Georgi Gospodinow "Ogrodnik i śmierć"

Moja relacja z twórczością Georgiego Gospodinowa okazała się być

nieoczywista. Po przeczytaniu "Fizyki smutku", powieści, od której zaczęła się w Polsce kariera tego bułgarskiego pisarza wymienianego od jakiegoś czasu wśród kandydatów do Nobla, nie sięgnęłam po żadną z kolejno wydawanych jego książek. Dlaczego? Chyba po tamtym doświadczeniu bałam się czytelniczego trudu. Nie spróbowałam nawet się z nim zmierzyć po obejrzeniu spektaklu opartego na "Schronie przeciwczasowym", powieści, za którą otrzymał międzynarodowego Bookera. Wygląda na to, że jakoś sobie twórczość Gospodinowa zdemonizowałam, bo przecież, o czym przekonałam się teraz, napisałam entuzjastyczną notkę o "Fizyce smutku"! I być może już nigdy nie wróciłabym do jego twórczości, gdyby nie konieczność przeczytania jego ostatniej książki, "Ogrodnik i śmierć" (Wydawnictwo Literackie 2025; przełożyła Magdalena Pytlak), na spotkanie klubu czytelniczego. Właściwie nie do końca była to konieczność, bo nikt mi nie kazał jej czytać, nie muszę przecież iść na to akurat spotkanie. Tak czy inaczej jestem zadowolona, że do Gospodinowa wróciłam. Wpisałam sobie pozostałe jego powieści na listę książek, które zamierzam przeczytać. Pytanie, kiedy to nastąpi, jak zwykle pozostaje otwarte.

"Ogrodnik i śmierć" to książka szczególna z dwóch powodów - jest pierwszą, jaką napisał po otrzymaniu Bookera, i nie jest powieścią. To próba zmierzenia się ze śmiercią ojca. Od razu napiszę, że moje doświadczenia z tego typu pozycjami, były raczej zniechęcające. Nic mi nie dawały, nie rezonowały z moim doświadczeniem, a mam je za sobą, pozostawiły mnie obojętną. Mam za sobą dwie takie lektury - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcina Wichy i "Śmierć przychodzi nawet latem" Zsuzsy Bánkobie nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jakiego oczekiwałam, szczególnie, że wszyscy piali z zachwytu. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jednak coś mnie w samym pisarstwie węgierskiej pisarki zaintrygowało na tyle, że sięgnęłam po jej powieść „Pływak” i tym razem byłam zachwycona. Ale dość tych dygresji, wracam do Gospodinowa.

Ogrodnik i śmierć” to książka skomponowana podobnie do tamtych dwóch. Autor opowiada o chorobie ojca, o mierzeniu się z jej trudami, o śmierci, o związanych z tym emocjach, uczuciach, o żałobie, wspomina szczęśliwe chwile, jakie z nim spędził, snuje refleksje o śmierci i przemijaniu. Odnalazłam tu nawiązania do „Fizyki smutku”, bo kilka razy pojawia się Minotaur, który to mit pisarz zreinterpretował w tamtej powieści. Choroba i śmierć uruchamiają na nowo pamięć wspomnień.

jego nieobecność puszcza w ruch całą mechanikę pamięci. Rzeczy, o których od dawna nie myślałem, teraz budzą się, budzę je, żeby mieć pewność, że to wszystko było.

Oczywiście wiele miejsca poświęca ojcu, który jawi się w jego książce jako człowiek niezwykle sympatyczny, ciepły, skromny i bardzo cierpliwy oraz pokorny w chorobie. Nie skarżył się, nie rozpaczał, przepraszał za kłopoty, znosił wszystko niezwykle dzielnie, chociaż cierpiał. Ale dzięki wspomnieniom poznajemy go też w pełni sil witalnych. Jego pasją był ogród, który z radością pielęgnował i uprawiał, odkąd przeniósł się razem z żoną do domu po rodzicach. W mieście się dusił. Ten ogród uratował mu życie, kiedy przed wielu laty po raz pierwszy poważnie chorował. Pisarz bardzo wiele ojcu zawdzięcza, bo to on był mistrzem opowieści i anegdoty, które z pasją opowiadał. Sam też był bohaterem wielu zabawnych historii, a one potem przechodziły do rodzinnej legendy. Nie wiem, jaki był naprawdę, ale dzięki literaturze już zawsze będzie niezwykle zabawnym, ciepłym i witalnym człowiekiem. Mistrzem życia. Mistrzem dostrzegania tego, co wzniosłe, w jakimś drobiazgu.

Być może taka była misja mojego ojca, myślę sobie, choć sam sobie nie zdawał z tego sprawy – pasterz małego stada historii, które sam wychował i które wszędzie za nim chodziło. Albo po prostu ogrodnik – tam, w ogrodzie z historiami i rodzinnymi krzewami.

