nie jest całkowicie bezpieczna i niesie ze sobą spore ryzyko. Ianowi bez przerwy przydarzają się  wypadki, Serrano trafia w ręce chirurga, który musi go pozszywać, a niewidomy pacjent bez rąk i nóg ma być dla nich jak memento. Nie należy zapominać, że podopieczni profesora to dzieci i młodzież. Może sedno sprawy tkwi w możliwości wyboru? Trzeba pokazać różne metody poruszania się, a świadomy, dorosły człowiek zdecyduje: wolność obarczona ryzykiem licznych upadków czy bezpieczne życie na pół gwizdka.

Kolejna zaleta, która sprawia, że film trzyma w napięciu, to ciągłe balansowanie na granicy prawdy i kłamstwa. Ile ich jest w opowieściach Iana? Dzieci, a później też jego pracodawcy, bez przerwy go sprawdzają. A kiedy już mu uwierzą, a my razem z nimi, nagle okazuje się, że drzewa, pod którymi siedział z Evą, to nie czereśnie, tylko akacje. Ale potem nastąpi kolejny zwrot i już wiadomo, skąd Ian wziął czereśnie, które jej podarował. Więc może nie kłamał? Może ten ogromny statek rzeczywiście stoi w porcie? Tajemnica wyjaśni się wreszcie: majestatyczny statek triumfalnie przepłynie nam przed nosem.

A obiecywana w reklamowych zwiastunach Lizbona i miłość? Lizbona jest, chociaż nie jak z pocztówek, ale i tak piękna swoim specyficznym, nieco zaniedbanym, codziennym pięknem. Jest biała bielą domów, czerwona intensywną czerwienią dachów i zielona soczystą zielenią drzew. Są wąskie, kręte ulice spadające ostro w dół, nieoczekiwane perspektywy w przesmykach między domami, są kawiarniane stoliki ustawione w stromych zaułkach,  czasem nawet mignie słynny lizboński żółty tramwaj, który wcale nie jest tylko turystyczną atrakcją, jak myślałam. I jeszcze to słońce, w którym jest skąpana. Może to wystarczy, aby zamarzyć o podróży do Lizbony? No a miłość? Tego nie jestem pewna. Wszak Eva równie dobrze czuje się w towarzystwie Serrano co Iana. Na pewno jest spotkanie dwojga ludzi, które ma dla nich ogromne znaczenie, szczególnie dla niej. To dzięki Ianowi Eva wychodzi ze swojej skorupy, otwiera się na świat, zyskuje pewność siebie i radość. Kiedy na końcu gna za nim, miło nam myśleć, że robi to z miłości, którą sobie nagle, jak to w filmach bywa, uświadomiła. Ale może to tylko przyjaźń? Zresztą Ian jest ważny nie tylko dla niej, także dla Serrano i na pewno dla niewidomych dzieci. Ale ten film jest piękny nawet bez burzliwego romansu.

Wasilij Grossman "Wszystko płynie"

Po przeczytaniu "Życia i losu" (pisałam), arcydzieła Wasilija Grossmana, było dla mnie oczywiste, że wkrótce sięgnę po drugą  powieść tego rosyjskiego pisarza: "Wszystko płynie" (W.A.B. 2010; przełożyła Wiera Bieńkowska). Długo nie zwlekałam (wersja robocza tej notki powstała we wrześniu). Teraz pozostaje mi żałować, że to już ostatnie spotkanie z jego twórczością.

"Wszystko płynie" to ostatnia i niedokończona powieść Grossmana. Na pewno nie jest to książka tej miary, co przywołane przeze mnie "Życie i los", w końcu nie co dzień powstają arcydzieła (nie lubię wielkich słów, ale nie waham się użyć go w tym wypadku). Jednak i ona jest lekturą obowiązkową. Może jednak warto zacząć znajomość z pisarzem właśnie od niej, aby na koniec zostawić sobie najsmaczniejszy kąsek? W każdym razie w tej czy innej kolejności obie przeczytać się powinno.

Moja dzisiejsza bohaterka sporo różni się od swojej poprzedniczki. Jej akcja rozgrywa się po śmierci Stalina, kiedy  w Związku Radzieckim puszczają polityczne i ideologiczne lody. Jej głównym bohaterem jest Iwan Grigorjewicz, który wraca do Moskwy i do życia, chciałoby się powiedzieć, po latach spędzonych w jednym z łagrów. Szmat czasu spędził w więzieniach i łagrach jako więzień polityczny. Jeśli tak na serio zastanowić się nad tym faktem, aż trudno go ogarnąć rozumem. Ponad trzydzieści lat w zamknięciu! Przeładowane, brudne cele, przesłuchania, tortury, transporty, wyniszczająca praca, syberyjskie zimno ... W międzyczasie wszystko się zmieniło, dorosło kolejne pokolenie. Iwan próbuje odszukać ludzi ważnych dla niego w młodości. Trudno odnaleźć mu się po tylu latach w nowym dla niego świecie. Ale nie czuje się zgorzkniały. Niczego wielkiego od życia już nie oczekuje. Najważniejsze dostał: wolność. Bo pomimo trzech dekad spędzonych w zamknięciu, nie odzwyczaił się od wolności jak wielu jego towarzyszy niedoli. Może zabrzmi to paradoksalnie, ale to on, a nie ci wszyscy, którzy wiedli w tym czasie normalne życie, jest zwycięzcą. Może tylko niewielką przesadą będzie stwierdzenie, że uniknąć losu takiego jak Iwan mogli albo niektórzy wierni, partyjni towarzysze (przecież też nie zawsze), albo ludzie idący z życiem, a właściwie z komunistyczną władzą, z aparatem przemocy, na daleko idące kompromisy. Kompromisy tak wielkie, że jeśli zachowało się resztki przyzwoitości, trudno potem było spojrzeć w lustro. Nie wiem w jakiej mysiej dziurze trzeba było się skryć, aby pozostać przyzwoitym człowiekiem i nie trafić w końcu do więzienia czy łagru. Grossman w obu swoich powieściach pokazuje mechanizm łamania ludzkich charakterów. Tragiczne to czasy (a czasy te trwały prawie pół wieku, a i potem przecież sielsko nie było), kiedy człowiek chcąc ocalić swoje życie, musi się zeszmacić (bywało, że i to nie pomogło), a jeśli pragnie pozostać przyzwoitym człowiekiem, nie ma dla niego ratunku. Nie każdy potrafi uczciwie przyznać się do swoich błędów, co przecież równałoby się stwierdzeniu, że życie się zmarnowało, że jest się szubrawcem. Działa mechanizm wyparcia i samousprawiedliwiania. Kuzyn Iwana, który dzięki raz mniejszym, raz większym świństwom nie tylko ocalał, ale i zrobił uniwersytecką karierę, szukając usprawiedliwienia, próbuje udowodnić sobie, że jego los wcale taki lekki też nie był. Cóż, myśli, przekonując sam siebie, Iwan nie ma pojęcia, jak żyło się przez te wszystkie lata. I jest w tym sporo racji. Wieczne lawirowanie, strach, moralne skarlenie.

