Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty

Amos Oz "Może gdzie indziej"

Kolejna książka mojego ulubionego Amosa Oza. Trochę czekała na swoja kolejkę, tymczasem na półce leży jeszcze jedna, a w księgarni następna, świeżo wydana. "Może gdzie indziej" (Cyklady 2010; przełożył Leszek Kwiatkowski) to jedna z pierwszych powieści pisarza, napisana w roku 1965. Jej akcja toczy się w kibucu znajdującym się tuż nad granicą może syryjską, a może libańską, gdzieś niedaleko Jeziora Tyberiadzkiego. Pisarz niewątpliwie wykorzystał w niej swoje doświadczenia, bo w jednym z kibuców mieszkał wiele lat. Powieściowy kibuc jest pięknie położony w zielonej dolinie wśród majestatycznych gór. Ta perspektywa jest tu bardzo ważna. Majestatyczne, niezmienne sięgające nieba góry były tu od zawsze. Zielona dolina zmieniała się: raz zamieszkiwali ją Arabowie, raz Żydzi, przed wiekami jej gospodarzami były tylko zwierzęta. A góry trwają i trwać będą, niewzruszone, poszarpane, dzikie, chaotyczne, wolne. Co innego kibuc. Wydarty naturze, powstał z niczego dzięki ciężkiej pracy pionierów-entuzjastów. Ma porządkować świat, doskonalić go. Panuje w nim porządek, nie ma chaosu, jest symetria. Porządek rozciąga się nie tylko na schludne otoczenie, również na ludzi. Tu każdy zna swoje miejsce, każdy ma wyznaczone zadania. To rada kibucu decyduje o tym, kto do jakiego zadania zostanie przeznaczony. Kto będzie pracował w polu, kto prowadził ciężarówkę, kto gotował w stołówce, kto uczył, kto opiekował się dziećmi w dziecińcu. Dzień kibucników wypełnia ciężka praca, ale jest też czas na rozrywki. Przywiodły ich tu ideały. Wiara, że można wspólnie pracować, dzielić się owocami pracy, pomagać sobie. Idealny świat? Kto zna twórczość pisarza, domyśla się, że to pozory, wszak Amos Oz nie pisze przecież o świecie szczęśliwym, o szczęśliwych ludziach, o szczęśliwych rodzinach.

Kiedy przyjrzeć się bliżej kibucowemu mikrokosmosowi, zauważymy rysy na tym idealnym rysunku. Bliskość granicy oznacza bliskość wroga. Dlatego od czasu do czasu niebo przecina huk wojskowych samolotów. Czasem nocną ciszę przerywają strzały. Czy to tylko przechwałki, czy zapowiedź ataku? Stale trzeba być czujnym, gotowym stawić czoła wrogowi. W przeszłości zdarzały się ataki, które zebrały śmiertelne żniwo. Wróg to oczywiście Arabowie. Większość ich nienawidzi, nawet dzieci bawią się w wojnę. Tylko nieliczni, wśród nich jest Ruwen, nauczyciel i poeta, wierzą, że możliwe jest pojednanie, dostrzegają we wrogu człowieka. Ale to nie jedyne zmartwienie kibucników. Coś złego dzieje się z kibucową młodzieżą. Efektów nie przynosi wychowanie: ani rodzicielskie, ani szkolne, ani kibucowe. Jest w niektórych młodych chłopakach cynizm i jakaś dziwna, bezmyślna agresja, chęć niszczenia, destrukcji. Za nic mają sobie wszelki autorytet, drwią z kibucowych mędrców. Dlaczego tak się dzieje? Może z nudów, bo jest im za dobrze? Może drażnią ich kibucowe ideały? Może już w nie nie wierzą, jak wierzyli ich rodzice? A może ich cynizm wziął się z obserwacji tego, co dzieje się między sąsiadami, w ich rodzinach?

