Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niespełnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niespełnienie. Pokaż wszystkie posty

Zadie Smith "Londyn NW"

Dziś o najgłośniejszej albo najgorętszej, że użyję tego wyświechtanego przez językową modę określenia, premierze późnej wiosny, "Londyn NW" Zadie Smith (Znak 2014; przełożył Jerzy Kozłowski). Powieść zapowiadana i wyczekiwana, i bardzo szybko okrzyknięta przez polskich recenzentów wydarzeniem. Ja w każdym razie nie spotkałam się z głosami krytycznymi (myślę tu o zawodowych krytykach, bo już po napisaniu tej notki, a jeszcze przed publikacją wysłuchałam audycji Poczytalni w TOK FM, gdzie została jednogłośnie schlastana przez uczestników dyskusji). Czy trzeba przypominać, kim jest Zadie Smith? Miłośnikom literatury na pewno nie, gdyby jednak zabłąkał się na tę stronę jakiś miłośnik, który nic o niej nie wie, informuję, że to brytyjska powieściopisarka o jamajskich korzeniach. Jej prozatorski debiut, "Białe zęby", narobił przed laty dużo szumu. Odtąd każda powieść, a pisze niewiele (ta jest czwarta), witana jest entuzjastycznie, a autorka to już uznana marka w literackim świecie. Wychowała się w owym tytułowym i tajemniczo brzmiącym Londynie NW, czyli w robotniczej, północno-zachodniej dzielnicy. NW to po prostu kod pocztowy. Można śmiało powiedzieć, że Zadie Smith pisze o miejscu i ludziach, które doskonale zna. Czytałam "Białe zęby" i "O pięknie", było to jednak na tyle dawno, że nie ośmielę się dzisiaj do nich odwoływać. W każdym razie podobały mi się na tyle, że autorce jestem wierna, chociaż ominęłam "Łowcę autografów", dziś już nie pamiętam dlaczego.

Zadie Smith to autorka, o jaką na próżno na naszym literackim poletku upominają się niektórzy krytycy. Łączy w swojej twórczości świetnie opowiedzianą i skonstruowaną historię z tą wartością dodaną, dzięki której powieść otrzymuje przepustkę do działu literatury bardzo dobrej, ambitnej. Jednym słowem zadowoli różne literackie gusta i te najprostsze, i te domagające się czegoś więcej. Rzeczywiście książki Zadie Smith czyta się znakomicie, jak się zacznie, to trudno się oderwać. Na plażowe wakacje nadaje się jak najbardziej. Tak jest też z jej najnowszą powieścią. To historia czworga trzydziestolatków urodzonych i wychowanych w tytułowym Londynie NW, niegdyś dzielnicy robotniczej, później zamieszkanej też przez ludzi o rozmaitych odcieniach skóry. W Londynie gorszym, z gorszymi szkołami, a jednocześnie będącym kulturowym tyglem. Tacy są bohaterowie tej powieści. Leah, jedyna wśród nich biała, jej przyjaciółka Keisha a właściwie Nathalie, Felix i Nathan. Łączy ich sąsiedztwo i szkoła, którą kończyli. Szkoła, do której nikt, kto myśli z troską o przyszłości swoich dzieci i dysponuje jakąś gotówką, nie posłałby swojego potomstwa. Jeśli, czytelniku tej notki, pomyślisz sobie w tym momencie, że łatwo zgadnąć, co dalej, to muszę przyznać, że się nie mylisz. Tak, tak, będzie to opowieść o tym, na ile pochodzenie determinuje los człowieka. Tak, zgadłeś, jednym się powiodło, inni walczą, jeszcze inni spadli na samo dno. Nie traktowałabym jednak tego jak zarzut, bo w końcu wszystko już było, a literatura od zawsze przecież żywi się powtarzalnymi motywami i tematami. Jest to zresztą temat  istotny, egzystencjalna zagadka. Dlaczego ktoś osiąga sukces, a ktoś ma wiecznego pecha, a jeszcze ktoś mimo talentów i powodzenia u dziewczyn sięga dna. W powieści Zadie Smith nakładają się na to problemy rasowe. W kosmopolitycznym Londynie niełatwo wybić się komuś o ciemnym kolorze skóry, o ile nie urodził się w dobrej dzielnicy. Zła dzielnica i kolorowa skóra to piętno podwójne. A jednak Nathalie się udało. Jak to osiągnęła, ile ją to kosztowało i jaką cenę płaci za swoje perfekcyjne, zaplanowane z ołówkiem w ręku życie, o tym między innymi opowiada ta powieść.

Jest jednak coś, co drażniło mnie w "Londynie NW". To do bólu przewidywalne i, chociaż prawdziwe, to jednak zbanalizowane, szczególnie przez literaturę popularną i prasę dla kobiet,  problemy obu przyjaciółek trzydziestolatek. Nie chcę wdawać się w szczegóły, aby nie zdradzać za wiele tym wszystkim, którzy powieści jeszcze nie czytali, napiszę więc ogólnikowo: niespełnienie zawodowe i osobiste, znudzenie codziennością, dylematy związane z macierzyństwem, rozczarowanie życiem, konflikty matka-córka, meandry kobiecej przyjaźni. Jakoś szeleściło mi to wszystko papierem. Czytając, myślałam sobie z lekkim zniecierpliwieniem, ojej, znam to. A przecież Doris Lessing potrafiła tak pisać o podobnych problemach, że ciarki po plecach chodziły, a książka dotykała do żywego i zmuszała czytelniczkę do bolesnej konfrontacji z sobą. Czytając Zadie Smith nic podobnego nie czułam. Nie wykluczam jednak, że niejeden, a właściwie niejedna, odnajdzie tu siebie.

