Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa. Pokaż wszystkie posty

Inga Iwasiów "Późne życie"

Napiszę bez zbędnych wstępów - od najnowszej powieści Ingi

Iwasiów "Późne życie" (Drzazgi 2023) nie mogłam się oderwać, a że miałam nieco więcej czasu niż zwykle, przeczytałam ją w niecałe trzy dni. Jakżeż mi się ta książka podobała! Chociaż znowu słowo podobała nie jest w tym wypadku najodpowiedniejsze, bo znakomicie wykreowany nastrój tej powieści raczej przygnębia. Jest to jednak tak zrobione, tak opowiedziane, że ciągle zadawałam sobie pytanie o dalsze losy bohaterów, o rozwiązanie zagadek umiejętnie wplecionych w akcję opowieści, a wreszcie im bliżej końca, tym bardziej chciałam wiedzieć, w jaki sposób autorka postawi kropkę nad i. Tak jak się spodziewałam, zakończenie jest otwarte. Jednym słowem po nudzie i męce związanej z czytaniem "Czy muszę odchodzić?" Yiyun Li wielka przyjemność, radość i spełnienie. 

Akcja "Późnego życia" rozgrywa się współcześnie po sezonie, który skończył się dość nagle, w nadmorskiej miejscowości zwanej tu Osadą. Po kilku szczegółach, dzięki pomocy niezawodnego internetu, można bez wysiłku odkryć, o którą miejscowość chodzi. Ja sobie z czystej ciekawości wyguglałam, ale zdradzać nie będę. Osada, jeszcze do niedawna, w sezonie ludna miejscowość turystyczna, teraz trwa opustoszała. Zostali nieliczni przyjezdni i miejscowi. Wiemy, że coś się wydarzyło, nie wiemy co i nie ma to większego znaczenia. Wcześniej była pandemia, potem wojna w Ukrainie, a teraz jakaś inna katastrofa. Te niedopowiedzenia sprawiają, że tak jest lepiej i ciekawiej. Niepewność buduje atmosferę zagrożenia. Wygląda to tak, jakby pod wpływem jakichś zdarzeń kto mógł, uciekł z Osady, zostawiając tu wszystko. Ci, którzy wyjechali później, nie dają znaku życia. A niektórzy nagle znikają i też ślad po nich ginie. Co się z nimi stało? Gdzie są w tym niepewnym świecie? Czy zagadka ich milczenia zostanie rozwiązana? Ci, którzy zostali, mają wątły kontakt ze światem, bo internet działa z przerwami, czasem nie ma prądu. Pozostawieni sami sobie próbują się organizować. Co będzie, kiedy skończą się dostawy żywności i leków do miejscowej apteki? O dziwo na razie nie jest tak źle. Nawet śmieci są regularnie wywożone. Ale spokój Osady został zakłócony już wcześniej. Na jej obrzeżach wyrósł moloch, luksusowe H'otelisko dla bogatych. Ono też ma swój odpowiednik w świecie rzeczywistym. Można sprawdzić. Zaprojektowano je tak, aby ci, którzy będą spędzać w nim urlop, nie musieli - a może nawet nie mogli? - wychodzić poza jego obręb. Nawet na plażę. Miejsce iście orwellowskie. Niestety pierwsi goście również wyjechali w popłochu, kiedy nastąpiła katastrofa. Co się tam teraz dzieje? Stoi pusty? Mieszkańcy Osady obserwują spowijającą go łunę światła.

"Późne życie" opowiada o świecie dystopijnym. To taka dystopia, którą mamy na wyciągnięcie ręki. Właściwie może się zdarzyć w każdej chwili. Kolejna pandemia lub wojna, problemy ze źródłami energii, jakieś zawirowania polityczne, katastrofa naturalna i pewnie wiele innych przyczyn. Problemy tego świata nie są tu wydumane. Degradacja krajobrazu, nadmiar przedmiotów, atrofia więzi społecznych, samotność, pustka, źle działające instytucje. No i kłopoty osobiste. Za każdym z bohaterów tej powieści, a jest ich kilkanaścioro, ciągnie się jakaś przeszłość. Rodzinne piekiełko, zawiedzione uczucia, dziedziczone traumy, zaborcze matki, despotyczni ojcowie. Czyta się ich opowieści z zapartym tchem, a jednocześnie ze świadomością, że doskonale znamy podobne historie i z literatury, i z życia. Z jednej strony są przykrojeni do pewnego schematu, z drugiej można ich polubić, związać się z nimi. Pogrążeni w neurozach, stale na prochach nieoczekiwanie dostają od losu szansę. Utknęli w Osadzie w bezczasie, musieli zwolnić, ograniczyć potrzeby, ale okazuje się, że tak można żyć. Spacerują, uciekają w świat wyobraźni - marzenie Swietłany o tym, jak zostanie autorką tak znakomitej powieści, aż wiadoma Noblistka będzie błagała Akademię Noblowską, aby odebrała jej nagrodę i wręczyła nieznanej autorce, jest po prostu pyszne i stanowi jedyny, chyba, zabawny fragment książki - zastanawiają się nad sobą, próbują jakoś się organizować, jedni nawiązują jakieś nowe więzi, inni nadal tkwią w kokonie samotności i czytają, bo nieoczekiwanie w świecie, gdzie może zabraknąć żywności, leków, internetu i prądu, jest w nadmiarze książek i ciuchów. 

Ukrainka Swietłana, o której przed chwilą wspominałam, wydaje się być osobą najlepiej przystosowaną do kryzysów. Jest energiczna, pełna pomysłów, elastyczna, potrafi się dostosować do zmieniającej się sytuacji, nie martwi się na zapas. Innym bohaterem, dającym nadzieję, jest młody mężczyzna, który nieoczekiwanie dla siebie musi zaopiekować się małym chłopcem. Chociaż do niedawna żył inaczej, nową sytuację przyjmuje ze spokojem i potrafi jej sprostać.

Czy jest to powieść optymistyczna, czy pesymistyczna? Można ją odczytać i tak, i tak. Dla mnie jednak więcej tu ciemnych barw. Mimo że bohaterowie próbują się dostosować i to zatrzymanie w czasie nieraz wychodzi im na dobre, a przyroda w opustoszałym świecie zaczyna zagarniać krajobraz, to jednak wisi nad nimi niepewność i niepokój. Jaka będzie ich przyszłość? Czy wrócą do miasta, z którego przybyli? Czy tam jest bezpiecznie? A co z tymi, którzy zniknęli? Jest jeszcze H'otelisko, które niczym jakiś golem, fatum, zapowiedź orwellowskiego świata stoi tuż obok i nie pozwala o sobie zapomnieć. Czy pociechę może przynieść fakt, że to nie pierwsza katastrofa? Że wszędzie kiedyś wydarzyło się coś złego? Na tej plaży również - była świadkiem strasznych wydarzeń w czasie wojny, ale też rodzinnych tragedii w czasach pokoju i beztroski. To tu kilka lat temu na oczach matki utopili się dwaj synowie i ich ojciec. Czy pocieszający jest fakt, że zawsze było niesprawiedliwie? Że kiedy jedni tracili, drudzy zyskiwali? Że kiedy jedni nic nie mają, inni pławią się w nadmiarze i pozbywają się ciuchów, które zalewają planetę? Ale, jak mówi pan Stanisław, kierowca śmieciarki, z którym lubi rozmawiać Swietłana - W przyrodzie nic nie ginie, po klęsce przychodzi zbawienie.

Filmowe remanenty - "Apokawixa", "Alcarras", "Pasażerowie nocy"

Na moim blogu od dawna przeważa literatura, no ale skoro wymyśliłam go niegdyś jako blog książkowo-filmowy, czuję się w obowiązku relacjonować moje wizyty w kinie. Najczęściej, z powodu braku czasu, no i decyzji, że książki mają tu pierwszeństwo, zbiorczo w formie filmowych remanentów. Tak będzie i tym razem - szkoda nie napisać o "Apokawixie", "Alcarras" i "Pasażerach nocy".

Na "Apokawixę" Ksawerego Żuławskiego czekałam po gdyńskim festiwalu, mimo że doskonale wiedziałam, iż to nie moje klimaty. Zombie i inne tego typu popkulturowe motywy są mi obce, nigdy nie chwyciłam bakcyla. Może dlatego, że w ogóle nie lubię wszelkiej maści fantastyki, łącznie z tą naukową. No a w "Apokawixie" pojawiają się właśnie one. Ale poszłam zwabiona szumem i bardzo dobrymi recenzjami. I rzeczywiście nie żałuję, bawiłam się bardzo dobrze, film jest zrobiony znakomicie. Świetne tempo, klimat, role, zwłaszcza młodych aktorów. Trudno wymieniać wszystkich, podam tylko dwa nazwiska - Mikołaj Kubacki i Marta Stalmierska, która w Gdyni dostała nagrodę za debiut. Dlatego nie dziwi też zasłużona nagroda dla reżyserki castingu na gdyńskim festiwalu. Wszystko to prawda tyle tylko, że wkrótce po seansie wrażenia przygasły. To film, który z przyjemnością się ogląda, świetnie się człowiek na nim bawi, ale potem szybko zapomina. Piszę o zabawie, bo poważne przesłanie filmu (katastrofa klimatyczna) do mnie nie trafia. Nie, nie, sama katastrofa przejmuje mnie mocno, napełnia fatalizmem, tylko ta filmowa nie. Cóż, nie ja jestem targetem "Apokawixy". Ciekawe, jak na film reaguje młoda widownia. Zresztą tym razem nie o powagę przede wszystkim chyba chodziło. Tak czy inaczej polecam.

Jeszcze bardziej polecam "Alcarras" hiszpańskiej reżyserki Carli Simon, film nagrodzony Złotym Niedźwiedziem na zeszłorocznym Berlinale. Może ktoś widział jej "Lato 1993" - równie znakomite. "Alcarras" to zrealizowana niemal w dokumentalnej formie opowieść o drobnych hiszpańskich rolnikach, którzy nie mają szans w starciu z wielkimi producentami żywności, więc ich gospodarstwa skazane są na zagładę. Nic dziwnego, że niektórzy decydują się sprzedać ziemię pod farmy paneli słonecznych. To zresztą problem w całej Europie, także w Polsce. Bohaterowie filmu, grani przez znakomitych naturszczyków, może stąd to wrażenie dokumentalnej formy, należą do jednej rodziny, która od lat hoduje przede wszystkim brzoskwinie. Teraz nie tylko z powodu, o którym pisałam przed chwilą, także w wyniku dawnych zaniedbań stoją w obliczu utraty ziemi. Dom jest ich, ale sady brzoskwiniowe oficjalnie nie, a właściciel chce zamienić je na wspomnianą farmę paneli słonecznych. Spieszą się więc, aby przynajmniej zebrać ostatni zbiór. Ale nie tylko z powodu wagi problemu warto obejrzeć ten film. Cała przyjemność to obserwacja rodziny - relacji między nimi, rodzącego się konfliktu spowodowanego kryzysem, psychologicznych niuansów, miotania się, wreszcie, co bardzo ważne w wypadku Carli Simon, obserwacja, jak radzą sobie w tym wirze wydarzeń najmłodsi, dzieci i nastolatki. Już w poprzednim filmie reżyserka opowiadała historię z perspektywy dziecka, tu aż tak daleko się nie posunęła, ale młodzi bohaterowie są nadal w centrum jej uwagi. Kilkulatki niewiele rozumieją, dla nich wszystko jest okazją do znakomitej zabawy, stwarzania sobie swoich światów. Cierpią, bo z powodu rodzinnego konfliktu nie mają już ze sobą codziennego kontaktu. Tymczasem nastolatki mocno przeżywają to, co się dzieje, nie potrafią sobie z tym poradzić, buntują się po swojemu. Dorośli też są zagubieni. Chociaż film bardzo przypomina dokument, to wiele w nim poezji i wzruszeń. Przy czym nie są to wzruszenia wywołane w nachalny, sentymentalny sposób. Łzy nie płyną po twarzy, ale pozostają pod powiekami. Piękny, poruszający film.

Zupełnie nieoczekiwanie interesujący okazali się również francuscy "Pasażerowie nocy" z Charlotte Gainsbourg w roli głównej. Przegapiłam ten film zaraz po premierze, zresztą trudno teraz nadążyć, tyle interesujących nowości jak zwykle jesienią. Cieszę się, że w ostatniej chwili udało mi się go zobaczyć. To też historia rodzinna, tyle że to rodzina wielkomiejska, ich problemy są inne, bardziej przyziemne, chociaż nie mniej dotkliwe. Chodzi o kryzys małżeński. Mąż odchodzi do innej, Elisabeth zostaje sama z nastoletnimi dziećmi, które też mają swoje problemy. Musi się pozbierać, iść do pracy, a dotąd zajmowała się tylko domem. Cierpi, wsparcie okazuje jej ojciec. Elisabeth jest wrażliwą kobietą, dlatego mimo rodzinnego kryzysu decyduje się pomóc młodej dziewczynie, która nieoczekiwanie staje na jej drodze. To rodzi kolejne komplikacje. I tak to płynie, niby nic, zwyczajne życie, opowieść o kobiecie na zakręcie, a jednak działa i świetnie koresponduje z "Alcarras". Ja obejrzałam oba filmy dzień po dniu, może stąd takie wrażenie. Tyle że "Pasażerowie nocy" mimo wszystko krzepią, czego nie można powiedzieć o "Alcarras". Kiedy rozstajemy się z bohaterami tego filmu, nie wszystko znajdzie swoje rozwiązanie, nie wiemy, jak dalej potoczy się ich historia. Czy syn spełni swoje marzenie? A co będzie z Talulah, tą dziewczyną, którą przygarnęła Elisabeth? Czy wyjdzie na prostą? Nie wiadomo, jak to w życiu - poznajemy kogoś, jesteśmy z nim blisko, potem znika nam z horyzontu i nie mamy pojęcia, co u niego. I tak to się plecie.