Powieść Grossmana składa się właściwie z kilku epizodów, z kilku zwięźle przedstawionych ludzkich losów, każdy z nich mógłby być kanwą kolejnej opowieści. Tych bohaterów poznajemy dzięki Iwanowi. Jednych spotyka w czasie swoich peregrynacji, innych tylko wspomina. Są wśród nich kuzyn, dawny przyjaciel, który okazał się donosicielem, prosta kobieta, u której wynajmuje pokój i inni. Opowieści o nich tworzą panoramę tamtych czasów. Cała książka jest przejmująca, ale najbardziej dotkliwe są dwie historie, wcale nie najważniejsze, raczej epizodyczne. Bohaterką jednej jest Masza, młoda, piękna kobieta, która trafia do syberyjskiego łagru, tylko dlatego, że jest żoną uwięzionego wroga ludu. Nie rozumie, co się z nią dzieje, umiera ze strachu i tęsknoty za mężem i pozostawioną na wolności córeczką. Długo łudzi się nadzieją, że wszystko okaże się nieporozumieniem, że wyjdzie na wolność, że spotka tam męża i dziecko. Historii Maszy nie łagodzi wcale zjadliwa ironia, z jaką jest opowiadana. I druga opowieść: o mieszkańcach ukraińskiej wioski w czasach wielkiego głodu. Gdyby Grossman rozwinął wszystkie wątki, powstałaby być może powieść na miarę "Życia i losu".

Aby dopełnić obrazu całości, dodam jeszcze, że całość wieńczą filozoficzno-historiozoficzne rozważania Iwana na temat Rosji. Wolność, niewola, zniewolenie, pańszczyzna, Lenin i Stalin - wokół takich postaci i zagadnień krążą jego myśli. Jednym z kluczowych jest tragiczne stwierdzenie, że rozwój Rosji dokonywał się zawsze dzięki zniewoleniu. Nie podejmuję się tutaj streszczenia jego refleksji. Nie ukrywam, że aby to zrobić, musiałabym prześledzić je jeszcze raz, bardzo uważnie.

Lektura powieści Grossmana na pewno wymaga czytelniczego trudu, ale warto go podjąć.

Antoni Libera "Madame"

Wspominałam już kiedyś w tych zapiskach, że w zasadzie nie czytam polskiej beletrystyki współczesnej. Pewnie to błąd, pewnie powinnam, wiem, co się wydaje, jestem na bieżąco, ale zawsze zwycięża inna literatura. Zatem "Madame" Antoniego Libery (Znak 1999) to wyjątek. Czemu zawdzięcza takie wyróżnienie? Trochę przypadkowi (że akurat teraz), trochę pochlebnym głosom znajomych, które docierały do mnie co jakiś czas. Czy warto było? Na pewno tak.

Akcja "Madame" osadzona została w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku i już tylko to może być ciekawe dla czytelnika. Życie codzienne w komunistycznej, gomułkowskiej Polsce. Napisałam codzienne trochę na wyrost. Nie znajdziemy tu narzekań na braki w sklepach, kolejek, opisów ciasnych mieszkań, jednym słowem całej tej komunistycznej udręki codzienności. Jest za to obraz zniewolenia, zamknięcia, utraty wolności, zmagań z cenzurą, dwójmyślenia, koniecznych, obrzydliwych kompromisów, układów w pracy, gdzie awansują partyjne miernoty. Bohaterowie tej powieści to przedwojenna inteligencja i jej dzieci. Mają mieszkania pełne książek, dbają o wykształcenie swoich synów i córek, znają języki obce, chodzą do teatru, kina, na wystawy. Słuchają Wolnej Europy i doskonale wiedzą, w jakim kraju przyszło im żyć. Są przyzwoitymi moralnie pięknoduchami, którzy za nic nie zniżą się do niskich zachowań, a jeśli ulegną chwilowej słabości, natychmiast poczują się zbrukani i niegodni. Dotkliwie odczuwają brak swobody, zamknięcie w granicach swojego kraju, ograniczenie kontaktów ze światem. To, co dzisiaj dla nas jest normą, nad którą się nawet nie zastanawiamy, dla nich było obiektem zazdrości, czymś niewyobrażalnym. Problem w powieści został tym bardziej wyostrzony, że troje spośród bohaterów to romaniści, miłośnicy języka i kultury francuskiej. W ich przypadku brak wolności jest szczególnie dotkliwy, właściwie uniemożliwia im zawodowy rozwój. Aby Jerzyk, pracownik uniwersyteckiej romanistyki, mógł wyjechać na konferencję naukową, musi przebyć upokarzającą drogę przez mękę i liczyć na wyrozumiałość francuskich kolegów, którzy pobłażliwie zaakceptują idiotyczne wymagania komunistycznej władzy. Poczucie wolności, swobody i lekkości, jakie odczuwa za każdym razem, kiedy z trudem, kosztem wyrzeczeń, uda mu się wyjechać do Francji, jest nieporównywalne z niczym. I nieważne, że musi tam oszczędzać na wszystkim, że dla Francuzów jest pariasem zza żelaznej kurtyny. Za to powrót do kraju jest tym bardziej bolesny. Nic dziwnego, że z całych sił zgorzkniały Jerzyk odradza narratorowi studiowanie romanistyki. W zniewolonym kraju jest to zajęcie bezsensowne.