Ale mimo tych zastrzeżeń warto sięgnąć po "Londyn NW". Może mniej ważne od tego co, ważniejsze jest jak. To jak jest rzeczywiście mistrzowskie. Znakomity zmysł obserwacji i literacki talent sprawiają, że nawet epizodyczni bohaterowie mają za sobą jakieś historie, coś ich gnębi, coś czują. Kilka stron, jakaś banalna rozmowa, a przed czytelnikiem rozwija się czyjeś życie. Były fragmenty, które czytałam z zazdrością, jaką odczuwam czasem, kiedy trafia mi się lektura tak sprawnie, z takim talentem podana. O Boże, myślę sobie, jak bym tak chciała. Jak bym chciała mieć taki językowy słuch, tak napisać dialog, tak paroma kreskami naszkicować postać z krwi i kości, z jej przywarami, kompleksami, lękami i obawami. Jak bym chciała umieć tak obserwować ludzi, słuchać ich rozmów, a potem przelać to na papier. Ale niestety nie umiem, dlatego piszę o książkach, a nie książki. Pod tym względem szczególnie podobał mi się rozdział poświęcony Felixowi. Jeden dzień z jego życia, wędrówka po mieście, kilka spotkań, kilka rozmów, a najlepsza chyba ta z chłopakiem, od którego chce kupić samochód. Przyjemność czytania.

Mimo zastrzeżeń polecam najnowszą powieść Zadie Smith. Portret północno-zachodniego Londynu, kalejdoskop postaci i problemów gnębiących współczesnych trzydziestolatków. Zresztą nie tylko ich.

"Co jest grane, Davis?"

Nareszcie amerykański film, który nie tylko mnie usatysfakcjonował, ale i pozwolił przejąć się losem bohatera, tytułowego Davisa. Nic dziwnego, wszak jego autorami są niezawodni bracia Coenowie. Nie będę udawać, że śledzę ich twórczość dokładnie, mam luki, nie wszystko widziałam, ale od jakiegoś czasu raczej nie opuszczam ich filmów. "Co jest grane, Davis?" przypomina "Poważnego człowieka". Nie jest ani tak absurdalny i śmieszny jak "Tajne przez poufne", ani tak bezwzględny w opisie świata jak "Fargo" czy "To nie jest kraj dla starych ludzi". To opowieść o codzienności, która przygniata. Kogo? Tytułowego Davisa usiłującego spełnić się w roli folkowego muzyka. Oczywiście opowiedziana w charakterystycznym dla Coenów stylu, dlatego znajdziemy tu groteskę, ironię, absurd. Film bywa śmieszny, ale dominują smutek i melancholia. Tyle we wstępie. A jeśli ktoś opowieść o Davisie już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Czy historię o pechowcu Davisie należy brać na serio? Czy mam prawo przejmować się jego losem? Oceniać postępowanie? Może to tylko bajka i zabawa? Takie pytania zadawałam sobie, oglądając najnowszy film Coenów. Sposób filmowania sprawia, że świat zatrzymany w kadrze przypominał mi ilustracje starych książek dla dzieci. Ładny, nieco tajemniczy i dziwny. Aż roi się od groteskowych, przerysowanych postaci. Tacy są Gorfeinowie (to, ci, którym zgubił kota), tacy są ich goście, taki jest agent Davisa i jego sekretarka. Typy jakby żywcem wyjęte z jakiegoś panoptikum! Za tym idą oczywiście absurdalne sytuacje czy zabawne dialogi. To wszystko sprawia, że widz może poczuć się zdezorientowany, bo filmowa opowieść o Davisie została wzięta w nawias. Ale nie dajmy się zwieść. Czy Woodego Allena nie traktujemy poważnie? A przecież kręci śmieszne filmy. Podobnie jest z Coenami. Dlatego poświęcę trochę uwagi głównemu bohaterowi.

Przyznam, że historia Davisa przejmuje mnie ogromnym smutkiem. Oczywiście rację będą mieli ci, którzy powiedzą, że sam ściągnął sobie na głowę przynajmniej część kłopotów. Jest roztargniony (dlatego ucieka mu kot), bałaganiarski (tak traci licencję marynarza), myśli tylko o tym, co teraz (tak pozbawia się tantiem z piosenki, która nieoczekiwanie staje się przebojem). Zgodzę się też z tymi, którzy powiedzą, że jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem. Romansuje z żoną przyjaciela. Jego związki z kobietami mają charakter przelotny. Nie chce wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Bywa też obcesowy i niemiły, potrafi ludzi traktować z góry. Na to wszystko zgoda. Ale już raczej nie przyklasnę tym, którzy twierdzą, że wszystkich wykorzystuje. To prawda, że sypia u znajomych, korzystając z ich gościnności albo na siłę się do nich wpraszając. Robi tak jednak dlatego, że dramatycznie brakuje mu pieniędzy. Davis jest folkowym muzykiem. Marzy o śpiewaniu, występach, nie chce się sprzedać, mierzi go uporządkowane, zwyczajne życie. Oczywiście można powiedzieć, trudno, chłopie, skoro nie muzyka nie przynosi ci pieniędzy, weź się do jakiejś roboty, weź odpowiedzialność za swoje życie. Jest jednak coś poruszającego w determinacji, z jaką stale próbuje utrzymać się na powierzchni. Wzrusza nadzieja, z jaką za każdym razem podchodzi do występu w podrzędnym klubie, gdzie może wystąpić niemal każdy.

Kiedy patrzyłam na boksowanie się Davisa z codziennością, przypominałam sobie takie dni, kiedy nic się nie udaje, tylko pech człowieka prześladuje. Problem w tym, że w jego przypadku to nie dzień, ale życie. Stara się, ciągle gdzieś gna, próbuje coś załatwić, a na koniec i tak jest w punkcie wyjścia. Znowu ten sam klub, znowu ta sama kanapa u Gofreinów. A po drodze nieudana wyprawa do Chicago, zgubiony kot, bijatyka. Nawet nie ma płaszcza, tylko kuli się z zimna w marynarce. Ale to, co w historii Davisa najsmutniejsze i najważniejsze, jest zaledwie delikatnie zaznaczone, półsłówkami, gestem, spojrzeniem. Ból po stracie przyjaciela, który kładzie się cieniem na jego życiu. Stracone złudzenia, bo nieoczekiwanie okazuje się, że Jean przespała się także z właścicielem klubu. Niewykorzystane okazje, bo brakuje odwagi albo wiary, że coś się jeszcze da naprawić. Ból istnienia. Jak długo jeszcze będzie próbował? Czy w końcu szczęście się do niego uśmiechnie? Czy podzieli los tych wszystkich, a nie jest ich wcale mało, którym nigdy się nie uda? Jest w historii pechowego Davisa prawda o życiu. I nieważne, czy marzysz, aby zostać artystą, czy twoje pragnienia są bardziej przyziemne. To film o tych, którzy tłuką głowa w mur. Dlatego taki smutny.