U źródeł ruchu kibucowego były ideały, ale ludzie są tylko ludźmi, nigdzie nie są wolni od słabości, błędów, wszędzie dopadnie ich nieszczęście. Także tu. W dodatku w tym mikroświecie wszystko widać jak na dłoni, niczego się nie ukryje, wieści szybko się rozchodzą, stugębna plotka święci swoje triumfy. Kogoś przed laty opuściła żona. Uciekła z kuzynem i wyjechała za nim do Niemiec. Mężczyzna nie może żyć długo sam, ale dlaczego ukojenia szuka w ramionach mężatki? Może dlatego jego nastoletnia córka zamiast szukać towarzystwa rówieśników, wdaje się w romans z dorosłym mężczyzną, który mógłby być jej ojcem? Sporo tu nieszczęśliwych ludzi. Samotnych, porzuconych, zranionych, osieroconych, owdowiałych, zmagających się z upływem czasu, z utratą urody, siły. Zawiedzionych i rozczarowanych. Gdzieś pod powierzchnią tlą się konflikty pomiędzy przybyszami z Niemiec a tymi z Europy Wschodniej. Jedni gardzą drugimi, choć nikt nie mówi o tym głośno. Spokój mąci przybysz z Niemiec, obcy. Niby przyjechał  tu w odwiedziny do swojego brata, niby chce skleić na nowo jego rodzinę przeżywającą kryzys. Ale czy jego intencje rzeczywiście są dobre? Kim jest? Czego chce? Dlaczego niektórzy się go boją? Źle czują się w jego obecności? Dlaczego tak ciąży im ta wizyta? To postać bardzo niejednoznaczna, także dlatego, że ma w sobie coś nierzeczywistego. Jakby wiedział więcej, jakby kpił sobie z ludzi, jakby wodził ich na pokuszenie, jakby toczył z nimi grę, siłował się i mocował. Kto zwycięży?

Może to wszystko brzmi banalnie niczym jakieś tanie romansidło, ale kto zna twórczość Amosa Oza, ten wie, że takie nie jest. Jak zwykle obok warstwy realistycznej mamy też tę drugą: oniryczną, filozoficzną, metafizyczną. Sporo tu snów, dziwnych monologów, wizji. Nie wszystko daje się jednoznacznie i łatwo zinterpretować. Ale przede wszystkim, jak zawsze u pisarza, jest kilka pełnokrwistych postaci. Trochę dziwnych, trochę smutnych, trochę na życiowym zakręcie. Po prostu to kolejna książka Amosa Oza. Nie stawiam jej wśród moich ulubionych (wymieniam w przypadkowej kolejności, bo naprawdę nie potrafię rozstrzygnąć, która jest tą naj: "Mój Michael", "Opowieść o miłości i mroku", "Fima", "Sceny z życia wiejskiego" i "Zrozumieć kobietę", ustawiana przeze mnie ociupinkę niżej od tej złotej czwórki), ale ma swoje miejsce w drugim szeregu. Amos Oz należy do tych pisarzy, po których można sięgać w ciemno. Ja nigdy się na nim nie zawiodłam, a przeczytałam prawie wszystko, co w Polsce wyszło. Przynajmniej warto spróbować. Zachęcam. Może pierwsza jego książka stanie się początkiem kolejnej czytelniczej przygody? Tak było ze mną.

Raja Shehadeh "Palestyńskie wędrówki"

Jeśli miałabym zwięźle scharakteryzować "Palestyńskie wędrówki" Raja

Shehadeha (Karakter 2011; przełożyła Anna Sak) użyłabym dwóch epitetów: to książka piękna i smutna. Dlaczego? Zaraz objaśnię, ale najpierw parę słów o autorze i o tym, czym są "Palestyńskie wędrówki", o których ostatnio trochę się mówiło, ponieważ książka znalazła się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego a z tej okazji pisarz gościł w Polsce. Kim jest Raja Shehadeh? To palestyński prawnik, działacz organizacji Al-Hak zajmującej się prawami człowieka i pisarz. Mieszka w Ramallah na Zachodnim Brzegu. Tyle suche fakty. Po przeczytaniu jego książki mogę powiedzieć o nim jeszcze i to, że jest człowiekiem wrażliwym na piękno krajobrazu, miłośnikiem pieszych wędrówek i palestyńskim patriotą. Patriotą? To oczywiście prawda, ale nie brzmi dobrze, słowo jest oficjalne i jakoś wyświechtane. Myślę, że o wiele lepiej będzie napisać, że jest zakochany w swoim kraju, szczególnie w jego pięknie. Książka jest zapisem siedmiu wędrówek odbytych w samotności lub towarzystwie żony czy przyjaciół na przestrzeni ponad ćwierćwiecza. To krótkie spacery w najbliższych okolicach Ramallah i dalsze aż do Jerycha czy do Morza Martwego.

