Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

Colm Tóibín "Long Island", "Brooklyn"

Dawno, dawno temu w czasach przedblogowych przeczytałam

bardzo chwaloną wówczas powieść "Brooklyn" irlandzkiego pisarza Colma Tóibína (Rebis 2009, nowe wydanie 2025; przełożył Jerzy Kozłowski). Przeczytałam i się rozczarowałam. O co tyle hałasu? Dziś już nie bardzo potrafię odtworzyć, jaki był powód mojego zawodu. Chyba miałam jej za złe to, że jest za krótka i w związku z tym autor zaledwie szkicuje problemy, a nie wchodzi w nie głęboko. Tak, chyba o to mi chodziło. Dowodem na to, jak ją potraktowałam, jest fakt, że pozbyłam jej się z domu przy okazji książkowego remanentu, a miałam ją  w wersji papierowej, bo był to czas przedczytnikowy. 

Kiedy w zeszłym roku wyszła kontynuacja "Brooklynu", czyli

"Long Island" (Rebis 2025; przełożył Jerzy Kozłowski), i do Polski na Festiwal Conrada przyleciał autor, a ja byłam na tym spotkaniu, postanowiłam dać Colmowi Tóibínowi drugą szansę i sięgnąć po jego najnowszą powieść. Ale żeby to zrobić, musiałam jednak, także z ciekawości, przeczytać część pierwszą. Tak też zrobiłam. Z braku czasu nie odniosłam się do niej bezpośrednio po lekturze, więc dzisiaj, pisząc o "Long Island", wspominam też trochę o "Brooklynie", tym bardziej że obie powieści mają podobną konstrukcję. 

Jak po ponownej lekturze wypada pierwsza część opowieści o Eilis Lacey, młodej irlandzkiej dziewczynie, która w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku zostaje wysłana przez swoich najbliższych do Stanów, gdzie ma dzięki irlandzkiemu księdzu, znajomemu  starszej siostry, zapewnioną pracę, dach nad głową i wsparcie na obczyźnie? Otóż muszę ze zdumieniem stwierdzić, że zupełnie nie rozumiem, o co się wówczas czepiałam. Dziś nie dopatruję się w tej książce braku wnikliwości i powierzchowności. Powieść przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Oczywiście to nie arcydzieło, ale bardzo dobra literatura środka. Wielką zaletą jest pogłębiony portret głównej bohaterki. Eilis wcale nie ma ochoty jechać do pracy za ocean, najchętniej zostałaby w domu, z matką i starszą siostrą, która jest dla niej autorytetem i wsparciem. Ale nie ma wyboru. Tam ma szansę na lepszą pracę, tu w małym irlandzkim miasteczku pracuje dorywczo w sklepie, znosząc humory właścicielki. Jej starsi bracia też wyjechali, tyle że bliżej, bo do Anglii. Wyobraźmy sobie jej sytuację - młoda dziewczyna, która nigdy nie była dalej niż w najbliższej okolicy swojego miasteczka, nagle musi zostawić najbliższych, nie wiadomo, kiedy ich ponownie zobaczy, i sama płynąć do Stanów, a tam odnaleźć się w nowym otoczeniu. Wszystko jest dla niej nowe i obce. Podróż do Anglii, gdzie na szczęście zaopiekują się nią bracia, rejs statkiem, a potem Nowy Jork, Brooklyn, mieszkanie na stancji, praca w dużym domu handlowym, inny świat, inne zwyczaje, tęsknota za najbliższymi, z którymi może tylko korespondować. Gdyby nie opieka, jaką roztacza nad nią ów irlandzki ksiądz, znajomy siostry, na pewno byłoby jej o wiele trudniej. Ale Eilis nie jest szarą myszką. Okazuje się dziewczyną samodzielną, umiejętnie nawigującą wśród współmieszkanek wynajmujących pokoje u tej samej właścicielki. A to prawdziwe kłębowisko żmij i znalezienie się pomiędzy nimi a właścicielką nie jest łatwe. 

Bardzo ciekawa jest druga część książki, kiedy Eilis, która już zdążyła się jakoś zadomowić na Brooklynie, z powodu sytuacji rodzinnej wraca na jakiś czas do Irlandii. Początkowo czuje się tam obco, a jednocześnie dla miejscowych jest kimś, bo przecież przyjechała z tej mitycznej Ameryki. Inaczej się ubiera, jest pewniejsza siebie. To inna Eilis, trudniej jej ułożyć się z matką, za którą przecież tęskniła. Ale najbardziej interesujące są jej duchowe i uczuciowe rozterki, które przeżywa po powrocie do domu. Przyjechała tylko na jakiś czas, aby wspomóc matkę, ma wrócić do Nowego Jorku, tymczasem dzieje się coś, co sprawia, że zaczyna się zastanawiać nad swoimi wyborami. Zostać czy wrócić? Niestety muszę pisać ogólnikowo, aby nie zdradzić nic z treści, bo to, co się dzieje z Eilis, jest po prostu bardzo ciekawe. Przyznam, że nie do końca pamiętałam, w jaki sposób główna bohaterka rozwiąże swoje duchowe dylematy, bo że wróci, wiedziałam, a poza tym można się tego domyślić, czytając info o "Long Island". Dlatego nie mogłam się oderwać od ostatniej partii powieści.