Najbardziej jednak swoją niewolę odczuwa tytułowa madame, trzydziestokilkuletnia piękna i niedostępna Wiktoria, nauczycielka francuskiego i dyrektorka liceum, w którym uczy się narrator. Dlaczego? Bo ona wolność utraciła! Wyobraźmy sobie młodą kobietę urodzoną i wychowaną we Francji, która nagle za sprawą decyzji ogarniętego obsesją strachu ojca musi zostawić swoje dotychczasowe życie i zamieszkać w kraju, którego nie zna i nie rozumie. Francja i Polska wtedy, w tamtym czasie podziału Europy to kompletnie różne planety! Wprawdzie po ulicach Warszawy nie chodzą białe niedźwiedzie, jak sądzili niektórzy, ale jest zgrzebnie, szaro i przede wszystkim potwornie ciasno. Nic dziwnego, że czuje się jak zamknięta w klatce, schwytana w pułapkę. Jest nieszczęśliwa i samotna, zrobi wszystko, żeby wyjechać, co w jej przypadku oznacza odzyskanie utraconej wolności. Madame żyje tu, ale nie jest stąd. Obca, wyniosła, tajemnicza, niedostępna, prawie nierzeczywista, jest jak barwny ptak na tle komunistycznej szarzyzny. Inaczej się ubiera, pachnie francuskimi perfumami, nawet jej dyrektorski gabinet pełen jest francuskiej literatury. Kiedy narrator domyśla się, co dzieje się, kiedy gasną światła w jej mieszkaniu, nie może pogodzić się z myślą, że ktoś zaklęty w tak pięknej, doskonałej formie pozwala się zbrukać żywiołowi natury, fizyczności, po prostu seksu (to słowo nie pada w powieści). Pewnie z tych wszystkich powodów madame rozbudza wyobraźnię swoich uczniów, staje się obiektem ich szczeniackich westchnień. Najlepiej opowie o pięknej Wiktorii zakochany w niej narrator. Oddaję mu głos:

"Całym swoim jestestwem mówiła "nie" temu światu. Wyglądem, manierami, językiem, inteligencją. Była niemym wyrazem, że tkwimy w bagnie i w bzdurze, a można żyć inaczej."

Ona marzy o ucieczce, bo tylko tak może odzyskać utraconą wolność, a on (narrator), uczeń liceum, później student romanistyki (mimo wszystko), dzięki sztuce chce ujarzmić życie, uczynić je barwnym, ciekawym, niezwykłym, a przez to możliwym do udźwignięcia. Początkowo robi to może nie całkiem świadomie, potem, kiedy coraz lepiej zdaje sobie sprawę z osaczającej go beznadziei, sztuka (pisanie) staje się ratunkiem. Od dawna ten skażony literaturą, skłonny do mitomanii młodzieniec teatralizował  i upiększał swoje życie. Wyrósł w przekonaniu, że dawniej było ciekawiej, a on za wszelką cenę nie chciał dopuścić, aby było nudno. Dlatego do końca nie możemy mu zaufać. Ile jest prawdy, a ile legendy w opowieści, którą przed nami rozpostarł? Jaka jest prawda o madame i jego afekcie do niej? Nieważne przecież, jak było, ważne, co nam o tym opowiada, tworząc legendę.

Czytelniku tej notki, być może domyślasz się już, że powieść Libery to, także, kolejny wariant opowieści o dojrzewaniu artysty. Taki portret artysty z czasów młodości. Dlatego być może narrator, podobnie jak madame, jest trochę postacią nierzeczywistą. Zbyt dojrzały, zbyt mądry, zbyt elokwentny, zbyt świadomy siebie. Erudyta, świetnie poruszający się w morzu literatury i sztuki, znakomicie władający francuskim. Stąd tak dużo w tej powieści żonglerki literackiej: cytatów, aluzji, nawiązań i odwołań do Conrada, Manna, Becketta, Dantego, Racine'a, Żeromskiego i wielu innych. Nawet śledztwo w sprawie madame, jakie prowadzi narrator, jest oparte na literackiej zabawie, której trzeba uważnie się przyglądać.

Ciekawa, erudycyjna powieść, na którą na pewno warto zwrócić uwagę.

Doris Lessing "Złoty notes"

To druga książka Doris Lessing, jaką przeczytałam. Poprzednia, "Lato przed zmierzchem", zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Kobieta może przejrzeć się w niej jak w lustrze, które bezlitośnie obnaża wszelkie słabości. W wielkim skrócie, bo przecież nie o "Lecie ..." mam dziś pisać, jest to powieść o gotowości kobiet do całkowitego podporządkowania swojego życia mężczyźnie, o skłonności do poświęceń, których nikt nie wymaga, rezygnacji z siebie. Kilka moich koleżanek mocno ją przeżyło. "Zloty notes", podobno najważniejsza książka Lessing, również drąży ten sam temat: relację kobieta-mężczyzna. Ale nie tylko. To także powieść o fascynacji i rozczarowaniu zachodniej inteligencji komunizmem i Związkiem Radzieckim, o artystach i procesie twórczym, o chorobie psychicznej i wyborze drogi życiowej. Sporo? Tak, ale "Zloty notes" liczy ponad osiemset stron, więc nie ma się co dziwić, że aż tyle (a nawet więcej) można z niego wycisnąć. Spróbuję teraz uporządkować moje rozważania i jak zwykle podzielić się refleksjami z lektury.