Shehadeh maluje przed czytelnikiem piękno surowego krajobrazu Zachodniego Brzegu. Piaszczyste i skaliste wzgórza mieniące się różnorodnymi barwami, wadi (doliny) i uedy (chyba wąwozy), palestyńskie wioski okalające pagórki, samotne, kamienne domy zwane kasr, drzewa oliwne, pola cyklamenów, źródła tryskające spod ziemi, stare klasztory. Uważnie i z miłością przygląda się okolicy, dostrzega każdy detal, którego powierzchowny, niewrażliwy na piękno obserwator najprawdopodobniej by nie zauważył. Napawa się zmianami, jakim podlega przyroda wraz z przemijającymi porami roku. Lubi usiąść w odludnej okolicy i zadumać się. Wspomina przeszłość, poprzednie wędrówki, sięga pamięcią aż do dzieciństwa, do opowieści o krewnym, Abu Aminie, który część roku spędzał w wybudowanym przez siebie kamiennym domu. Prawda, że brzmi sielankowo? Gdyby tak było, to charakteryzując książkę, użyłabym tylko jednego epitetu: piękna. Niestety musiałam posłużyć się i drugim: smutna.

Kto chociaż trochę interesuje się Bliskim Wschodem, a szczególnie skomplikowaną kwestią izraelsko-palestyńską, ten być może domyśla się, skąd smutek. Sielski obrazek nakreślony w poprzednim akapicie to niestety  przeszłość, do której nie ma powrotu (no chyba że za setki czy tysiące lat, bo, jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie). Odkąd Izrael zaczął budować na Zachodnim Brzegu osiedla dla osadników, w tym pięknym, biblijnym krajobrazie  zachodzą nieodwracalne, bolesne zmiany. Autor ze złością, smutkiem i rozpaczą dokumentuje degradację wzgórz. Izraelskie buldożery wdzierają się w ziemię, ścinają wierzchołki pagórków, wyrównują, niwelują teren, bezpowrotnie niszczą skalną fakturę pagórków, burzą kasry, a wszystko po to, aby wybudować rozlewające się po okolicy niczym macki betonowe osiedla otoczone wysokimi murami. Skoro powstały izraelskie osady, trzeba połączyć je między sobą, a przede wszystkim z Izraelem tak, aby osadnik szybko mógł dojechać do Tel Awiwu czy Jerozolimy. Dlatego buduje się autostrady. To wszystko nie tylko szpeci krajobraz, raniąc go niemiłosiernie, ale niszczy życie Palestyńczyków. Osiedla i drogi osaczają wioski, bezdusznie dzielą teren, utrudniając lub wręcz uniemożliwiając dotarcie do sąsiedniej osady lub na własne pole. To, co kiedyś było łatwe, teraz staje się niezwykle trudne lub wręcz niemożliwe. Bywa, że dotarcie do miasta czy sąsiedniej wioski, które kiedyś zajmowało tylko kwadrans, teraz wydłużyło się do godziny lub godzin. Mury i autostrady, po których nie wolno poruszać się Palestyńczykom, tak skutecznie posiekały teren, że podróżując, trzeba nadkładać drogi. Pola leżą odłogiem, rolnicy tracą źródło utrzymania, dlatego bardzo często, o paradoksie, zatrudniają się przy budowie osiedli czy dróg. Ulubione wędrówki autora są coraz trudniejsze, ale nie tylko z powodów, o których przed chwilą pisałam. Z czasem na wzgórzach pojawiło się coraz więcej uzbrojonych patroli izraelskich i palestyńskich. Spotkania z nimi są najczęściej bardzo nieprzyjemne. W skrajnych przypadkach mogą skończyć się zatrzymaniem lub nawet śmiercią.