Podobnie było w wypadku części drugiej. Minęło dwadzieścia lat. Eilis mieszka razem z mężem, amerykańskim Włochem, i dwojgiem dorastających dzieci na tytułowym Long Island. Obok  domy mają jego rodzice i dwaj bracia razem z rodzinami. Jest samodzielna, pracuje, życie ma ustabilizowane, trochę przeszkadza jej bliskość rodziny męża, a trochę to lubi. Regularnie koresponduje z matką, dokumentując swoje życie zdjęciami. Napisałam, że obie powieści mają podobną konstrukcję. Bo nagle odwiedza ją obcy jej człowiek, który informuje o czymś, co burzy jej dotychczasowe życie. Eilis, co świadczy o jej sile, zachowuje się stanowczo, stawia pewne warunki, czegoś żąda, a chwilowo postanawia przeczekać burzę w Irlandii. Po latach wraca do rodzinnego domu i znowu będzie przeżywać podobne rozterki, bo nagle wróci do niej przeszłość, tamto lato spędzone w domu. Niestety nic więcej zdradzić nie mogę, bo odebrałabym wielką przyjemność płynącą z lektury! 

Mamy tu wiele niedopowiedzeń i płynących z tego nieporozumień, sprzeczne interesy bohaterek i bohaterów, co prowadzi do wielkich komplikacji. Kto zawinił? Do kogo można mieć pretensje? Co zrobią bohaterki i bohaterowie? Jak postąpi ostatecznie Eilis? Na pewno gdyby wszyscy byli od początku szczerzy, nie doszłoby do takiej sytuacji. A jest to bardzo prawdziwe i bardzo ludzkie, bo tak się przecież w życiu zdarza. Im bliżej finału, tym bardziej nie potrafiłam oderwać się od lektury, bo teraz naprawdę nie miałam pojęcia, jak skończy się ta historia, no i jak zostanie to rozwiązane. A autor podsyca ciekawość, umiejętnie mieszając wątki. Na sytuację patrzymy z punktu widzenia różnych bohaterek i bohaterów. 

Oprócz tego bardzo ciekawa jest konfrontacja Eilis, już częściowo Amerykanki, ze światem swojej wczesnej młodości, szczególnie z losem jej przyjaciółki. Zderzenie tych dwóch bohaterek wypada na korzyść Eilis. Jej się powiodło, bardzo dobrze wygląda, ma pieniądze, chociaż nikt nie wie, że nie do końca swoje, a to co z perspektywy małego irlandzkiego miasteczka może się wydawać wielką karierą, nie do końca jest nią z perspektywy amerykańskiej. Tymczasem jej przyjaciółka czuje się przy niej jak kopciuszek czy uboga krewna. Chociaż wcześniej lubiła swoje życie, teraz widzi, że się zaniedbała, no i musi ciężko harować, aby po śmierci męża utrzymać siebie i dorastające dzieci. A praca dodatkowo łączy się z pewnymi problemami. Ciekawie opowiedziane są też relacje Eilis z  matką, za którą przecież tęskniła, ale z którą niełatwo jej się żyje. 

"Long Island" jest moim zdaniem jeszcze lepszą powieścią od "Brooklynu", bo równie ważnymi postaciami jak Eilis są także inne osoby, których motywacje i przeżycia opowiedziane są niezwykle wnikliwie.

Z czystym sumieniem polecam obie powieści. Wielka, ale niebłaha, przyjemność. Warto od czasu do czasu dać się po prostu ponieść lekturze.

Sebastian Barry "Tymczasowy dżentelmen"

Irlandzki pisarz, Sebastian Barry, bardzo szybko awansował do grona

moich ulubieńców. Dzięki chłopakom z wydawnictwa ArtRage regularnie dostajemy jego kolejne powieści. To efekt ich fascynacji tym autorem i przekonania, że trzeba go na polskim rynku wydawniczym promować. Jak udaje się to ostatnie, nie mam pojęcia, ale póki co jego książki stale się ukazują. I oby tak dalej. 

Nie muszę dodawać, że nie mogłam się doczekać lektury najświeższej powieści Sebastiana Barry'ego, "Tymczasowy dżentelmen" (2025; przełożyła Agnieszka Walulik). Niestety z różnych powodów trochę mi zeszło, aż wreszcie przyszedł czas, aby się swobodnie za nią zabrać. Wielbię wszystkie jego cztery powieści, które dotąd przeczytałam (w ArtRage'u wyszło ich pięć), ale mam wśród nich swoją hierarchię. Na piedestale stawiam dwie, na równi, "Czas starego boga" i "Tak daleko od domu", a zaraz po nich właśnie "Tymczasowego dżentelmena". Co nie znaczy, że nie podobało mi się "Po stronie Kanaanu".

Pisarz lubi układać swoje książki w rodzinne cykle. "Tymczasowy dżentelmen" to historia Jacka McNulty'iego. Wiem, że ma się ukazać powieść, której bohaterem będzie jego brat, Eneas. Już ostrzę sobie na nią zęby. Ale czas przejść do najnowszej powieści Sebastiana Barry'ego.