"Wielkie piękno"

W poprzednim wpisie wspominałam, że napiszę o "Wielkim pięknie" Sorrentiniego. To film meteor. Wydaje mi się, że miał wejść już jakiś czas temu, ale premierę przesunięto. A tu nagle okazało się, że zdobył Europejską Nagrodę Filmową w kilku (!) kategoriach (film, reżyseria, aktor, montaż), Złoty Glob dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego i, jakżeby inaczej, nominację do Oskara w tej samej kategorii. Złoty Glob i nominacja do Oskara mogą dziwić, bo to kino niekomercyjne, na pewno nie dla każdego (o czym lojalnie uprzedzam). Wskazuje się na podobieństwo do Felliniego, mówi się, że wyrasta z ducha jego kina. Ciekawość i wiara w to, że film może okazać się dużym przeżyciem, sprawiły, że poszłam na niego przed "Jackiem Strongiem", o czym w poprzedniej notce wspominałam. Zdradziłam też wtedy, że film Pasikowskiego pozostał ze mną, a wrażenia z "Wielkiego piękna" gdzieś się ulotniły. W kategoriach obiektywnych (czy takie istnieją?) oczywiście film Sorrentiniego jest lepszy. To inna półka i inna liga, pewnie nawet nie ma sensu zestawianie ich ze sobą, tak bardzo są różne (robię to tylko dlatego, że widziałam jeden po drugim). Ale kino to też, a dla mnie przede wszystkim, przeżycie, emocje. I tu włoski film przegrywa. Ma zachwycać, a jakoś nie zachwyca. Powiem precyzyjniej: kiedy oglądałam zachwycał (chociaż nie od razu, trzeba się wgryźć, oswoić), jednak im więcej czasu mija od seansu, tym wrażenia bledsze. Działa melancholijny nastrój, działa wiele niezwykłych scen, ale gdzieś ulatnia się cała mądrość, przesłanie pozostaje tylko na poziomie deklaratywnym. Kto się kinem interesuje, zobaczyć powinien, ale kto film traktuje przede wszystkim jako rozrywkę, może się znudzić. Akcji tu właściwie nie ma (główny bohater, starzejący się dziennikarz, snuje się po Rzymie, dyskutuje albo imprezuje), jest za to wiele dziwności i surrealistycznych scen, a wszystko przyprawione niewesołymi refleksjami o życiu i krytyką klasy próżniaczej. Tyle we wstępie, a po szczegóły zapraszam do części drugiej. Oczywiście tych, którzy film już widzieli.

Muszę szczerze wyznać, że początek mnie rozdrażnił. Boże, pomyślałam, przerost formy nad treścią! Kino bardzo artystyczne, nadmuchane i nabzdyczone! Przeestetyzowane. A tego naprawdę nie lubię! Poczułam, że dałam się twórcom filmu i recenzentom nabić w butelkę. Z czasem jednak wszystko zaczęło się krystalizować. Szereg początkowych luźnych, niepowiązanych ze sobą scen ustąpił wątłej, bo wątłej, ale jednak akcji. Na melancholijną historię starzejącego się dziennikarza, autora jednej powieści (ale za to głośnej), niespełnionego artysty patrzyłam z zainteresowaniem.

Jep coraz częściej podsumowuje swoje życie. Wraca wspomnieniami do czasów młodości, do rodzinnego miasteczka, do pierwszej miłości. Zastanawia się, dlaczego na zawsze pozostał autorem jednej powieści. Dlaczego nie napisał drugiej? Czy naprawdę tylko dlatego, że nie udało mu się dotknąć absolutu, doświadczyć tego tytułowego wielkiego piękna? A może po prostu zabrakło woli, talentu, pracowitości, konsekwencji? Mimo że na zawsze pozostał autorem jednej powieści, autorem niespełnionym, korzysta z tamtego sukcesu. Obraca się w towarzystwie artystów, dziennikarzy, zdeklasowanej, ale wciąż dumnej, arystokracji, przedsiębiorców i ludzi bogatych. Wszyscy oni prowadzą luksusowe, próżniacze, puste życie. Od przyjęcia do przyjęcia, od imprezy do imprezy, od łóżka do łóżka, od jednego artystycznego happeningu do drugiego. Są w tym jakoś podobni do Jordana Belforta, bohatera "Wilka z Wall Street". Tyle tylko, że  on jest biznesmenem, a oni artystami, on oszukuje, oni nie. Chociaż czy rzeczywiście? Nie kradną, to prawda, ale są artystyczną wyrocznią. Czy nie jest oszustwem wmawianie szarym konsumentom kultury, że jakiś humbug jest wielkim dziełem sztuki? Jak by tego jeszcze było mało, ich pozycja umożliwia nie tylko życie lekkie, łatwe i przyjemne, ale, co jeszcze bardziej irytujące i niesprawiedliwe, daje nieoczekiwane przywileje. Tylko oni dzięki rozmaitym koneksjom mogą podziwiać miejsca niedostępne, zwiedzać piękne pałace nocą, kiedy jest w nich pusto. Czy potrafią to docenić?  Jep chyba tak. Choć jest próżniakiem, cudownym starcem, budzi moją sympatię. Może dlatego, że potrafi być krytyczny wobec siebie i innych? Może dlatego, że jest świadom swojego próżniaczego życia? Może dlatego, że potrafi być przyjacielem? Może dlatego, że umie zdemaskować pseudo sztukę? Może dlatego, że w dniu sześćdziesiątych piątych urodzin mówi sobie, że nie będzie już robił niczego, na co nie ma ochoty? Jep żyje nocą, rankiem przechadza się po wyludnionych o tej porze ulicach Rzymu, podziwiając ich piękno i zastanawiając się nad sobą. Poczucie pustki i miałkości egzystencji coraz częściej każe mu wspominać młodość, szukać tam siebie prawdziwego i utraconych szans. Ale czy przypadkiem się nie oszukuje? Czy rzeczywiście jego pierwsza dziewczyna kochała go całe życie, a on przegapił szczęście? Czy to nie iluzja? Czy złudzeniem nie była wiara w to, że mógł napisać kolejne powieści?