Tego się od niego nauczył, tego mu zazdrościł. Bo jak pisze autor w swoim motcie:

Każda historia, nawet jeśli wydarzając się, była osobista, gdy choć raz przejdzie przez język, gdy ubierze się w słowa, nie jest już nasza, należy wówczas tak samo do porządku rzeczywistości, jak i fikcji.

A w innym miejscu zauważa:

Przeżywają jedynie historie.

Więc jest ta książka próbą zatrzymania na zawsze i dla wszystkich historii opowiadanych przez ojca i z ojcem w roli bohatera.

Czytając książkę, do pewnego momentu czułam podobne rozczarowanie jak przy wspomnianych już lekturach, potem jednak mój odbiór się zmienił. Wciągnęły mnie te skrawki, z których składa się "Ogrodnik i śmierć", podobał mi się bohater tej opowieści, czyli ojciec autora. A poza tym coś zaczęło rezonować z moimi doświadczeniami, coś mnie poruszało i sprawiało, że kilka razy poczułam dreszcze. A zawdzięczam to dwóm refleksjom, które przewijają się w książce.

Kiedy autor patrzy wstecz, wspomina chorowanie ojca, pisze o takich momentach, które okazały się ostatnimi. Ostatni raz ojciec jechał pociągiem, ostatni raz wchodził po schodach, ostatni raz coś zjadł, ostatni raz coś powiedział. Kiedy to się działo, nikt nie wiedział, że to te ostatnie razy.

Mój ojciec siedział po raz ostatni w skórzanej kurtce i dżinsach, na zewnątrz prószył śnieg (…) To tyle, nigdzie więcej się nie ruszam, powiedział cicho. Tak będzie.

A już na pewno nikt nie przypuszczał, kiedy  opuszczał swój dom i ogród, aby pojechać do syna do Sofii na badania, że już tam nie wróci.

Mój ojciec miał przebyć te trzysta kilometrów z powrotem w karawanie pogrzebowym. Czy zanim wyruszył do Sofii przeczuwał, że to podróż w jedną stronę? Czy dostajemy jakieś znaki, czy przeciwnie, dzięki niewiedzy zostaje nam to oszczędzone?

Nigdy nie wiemy, czy coś, co się dzieje, nie zdarza się właśnie ten ostatni raz. I nie chodzi tylko o doświadczenia ostateczne, ale o jakieś inne nieoczekiwane zmiany w naszym życiu. Ja mam za sobą przynajmniej kilka takich doświadczeń. A potem przychodzi tęsknota i świadomość, że życie toczy się dalej, ale on już tego nie doświadcza, jego już nie ma.

Śmierć jest czereśniowym drzewem, które dojrzewa bez ciebie.

Druga refleksja to próba przeniknięcia tajemnicy umierania. Oczywiście z góry skazana na porażkę. Autor próbuje odgadnąć, co mógł czuć ojciec w tych ostatnich chwilach. Co chciał powiedzieć, co miał oznaczać ostatni gest ręką, a przede wszystkim właśnie, o czym myślał, jeśli w ogóle, kiedy był już tak blisko, kiedy przekraczał tę granicę.

to ostatnia noc. Noc wielka literą. Najdłuższa noc. Próbowałem wyobrazić sobie, co czuje człowiek w taką noc, w ostatnich godzinach. I mnie, który wierzy w słowa, zabrakło słów.

Czy jesteśmy w stanie zajrzeć w jego myśli i ponieść (przez sekundę) to, co tam się dzieje?

Autor kilka razy przytacza słowa swojego ojca: To nic takiego. Czy rzeczywiście nic takiego? Tak to czuł czy miały to być słowa pocieszenia dla najbliższych?

Są też rozmaite drobne refleksje, spostrzeżenia, które ze mną też rezonują. Ot, choćby ta, że kiedy jednych dotyka tragedia, świat się nie zatrzymuje, inni przeżywają akurat największe szczęście w swoim życiu albo po prostu celebrują codzienność. Albo taka.

Dlaczego ci, którzy opuszczają ten świat, śledzą jego wiadomości? Po to, żeby było im lżej, kiedy sobie powiedzą – „opuszczam świat, który już i tak zaczął się staczać, czemu ma mi go być żal” (a wiadomości są apokaliptyczne, w pełni zsynchronizowane z naszą prywatną apokalipsą)?

No i są jeszcze takie fragmenty, które dotknęły mnie bardzo, otworzyły niezabliźnioną ranę, z którą się mierzę albo i nie mierzę, bo wolę w nią nie zaglądać, ale o tym pisać nie będę, bo to zbyt osobiste, intymne i bolesne.

Cieszę się, że zdecydowałam się przeczytać „Ogrodnika i śmierć”. Nie tylko dlatego, że nabrałam apetytu, aby sięgnąć po dwie poprzednie powieści Gospodinowa, z którymi bałam się zmierzyć. A w kwietniu wychodzi kolejna jego książka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty