Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagrożenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagrożenie. Pokaż wszystkie posty

Kazimierz Orłoś "Dom pod Lutnią"

Już od dawna przymierzałam się do lektury powieści Kazimierza

Orłosia "Dom pod Lutnią" (Wydawnictwo Literackie 2012), a to dlatego, że dotyczy tematyki żywo mnie interesującej - Mazury, czyli to, co kiedyś było Prusami Wschodnimi. Mam za sobą kilka lektur związanych z tym obszarem, dwie najważniejsze, które zawsze przy tej okazji przypominam, to "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrieda Lenza i "Wszystko na darmo" Waltera Kempowskiego, no i 'Toń" Ishbel Szatrawskiej. Nigdy nie czytałam żadnej innej książki Kazimierza Orłosia, a więc o "Domu pod Lutnią" musiałam usłyszeć, bo, jak teraz sprawdziłam, w roku 2013 znalazła się w finale Angelusa, nagrody dla autorów z Europy Środkowej, a to moja ulubiona nagroda i zawsze przyglądam się długiej liście nominowanych, a potem oczywiście finalistom. Odkryłam dzięki niej wiele wspaniałych tytułów.

Akcja "Domu pod Lutnią" rozgrywa się na Mazurach w roku 1949 i w 1950. Zamieszkał tu kilka lat wcześniej pułkownik Józef Broniowski, uczestnik kampanii wrześniowej, odznaczony orderem Virtuti Militari, który wojnę przeżył w niemieckim oflagu. Kiedy wrócił do rodzinnej Warszawy, nie potrafił pogodzić się z nowymi porządkami. Z żoną po latach rozłąki niewiele go już łączyło, źle się czuł w rodzinnym domu, do którego dokwaterowano lokatorów, obawiał się represji, dlatego wyjechał na Mazury, gdzie, jak się wydawało, łatwiej się schować i gdzie mógł odtworzyć namiastkę ziemiańskiego życia, jakie pamiętał ze swojego rodzinnego domu. Zajął jedno z opuszczonych gospodarstw, po Mazurce, która wyjechała z dziećmi do Niemiec, płacił podatki, gospodarował, z żoną i córką, które zostały w Warszawie, utrzymywał rzadki kontakt. Różnie można oceniać jego postawę. Czy zachował się egoistycznie, myśląc o swojej wygodzie? Sprzecznych rodzinnych interesów nie dało się pogodzić. 

Jego sielanka zostaje zakłócona przez decyzję córki, która też ze względów bezpieczeństwa postanawia wywieźć na Mazury swojego kilkuletniego syna. Jej mąż został aresztowany, ona obawia się tego samego. Oboje byli w AK, brali udział w powstaniu. Boi się, co stanie się z Tomkiem, kiedy i ona trafi do więzienia. I to właśnie czas, który Tomek spędza u dziadka, jest kanwą powieści.

Pozornie ten świat to sielanka. Chociaż rozstanie z mamą jest dla chłopca bolesne, szybko odnajduje się w nowych okolicznościach. Przyjeżdża na Mazury późną wiosną i okazuje się, że jest tu dla kilkuletniego dziecka mnóstwo nieznanych w mieście atrakcji. Psy, dwa konie i inne zwierzęta gospodarskie, spacery do lasu i nad rzekę, a czasem dalej nad jezioro, nie brakuje dobrego jedzenia, a przede wszystkim ma tu wielką swobodę, której nie miał w mieście. W domu dziadka mieszka młodsza od niego o kilka lat Zuzi, córeczka Urszuli, nazywanej przez dziadka Lili, od Lili Marlen, bohaterki granej przez Marlenę Dietrich. Urszula prowadzi pułkownikowi gospodarstwo. Z czasem Tomek i Zuzi stają się jak brat i siostra. Chłopiec poznaje też wielu nowych kolegów, z którymi beztrosko spędza czas. Po wakacjach idzie do miejscowej szkoły. Nie dziwi go, że chłopcy mają dziwne imiona, Manfred, Zygfryd, że niektórzy rozmawiają w domu albo między sobą po niemiecku, a jeszcze inni mówią w jakimś dziwnym języku, trochę podobnym do polskiego. W gospodarstwie pracuje Wasyl, który mówi jeszcze inaczej. Chłopiec przyjmuje to wszystko naturalnie, tak jak szybko przyzwyczaił się do wiejskiego życia. Czasem tylko dziadek się zdenerwuje, zabroni mu chodzić nad dalekie jezioro, czasem robi się smutny, coś ukrywa, ale Tomek nie docieka, szybko zapomina, zresztą z jego perspektywy nie dzieje się nic złego.

Ale pułkownik ma swoje troski. Pozornie beztroskie życie, w gruncie rzeczy takie nie jest. W lasach ukrywają się partyzanci, Bronowicz obawia się, że tutejszy urząd bezpieczeństwa może sobie o nim przypomnieć, o jego wojennej przeszłości, nie wszystkim podoba się, że jest w bliskiej komitywie z Wasylem i jego rodziną. To przecież człowiek przesiedlony w ramach akcji Wisła, dla Polaków banderowiec. Nie wie, komu z sąsiadów może ufać, niektórzy w trosce o własne bezpieczeństwo donoszą. Jak swobodnie może rozmawiać z dyrektorką szkoły i jej bliskimi, którym też nie w smak nowe porządki? Musi być czujny, kluczyć. W lesie grasują kłusownicy, są bezkarni, bo parasol ochronny trzyma nad nimi miejscowa milicja, a pułkownik nie potrafi pogodzić się z bestialstwem wobec zwierząt. Są też problemy finansowe - podatki, obowiązkowe dostawy, trzeba umieć żyć z miejscowymi urzędnikami, żeby nie popaść w tarapaty. Do tego dochodzi troska o zdrowie, nie jest już przecież młody, zdaje sobie sprawę, że  bliżej mu do kresu niż dalej. No i problemy osobiste, których nie będę zdradzać. A jego jedynym marzeniem jest spokojnie dobić do końca, gospodarząc, ciesząc się kontaktem z naturą. Czy ma wyrzuty sumienia wobec żony i córki, które zostawił w Warszawie? Zdaje sobie sprawę, że je krzywdzi, ale życie potoczyło się tak, a nie inaczej, na pewne sprawy trudno coś poradzić.

Kazimierzowi Orłosiowi udało się znakomicie oddać atmosferę sielankowego, beztroskiego świata, pod powierzchnią którego kryją się lęki i niebezpieczeństwa. Świata przetrzebionego przez wojnę, gdzie mieszają się rozmaite grupy. Ci, którzy zostali - Mazurzy, a czasem Niemcy - napływowi - Polacy szukający tu swojej szansy - i wreszcie Łemkowie oraz Ukraińcy przesiedleni w ramach akcji Wisła. To wszystko, co w pamiętnej, znakomitej "Róży" Smarzowskiego wywleczone jest brutalnie na wierzch i wbija w fotel widza, w tej powieści czai się, budzi niepokój, kładzie się cieniem na sielankowym życiu. Możemy sobie to, co straszne, dopowiedzieć, ale pisarz nie przekracza granicy. Dlatego czyta się tę powieść znakomicie, zanurzyłam się w nią całą sobą. To taka książka, która wpuszcza nas do swojego świata i nie pozwala z niego wyjść, czeka się, aby się w nim z powrotem zanurzyć, w czym przeszkadza natrętna rzeczywistość, która wydaje się nierzeczywistością. Podobne doznania miałam, czytając znakomite "Akuszerki" Sabiny Jakubowskiej. Dzieje się tak między innymi dlatego, że znajdziemy tu drobiazgowe opisy elementów tego świata, coś, co ja bardzo lubię. Jest to powieść klasyczna, nieco staroświecka w świecie ponowoczesnym, bezpretensjonalna, nie ma tu grania z formą, wszystko jest po bożemu, za to, a może dlatego, znajdziemy w niej wspaniałe portrety bohaterów i wspaniale, sensualnie odtworzony świat. Czasem warto się dać takiej książce porwać. Mam ochotę sięgnąć po inne pozycje Kazimierza Orłosia. Tylko kiedy? Kiedy?

Egon Hostovsky "Zaginiony"

Ostatnio kupiłam kilka interesująco zapowiadających się powieści i systematycznie po nie sięgam, przeplatając literaturą faktu. Zwykle bywa odwrotnie – to literaturę faktu przeplatam powieścią, ale widocznie minione już lato sprawiło, że poczułam głód beletrystyki. Wśród moich zakupów znalazła się książka czeskiego pisarza Egona Hostovskiego „Zaginiony” (Książkowe Klimaty 2016; przełożył Andrzej Jagodziński). Autor od końca lat czterdziestych zeszłego wieku przebywał na emigracji w Stanach, a i wojnę tam spędził, uciekając przed Holocaustem. Zmarł w roku 1973. Uważany jest za jednego z ważniejszych czeskich pisarzy, na naszym rynku wydawniczym został dopiero odkryty dzięki Książkowym Klimatom. Czy za „Zaginionym” pójdą jego kolejne powieści, tego nie wiem. Nasze wydawnictwa bywają kapryśne, niektórzy autorzy pojawiają się jedną książką jak efemerydy, inni wydawani są od deski do deski.

Akcja powieści rozgrywa się w Pradze zimą roku 1948. A rok to bardzo ważny w historii powojennej Czechosłowacji, z czego oczywiście nie zdajemy sobie sprawy. Uczciwie przyznaję, że i ja nic na ten temat nie wiedziałam. Na szczęście polskie wydanie rozpoczyna się klarownym wstępem Andrzeja Jagodzińskiego, który wprowadza czytelnika w meandry roku 1948. Dla potrzeb tej notki wspomnę tylko krótko, że to właśnie w lutym tego roku ostatecznie przesądzony został los Czechosłowacji. To wtedy w wyniku zamachu stanu ostatecznie całą władzę przejęła Komunistyczna Partia Czechosłowacji, prezydentem został Klement Gottwald, rozpoczęły się polityczne czystki, prześladowania, w tajemniczych okolicznościach zginął minister spraw zagranicznych Jan Masaryk, a tysiące osób udało się na emigrację. I właśnie w czasie tych mrocznych miesięcy rozgrywa się akcja „Zaginionego”.

Myślę, że powieść Egona Hostovskiego zadowoli każdego czytelnika. Z jednej strony opowiada o sprawach bardzo istotnych i uniwersalnych – o przyjaźni, niespełnionej, zawiedzionej miłości, wierności ludziom i własnym poglądom, zaufaniu i jego braku. Jest w tej książce kilka takich rozmów, kiedy czytelnik ma wrażenie, że odkryte zostają mu sprawy najważniejsze, że zbliża się do zrozumienia istoty, że odkrywa tajemnicę ludzkiej egzystencji. Wiem, brzmi bardzo górnolotnie, ale nic na to nie poradzę, że czytając, takie właśnie miałam wrażenie. Tak było, kiedy śledziłam rozmowę Olgi, żony jednego z głównych bohaterów, Erika, kobiety nieszczęśliwej, zrezygnowanej, ale szlachetnej, z dziennikarzem Borkiem. Mówili o ostrożności, braku zaufania i zemście. Straszne czasy, w których żyli, wymuszały stałą ostrożność, bo nie wiadomo, komu można ufać, a komu nie. Kto przyjaciel, a kto wróg, a i przyjaciel ze strachu albo z wyrachowania może stać się wrogiem. Wieczna czujność sprawiała, że wszyscy żyli jak obłąkani, zniknęła spontaniczność, zniknęły ludzkie odruchy. Bohaterowie spotykają się potajemnie, mówią szeptem, stale kalkulują, a i tak na końcu okazuje się, że ktoś doniósł, bo był szpiclem. Olga mówi też o zemście, która dotyka nie tylko tego, kto zawinił, ale i jego bliskich, bo dostają rykoszetem. Druga rozmowa, która zrobiła na mnie wrażenie, to spotkanie księdza, ze spokojem czekającego na aresztowanie, z kominiarzem, szczerym komunistą. Dlaczego tacy ludzie jak ów kominiarz, porządni, przyzwoici, popierają komunistyczny zamach stanu? Bo nie dostrzegaliście głodnych, powie. Tak, ale to nie głodni robią tę rewolucję, odpowie ksiądz. Nie o głodnych tu chodzi, on już to rozumie, jego adwersarz być może pojmie wkrótce. To rozmowa o dwóch źródłach zła – głodzie i nienawiści. I chociaż została napisana w innych czasach i w innym kontekście, to zabrzmiała mi bardzo współcześnie. W ogóle „Zaginiony” to powieść gadana. Z drugiej strony dużo się tu dzieje, akcja gna, zaskakuje, a autor buduje napięcie, co chwilę zostawiając czytelnika w niepewności. Bo ta ważna książka została wtłoczona w schemat powieści szpiegowskiej. To dlatego napisałam, że zadowoli każdego czytelnika.

Bohaterowie, a jest ich tu kilku równie ważnych, trudno powiedzieć, kto jest tym najważniejszym, zostają wplątani w grę dwóch politycznych machin – czeskiej i amerykańskiej. I nie pozostanie to bez wpływu na ich życie. To kolejny temat powieści – czy zawsze możemy decydować o swoim losie? Jaki mamy wpływ na bieg wydarzeń? Ile od nas zależy? A sprawa jest w gruncie rzeczy banalna, a w każdym razie taka byłaby w normalnym świecie, ale trwa zimna wojna, więc obie strony zastanawiają się, czy pozwolić wyjechać do Stanów jednemu z bohaterów, Pavlowi Kralovi. I Czesi i Amerykanie chcą go ewentualnie wykorzystać do swoich celów, i jedni, i drudzy zastanawiają się, kim naprawdę jest. Pavel Kral staje się zakładnikiem, pionkiem w grze, a wraz z nim jego przyjaciele i urzędnicy mimowolnie zaplątani w tę sprawę. Napisałam, że jest jednym z bohaterów powieści, ale on sam na jej kartach nigdy się nie pojawi. Dlatego stale obecne jest pytanie – kim jest naprawdę? Jakie ma intencje? Czy to szlachetny człowiek, który chce zrobić coś dobrego, czy też sprytnie umie się ustawić, wykorzystując swoich przyjaciół i krzywdząc ich przy okazji?