Trzeba przyznać, że autor potrafi zaskakiwać. Każda z czterech jego książek jest zupełnie inna, a jednak coś je łączy. Jedno to splecenie losów bohaterek i bohaterów z burzliwą historią Irlandii. Czasem bardziej, czasem mniej, ale kontekst historyczny jest w każdej z nich ważny. Drugie to niestety smutek, a nawet w niektórych brak nadziei. Dlatego nie zaskakuje, że "Tymczasowy dżentelmen"  jest powieścią mroczną, chociaż nie od początku. Muszę przyznać, iż przez jakiś czas miałam nawet poczucie, że życie bohaterów i bohaterek przypomina flautę, że nic niespodziewanego i strasznego się im nie wydarzy. Wprawdzie zaczyna się wszystko od dramatycznego epizodu z czasów drugiej wojny, ale zaraz potem następuje przeskok czasowy do lat pięćdziesiątych, a wtedy życie Jacka toczy się spokojnie. Mieszka w stolicy Ghany, Akrze, gdzie przez jakiś czas pracował dla ONZ-etu, wspomina lata swoich studiów, kiedy poznał i zakochał się w Mai Kirwan, która została jego żoną, czas spędza samotnie lub na rozmowach ze swoim czarnoskórym służącym, a właściwie przyjacielem. Nieco rozczarowana miałam wrażenie, że tak będzie już do końca. Jak bardzo się myliłam!

Wkrótce okazuje się, że Jack nie tylko wspomina, ale spisuje swoje życie, historię swoją i Mai. Ma mu to pomóc uładzić się ze sobą, ruszyć do przodu, wrócić do Irlandii, gdzie mieszkają jego córki i wnuczki. Chciałby wreszcie prowadzić rzeczywiście spokojne życie, spełniać się w roli dziadka. Najpierw jednak musi zejść w otchłanie swojej przeszłości, dotknąć jądra ciemności. 

Chciałbym zapytać Boga, a jeśli nie Boga, to jakiegoś dobrotliwie nastawionego anioła, o odpowiedź na pytanie, dlaczego  Mai Kirwan przypadł w udziale taki los, dlaczego spośród wszystkich kobiet na świecie, jej właśnie zapisano taką przyszłość, choć zaczynała tak pełna obietnic i szczodrych darów.

Nie przez przypadek robię tu aluzję do powieści Conrada. Nie przypuszczam, aby autor do niej nawiązywał, ale mnie to zstąpienie Jacka w głąb siebie, dotknięcie tego, co wstydliwe, tego, co ciemne, fakt, że ta podróż do zakamarków duszy  ma miejsce w Afryce, jakoś skojarzyło się z "Jądrem ciemności". Podobnie historia jego ciemnoskórego towarzysza, który w czasie wojny dzielnie bił się nie o swoją sprawę w szeregach armii brytyjskiej, a potem, gdy przestał być potrzebny, nikogo jego los nie obchodził, a nawet, gdy dołączył do tych, którzy upominali się o swoje prawa, został, jak i oni, bezwzględnie potraktowany.

Gdy opuścił swoją wioskę, żeby zaciągnąć się do pułku Złotego Wybrzeża, nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie będzie go przez trzy czy cztery lata, bez żadnego urlopu.  

... nie miał pojęcia o świecie, nigdy w życiu nie widział żadnego miasteczka, już nie wspominając o takich miejscach jak Akra.

Kiedy wrócił z wojny, doszło do jakichś problemów z rentami żołnierskimi, tak więc on i jego towarzysze broni przemaszerowali ulicami Akry, aby to oprotestować, i policja zabiła kilka osób. Co, bez dwóch zdań, nie było zbyt pięknym podziękowaniem za udział w obronie imperium.

Losy ciemnoskórego Toma to jednak tylko wątek poboczny, najważniejsza jest historia Jacka i Mai. Spotkali się w czasie studiów, pochodzili z różnych klas. Jego rodzina w hierarchii społecznej i majątkowej stała znacznie niżej niż jej. Ojciec Mai od początku był przeciwny ich związkowi, a jednak Jackowi udało się przezwyciężyć przeszkody i doprowadzić do ślubu. Dziewczyna miała ambicje, interesowała się polityką, w irlandzkim sporze opowiadała się za niepodległością. Przynajmniej tak widział ją on, bo jej historię poznajemy z jego perspektywy. Ale dlaczego miałby ją upiększać? Odwrotnie, czując się winnym temu, co się z nią potem działo, mógłby o tym nie pisać, uczynić ją w swoich wspomnieniach zwykłą dziewczyną. A jednak pisze o niej z tamtego okresu jako o samodzielnej, trochę nieprzewidywalnej, żywiołowej, bystrej dziewczynie, która mu imponowała. Tymczasem on stał z boku, trzymał się z daleka od polityki, służył w armii brytyjskiej. Być może przestrogą był dla niego los jego brata Eneasa, ale o tym będzie kolejna powieść.

To, co najważniejsze w tej książce, rozegra się  po ślubie Mai i Jacka. Trudno o tym pisać tak, aby jak najmniej zdradzić z ich dalszych losów. Wprawdzie najważniejsza jest głębia przeżyć i emocji, ale jednak to, co się działo w ich małżeństwie, było dla mnie zaskoczeniem, nie chciałabym więc odbierać czytelniczej przyjemności odkrywania ich losów tym, przed którymi dopiero ta lektura. Z konieczności ucieknę się do dość ogólnikowych stwierdzeń i pytań.