Oglądając ten film, poddawałam się melancholijnemu nastrojowi i często miałam wrażenie, że słyszę coś ważnego. Jakąś mądrą, złotą myśl, jakiś klucz do sensu. Wiele tu też aluzji do dzieł filmowych i literackich ("Słodkie życie" i "Osiem i pół" Felliniego, "Podróż do kresu nocy" Celine'a, Flaubert).  Niestety to wszystko okazało się bardzo ulotne. Mądrości, cytaty gdzieś się zapodziały w mrokach niepamięci, pozostała ogólna refleksja o zmarnowanym życiu i satyra na klasę próżniaczą. Stąd rozczarowanie "Wielkim pięknem". Ale może to moja wina, wina widza nie dość uważnego?

Na zakończenie muszę przyznać, że niewątpliwą przyjemność sprawia szereg absurdalnych, surrealistycznych, ironicznych, prześmiewczych scen wywiedzionych z ducha filmów Felliniego. Para arystokratów, która żyje w piwnicy utraconego pałacu i za pieniądze uświetnia swoją obecnością towarzyskie spotkania, przyjęcie weselne, wizyta świętej zakonnicy, flamingi na tarasie mieszkania Jepy, biskup, który w kółko opowiada o jedzeniu i wiele innych zdarzeń i postaci. 

Teraz, kiedy pisałam o tym filmie, trochę go dla siebie odzyskałam. Pozostaję jednak przy swoim zdaniu, że to raczej tylko przeżycie estetyczne okraszone garścią dość oczywistych refleksji.


"Sponsoring" Małgośki Szumowskiej

To kolejny film, na który niecierpliwie czekałam, ale tym razem spełnienia nie było. Nie wiem, czy to wina poprzedzającej go ostrej kampanii promocyjnej, od której uciec nie sposób, czy też może słabość tkwi w samym obrazie. Już nigdy się nie dowiem, na ile świeżość spojrzenia spowodowałaby emocjonalny odbiór tego, co na ekranie. Owszem, oglądałam z zainteresowaniem, które w pewnym momencie przerodziło się niestety w lekkie znużenie, aby pod koniec znowu powrócić, ale cały czas patrzyłam chłodnym okiem, bez emocji, a chyba nie o to chodziło Szumowskiej. Nic mnie nie zaskoczyło, nie zobaczyłam niczego, czego bym się nie spodziewała. A szkoda, bo od "33 scen z życia" bardzo kibicuję reżyserce. Powiem więcej: wiele jej poglądów i doświadczeń jest mi bliskich. Tym bardziej mi żal. Film jest dobry, ale tylko dobry. Raczej nie z tych, które pozostają w pamięci na dłużej. To, co napisałam, nie oznacza, że odwodzę kogokolwiek od wybrania się do kina na "Sponsoring". Pójść warto, choćby dla trzech aktorek: Juliette Binoche, Anais Demoustier i Joanny Kulig. No i jeszcze jedno: uważam, że francuski tytuł o wiele lepiej oddaje istotę filmu. Polski jest trochę mylący, zawęża problematykę, sprowadzając ją do kina społecznego. Ale o tym w dalszej części.

A francuski tytuł brzmi "One" i to on jest kluczem do odczytania filmu Szumowskiej. Bo dostajemy tu portrety trzech kobiet: dwóch studentek, Charlotty vel Loli i Alicji, oraz Anne, kobiety w średnim wieku, dziennikarki. Wszystkie konfrontują się ze swoją seksualnością.

Najmniej skomplikowana wydaje mi się Polka, Alicja. Spontaniczna, trochę prymitywna, pewna siebie. Zdaje się zupełnie nie żałować dokonanego wyboru. Być może pewność siebie, którą wręcz prowokuje Anne, daje jej materialna pozycja, jaką osiągnęła. To ona narzuca ton ich rozmowie, od początku dominuje i prowadzi grę. Bawi ją niepewność dziennikarki, zawodowa uprzejmość, ogłada, widoczne skrępowanie. W gruncie rzeczy chyba nią gardzi: od czasu do czasu złośliwie, po polsku komentuje jej zachowanie. Alicja nie widzi nic złego w tym, co robi. Lubi niczym nieskrępowany seks. Nie wstydzi się swojego zajęcia, a w rozmowie z Anne wręcz chełpi. Miałam wrażenie, że swoboda, z jaką podchodzi do swoich seksualnych doświadczeń, daje jej przewagę, poczucie wyższości. Mimo że młodsza, czuje, że w tej dziedzinie mogłaby swoją rozmówczynię niejednego nauczyć. Na pewno burzy jej spokój.

Zupełnie inna jest Lola. Niby też pewna siebie, ale w głębi duszy subtelna, nieśmiała, wrażliwa. Nawet jej powierzchowność jest odmienna: piegowata twarz czyni z niej bardziej niewinną dziewczynkę (nie lolitkę) niż kobietę. Ma chłopaka, który oczywiście nie wie, jak dorabia jego dziewczyna. Początkowo bagatelizuje swoją sytuację. Ona też twierdzi, że lubi to, co robi. Z czasem okazuje się, że w jej przypadku nie jest to wcale takie proste. Przeszkadzają jej ciągłe kłamstwa, do których musi się uciekać przed rodzicami i chłopakiem. Lawirowanie, kluczenie, aby niczego się nie dowiedzieli. Ma też za sobą przykre i niebezpieczne doświadczenie: seks z sadystycznym klientem (Andrzej Chyra). I chyba nie zawsze to, co robi sprawia jej przyjemność. Czasem wyraźnie się zmusza i odbębnia pańszczyznę. Przeżyje też rozczarowanie: wydaje się jej, że z jednym z mężczyzn może połączyć ją coś więcej, ale on szybko sprowadzi ją na ziemię. Dla niego Lola jest tylko dziewczyną, której płaci za seks. Jego namiętność jest tylko fizyczną namiętnością. Łajdaczy się z nią (to jego określenie) w przerwie na lunch. A ona ponosi koszty tej relacji: już nie potrafi jak dawniej być ze swoim chłopakiem, coś się zaczyna psuć. Inne są też jej spotkania z Anne. Z czasem stają się bardziej szczere i przyjazne. Obdarza ją zaufaniem, a na końcu zdradzi jej swoje prawdziwe imię, Charlotte.