Od czego zacząć? Od krótkiej informacji o treści czy o formie? Wszak i jedno, i drugie ważne. Może jednak na początek parę słów (a raczej zdań) o treści. Jest to opowieść o Annie, pisarce, kobiecie wolnej, która w młodości (lata drugiej wojny światowej) spędza kilka lat w Afryce Środkowej. Z tamtego okresu wywodzi się jej flirt z komunizmem. Ta fascynacja rozwieje się dopiero w jakiś czas po śmierci Stalina. Obserwujemy zmagania Anny z mężczyznami, z własną niemocą twórczą, z komunizmem, z rodzicielstwem. Wszystko to bardzo ważne. Śledzimy też losy jej przyjaciółki Molly, również artystki i kobiety wolnej, jej syna, jej byłego męża i jego obecnej żony. Przez karty powieści przewija się mnóstwo różnych postaci, przede wszystkim mężczyzn. Anna prowadzi cztery różne notesy, a każdy z nich dotyczy innego obszaru jej życia (pobyt w Afryce i zmagania twórcze; nowa powieść inspirowana jej losami i szkice opowiadań; komunizm; codzienność). W ten sposób zgrabnie przeszłam do formy. Notesy wplecione są w główną narrację zatytułowaną Kobiety wolne. Wszystko  wzajemnie się uzupełnia, oświetla, pisząc powieść, Anna obficie czerpie ze swojego życia, i w ten sposób poznajemy bogatą osobowość głównej bohaterki, historię jej barwnego, skomplikowanego życia, jej kochanków, ewolucję poglądów, twórcze cierpienia, dylematy, wybory życiowe. Bardzo ciekawe jest obserwowanie pisarskiej kuchni. Mężczyźni, których Anna spotyka na swojej drodze, pojawiają się na kartach tworzonej przez nią powieści pod innymi nazwiskami, z nieco zmienioną biografią, ale niezmienna pozostaje istota relacji Anny z nimi. A ów tytułowy złoty notes? Kiedy bohaterka dochodzi do wniosku, że jej życie to jednak całość, a nie chaos, jak myślała, zaczyna wszystko zapisywać w jednym, złotym, notesie, zresztą najkrótszym. W pewnym momencie zadałam sobie pytanie: czym jest spinająca całość narracja zatytułowana Kobiety wolne. Zasadniczym trzonem powieści Doris Lessing, taką ramą, na której autorka rozpięła całość, jak się długo wydaje, czy może jeszcze jedną powieścią pisaną przez samą Annę, co zasugerowane zostaje pod koniec całości? Trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć. Nie wiem zresztą, czy to takie istotne, wszak, jak przed chwilą pisałam, wszystkie elementy tej układanki składają się na niezwykle bogaty, ciekawy portret Anny, kobiety wolnej, świadomej siebie, żyjącej na własny rachunek, a przynajmniej starającej się tak żyć.

Anna to zupełnie inna kobieta niż bohaterka wspomnianego przeze mnie "Lata przed zmierzchem". Dawno już nie odnalazłam tyle z siebie w jakiejś literackiej postaci, chociaż wiele jej wyborów czy poglądów jest mi zupełnie obcych. Ale wystarczy to coś, aby poczuć bliskość i przynajmniej częściowo się z nią utożsamić. Zbyt to jednak osobiste, więc pisząc o niej, nie zdradzę, w czym odnajduję siebie, a w czym zupełnie nie. Główna bohaterka "Lata .." była mężatką, matką, kobietą całkowicie na usługach swojego męża i dzieci. Bez nich nie umiała istnieć, funkcjonować, odnaleźć się w życiu. Znaczyła coś o tyle, o ile żyła dla nich, ich problemami. Inaczej Anna, od początku samodzielna (w każdym sensie), mająca wielu mężczyzn, później samotna matka, nie z konieczności, ale ze świadomego wyboru. Pielęgnuje swoją wolność, która jest dla niej bardzo ważna. Bycie wolnym to jej ideał, ale życie nie zawsze dorasta do ideału. Anna co jakiś czas wpada w uczuciową pułapkę. Wikła się w miłosną zależność od mężczyzn, z którymi się wiąże. Czeka na ich powrót do domu, jej, kobiecie wolnej, sprawia przyjemność przygotowywanie dla nich kolacji, dzielenie z nimi codzienności. Jest zazdrosna o ich żony, o inne kobiety, z którymi się umawiają, z którymi sypiają, cierpi, kiedy ją porzucają. A jednocześnie uważa, że ona, kobieta wolna, powinna być ponad zazdrość, codzienność, uzależnienie od miłości. Gani siebie za głupie uczucia, które nie powinny być w jej życiu ważne, a są, za emocje, które nie pasują do naszych czasów (lata pięćdziesiąte zeszłego wieku), a jednak je odczuwa. Okazuje się, że nawet kobiety wolne mimo starań traktują tę sferę życia niczym narkotyk. Inaczej mężczyźni. Bo to również powieść o facetach, a ich portret nie jest tu zbyt pochlebny. Są często słabi i taka silna kobieta jak Anna (przynajmniej silna pozornie), potrzebna im jest, aby ich wspierać, leczyć ich traumy, lęki, kompleksy. Jest dobra do zwierzeń i do łóżka. Mogą jej opowiadać o swoich wspaniałych żonach, które nie chcą się z nimi kochać, o swoich równie wspaniałych dzieciach. Potem odchodzą, od Anny, nie od swoich ślubnych. Inni latami żyją podwójnym życiem, a ich udręczone żony godzą się na to, bo nie umieją żyć bez nich (jak bohaterka "Lata przed zmierzchem"). Żałują tych swoich biednych, udręczonych, poświęcających się dla rodziny kobiet, więc przy nich trwają, mimo że traktują dom jak magazyn czystych koszul. Potrafią żyć w takim uczuciowym rozkroku bez większych dylematów moralnych. A Anna, jak już napisałam, cierpi. Kiedy jej kolejni kochankowie kończą, czasem długoletni, romans z nią, nie może się pozbierać, ale na nich wydaje się to nie robić większego wrażenia. Wydaje się, że kobiety mimo starań zawsze będą na straconej pozycji. Małżeństwo po jakimś czasie wieje uczuciową nudą, żona sprowadza siebie do roli służącej, jest traktowana przez męża przedmiotowo. A wolny związek to tylko pozór wolności, bo kobieta i tak uzależni się uczuciowo od swojego ukochanego. To mężczyźni potrafią być prawdziwie wolni, żyć pracą, uczucie postawić na drugim planie.