Jest to opowieść o wielkiej miłości, która nie jest dość uważna i która nieświadomie krzywdzi. O miłości, która trwa mimo przeszkód. I Jack i Mai to postacie tragiczne. Czy ona powinna wychodzić za mąż? Właściwie dlaczego zdecydowała się na małżeństwo? Są drobne przesłanki, aby sądzić, że się wahała, a może nawet  nie chciała, a potem weszła w rolę żony i matki. Czy powinna zostawać matką? A może gdyby Jack był dość uważnym mężem, mógłby jej pomóc? Czy rzeczywiście poradziłby sobie sam? Dziś potrafimy nazwać problemy Jacka i Mai, wtedy nie było to takie oczywiste. Chociaż jej przyjaciółka ostrzega Jacka, że  dzieje się z nią coś niepokojącego, on niczego nie widzi, a potem woli problem od siebie odsunąć. 

Och, Queenie, Queenie, myślałem, weź sobie tę podłą prawdę i odejdź. Jeśli ją zabierzesz, nie będę musiał o niej myśleć, wygnam ją ze swojej głowy.

Czy powinien zaciągać się do brytyjskiej armii, kiedy wybuchła druga wojna, i zostawiać żonę samą z córeczkami? Przecież to nie była ich, irlandzka, wojna. A może tak było łatwiej, z dala od kłopotów, rzucić się w wir wojennej przygody? A może jednak czuł, że tak trzeba, stanąć do walki o wartości? Bo jak mówią słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: ... męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać. Dziś trudno się z nimi zgodzić. 

- Jack, ciebie tutaj nie ma. One potrzebują ojca.

- Pojechałem na wojnę. Na wojnę. Cały świat pojechał na wojnę.

- I co ty, do diabła, tam robisz? - zapytała Mai. - W Irlandii figę to wszystkich obchodzi.

Jack był dumny ze swojego udziału w wojnie, ale nie tylko Mai to nie obchodziło. Bieda, jaka była jej skutkiem, tym bardziej skłaniała tych, którzy nie wzięli w niej udziału, do okazywania pogardy tym, którzy dali się omamić i walczyli o nie swoją sprawę.

Wojna oznaczała zwyczajnie jedną wielką niedogodność.

Na ile Mai niszczyła sama siebie, a na ile Jack pociągnął ją na dno? Swoją niefrasobliwością, swoim lekkim stylem życia, który okazał się być zaraźliwy. Czy gdyby nie wyszła za niego za mąż albo nie wyszła za mąż w ogóle, jej los potoczyłby się inaczej? A jednak chyba mimo wszystko go kochała. W godzinie ostatecznej próby Jack się sprawdził. Niestety krzywdząc siebie, krzywdzili też dzieci, które stały się ofiarą tej sytuacji.

Jest to też powieść o rozczarowaniu. Bo Jack będąc w Afryce, zaczyna rozumieć, na jak fałszywych i kruchych podstawach oparta była jego wiara w imperium brytyjskie. Pomaga mu w tym przyjaźń z Tomem, któremu odpłacono pięknym za nadobne. Stąd tytuł "Tymczasowy dżentelmen". Irlandczyk, a tym bardziej Afrykanin, angielskim dżentelmen może się poczuć tylko przez chwilę. Kiedy zrobi swoje, nie jest nikomu potrzebny.

Ale to wszystko było oczywiście dawno temu, setki różnych losów i historii pochłonęły moich towarzyszy, tak jak mnie pochłonął mój własny los. Tkwimy w ogromnym brzuchu wieloryba zdarzeń, jego ciemność poczytaliśmy sobie za przyjemną noc, a unoszący się tam fosforyzujący plankton za gwiazdy.

Te słowa mogłyby posłużyć za motto "Tymczasowego dżentelmena". Kolejna bardzo dobra, ale bardzo mroczna powieść Sebastiana Barry'ego. 

Anne Enright "Strzyżyk woleoczko"

"Strzyżyk woleoczko" Anne Enright (Filtry 2024; przełożyli Piotr

Siemion i Kaja Gucio) to kolejna powieść irlandzka, po którą sięgnęłam. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w Polsce ukazały się wcześniej dwie inne powieści tej autorki, i to jedna w dużym renomowanym wydawnictwie, ale przeszły bez echa albo ja nie zwróciłam na nie uwagi. No ale o "Strzyżyku woleoczko" nie sposób było nie usłyszeć, bo jak to zwykle bywa przy promocji książki, rozmowy z samą pisarką albo z kimś innym o jej powieści w podcastowym uniwersum wyskakiwały dosłownie zewsząd. A że i ja uległam modzie na literaturę irlandzką, więc dałam się skusić. Cóż, tym razem jednak pozostałam wobec tej książki obojętna. Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobała, nudziła, że miałam ochotę ją rzucić. Nie, nic z tego, ale spośród irlandzkich powieści przeczytanych w ostatnich latach ta zainteresowała mnie zdecydowanie najmniej. W dużej mierze wydała mi się wtórna. Minęło kilka dni od jej lektury, a ja już mam niewiele do powiedzenia na jej temat.

To historia dwóch kobiet - Carmel i jej, wychowywanej samotnie, córki, Nell. Philip, ojciec tej pierwszej i dziadek drugiej, był znanym irlandzkim poetą, pisał słodkie wiersze opiewające piękno natury - o ptakach i roślinach. Tymczasem zupełnie nie sprawdził się jako mąż i ojciec - porzucił chorą żonę i nastoletnie córki. Obiecywał i nie dotrzymywał obietnic. Żył sobie beztrosko jakby nigdy nic się nie wydarzyło. 