Dlaczego to robią? Odpowiedź jest dość oczywista i wcale nie odkrywcza: dla pieniędzy. Wydaje im się, że to przyjemniejszy i bezbolesny sposób na zapewnienie sobie lepszego statusu materialnego. Wolą sponsoring niż harówkę w knajpie. Chcą mieć wszystko od razu. Można zapytać: czy Alicja musi studiować w Paryżu, skoro jej na to nie stać? A Charlotte koniecznie chce zmyć z siebie zapach blokowiska, z którego się wywodzi. Czy uważają, że się prostytuują? Chyba nie. Być może jednak prowokatorka Alicja wcale nie obraziłaby się, gdyby nazwać ją dziwką. W każdym razie nie robią wrażenia ofiar.

No i wreszcie najważniejsza z całej trójki, główna bohaterka, Anne. Spotkania z Alicją i Lolą burzą jej spokój. Nie potrafi tak jak jej mąż traktować ich z pogardą. Czuje się wobec nich winna. Ona nigdy o nic nie musiała walczyć, pewnie pochodzi z zamożnej francuskiej rodziny. Jej synowie też nie będą musieli o nic walczyć. Starszy, licealista, buntuje się przeciwko mieszczańskiemu stylowi życia rodziców. On gardzi tym, za czym tęskni Lola. Przynajmniej tak mu się wydaje. Jego bunt sprowadza się do opuszczania szkoły i słownych deklaracji. Nic więcej za nim nie idzie. Czy potrafiłby się wyrzec wygodnego życia? Ale to nie o nim mam pisać, wracam zatem do głównej bohaterki. Anne drażni codzienność: przewidywalna, nudna, pełna dokuczliwych drobiazgów. Świetne są sceny, kiedy poirytowana walczy ze złośliwą lodówką czy wózkiem na zakupy. Czuje się zamknięta w konwencjonalnej codzienności. Obserwujemy ją w ciągu jednego dnia, kiedy musi skończyć artykuł i jednocześnie przygotować elegancką kolację dla znajomych męża, z którymi nic jej nie łączy. A pomiędzy jednym i drugim utarczki z synami, pretensje do męża, jakieś porządki. Można powiedzieć: czego chcesz kobieto, przecież żyjesz sobie wygodnie, nie musisz martwić się o nic, szukasz dziury w całym. Ale dostatek rodzi pustkę. Czy sens jej życiu ma nadawać patroszenie ostryg na wykwintną kolację dla mężowskiego szefa, z którym nie czuje żadnego powinowactwa dusz? Nie przypadkiem tej scenie towarzyszy muzyczne gloria jak ironiczny komentarz. Czy o to tylko chodzi? Pod wpływem spotkań z dziewczynami  Anne uświadamia sobie rutynę swojej relacji z mężem, uczuciowe wychłodzenie. Nagle czuje się niespełniona i niezaspokojona seksualnie. Tym boleśniej to ją dotyka, że w komputerze męża (i syna) znajdzie filmy pornograficzne. A może i jej mąż korzysta z usług takich dziewczyn jak Alicja i Lola? Przecież Charlotta opowiada jej, że jej klienci są żonatymi mężczyznami i od niej wracają potulnie do swoich żon. Skoro Anne i jej mąż chcą tego samego, dlaczego nie mogą się spotkać? Czy rutyna codzienności zabija namiętność? Czy tak to się musi skończyć? Czy Anne jest niezaspokojoną przez obojętnego męża ofiarą, czy może to ona nie potrafi go zaspokoić, dotąd obojętna na tę sferę życia?  A może wystarczy szczera rozmowa? Film nie udziela odpowiedzi. A próba ratowania związku, jaką podejmuje Anne, wypada żałośnie. Jest rozpaczliwym błaganiem o bliskość, namiętność, a może chęcią wyzwolenia namiętności w sobie. Jak, wobec tego, rozumieć ostatnią scenę filmu? Radosne śniadanie w rodzinnym gronie, a w tle wzniosła muzyka. Ironia? Pogodzenie? Po chwilowym szaleństwie i buncie wszystko wraca na stare, dobre, wygodne tory? Tak jest dobrze? Nie wiem, mam problem z interpretacją.

Film ma  tytuł "One" (ten francuski), ale gdzieś w tle, wcale nie tak niewyraźnym i nieważnym, pozostają oni, mężczyźni: klienci, mężowie ochoczo korzystający z usług dziewczyn, które sponsorują, co nie przeszkadza im wyrażać się o nich pogardliwie. W czym są od nich lepsi? Tacy zwyczajni, porządni mieszczanie. Tak jak Alicja i Lola są zwyczajnymi studentkami. Każdy może być takim mężczyzną, co świetnie pokazuje scena kolacji, kiedy to wyobraźnia Anne gromadzi wokół stołu wszystkich klientów obu dziewczyn i sadza ich pomiędzy zaproszonymi gośćmi, nagimi jak tamci.

To tyle. Sporo refleksji po obejrzeniu, ale w czasie seansu emocjonalny chłód, a ja lubię, kiedy film mnie porusza.

Dezso Kosztolanyi "Ptaszyna". Świetna nieprzyjemna powieść.

Zachęcona recenzją Krzysztofa Vargi postanowiłam przeczytać "Ptaszynę" Dezsy Kosztolaniego (W.A.B. 2011, seria Nowy Kanon) nieznanego mi dotąd węgierskiego pisarza z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Tę niedługą powieść pochłonęłam w ciągu kilku dni. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam czegoś tak pesymistycznego. Smutek i melancholia aż buchają z jej kart, a momentami wręcz nokautują swoim natężeniem. Myślisz, czytelniku tej notki, że bohaterów powieści dotykają jakieś spektakularne tragedie, nieszczęścia czy kataklizmy? Otóż nie masz racji. Jest znacznie gorzej: to ich prozaiczna egzystencja i prozaiczne, głęboko skrywane nieszczęście, zwyczajny ból istnienia, są źródłem tego wszechogarniającego smutku. Jeśli, czytelniku drogi, jesteś zwolennikiem książek przyjemnych, niosących pokrzepienie, to ta powieść na pewno nie jest dla ciebie. Ale jeżeli lubisz się babrać w literaturze, która obnaża beznadzieję ludzkiego istnienia, dotykając przy tym dotkliwie, sięgnij koniecznie po "Ptaszynę". Słowa te mogą wydać się ironiczne, ale wcale takie nie są. To świetna powieść i mimo przygnębiającego tonu łatwa w czytaniu. Mięsista, potoczysta narracja upstrzona opisami małego węgierskiego miasteczka, w którym jest tylko jedna asfaltowa ulica (rok 1899), i jego do bólu zwyczajnych mieszkańców działa na wyobraźnię. 