Ciekawy jest stosunek Anny do macierzyństwa. Córka z jednej strony ją ogranicza, zabiera swobodę, ale z drugiej zmusza do życia, stawia do pionu, nadaje jej egzystencji zewnętrzną formę, porządek. Kiedy na własną prośbę wyjedzie do szkoły z internatem, życie jej matki się rozsypie. Nic nie będzie musiała, żadnych obowiązków, a ponieważ zbiegnie się to z osobistym kryzysem, zacznie osuwać się w rodzaj letargu, odrętwienia, a może nawet choroby psychicznej. 

Niezwykle ważna część tej powieści to fascynacja i powolne rozczarowanie Anny i jej środowiska komunizmem. Dla nas, mieszkańców Europy Wschodniej tak bardzo doświadczonych przez komunizm, naiwność intelektualistów Zachodu wydaje się niewiarygodna. Początek zauroczenia Anny marksistowską ideologią można zrozumieć. Stało się to w czasie jej pobytu w Afryce. Komunizm i środowisko lewicowych intelektualistów było jedyną alternatywą dla rasizmu i kolonializmu. Ale potem? W latach pięćdziesiątych w Londynie? Kiedy docierają już wieści o komunistycznych zbrodniach, o sfingowanych procesach, więzieniach i egzekucjach? Kiedy Anna jedzie do Berlina Wschodniego i na własne oczy widzi, jak się tam żyje, co się dzieje z ludźmi? Nawet po śmierci Stalina, gdy w Związku Radzieckim zachodzą  zmiany, ona i jej środowisko nadal pozostają pod jego wrażeniem. Długo zadają sobie pytanie, czy te przerażające wieści są aby na pewno prawdziwe? Długo potrafią usprawiedliwić zbrodnie i niegodziwości, tłumacząc je wyższą koniecznością. Dopiero hipokryzja i fałsz w szeregach angielskiej partii komunistycznej zniechęcają Annę ostatecznie do idei komunizmu.

To oczywiście nie wszystko. Bardzo ciekawe są partie książki poświęcone wspomnieniom głównej bohaterki z wojennych lat spędzonych w Afryce. Barwne, ciekawe środowisko młodych ludzi starających się wyszarpać z życia wszystko, bo toczy się wojna i śmierć zagląda w oczy. Miejscowe stosunki, tragiczne postacie. Dużo jest o twórczości, sporo o chorobie psychicznej. Osobne, też ważne, wątki to historia przyjaciółki Anny, Molly, jej syna, jej byłego męża i jego drugiej żony. I wiele, wiele więcej.

Warto wiedzieć, że powieść w czytaniu jest bardzo nierówna (podobnie "Lato przed zmierzchem"). Są partie, które dosłownie pochłaniałam, przez inne przedzierałam się powoli, czasem nawet ze znużeniem (fragmenty opisujące osuwanie się Anny w chorobę psychiczną). Obok całych stron zapisanych dialogami, sporo tu różnych ideologicznych rozważań albo dla przeciwwagi fragmentów opisowych, lirycznych (okres afrykański). Nie zmienia to faktu, że to powieść bardzo ważna, jedna z tych, które powinno się poznać, bo jeśli nawet nie zmienią życia, to każą się sobie boleśnie przyjrzeć. Śmiało mogłabym umieścić ją na liście dziesięciu książek, które trzeba przeczytać (patrz: zainicjowana niedawno  przez Gazetę Wyborczą akcja). Na pewno za jakiś czas dam się sponiewierać kolejnej powieści Doris Lessing.             

Pedro Almodovar "Skóra, w ktorej żyję"