Kolejna kartka przyszła później tego samego roku. Przedstawiała biały wiatrak ze szkieletowym żaglem i napisem "Mykonos" pod spodem. Pocztówka została zaadresowana do nich wszystkich i zawierała odpowiedź na pytanie, którego żadna z nich nie zadała: "Każdego dnia czuję się tu coraz lepiej, dzwony rozbrzmiewają nad wodą, a na dachu małej kawiarenki rosną winorośle i zrzucają listki. Winogrona! Hep!" Wiadomość została zilustrowana wesołym obrazkiem przedstawiającym przechylony kieliszek martini z oliwką. "Na zawsze Wasz tatko". Żadna z nich nie ucieszyła się z tej wiadomości.

Historię tych kobiet i całej rodziny poznajemy z perspektywy raz jednej, raz drugiej, przy czym Nell jest narratorką rozdziałów, w których opowiada o sobie.

Czy fakt, że Carmel miała problem z ułożeniem sobie relacji z mężczyznami, był wynikiem tego, że ojciec ją opuścił, a wcześniej patrzyła na niezbyt udany związek rodziców i przemoc w domu? 

Nie wstydziły się natomiast krzyków i ciosów, pomyślała Carmel, bo te zdarzały się tylko za zamkniętymi drzwiami. Ten mężczyzna przewyższał ją dwukrotnie rozmiarami i był jej ojcem, więc grzbiet jego dłoni był nieprzewidywalny niczym pogoda, po prostu nie należało wchodzić mu w drogę. Jeśli zatem ci się to nie udawało, to sama się prosiłaś.

Czy Nell, która popełnia jeszcze większy błąd, robi to dlatego, że jest obciążona problemami rodzinnymi? To właśnie historia tej ostatniej, a ściślej opowieść o przemocowym związku, w który wchodzi, wydała mi się wtórna. O wiele ciekawiej i głębiej zrobiła to moim zdaniem Megan Nolan w "Aktach desperacji". Czy ich kłopoty i nieumiejętność ułożenia sobie życia wynikają z tego, jakie dziedzictwo dźwigał Philip? A był to bagaż przemocy, której doświadczał w dzieciństwie spędzonym na wsi. Niejednokrotnie również na nią patrzył. Jest w powieści okrutna scena - jego ojciec z zimną krwią, z zawziętością morduje borsuka, który w pewien sposób towarzyszył rodzinie, bo zadomowił się w ich ogrodzie. Miał nawet swoje imię. Jakim człowiekiem stanie się ktoś, kto w dzieciństwie jest świadkiem takiej sceny i na co dzień obcuje z przemocą? Czy jego słodkie wiersze, których bohaterką jest przyroda, to ucieczka od doświadczeń dzieciństwa? A może wyparcie?

Innym problemem poruszanym w powieści jest praca Nell w infosferze, byle jaka, śmieciowa, wykonywana dla kogoś za marne pieniądze, praca, która może daje jakąś swobodę, bo nie trzeba przychodzić do biura, ale żadnej satysfakcji.

... gdybym miała coś, co kiedyś nazywano "pracą" (...) Byłam rzeczą do wyrzucenia, nie tylko dla niego, ale dla ludzi, którzy mi płacili, i - no wiecie - infosfery, państwa narodowego, koncernów, które warzyły dla mnie alkohol. Dla influencerki Meg i jej sześciu różnokolorowych krzeseł.

Takie problemy zawsze mnie interesują, ale tym razem jakoś pozostałam obojętna. Nell, żeby poskładać swoje życie, które się rozpadło, ucieka w podróż. Zaczyna zgłębiać historię rodzinną, szuka śladów dziadka, którego nie poznała i, o paradoksie, znajduje je właśnie w infosferze. Jakiś stary wywiad z czasów, kiedy mieszkał w Stanach. Nieoczekiwanie stwierdza, że: 

Więź między nami to coś więcej niż łańcuch DNA, to rzucona z przeszłości lina, gruba, poskręcana, pełna krwi.

Ten sam wywiad na Carmel robi zupełnie inne wrażenie. Przypomina jej, jakim żałosnym pajacem był jej ojciec. Wnuczce, która dziadka nie znała, łatwiej pogodzić się z rodzinną przeszłością niż córce ponoszącej konsekwencje jego zachowania.

To tyle. Nie żałuję lektury, ale zachwytu nie było.


Sebastian Barry "Tak daleko od domu"

"Tak daleko od domu" (ArtRage 2025; przełożył Tomasz S. Gałązka)

to trzecia powieść irlandzkiego pisarza, Sebastiana Barry'ego, jaką przeczytałam i nie zawaham się napisać, że sięgnę po każdą następną. No może nie po każdą, bo gdyby napisał coś  fantasy albo fantastycznonaukową, to raczej jednak nie, ale to się pewnie nie wydarzy. Tu koniecznie muszę wspomnieć o dwóch poprzednich - "Po stronie Kanaanu" i "Czas starego boga". Tak więc Sebastian Barry błyskawicznie awansował do grona moich ulubionych pisarzy.

Nie da się ukryć, że żywy Irlandczyk (Taki żarcik - znane z, czasem wisielczego, poczucia humoru chłopaki z ArtRage zawsze mówią albo piszą o martwych Chilijczykach, których kupują.) pisze powieści świetne, ale bardzo, bardzo smutne. Tak jest i tym razem - uczucie smutku towarzyszyło mi cały czas podczas lektury, a na koniec, a przyznam, że nie takiego zakończenia się spodziewałam, po prostu się wzruszyłam, a właściwie to uroniłam parę łez, no dobrze, rozryczałam się. Tu jeszcze jedna dygresja - aż dziw bierze, że autor tak smutnych powieści przedzierzgnął spotkanie na zeszłorocznym Festiwalu Conrada niemal w kabaret. W każdym razie śmiechu było dużo. No ale czas przejść do książki.