 

Sarah M. Broom "Żołty dom. Wspomnienia"

Sama już nie pamiętam, jak to się stało, że spośród mnóstwa nowych

książek, jakie ukazują się co tydzień, wpadł mi w oko "Żółty dom. Wspomnienia" Sarah M. Broom (Agora 2020; przełożył Łukasz Błaszczyk). Czy gdzieś o nim usłyszałam? Przeczytałam? Czy po prostu zobaczyłam wśród nowości i zainteresował mnie temat? Tak czy siak, wpisałam na listę książek, które chcę kupić i przeczytać i dość szybko, korzystając z promocji, zadanie wykonałam. Czym jest ta nagrodzona National Book Award książka afroamerykańskiej dziennikarki i pisarki? To historia rodziny, wspomnienia, a raczej historia, samej autorki, ale także opowieść o życiu ludzi z gorszych albo nawet złych dzielnic, szczególnie o Afroamerykanach, o mieście - Nowym Orleanie, o traumie związanej z huraganem Katrina, który w sierpniu 2005 roku je spustoszył, i o domu w sensie dosłownym i symbolicznym. 

Problemem tej książki jest moim zdaniem właśnie jej wszystkoizm. Za dużo srok za ogon chciała na raz złapać autorka. Dlatego lekturze towarzyszyły zmienne odczucia - całe partie książki pochłaniałam z wielkim zainteresowaniem, aby potem natrafić na jakiś nużący fragment. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przecież to już było, podobne historie już nie raz  czytałam. Gubiłam się też w mnogości bohaterów - rodzina autorki była i jest bardzo liczna, wszyscy jej członkowie, niektórzy częściej, inni rzadziej, pojawiają się na kartach jej wspomnień. Do tego dochodzą sąsiedzi, koleżanki i koledzy ze szkoły, przyjaciele. Najmniej interesujące i najbardziej banalne wydały mi się wspomnienia i osobista historia Sarah M. Broom. Autorka opowiada nie tylko o swoim dzieciństwie, ale także o poszukiwaniu drogi życiowej już po studiach, czyli na przykład o pracy w jednym z biedniejszych afrykańskich państw, Burundi. Jak to się ma do innych tematów książki? Był moment, kiedy wydawało mi się, że to kobieca wersja historii Didiera Eribona ("Powrót do Reims"), czyli opowieść o szukaniu własnej drogi przez kogoś, kto nie dość, że pochodzi z niższej warstwy społecznej, to jeszcze należy do jakiejś mniejszości. On jest gejem, ona jest czarna. Ktoś taki chcąc wyrwać się ze swojego środowiska i aspirując do zdobycia wykształcenia, jest skazany na szukanie po omacku, bo nie ma tego całego zaplecza kulturowego, tego całego backgroundu, jaki mają ludzie zamieszkujący piękne dzielnice (czytaj: lepsze). Dlatego jego droga jest trudniejsza, najeżona przeciwnościami, dłuższa, okupiona wieloma złymi wyborami. Kiedy już, już wydawało mi się, że to po to autorka opowiada swoje perypetie, wszystko jednak rozmywało się w nadmiarze szczegółów i bocznych dróg.

A teraz o tym, co ciekawe i co sprawiło, że lektury "Żółtego domu" nie uważam za czas stracony. Najbardziej zainteresowały mnie dwie sprawy, które ściśle są ze sobą powiązane. Pierwsza to warstwa społeczna tej opowieści, a druga huragan Katrina, a przede wszystkim jego konsekwencje, z którymi miasto, władze stanowe i krajowe nie uporały się przynajmniej do roku 2011, sześć lat po huraganie, kiedy to autorka po raz kolejny wraca do swojego rodzinnego miasta, aby w nim na jakiś czas znowu zamieszkać. Jak jest dzisiaj, piętnaście lat po Katrinie, nie wiem. Trochę nawet szperałam po internecie, ale właściwie niczego nie znalazłam.

Sarah M. Broom urodziła się i wychowała we wschodniej dzielnicy Nowego Orleanu, w dzielnicy, gdzie tereny mieszkaniowe mieszały się z przemysłowymi albo z takimi zostawionymi odłogiem, sprawiającymi wrażenie niczyich. Był moment kiedy przed tym miejscem według władz miasta sprzymierzonych z biznesem, szczególnie deweloperskim, rysowała się świetlana przyszłość. Przynajmniej na papierze. Dlatego powstawały nowe osiedla, zachęcano do kupowania mieszkań, ale plany te, jak się okazało, z różnych przyczyn od początku były palcem na wodzie pisane, a ostatecznie nigdy się nie urzeczywistniły, a gwoździem do ich trumny stała się Katrina, która dzielnicę zrujnowała doszczętnie i sprawiła, że większość tych, którzy nie zginęli, musiała opuścić Nowy Orlean, szukając schronienia u krewnych w innych miastach i stanach. Taki los spotkał także wielu bliskich autorki - w mieście zostali nieliczni. Mimo szumnego planu powrotów ogłoszonego przez władze miejskie do roku 2011 większość z uciekinierów nadal pozostawała przesiedlona, bo zwyczajnie nie miała do czego wracać. Program pomocy grzązł w biurokratycznych procedurach i ślimaczył się niemożebnie. Nawet znajomości nie mogły niczego przyspieszyć. W dzielnicy, w której urodziła się i mieszkała autorka, zawsze było brzydko i niebezpiecznie, a po przejściu huraganu zrobiło się jeszcze gorzej. 

To właśnie w tam, we wschodnim Nowym Orleanie, jej matka, kiedy miała zaledwie dziewiętnaście lat, kupiła niewielki domek, ten tytułowy żółty dom. Była pierwszą osobą ze swojej licznej rodziny, która stała się właścicielką nieruchomości. Wtedy oznaczało to wielkie osiągnięcie. Niestety dom, który był dumą rodziny, z czasem stał się pewnego rodzaju obciążeniem. Po pierwsze z upływem lat ulica, na której się znajdował, stała się złą ulicą, po drugie systematycznie podupadał, a na remonty właścicielki nie było stać. O sprzedaży i kupnie czegoś innego trudno było marzyć, bo dom stracił znacznie na wartości, okolica stała się zupełnie nieatrakcyjna, a ceny przyzwoitych nieruchomości poszybowały w górę. Ostateczny cios zadał mu najpierw inny huragan na wiele lat przed Katriną, a potem niespodziewana śmierć ojca autorki, którego właściwie nie poznała, bo zmarł, kiedy była jeszcze niemowlęciem. Odtąd dom systematycznie chylił się ku upadkowi, aby ostatecznie przestać istnieć w wyniku niszczycielskiego kataklizmu, jakim okazała się Katrina. Dlatego Sarah M. Broom zna jego  świetność  tylko z rodzinnych wspomnień. Jej uczucia wobec żółtego domu są dwuznaczne. Z jednej  strony to bardzo ważne miejsce, rodzinne gniazdo scalające liczne rodzeństwo, korzenie, historia, wspomnienia, kiedyś powód do dumy. Miejsce na ziemi, to jedyne. Z drugiej strony powód do wstydu. Ani Sarah, ani starsze rodzeństwo, które za czasów jej dzieciństwa i młodości mieszkało jeszcze w żółtym domu, nie odważyło się zaprosić tu swoich rówieśników ze szkoły, co z czasem stawało się powodem wykluczenia. Jej koleżanki nie zdawały sobie sprawy, jaka jest rzeczywista przyczyna takiego stanu rzeczy, dlatego brak rewanżu traktowały jako przejaw lekceważenia, niechęci, złego wychowania. Autorka opowiada o całej strategii, jaką stosowała, próbując wymigać się od zaproszenia kogoś, u kogo wcześniej gościła. Wszystko na nic - zawsze kończyło się ochłodzeniem znajomości lub jej zerwaniem. A jednak szczególnie jej dwaj starsi bracia i matka obsesyjnie wracają do zrujnowanego domu, a potem już na samą działkę po nim. Posiedzą na trawie, grilują, strzegą. Czego, skoro nic nie zostało? Wspomnień, rodzinnej historii. 

Kiedy myślimy o takich znanych turystycznie miastach jak Nowy Orlean, o czym właściwie myślimy? Kiedy je odwiedzamy, co oglądamy? Odpowiedź jest oczywista - te miejsca w powszechnej świadomości to tylko to, co atrakcyjne turystycznie. W wypadku Nowego Orleanu  Dzielnica Francuska, zaledwie kilkanaście ulic położonych na niewielkim ułamku terenu, jaki zajmuje całe miasto. Ale przecież to obraz fałszywy. Prawdziwe życie jest gdzie indziej. W lepszych i gorszych dzielnicach. Tym wszystkim nie zaprzątamy sobie głowy. Między Dzielnicą Francuską, a wschodnią, skąd wywodzi się autorka i jej rodzina, jest przepaść. Sarah M. Broom, kiedy w 2011 roku po powrocie do miasta wynajęła mieszkanie właśnie w tej najatrakcyjniejszej dzielnicy, wspomina swoje nieliczne wizyty w tym miejscu - w szkolnych czasach była tam zaledwie kilka razy. Z wycieczką  albo z matką, od wielkiego święta. Turystka w swoim mieście. Właściwie nawet nie turystka, raczej ktoś z innego świata. Bo nie czuła się tu ani u siebie, ani ze swobodą, jaka charakteryzuje turystę.

I właśnie to jest w tej książce najciekawsze. Frapujące i przerażające są też opisy żywiołu, jakim była Katrina. Warto przeczytać te fragmenty, bo uświadamiają, czym są i przede wszystkim, jakie dramatyczne skutki niosą za sobą takie katastrofy. Pamiętam, że słuchając w polskich mediach relacji o tamtych zdarzeniach, po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że nawet wielkie mocarstwo jest bezbronne w obliczu takiego kataklizmu. Dziś po rozmaitych lekturach wiem, że to mocarstwo już wtedy stało na glinianych nogach. Teraz jego bezsilność obnaża pandemia. 

"Niemiłość"

Już dawno nie wyszłam z kina tak zgnębiona jak po obejrzeniu "Niemiłości" Andrieja Zwiagincewa. Kto zna jego kino, ten wie, że wesołych filmów ten rosyjski reżyser nie kręci. Obraz świata, jaki pokazuje, jest zawsze ponury, żeby nie powiedzieć straszny. Nie inaczej rzecz się ma i tym razem. Opowieść o nienawidzącym się małżeństwie, które za wszelką cenę chce się rozstać, aby ułożyć sobie życie na nowo, jest bardzo czarna i gorzka. Ale to nie tylko historia rodziny. To obraz społeczeństwa, które zatraciło się w dążeniu do sukcesu i szczęścia za wszelką cenę. Niestety efekt jest odwrotny do zamierzonego - pustka, samotność, brak bliskich więzi i nienawiść. Jak każdy film Zwiagincewa tak i ten na pewno nie jest dla wszystkich. Sporo tu ciszy, depresyjną atmosferę potęguje wszechobecna jesienna szarość, krajobraz podmoskiewskiego osiedla, ciemne, klaustrofobiczne wnętrza, nawet te urządzone za duże pieniądze przytłaczają. Tyle we wstępie, a kto już film widział, może czytać ciąg dalszy. Zapomniałam dodać, że film do obejrzenia koniecznie, ale to chyba oczywiste.