Egon Hostovsky w swojej powieści miesza klimaty. Z jednej strony książka jest śmieszna, dowcipna, lekka. Wiele tu zabawnych zdarzeń i postaci, bohaterowie próbują jakoś z wdziękiem iść przez życie, jakoś się w nim ustawić, czerpać z niego to, co najlepsze, nie narażając się nikomu. Lubią proste przyjemności, wieczorne spotkania z przyjaciółmi w knajpie, gdzie kelner doskonale ich zna i nie musi pytać, co zamawiają. Oni nie chcą być bohaterami, nie chcą dokonywać rzeczy wielkich, nie chcą mieszać się do polityki. Nawet kiedy zostają do tego zmuszeni, próbują ratować się fortelem. Ale przecież nie zawsze się tak da. Nie wszystkim się uda. Niektórzy poznają smak emigracyjnej poniewierki i rozstania. Tragiczne nuty, których w „Zaginionym” nie brakuje, przełamane zostają lekką konwencją i śmiechem. Ale nad całością dominuje jednak czarny klimat i klaustrofobiczna atmosfera podejrzeń i nieufności. Nieprzypadkowo bohaterowie przemykają szarymi, zimowymi ulicami, spotykają się w ciasnych, ciemnych, brzydkich wnętrzach, często nocą.

Bardzo ciekawa powieść. Kto ją przeczyta, może sięgnie po inną, trochę bardziej wymagającą, wznowioną niedawno, nagrodzoną kilka lat temu Angelusem. Myślę o „Przypadkach inżyniera ludzkich dusz” Josefa Skvoreckiego, też czeskiego emigranta. Ja kilka lat temu zachwyciłam się nią ogromnie.



 

"11 minut"

"11 minut" to kolejny polski film, który dzieli. Tym razem jednak kontrowersje są chyba najostrzejsze, bo i stawka większa. Wszak chodzi o samego mistrza Skolimowskiego. Gdy jedni mówią o arcydziele, drudzy twierdzą, że król okazał się nagi. Kiedy "11 minut" pokazywano na weneckim festiwalu, wieszczono nagrodę, nawet główną. Ale już wtedy w prasie zagranicznej obok recenzji znakomitych pojawiły się i nieprzychylne. Pokazy w Gdyni jeszcze ten podział wyostrzyły. Po raz trzeci w ostatnim czasie szłam do kina także dlatego, żeby sprawdzić, po czyjej stronie jest racja. Obejrzałam i zapisuję się do tych, którzy twierdzą, że szaty króla są iluzją.

Muszę przyznać, że ten film świetnie się ogląda. Tempo, energia, znakomity montaż, muzyka, zdjęcia, oryginalnie pokazywana Warszawa, gwiazdy polskiego kina. Ale po pewnym czasie ogarnęło mnie znużenie. Może dlatego, że trudno przywiązać się do bohaterów, trudno przejąć się ich historiami. Ile można patrzeć na króciutkie, efektownie zmontowane epizody, niektóre powtarzane kilkukrotnie z różnych punktów widzenia. Czasem te powtórki się tłumaczą, a innym razem trudno zrozumieć, czemu służą. Atmosfera zagrożenia, którą buduje reżyser, jakoś na mnie nie działa. Może byłoby inaczej, gdybym nic o filmie nie wiedziała, ale ponieważ pilnie śledziłam relacje z gdyńskiego festiwalu, to niemożliwe. Wprawdzie nikt niby zakończenia nie zdradzał, ale do jakiego finału wszystko zmierza, nietrudno było się domyślić, słuchając recenzentów. Kto przeczyta uważnie opis dystrybutora, ten też przecież odgadnie.

W pełni zgadzam się z tymi, którzy mówią, że film jest efektowną wydmuszką. W dodatku wtórną. Kilku czy kilkunastu bohaterów, których osobne historie zejdą się w finale, to żadna nowość. Był przecież Altman (znakomite "Na skróty"), byli Inarritu i Arriaga ("21 gramów", "Babel", "Granice miłości", "Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady"), a w polskim kinie choćby "Zero" Pawła Borowskiego. Najgorsze jednak, że za atrakcyjnym opakowaniem kryje się banalna myśl. Życie jest kruche, wszystko może skończyć się nagle, przez przypadek. Zawahanie, minuta spóźnienia i już znajdujesz się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Ja wiem, że wszystko już było. Dlatego ważne jest wrażenie, przeżycie. Czasem ta sama myśl dotknie, przerazi, poruszy, innym razem wzruszysz ramionami. Co za banał, powiesz. Jak się okazuje, nawet w rękach mistrza złoto może zamienić się w garść popiołu. A przecież są tacy, do których "11 minut" przemówiło. Ja pozostałam zimna, na nic zdały się efektowne końcowe sceny. I jeszcze jedno. Podobno film Skolimowskiego aż roi się od metafor i symboli. Cóż, mimo wysiłków ja ich nie dostrzegłam (wyjątkiem jest końcówka). Nawet jeśli są, to giną gdzieś w natłoku efektownych obrazków.

"Na głębinie"

Na książki zdarza mi się trafiać przez przypadek, ale na filmy nigdy. A islandzki film "Na głębinie" trafił mi się właśnie tak. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu, dopóki nie odkryłam go na internetowej stronie miesięcznika Kino, gdzie w prawym górnym rogu znajduje się lista tytułów, których przegapić nie wolno. Wśród nich był jeden, którego nie tylko nie widziałam, ale nie wiedziałam, że jest. Tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie zaczynali go grać w moim mieście w małej kinowej salce tylko na jednym seansie (a premierę w Polsce miał szóstego grudnia, pewnie kopii jak na lekarstwo). Chociaż niełatwo ten film wytropić, piszę o nim, bo naprawdę warto go obejrzeć. To historia oparta na faktach. W 1984 (mogłam się pomylić o rok czy dwa) zatonął kuter rybacki, z kilkuosobowej załogi ocalał jeden człowiek. Sześć godzin płynął w lodowatej wodzie. Po pięciu minutach powinien stracić świadomość i utonąć. Tak mówią prawa fizyki. Przeżył. Cud? Naukowy fenomen? Jakie siły znalazł w sobie mężczyzna, który wygrał z naturą? Czy w ogóle można to wyjaśnić? O tym opowiada ten spokojny, skromny, piękny i, zapewniam, bardzo ciekawy film. Warto jeszcze zwrócić uwagę na odtwórcę głównej roli i świetne zdjęcia surowej islandzkiej wyspy, na której toczy się akcja. A tych, którzy nadal czują się nieprzekonani, informuję, że współautorem scenariusza i reżyserem jest Baltasar Kormakur, twórca filmu "101 Reykjavik". Tyle we wstępie, a jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy.

"Na głębinie" to opowieść o zwyczajnym człowieku, który w ekstremalnej sytuacji znalazł w sobie niezwykłą siłę, aby ratować  życie. Misiowaty Gulli niczym specjalnym się nie wyróżnia. Pracuje na kutrze, mieszka z rodzicami, wolne wieczory spędza, jak inni, w pubie. Tańczy, pije, pali jak smok, jeśli trzeba w obronie kumpla wda się w awanturę. Jest nieco nieśmiały, nie znajdzie w sobie odwagi, aby nawiązać znajomość z dziewczyną, która mu się podoba. Nie zrobi tego nawet, kiedy wróci do miasteczka, chociaż była to jedna z obietnic złożona sobie i Bogu, gdy walczył o życie. Spełni inne: zaopiekuje się psem kolegi, pocieszy wdowę po przyjacielu i jej dzieci. To jednak prostsze niż poderwanie nieznajomej. Będzie dziwił się sławie, jaką nagle zyskał. Rozgłos nie pasuje do tego zwyczajnego, nieśmiałego faceta. Chociaż boi się powrotu do domu, wróci na swoją wyspę, do miasteczka, a w końcu nawet na kuter. Będzie żył jak dawniej.

Oczywiście najważniejsze miejsce w filmowej opowieści stanowi niezwykły wyczyn Gulliego i pytanie: jak to było możliwe? Rozpacz, zwątpienie, nadzieja i determinacja mieszają się ze sobą. Gulli wie jedno, za wszelką cenę musi płynąć, musi się starać dotrzeć do brzegu. Jeśli będzie czekał na pomoc, na pewno zamarznie. Najpierw zrobi wszystko, aby ratować przyjaciela. Kiedy zostanie sam, przyjdzie pierwsza chwila zwątpienia. Samotność jest pewnie tym bardziej dojmująca, że wokół noc. Przygniata go świadomość, że jest nic nieznaczącą drobinką w żywiole oceanu. Pociechę dają mu mewy. Jak powie potem, nigdy nie był dla nich dobry. Teraz to jedyne żywe stworzenia. Gulli modli się, ale bez przesady. Chyba ważniejsze są rozmowy z ptakami i wspominanie przeszłości. Nie myśli o śmierci, skupia się na zadaniu. Zanim dotrze do celu, stoczy walkę z własną słabością i przeciwnościami natury. Nadzieja pojawia się i znika. Najpierw statek, który go nie zauważa, potem, kiedy dopłynie do wyspy, musi jeszcze ją zdobyć. Nie da się wspiąć po klifie w miejscu, w którym wyszedł z wody smagany wiatrem i falami, musi jeszcze raz wejść do lodowatego oceanu i płynąć dalej. Ile hartu ducha trzeba w sobie mieć, aby w takiej chwili nie załamać się i na nowo podjąć wyzwanie! Przyznam, że mnie najbardziej przeraził moment, kiedy okazało się, że Gulli, zanim dotrze do miasteczka, ma do pokonania skalisto-lodowe pustkowie. Wtedy poczułam potworne zimno, rany na bosych nogach, chłód mokrej koszuli na wyziębionym ciele. Jaką determinację trzeba mieć, aby brnąć przed siebie? Może klucza należy szukać w przeszłości? Mieszkańcy wyspy doskonale pamiętają katastrofę sprzed lat, wybuch wulkanu, który przysypał miasteczko czarnym pyłem. Najpierw nocna ewakuacja, w pośpiechu, w panice. Sceneria tyleż groźna, co piękna. Ognista lawa i  płonące domy rozświetlają czarną noc. Nie wszyscy zdecydowali się wrócić. To, co zobaczyli śmiałkowie, było i fantastyczne, i przerażające zarazem. Miasteczko utopione w wulkanicznym, czarnym pyle. Powtórzę po raz kolejny: ile determinacji trzeba w sobie mieć, aby zacząć tu nowe życie? Skąd wziąć siłę, aby oczyścić dom, w którym czarno? A jednak po latach miasteczko żyje i wygląda niezwykle usadowione w nadmorskiej kotlinie otoczonej wzgórzami. Szczególnie nocą, kiedy proste, małe, białe domki przypominają rozżarzone lampiony. No więc może tamto doświadczenie go zahartowało? Ale czy da się w ogóle znaleźć odpowiedź? Gulli godzi się wziąć udział w naukowych badaniach. Miałam wrażenie, że robi to z zaciekawieniem i pewnym rodzajem pasji. W końcu jednak rezygnuje i wraca do domu. Dlaczego? Bo tak naprawdę nie ma odpowiedzi? A może odpowiedź nie jest dla niego ważna? Naukowcy próbują swoim szkiełkiem i okiem rozwikłać zagadkę, zmierzyć, zbadać, znaleźć rozwiązanie i skuteczne remedium dla innych rozbitków. Gulli mówi dość i zostaje z tajemnicą.

"To tylko wiatr"

Jak przekonać kogoś, aby obejrzał ten film? Obawiam się, że "To tylko wiatr" Benedeka Fliegaufa zobaczy garstka widzów. Takie niezalecające się do widza filmy z góry skazane są na niepowodzenie. Nie pomoże mu też brak reklamy i promocji. Kto o nim usłyszy? Jest zupełnie niekomercyjny, bardziej przypomina dokument niż fabułę: jeden dzień z życia romskiej rodziny. Nic atrakcyjnego, dzień jak każdy inny. A przecież to film niezwykle ważny. "Węgierskie "Pokłosie"", kątem oka dostrzegłam tytuł recenzji Janusza Wróblewskiego zamieszczonej w "Polityce". Ja też miałam takie skojarzenie. Pomyślałam sobie, że tym razem to węgierski reżyser wyciąga trupa z szafy. Trupa całkiem świeżego. Chociaż opowieść pokazana w filmie jest fikcyjna, to nawiązuje do zdarzeń autentycznych. Opowiada o pogromach romskich rodzin, jakie miały miejsce na Węgrzech kilka lat temu. Tak, to, co widzimy na ekranie, zdarzyło się naprawdę. To nie film, tak było. Tym bardziej przeraża. Nie wiem, jaką frekwencję miał ten obraz na Węgrzech, w Polsce na pewno mizerną. A przecież powinno się "To tylko wiatr" zobaczyć! Mimo że jest tak ostentacyjnie nieatrakcyjny i smutny. Zapewniam jednak, że ogląda się go z zainteresowaniem. Może to przekona niezdecydowanych. I jeszcze gwoli uzupełnienia podaję informację, że na ostatnim Berlinale zdobył Srebrnego Niedźwiedzia. Naprawdę nie powinno się go przeoczyć. A jeśli ktoś już w kinie był, może czytać dalej.

Właściwie od początku wiadomo, co się zdarzy, a mimo to oglądałam film w napięciu. Reżyser umiejętnie buduje atmosferę zagrożenia. Jest zwyczajny dzień, cała rodzina wyrusza do swoich obowiązków, ale gdzieś czai się niepokój. Może właśnie o sile tego filmu decyduje kontrast pomiędzy  wręcz celebrowaną przez twórców codziennością a zbrodnią, która wisi w powietrzu. Obserwujemy jeden dzień z życia romskiej rodziny. Domyślamy się, że będzie to dzień ostatni. Nic nadzwyczajnego się nie wydarzy. Jest jak zawsze. Pierwsza wstaje matka. Musi nakarmić starego ojca, wydać polecenia dzieciom, nie ma czasu na zjedzenie śniadania. Kamera pokazuje brudną, zabałaganioną kuchnię. Potem zrobi to jeszcze dwukrotnie: kiedy ze wspólnego łóżka zwloką się dzieci. Najpierw starsza Anna, potem młodszy Rio. Każde z nich odbędzie też podobną drogę: ścieżką pomiędzy krzewami, przez las rozświetlony słońcem do drogi, gdzie jest przystanek autobusowy. Ten zielony las, właściwie aż nienaturalnie żółty, przez kontrast jeszcze bardziej wydobywa brzydotę otoczenia. Nędzną chatę, brudną i zaniedbaną. Stary bunkier, w którym gromadzi swoje skarby Rio. Zniszczony dom innej romskiej rodziny, która niedawno została zamordowana. Pobocze szosy sprzątane przez  Ptaśkę. Byle jaką wioskę. Zapijaczonych, zaćpanych ludzi. W takim świecie żyją Romowie. Nędza, beznadzieja, brud, bylejakość, brak perspektyw, wrogość otoczenia. Z niechęcią, pogardliwymi uwagami zetkną się bohaterowie opowieści w ciągu tego dnia kilkakrotnie. Niewiele osób jest im życzliwych. Ale są. Szefowa zmiany Ptaśki, która przyniesie jej reklamówkę używanych ubrań i powie, aby uważała na siebie. Wytatuowane koleżanki Anny, dla których projektuje tatuaż. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że reżyser nie pokazuje świata Romów w czarno-białych barwach. Z całą bezwzględnością wskazuje problem. Piją, ćpają, zajmują się lewymi interesami, nie dbają o otoczenie, wdają się w bójki i w kłótnie. Anna nie stanie w obronie swojej molestowanej przez kolegów koleżanki z klasy. Woli wyjść i udawać, że niczego nie widzi. Dlaczego? Pewnie sama boi się o siebie. Może, żyjąc w takim świecie, zobojętniała na zło? Może ta koleżanka jej dokuczała? Gdzie tu jest skutek, a gdzie przyczyna? Ile tu winy samych Romów, a ile ich węgierskich sąsiadów? Kto odpowiada za ten stan beznadziei? Nie chcą czy nie mogą żyć inaczej? Czy alkohol i narkotyki to ucieczka? Opium, które ogłusza i pozwala zapomnieć, ale jednocześnie uniemożliwia wyrwanie się z tego zaklętego kręgu.

Film świetnie charakteryzuje troje bohaterów. Ptaśka, zmęczona życiem, twarda, o zaciętej twarzy. Kiedy trzeba, potrafi być złośliwa, walczyć o swoje. Odpłacić pięknym za nadobne. Wykonuje najgorsze, słabo płatne zajęcia, wierzy, że wkrótce z dziećmi wyjedzie do Kanady, dołączy do męża. Oschła, nie ma siły albo nie potrafi okazać dzieciom uczuć, chociaż domyślamy się, że są dla niej ważne. Tak jak ważny jest ojciec, którym się opiekuje. Rio, samowolny, chodzi własnymi ścieżkami. Uparcie buduje kryjówkę, do której znosi różne skarby, owoc swoich wypraw po okolicy. Anna, zamknięta w sobie, nieśmiała, samodzielna, próbuje w tych warunkach być normalną dziewczyną. Ubierać się jak one, zyskać ich zainteresowanie, uczyć się. Ale pozostaje na uboczu, jest wycofana, samotna. Zdana na siebie. Potrafi współczuć i troszczyć się o innych. Łapią za gardło sceny, kiedy zabiera małą, śliczną Zitę nad jezioro. Zajmuje się nią, myje jej włosy, rozczesuje. Jest coś rozczulającego, wzruszającego w tych codziennych czynnościach. Anna jest delikatna i czuła. Zita piękna jak z obrazka, przypomina księżniczkę. Jaki los ją czeka? Co dobrego może ją spotkać w zapijaczonym domu? Ich rozstanie naznaczone jest przeczuciem tego, co się wydarzy. Jest w nim coś tragicznego i smutnego. Zita wraca do chaty, w której nikt na nią nie czeka, Anna zmierza ku swemu przeznaczeniu. To ich ostatnie spotkanie. Kto umyje małej Zicie włosy? Kto się do niej uśmiechnie? Kto zainteresuje?

Anna i Rio są nad wiek dojrzali. Mimo że tego nie pokazują, doskonale zdają sobie sprawę z zagrożenia. Rio w poszukiwaniu swoich skarbów wchodzi do chaty sąsiadów, którzy zostali zamordowani. Ogląda to, czego na pewno nie powinien widzieć kilkunastoletni chłopak. Jest świadkiem rozmowy, która nie powinna dotrzeć do jego uszu. Wie, co im grozi, dlatego szykuje kryjówkę. Jego na pozór chłopackie, beztroskie życie, życie rodem z przygodowych, dziecięcych książek zaprawione jest odorem rozkładu i śmierci. Rio jest jak dziecko wojny bawiące się w zgliszczach zbombardowanych domów. W getcie jego rówieśnicy pewnie też wymyślali sobie jakieś zabawy. Anna również nie jest głucha i ślepa. Kiedy rozmawia z ojcem, prosi go, aby przyjechał. Robi się niebezpiecznie. Powinien przy nich być, chronić. Bez niego są jeszcze łatwiejszym celem. Oczywiście to poczucie bezpieczeństwa, które miałby im dać, jest złudne.

Zwyczajny dzień pełen rutynowej mitręgi, ale i chwil przyjemnych, zbliża się ku końcowi. Groza narasta. Jakieś nieuchwytne zło czai się gdzieś obok. Czujne, zalęknione spojrzenia lustrują las. Gdzieś mignie jakiś człowiek, jakiś samochód. A może to tylko wyostrzona niepokojem wyobraźnia podsuwa groźne obrazy? Kiedy każde z bohaterów samotnie wędruje przez zmierzchający las, czujemy ich niepokój. Byle do domu, byle do rana. Noc niesie jeszcze większy strach. Trudno zasnąć. To tylko wiatr, pocieszają się wzajemnie. Ale następnego dnia już nie będzie. Suche strzały rozdzierają ciszę. Wszystko dzieje się tak szybko. Egzekucja, chociaż na szczęście jej nie widzimy, budzi przerażenie. Dlaczego? Dlaczego ktoś z premedytacją strzela do ludzi? Co z tego, że są ubodzy, brudni, zaniedbani? Odpowiedź jest tyleż oczywista, co banalna i zatrważająca. Bo są inni, obcy.

Na koniec jeszcze dwie refleksje. Przeraża obojętność otoczenia i sytuacja bez wyjścia. Zagrożona romska społeczność może liczyć tylko na siebie. Nikt im nie pomoże. Dwaj policjanci prowadzący śledztwo zamiast chronić po cichu sprzyjają mordercom. Pochwalają ich intencje. I refleksja druga. Dopiero śmierć sprawia, że Ptaśka, Anna i jej dziadek pięknieją w swoich paradnych, trumiennych strojach. I dopiero teraz mogą liczyć na szacunek troskliwie ubierani przez pracownika kostnicy.

"Ostatnia miłość na ziemi"

Czasem jest tak, że nie potrafię się zdecydować: iść do kina czy zrezygnować. Dotyczy to zwykle filmów nieznanych, które wkraczają na ekrany znienacka, niepoprzedzone niecierpliwym wyczekiwaniem. Wtedy łamię swoją żelazną zasadę im mniej, tym lepiej i słucham dyskusji w Tygodniku Kulturalnym (nieraz już wspominałam o moim ulubionym programie w TVP Kultura; polecam). Jeśli krytykują, rezygnuję, jeśli mnie zaciekawią, ryzykuję. Tak było i tym razem. Głosy były podzielone, a ponieważ  miałam ochotę na coś niezobowiązującego, więc poszłam. Nie żałuję, ale gdybym sobie darowała, dziury w niebie by nie było. Historia romansowa nie ma w sobie krztyny oryginalności, ale przyjemnie popatrzeć na Ewana McGregora i Evę Green. Tyle o tytułowej miłości. Jeżeli film robi wrażenie, to dzięki dużo ciekawszej, drugiej warstwie: opowieści o tajemniczej epidemii, która błyskawicznie rozprzestrzenia się po świecie. Zagrożenie pojawia się nagle, nie wiadomo, skąd pochodzi, a atakuje falami w sposób przemyślny i wyrafinowany. Wcale nie taki, jak można by sobie wyobrażać. Nie jest to bowiem hollywoodzki film katastroficzny (na szczęście), a melancholijny europejski. Ważny jest tu nastrój i pytania, jakie  sobie stawiamy. Wprawdzie wielokrotnie w ciągu ostatnich lat straszono nas rozmaitymi wirusami, ale zagrożenia za każdym razem okazywały się raczej dęte niż prawdziwe. Nie jest jednak wykluczone, że kiedyś coś zdarzy się naprawdę. I właśnie taką sytuację w sposób prawdopodobny przedstawia ten film. Jest tu kilka efektownych (ale nie po amerykańsku) scen zagrożenia i paniki, jest przygnębiający obraz miasta po katastrofie. Najciekawsze wydało mi się pokazanie, jak ludzie zachowują się w obliczu kataklizmu. No ale ani tego, ani zakończenia oczywiście nie zdradzę. I na koniec o czymś, co potwornie drażni i psuje film. To patetyczne komentarze spoza kadru. Znacznie lepiej by było, gdyby reżyser ograniczył się tylko do obrazów, które im towarzyszą. A na deser Glasgow, gdzie toczy się akcja. I ten cmentarz na wzgórzu, który tak mnie zafascynował w jednym z moich ulubionych filmów ("Wilbur chce się zabić"). Jeśli, czytelniku tej notki, zainteresowałeś się, możesz pójść. Prawdopodobnie nie będziesz żałował, chociaż nie nastawiaj się na nic wielkiego.

"Jak spędziłem koniec lata". Najlepszy film zeszlorocznego Berlinale?

Od czasu do czasu miłość do kina wiedzie mnie na manowce. Mówiąc wprost, muszę po prostu napisać, że przynosi rozczarowanie. Jeśli się ogląda tyle filmów, nie wszystko musi się podobać, to jasne, ale najbardziej nie lubię rozczarowań takich, jak to: kiedy nastawiam się na nie wiadomo jak wspaniały film, na przeżycie duchowej ekstazy, a tu nic! Tak właśnie jest z rosyjskim filmem "Jak spędziłem koniec lata". Nagrody aktorskie na Berlinale (doceniam, szczególnie Grigorija Dobrygina w roli Pawła), za zdjęcia (też zgoda), ale już opinie, że to najlepszy film zeszłorocznego festiwalu w Berlinie, dziwią mnie. Naprawdę najlepszy? Problem nie tkwi w tym, że to kino ekstremalne: ponad sto dwadzieścia minut widz obcuje tylko z dwoma bohaterami obsługującymi stację meteorologiczną na niezamieszkanej wyspie gdzieś w arktycznej części Rosji. Pustka, mgła, skały, szarość otaczającej przyrody, dwóch różnych mężczyzn skazanych tylko na siebie i emocje momentami rzeczywiście sięgające zenitu. Film ogląda się bardzo dobrze, te dwie godziny minęły, sama nie wiem kiedy, ale po seansie, po raz kolejny ostatnio, przyszło mi westchnąć: tylko tyle? I chociaż z napięciem śledziłam dramatyczny przebieg wypadków, to jednak pozostałam obojętna na los Pawła i Siergieja. Ten film jest jak wielki, nadmuchany balon: kiedy spuścić powietrze, niewiele zostaje. Ale oczywiście każdy ma prawo do swoich ocen, pewnie niektórzy się zachwycą. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy, aby dowiedzieć się, dlaczego ja się nie zachwyciłam. Zapraszam

Może moje rozczarowanie tym filmem bierze się z niezrozumienia warunków, w jakich przebywają Siergiej i Paweł? Myślę tu o zagrożeniu skażeniem radioaktywnym, które emituje jakieś urządzenie znajdujące się na wyspie. Co to jest? Czemu służy? Powie ktoś, że to nieistotne, nieważne. Tak jednak nie jest. O tym, że coś takiego jest na wyspie, dowiadujemy się w pierwszej scenie, kiedy Paweł prowadzi przy tym czymś samodzielnie pomiary, a potem zdawkowo informuje Siergieja, że promieniowanie jest duże. Ten jednak zdaje sie nie przejmować tą informacją, a i Paweł o tym zapomina. I kiedy pod koniec skażenie radioaktywne okazuje się nagle najważniejszą kwestią filmu, poczułam się oszukana. Dlaczego? Bo nie o tym była ta opowieść! Reżyser i scenarzysta wywiedli mnie w pole, ale wcale nie jestem pewna, czy takie było ich założenie. Wszak cały czas budują napięcie wokół relacji między dwoma całkiem różnymi mężczyznami skazanymi na siebie.

Siergiej, starszy, mieszka na wyspie od lat, pracował z różnymi ludźmi, widział niejedno. Wie, jakie zagrożenia niesie przyroda, wie, co życie w izolacji, w surowym, dzikim otoczeniu może zrobić z ludźmi, jaki wybuch emocji potrafi wywołać zwyczajna sprzeczka. Jest małomówny, raczej spokojny i chyba lubi swoją pracę i swoje przebywanie na tej pustej, omiatanej wiatrem i mgłami wyspie. Czas upływa mu jednostajnie na odczytywaniu pomiarów, przekazywaniu ich gdzieś w świat, na codziennych czynnościach. Jedyną rozrywką jest połów ryb gdzieś w lagunach. Potem wędzi je, aby zrobić z nich prezent dla żony, z którą kiedyś tu mieszkał. Nawet na wieści od niej i synka początkowo wydaje się być obojętny. Ożywia się dopiero później. Zupełnie inny jest Paweł. Dużo młodszy, inaczej ubrany (w takim stroju spokojnie mógłby pokazać się w mieście), słucha ostrej muzyki, w wolnych chwilach gra w gry komputerowe. Momentami zachowuje się z dziecięcą radością: skacze po beczkach, wiruje na radarze (?) niczym na karuzeli. Dlaczego tu pracuje? Bo nie znalazł innego zajęcia? Bo chce przeżyć przygodę? A może też lubi takie życie? Jest niedoświadczony, musi podporządkować się poleceniom Siergieja i słuchać jego rad. Nie zawsze wszystko zrobi, jak trzeba, ale i Siergiej pozwala sobie na zlekceważenie regulaminu, kiedy wypływa na ryby i pozostawia na stanowisku niedoświadczonego kolegę. Paweł próbuje chyba nawiązać jakąś bliższą więź z małomównym towarzyszem, przełamać dzielącą ich barierę. Temu prawdopodobnie służy pytanie: "Dlaczego pan jest taki?" (cytat z pamięci). Taki, czyli jaki? Milczący, zamknięty w sobie, surowy, sztywny?

Napięcie zacznie rosnąć, kiedy Paweł nie przekaże Siergiejowi tragicznej wiadomości o śmierci żony i synka. Pod wpływem ostrzeżeń radiotelegrafistów i wcześniejszych opowieści Siergieja boi się jego reakcji i dlatego chyba nie chce mu powiedzieć tego osobiście. Będzie milczał również wtedy, kiedy zorientuje się, że kartkę z telegramem zdmuchnął wiatr. A potem już brnie. To znany psychologiczny mechanizm: jeśli nie zmierzymy się z czymś przykrym od razu, potem boimy się tym bardziej. Na domiar złego Siergiej raptem ożywia się i z uczuciem, które wcześniej skrywał, opowiada o żonie i synku. Paweł miota się, nie wie, co robić, próbuje przeczekać, aż nadejdzie ratunek z zewnątrz. Wtedy nie będzie sam. On wie, zna tragiczna prawdę, a Siergiej, nieświadomy niczego, raptem cieszy się życiem. Ostatnie beztroskie, szczęśliwe chwile. Swojego zaniechania Paweł omal nie przypłaci życiem podczas samotnej wyprawy, na którą wyrusza, aby sprowadzić Siergieja, który łowi ryby w lagunie. Surowa przyroda pokazuje, kto tu rządzi: mgła, zmieniające się gwałtownie warunki atmosferyczne, niedźwiedź. Napięcie rośnie, film z psychodramy powoli zmienia się w thriller.

Kiedy wreszcie Paweł uratowany przez Sergieja powie mu prawdę, okaże się, że jego lęk był uzasadniony. Dlaczego Siergiej do niego strzela? Z rozpaczy? Z szaleństwa? Ze złości, że kolega zataił przed nim tragiczną wiadomość? Paweł zamienia się w uciekiniera, a film jeszcze bardziej zmierza w stronę thrillera. Młody mężczyzna zachowuje się jak ścigane zwierzę: poobijany, głodny, przemarznięty, brudny, ze strachem w oczach walczy o przetrwanie. Jeszcze niedawno radosny, zadowolony z życia, teraz zdegradowany do swojej fizyczności, zaszczuty. Czy rzeczywiście Siergiej jest taki groźny? Czy kiedy wyrusza tropem Pawła, jest gotowy go zabić, czy po prostu chce go sprowadzić z powrotem do bazy? Ja miałam wrażenie, że to drugie. Ale może napad szału minął mu dopiero później? Może słusznie Paweł uciekał? I kiedy nagle napięcie opada, kiedy dochodzi do pojednania, kiedy lęk okazał się  może tylko wytworem wyobraźni, wtedy właśnie okazuje się, że prawdziwym zagrożeniem jest napromieniowanie.

Tu pojawiają się kolejne pytania. Czy Paweł napromieniował ryby celowo, żeby zaszkodzić Siergiejowi, czy zrobił to bezmyślnie, dotykając ich skażonymi dłońmi? I czy o takie pytania chodziło scenarzyście i reżyserowi, czy też stawiam je, bo ten film jest pęknięty? Dlaczego Siergiej decyduje się zostać na wyspie? Dlaczego nie jedzie, aby się przebadać jak Paweł? A co z pogrzebem żony i synka? Czy to nieważne? W takim razie skąd wcześniejszy wybuch emocji?

Kiedy stawiam takie zdroworozsądkowe pytania filmowi uznanemu za znakomity, najlepszy, zawsze myślę sobie: "A może to z twoją wrażliwością jest coś nie tak? Może nie dostrzegasz arcydzieła w arcydziele? Może arcydzieło, nawet jeśli kręcone jest w konwencji realistycznej, nie musi trzymać się trywialnego prawdopodobieństwa?" Ale wtedy przychodzi otrzeźwienie: wszak mam prawo do swojego odbioru i cóż poradzę na to, że znowu nie zachwyca!

Gregor von Rezzori "Pamiątki antysemiy".

