Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty

Annie Ernaux "Lata"

Książka Annie Ernaux "Lata" (Czarne 2022; przełożyli Magdalena

Budzińska, Krzysztof Jarosz) od momentu wydania znalazła się na liście tytułów, które chcę przeczytać. Przyczyny były dwie - wydawnictwo Czarne, którego ofertę pilnie śledzę, i tematyka. Z jednej strony kobieca, ujęta z perspektywy feministycznej, z drugiej społeczna - autorka wywodzi się z prowincji, z klasy ludowej. A więc kolejna opowieść o awansie społecznym. Jednym słowem Annie Ernaux wpisuje się w krąg takich autorek i autorów jak Tove Ditlevsen, Vivian Gornick, Sarah M. Broom, Didier Eribon i Edouard Louis. Ten pierwszy w swoim znakomitym "Powrocie do Reims" wprost się do niej odnosi. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że Annie Ernaux jest matką takiego pisania, a oni dwaj z niej. Szybko jednak zaczęłam zastanawiać się, czy to książka dla mnie. Dlaczego? Z powodu formy. 

Bo "Lata" to nie jest skrzyżowanie autobiografii z esejem, co znamy z książek przywołanych przed chwilą autorów. To autobiografia bezosobowa, który to termin przywołuję za znawcami. Dorzuciłabym jeszcze autobiografia (?), biografia (?) pokolenia urodzonego w czasie wojny, a ściślej rzecz biorąc jego lewicowej części, bo z takich pozycji wypowiada się autorka. Dlatego Annie Ernaux nie pisze w pierwszej osoby liczby pojedynczej, tylko używa albo liczby mnogiej, albo form nieosobowych - myślało się, mówiono, robiło się. Jeśli odwołuje się wprost do swojego życiorysu, to pojawia się zaimek ona i trzecia osoba liczby pojedynczej. 

Ale to nie jedyny powód moich wahań, czy po lata ostatecznie sięgnąć. Potem jeszcze nie byle gdzie, bo w Nowym Tygodniku Kulturalnym, usłyszałam głos krytyczny wyłamujący się z chóru zachwytów. Wprawdzie odosobniony, ale jednak. Nuda, po prostu nuda - kontrował jeden z dyskutantów. I tak trwałam w swoim niezdecydowaniu. Ostatecznie wcale nie Nobel dla Annie Ernaux spowodował, że jednak, a w dodatku właśnie teraz, zabrałam się za lekturę "Lat". Tym impulsem była opowieść Jarosława Kuisza w podcaście Kultury Liberalnej o twórczości francuskiej pisarki odbyta oczywiście przy okazji tradycyjnego szumu wokół nagrody. A on zna większość (wszystkie?) książki noblistki. Udzielił mi się jego entuzjazm i postanowiłam sprawdzić, co ja na to.

No i teraz mogę jednoznacznie stwierdzić, że jestem na tak. Lektury nie żałuję, przeczytałam "Lata" z dużą ciekawością, zrobiłam morze notatek i z niecierpliwością czekam na zapowiedzianych przez Czarne, już w listopadzie, "Bliskich", czyli zebrane w jednej książce trzy autobiograficzne mikropowieści. (Teraz kiedy robię redakcję tej notki, "Bliscy" właśnie wyszli.) Nie wykluczam, że przemówią do mnie jeszcze bardziej niż "Lata". Bo nie ma się co oszukiwać - to na pewno nie jest książka dla wszystkich. Trzeba oswoić się z formą, o której pisałam, może nas przytłoczyć strumień zdarzeń, osobistych i pokoleniowych doświadczeń, o których pisze autorka. W takiej kondensacji, ponad sześćdziesiąt lat zapisanych na trochę ponad dwustu stronach, ta wyliczanka na pewno niejedną i niejednego zniechęci. Moim zdaniem warto jednak przebić się przez formę, przywyknąć i przeczytać. 

Co może wynieść z tej lektury polska czytelniczka i polski czytelnik z innego pokolenia? Przecież nasze doświadczenia niekoniecznie są takie same. Żyjemy w innym kraju, mamy za sobą inną historię, co innego nas kształtowało. Po pierwsze możemy poznać doświadczenia nam obce, a dla mnie w tym między innymi zasadza się sens czytania. Mój świat byłby o całe nieba uboższy, gdyby nie literatura. Po drugie jednak znajdziemy w pisaniu Annie Ernaux wiele wspólnych nam doświadczeń i wiele inspiracji do namysłu. 

Zacznę jednak od tego, co odmienne. To na pewno silne doświadczenie rewolucji seksualnej i światopoglądowych przemian, które dokonały się w maju 1968. W Polsce rok 1968 kojarzy się bardziej z haniebnym Marcem niż z burzliwym Majem. Tamte wydarzenia mocno odcisnęły się na Annie Ernaux i jej środowisku, chociaż nie była to do końca ich rewolucja. Miała już dwadzieścia osiem lat, pracowała, była żoną i matką, a nie studentką. Z zazdrością przyglądała się temu, co się dzieje -  buntowi młodych przeciwko skostniałym starym. Nie kryje jednak rozczarowania tym, że rewolucja nie poszła dalej, że zatrzymała się w pół drogi. Potem wielokrotnie, kiedy we Francji dochodziło do manifestacji na dużą skalę, jej pokolenie miało nadzieję na kolejne zmiany, ale za każdym razem było tylko gorzej. Manifestujący po osiągnięciu celu, wracali do swoich spraw, nie mieli zamiaru bić się o więcej. Odmienne, co oczywiste, są też doświadczenia związane z odzyskiwaniem niepodległości przez Algierię. Bardzo ważny moment dla jej pokolenia. Wielokrotnie wraca temat imigrantów w pewnym stopniu powiązany z tamtymi wydarzeniami. Autorka pisze o zmieniającym się do nich stosunku, coraz większej niechęci, a nawet strachu przed młodymi z przedmieść o imigranckich korzeniach, w prywatnych rozmowach nazywanych pogardliwie Arabami czy czarnymi. Jakoś trudno zaakceptować fakt, że i oni są Francuzami. Odmienne są też doświadczenia związane z pojawieniem się AIDS i strachem, jaki siała ta choroba. Ledwie jej pokolenie mogło zachłysnąć się seksualną swobodą, a tu znowu trzeba było uważać. Ale tak naprawdę nawet w niektórych z tych wydarzeń możemy odnaleźć echa naszych własnych i skonfrontować się z nimi. 

A doświadczenia wspólne, chociaż nieraz przeżywane w różnym czasie? To problemy awansu społecznego, opowieść o ludziach z prowincji wywodzących się z klasy ludowej, którzy wędrują drogą najeżoną przeszkodami, aby dzięki wykształceniu wyrwać się ze swojego środowiska. To wreszcie problemy emancypacyjne, zmieniający się stosunek do macierzyństwa i rodziny, aborcja, strach przed ciążą, jaki towarzyszył młodości Annie Ernaux, inne wychowywanie córek, inne synów, rodzinne nakazy i zakazy kontra ciekawość świata, uczuć, seksualności. No i postęp oraz jego siostra konsumpcja, do której Annie Ernaux wraca wielokrotnie. Konsumpcja, która rośnie i rośnie. Zrozumiała w czasach, kiedy świat odbijał się po wojnie i wszystkich radowały nowe sprzęty i przedmioty ułatwiające życie, potem rozrastająca się niczym jakiś straszny Lewiatan, wciąż pokazująca swoje coraz nowsze oblicze. 

Konsumpcja jest jednym z powracających konstrukcyjnych motywów. Innym są zdjęcia, czasem filmy, na których autorka została uwieczniona. Stają się punktem wyjścia do przypominania kolejnej epoki, wyznaczają cezurę lat, pozwalają nie pogubić się w tej opowieści. Podkreślają też upływ czasu, przemijanie, przemiany. Po analizie zdjęć czy filmów następują niedzielne rodzinne obiady. Ich charakter też się zmienia, a jednak trwają. I chociaż autorka jest tak inna od swoich rodziców, to jednak i jej sprawia radość spotkanie z synami i ich partnerkami, mimo że różnią się tak, jak ona kiedyś różniła się od swoich rodziców. "Lata" prowokują do snucia własnej pokoleniowej opowieści. Każda byłaby trochę odmienna, a trochę podobna.

Kolejne ważne tematy  to pamięć i rozmijanie się doświadczeń osobistych z Historią. Autorka zastanawia się, co i jak zapamiętujemy, ile w nas zostaje z dawnych emocji, wzmożeń, co po latach pozostawi w nas swój ślad. I dlaczego trajektorie naszych żyć idą zazwyczaj równolegle do Historii, ona gdzieś jest, pozostaje w tle, raz mocniej, raz słabiej, ale i tak ważniejsze będzie  osobiste doświadczenie - rodzinny obiad, uczucie, awantura w pracy, cokolwiek. 

To oczywiście tylko wybór zaledwie kilku tematów poruszanych przez Annie Ernaux, bo "Lata" to, jak widać, wór bez dna. Tyle się mieści w tej niewielkiej książeczce. 

Tove Ditlevsen "Trylogia kopenhaska"

Zachęcona bardzo pozytywnymi głosami sięgnęłam po kolejną

autobiograficzną opowieść o doświadczeniach kobiety nietuzinkowej. Wybory wydawców najwyraźniej chodzą stadami - mamy wysyp podobnych historii. Anda Rottenberg, Vivian Gornick, Natalia Ginzburg, Sarah M. Broom. Jeśli dodać do tej listy biografie kobiet niezwykłych i powieści o kobiecym doświadczeniu, których też ostatnio ukazuje się sporo, jest w czym wybierać. W każdym razie ja wydawcom tej mody nie mam za złe. Przeciwnie, gorąco jej kibicuję. Tym bardziej, że przecież każda z tych książek jest inna, każde doświadczenie unikalne. 

Tym razem przeczytałam "Trylogię kopenhaską" Tove Ditlevsen, wybitnej duńskiej poetki i prozaiczki, ale niemal zupełnie w Polsce nieznanej (Czarne 2021; przełożyła Iwona Zimnicka). Słowo niemal jest tu bardzo na miejscu, bo okazało się, że dotąd na naszym rynku ukazały się jej dwie powieści - kilkanaście lat temu "Twarze", a w styczniu tego roku "Ulica dzieciństwa". Tak, tak, tego roku! Konia z rzędem temu, kto o nich słyszał! Tę drugą można bez problemu kupić - ja już ją mam! (Teraz, kiedy redaguję tę notkę, jestem po lekturze. Wkrótce refleksje.) Po prostu wyszły w małych niszowych wydawnictwach i przemknęły niezauważone. Tymczasem Czarne ma siłę przebicia i o "Trylogii kopenhaskiej" zrobiło się bardzo głośno.

Autobiograficzną opowieść Tove Ditlevsen przeczytałam jednym tchem. Jest to historia jednocześnie budująca i bardzo przytłaczająca. Chociaż autorka urodziła się w roku 1917, a zmarła w 1976, to jej historia w wielu aspektach wciąż dotyka doświadczeń, które są bliskie milionom kobiet na świecie. Jakie to doświadczenia? Bieda, zależność od mężczyzny, który ma być opoką, niechciane macierzyństwo i nielegalna aborcja, a wreszcie narkomania.

Dlaczego przytłaczająca, stało się chyba oczywiste, kiedy wymieniłam katalog problemów. Tove Ditlevsen urodziła się w robotniczej rodzinie, wychowywała w robotniczej dzielnicy Kopenhagi. Jej los został z góry wyznaczony miejscem narodzin. Miała skończyć szkołę podstawową, iść na służbę, a kiedy wyjdzie za mąż za solidnego rzemieślnika, zostać żoną przy mężu i matką kilkorga dzieci. Ten solidny rzemieślnik to upiór jej dzieciństwa. Ponieważ była zdolna, udało jej się skończyć gimnazjum, ale o liceum rodzice słyszeć nie chcieli. Także dlatego, że dzięki pracy i zarobkom miała odciążyć rodzinny budżet. Tymczasem Tove od dziecka lubiła czytać i pisała wiersze. Marzyła o innym życiu, ale jej los wydawał się być przypieczętowany. Moment, kiedy kończy szkołę i idzie na służbę, jest jednym z najbardziej przejmujących. Nie mogę powstrzymać się od kilku cytatów.

Przyszłość jest potworem, przytłaczającym kolosem, który wkrótce na mnie spadnie i mnie zmiażdży. 

Za sobą mam dzieciństwo i szkołę, a przed sobą nieznane i budzące przerażenie życie wśród obcych. 

Znalazłam się wśród obcych, a dla nich byłam jedynie osobą, której siły cielesne wykupili na konkretną liczbę godzin każdego dnia w zamian za konkretną zapłatę. Cała reszta mnie była im obojętna.

Chociaż Tove chciałaby żyć inaczej, zajmować się literaturą, czytać i pisać, to marzy o mężu. Raczej nie o solidnym rzemieślniku, ale jednak. Tak została wychowana i taki wybór drogi życiowej wydaje jej się oczywisty. Kiedy wyjdzie za mąż, będzie miotać się pomiędzy byciem żoną, panią domu, gospodynią, wreszcie matką, a pragnieniem niezależności. 

Kolejny przygnębiający epizod z życia Tove Ditlevsen to poszukiwanie lekarza, który usunie ciążę. Aborcja w tamtym czasie była w Danii nielegalna i zrobienie jej stawało się coraz trudniejsze. Tove ściga się z czasem. Rady matki i koleżanek okazują się nieskuteczne, więc szuka lekarza, co wydaje się sprawą beznadziejną. Wspólne kobiece doświadczenie, babska dola - ciągły lęk i obawa, a jeśli nieskuteczna antykoncepcja zawiedzie, szukanie rozwiązania. Najbardziej przeraża fakt, że niemal sto lat później w wielu krajach niewiele się zmieniło. 

Wreszcie uzależnienie od leków. Przejmujące są opisy pogrążania się w nałogu, zobojętnienia na wszystko, co nie wprawia w chwilową błogość, nawet na pisanie, opisy cierpień, odwyku i potem życia na krawędzi, bo chęć sięgnięcia po leki, które dają chwilowy błogostan, stale wraca. Być może tę walkę przegrała, bo kilka lat po wydaniu ostatniego tomu "Kopenhaskiej trylogii" (W Danii każda z trzech części ukazała się osobno, u nas wyszła jako całość.) popełniła samobójstwo. Czy powodem było ciągłe zmaganie się z nałogiem, nie wiem, ale w kontekście jej autobiograficznej opowieści wydaje się to bardzo prawdopodobne.

Jednak historia Tove Ditlevsen jest też budująca, o czym już wspominałam. Dlaczego? Najbardziej chyba dlatego, że jednak wyrwała się z zaklętego kręgu i dopięła swego - została pisarką i z pisania się utrzymywała. Zawdzięcza to uporowi, ale i szczęśliwym zbiegom okoliczności. Potrafiła też żyć na własnych warunkach, odchodziła od mężów, zmieniała mężczyzn, inna sprawa, że jej wybory nie zawsze były szczęśliwe. Pierwszy raz matką została, bo chciała, potem rezygnowała z macierzyństwa. Wreszcie znalazła w sobie siłę, aby ratować się przed ostatecznym upadkiem.

Jej życie to wieczne balansowanie - między samodzielnością, realizowaniem siebie, a wpadaniem w tryby konwenansu i uzależnieniem, nie tylko od leków, także od mężczyzn, często źle wybieranych.