 

Kiedy myślę o "Niemiłości", zaraz przypominam sobie rozmowy bohaterów. To utkwiło mi w głowie najmocniej. Albo krzyczą na siebie, nie szczędząc wyzwisk, albo są to nic nieznaczące rozmówki. Nawet kiedy podobno się kochają, miłość okazują sobie tylko przez seks. Szybki, gwałtowny, dziki. Między ludźmi, którzy powinni być sobie bliscy, toczy się nieustanna wojna. Nieprzypadkowo używam tego słowa, wszak w tle słyszymy relacje z ukraińskiego frontu. Oczywiście skłamane, bo to rosyjska telewizyjna propaganda. Nie przypuszczam, aby znalazły się w filmie przypadkowo. Jak żyć, kiedy wokół tyle nienawiści? Wszędzie - w rodzinie, w społeczeństwie, między narodami. Wcześniej, kiedy film się zaczyna, z telewizorów i radia sączy się inna opowieść - o zbliżającym się końcu świata. Podobno ta przepowiednia ma zgubny wpływ na ludzi - popadają w stany depresyjne. Czy tym można tłumaczyć to, co dzieje się pomiędzy Żenią i Borysem, którzy szykują sobie swój prywatny koniec świata? Rozstają się pełni nienawiści. Oskarżają  się wzajemnie o zrujnowanie sobie życia. Ile w ich opowieści prawdy? Czy rzeczywiście ten związek od początku był wyrachowany, oparty na fałszu, kłamstwie, trochę z przypadku, bo Żenia zaszła w ciążę? W każdym razie teraz tak to właśnie widzą. Ich rozmowy to pretensje, oskarżenia, drwiny, wyszukane, rynsztokowe wyzwiska. Zwyczajni, dobrze sytuowani ludzie, na pozór przecież kulturalni. Nie tylko nie ma między nimi miłości, jest nienawiść, życzą sobie jak najgorzej. Żenia z satysfakcją przyjęłaby upadek Borysa. Marzy o tym, aby powinęła mu się noga. Nie potrafi odezwać się do niego bez zgryźliwości. Ofiarą tej wojny jest ich syn, dwunastoletni Alosza. Wychowywany w emocjonalnym chłodzie, bez bliskości, bez miłości, poniżany, szczególnie przez matkę. Żenia lubi powtarzać, jak o mało nie umarła w czasie porodu, jak się nacierpiała. Minęło dwanaście lat, a ona wciąż napawa się swoim bólem. Świat Aloszy się kończy, rozpada i nic od niego nie zależy. Jest zawadą na drodze do nowych, wspaniałych związków, jakie chcą zbudować jego rodzice. Dla niego brakuje w nich miejsca. Nie może liczyć też na babcię. Babcię? Babcia Aloszy, a matka Żeni, przypomina raczej wiedźmę. Wydaje się, że nie ma cienia przesady w tym, co mówią o niej zięć i córka. Na tym froncie też trwa wojna. Wzajemne oskarżenia, wyzwiska, drwiny. Przez chwilę zaczęłam nawet współczuć Żeni - nie ma się co dziwić, że jest taką matką, skoro sama nic dobrego w rodzinnym domu nie dostała.

Oglądając film Zwiagincewa, zadawałam sobie pytanie - czy można budować coś nowego na takich fundamentach? Czy można wejść w nowy związek, skoro tak bardzo nienawidzi się poprzedniego partnera? Skoro skrzywdziło się własne dziecko? Nawet gdyby Alosza nie zaginął, jak żyć ze świadomością, że wbrew jego woli oddało się go do  szkoły z internatem? Jak niepotrzebny nikomu przedmiot. Tymczasem kolejna partnerka Borysa, sporo młodsza od niego, już spodziewa się dziecka. Jak można kochać nowe, zapominając o poprzednim? Czy to jakaś  sztafeta? Puchar przechodni? Może kluczowe jest tu podszyte strachem pytanie, które zadaje Borysowi Masza - czy będziesz nas kochał? Czy nas nie porzucisz, skoro porzuciłeś swoją pierwszą żonę i waszego syna? No właśnie - zostawił syna, a ona się na to godzi? Nie przeszkadza jej to? Z tobą to co innego, uspokaja ją Borys. Pewnie nawet w to wierzy, ale czy mu się nie znudzi? Czy nie pokocha następnej, której zrobi kolejne dziecko? Szczególnie, kiedy szara codzienność da się we znaki. Ciasnota, życie pod jednym dachem z teściową. Przecież w epilogu widzimy, jak zniecierpliwiony odstawia swoje drugie dziecko do kojca, a ono płacze. Samotne, nieszczęśliwe. A Masza? Czy dla niej związek ze starszym, dobrze sytuowanym Borysem to przypadkiem też nie ucieczka od życia pod jednym dachem z matką w ciasnym mieszkaniu? Tylko tym razem coś chyba od razu poszło nie tak i teraz wszyscy siedzą sobie na głowie. Ale pieniądze też szczęścia nie dają. Co z tego, że Żenia żyje wygodnie w wielkim mieszkaniu swojego nowego partnera? Przecież nie wygląda na szczęśliwą. Każde z nich pogrążone jest w swoim świecie - ona z rąk nie wypuszcza komórki, on ogląda telewizję. Nie rozmawiają. Nieprzypadkowo sceny seksu pomiędzy obiema parami oglądamy tylko w pierwszej części filmu, a nie w drugiej. To metaforyczny zabieg.

Bohaterowie filmu są samotni, każdy żyje w swoim świecie, jeśli się zbliżają, to tylko na chwilę. Kiedy teraz o nich myślę, mam wrażenie, że cały czas są smutni, zasępieni. Żenia bez przerwy patrzy w komórkę, w tle brzęczy telewizor. Nie inaczej jest w metrze.  Pasażerowie ściskają w dłoniach telefony albo mają słuchawki w uszach. Ale świat, jaki pokazują i oglądają w mediach społecznościowych, jest nieprawdziwy, wykreowany, na pokaz. Kto żyw bez przerwy robi sobie zdjęcia, na których uśmiecha się szeroko, fotografuje potrawy, które je w eleganckiej restauracji, a fotki wrzuca na fejsa czy inny instagram. Podobnie sztuczny jest świat korporacji. Każdy siedzi przed swoim komputerem, stołówka przypomina taśmę produkcyjną. Taca za tacą, nie widać twarzy, tylko ręce, każdy niemal identycznie ubrany. Czy w takim świecie jest miejsce na to, aby przejąć się losem zaginionego chłopca? Czy ktoś zwróci uwagę na plakaty rozwieszone na przystankach, na słupach? Każdy przechodzi obojętnie, spiesząc do swoich spraw. Trzy lata później na jednej z latarni nadal wisi nieco już sfatygowane ogłoszenie o zaginionym. Na poblakłym, rozmytym przez deszcze zdjęciu widać Aloszę. Na nikim nie robi już wrażenia. Zdarzyła się tragedia, prywatny koniec świata. Był chłopiec, nie ma chłopca. Tylko rodzice pewnie pamiętają, chociaż próbują żyć dalej.

Film rozpoczyna się i kończy w taki sam sposób - obrazom nadrzecznego lasku, który przeczesuje kamera, towarzyszy niepokojąca, zwiastująca nieszczęście muzyka, chyba jedyna w tym filmie. Jakby nieszczęściom nie miało być końca.

Jarosław Mikołajewski "Terremoto"

Kiedy ukazała się najnowsza książka Jarosława Mikołajewskiego „Terremoto” (Dowody na Istnienie 2017) nie miałam zamiaru po nią sięgać, chociaż bardzo cenię autora. Cóż mnie obchodzi zeszłoroczne trzęsienie ziemi we Włoszech? Myślałam. Niemal wyrzuciłam je z pamięci! Mam tyle innych lektur do czytania! Dopiero wywiad z autorem, którego wysłuchałam, sprawił, że natychmiast książkę kupiłam. Teraz wstydzę się mojej postawy, bo pisanie Mikołajewskiego właśnie temu służy - ma budzić w czytelniku sumienie, odkopywać jego wrażliwość, przypominać o tym, co niewygodne.

Od razu napiszę, że „Terremoto” może wielu czytelników zirytować. Chociaż wydane przez wydawnictwo specjalizujące się w literaturze non fiction w serii reporterskiej moim zdaniem reportażem nie jest. Bliżej mu do eseju. To bardzo osobista książka, wręcz ekshibicjonistyczna, tak ekshibicjonistyczna, jak potrafi być poezja, a że Mikołajewski jest też poetą (A może przede wszystkim poetą? Ciekawe, jak by siebie nazwał.), nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z wierszem ukrytym w prozie. Dziwacznie i pokrętnie to brzmi, ale w każdym razie skojarzenia z poezją towarzyszyły mi bardzo często w czasie lektury „Terremoto”. I to właśnie ekshibicjonizm, pisanie bebechami, może czasem nawet egzaltacja, mogą zniechęcić albo wręcz zirytować niejednego czytelnika. Ja książkę Jarosława Mikołajewskiego kupiłam z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kupiłam tę niezwykle osobistą wypowiedź, ten wiersz, ten list do czytelnika, to zwierzenie.

„Terremoto” jest w pewnym sensie kontynuacją jego poprzedniej książki, „Wielkiego przypływu”, opowieści o Lampedusie, jej mieszkańcach i o tym, jak ratują przypływających do ich wyspy uchodźców. Ona też była niezwykle osobista, ale mam wrażenie, że ta jest jeszcze bardziej. Podobnie jak tam i tym razem autor wybiera sobie bohatera. W „Wielkim przypływie” był nim doktor Bartolo, który od wielu lat jako lekarz i jako człowiek ratuje uchodźców. Tym razem to Luka Cari, strażak, rzecznik prasowy straży pożarnej, dziennikarz. To on oprowadza autora po terenach zniszczonych przez zeszłoroczne trzęsienie ziemi niczym Wergiliusz Dantego po piekle i czyśćcu. Ale zanim wyruszą wspólnie do tego umbryjskiego inferno, Mikołajewski przypomina inną historię. Luka Cari brał udział w akcji zarządzonej przez włoskiego premiera Mateo Renziego, której celem było sprowadzenie z egipskiego wybrzeża wraku statku z ciałami siedmiuset uchodźców. Dlaczego Włosi się tym zajęli? Bo trzeba te ciała pochować, a wcześniej pobrać materiał genetyczny dla rodzin, które być może kiedyś się o nie upomną. Ale dlaczego? Bo jesteśmy dziećmi Antygony, jak mówi Luka Cari. Konotacje literackie są w książce Mikołajewskiego bardzo silne – duże wrażenie robi cytat z „Burzy” Szekspira, słowa Mirandy cierpiącej na wieść o katastrofie statku, w której zginęli ludzie. Autor zwraca uwagę na to, że literatura europejska pełna jest takich dowodów człowieczeństwa, ma w sobie litość dla ofiar. W takim kontekście pada pytanie o to, co się z nami, Polakami, stało? Bo o naszej znieczulicy pisze, przeciwstawiając ją ofiarności Włochów. A przecież wychowani jesteśmy w tej samej europejskiej kulturze, tak bardzo lubimy podkreślać nasze europejskie kulturalne dziedzictwo. Gdzie się ono podziało?

Potem opowiada o trzęsieniu ziemi, a właściwie o trzech, o czym nie pamiętałam. Pierwsze miało miejsce w sierpniu 2016 roku, kolejne przyszło w październiku, następne zimą 2017. Jakby żywioł uznał, że uderzyć raz to za mało, że trzeba zniszczyć wszystko, pognębić do imentu tych, którzy jakimś cudem ocaleli. A to niekoniecznie koniec, bo nie dość, że ziemia we Włoszech drży bezustannie, o czym przypominamy sobie tylko przy okazji spektakularnych tragedii, to sejsmolodzy uważają, że ten ciąg zapoczątkowany w sierpniu zeszłego roku jeszcze się nie zakończył. Mikołajewski i Cari jadą przez oszałamiająco piękne, górzyste umbryjskie tereny zniszczone przez trzęsienie ziemi, jadą drogami, na których niebezpieczeństwo czyha cały czas – pełno tu powalonych głazów, skał, które w każdej chwili mogą się osunąć na drogę, pełno uskoków i innych pułapek. Docierają do kompletnie zniszczonych miasteczek i wiosek, kiedyś ślicznych jak z obrazka, odwiedzanych przez turystów, słynnych z powodu swych kulinarnych specjałów. Odwiedzają Amatrice, Norcię (po polsku znana jako Nursja), Castellucio. Nie ma już tych miejsc, są kikuty domów, pałaców, kościołów umiejscowione wzdłuż czegoś, co kiedyś było główną ulicą miasteczka albo uroczą piazza, są połamane szafy, stoły, resztki krzeseł, garnki, zabawki, szkolne zeszyty i wszystko to, co gromadzimy w domach, a co żywioł wybebeszył swoją niszczycielską siłą, wystawił bezwstydnie na widok ciekawskich. Kocham Włochy, byłam tam wiele razy, w Umbrii też, w tych zniszczonych przez trzęsienie ziemi miejscach nie, ale doskonale mogę je sobie wyobrazić. Dlatego tym bardziej serce mi pęka, kiedy czytam książkę Mikołajewskiego. Czy Amatrice, Norcia, Castellucio i inne miejscowości powstaną kiedyś z martwych? Czy wróci do nich życie? Na pewno nic nie odda życia tym wszystkim, których kataklizm zabił. W samym Amatrice zginęły dwieście dziewięćdziesiąt cztery osoby.

Autor pochyla się nad nimi, przywołuje ich imiona i nazwiska, zawody. Pisze o traumie ocalonych. Ale przede wszystkim naiwnie, i nie wstydzi się swojej naiwności, pyta. Sejsmologów, czy trzęsienie ziemi można przewidzieć i skąd się w ogóle bierze, siebie o miejsce Boga w tym wszystkim. Zadaje odwieczne pytanie – dlaczego? Najpierw uczonym filozofom za pośrednictwem poematu Woltera napisanego po wielkim trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Lizbonę, potem Bogu. Dlaczego, Boże, pozwalasz na cierpienie? Czym zawinili ci wszyscy mieszkańcy Amatrice, Norcii, Castellucio? Odpowiedz, jeśli jesteś, a tego Mikołajewski pewien wcale nie jest, a właściwie raczej pewien jest tego, że Bóg nie istnieje, czego świadectwo w swoich rozmaitych tekstach daje wielokrotnie. Przyznam, że także z tego powodu pisanie Mikołajewskiego jest mi bliskie. Oczywiście odpowiedzi nie znajduje, bo znaleźć nie może. Szuka jej też u księży. Pyta nie tylko dlaczego, ale też, co powiedzieliby ludziom dotkniętym podobną tragedią. Częsta w takim wypadku odpowiedź, że Bóg jest miłością albo że to tajemnica, nie zadowala autora. Dlatego drąży dalej, pytając uczonych teologów. Na końcu i tak pozostają bezradność i milczenie. Mikołajewski chciałby być jak ci ludzie, którzy klęczeli zatopieni w modlitwie przed zrujnowaną, wybebeszoną bazyliką świętego Benedykta w Nurcii. Chciałby, ale nie potrafi, bo widzi tam tylko ruiny i pustkę.

Ta momentami naiwna, przesiąknięta cierpieniem i zdumieniem książeczka ma szansę obudzić w czytelniku wrażliwość, wytrącić z dobrego samopoczucia, skłonić do stawiania sobie podobnie naiwnych pytań i szukania własnych odpowiedzi. Moją odpowiedzią jest również bezradność.

 

Stefan Hertmans "Głośniej niż śnieg"

Tak się złożyło, że kiedy zachwycona czytałam książkę niderlandzkiego pisarza Stefana

Hertmansa „Wojna i terpentyna”, o której pisałam kilka notek temu, właśnie wydawnictwo Marginesy wydało jego kolejną powieść „Głośniej niż śnieg” (2017; przełożyła Alicja Oczko). Niewiele myśląc, kupiłam (akurat trafiła się promocja) i niesiona entuzjazmem niemal natychmiast po nią sięgnęłam. Niestety tym razem się zawiodłam. To zupełnie inna proza, proza, za jaką nie przepadam, żeby nie powiedzieć, jakiej nie lubię. Czytając, miałam bardzo mieszane uczucia. Przyjemność lektury, tak, tak, była i przyjemność, mieszała się ze zniecierpliwieniem, znudzeniem i ... z ciekawością. Nie raz miałam ochotę dać sobie spokój z tą książką, ale jednak bardzo chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. I nie chodziło tylko o to, co się stanie, ale także o to, jak do tego dojdzie.

W jednej z recenzji przeczytałam, że „Głośniej niż śnieg” to trochę Browna i trochę Houellebecqa. Ponieważ nie znam ani jednego, ani drugiego (tak, tak, nie znam żadnej powieści Houellebecqa), trudno mi to zweryfikować. Zakładam, że Juliusz Kurkiewicz, autor rzeczonej recenzji, wie, co pisze. Prawdopodobnie Hertmans nawiązuje do swego francuskiego kolegi po piórze świadomie, skoro jedną z części rozpoczyna motto będące cytatem z jego książki. Swoją drogą w żadnej z trzech recenzji, do jakich z ciekawości zerknęłam, nie znalazłam głębszej analizy tego faktu. Czy diagnozy Hertmansa są podobne? Czy to polemika? A może zabawa albo tylko wykorzystanie popularności Houellebecqa? Z wiadomych względów rozstrzygnąć nie mogę.

Hertmans połączył w swojej powieści sensacyjną fabułę ze spojrzeniem na zamożnych europejskich mieszczuchów. Bohaterem książki jest John de Vuyst, redaktor pracujący w wydawnictwie. Nagle coś dziwnego zaczyna dziać się wokół niego. Dostaje białe koperty zaadresowane w nieznanym języku, do wydawnictwa trafia książka, która wydaje mu się stekiem bredni. Kiedy zaczyna serfować po internecie w poszukiwaniu wiadomości związanych z jej treścią, psuje się komputer,  w  mieszkaniu pojawiają się tajemnicze czerwone kulki, a wreszcie ktoś zaczyna go nękać i prześladować. Podobny los spotyka Margę, jego żonę, z którą właśnie się rozstał. Zbieg okoliczności goni zbieg okoliczności. Jednocześnie światem wstrząsa seria dramatycznych i bardzo krwawych zamachów. Czy to wszystko przypadek, czy terrorystyczny spisek, w który z niewiadomych przyczyn zostają zamieszani John i jego żona? Intryga oparta jest na historii Chazarów, ludu pochodzenia tureckiego, który od VI wieku naszej ery zamieszkiwał ziemie między Morzem Kaspijskim, Kaukazem i Krymem. Przyjmuje się, że Chazarowie świadomie między VIII a IX wiekiem przeszli na judaizm. Jedna z teorii głosi, że Żydzi aszkenazyjscy to ich potomkowie.

Ponieważ Hertmans nie jest pisarzem pokroju Dana Browna, a sensacyjna intryga to tylko pretekst, miłośnicy literatury wyłącznie sensacyjnej nie powinni zabierać się za lekturę powieści „Głośniej niż śnieg”, bo się po prostu znudzą. Nie ten typ prowadzenia narracji. Owszem, chwilami intryga wybija się na pierwszy plan, ale tylko chwilami. Bo poza tym pisarz miesza narracje, punkty widzenia, psychologizuje, prowadzi rozważania na temat sytuacji Izraela, współczesnego antysemityzmu, muzyki barokowej. Partie realistyczne, które dominują, mieszają się z onirycznymi i fantastycznymi. Nie wiadomo, co bohaterów spotyka naprawdę, a co jest snem. A już zakończenie miłośników literatury spod znaku Dana Browna nie dość, że rozczaruje, to w dodatku na pewno znudzi. Mnie w powieści niderlandzkiego pisarza przeszkadzały dwa aspekty. Pierwszy to mieszanie realizmu z elementami fantastycznymi. Ja po prostu nie lubię wszelkiej fantastyki, i tej naukowej, i tej spod znaku fantazy, nie dla mnie realizm magiczny, nie przepadam też za groteską, chociaż tę ostatnią jeszcze jakoś trawię. Właśnie dlatego dotąd nie sięgnęłam po żadną powieść przywoływanego tu kilkakrotnie Houellebecqa. Oczywiście to nie znaczy, że nie ma wyjątków. Bez trudu mogłabym tu przytoczyć kilka, a może kilkanaście tytułów, które lubię, czasem nawet bardzo. Choćby „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, Lem, „Hobbit” i pierwsza część „Władcy pierścienia” Tolkiena (w połowie drugiej odpadłam). Ale dość tej dygresji, wracam do Hertmansa. Drugi aspekt, który przeszkadza mi w jego powieści, to wątek sensacyjny, o którym tu tyle pisałam. Przyznam, że nieco mnie nudził, a poza tym nie nadążałam za intrygą, co być może nie najlepiej o mnie świadczy. W pewnym momencie wszystko zaczęło mi się mieszać.

Za to zainteresowała mnie warstwa obyczajowa powieści, jej klimat. Bohaterowie Hertmansa to wolne elektrony. Są samotni, cyniczni, nie potrafią nawiązać bliższych relacji, zadowalają się przypadkowymi znajomościami, które sprowadzają właściwie tylko do seksualnych przygód. John musi zmierzyć się z pierwszymi oznakami starzenia się, z przewlekłą chorobą. Nie potrafi się z tym pogodzić. Jest zmęczony, zniechęcony, praca go nudzi, nic nie interesuje. Tylko seks sprawia mu przyjemność. Wolność, z której bohaterowie korzystają, nie przynosi im szczęścia. Są wypaleni. Poczucie pustki, braku sensu wzmaga choroba a potem śmierć matki Johna. Nie znajduje ukojenia ani w religii, ani w rodzinie. Pogrzebowe ceremonie i rytuały są mu obce, niezrozumiałe. Z rodzeństwem nie łączy go żadna więź. Przygnębiający nastrój potęguje koszmarna pogoda w dniu pogrzebu. Żałobnicy ślizgają się w błocie, są przemoknięci i zmarznięci, a trumna niczym statek pogrąża się w wodzie, którą wypełniony jest grób. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. Ale nikomu nie jest do śmiechu, scena pogrzebu nie ma w sobie nic z groteskowego humoru, jaki cechuje na przykład prozę Pilcha, który w jednej ze swoich powieści opisuje podobne perypetie. Nawet pożegnania ojca z umierającą matką, czego John jest świadkiem, ogrom ich miłości, jeśli przynosi oczyszczenie, to tylko na chwilę. Dostrzega przede wszystkim tragiczny wymiar tej wzruszającej sceny. Zamachy, po początkowym szoku, bohaterowie zaczynają traktować jak jeden z elementów rzeczywistości. Po wysłuchaniu wiadomości, po obejrzeniu kilku krwawych zdjęć zobojętniali wracają do życiowej rutyny, zwyczajnych przyjemności, do których już dawno przywykli. Osacza ich jakieś niejasne zagrożenie potęgujące  niepokój. Niby taka diagnoza nie jest niczym odkrywczym, a jednak została dość sugestywnie nakreślona.

W internecie natknęłam się na wywiad z tłumaczką Hertmansa, Alicją Oczko, dlatego wiem, że jeszcze w tym roku Marginesy wydadzą jego trzecią powieść, a przekład kolejnej właśnie powstaje. Czy je przeczytam? Pewnie mimo wszystko tak. Wszak „Wojna i terpentyna” mnie zachwyciła.

 

Katarzyna Boni "Ganbare! Warsztaty umierania"

I znowu było podobnie. Początkowo wcale nie miałam ochoty czytać najnowszego

reportażu Katarzyny Boni "Ganbare! Warsztaty umierania" (Agora 2016). Temat wydał mi się niespecjalnie interesujący - tsunami, katastrofa elektrowni atomowej w Fukushimie. To wszystko wydarzyło się dawno, sześć lat temu (w 2011), jest tyle innych ciekawszych tematów. Tak myślałam. O Japonii wiem niewiele, moja wiedza opiera się pewnie bardziej na  stereotypach niż prawdziwych informacjach, po co otwierać nowy krąg zainteresowań. Ale znakomite recenzje zrobiły swoje. Ostatecznie przekonał mnie Michał Nogaś, dla którego to jedna z ważniejszych książek ubiegłego roku. Trafiła się promocja, więc kupiłam. Może reportaż nadal przebywałby w czytelniczym czyśćcu, czyli na wirtualnej półce książek oczekujących, gdyby nie wiadomość, że "Ganbare!" znalazło się wśród dziesięciu książek nominowanych do tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (Dziś ogłoszono finałową listę, reportażu Katarzyny Boni na niej nie ma). Nie było na co czekać. I tu nadchodzi moment, którego bardzo nie lubię. Jak zgrabnie przejść do sedna? Jak niebanalnie poinformować, co myślę o książce? Nie da się, więc napiszę wprost - tak, reportaż rzeczywiście jest wart przeczytania. Bardzo ciekawy, bardzo poruszający i bardzo zaskakujący, szczególnie dla kogoś, kto o Kraju Kwitnącej Wiśni wie tak mało jak ja. Jakże się myliłam, myśląc, że temat przebrzmiały. To nie tylko rzecz o katastrofie z roku 2011, ale również opowieść o Japonii i jej mieszkańcach. Szczególnie o Japonii północnej, odmiennej od reszty kraju, uboższej, niedoinwestowanej, gorzej traktowanej.  A czy to rzeczywiście jedna z najważniejszych książek ubiegłego roku? Nie wiem.

Przede wszystkim ten reportaż mnie zaskoczył. Wiedziałam oczywiście, że w Japonii ziemia trzęsie się bardzo często, że lekkie wstrząsy są tam niemal codziennością, że Japończycy świetnie sobie radzą, wiedzą, jak postępować, jak reagować. Nie miałam jednak pojęcia, że tamto tsunami, konsekwencja trzęsienia ziemi, nie było pierwsze i nie będzie ostatnie. Takich, kiedy fala sięga kolan, nikt właściwie nie zauważa. Ale co kilkadziesiąt lat zdarza się żywioł wyjątkowo niszczycielski. O tym opowiada jeden z bohaterów książki, wiekowy pan Sato, który przeżył trzy, a czwarte zna z przekazów rodzinnych. Dlatego Japończycy żyją w cieniu śmierci. Przynajmniej tak wynika z reportażu Katarzyny Boni, która opowiada, jak radzą sobie z traumą, jak opłakują zmarłych, jak oswajają śmierć, jak sobie pomagają, jak odbudowują nowe życie na zgliszczach. Sposoby są różne. W ruinach wytrwale szukają ciał najbliższych, bo tylko pochówek gwarantuje duszy spokój. Szukają też zdjęć, pamiątek, szczątków domowych ołtarzy. To oczywiście nie dziwi, ale zaskakuje, że organizują seanse narzekania, płaczu albo śmiechu, a wreszcie warsztaty umierania, w których autorka wzięła udział. I tu rodzi się pytanie, które chętnie zadałabym Katarzynie Boni, gdybym tylko miała okazję. Na ile te wszystkie warsztaty i seanse są obecne w życiu Japończyków? Czy to raczej ciekawostka, rodzaj dziwactwa, który świetnie zagra w reportażu, czy też rzeczywiście coś powszechnego? Kiedyś byłam przekonana, że osławione japońskie hotele kapsułkowe to norma w tym kraju, tymczasem potem usłyszałam od osoby, która w Japonii była, że owszem są, ale jest ich niewiele. Do dziś nie wiem, jak jest rzeczywiście. Stąd moja podejrzliwość. Tym bardziej, że jakoś tak się przyjęło, że Japonia to kraj wielu odmiennych, żeby nie powiedzieć, dziwacznych, obyczajów. Prawda to czy stereotyp? Natomiast bez trudu wierzę, że Japończycy obcują z duchami zmarłych, że żywe są tam opowieści o duchach, bo taka jest Azja. O tym przekonałam się na własne oczy. Amulety, wróżby, przesądy, domki dla duchów są tam wszechobecne.

Kolejne zaskoczenie to opowieść o samym tsunami i zniszczeniach, których konsekwencje widoczne są do dziś. Niby coś o tym wiedziałam, niby potrafię sobie wyobrazić, jakie zagrożeniem jest  woda, a jednak to, co przeczytałam, przerosło moją wyobraźnię. Ponad dwudziestometrowa fala to żywioł, który porywa i niszczy wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Opisy katastrofy, potwornych zniszczeń, paraliżu tej części kraju tym są boleśniejsze, że  kontrastują z opowieścią o pięknie krajobrazu północnej Japonii.

Ale "Ganbare!" to nie tylko książka o tsunami. To także historia drugiej katastrofy, która jest konsekwencją tej pierwszej. Chodzi oczywiście o awarię elektrowni atomowej Fukushima. Pod wpływem tego, co zdarzyło się w Japonii, Niemcy postanowili zamknąć wszystkie swoje elektrownie atomowe. Wtedy ta decyzja wydawała mi się przesadą, teraz, kiedy przeczytałam książkę Katarzyny Boni, już tak nie myślę. Bo z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się katastrofa. Ale jeśli do niej dojdzie, to skutki są niewyobrażalne. A byłyby jeszcze większe, gdyby nie heroiczna postawa dyrektora elektrowni i podległych mu pracowników. Japończycy zmagają się ze skutkami tej awarii do dziś. Ogrom katastrofy uświadamiają suche opisy żmudnych i pracochłonnych sposobów oczyszczania budynków, roślin, ziemi, dróg. Na wielu terenach nadal nie wolno mieszkać, do innych można wracać na kilka godzin dziennie, są i takie miejsca, gdzie życie można budować na nowo. I tu pojawiają się dylematy. Czy warto? Niby teren został oczyszczony, ale przecież nie do końca, bo to ogromne koszty. Więc domy i ich najbliższe otoczenie są czyste, ale do lasu nadal wstęp jest zakazany i będzie tak długie lata, dopóki nie rozpadnie się cez-137. Czy wszyscy wrócą? Czy wrócą sąsiedzi? Czy wróci właściciel sklepiku, w którym robiło się zakupy? Katastrofa bezpowrotnie przerwała więzi między ludźmi, unicestwiła lokalne społeczności. To samo dotyczy miejsc dotkniętych przez tsunami. Napisałam, że z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się wielka awaria. Nie do końca tak jest. Z książki Katarzyny Boni dowiedziałam się, ile niebezpiecznych prac trzeba na co dzień wykonywać w elektrowni. A najbardziej zaskoczyło mnie, że wykonują je, narażając swoje zdrowie, ludzie z japońskich nizin społecznych skuszeni wysokimi zarobkami. Pracują za długo, często lekceważąc normy bezpieczeństwa, bo tak jest wygodniej. Przy cichej akceptacji zwierzchników. Takie rzeczy w bogatej Japonii? Taka fuszerka, takie wykorzystywanie ludzi? Tak, tak. I to jest zaskoczenie kolejne. A z nim związane jest jeszcze jedno. Bohaterowie reportażu Katarzyny Boni opowiadają o dezinformacji i bałaganie, jakie panowały długo po katastrofie. Bagatelizowano fakty, nie podejmowano odpowiednich decyzji. Władze TEPCO, firmy zawiadującej elektrowniami, nie zdawały sobie sprawy, albo nie chciały sobie zdawać, z rozmiarów kataklizmu. Lekceważyły głosy z Fukushimy i terenów dotkniętych awarią. Dlatego tak późno podjęto decyzję o ewakuacji.

Tyle zaskoczeń. Ale nad całą książką unosi się cień śmierci. Śmierci, z którą trzeba się pogodzić i próbować chociaż trochę ją oswoić.


Roman Senczin "Rodzina Jołtyszewów"

Już dawno nie czytałam tak przygnębiającej książki. Poczucie beznadziei było wszechogarniające i zaraźliwe. W pewnym momencie stwierdziłam, że i moje życie to bezsensowna krzątanina bez celu i bez przyszłości. Naprawdę nie przesadzam. Na szczęście powieść rosyjskiego pisarza Romana Senczina "Rodzina Jołtyszewów" (Noir sur Blanc 2015; przełożyła Magdalena Hornung) jest dość krótka, więc już zdążyłam się otrząsnąć. To, co napisałam, brzmi zniechęcająco, a przecież książka jest bardzo dobra i naprawdę warto po nią sięgnąć. Co więcej, czyta się ją znakomicie. Mimo potwornego obrazu świata trudno się od niej oderwać. Być może, czytelniku tej notki, myślisz sobie, że powieść Senczina opowiada o wojnie albo o łagrach, albo o mrocznych czasach stalinowskich. Nie, to historia jak najbardziej współczesna, historia przeciętnej rosyjskiej rodziny i obraz rosyjskiej wsi.

Ona, Wala, pracuje w bibliotece, on, Nikołaj, jest milicjantem, ale ma posadę w miejscowej wytrzeźwiałce. Wciąż czeka na bogatego zalanego w sztok klienta, którego bezkarnie będzie można okraść. Na ten temat wśród pracowników krążą legendy. Starszy syn, Artiom, chciał nawet studiować historię, ale skończyło się na mglistych planach, więc siedzi, a właściwie głównie leży, na garnuszku u rodziców, bo jakiego zajęcia by się nie chwycił, to szybko je porzuca albo zajęcie porzuca jego. Młodszy, Denis, chłopak krewki, wdał się w bójkę, uderzył za mocno, zrobił z chłopaka głupa, jak mówią rodzice, więc pięć lat spędza w kolonii karnej. Jołtyszewowie mają dwupokojowe, służbowe mieszkanie, samochód, nie najnowszy, ale jest, nawet ogrzewany garaż. Ten obraz jest już nieaktualny. Jołtyszew traci pracę, a w konsekwencji służbowe mieszkanie. Nie, nie został zwolniony, bo zredukowano etaty, bo zlikwidowano izbę wytrzeźwień albo z innego podobnego powodu. Musiał odejść, bo nie dało się zatuszować afery, za którą był odpowiedzialny. Miał pecha, wszystko rozdmuchały te potworne pismaki z lokalnej prasy. A przecież nic wielkiego się nie stało! Przecież musiał zrobić porządek, musiał dać nauczkę namolnym klientom. Już sposób, w jaki Jołtyszew się usprawiedliwia, jak nie widzi swojej winy, jak obwinia wszystkich innych, wiele o nim mówi. A to dopiero preludium. Co robić w tej beznadziejnej sytuacji? Nie ma rady, muszą wyjechać na wieś. To rodzinne strony Wali, gdzie w starej, niewielkiej chałupce mieszka jej jedyna żyjąca krewna, wiekowa ciotka.

Już sama przeprowadzka z miasta na wieś jest dla Jołtyszewów degradacją. Współczujemy im, bo trudno nie litować się nad ludźmi, którzy nagle zostają bez środków do życia, muszą  gnieździć się razem z ciotką w jednopokojowej chacie bez wygód, nawet swojego dobytku nie mają gdzie poupychać. Nikołaj zawinił, ale konsekwencje jego głupoty i bezmyślności ponoszą żona i synowie. Jednak to dopiero początek. Dalsza degradacja dokonuje się w błyskawicznym tempie. Degradacja materialna, społeczna, ale przede wszystkim moralna. Ta ostatnia jest najgorsza. Brak hamulców moralnych, można wszystko. Zło się wyrządza albo udaje, że się go nie widzi, albo po cichu na nie przyzwala. Dni upływają na beznadziejnej krzątaninie, bo jakoś trzeba przetrwać. Jedyną rozrywką jest śnieżący telewizor, ale przede wszystkim wódka, a potem rozcieńczany spirytus najpodlejszej jakości. Zimą czas ciągnie się beznadziejnie. Nuda i bezczynność zabijają. Resztki oszczędności topnieją w zastraszającym tempie rozpuszczane w alkoholu albo tracone w inwestycji z góry skazanej na niepowodzenie. I już sama nie wiem, kto bardziej sięga dna - pozbawiony moralnych zahamowań Nikołaj, topiąca smutki w alkoholu Wala czy bezwolny, bezmyślny, leniwy, aż chciałoby się napisać bezmózgi, Artiom. Być może łatwiej byłoby im trwać, gdyby coś do siebie czuli, gdyby okazywali sobie serdeczność i szanowali się. Miłość między Walą i Nikołajem wyparowała już dawno, ale podobny chłód panuje pomiędzy rodzicami i synem. Króluje obojętność, a czasami niechęć. Jedyną ich nadzieją jest młodszy, Denis.

Jołtyszewowie pomstują na swoje położenie, o niepowodzenia oskarżają innych i siebie wzajemnie, wdają się w konflikty z tymi, z którymi powinni trzymać się razem, są beznadziejnie naiwni. Niby próbują, niby walczą, niby snują jakieś plany, niby nawet coś zaczynają, ale kończy się na rozgrzebanej robocie i straconych pieniądzach. A może by zasiać, a może by zaorać. Tak to mniej więcej wygląda. Ich życie od momentu rodzinnej katastrofy to równia pochyła, gnają na dno coraz szybciej. Zakończenie tej historii jest potwornie smutne. Tym smutniejsze, że czytelnik ma świadomość, iż sami sobie zgotowali taki los.

Już tylko historia upadku rodziny Jołtyszewów jest wystarczająco przygnębiająca. Ale to nie wszystko. Bo obraz wsi malowany piórem Senczina sprawia, że całość staje się niemal nie do zniesienia. Pracy nie ma, mężczyźni albo piją, albo odsiadują wyroki, albo nie żyją. Umierają z powodu przepicia albo giną w bójkach czy przestępczych porachunkach. Trudno właściwie powiedzieć, z czego mieszkańcy wioski żyją. Drobne kradzieże, oszustwa, awantury, pijatyki są tu na porządku dziennym. Nikt nikomu nie pomoże, każdy na każdego wilkiem patrzy. Niczego się nie da, wszystko skazane jest z góry na niepowodzenie. Przywykli, nikt się niczemu nie dziwi, nikt nie protestuje. Rozrywką jest picie na umór podłego spirytusu, młodzież bawi się w klubie, który w końcu spłonie. Kobiety przesiadują przed domami, gapiąc się bezmyślnie przed siebie, mężczyźni piją. Wszyscy przedwcześnie postarzali. Marazm, beznadzieja. I trudno powiedzieć, ile w tym winy zewnętrznych okoliczności, braku pracy, niemocy państwa, które abdykowało, a ile mieszkańców wsi. Czy alkohol jest przyczyną, czy skutkiem? Czy piją, bo chcą zapomnieć, czy są tacy straszni, bo piją? Czy Wala uciekłaby przed takim losem, gdyby w młodości podjęła inne życiowe decyzje?

Powieść Senczina nie jest groteską. To obraz jak najbardziej serio. Autor pisze oszczędnie, prosto, niemal kronikarsko, ale przy tym dotkliwie. Dostajemy wnikliwy obraz świata i takież portrety bohaterów. Obraz potworny. Gdzie ta słynna rosyjska dusza? Na wsi, na której zamieszkali Jołtyszewowie, na pewno jej nie ma. Jest za to bezduszność, małe, zwyczajne zło, bezmyślność, głupota, beznadzieja. Zdegradowani, prymitywni ludzie niczym nie różnią się od zwierząt. Nie ma tu żadnej wzniosłości, żadnych szekspirowskich dramatów. Bohaterom obce są dylematy, żyją bezmyślnie, z dnia na dzień. Wszystko jest małe, skarlałe i zepsute. Naprawdę trudno ich lubić. Senczin też nie patrzy na nich ciepło, z wyrozumiałością.