Podobnie jak w "Po stronie Kanaanu" cofamy się do przeszłości Irlandii, tym razem to czas pierwszej wojny światowej. Przywołuję tu tamtą powieść nieprzypadkowo - otóż w obu pojawiają się ci sami bohaterowie, rodzina Dunne. Głównym bohaterem "Tak daleko od domu" jest Willie Dunne, ale pojawiają się tu także jego siostry i ojciec, oficer w Irlandzkiej Policji Królewskiej, co bardzo ważne. A poznałam ich w "Po stronie Kanaanu". To najmłodsza siostra Williego, Lily, jest tam główną bohaterką. Właściwie teraz uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś jeszcze nie zna żadnej z tych dwóch powieści, to biorąc pod uwagę chronologię, najpierw powinno się sięgnąć po tę, o której piszę dzisiaj.

Kiedy wybucha wojna, która dzisiaj zwana jest pierwszą albo wielką, osiemnastoletni Willie na ochotnika zaciąga się do Królewskiego Pułku Fizylierów Dublińskich. To też super istotne. Dlaczego to robi? Bo po pierwsze czuje, że powinien, a po drugie bo chce udowodnić, że mimo niskiego wzrostu nie jest gorszy. 

Willie czuł, jak jego ciało obrasta w dumę, grubiej i grubiej, może trochę jak góry Wicklow czują falowanie porastającego je wrzosu i padający na nie deszcz. 

Wyjeżdża, a w Dublinie zostawia trzy siostry, ojca policjanta, dziewczynę, w której się zakochał i z którą chciałby się ożenić, i dobrą pracę na budowie. Nie zna wojny, nie on jeden zresztą. Z historii wiemy, z jakim entuzjazmem męska część populacji wyruszała, aby bić się, wiemy, że wszyscy byli przekonani, że rzecz zakończy się błyskawicznie - na Boże Narodzenie mieli wrócić do domów. W najśmielszych snach nie przypuszczali, że przyjdzie im spędzić cztery długie lata w okopach. Że będą mięsem armatnim, że większość z nich nigdy nie wróci do domów, a ci, którzy wrócą, często będą inwalidami - bez ręki, bez nogi, bez połowy twarzy.

To nie pierwsza książka o tej wojnie, jaką przeczytałam, przypomnę choćby "Wojnę i terpentynę" Stefana Hertmansa, "Piękno i smutek wojny" Petera Englunda i oczywiście "Pożegnanie z bronią" Ernesta Hemingwaya, które czytane ponownie bardzo mnie znudziło. Te lektury sprawiły, że doskonale wiem, przez jakie piekło przechodzili żołnierze, a mimo to Sebastian Barry potrafił mnie do głębi poruszyć i mną wstrząsnąć. Pokazać bezsens tej wojny, jej okrucieństwo, cierpienie i dzielność szeregowych żołnierzy, którzy są tylko pionkami w tej grze, bo od nich nic nie zależy, służą za mięso armatnie, posyłani są na śmierć, aby zdobyć parę kilometrów ziemi, a potem ci, którym z tej jatki udało się wyjść cało, znowu utkną w okopach i będą tam marznąć, moknąć w deszczu, zarastać brudem, chorować, staną się żerem dla robactwa, aby umrzeć w męczarniach, kiedy przeciwnik użyje broni gazowej. 

Przez te pola maszerowała potężna armia, masa przerażonych ludzi idących być może w paskudne objęcia śmierci.

Nieszczęsne chłopaki z Korpusu Medycznego Armii Królewskiej, rozebrane do pasa, wynosiły te strzępy ludzkości, jeśli ktoś jeszcze oddychał, bełkotał, modlił się. Szczątki zostawiono dla dekoracji szlaku. Ręce, nogi, głowy, kadłuby odrzucane kopniakami na pobocze, na wpół zanurzone w plugawym błocie. Do tego końskie torsy i końskie łby tonące w parszywej pianie rojnej od larw, z tym napastliwym smrodem - konie, które nawet w śmierci wyglądały na wierne i delikatne.

A jednocześnie to, co przeżywają, zaczyna ich silnie łączyć. Te więzi stają się często mocniejsze niż to, co zostawili w domu. Bo ten, kto tego nie przeżył, nie potrafi ich zrozumieć. Willie wie, że nie może o tym, co widział i czego doświadczył, opowiedzieć siostrze, bo zaraziłby ją swoją traumą. 

Przybyli na wojnę z różnych powodów, jedni, jak Willie, na ochotnika, inni dla pieniędzy albo żeby przed czymś uciec, albo, żeby walczyć o wolność Europy, jeszcze inni z pobudek patriotycznych, o czym za chwilę. Chociaż Belgia, gdzie ich rzucono, to nie ich ziemia, bo są z Irlandii, niektórzy z Anglii, ale mimo to walczą, ale coraz częściej zadają sobie pytanie - w imię czego. Z czasem stają się, chociaż żywi, martwi w środku. Willie czuje się jak człowiek, z którego wyfiletowano duszę

On wiedział, że tak naprawdę jest po prostu człowiekiem, w którym to i owo w środku potrzaskało.

Wdychał. Wydychał. I tyle. Do tego doprowadziła go wojna, myślał sobie. (...) Wszystko wyschło, zgasły myśli i czyny z roku 1914. Wszystko to było, minęło. Teraz już nikt nie uważał, że to świetny pomysł, żeby wbić się w mundur i wyjechać do Flandrii, przeciwko kajzerowi.

Ale wojna nie tylko zmienia człowieka w emocjonalne zombie, bywa, że zamienia ludzi w potwory, znieczula na okrucieństwo.

A skoro O'Hara i jego kumpel mogli zrobić coś takiego na początku wojny, to do czego Pete byłby zdolny teraz? Do czego mógłby się posunąć on sam, Willie? (...) więc jakie są ich dusze i serca? Czy w takiej duszy jest miejsce na dobro?

A jednocześnie są przecież miejsca, gdzie życie toczy się względnie normalnie. Znowu ten nieznośny dysonans, nieprzystawalność doświadczenia.

Pojechali sobie na wczasy bez niego. Ale też co innego mogli zrobić?

Taka refleksja naszła Williego, kiedy dostał list od siostry, w którym opisywała rodzinne wakacje nad irlandzkim morzem.

Bardzo ważnym problemem poruszanym w powieści jest kwestia irlandzka. Bo kiedy w Europie toczy się wojna, w Irlandii daje o sobie znać pragnienie niepodległości. W Dublinie dochodzi do krwawo stłumionych rozruchów antyangielskich. Willie, który akurat wraca ze swojej pierwszej przepustki, zostaje razem z innymi posłany do ich tłumienia. Dotąd nie zastanawiał się nad takimi sprawami, przecież jego ojciec służył w Irlandzkiej Policji Królewskiej, stał wiernie po stronie angielskiego króla, w takim duchu Willie został wychowany. Teraz coś się w nim zmieni. Jest prostym chłopakiem, ale sam już nie wie, co ma myśleć, czuje się coraz bardziej zagubiony. 

Ale o ilu rzeczach Willie Dunne miał pojęcie? Coś tak czuł, że ostatnio raczej o niewielu.

Teraz to już w ogóle niczego nie rozumiem. Więc po prostu żrę, co mi dadzą, robię, co mi każą, ale po co to, proszę księdza, na co to, to nie mam pojęcia. 

Rozmawia z innymi Irlandczykami ze swojego pułku. Niektórzy wyruszyli walczyć o wolność Europy, bo wierzyli, że walczą też o wolność Irlandii albo przynajmniej o jej autonomię. Po tych krwawo stłumionych rozruchach zrozumieli, że zostali oszukani. Kiedy Willie prostodusznie zwierzy się ojcu w liście ze swoich wątpliwości, dojdzie do konfliktu. Poczuje się jeszcze bardziej samotny. Irlandczycy, którzy tak dzielnie się bili i uważani byli za bohaterskich żołnierzy, nagle stają się persona non grata. Ich angielscy dowódcy już im nie ufają. Zresztą byli tacy, którzy zawsze nimi gardzili. Jak by tego było mało, kiedy wrócą do domu, będą uważani za zdrajców, bo walczyli w oddziałach podległych Anglikom. Willie właśnie tak się czuł, chociaż przecież nikogo nie zdradził.

Sebastian  Barry znakomicie pokazuje, jak nieświadomy niczego dobry, porządny prosty człowiek, nie z własnej winy, ale za sprawą trybów Historii staje się pionkiem w politycznym konflikcie. Dobitnie uświadamia, że życie nie jest czarno-białe, a życiowych wyborów czasem dokonujemy przez przypadek.  

Znakomita, znakomicie napisana, głęboka i poruszająca powieść. 

Anna Burns "Mleczarz"

Kolejna powieść irlandzka i wcale nie ostatnia, bo w moim czytniku

czeka kilka innych. To głośny "Mleczarz" Anny Burns (ArtRage 2024; przełożyła Aga Zano), książka nagrodzona Bookerem w roku 2018 dociera do nas z opóźnieniem. Przyznam, że chociaż wysłuchałam kilku wywiadów z autorką, które przeprowadzono z okazji polskiej premiery, to lektura okazała się dla mnie wielkim zaskoczeniem. Spodziewałam się kolejnej powieści o irlandzkich Kłopotach, no i oczywiście to wszystko w "Mleczarzu" jest, ale nie spodziewałam się sposobu, w jaki została napisana. Raczej myślałam, że będzie to coś w stylu "Naszych win" Louise Kennedy. Tymczasem wielka niespodzianka, o czym za chwilę.

Akcja powieści rozgrywa się w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, raczej u ich schyłku,  w mieście, które nie zostało nazwane, domyślamy się, że to Irlandia Północna, może Belfast. Główną bohaterką, zarazem narratorką, jest osiemnastoletnia dziewczyna, też bezimienna, którą wyróżnia fakt, że chodząc ulicami miasta, czyta książki. Okazuje się, czego nie jest długo świadoma, że takim swoim zachowaniem wszystkich drażni i wpisuje się w krąg kilku miejscowych dziwaczek i dziwaków. Wśród nich był na przykład mężczyzna, który nikogo nie kochał, kobieta, która truła ludzi czy chłopak, który bał się bomby atomowej. Jeśli w tym miejscu komuś coś już świta a propos sposobu pisania, to być może ma rację, ale o tym za chwilę. W pewnym momencie bohaterkę zaczyna osaczać starszy od niej o wiele lat mężczyzna, tytułowy Mleczarz. Zjawia się obok niej niespodziewanie, zagaduje, ale nie dotyka. Ona zaczyna się go bać. Staje się to przyczyną licznych plotek. Wszyscy są przekonani, że dziewczyna jest kochanką Mleczarza. Sytuację komplikuje fakt, że mężczyzna podobno jest członkiem paramilitarnych, czyli nienazwanej tu wprost IRA.