Główni bohaterowie książki Kosztolaniego to rodzina Vajkayów: Akacjusz, emerytowany prawie sześćdziesięcioletni urzędnik, jego żona i ich trzydziestopięcioletnia, brzydka, starzejąca się córka, zwana Ptaszyną. Wiodą przerażająco monotonną, zwyczajną egzystencję ograniczoną do wykonywania codziennych obowiązków. Żadnych rozrywek, żadnego życia towarzyskiego, żadnych przyjemności, nawet potrawy gotowane w tym domu są pozbawione przypraw. Kiedyś było inaczej, chociaż i ich poprzedni żywot trudno nazwać ekscytującym. Czy są nieszczęśliwi? Wydaje się, że sprzątanie, gotowanie, wyszywanie serwetek (Ptaszyna), szycie (matka), przeglądanie heraldycznych książek (Akacjusz), spacer, kościół w niedzielę i przebywanie tylko we własnym, rodzinnym towarzystwie bardzo im odpowiada. Rodzice kochają Ptaszynę aż do przesady, troszczą się o nią i martwią tak, jakby była małą dziewczynką, a nie trzydziestopięcioletnią kobietą. Ona odwzajemnia ich miłość. Tygodniowe rozstanie, akcja powieści toczy się właśnie w ciągu tych nietypowych siedmiu dni, przybiera początkowo rozmiary tragedii. Vajkayowie żegnają swoją córkę tak, jakby wyjeżdżała co najmniej na rok i to na drugą półkulę. Tymczasem ona udaje się na krótki wypoczynek do krewnych mieszkających na wsi. Ale ta rodzinna sielanka, zadowolenie z życia okazują się wielkim oszustwem. Tu każdy każdego nabiera, pokazując pogodną twarz. Dlaczego? Ptaszyna z miłości do rodziców. Po prostu nie chce ich martwić, nie chce, aby wiedzieli, jak dotkliwie odczuwa swoją samotność i poczucie beznadziei. 

"Za rok będzie miała trzydzieści sześć lat. A ile za dziesięć lat? A ile za następne dziesięć? Ojciec ma teraz pięćdziesiąt dziewięć lat, matka pięćdziesiąt siedem. Minie dziesięć lat, może nawet mniej i rodzice poumierają. Co to będzie, Matko Najświętsza, co to będzie?"

Co pozostaje? Pociecha, że inni cierpią jeszcze bardziej, i powrót do codziennych obowiązków, które znieczulają ból duszy. A rodzice? Oni wolą oszukiwać samych siebie i nie dopuszczać  myśli o szpetocie własnej córki. Zresztą cóż da, jeśli przyznają, że Ptaszyna jest brzydką, starą panną, którą właściwie nikt nigdy się nie zainteresował? Czy ulżą jej i swojemu cierpieniu?

"Uczyniliśmy wszystko - pomyślała matka - na co człowieka stać. Przecierpieliśmy wszystko, co możliwe."

Żadne pragnienia, żadne poświęcenia, wielka miłość nic tu poradzić nie mogą. Nawet rodzina nie jest balsamem na zbolałą duszę. W pewnym momencie pozostaje tylko bezradność i modlitwa do Boga, który "nadał boską rangę każdemu ludzkiemu bólowi." Ta książka pogrąża naiwną, potoczną wiarę, że chcieć, to móc, że wystarczy tylko mocno wierzyć w sukces, szczęście, spełnienie marzeń, że wystarczy tylko odrobina cierpliwości i wszystko będzie, jak chcemy. Otóż nie zawsze. Śmiem twierdzić, że częściej nie niż tak.

Vajkayowie to krewni bohaterów Czechowa, "Ziemi obiecanej" Reymonta, Wokulskiego czy rodzeństwa Buddenbrooków, że wymienię pierwsze z brzegu postacie zaludniające karty literatury, których los zawsze do głębi mnie porusza. Nawet sukces, który osiągnęli niektórzy spośród wymienionych, nie przynosi spełnienia.

Ale na tym nie koniec. Właściwie jest jeszcze gorzej. Co tracą Akacjusz i jego żona, wiodąc swój marny żywot? Niewiele. W czym lepsze jest życie innych mieszkańców miasteczka? Tych wszystkich urzędników, lekarzy, prawników, dziennikarzy miejscowej gazety, aktorów prowincjonalnego teatru, właścicieli ziemskich, ich żon i kochanek? Co z tego, że jadają obiady w restauracji Pod węgierskim królem zamiast w domu, co z tego, że raczą się gulaszem z kotła i kluseczkami z wanilią, co z tego, że chodzą do miejscowego teatru wystawiającego mierne sztuczki? Ich życie wydaje się równie puste jak życie Vajkayów, i równie nieszczęśliwe. Smutny pan Doba zdradzany przez żonę, samotny Geza Cifra, nieszczęśliwy Mikołaj Ijas, dziennikarz miejscowej gazety, marzący o karierze poety. Może dlatego mężczyźni należący do nieformalnego klubu lampartów, którego członkiem był swego czasu i Akacjusz, w każdą czwartkową noc bawią się i piją do nieprzytomności, a ich żony pokornie pozwalają im na to? Może dlatego mieszkańcy miasteczka z pobłażaniem słuchają ich pijackich ryków niosących się po okolicy? Może tylko w ten sposób da się zagłuszyć ten ból, który drąży? Ale to ułuda, bo właśnie po pijackiej nocy spędzonej w towarzystwie lampartów Akacjusz odważył się spojrzeć prawdzie w oczy i wykrzyczeć ją swojej żonie. Straszni mieszczanie. Ale chociaż ich portret jest rzeczywiście przygnębiający, narrator nie traktuje ich z taką pogardą jak Tuwim w swoim wierszu, raczej obdarza współczuciem. Czy jest dla nich jakiś ratunek, jakieś zbawienie? Może w sztuce, ale tej prawdziwej, nie taniej, tandetnej rodem z miejscowego teatru? W wierszach pisanych przez Mikołaja Ijasa? W grze na fortepianie, na którym kiedyś brzdąkała żona Akacjusza? Ale ona szybko zamyka wieko instrumentu, jakby wstydziła się przyznać mężowi, że przypomniała sobie o latach młodości, jakby traktowała muzykę jak niepotrzebną fanaberię.