Magdalena Grzebałkowska "1945. Wojna i pokój"

Kiedy tylko kilka miesięcy temu zobaczyłam zapowiedź najnowszego reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej "1945. Wojna i pokój" (Agora SA 2015; Biblioteka Gazety Wyborczej), od razu wiedziałam, że to lektura obowiązkowa. Przyznam, że nie czytałam wcześniejszych dwóch książek autorki, ani o księdzu Twardowskim, ani o Beksińskich, znam ją tylko z reportaży prasowych, a zainteresował mnie po prostu temat. Kilka lat temu przeczytałam znakomitą, głośną i nagradzaną, historyczną pracę Marcina Zaremby "Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys", która w sposób bardzo interesujący opowiada o pierwszych latach w Polsce po zakończeniu II wojny światowej. Autor pokazuje ogrom problemów, jakie spadły na ludzi zaraz po wojnie. Problemów, które były źródłem zbiorowej, owej tytułowej, trwogi. Po przeczytaniu tamtej książki uświadomiłam sobie, że czas tuż powojenny nie był pasmem radości, jak mogłoby się wydawać. Oprócz plag trawiących całą Europę (o tym traktuje inna książka, którą dopiero mam w planach, "Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej" Keitha Lowe), mieliśmy jeszcze inne wynikające z dostania się polski w strefę wpływów Związku Radzieckiego. Nie pisałam tu nigdy o książce Zaremby, tak wyszło, a szkoda (rzadko, ale czasem zdarza mi się pominąć na tych stronach jakąś lekturę), więc tym bardziej zachęcam teraz. Nie należy się zrażać jej objętością ani tym, że autorem jest naukowiec. To pozycja w najlepszym tego słowa znaczeniu popularyzatorska. A Grzebałkowska nie tylko umieściła ją w bibliografii, podobnie jak pracę Keitha Lowe, ale opatrzyła komentarzem, że niemal nie rozstawała się z nią w czasie pracy nad swoją książką. Dlatego czytając jej reportaż z przeszłości, miałam czasem wrażenie deja vu. Nie jest to oczywiście żaden zarzut, po prostu mile łechtała mnie świadomość, że coś już na ten temat wiem.

A książka Magdaleny Grzebałkowskiej jest przecież czymś innym. To nie popularyzatorska praca naukowa, ale reporterska robota z wszelkimi tego konsekwencjami. Autorka patrzy na rok 1945 przez ludzkie losy. Jednostkowe doświadczenia rzuca na szersze tło historyczne. Człowiek, jego przeżycia, lęki i znacznie rzadziej chwilowe radości, jego powikłane historie są kanwą opowieści o roku 1945. Reporterka sięga do szczegółów, codziennych drobiazgów. Pisze o tym, jak ubrała się Lucie Rybandt, zanim zaokrętowała się na statku Wilhelm Gustloff, i o tym, jak spędziła piątkowy poranek ostatniego dnia sierpnia Klara Maxara, zanim wyrzucono ją z domu, i o tym, co poczuła Niusia, kiedy weszła do poniemieckiego domu, do którego przyjechała na szaber. Grzebałkowska krąży po Polsce i rozmawia z ostatnimi świadkami historii, czasem znajduje ich ślady w książkach czy dokumentach, czasem przepytuje ich dzieci lub wnuki. Dzięki opowieści o człowieku historia ożywa. Nie jest zbiorem dat, suchych zdarzeń, nie jest genezą i skutkiem, ma twarz Klary, Niusi, Łucji, Stanisława, Wernera i innych. Lektura tej książki jest jak opowieść naszych dziadków, ewentualnie pradziadków, których niestety nie słuchaliśmy z dostateczną uwagą. Grzebałkowska przywraca nam symboliczną pamięć. 

Oczywiście autorka nie wybiera swoich bohaterów przypadkowo. Każda historia reprezentuje w jej książce konkretny problem bardziej lub mniej umownie przypisany do jednego z miesięcy. I tak w styczniu dostajemy opowieść o szabrze (to Niusia), luty to tragiczne doświadczenia uciekinierów z Prus Wschodnich (tu się kłania "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrieda Lenza, pisałam; bardzo, bardzo polecam), w marcu zajmie się autorka ziemiami odzyskanymi i tak dalej, i tak dalej. Jest też opowieść o Warszawie i osobna o Wrocławiu, o Kaszubach wcielonych do Wermachtu i o Żydowskich dzieciach, mieszkańcach sierocińca w Otwocku, o obozie w Łambinowicach i konflikcie polsko-ukraińskim w Bieszczadach, no i oczywiście o repatriantach. Przewijają się też oczywiście i inne tematy. Tragedie, gwałty, wysiedlenia, przejmowanie cudzego majątku, mieszają się z opowieścią o organizowaniu życia na nowo. Cała paleta problemów.

Cztery sprawy poruszyły mnie najbardziej. Wymieniam je w przypadkowej kolejności. Po pierwsze poruszająca jest konstatacja, o której już wspomniałam, że rok 1945 przyniósł ogrom nowych problemów. Radość była chwilowa, szybko okazało się, że świat po wojnie to zgliszcza, nie tylko w dosłownym sensie. Po drugie pisze Grzebałkowska o Polakach, ale równocześnie pochyla się też nad losem mieszkańców Prus Wschodnich, Niemców, Ślązaków czy Ukraińców. Pokazuje poplątanie losów ludzi, z których zadrwiła historia. Często prosili się o to sami, ale czasem byli po prostu jej ofiarami. W złym momencie znaleźli się w złym miejscu. Po trzecie jest tu kilka historii po prostu fascynujących. Gotowy materiał na powieść! Niektóre autorka śledzi do czasów współczesnych lub do śmierci bohaterów. I z tym łączy się sprawa czwarta, jedyna optymistyczna. Otóż z nieszczęścia można się podźwignąć. Pewnie nie każda rana się zabliźni, pewnie koszmary będą wracać w snach, ale Klara, Lucie, Niusia, Werner, Stanisław i inni, których dzięki Grzebałkowskiej poznajemy, zbudowali sobie z czasem nowe życie. Jakby banalnie takie stwierdzenie nie zabrzmiało, to w książce nabiera mocy, no i jest jednak bardzo krzepiące.

Na koniec koniecznie muszę wspomnieć o dodatkowym smaczku tej lektury. Otóż każdy rozdział rozpoczyna się zbiorem krótkich wyimków z prasy. Głównie ogłoszeń, czasem informacji. Uderza, że ludzkie tragedie i ludzka nędza mieszają się z pragnieniem normalności, z dowodami, że ludzie za wszelką cenę chcą wieść życie jak kiedyś. Obok ogłoszeń o poszukiwaniu zaginionych, próśb do świadków o jakąkolwiek informację o ostatnich chwilach umierających, błagań o pomoc materialną, są też takie: Siwe włosy farbuję. Rozjaśniam. Czwartki, piątki, soboty 3-6. Wilcza 16-14; Piekiełko - lokal nastrojowy. Najlepsze napoje, najsmaczniejsze zakąski i coś jeszcze. Gdzie, co, jak? Wkrótce!; Słucki pas kupię. Krucza 13-1; Rutynowana perkusistka (jazzb.) wstąpi do zespołu. Orłowo ul. Inżynierska 15; Pijawki tegoroczne, świeże na cele lecznicze. Bielska, Dmochowskiego 6. A prawdziwą rozkoszą jest język tych ogłoszeń.

Teraz już naprawdę kończę banalnym stwierdzeniem, że reportaż "1945. Wojna i pokój" Magdaleny Grzebałkowskiej to lektura jak najbardziej obowiązkowa.

Miron Białoszewski "Pamiętnik z powstania warszawskiego"

Od kilku lat, kiedy tylko w okolicach pierwszego sierpnia media wybuchają coroczną,

rytualną dyskusją na temat powstania warszawskiego, mam ochotę wrócić do lektury "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego. Po raz pierwszy przeczytałam go dawno temu i w jakimś sensie była to dla mnie książka inicjacyjna. Chyba wtedy zrozumiałam, czym jest wojna i po raz pierwszy zadałam sobie pytanie, które dziś przy okazji rozmaitych lektur towarzyszy mi często: jak da się przeżyć coś tak niewyobrażalnego? Jaką siłę trzeba w sobie mieć, żeby nie zwariować, przebrnąć a potem jeszcze żyć? Niektóre obrazy z Białoszewskiego majaczyły mi w głowie do dziś, tak silne wywarły na mnie wrażenie. Ciekawa byłam ponownego zetknięcia z książką. No i wreszcie w tym roku postanowiłam, że już muszę koniecznie. Może dlatego, że kilka miesięcy temu odnalazłam nieco sfatygowany rodzinny egzemplarz, który gdzieś się zawieruszył. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Sięgnęłam po Białoszewskiego kilka dni temu, kiedy medialna wrzawa ucichła, a nowa związana z premierą filmu Komasy jeszcze na dobre nie wybuchła. Ja skorzystałam ze starego wydania PIW-owskiego z roku 1976, bo takie leży na mojej półce i jestem sentymentalnie do niego przywiązana, ale kto nie ma, a zdecyduje się przeczytać, niech sięgnie po świeżo wydaną przez PIW wersję bez skreśleń.

"Pamiętnik z powstania warszawskiego" Białoszewskiego to cywilne świadectwo tamtych dni. Urodzony w 1922 roku autor w powstaniu udziału nie brał. Napisałam te słowa i zadumałam się nad nimi. Na pewno nie brał udziału? Czy to możliwe wtedy w Warszawie? Nie walczył, nie był powstańcem, ale przecież powstanie go dotyczyło jak tysięcy mieszkańców miasta. Budował barykady, odgruzowywał zasypanych w piwnicach ludzi, gasił pożary, przenosił żywność dla powstańców. Ale przede wszystkim próbował jak inni jakoś przeżyć. A więc siedział w piwnicach, nasłuchując spadających z nieba bomb, pocisków wyrzucanych przez miotacze ognia i inne potworne wojenne machiny siejące spustoszenie i śmierć, zdobywał żywność, chodził po wodę, ale też cieszył się ze spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi, próbował pisać. Białoszewski napisał swoją książkę po dwudziestu trzech latach od tamtych wydarzeń. Wcześniej nie potrafił, chociaż bardzo chciał. Miał czterdzieści pięć lat, kiedy wyznał na pierwszej stronie:

"... leżę na tapczanie cały, żywy, wolny, w dobrym stanie i humorze, (...) Warszawa znów ma milion trzysta tysięcy mieszkańców."

Jego pamiętnik to jednocześnie świadectwo powstania i świadectwo zmagań z pamięcią, czego na kartach książki stale jesteśmy świadkami. Białoszewski stara się opowiadać chronologicznie, ale wielokrotnie zderza się z figlami, jakie płata pamięć. Wydawało mu się, że czegoś był pewny, ale w miarę odtwarzania zdarzeń, okazuje się, że to nie ten dzień, że coś musiało zdarzyć się wcześniej albo później. Najczęściej jego niepewność dotyczy czasu, ale niekiedy miejsca lub na przykład tego, czy rzeczywiście z piwnicznego okienka na Miodowej mógł widzieć księżyc w pełni.

Chociaż "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest niewielkich rozmiarów (trochę ponad dwieście stron), to opowieść bywa bardzo drobiazgowa. Wraz z autorem zanurzamy się w piekło powstania. Białoszewski szczegółowo opisuje ryzykowne wędrówki pośród ruin, barykad, przez podwórka, piwnice, biegiem, w huku wybuchających bomb, a wszystko po to, by znaleźć znośną piwnicę, w której można by się schronić (zmieniał miejsce cztery razy). Ponownie wielkie wrażenie zrobiły na mnie opowieści o piwnicznym życiu. Nasłuchiwanie bomb, odliczanie do wybuchu, strach, czy trafi właśnie tu, szukanie najbezpieczniejszych miejsc (pod filarami, tak im się wtedy wydawało), wieczny huk, osypujący się tynk, modlitwy, ale też spacery (po piwnicach), życie towarzyskie, gotowanie, zdobywanie jedzenia i wody, drobne utarczki, ale najczęściej wielka życzliwość i wzajemne pomaganie sobie, powstańcze znajomości, radość i nadzieja na rychłe zwycięstwo, a potem na pomoc, wreszcie zobojętnienie i pogodzenie się ze śmiercią, która mogła przyjść w każdej chwili. Pisze o głodzie zaglądającym w oczy i doskwierającym braku wody. Szczegółowo opowiada o ewakuacji kanałami ze Starówki, co robi wielkie wrażenie, i o zdziwieniu, że Śródmieście wygląda jeszcze prawie normalnie. Kiedy tam trafił, początkowo jeszcze można  było mieszkać w mieszkaniach. Ale i to trwało krótko. No i przede wszystkim opisuje zagładę miasta. Morze gruzów, pożary, zbombardowane, płonące kościoły, klasztory, pałace. Było i nie ma, bezpowrotnie. Jeszcze raz oddam mu głos:

" ... i nagle nie ma miasta, nie ma domów, no ... rozpacz... (...) Po wszystkim. Dwieście tysięcy ludzi leży pod gruzami. Razem z Warszawą." 

"Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest tym, czego domagają się, z każdym rokiem głośniej, uczestnicy dyskusji wokół powstania: kroniką ginącego miasta, głosem oddanym cywilom i hołdem dla nich, pewnie mimowolnym, bo przecież obcy jest Białoszewskiemu patos, heroiczny czy martyrologiczny ton. Zawsze się dziwię, że się o nim tak mało mówi. Chociaż autor nie pisze o epizodach najdrastyczniejszych, wspomina je tylko tak, jak wspomina się o czymś, co zna się z drugiej ręki (czasem w zaskakująco lekkim tonie), to i tak jego książka przeraża, bo pozwala zanurzyć się w powstanie, poznać je od podszewki. A przecież było jeszcze straszniej. Od niedawna mówi się o masakrze na Woli. W zeszłym roku czytałam w prasie wstrząsającą relację kobiety, która cudem ocalała, a tuż przed lekturą Białoszewskiego słuchałam w radiu fragmentu świeżo wydanej książki o powstaniu autorstwa kanadyjskiej historyczki Aleksandry Richie. Trafiłam na opowieść o bestialskich gwałtach na kobietach i dziewczynkach przetrzymywanych przez Niemców na Zieleniaku. Opis był tak drastyczny, że miałam ochotę zatkać uszy. Dlatego tak się zdziwiłam, kiedy Białoszewski kwituje ten epizod jednym zdaniem. Nie był tam przecież, tylko słyszał. Jak o tym opowiadać? Człowiek staje bezradny wobec ogromu zła i bestialstwa. Co innego książka historyczna.

Na koniec, krótko, bo się rozpisałam, muszę jednak wspomnieć o mistrzostwie Białoszewskiego. W końcu to literatura. Mistrzostwo przejawia się w zmyśle obserwacji, drobnych scenkach, opowieściach o ludziach, często w tonie plotkarskim, komentarzach, zdziwieniach i oczywiście w języku. Genialnie potocznym, mówionym i myślanym, żywym, pełnym słowotwórczej inwencji. Właściwie zastanawiam się, czy powinnam o tym pisać. Przecież każdy powinien przynajmniej słyszeć o tym ze szkoły. Mimo wszystko nie oprę się, aby jeszcze raz nie oddać głosu autorowi:

"Niepokój się zaczął, to trzeba było spokoju. Śpiewanie. Błaganie. Stanie. Już bez ciskań się. Różańce. Zacierki. Jedzenie pod framugą, bo się brało ze sobą." Albo: "Więc gdzieś tam w okolicy tego poplątania była odnoga w betonie, wszystko w betonie, szaro, twardo, sucho, szorstko, z tym że, jak w pralni harmider, latania, bety." Albo tak: "Po stoku na śmietnik, w dziurę w murze. Podwóruchno. Wlecenie na balkonik. Czyjeś mieszkanie. Wlecenie przez długą dechę w okno czyjegoś mieszkania. Tam siedzą. Baby. Ludzie. Dziura. Wlezienie w ciemno w leżących."

Wystarczy.

Chociaż może to niezbyt stosowne stwierdzenie w kontekście tematu, ale trzeba to powiedzieć: "Pamiętnik z powstania warszawskiego" to obok wstrząsającego świadectwa zagłady miasta i codziennego heroizmu, językowa i literacka uczta. Taki paradoks.

"Jak ojciec i syn"

Koniec wiosny rozpieszcza świetnymi filmowymi premierami. Jeszcze niedawno tak narzekałam na posuchę, a tu nagle tydzień po tygodniu znakomite, mądre tytuły. Po gruzińsko-estońskich "Mandarynkach" całkowita zmiana klimatu. Zupełnie inna tematyka, na dodatek rzadki gość na naszych ekranach, kino japońskie. "Jak ojciec i syn" to historia na pierwszy rzut oka rodem z tabloidu. Dwa małżeństwa dowiadują się nieoczekiwanie, że w szpitalu zamieniono ich dzieci. Chłopcy mają właśnie rozpocząć naukę w szkole. Co robić? Jak poradzić sobie z taką wiadomością i całkowicie nową sytuacją? Co czują rodzice chłopców? A oni sami? Kto ma zdecydować o tym, co dalej? Co ważniejsze: więzy krwi czy spędzone wspólnie siedem lat, zbudowane więzi, miłość? Czy można nagle wyrzucić ze swojego życia jedno dziecko, aby pokochać inne? Na te pytania muszą odpowiedzieć sobie bohaterowie a widz razem z nimi. Film sprawia, że wczuwamy się w sytuację obu rodzin. Dzięki empatii czysto teoretyczny dla większości z nas problem staje się prawdziwy. Nie tylko współczujemy, współodczuwamy, ale także bijemy się z myślami. Podobnie rzecz się miała we wspomnianych przed chwilą "Mandarynkach". Jest jeszcze coś, co łączy oba filmy. To kameralne, psychologiczne dramaty rozgrywane w ciszy, skupieniu, w wolnym tempie (oba trwają około dwóch godzin). Jeśli, czytelniku tej notki, nie lubisz takiego kina, daruj sobie, po co masz się nudzić i przeszkadzać innym widzom (wyzłośliwiam się, bo za sobą miałam takiego delikwenta; dlaczego nie wyszedł?), ale jeżeli niestraszne ci takie filmy, wybierz się koniecznie. Nie pożałujesz. Mądre, subtelne, skromne kino, a przy okazji po prostu wzruszające. A kto film widział, może czytać dalej. Zapraszam.

Wiadomość, która jak grom z jasnego nieba spada na obie rodziny, rujnuje ich dotychczasową szczęśliwą egzystencję. Było to szczęście całkowicie odmiennie rozumiane. Dwa różne światy. Jeden odzwierciedlający moje stereotypowe myślenie o Japonii, o której niewiele w gruncie rzeczy wiem. Oschły, nieokazujący uczuć ojciec całe dnie spędzający w pracy, uczestnik wyścigu szczurów, który nie dopuszcza myśli, że jego jedyny syn mógłby pójść inną drogą. Musi być równie perfekcyjny i dobry jak on. Stąd, bardzo droga zapewne, prywatna szkoła, do której obowiązuje wieloetapowy egzamin traktowany śmiertelnie poważnie przez rodziców i małego Keitę, stąd ćwiczenia na pianinie, których nie można zaniedbać nawet w dniu egzaminu, chociaż emocje i zmęczenie dają o sobie znać. Cicha, spokojna, uległa niepracująca żona. I jednocześnie ciepła, troskliwa matka. Mieszkanie w dobrej dzielnicy tak wyprane z indywidualności, że przypomina hotel. I mały, smutny, nad wiek poważny chłopiec, Keita. I druga rodzina. Z prowincji, z dzielnicy małych, japońskich domków i drobnych biznesów. Wszystko ich dzieli. Zamożność, podejście do życia, sposób wychowywania dzieci, temperament, luzackie, żywiołowe zachowanie, nawet strój. W tym małżeństwie żona jest równoprawną partnerką, chwilami wydaje się nawet bardziej dojrzała i odpowiedzialna. Chociaż jej mąż, który czasami przypomina dużego chłopca, jest mimo pozorów zdecydowanym, silnym i mądrym człowiekiem. Obie kobiety od razu połączy sympatia i porozumienie, mężczyn niekoniecznie. Ojciec Keity traktuje państwa Saiki z wyższością, nieufnie, jest wobec nich nieszczery, bo prowadzi swoją grę.

Wiadomość o zamianie chłopców uruchamia lawinę nie tyle zdarzeń, te toczą się powoli, ile uczuć i rozterek. Co zrobić? I jak to zrobić? Co ważniejsze? Przywiązanie, miłość, wspólna przeszłość czy więzy krwi? Co i jak powiedzieć chłopcom? Jak im wszystko wytłumaczyć? Czy w ogóle trzeba coś zmieniać? Przecież to dzieci, nie psy czy koty (pani Saiki nawet psa czy kota nie potrafiłaby zamienić). Wszystko wydaje się toczyć pod dyktando pana Nonomiya. Podświadomie oskarża żonę, że nie odkryła pomyłki. Przecież matka powinna takie rzeczy czuć. Przecież instynkt macierzyński, przecież matczyne serce! Gdzież one były, kiedy niecna pielęgniarka, chcąc zemścić się na ludziach szczęśliwych (to wytłumaczenie jest jednym z nielicznych minusów filmu; wydaje mi się mocno naciągane), zamieniała dzieci? Odkrycie, że Keita nie jest prawdziwym synem, pozwala panu Nonomiya zrozumieć, albo raczej zracjonalizować, dlaczego chłopiec nie jest tak doskonały, jakby chciał. Przecież to niemożliwe, aby jego syn nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Pod wpływem przeżyć i uczuciowej burzy odzywają się wspomnienia z dzieciństwa, traumy, konflikty. Pan Nonomiya jest naprawdę nieszczęśliwy i chociaż tak perfekcyjny, nie umie poradzić sobie z sytuacją, co skrzętnie stara się ukryć. Może i to jest przyczyną dodatkowej frustracji? Na domiar złego zatroskany szef przesuwa go na inne stanowisko, aby miał więcej czasu dla siebie i rodziny, co traktuje jak porażkę.

Dla mnie jednak najbardziej niepojęte w tej tragicznej sytuacji jest to, że najmniej liczą się chłopcy i ich uczucia. Dzieci szybko się przyzwyczają, mówi dyrektor szpitala. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Chociaż z nową sytuacją dorośli oswajają ich stopniowo, to w końcu zostaną wymienieni niczym pomylony bagaż. Keicie chyba łatwiej wejść w nową rodzinę. Jest rodzeństwo, o którym marzył, jest ciepło, jest troska, uwaga i mnóstwo czasu, które spędza się wspólnie z dziećmi. Ale przecież i on nie potrafi zapomnieć o domu, w którym spędził siedem lat, i nosi w sobie urazę. O wiele trudniejsza jest sytuacja drugiego chłopca. Żywiołowego, bezpośredniego, nieco niesfornego. Nie potrafi zrozumieć sztywnych reguł panujących w nowym domu. A najgorsze, że wszystko jest nieodwołalne, na zawsze. Dorośli przecięli więzy, zdecydowali za nich. Ale i oni cierpią. Pani Nonomiya mówi, że pokochała swojego prawdziwego synka, ale czuje się, jakby zdradzała Keitę. Nikt nie jest szczęśliwy. Kiedy już się wydaje, że wszystko zaczyna się układać, że wszyscy zaczynają żyć nowym życiem, nagle okazuje się, że nie da się zerwać starych relacji. Wspólna przeszłość, wychowanie, to naprawdę się liczy, nie więzy krwi. Najskrytszym marzeniem małego Saiki jest powrót do dawnego domu. Można nazywać nowych rodziców mamą i tatą, ale prawdziwymi rodzicami i tak pozostaną ci, którzy wychowali.

Wydaje się, że ta historia będzie miała szczęśliwe zakończenie. Dzieci wrócą do swoich domów, może ich rodzina się poszerzy, wszak jest całkiem prawdopodobne, że nadal będą się spotykać. Ale może najważniejsza jest zmiana, jaka zaszła w panu Nonomiya. Ta historia czegoś go nauczyła, wiele uświadomiła. Oczywiście pozostaje pytanie, czy ten eksperyment dokonywany na żywych organizmach pozostawi w dzieciach jakiś ślad. Czy uda się wszystko posklejać? Czy będzie jak dawniej, a może nawet lepiej?

Jeśli pogrzebać głębiej, niektóre rozwiązania tego filmu mogą z perspektywy czasu wydać się zbyt proste, nieco czarno-białe (diametralnie różne rodziny, a szczególnie obaj mężczyźni). Kiedy jednak śledzi się tę kameralną, subtelnie opowiedzianą historię podkreśloną dźwiękami melancholijnej muzyki, zupełnie się o tym nie myśli. Przeżywamy dramat bohaterów razem z nimi. Mądry, piękny, wzruszający film.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Mam wrażenie, że z powodu nieznajomości japońskich realiów coś mogło mi umknąć. Czego oczywiście bardzo żałuję.

Swietłana Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"

To druga książka Swietłany Aleksijewicz, białoruskiej pisarki i dziennikarki, po którą

sięgnęłam. Nie tak głośna jak "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety", za którą dostała Angelusa. Długo się za nią zabierałam, właściwie, kiedy wyszła, nie zwróciłam na nią specjalnej uwagi. Cóż mnie obchodzi Czarnobyl tyle lat po katastrofie, było minęło, myślałam. A potem ktoś mi ją polecił poruszony lekturą. W końcu sięgnęłam po "Czarnobylską modlitwę. Kronikę przyszłości" (Czarne 2012; przełożył Jerzy Czech), żeby stwierdzić, jak bardzo się myliłam. Tę książkę powinno się przeczytać, nawet mimo tego że momentami nuży. Myślę, że wyszłoby jej na dobre, gdyby była nieco krótsza. Opowieści świadków, zwane tutaj monologami, stają się po pewnym czasie do siebie podobne. Przeszkadza też trochę ich sztuczny, egzaltowany ton, jakby wszyscy rozmówcy pisarki, od prostych, wiejskich babinek do naukowców, byli ludźmi zdolnymi do głębokiej, filozoficznej refleksji, do namysłu nad światem. Mam wrażenie, że Aleksijewicz podkręca te monologi w charakterystyczny dla siebie sposób. Podobnie było też w jej poprzedniej książce (tam dotyczyło to przede wszystkim wstępu). Ale może się mylę? Może tacy są Białorusini? Nieważne. Wady, o których wspomniałam, dość nietypowo, bo na wstępie, nie mają znaczenia wobec wymowy książki.