Jak zapowiadałam w poprzedniej notce, czym prędzej poszłam na najnowszego Almodovara. To jeden z moich ulubionych reżyserów. Takich, co to ich filmy mogę oglądać po kilka razy. Poprzedni, "Przerwane objęcia", bardzo mnie rozczarował. Mało w nim było prawdziwego Almodovara, pozostał czysty melodramat, a nie tego od hiszpańskiego reżysera oczekuję. Dlatego na "Skórę, w której żyję" szłam trochę z duszą na ramieniu. Na szczęście reżyser wrócił do formy. W filmie odnalazłam wszystko to, co tak u niego lubię, tylko humoru właściwie nie ma. Tym razem jest na serio w almodovarowskim sosie. Trochę jednak pomarudzę. Chyba po prostu przyzwyczaiłam się do stylu ekscentryka z Madrytu i coś, co kiedyś było świeże, zaskakujące i olśniewające, dziś już zadziwić nie może. Pozostaje sprawnie zrobiony film, który świetnie się ogląda i kilka modnych tematów, nie tak znowu głęboko i odkrywczo potraktowanych. Raczej bardzo dobra rozrywka niż przeżycie. Ale zobaczyć oczywiście trzeba, a dla widzów zaczynających swoją przygodę z Almodovarem być może będzie to coś więcej. Tak jak dla mnie kiedyś. Tym razem celowo nie zdradzę nic z treści, bo w wypadku tego filmu im mniej się wie, tym przyjemniej się ogląda. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Słyszałam głosy, że to zupełnie inny Almodovar. Inny? Ja odnalazłam w tym filmie ulubione motywy, wątki i chwyty hiszpańskiego reżysera. Jest problem płci, pytanie o to, co właściwie ją determinuje, co znaczy być kobietą czy mężczyzną. Jest motyw matki i syna. Pojawia się wielka, szalona miłość, tym razem nie tylko w wersji damsko- męskiej, ale też ojca do córki. Są tajemnice, sięganie w przeszłość bohaterów, dziwne postacie, wielki, tajemniczy dom, ogrywanie gatunkowej konwencji (tu thriller), nasycone barwy, kicz, przebrania. Ja odnajduję tu nawet echa dawnych scen. Kiedy Zeca, syn Marilii, rzuca się na Verę, myląc ją ze swoją dawną kochanką, staje mi przed oczami przekomiczna scena gwałtu z "Kiki" (Mam nadzieję, że pamięć mnie nie zawodzi. Ale wykluczyć, że pomyliłam tytuły, nie mogę.). Tyle, że to, co oglądamy na ekranie tym razem, wcale nie jest śmieszne, raczej smutne czy tragiczne. Mnie ten film trochę przypomina wspomnianą już "Kikę". Wielki, kryjący tajemnicę dom, jego właściciel, chirurg plastyk i jednocześnie naukowiec Robert Ledgard (tam był pisarz). Karnawałowy kostium Zeci czy druga skóra Very mogą być dalekim echem dziwacznej kamery, którą dźwiga na głowie jedna z bohaterek "Kiki". Wreszcie zbrodnia. Ale może to tylko takie moje impresje i luźne skojarzenia, może gdybym obejrzała "Kikę" po raz kolejny (na pewno kiedyś to zrobię), podobieństwa okazałyby się tylko czczą imaginacją. To, co odróżnia najnowszy film Almodovara od poprzednich, to ton serio i porzucenie ulubionego przez niego melodramatu na rzecz thrillera.

Reżyser kreuje postać mrocznego, złowrogiego Roberta Legranda, chirurga plastycznego, który w zaciszu swojego wielkiego, pustego, pilnie strzeżonego domu przeprowadza niedozwolone eksperymenty: hoduje ludzką skórę odporną na ogień czy ukąszenia owadów. Nie to chyba jest jednak najgorsze. Korzystając ze swojego wynalazku i talentu chirurga, stwarza nowego człowieka. Mszcząc się na gwałcicielu swej ukochanej córki (gwałt tragicznie odcisnął się na jej losie), porywa go, więzi, aby stopniowo zmienić w niezwykle piękną  kobietę o idealnej, gładkiej skórze. Tak idealną, że aż w swym pięknie nierzeczywistą. Kobietę-miraż, kobietę-marzenie. Aluzje do Frankensteina czy Pigmaliona są tu oczywiste. Czy równie uprawnione jest porównywanie go do Boga-stwórcy? Chyba jednak nie do końca. Wszak intencje Roberta nie są czyste. O ile  praca nad doskonałą, ludzką skórą to wynik tragicznego wypadku jego żony, i w tym sensie jest szlachetna, bo może być ratunkiem dla wielu okaleczonych, o tyle zmiana płci, a właściwie stworzenie kobiety, Very, to efekt zemsty. O szlachetności nie ma co mówić. Nie jest też jasne, co Robert zamierzał zrobić z Verą, zanim nie uległ jej doskonałemu czarowi i  nie zakochał się w niej. Być może, nie wiedział. Zabić? To sugeruje mu Marilia. Więc jeśli już Bóg, to raczej ten starotestamentowy, groźny i okrutny, a nie miłosierny, jakim chcemy Go widzieć dziś. Produkt Roberta okazuje się też niedoskonały i to na kilku poziomach. Vera jest piękna, ma ponętne, idealne ciało, ale nie potrafi przeżywać cielesnych rozkoszy. Udając miłość, pożądanie i ekstazę, cierpi z bólu i prawdopodobnie obrzydzenia. Wszak naprawdę pozostała nadal mężczyzną, dawnym Vincetem uwięzionym w kobiecym ciele. I na tym polega kolejna porażka almodovarowskiego Frankensteina. Jego twór nadal pozostaje mężczyzną, Vincetem, który nie zapomniał nie tylko o swojej płciowej tożsamości, ale i o przeszłości. Dlatego zrobi wszystko, aby wrócić do matki (znowu matka i syn). Ta więź okazuje się najsilniejsza. Vera to też swoista femme fatale. Swoista, bo naprawdę pozostaje mężczyzną. Musi uwieść Roberta, aby uciec. Będzie udawać i cierpieć, żeby zdobyć upragnioną wolność. I to kolejna porażka mściwego demiurga. Stworzona przez niego piękność jest nie tylko niedoskonała, ale zaczyna żyć własnym życiem i nie podporządkowuje się jego woli. Almodovar stawia w swoim filmie pytanie o granice medycznych i genetycznych eksperymentów, które mogą się wymknąć spod kontroli, nie udać czy służyć niecnym celom. Wraca też do jednego ze swoich ulubionych tematów: płci, płciowej tożsamości. Na ile nasza fizyczność determinuje płeć? Kiedy jesteśmy kobietą? Kiedy mężczyzną? Kiedy granica się zaciera? Kim będzie Vera, w której ciele uwięziony został Vincent? Jak będzie żyć? Zyska czy straci na tej przemianie? Jak zareagują na to jej matka i przyjaciele? Rozpoznają? Zaakceptują? Warto zauważyć, że reżyser pokazuje sytuację odwrotną niż ma to miejsce zazwyczaj. Nikt tu nie został wyzwolony od brzemienia nieakceptowanej płci, przeciwnie: Vincent dostał nową  wbrew swojej woli. Jest ofiarą medycznej zbrodni, medycznego gwałtu. I nie ma znaczenia, że to kara. Ale czy rzeczywiście kara? Raczej zemsta, o czym już wspominałam.