Im dłużej myślę o powieści Kosztolanyiego, tym bardziej czuję się nią poruszona. Jest nieprzyjemna jak lustro, które pokazuje prawdę.

W bałkańskim tyglu, czyli "Krystaliczna sieć" Mirko Kovaca.

Właśnie skończyłam czytać powieść serbskiego? chorwackiego? pisarza Mirko Kovaca wydaną przez wydawnictwo Pogranicze (2006). Jak widać, już samo ustalenie narodowości pisarza jest trudne. Urodził się w Czarnogórze w roku 1938, mieszkał w Belgradzie, potem przeniósł się do Rovinja (Chorwacja). W notce biograficznej na okładce książki nie ma informacji o jego narodowości. Ale powieść przetłumaczono z chorwackiego, a Wikipedia określa go jako Chorwata, więc może rzeczywiście nim się czuje? A być może narodowość nie ma dla niego istotnego znaczenia? Tak właśnie stawia tę sprawę w powieści. Jej bohatera irytują wszelkie buńczuczne wypowiedzi o wielkości Serbów rzucane przez przyjaciół. Kiedyś, trochę nieoczekiwanie dla siebie, stwierdza, że nie ma korzeni, że nie zna historii swojej rodziny (w rzeczywistości oczywiście zna). Dlaczego tyle miejsca poświęciłam kwestii narodowości pisarza? Otóż jej złożoność wydała mi się symbolicznym odbiciem skomplikowanej historii narodów dawnej Jugosławii. A sama powieść? To melancholijna historia niespełnionego pisarza utrzymującego się z handlu antykami. Jej akcja toczy się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku głównie w Belgradzie. Retrospekcje sięgają lat przedwojennych w Bośni i Hercegowinie, a epilog to lata osiemdziesiąte. Bardzo ciekawa książka o niespełnieniu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, także o tym, jak dobro miesza się w człowieku ze złem. A wszystko to zanurzone w bałkańskim tyglu.

A teraz jak zawsze garść subiektywnych refleksji o tym, co w powieści przykuło moją uwagę. To dziwny i mroczny świat.

Taki jest Belgrad lat sześćdziesiątych, po którym włóczy się bohater - narrator (znowu bezimienny, jak w kilku innych powieściach, o których tu pisałam). Wędruje po dzikich wzgórzach,  które otaczają miasto, plącze się po ruinach twierdzy, spotkamy go na mokradłach gdzieś nad brzegami Dunaju. W czasie swoich spacerów natknie się na opuszczoną cerkiewkę, której już nigdy potem nie odnajdzie. Często spaceruje nocnymi, opustoszałymi ulicami.

Dziwni są też ludzie i ich poplątane losy. Niektórzy pojawiają się nagle w jego życiu i znikają niczym meteory, z innymi łączy go przyjaźń, miłość lub prawie braterska więź. Dużo wśród nich artystów, przede wszystkim malarzy, mistycznych ekscentryków. Jednym z nich jest Gabriel, który spotkał diabła, twórca teorii krystalicznej sieci (stąd tytuł powieści). Ktoś inny pewnego wieczoru znalazł w swoim łóżku śmierć, ale udało mu się przekonać ją, aby sobie poszła. Jest Ana, też malarka, niespełniona miłość bohatera. No i Silva, młoda, zła, dzika dziewczyna wywodząca się z bogatej, przedwojennej, mieszczańskiej rodziny. W jej żyłach płynie krew serbska, żydowska i francuska. Łączy ich skomplikowana relacja. Miłość, fascynacja erotyczna, zazdrość, kumplostwo (celowo używam tego słowa, bo ono najlepiej oddaje jedną ze stron ich relacji). No i jest Kosma, który nagle pojawia się na kartach powieści, by obecnym być aż do końca. Ten bohater najlepiej oddaje ducha tej książki, skomplikowanie i niejednoznaczność opisywanego świata. Kosma jest starszy od narratora, wywodzi się z Hercegowiny, z rodu, który przed wojną trudnił się przemytem tytoniu, o czym dowiadujemy się z zabawnych i pięknych opowieści. Kiedy wkracza w życie narratora i jego rodziny, jeszcze w czasach, gdy ten był małym chłopcem mieszkającym gdzieś w Hercegowinie, jest już tajemniczym przedstawicielem nowej władzy, jej najgorszego wydania, czyli służby bezpieczeństwa. Paradoks polega na tym, że ten człowiek, za którym na pewno ciągnęła się mroczna działalność, wielokrotnie ratuje z politycznych tarapatów ojca narratora, niczego w zamian nie oczekując. Tak jest też potem, w Belgradzie. Z jednej strony bezwzględny udbek (odpowiednik naszego ubeka), gdzieś na bagnach przesłuchujący zatrzymanych, niecofający się przed żadnymi metodami śledczymi, z drugiej hojny i oddany przyjaciel. Jest okrutny, ale jednocześnie targają nim wyrzuty sumienia, które zatruwają mu życie i prowadzą w religijno-mistyczne rejony. Doprowadza do śmierci ojca Silvy, Bogu ducha winnego architekta, a potem opiekuje się osieroconą dziewczyną. Ciekawy jest też stosunek narratora do Kosmy. Gdy był dzieckiem, nie bardzo zdawał sobie sprawę z charakteru jego zajęcia, po dziecinnemu fascynował go jego pistolet, z którego, jak mu się wydaje, raz nawet strzelił. Kiedy po latach spotykają się w Belgradzie, doskonale już zna jego ciemną stronę, brzydzi się nią, a jednak korzysta z  gościnności. Łączy ich coś wiecej niż przyjaźń, to więź wręcz braterska. Podobnie jest z Silvą. Mimo że straciła przez Kosmę ojca, przyjmuje jego pomoc  i opiekę, bawi się jego fascynacją. Skomplikowane międzyludzkie relacje, jakie często wyciąga na wierzch literatura, a do jakich w życiu wolimy się nie przyznawać. Zło i dobro jako nieodłączne komponenty ludzkiego charakteru pojawiają się tu bardzo często. Nagle ktoś wyciąga nóż, ktoś inny zdradza. Narrator potrafi potraktować kogoś z wielkopańską wyższością, poniżyć, obrazić i natychmiast tego żałuje, zdając sobie sprawę ze swej podłości.