Raja Shehadeh demaskuje mechanizmy, rozmaite kruczki prawne albo wręcz bezprawne, które doprowadziły do powstania pierwszych izraelskich osiedli. Opisuje pokojową, prawniczą walkę, którą długo prowadził w sądach w imieniu swoich klientów bezprawnie wywłaszczanych z ziemi często należącej jeszcze do ich przodków. Długo wierzył, że na drodze prawnej może zatrzymać zmiany. Swoją walkę niestety przegrał. Zniechęcony azyl i odtrutkę na zło, które się dokonuje, znalazł w pisaniu. Autor oskarża nie tylko Izrael. Uważa, że OWP (Organizacja Wyzwolenia Palestyny) podpisując porozumienia z Oslo, w imię palestyńskiej autonomii zawarła zgniły kompromis pozwalający Izraelczykom na budowę osiedli. Tym samym podpisała wyrok śmierci na pięknie tej ziemi. Shehadeh uważa, że działacze OWP pozostający na emigracji nie rozumieli powagi problemu. Nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji budowy izraelskich osiedli. Cóż z tego, że wybudują, cóż z tego, że zamieszkają, słyszał wielokrotnie od swych rodaków powracających z wygnania. Autor pokazuje, jak palestyńskie elity zachłysnęły się świeżo otrzymaną władzą, pozostając obojętne na degradację życia swoich rodaków i niszczenie pięknego krajobrazu.

Oczywiście pisarz ma za złe Izraelczykom to, co robią z jego krajem i jego narodem, ale jednocześnie nie pała do nich ślepą nienawiścią. Opisuje swoje przypadkowe spotkania z mieszkańcami izraelskich osad i ze zdziwieniem zauważa, że i oni zdążyli pokochać tę ziemię. Bardzo często zresztą, szczególnie młodzi, nie rozumieją, na czym polega problem. Od małego karmieni syjonistyczną ideologią żyją w przeświadczeniu, że Palestyna od czasów biblijnych należy tylko do nich.

O "Palestyńskich wędrówkach" słyszałam, kiedy tylko się ukazały. Długo zwlekałam z ich kupieniem i przeczytaniem, może nawet nie bardzo miałam na to ochotę. Teraz uważam, że popełniłam błąd. To naprawdę bardzo ciekawa i poruszająca książka, pokazuje drugą stronę medalu, gordyjski węzeł izraelsko-palestyński. Tylko jedna uwaga: na pewno nie jest to pozycja dla tych wszystkich, którzy wzdrygają się na widok długich opisów, niecierpliwie je przerzucając. Książka palestyńskiego autora składa się przede wszystkim z opisów: pięknych i subtelnych.

I na koniec jeszcze dwie osobiste uwagi. Dokładnie rok temu podróżowałam po Izraelu. Z oczywistych względów nie zwiedzałam Zachodniego Brzegu. Byłam tylko tam, gdzie stosunkowo łatwo się dostać: w Betlejem i Jerychu. Zachwyciłam się Pustynią Judzką. Wydała mi się piękna. Jechałam jedną z dróg, które opisuje Shehadeh. Myślałam, że poruszam się starą biblijną drogą prowadzącą z Jerozolimy do Jerycha. Okazuje się, że byłam w błędzie. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że prawdopodobnie oglądam krajobraz, który kiedyś wyglądał jeszcze piękniej. Nie mając porównania z przeszłością, nie potrafiłam dostrzec śladów degradacji.

Uwaga druga. Cały czas podczas lektury książki towarzyszyła mi niewesoła refleksja o szerszym charakterze. Chodzi o kaleczenie i degradację naszego, polskiego krajobrazu. Bezładna zabudowa, brak planów zagospodarowania, zabudowywanie terenów zielonych, dom stawiany na domu, tak blisko siebie, że sąsiedzi bez trudu mogą zaglądać sobie do mieszkań, grodzone osiedla, koszmarne budynki, jakieś paskudne budki (te przynajmniej nie są trwałe i stosunkowo łatwo można by się ich pozbyć). Mogłabym tak jeszcze długo wyliczać wszystkie zbrodnie popełniane przez architektów, urbanistów, deweloperów, inwestorów, burmistrzów, prezydentów i urzędników na naszych miastach i innych terenach. To coś, co boli mnie bardzo, dotyka i nie daje spokoju. I nie robi nam tego żaden wróg, sami sobie niszczymy nasz kraj. Tą niewesołą i z lekka patetyczną refleksją kończę dzisiejszy wpis.