Można też po obejrzeniu tego filmu stawiać sobie pytania o winę i karę. Czy odurzony prochami Vincent odpowiada za to, co zrobił? Jak twierdzi, i pewnie mówi prawdę, niczego nie pamięta. Ale zło się stało. Jest winien. Czy ma sens kara wymierzana po latach? Kiedy jest już innym człowiekiem? I czy kara może być zemstą?

Takie refleksje hulają w mojej głowie po obejrzeniu najnowszego filmu Pedro Almodovara.   

   

"Spokój doskonały" Amosa Oza, kolejna świetna powieść izraelskiego pisarza.

To już siódma powieść Amosa Oza, jaką przeczytałam, i znowu coś zupełnie innego. Tym razem różne jest nawet miejsce: akcja toczy się w kibucu w roku 1966 i 1967. Już tylko dzięki temu książka byłaby bardzo interesująca, a to przecież zaledwie dekoracja. Czytelnik poznaje życie codzienne kibucników, świat zupełnie inny i nieznany. Mieszkańcy tworzą wspólnotę, wprawdzie żyją oddzielnie, w swoich własnych niewielkich mieszkankach, ale tak naprawdę trudno tu o samotność, izolację, intymność. Życie toczy się na oczach innych, nawet posiłki jada się wspólnie w kibucowej stołówce, zarząd decyduje o tym, do jakiej pracy ktoś zostanie skierowany. Niby można prosić o inne zajęcie, ale pole manewru jest jednak ograniczone. Pełno tu plotek, komentarzy, ludzkiej zawiści. O skandalach pamięta się całe lata. Mimo to niektórzy robią to, co chcą, nie przejmując się ludzkim gadaniem. Większości życie we wspólnocie bardzo odpowiada, ale nie wszystkim.

Jednym z bohaterów powieści jest dwudziestokilkuletni Jonatan, który marzy o wolności. Jonatan czuje, że musi coś w swoim życiu zmienić. Od pewnego czasu dusi się w kibucu, dusi się też w swoim małżeństwie, które on, bo nie jego żona, uważa za nieudane. Ma dość rutyny, zajęć, które go nie interesują i tego, że inni decydują za niego, mówią mu, co powinien zrobić, jak postępować, jaką pracę wykonywać. On chciałby żyć inaczej: może studiować, może podróżować, może poznać inny świat, inne kraje a nawet kontynenty. Jest naznaczony wojną i śmiercią. Jak każdy młody mieszkaniec Izraela służył w wojsku, ale ma też za sobą epizod wojenny, bo to lata konfliktu z Syrią. Poznał walkę, zobaczył śmierć towarzyszy, zabijał, sam o mało nie zginął. Tamte wspomnienia powracają. Wojna i zagrożenie ze strony sąsiednich państw są stale obecne nie tylko w życiu Jonatana, ale i w życiu innych mieszkańców wspólnoty. Mówi się o dywersantach, szpiegach, w pobliżu znajduje się spalona arabska wioska, której ruiny straszą niczym wyrzut sumienia. Ktoś tam kiedyś mieszkał, dziś spalone, porośnięte zielenią domy i meczet są celem wycieczek w wolne dni. Na zgliszczach urządza się pikniki. Nie rozmawia się o tych, którzy tu kiedyś mieszkali, a niektórzy zieją nienawiścią do arabusów, jak ich pogardliwie nazywają. Oczywiście sytuacja nie jest czarno - biała: taką samą nienawiść do Żydów żywią Arabowie. Wiadomo, konflikt nie do rozwiązania. Wojsko jest stale obecne w książce. Kiedy Jonatan nagle opuści kibuc, weźmie ze sobą cały swój żołnierski ekwipunek, łącznie z bronią, wszędzie będzie na swojej drodze spotykał żołnierzy, szukać go będzie między innymi jego dawny dowódca. Kiedy żyje się w poczuciu zagrożenia, ciągłej bojowej gotowości, kiedy się walczyło, użycie broni jest niezwykle proste. Chwilami wydaje się, że Jonatan z wielką łatwością zrobi użytek ze swojego karabinu, niczym desperat, o jakim czasem słyszymy. Tak, on jest takim desperatem, który dotąd wiódł na pozór spokojne życie, ale czara zawiedzionych nadziei, niespełnionych marzeń i tęsknot przelała się i coś pcha go ku szaleństwu.

Przeciwieństwem Jonatana jest Azaria, który pewnej deszczowej, zimnej nocy zjawia się w kibucu i koniecznie chce w nim zostać. On, samotny rosyjski Żyd, doświadczony przez życie, o nie do końca odkrytej, ale strasznej, przeszłości, marzy o życiu we wspólnocie, a idea ruchu kibucowego wydaje mu się wspaniała. Azaria, jak Jonatan, jest marzycielem. Bez przerwy wyobraża sobie swoją wspaniałą przyszłość, uznanie, jakie zdobędzie w świecie polityki i w Izraelu. Wydaje mu się, że posiadł prawdę, znalazł panaceum na bolączki swojej ojczyzny (w tym trochę przypomina Fimę, bohatera powieści Oza pod takim właśnie tytułem, o której jakiś czas temu pisałam). Jeśli w tym momencie ktoś nabral przekonania, że Azaria jest pyszałkowatym, niesympatycznym, zadufanym w sobie człowiekiem, popełnia błąd. Jego rojenia i przemowy nie mają w sobie nic z zadufania. To nieszczęśliwy, samotny, pełen kompleksów i poczucia winy człowiek, którego życie nie oszczędzało, łaknący ludzkiej życzliwości, zainteresowania i miłości. Życzliwy ludziom i szczerze skory do pomocy. Nie poznamy przyszłości Jonatana i Azarii (ten drugi traktuje tego pierwszego jak brata i przyjaciela), śledzimy tylko rok z ich życia, ale wydaje sie, że z nich dwóch to ten tajemniczy przybysz jest w stanie do czegoś w życiu dojść, zrealizować przynajmniej cząstkę swoich marzeń.