O katastrofie elektrowni atomowej w Czarnobylu przypominamy sobie przy okazji. A to kiedy mija jakaś okrągła rocznica wybuchu, a to po awarii w Fukuszimie i wywołanej nią dyskusji na temat wykorzystania atomu, jaka przetoczyła się przez Europę. Jednak nawet wtedy ją bagatelizujemy. Tymczasem "Czarnobylska modlitwa" uświadamia, czym była ta katastrofa dla białoruskiego społeczeństwa i czym mogłaby się stać dla Europy, gdyby nie udało się ugasić reaktora. Ludzie, strażacy i żołnierze, którzy tego dokonali, to naprawdę bohaterowie, chociaż niektórzy mimo woli. Dlaczego mimo woli? Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze mało kto poza fizykami jądrowymi zdawał sobie początkowo sprawę z powagi sytuacji. Władze w Mińsku i w Moskwie (niezorientowanym przypominam, że katastrofa miała miejsce w roku 1986, a więc jeszcze za czasów Związku Radzieckiego) albo lekceważyły skutki wybuchu, albo celowo, aby nie wszczynać paniki, ukrywały je. Poza tym był to typowy mechanizm charakterystyczny dla krajów komunistycznych. Przemilczeć, ukryć, zamieść pod dywan, za żadne skarby nie przyznawać się do błędu. Dlatego ratownicy, zwani w książce likwidatorami, byli początkowo, a i później też, często nieświadomi, czym grozi im to, co robią. A skutki, szczególnie dla tych, którzy pracowali bezpośrednio przy reaktorze, były tragiczne. Umierali bardzo szybko w męczarniach na chorobę popromienną albo nieco później na raka wywołanego wielokrotnie przekroczoną dawką promieniowania. Tym bardziej, że pracowali bez jakiegokolwiek zabezpieczenia: bez kombinezonów, bez masek. Drugi powód, dla którego nazywam ich bohaterami mimo woli, jest taki, że bardzo często nie wiedzieli, gdzie i po co jadą. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy kilka miesięcy po wybuchu likwidowali skutki katastrofy w stukilometrowej strefie ochronnej. Najczęściej mówiono im po prostu, że jadą na ćwiczenia. Wśród nich są i tacy, którzy wspominają ten okres jako największą przygodę swojego życia. To wszystko nie zmienia faktu, że być może nas ocalili. Ale oczywiście byli też tacy, którzy wykonywali swoje zadania całkiem świadomie, nie zważając na konsekwencje. Wielu zgłaszało się na ochotnika. W filmach katastroficznych czasem jakiś śmiałek musi ratować Ziemię na przykład przed zderzeniem z meteorytem i zdaje sobie sprawę, że ceną jest jego życie. To jednak tylko filmowe fantazje, a Czarnobyl zdarzył się naprawdę i ci ludzie naprawdę wychodzili na dach reaktora, naprawdę wychylali się z kabin helikopterów, aby we właściwe miejsce zrzucić to, czym pożar gaszono, ktoś naprawdę zanurkował, aby spuścić wodę spod reaktora. To wszystko robi w książce ogromne wrażenie. Ale nie tylko to.

Co jeszcze? Opowieści o wysiedleniach mieszkańców ze stukilometrowej strefy ochronnej. Myśleli, że wyjeżdżają na chwilę, na trzy dni, tak im mówiono, tymczasem wyjechali na zawsze. Zostawili swoje domy, sprzęty, pamiątki, książki, zabawki i zwierzęta. Jechali autobusami albo szli pieszo, w kolumnach jak na wojnie. Skojarzeń z wojną jest zresztą w tej książce bardzo dużo. Rozmówcy Swietłany Aleksijewicz często porównują to, co się działo, do wojny. Starsi dlatego, że pamiętali tę prawdziwą, młodsi, bo od dziecka byli karmieni wojenną propagandą. Przerażają opisy opuszczonych wiosek, zdziczałych domowych zwierząt zostawionych przez właścicieli, bo nie wolno było ich zabierać, a szczególnie opowieści myśliwych zmuszanych do ich likwidacji. Straszne są obrazy ludzi, zwłaszcza starych, którzy zdecydowali się do strefy nielegalnie wrócić i w niej zamieszkać. Jeszcze straszniejsze opowieści o tych, którzy zachorowali. Strażakach, likwidatorach, ale też dzieciach urodzonych z chorobą popromienną. Nie ma takich fragmentów wiele, ale jeśli już się pojawiają, to autorka, a właściwie jej rozmówcy, nie szczędzą szczegółów. Przeraża reakcja władz, czasem wynikająca z niewiedzy i bezmyślności, czasem celowa. Przerażają chaotyczne, bałaganiarskie, często bezsensowne działania mające zmniejszyć skutki katastrofy. Ale przeraża też obojętność większości zwykłych ludzi, którzy bagatelizują zagrożenie, żyją, jakby nic się nie stało. Dlaczego? Po pierwsze promieniowania nie widać. Mówią, że coś się niby wydarzyło, ale świat jest, jaki był. Słońce świeci, kwiaty rosną, trawa się zieleni, ptaki śpiewają. Kiedy jest pożar, powódź, huragan skutki żywiołu widać natychmiast, w przypadku atomu są odroczone. Dlatego tak trudno w nie uwierzyć. Ale jest i drugi powód wypierania katastrofy. To mechanizm doskonale nam znany: niechęć do zmiany. Lepiej wmówić sobie, że nic zmieniać nie trzeba.

Czarnobyl przeorał białoruskie społeczeństwo. Zachwiał wiarą w wielkość i nieomylność radzieckiego imperium, uświadomił, że nic nie jest na zawsze, że człowiek musi mierzyć się z żywiołami, o których nie ma pojęcia, pokazał, że atom może nawet w czasach pokoju stać się siłą niszczycielską. Warto przeczytać "Czarnobylską modlitwę", aby zrozumieć, czym ta katastrofa była naprawdę.

"Na głębinie"

Na książki zdarza mi się trafiać przez przypadek, ale na filmy nigdy. A islandzki film "Na głębinie" trafił mi się właśnie tak. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu, dopóki nie odkryłam go na internetowej stronie miesięcznika Kino, gdzie w prawym górnym rogu znajduje się lista tytułów, których przegapić nie wolno. Wśród nich był jeden, którego nie tylko nie widziałam, ale nie wiedziałam, że jest. Tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie zaczynali go grać w moim mieście w małej kinowej salce tylko na jednym seansie (a premierę w Polsce miał szóstego grudnia, pewnie kopii jak na lekarstwo). Chociaż niełatwo ten film wytropić, piszę o nim, bo naprawdę warto go obejrzeć. To historia oparta na faktach. W 1984 (mogłam się pomylić o rok czy dwa) zatonął kuter rybacki, z kilkuosobowej załogi ocalał jeden człowiek. Sześć godzin płynął w lodowatej wodzie. Po pięciu minutach powinien stracić świadomość i utonąć. Tak mówią prawa fizyki. Przeżył. Cud? Naukowy fenomen? Jakie siły znalazł w sobie mężczyzna, który wygrał z naturą? Czy w ogóle można to wyjaśnić? O tym opowiada ten spokojny, skromny, piękny i, zapewniam, bardzo ciekawy film. Warto jeszcze zwrócić uwagę na odtwórcę głównej roli i świetne zdjęcia surowej islandzkiej wyspy, na której toczy się akcja. A tych, którzy nadal czują się nieprzekonani, informuję, że współautorem scenariusza i reżyserem jest Baltasar Kormakur, twórca filmu "101 Reykjavik". Tyle we wstępie, a jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy.

"Na głębinie" to opowieść o zwyczajnym człowieku, który w ekstremalnej sytuacji znalazł w sobie niezwykłą siłę, aby ratować  życie. Misiowaty Gulli niczym specjalnym się nie wyróżnia. Pracuje na kutrze, mieszka z rodzicami, wolne wieczory spędza, jak inni, w pubie. Tańczy, pije, pali jak smok, jeśli trzeba w obronie kumpla wda się w awanturę. Jest nieco nieśmiały, nie znajdzie w sobie odwagi, aby nawiązać znajomość z dziewczyną, która mu się podoba. Nie zrobi tego nawet, kiedy wróci do miasteczka, chociaż była to jedna z obietnic złożona sobie i Bogu, gdy walczył o życie. Spełni inne: zaopiekuje się psem kolegi, pocieszy wdowę po przyjacielu i jej dzieci. To jednak prostsze niż poderwanie nieznajomej. Będzie dziwił się sławie, jaką nagle zyskał. Rozgłos nie pasuje do tego zwyczajnego, nieśmiałego faceta. Chociaż boi się powrotu do domu, wróci na swoją wyspę, do miasteczka, a w końcu nawet na kuter. Będzie żył jak dawniej.

Oczywiście najważniejsze miejsce w filmowej opowieści stanowi niezwykły wyczyn Gulliego i pytanie: jak to było możliwe? Rozpacz, zwątpienie, nadzieja i determinacja mieszają się ze sobą. Gulli wie jedno, za wszelką cenę musi płynąć, musi się starać dotrzeć do brzegu. Jeśli będzie czekał na pomoc, na pewno zamarznie. Najpierw zrobi wszystko, aby ratować przyjaciela. Kiedy zostanie sam, przyjdzie pierwsza chwila zwątpienia. Samotność jest pewnie tym bardziej dojmująca, że wokół noc. Przygniata go świadomość, że jest nic nieznaczącą drobinką w żywiole oceanu. Pociechę dają mu mewy. Jak powie potem, nigdy nie był dla nich dobry. Teraz to jedyne żywe stworzenia. Gulli modli się, ale bez przesady. Chyba ważniejsze są rozmowy z ptakami i wspominanie przeszłości. Nie myśli o śmierci, skupia się na zadaniu. Zanim dotrze do celu, stoczy walkę z własną słabością i przeciwnościami natury. Nadzieja pojawia się i znika. Najpierw statek, który go nie zauważa, potem, kiedy dopłynie do wyspy, musi jeszcze ją zdobyć. Nie da się wspiąć po klifie w miejscu, w którym wyszedł z wody smagany wiatrem i falami, musi jeszcze raz wejść do lodowatego oceanu i płynąć dalej. Ile hartu ducha trzeba w sobie mieć, aby w takiej chwili nie załamać się i na nowo podjąć wyzwanie! Przyznam, że mnie najbardziej przeraził moment, kiedy okazało się, że Gulli, zanim dotrze do miasteczka, ma do pokonania skalisto-lodowe pustkowie. Wtedy poczułam potworne zimno, rany na bosych nogach, chłód mokrej koszuli na wyziębionym ciele. Jaką determinację trzeba mieć, aby brnąć przed siebie? Może klucza należy szukać w przeszłości? Mieszkańcy wyspy doskonale pamiętają katastrofę sprzed lat, wybuch wulkanu, który przysypał miasteczko czarnym pyłem. Najpierw nocna ewakuacja, w pośpiechu, w panice. Sceneria tyleż groźna, co piękna. Ognista lawa i  płonące domy rozświetlają czarną noc. Nie wszyscy zdecydowali się wrócić. To, co zobaczyli śmiałkowie, było i fantastyczne, i przerażające zarazem. Miasteczko utopione w wulkanicznym, czarnym pyle. Powtórzę po raz kolejny: ile determinacji trzeba w sobie mieć, aby zacząć tu nowe życie? Skąd wziąć siłę, aby oczyścić dom, w którym czarno? A jednak po latach miasteczko żyje i wygląda niezwykle usadowione w nadmorskiej kotlinie otoczonej wzgórzami. Szczególnie nocą, kiedy proste, małe, białe domki przypominają rozżarzone lampiony. No więc może tamto doświadczenie go zahartowało? Ale czy da się w ogóle znaleźć odpowiedź? Gulli godzi się wziąć udział w naukowych badaniach. Miałam wrażenie, że robi to z zaciekawieniem i pewnym rodzajem pasji. W końcu jednak rezygnuje i wraca do domu. Dlaczego? Bo tak naprawdę nie ma odpowiedzi? A może odpowiedź nie jest dla niego ważna? Naukowcy próbują swoim szkiełkiem i okiem rozwikłać zagadkę, zmierzyć, zbadać, znaleźć rozwiązanie i skuteczne remedium dla innych rozbitków. Gulli mówi dość i zostaje z tajemnicą.

Popularne posty