"Zapiski z Toskanii" Abbasa Kiarostamiego

Obejrzałam właśnie "Zapiski z Toskanii" cenionego irańskiego reżysera Abbasa Kiarostamiego. W Polsce nie mieliśmy wielu okazji, aby poznać  jego bogaty dorobek, ja widziałam tylko "Bilety", które, jak sobie przypominam, dość mi się podobały, nie będę więc się wymądrzać i udawać znawczyni. Dystrybutor zupełnie zmienił tytuł oryginału, który brzmi "Copie conforme" i nie trzeba znać włoskiego, aby wiedzieć, że Toskanii tam nie ma. Zapewne ten zabieg oraz Juliette Binoche w roli głównej mają zmylić potencjalnych widzów i przyciągnąć ich do kin. Kto zwiedziony Toskanią wyobrazi sobie, że dostanie coś na kształt masowo ostatnio wydawanych książek, których akcja rozgrywa się w tym pocztówkowo pięknym regionie Włoch, zawiedzie się srodze. Gorzej, że zawieść się może również taki widz jak ja. Wprawdzie hołdując wymyślonej przeze mnie zasadzie im mniej tym lepiej, co należy tłumaczyć im mniej wiesz o treści filmu, zanim go obejrzysz, tym większą przyjemność może ci sprawić, nie przeczytałam nic, ale byłam świadoma, że idę na film irańskiego reżysera. Nie o to więc chodzi, że nie dostałam pięknych widoczków i o tym, że akcja częściowo rozgrywa się w jednym z moich ulubionych toskańskich miast, Arezzo, dowiedziałam się z dialogu. Nie w tym rzecz, że dwoje bohaterów, kobieta i mężczyzna, włóczą się cały dzień i gadają. Nie, przyczyna mojego rozczarowania jest prozaiczna: po prostu film wydał mi się pretensjonalny i banalny. Pretensjonalne są spekulacje wokół tematu, czy kopia może być równie wartościowa co oryginał, a banalne rozważania na temat związków: że z czasem uczucie powszednieje, a człowiek jednak potrzebuje bliskości, zainteresowania i oparcia, że gdzieś tracimy dawne ideały i tak dalej, i tak dalej. A wszystko to podlane artystycznym sosem, ściślej artystyczną zagadką nie do rozwiązania, której z oczywistych względów nie zdradzę. Nie da się uciec od porównania "Zapisków z Toskanii" z dwoma moimi ulubionymi gadano-chodzonymi filmami: "Przed wschodem słońca" i "Przed zachodem słońca" Richarda Linklatera (szczególnie ten drugi jest mi bardzo bliski) tym bardziej, że temat podobny. W tamtych była prawda, w tym jest artystyczna sztuczność i może dlatego prawda zamienia się w banał. Nie mogę powiedzieć, żebym się nudziła. Na pewno przyjemność stanowi obserwowanie świetnej Juliette Binoche. Jest też kilka kapitalnych scen, takich drobnych obserwacji. Myślę tu o odczycie czy pięknie sfotografowanej scenie jazdy samochodem, kiedy w szybie odbijają się jednocześnie twarze gadających bohaterów i mijane krajobrazy. To wszystko jednak za mało. Szkoda. Jednym słowem można sobie darować.

"Wstyd" Steva McQueena. Przejmujący.

Dziś będzie o "Wstydzie". Nie wiem, czy to przypadek, czy celowa polityka dystrybutora, ale tydzień po tygodniu zbiegły się premiery dwóch filmów o podobnej tematyce. Oczywiście myślę o "Sponsoringu" Szumowskiej i wspomnianym "Wstydzie" McQueena. Łączy je podjęcie tematu ludzkiej seksualności. Na tym podobieństwa się kończą. Tamta historia dotyczy kobiet, ta mężczyzny. Tamta pozostawiła mnie obojętną, ta przejęła. Niezwykle smutny, melancholijny film (bardziej smutny), chwilami przykry. Na szczęście obejrzałam "Wstyd" w moim ulubionym kinie, bez dresiarzy i bez popcornu, więc obyło się bez chichotów i głupich komentarzy. A okazji ku temu pewnie by nie brakowało, bo wiele tu bardzo mocnych i trudnych do zniesienia scen erotycznych. Wszystkie jednak są konieczne. Tylko tak możemy poznać i zrozumieć głównego bohatera, Brandona. Więcej zdradzać nie zamierzam. Niech niezdecydowanym wystarczy to, co napisałam plus deklaracja, że przyłączam się do tych, którzy uważają, że jest to kino bardzo dobre. Więcej refleksji w ciągu dalszym, jak zwykle dla tych, którzy "Wstyd" już widzieli. Zapraszam.

Tym razem konsekwentnie unikałam czytania i słuchania wywiadów z reżyserem, komentarzy, dyskusji i recenzji (do tych ostatnich w zasadzie nie zaglądam nie tylko przed obejrzeniem filmu, ale aż do momentu opublikowania notki w blogu). Wobec tego udało mi się zachować świeżość spojrzenia i z zainteresowaniem śledzić losy nieszczęsnego Brandona.

Dawno już nie widziałam tak smutnego filmu! Główny bohater to singiel, egoista i seksoholik. Trudno powiedzieć, co tu jest skutkiem, a co przyczyną. Nie znamy jego historii. Śledzimy kilka zwykłych, a potem dramatycznych dni z jego życia. W każdym razie, kiedy go spotykamy na ekranie, widzimy dobrze sytuowanego nowojorczyka, pracującego w jakiejś korporacji gdzieś w jednym z drapaczy chmur na Manhatanie, który po pracy, w swoim minimalistycznym, eleganckim, ale zimnym mieszkaniu oddaje się nieustającej seksualnej orgii: dziwki, przypadkowe dziewczyny, seks wirtualny, pornografia, a kiedy i to nie wystarcza, masturbacja. Nie odbiera telefonów, a jedynymi gośćmi w jego mieszkaniu są wspomniane przed chwilą panienki. Wydaje się, że poza pracą interesuje go tylko jedno: seks. Seks, który stał się obsesją, uzależnieniem, nałogiem. Kiedy zauważy w metrze dziewczynę, która go zainteresuje, nie potrafi się oprzeć. Wybiegnie za nią, a gdy straci z oczu, będzie niepocieszony. To znakomita scena: od spojrzeń, najpierw przypadkowych, potem coraz bardziej natarczywych, do nerwowych poszukiwań. Gra toczy się między obojgiem. Dziewczyna też zerka, czuje, że jest obserwowana, zakłada nogę na nogę, odsłaniając zgrabne udo. Czujemy jej skrępowanie, kokieterię i jego obsesyjną nerwowość naznaczoną pożądaniem, kiedy rzuca się w pogoń za nieznajomą z obskurnego wagonu metra i nerwowo rozgląda wokół siebie. Brandon ma spokojną, sympatyczną, ale nieprzeniknioną twarz świetnego Michaela Fassbendera. Ot, przystojny, dobrze ubrany, zadbany mężczyzna. Może dlatego nikt nie zna jego sekretu, którego on się wstydzi i skrzętnie ukrywa. Czym innym, w jego pojęciu, jest zwykły podryw w knajpie, nawet jeśli robi to jego żonaty i dzieciaty kolega, czy przypadkowy numerek, a czym innym seksoholizm, z którego Brandon doskonale zdaje sobie sprawę. Tamto dla ludzi, wśród których się obraca, jest normą, to czymś odrażającym i dlatego wstydliwym. Czy właśnie z powodu tej przypadłości chce mieć święty spokój i nie wpuszcza nikogo poza dziwkami do swego mieszkania, z którego uczynił jaskinię rozkoszy, chciałoby się napisać, ale ostatecznie trudno ten rodzaj seksu rozkoszą nazwać? Nie wiem, czy seksoholizm tak degraduje, na ten temat musiałby zabrać głos specjalista. A może samotniczy tryb życia to także efekt tego, że jest singlem i egoistą? (Chcę być dobrze zrozumiana: nie uważam, aby każdy singiel był wygodnym egoistą.)

Kiedy już z lekka zaczynałam się niecierpliwić monotonią tego, co na ekranie, i zastanawiać, czy coś się tu jeszcze zdarzy, nieoczekiwanie w życie Brandona wkroczyła jego poturbowana uczuciowo siostra, Sissy. Nie od razu orientujemy się, kim jest blondynka pod prysznicem, która tak bardzo go przestraszyła. Kiedy wcześniej kilkakrotnie nękała go telefonami, a on konsekwentnie ją ignorował, raczej przypuszczałam (bądźmy szczerzy, byłam pewna), że to jakaś stęskniona dziewczyna, od której on się opędza. Sissy też jest singielką. Tak jak on uzależniony jest od seksu, tak ona od  uczuć. On seks może kupić, ona łkając, błaga o uczucie. Najpierw kogoś, kto ją najprawdopodobniej porzucił, potem żonatego kolegę brata, który ją poderwał. Sissy burzy tryb życia Brandona. Ma jej dość, początkowo ją toleruje, potem chce się jak najprędzej pozbyć. Tym bardziej, że siostra przypadkowo (nietrudno o to, kiedy mieszka się razem na tak małej powierzchni) odkrywa jego tajemnicę. Oczywiście nie poznaje całej prawdy, ale to, co widzi zaczyna ją przerażać. A jego drażni jej postępowanie: to, że narzuca się wspomnianemu przed chwilą koledze. A tak na marginesie warto zauważyć, że to do niej Brandon ma pretensje, jemu żadnych wyrzutów nie czyni. Czy tylko dlatego, że to jego szef?