Inny ważny problem poruszany w powieści to odwieczny konflikt pokoleń. Jolek, ojciec Jonatana, nie rozumie nie tylko swojego syna, ale i jego rówieśników. Zarzuca im bezideowość, życie dniem codziennym, pogoń za przyjemnościami, myślenie o sobie, a nie o wspólnocie (wspólnota to nie tylko kibuc, ale przede wszystkim Izrael), jakąś wewntętrzną słabość, miękkość, brak zdecydowania, roztkliwianie się nad sobą. Jolek należy do pokolenia pionierów, tych, którzy byli świadkami powstania państwa, o którym marzyli i o którego kształcie decydowali. Ma poczucie klęski: państwo wprawdzie powstało, ale pierwsze pokolenie urodzone w wymarzonej ziemi obiecanej jest nie takie, jak miało być. I to oni je takim stworzyli, chcąc im oszczędzić trudów, które sami ponosili. Jolek to kolejna ciekawa postać w tej powieści. Dawny lewicowy polityk, zasiadał w Knesecie, był ministrem jednego z rządów, teraz jest sekretarzem kibucu, który zakładał. Głosi zdecydowane poglądy, również na temat bieżącej polityki. Jest szanowany i podziwiany. Ale ma swoje drugie, domowe oblicze. Żona, przynajmniej chwilami, go nienawidzi, uważa, że zmarnowała przez niego życie. Takich wybuchów nienawiści, jakie od czasu do czasu prezentuje Chawa, dawno w literaturze nie spotkałam. Syn również ma do ojca pretensje i żal.

W powieści Oza aż roi się od nietuzinkowych, barwnych, niezwykłych, dziwacznych postaci. Niektóre poznajemy bliżej, inne zaznaczone są cienką, subtelną kreską, ale nawet  kilka informacji sprawia, że bohater żyje, jest postacią z krwi i kości. Chciałabym tu jeszcze wspomnieć o Rimonie i Sruliku.

Rimona jest żoną Jonatana, cichą, uległą, spokojną. Ona jedna rozumie odejście swojego męża, nie rozpacza, bo wie, że tego potrzebował. Kiedy zechce, wróci. Godzi się ze światem, nie buntuje, przyjmuje to, co życie jej przynosi, także cierpienie i drugą miłość. Chce wszystkimi się opiekować i wszystkim pomagać. Swoją uległością może drażnić i irytować. Przez większość traktowana jest pobłażliwie lub wręcz niechętnie jako osoba trochę dziwna, może nawet niespelna rozumu. Ale Rimona, trochę duże dziecko, ma swoją wrażliwość, mądrość i głębię. Słucha muzyki, szczególnie Bacha, i jest zafascynowana życiem wielodzietnej rodziny kompozytora. Może tu tkwi klucz do tej postaci? Rimona mówi o nich:

" Pani Bach, z tymi dziećmi na głowie, nie miała czasu, żeby się nim zajmować. Na pewno musiał pomagać w praniu i gotowaniu, pożyczać pieniądze, kupować węgiel, bo to działo się zimą, w Niemczech. Było mu bardzo ciężko, a jednak czasami udało mu się wyrazić tak intensywną radość."

Może tu tkwi remedium na niepokoje Jonatana i Azarii? Może tylko od naszej woli i samozaparcia zależy, czy mimo codziennej rutyny, w którą jesteśmy uwikłani, uda  się stworzyć coś, spełnić przynajmniej cząstkę marzeń i nie dać się przyziemnej egzystencji?

I jeszcze Srulik, z pokolenia pionierów, przyjaciel Jolika, wiecznie w cieniu innych, na drugim planie, samotny. Zastanawia sie nad przemijającym czasem i nad tym, czy nie zmarnował życia. czy mógł je przeżyć inaczej? Nie bardzo rozumie ludzi, ale przygląda się im z życzliwością, nawet jeśli nie pochwala ich wyborów. Tacy jesteśmy, trudno, trzeba się z tym pogodzić, zdaje się myśleć. Kiedy trzeba będzie, przejmie odpowiedzialność za kibuc i ku swojemu zdumieniu nauczy się decydować. W pierwszej części powieści nieco w cieniu, w masie innych postaci, w drugiej wyrasta na jednego z ważniejszych bohaterów. To jego dziennik, który poznajemy w drugiej części, jest źródlem refleksji o życiu, cierpieniu, istocie zła, przemijaniu, rutynie, powtarzalności, rozpadzie. I chociaż w takiej wyliczance brzmi to banalnie, banalne nie jest. Czy istnieje miłość? Jak jest możliwa, skoro wszystko stoi z nią w sprzeczności? Skoro krzywdzimy siebie i nienawidzimy? Jak złagodzić ból istnienia: samotnością czy ekstazą? Oto pytania, które stawia sobie Srulik i chyba nie tylko on.

Kończę ze świadomością, że nie wyczerpałam tematu i nie odkryłam calego bogactwa i mądrości powieści Amosa Oza. Jak zawsze raczej smutnej, niż wesołej, melancholijnej, niż pogodnej, ale dotykającej spraw najważniejszych. A symbolem smutku i melancholii jest deszcz padający na spowity w ciemności kibuc.  

Popularne posty