Zanim skończę czytać rumuńską powieść "Fortepian we mgle", o której wspominałam w poprzedniej
notce, chciałabym wrócić pamięcią do książki, jaką przeczytałam ostatniego lata. Dlaczego? Ponieważ miejsce akcji łączy ją z moją obecną lekturą. Chodzi o "Pamiątki antysemity" Gregora von Rezzori (Pogranicze 2006, ale książka cały czas jest dostępna). Już krótki rzut oka na biografię autora pozwala domyślić się, jak barwna to postać. Był Włochem, ale urodził się w Czerniowcach w roku 1914 jako obywatel Austro-Węgier, potem z wyroku historii stał się obywatelem rumuńskim, później niemieckim, przez jakiś czas był bezpaństwowcem, aby wreszcie przyjąć obywatelstwo włoskie! Akcja jego częściowo autobiograficznej powieści, a właściwie pięciu epizodów z jego życia, rozgrywa się na Bukowinie, potem w Bukareszcie, w Wiedniu w roku 1938 i w powojennym Rzymie. Polecam!
Książkę odkryłam dzięki jakiemuś programowi literackiemu, a o konieczności zakupu przekonało mnie porównanie jej do "Buddenbrooków" Manna. Ta informacja jednak okazała się zupełnie nieprawdziwa, bo nie mamy w tym wypadku do czynienia z sagą rodzinną, ale raczej z historią dojrzewania, szukania drogi życiowej. Owszem, sporo dowiadujemy się o historii rodziny narratora, pamięcią sięga  jeszcze czasów monarchii austro-węgierskiej, pisze o swoich rodzicach, wujostwie, babce mieszkającej w Wiedniu, ale to wszystko. Te wspomnienia nie są ani chronologiczne, ani pełne. Jednak zupełnie nie żałuję, że wprowadzono mnie w błąd, bo to powieść znakomita, ciekawa i zmuszająca do refleksji!
A jej głównym tematem jest sygnalizowany w tytule powieści antysemityzm, który narrator  wyssał z mlekiem matki. Dla mówiących po niemiecku obywateli Austro-Węgier, którzy na Bukowinę przybyli z serca cesarstwa, Wiednia czy innych terenów Austrii, po to, aby w imieniu tego cesarstwa ją "kolonizować", antysemityzm był czymś oczywistym i naturalnym. Nie podlegał żadnej refleksji. Po prostu Żydów traktowało się, jakby nie istnieli! Pogarda, tak, ale dopiero wtedy, kiedy dochodziło do bezpośredniego kontaktu. Wiadomym było, że Żyd to obywatel drugiej kategorii, ktoś w hierarchii społecznej stojący niżej niż służba, niżej niż inne narodowosci, ktoś, z kim porządny obywatel, urzędnik państwowy nie rozmawia, a  utrzymywanie stosunków towarzyskich nikomu nie przyszłoby do głowy! Paradoks będzie polegał na tym, że już jako trzynastoletni chłopak, zesłany za karę na wakacje na wieś do wujostwa, wejdzie w bardzo bliskie relacje z żydowskim chłopcem, synem miejscowego lekarza. Trudno mu będzie sobie poradzić ze świadomością, że ten jego rówieśnik jest od niego lepszy: zdolniejszy, ba, utalentowany muzycznie, o sprecyzowanych planach na przyszłość. W następnych czterech rozdziałach będziemy śledzić kolejne epizody z życia narratora naznaczone SPOTKANIAMI  z Żydami, częściej z Żydówkami. Te spotkania odcisną piętno na jego życiu. Dzięki miłości, przyjaźni, współczuciu, zainteresowaniu losem drugiego człowieka powoli będzie dojrzewał, rewidował swoje poglądy, określał swoją tożsamość i inaczej spojrzy na historię  rodziny. Z czasem zmieni się jego podejście do INNEGO, chociaż odniosłam wrażenie, że przez całe życie zmaga sie z tym problemem. Na mnie największe wrażenie zrobiły dwa epizody: pierwszy bukaresztański z roku 1933 i wiedeński z roku 1938.
Jako zbuntowany dziewiętnastolatek narrator porzuca, jak sam pisze: "parafiańską ciasnotę Bukowiny" i przybywa: "do krajowej metropolii: Bukaresztu". Jest w konflikcie z rodzicami, przede wszystkim z ojcem, bo matka jak to matka, mimo nieakceptacji jego wyborów, jest gotowa w tajemnicy przed mężem jakoś mu pomagać. Nie chce podążać przypisaną mu drogą, nie chce zostać leśnikiem, zoologiem lub biologiem, pragnie być artystą, malować. Ale żyć z czegoś trzeba, więc zatrudnia się w dużej firmie produkującej kosmetyki jako dekorator wystaw. Początkowo łudzi się, że to zajęcie ma coś wspólnego z drogą życiową, jakiej pragnie, ale szybko okazuje się, że musi odwiedzać nędzne, małe sklepiki, często właśnie żydowskie, gdzieś na przedmieściach Bukaresztu i użerać się z drobnymi kupcami, płaszcząc sie przed nimi. Bukareszt tamtych czasów to metropolia tylko w centrum, a obrzeża to małomiasteczkowy, prowincjonalny konglomerat, tygiel różnych narodowości: Rumunów, Żydów, Ćyganów, Ńiemców i innych. Ten świat, który młodemu mężczyźnie marzącemu o innym życiu, mógł wydawać się obmierzły, mnie wydał się fascynujacy przez swoją różnorodność, egzotykę i czas, który sprawił, że takiej rzeczywistości pewnie już nie ma. Ale oprócz tej przyciągającej barwności osią  rozdziału jest miłość do starszej, pięknej Żydówki, wdowy i właścicielki małego sklepiku, który z racji swoich obowiązków regularnie odwiedzał. Miłość, erotyczna fascynacja przeplatają się z niechęcią, odrazą i wstydem. Mimo że pokazują się razem, często wstydzi się jej, tym więcej, im bardziej "Andaluzyjka", tak ją nazywa, stara się przypominać europejską damę, a nie prowincjinalną Żydowkę. Wielką czytelniczą przyjemnością jest śledzenie tej skomplikowanej psychologicznie relacji i obserwowanie Bukaresztu lat trzydziestych. Poza tym opowieść bywa autentycznie śmieszna (brzemienna w skutki wizyta u nędznej prostytutki), narrator potrafi obserwować siebie z autoironicznym dystansem.
Drugi z rozdziałów, o którym wspomniałam, nie jest już tak zabawny, przeciwnie obserwujemy narastającą grozę, której bawiąca się wiedeńska cyganeria, a przede wszystkim narrator, długo nie dostrzega. Wiedeń roku 1938. Tu w szacownej mieszczańskiej kamienicy mieszkają babka i ciotki Gregora, stąd wywodzi się rodzina jego matki. To historia wieloletniej znajomości i fascynacji córką sąsiadów, Minką Raubitschek. Jej rodzice to wykształceni, wiedeńscy Żydzi. Ojciec profesor uniwersytecki często gościł u siebie różne sławy. Babka narratora nie mogła takich ludzi jawnie lekceważyć, okazywała im rezerwę pomieszaną z łaskawością. O tym, że antysemityzm był immanentną cechą jej osobowości, świadczą słowa  wnuka: "Od kiedy Żydzi zaczęli odnosić sukcesy w muzyce, babka przestała ją uznawać za sztukę."  Podobnie jest z narratorem. Pisze o sobie: "Moje życie zmieniło sie radykalnie, mimo to nadal nie lubiłem Żydów. Ale od tej pory żyłem pośród nich, bo większość przyjaciół Minki to byli Żydzi." I w innym miejscu:  "Minkę lubiłem niesamowicie, a gdyby nie była Żydówką, strasznie bym się w niej zakochał (..)." I żeby dopełnić ten obraz, pokazać klimat, w jakim wychowywał się narrator, ostatni cytat: "Nic dziwnego, że mieszkajac u takich wariatek, chłopak zaczyna zadawać się z Żydami." Tak wyobraża sobie słowa ojca, gdyby ciotki i babka doniosły mu o jego bliskich relacjach z Minką. To, co najciekawsze w tym rozdziale, to atmosfera panująca w Europie pod koniec lat trzydziestych. Kiedy w roku 1938 narrator ponownie przybywa do Wiednia i spotyka się z Minką, dostrzega różnicę, ale ją lekceważy. W Austrii pełno jest już Żydów, którzy uciekli z Niemiec, ale i tu robi się coraz niebezpieczniej. Znajomi Minki wykruszają się, wyjeżdżają do Szwajcarii, Francji lub Anglii. Ci, którzy przybyli z Niemiec, opowiadają przerażajace rzeczy. Ale Gregor nie rozumie, uważa, że w swojej egzaltacji Żydzi jak zawsze przesadzają. Polityką się nie interesuje, nie rozumie jej i niewiele o niej wie. Powiela poglądy większości. Ma wyraźne sympatie nazistowskie, bo: "(...) na plus nazistom należało zapisać fakt, że byli przeciw "czerwonym". A "czerwoni" to byli okropni proleci, którzy chcieli zniszczyc takich ludzi jak my." Czuje się rozczarowany, spodziewał się zabawy jak dawniej, tymczasem wszystko sie zmieniło, Minka też. Przerażający jest opis nocy anszlusu: tysiące mężczyzn o zaciętych, martwych twarzach maszerujących w milczeniu ulicami nocnego, pustego Wiednia, demonstrujących swoje poparcie dla tego, co sie stało. Po raz pierwszy narrator poczuł sie wykluczony. Skąd wiedzieli? Dlaczego oni tak, a on nie?
Nie da się w tej, z konieczności krótkiej, notce oddać całego bogactwa tej książki. Pokazać dojrzewania, budowania tożsamości narratora,  wszystkich jego rozterek i  zmieniających się poglądów. Także obrazu jego rodziny, środowiska, z którego sie wywodził, żyjącego mitem wielkiej Rzeszy i marzącego o jej odtworzeniu. Naprawdę warto przeczytać tę powieść, mimo że nie jest to lektura łatwa, bo pozbawiona dialogów, kunsztowna narracja domaga się skupienia i uważnego studiowania. Oprócz przyjemności, o której wspomniałam, skłania także do wielu refleksji.  

Popularne posty