A poza tym książka jest po prostu bardzo ciekawa. Opowieści o życiu w robotniczej rodzinie i dzielnicy, potem w kręgu studentów i artystów, duchów niezależnych. Co może zdziwić, niemal zupełnie nieobecna jest tu okupacja. Jakby Tove Ditlevsen i jej znajomi żyli obok. Cóż, zupełnie inna, bo duńska, perspektywa.  

Didier Eribon "Powrót do Reims"

O książce francuskiego filozofa i socjologa Didiera Eribona "Powrót do Reims" (Karakter 2019; przełożyła Martyna Ochab) dowiedziałam się oczywiście z radia, którego namiętnie słucham, i z Tygodnika Kulturalnego, który namiętnie oglądam. Od razu stało się dla mnie jasne, że muszę ją przeczytać, bo leży w sferze moich zainteresowań. Szybko kupiłam, trafiła się promocja (na ebook oczywiście), i równie szybko połknęłam. Właśnie minęło kilka dni od skończenia lektury. 

Kto powinien sięgnąć po tę książkę? Każdy oczywiście. No nie, taka naiwna nie jestem. Przecież to ani powieść, ani klasyczna autobiografia czy wspomnienia, ale połączenie tych dwóch ostatnich gatunków z esejem. I właśnie te fragmenty mogą stanowić barierę dla przeciętnego czytelnika, nawet jeśli jest zainteresowany kwestiami społecznymi i światopoglądowymi, które są zasadniczym tematem tej książki, o czym za chwilę. Didier odwołuje się w nich do prac i dorobku naukowego francuskich filozofów i socjologów, między innymi do Rolanda Barthesa, Pierre'a Bourdieu, Jeana Paula Sartre'a, Jacquesa Lacana czy Michela Foucaulta. Z Pierrem Bourdieu prowadzi nawet ostrą polemikę. Nie będę udawać, że znam ich myśl czy książki. Nie, znam tylko ich nazwiska. Jeszcze słabiej wygląda to w przypadku myślicieli czy pisarzy amerykańskich, do których dorobku autor też  się odnosi. Jedynie James Baldwin, o którego powieści "Gdyby ulica Beale umiała mówić" jakiś czas temu pisałam, nie jest dla mnie białą plamą. 

Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze dlatego, aby potencjalny czytelnik wiedział, na jakie rafy napotka. Po drugie, żeby się tym w żadnym wypadku nie przejmował. Fragmentów, które ze względu na język, na odwoływanie się do dorobku nieznanych nam autorów, na dyskurs socjologiczny czy filozoficzny, mogą być barierą w trakcie lektury, nie ma wiele. A cała reszta jest bardzo interesująca i, co najważniejsze, skłania do refleksji. Jednym słowem "Powrót do Reims" to nie tylko rzecz dla ludzi obytych z literaturą, na którą Didier się powołuje. To lektura dla każdego zainteresowanego przede wszystkim tematyką społeczną i polityczną - nierównościami, wykluczeniem, brakiem możliwości zdobycia rzetelnego wykształcenia, a co za tym idzie niemożliwością społecznego awansu, wyrwania się ze  środowiska, w którym się urodziło. Dlatego ta książka jest obowiązkowa nie tylko dla ludzi o lewicowych poglądach, to przekonywanie przekonanych, ale przede wszystkim dla ekonomicznych liberałów. W dyskusji o modelu państwa, o błędach popełnionych w trakcie transformacji po roku 1989, jaka się w tej chwili w Polsce toczy, przynajmniej w mojej bańce informacyjnej,  to głos bardzo ważny, mimo że dotyczy Francji i historii człowieka urodzonego w roku 1953. Jego myśl jest świeża i ważna także u nas.

No a teraz do rzeczy. Didier Eribon urodził się we francuskiej rodzinie robotniczej na francuskiej prowincji. Takie urodzenie było wyrokiem - skazaniem na powielenie losu rodziców, dziadków i pradziadków. To jedna z ważnych, chociaż przecież oczywistych, refleksji jego książki - jak przypadek (miejsce i środowisko urodzenia) determinuje nasze losy. Ktoś powie, przecież jemu się udało, w końcu osiągnął to, o czym od wczesnej młodości marzył. Tak, ale po pierwsze jego droga trwała znacznie dłużej niż droga jego rówieśnika urodzonego w środowisku burżuazyjnym, mieszczańskim czy inteligenckim, wymagała wielkiej determinacji, a po drugie, i ważniejsze, swój sukces osiągnął nie dzięki zdobyciu formalnego wykształcenia, ale  dzięki szczęśliwemu splotowi okoliczności. Bo wykształcenie zdobyte na prowincjonalnej uczelni, kiedy się na nią dostał, był z tego niezwykle dumny, we Francji nie otwiera żadnej drogi. Jest nic niewarte, daje tylko chwilową satysfakcją temu, kto je zdobywa. Różnice zaczynają się jeszcze wcześniej - już w liceum wydawałoby się całkiem niewinny wybór drugiego języka obcego, hiszpańskiego albo niemieckiego, determinuje twoją ścieżkę. Autor wybrał hiszpański, naiwnie myślał, że należy kierować się swoimi upodobaniami. Nic bardziej błędnego - w burżuazyjnej Francji to znajomość niemieckiego dodaje prestiżu, jest warunkiem dostania się na dobrą uczelnię. Tych wszystkich kodów Didier nie znał, bo i skąd. Te wszystkie kody były oczywiste dla kogoś dobrze urodzonego. Dlatego nieświadomy niczego cieszył się, że zaraz po maturze dostał się na studia i nie rozumiał tych kolegów, którzy w liceum zostali dłużej, aby jeszcze przez dwa lata (chyba) przygotowywać się do zdawania na prestiżowe uczelnie. Z tego samego powodu potem nie miał szans na zdanie egzaminów uprawniających do nauczania w szkole czy na uczelni. Mimo wykształcenia bił głową w mur.

To dlatego dziś żółte kamizelki swój gniew kierują także przeciwko tym najważniejszym francuskim uczelniom. Problem nie w tym, aby ich nie było, ale w tym, aby dostęp do nich był równy. Tymczasem to, w jakim środowisku się wychowałeś, decyduje o tym, gdzie skończysz. W Polsce te różnice nie są aż tak wielkie, a  środowiskowe bańki aż tak szczelne, ale po pierwsze też są, a po drugie przepaść, rozwarstwienie stale rosną. Nie mają takich samych szans dziecko urodzone na wsi, gdzie żaden transport publiczny nie dociera, skazane na wybór szkoły, do której da się jakoś dojechać, i dziecko urodzone w dobrze sytuowanej rodzinie w dużym mieście, które trafi do prywatnego przedszkola, prywatnej szkoły, najlepszego liceum, a potem na dobrą uczelnię. 

Kolejnym ważnym zagadnieniem, na którym skupia się Didier, jest pytanie, jak to się stało, że jego rodzice i bracia dziś głosują na Front Narodowy. Jak to możliwe, że ludzie wywodzący się ze środowisk robotniczych, które kiedyś bardzo mocno identyfikowały się z lewicą, dziś identyfikują się z prawicą? Autor zarzuca lewicy, pokoleniu 68 roku, ale nie tylko, zdradę klas ludowych. Jak pisze, dziś lewica przemawia językiem rządzących, a nie rządzonych. Twierdzi, że błędem było odejście od takich pojęć jak klasy, ucisk, walka klas. W konsekwencji tych zmian i zaniechań zniknęła dawna opozycja burżuazja - robotnicy, a pojawiła się nowa - narodowa i rasowa. Dla środowiska, z którego Didier się wywodzi, dziś ważniejsze jest bycie Francuzem niż robotnikiem i człowiekiem lewicy. Kiedyś było inaczej. Zostawieni sobie, zdradzeni, oszukani, kiedy pojawiają się problemy, głosują na Front Narodowy.

Mnie fascynuje jeszcze jedno - pytanie, które zadaje sobie Didier. Gdyby dzięki determinacji nie wyrwał się ze swojego środowiska, gdyby powielił los swoich braci, czy dziś i on byłby wyborcą Marine Le Pen? To refleksja o tym, jak determinują nas życiowe wybory, świadome albo przypadkowe. Mam kilka takich zwrotnych punktów w moim życiu, które doprowadziły mnie w miejsce, w którym jestem. Często stawiam sobie podobne pytania. Także dotyczące spraw światopoglądowych. Czy gdybym kiedyś u początku mojej drogi związała się z innym człowiekiem, przejęłabym jego poglądy? Dziś jesteśmy po dwóch stronach barykady, zupełnie nie rozumiemy swojego sposobu myślenia. Kim byłabym dziś?

Kończąc, nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym wątku w biografii Didiera, wątku homoseksualizmu. Bo autor wykluczony był podwójnie - jako chłopak pochodzący ze środowiska robotniczego i jako gej. Jak pisze, paradoksalnie to drugie wykluczenie pomogło mu stać się tym, kim jest dzisiaj. Homoseksualność sprawiła, że tym bardziej chciał wyrwać się ze swojego rodzinnego i społecznego środowiska, jedyną drogą była ucieczka w naukę, w zdobycie wykształcenia. Dzięki temu mógł stać się tym, kim był (gejem), i uciec od tego, co z racji urodzenia było mu przeznaczone. W wymiarze czysto praktycznym znajomości w świecie gejowskim pomogły mu potem w jego drodze zawodowej.

Na koniec jeszcze raz powtórzę - naprawdę nie należy bać się trudności związanych z lekturą. Nie są wielkie, a poza fragmentami eseistycznymi jest tu bardzo dużo rozmaitych, interesujących rodzinnych historii i  arcyciekawych opowieści o życiu klasy robotniczej w czasach młodości autora i jeszcze wcześniejszych.

Amos Oz o sobie.

Ostatnio przeczytałam autobiografię Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku". Oz stał się jednym z moich ulubionych autorów od lektury "Mojego Michaela", do której zachęciła mnie rozmowa w jakimś programie o książkach. Odtąd kupuję i czytam jego powieści wydawane u nas głównie przez Czytelnik i Rebis. Autobiografia to historia dzieciństwa i młodości pisarza, opowieści o rodzinie ze strony ojca i matki, o krewnych, przyjaciołach i sąsiadach. A także obraz życia codziennego w Palestynie za czasów mandatu brytyjskiego, a potem w powstałym w 1948 Izraelu. Obserwujemy też, początkowo dość zgodną, koegzystencję Arabów i Żydów, a potem narastanie i eskalację konfliktu. Jest tu i śmiech, i wzruszenie, i smutek, i tragedia, ale przeważa tonacja ciemna.

Opowieść nie przebiega chronologicznie. Już wydaje się, że bezpowrotnie opuściliśmy dzieciństwo pisarza, by znowu do niego powrócić. Spore fragmenty książki to narrracja prowadzona przez ciotkę Amosa, jedną z dwóch sióstr jego matki Fani. Wątkiem dominujacym, powracającym, meandrującym pomiędzy innymi, a wreszcie stanowiącym końcową klamrę opowieści, jest samobójstwo popełnione przez matkę pisarza, które zaważyło na jego życiu.

Co skłoniło młodą, piękną, wykształconą kobietę do zostawienia męża i dwunastoletniego syna? Można się tylko domyślać, że były to rozczarowanie i udręka codzienności. Rozczarowanie małżeństwem i życiem w Jerozolimie. Zamiast pięknego domu w ogrodzie w Równem, gdzie spędziła dzieciństwo i młodość (ojciec Fani, człowiek prosty, dzięki pracy i zdolnościom stał się zamożnym właścicielem kilku młynow), małe, byle jakie, ciemne mieszkanko na parterze kamienicy w gorszej dzielnicy Jerozolimy. Bez ogrodu za to z ponurym podwórkiem pozbawionym zieleni. Zamiast interesujacej pracy na miarę wykształcenia zdobytego na praskim uniwersytecie, praca w domu: pranie, prasowanie, sprzątanie, gotowanie, wychowywanie dziecka, dbanie o męża. Zamiast dobrobytu znanego z Równego, wieczne problemy finansowe, życie na bardzo skromnym poziomie. Zamiast ziemi obiecanej, jak przedstawiano Palestynę w gimnazjum żydowskim w Równem,  warunki odmienne od europejskich (choćby taki drobiazg jak klimat), w kraju nękanym wiecznymi konfliktami. Ledwie uniknęło się okrucieństwa wojny w Europie (rodzina Fani przybyła do Palestyny w latach trzydziestych), a tu trzeba żyć w poczuciu stałego zagrożenia. Krwawy konflikt żydowsko - arabski wraz z utworzeniem Izraela eksploduje i trwa (do dzisiaj). W dodatku żywa jest pamięć Holokaustu. Świadomość, że z klasy Fani sfotografowanej na zdjęciu, które tak chętnie ogląda mały Amos, przeżyło zaledwie kilka osób, musi kłaść się cieniem na jej życiu.

Podobne doświadczenia towarzyszyły i innym przybyszom, którzy opuścili Europę jeszcze przed wojną lub po niej (tych czekał los jeszcze gorszy, bo długo wegetowali w obozach dla uchodźców). Dziadkowie pisarza też się zdeklasowali. Rodzice matki z wygodnego domu w Równem musieli przenieść się do blaszanego baraku gdzieś na obrzeżach Hajfy (chyba). Matka ojca po przybyciu do Palestyny natychmiast orzekła, że świat Lewantu jest pełen mikrobów i od tego momentu do końca życia towarzyszyła jej fobia na punkcie czystości. Ojciec Amosa marzył o posadzie profesora uniwersytetu, tymczasem musiał zadowolić się tylko pracą bibliotekarza. Jak jednak mogło być inaczej, skoro do Palestyny przybyło mnóstwo profesorów, absolwentów dużo lepszych uniwersytetów niż wileński, a w latach trzydziestych i czterdziestych była tam tylko jedna uczelnia? Jednak ci wszyscy ludzie  znosili swój los pogodniej, potrafili się z nim pogodzić.

To, co uderza w tej książce, to doświadczenie narodu, który, z własnej woli lub pod wpływem tragicznej historii,opuszcza swoje miejsca w Europie i osiedla się w Palestynie niczym w ziemi obiecanej (w tamtych czasach objętej mandatem brytyjskim), a potem w utworzonym państwie Izrael. Wyrwany z europejskiej kultury, przeniesiony na Bliski Wschód, gdzie traktowany jest przez Arabów jak ciało obce, najeźdźca, siłą wciskajacy się na ziemię zamieszkiwaną przez nich przez wieki. To przynajmniej doświadczenie Żydów niereligijnych. Oz opisuje właśnie takie środowiska: ludzi wykształconych, urzędników lub drobnych kupców.

Co jeszcze ciekawego można znaleźć w autobiografii pisarza? Mnóstwo zabawnych historii i anegdot ( np.historia dziadka Aleksandra, sympatycznego kobieciarza). Opowieść o dzieciństwie i dojrzewaniu, konflikcie z ojcem, a wreszcie buncie, który doporowadza kilkunastoletniego Oza do zamieszkania w kibucu i zmiany nazwiska (naprawdę nazywał się Klausner). Obraz życia w kibucu. Historię powstania Izraela (piękna opowieść o nocy, w czasie której ONZ w głosowaniu decydował o tym, czy Izrael powstanie; ten wybuch radości i późniejsze rozczarowanie to doświadczenie trochę podobne do naszego z roku 1989). Stosunki arabsko - żydowskie: od pokojowej koegzystencji, przez narastającą grozę, po krwawy konflikt i wojnę. A wreszcie pisarz rzuca też światło na niektóre swoje książki (po tej lekturze sięgnę chyba jeszcze raz po "Mojego Michaela"). A to przecież nie wszystko. Książka jak najbardziej warta przeczytania!

Popularne posty