Przez karty tej powieści przewija się jeszcze wielu ciekawych, intrygujących bohaterów. Jesteśmy świadkami ich rozmów z narratorem albo śledzimy ich niezwykłą historię. Czasem jest to tylko jakiś epizod z życia, a czasem cała opowieść czy rodzinna historia. Taka jest właśnie konstrukcja tej książki. Linearna narracja co jakiś czas przerywana jest jedno- lub kilkurozdziałowymi dygresjami, gawędami. Na tym też polega jej urok. Dzięki takim fragmentom opuszczamy mroczny Belgrad, aby wędrować przez góry Hercegowiny, znaleźć się nagle w przedwojennym Dubrowniku, zatrzymać się w małych wioskach Czarnogóry czy Wojewodiny.

Ważny jest w tej książce przedmiot. Wszak narrator, pisząc swoją powieść, utrzymuje się z handlu antykami, po które wyrusza do wiosek czy miasteczek Wojewodiny czy Hercegowiny, a potem sprzedaje je nowym panom, którzy wyszli już z fazy proletariackiego, ideologicznego ubóstwa i próbują się zakorzenić, dodać sobie splendoru, kupując stare, piękne przedmioty. Często poznajemy  historię starych kielichów, komód czy zastawy, ich urodę. Narrator pisze o nich z prawdziwą miłością i czułością. Czasem jednak emanuje z nich jakaś tajemnicza groza, jak z pewnej amerykańskiej skrzyni, której nikt nie chce kupić.

Jest to jednocześnie książka smutna i melancholijna. Upadają stare, mieszczańskie rody, przychodzi nowy porządek. Czas nieubłaganie płynie, młodość mija, ludzie odchodzą, wyjeżdżają, układają sobie życie gdzieś daleko, inni umierają. Miłość się kończy, przyjaźń też, powieść wciąż powstaje. Co pozostaje? Niespełnienie? Rozczarowanie? Samotność? Wspomnienia? Tęsknota za młodością? A może ucieczka?

Kolejna bardzo dobra powieść, jaką udało mi się ostatnio przeczytać. Oczywiście, kto do niej zajrzy, znajdzie w niej dużo więcej.

O książce terapeutycznej.

Miało być inaczej. W weekend wybierałam się na dwa filmy: najnowszego Allena i hiszpański "Ja też". Niestety los zmienił moje plany. Kino będzie musiało poczekać, a ja napiszę coś o książce. A ponieważ czytam teraz dość grubą powieść rumuńską ("Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera) i jeszcze chwilę potrwa, zanim ją skończę, więc przyszło mi do głowy, że w tych trudnych chwilach napiszę o książce, która dla mnie była wielokrotnie pocieszeniem, rodzajem terapii. To "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej. Niemodne? Pewnie tak. Kto dziś czyta takie powieści? Kto ma czas, aby oddać się lekturze ponad tysiąca pięciuset stron (tyle ma wydanie, które mam na półce)? Moim zdaniem warto. Kto lubi powieści-rzeki, sagi rodzinne, potoczystą, epicką, rozwlekłą prozę, kto lubi śledzić ludzkie losy, pozornie zwyczajne, ale jednocześnie cudownie zawikłane, ten powinien sięgnąć po "Noce i dnie". Ja pierwszy raz przeczytałam ją jako licealną lekturę, od razu w całości, chociaż obowiązkowe były tylko dwa pierwsze tomy. Pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać. Potem kilkakrotnie wracałam, najczęściej w momentach dla mnie trudnych. Pewnie jeszcze kiedyś po nią sięgnę. Długo wymieniałam ją jako swoją ulubioną książkę, dziś chyba już bym tego nie zrobiła, ale nadal jest dla mnie ważna.

Zastanawiam się, jak pisać o tej powieści? Jeszcze parę lat temu, pewnie większość miłośników literatury wiedziałaby, co kryje sie na jej kartach, ale dziś? Może znana jest trochę za sprawą filmu Antczaka, a szczególnie jego wersji serialowej, która od czasu do czasu przypominana jest w telewizji? Tak na wszelki wypadek podaję, że jest to historia rodu Niechciców i Ostrzeńskich, głównie Bogumiła i Barbary oraz ich trójki dzieci. Retrospekcje sięgają jeszcze czasów Powstania Styczniowego, a akcja poowiesci urywa się w roku 1914, zaraz po wybuchu  pierwszej wojny światowej.

A teraz najważniejsze: dlaczego nazwałam ją moją powieścią terapeutyczną? Wszak jest to książka o zwykłym życiu, zmaganiach z codziennoscią, kłodach rzucanych przez los pod nogi, niespełnionych marzeniach, zawiedzionych nadziejach młodości, rozczarowaniu życiem, karmieniu się iluzjami, stracie, przemijaniu, szczęśliwej i nieszczęśliwej miłości, ale także o etosie pracy i czerpaniu radości z tego, co niesie dzień. Mogłabym tak jeszcze długo wyliczać, bo to powieść - studnia bez dna. Jednak w gruncie rzeczy pesymistyczna, o takim właśnie zakończeniu. Bywało, że zamykałam ją ze łzami w oczach (pocieszenie znalazłam, w pierwszym tomie dzienników pisarki, z którego dowiedziałam się, że jej matka, pierwowzór powieściowej Barbary, dotarła szczęśliwie tam, gdzie zmierzała; ale tak przecież robić nie wolno: powieść to nie biografia!). Więc dlaczego terapeutyczna? Pewnie dlatego, że dla mnie jest jak katharsis. Jak szczepionka, która aplikując organizmowi zarazek w małej dawce, uodparnia na chorobę. "Noce i dnie" uodparniają na życie. A poza tym, jak już wspomniałam, to bogactwo fascynujących, powikłanych ludzkich losów i tłum barwnych postaci. Odległy świat, którego już dawno nie ma. Naprawdę warto zatopić się w kosmosie stworzonym przez Dąbrowską, nawet jeśli trzeba mu oddać kawał czytelniczego czasu!

Popularne posty