Wizyta Sissy staje się katalizatorem. Brandon próbuje się zmienić. W rozpaczliwym amoku wyrzuca z domu wszystkie ukryte pisemka, kasety, płyty, nawet laptop. Jest tego kilka foliowych worów! Może od dawna tego chciał, a obecność siostry była doskonałym pretekstem? Umawia się na randkę z atrakcyjną koleżanką z pracy. Oboje czują się skrępowani. On pewnie dlatego, że to dla niego sytuacja niezwykła. Od razu widać różnicę oczekiwań: on stanowczo oświadcza, że związki go nie interesują, ona jest zdziwiona i chyba rozczarowana. Mimo wszystko Brandon próbuje, ale okazuje się, że nie potrafi zbliżyć się do dziewczyny, która oczekuje odrobiny więcej niż przygodny, ostry seks. To przejmująca scena. Oboje nieszczęśliwi i samotni. Ona odtrącona, on wściekły(?), rozczarowany(?), zrezygnowany(?), zrozpaczony(?). Na pewno przegrany. Nie udało się, poniósł porażkę.

Mimo że Brandon to skupiony tylko na sobie, nieczuły na problemy innych egoista i seksoholik, budzi moje współczucie. Kiedy widzę, jak bardzo się męczy, jak próbuje zerwać z nałogiem, może nie po raz pierwszy, jak się wstydzi, jak wreszcie upada, żałuję go, nieszczęśliwego i przeraźliwie samotnego. Seksualna orgia, jakiej odda się po awanturze z siostrą i nieudanej randce, będzie jak droga do zatracenia. Najpierw buńczuczny i wulgarny podryw jakiejś dziewczyny spotkanej w barze, potem, poturbowany przez jej zdumionego i wściekłego chłopaka, zstępuje niczym do piekieł do podziemi, w których mieści się klub gejowski, prawdziwy lupanar, wreszcie seks w jakimś burdelu(?). Rozpaczliwy, ostry, męczący, jakby chciał się zatracić na śmierć, do granicy bólu, który ma wypisany na twarzy. Coraz szybciej, coraz mocniej, w coraz bardziej wyszukanych pozycjach, a i tak nasycić się nie sposób. Kiedy jedzie tym co zawsze brudnym wagonem metra, nie jest już eleganckim, budzącym zainteresowanie mężczyzną. W dresie, złachany, pokrwawiony, wykończony może budzić tylko współczucie, litość (to w nas, widzach) i ewentualnie odrazę (we współpasażerach).

Smutek i rozpacz bijące z ekranu podkreślają chłodne kolory, takież wnętrza, pobazgrany wagon metra, także muzyka. Nawet Nowy Jork nie ma tu uroku znanego z filmów Woody Allena, miłośnika tego miasta. Czy Brandonowi się uda? Czy zmieni go samobójcza próba siostry? Czy znowu poniesie klęskę? Nie wiemy (pewnie specjalista powiedziałby, że bez terapii sobie nie poradzi). Ostatnia scena, kiedy przemoknięty, zrozpaczony Brandon szlocha w strugach deszczu na pustym, brzydkim placu (parkingu?), może być równie dobrze sceną katharsis, co sceną rozpaczy i bezsilności.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to ewentualnie do samobójstwa Sissy, które było rozwiązaniem przewidywalnym i trochę banalnym (ale przecież nie nieprawdopodobnym). To jednak drobiazg. Świetny, smutny, poruszający film, obraz upadku i męki człowieka pogrążonego w duchowej pustce. Dlatego musiał być tak dojmująco przykry.

Popularne posty