Powieść Anny Burns znakomicie oddaje gęstą atmosferę Irlandii Północnej czasu Kłopotów. To swoista matnia i pole minowe dla zwykłych mieszkańców, którzy chcieliby mieć jak najmniej wspólnego z polityką i żyć normalnym życiem. Zewsząd czyha niebezpieczeństwo, narazić się można każdemu i wszystkim. Łatwo rzucić oskarżenie o współpracę z opozycją albo, jeszcze gorzej, o brak współpracy, albo o bycie donosicielem. 

Były pobicia, piętnowanie, obtaczanie w smole i pierzu, zniknięcia, śliwy pod oczami, potłuczeni ludzie chodzący po ulicy bez palców, które to palce z całą pewnością jeszcze dzień wcześniej mieli przytwierdzone do ciała.

Nie ma rodziny, która nie straciłaby kogoś z powodu konfliktu - a to ktoś był przypadkową ofiarą zamachu, a to zginął z rąk opozycjonistów, a to z rąk policji czy wojska, a w najlepszym razie musiał uciekać za granicę. To wszystko rodzi zobojętnienie na przemoc.

Co do zabójstw - były codziennością, czyli nie należało się nad nimi rozwodzić.

W takim świecie, nawet jakby się bardzo chciało, nie można nie mieć poglądów politycznych. Trzeba umieć się poruszać w tych skomplikowanych układach - ta strona ulicy, tamta strona ulicy, ci zza wody, tamten kraj. To świat zamknięty dosłownie i w przenośni - zamkniętość była wszędzie. Jedyny sposób, żeby nie zwariować, to być głuchym na rzeczywistość w takim stopniu, jak to tylko możliwe, udawać, że jej nie ma. Chronić się pod maską uprzejmości, nie poruszać tematów politycznych, jak najmniej pytać, jak najmniej wiedzieć.

... siedź cicho, kupuj stare książki, czytaj stare książki, rozważaj całkiem serio ideę zwojów i glinianych tabliczek. Taka byłam w wieku osiemnastu lat.

... jakoś trwać pod zwałami traumy i mroku.

To dlatego bohaterka chodząc ulicami, czyta. To jej ucieczka, azyl, ochrona przed rzeczywistością nie do wytrzymania. 

Wydaje mi się, iż zabieg polegający na tym, że żadne miejsce, żaden człowiek nie zostaje tu nazwany - nie ma nazw miejscowości, krajów, ulic, nie ma imion i nazwisk, nawet w rodzinie i wśród bliskich używa się określeń typu pierwsza siostra, drugi brat, trzeci szwagier, najstarsza najmłodsza siostrzyczka, nie-do-końca-chłopak - to metafora tego, aby jak najmniej wiedzieć. Nieufność ze sfery politycznej przenika życie prywatne.  

Takim ludziom jak bohaterka i krąg znajomych, w którym się obraca, a więc tym, którzy popierają opozycję, coraz trudniej patrzeć na to, co się dzieje, bo powoli tracą zaufanie do tych, którzy walczą w ich imieniu. Szlachetne idee z czasem się wyradzają. Nie chodzi już tylko o wolność, niepodległość, ale o zwykłe interesy.

... typ idealisty wyzionął ducha, a do typu, który nadszedł po nim, bardziej skłaniającego się ku gangsterce niż partyzantce, ludzie mieli już coraz większe zastrzeżenia.

Oto prosty człowiek, próbujący żyć jakoś życiem cywila tak przeciętnie, jak tylko pozwalały na to problemy polityczne, został nagle wpędzony w stan dyskomfortu: stracił przeświadczenie o moralnej stosowności środków, którymi nasi strażnicy honoru posługiwali się w walce za sprawę.

Mam wrażenie, że Anna Burns w "Mleczarzu" pokazuje świat, który powoli zaczyna się zmieniać, a zmiana nie dotyczy tylko spojrzenia na opozycję i tego, co się z nią dzieje, ale także dochodzenia do głosu kobiet, powolnego wyzwalania się z opresji patriarchatu, a w sferze osobistej przyznawania się do prawdziwych uczuć, które dotąd były tłumione i zastępowane rozsądkiem. 

Ta książka jest bardzo gęsta, wiele w niej wątków i poruszanych problemów, jest to też przecież opowieść o miłości zakończonej rozczarowaniem i fiaskiem. Nie sposób napisać o wszystkim.

No i wreszcie na koniec wracam do tego, co sygnalizowałam we wstępie, a co dotyczy sposobu, w jaki Anna Burns opowiada to wszystko. Otóż autorka bardzo często posługuje się groteską, przerysowaniem, doprowadza jakąś sytuację do absurdu. I w tym mroku są to momenty po prostu śmieszne. Czy takim sposobem opowiadania o tych mrocznych czasach rozbraja grozę czy może używając groteski, pokazuje absurdalność tamtej sytuacji? Na takie spojrzenie można sobie pozwolić oczywiście z perspektywy czasu. 

Kiedy wreszcie wyszłam, na dworze aż się roiło od dziewczynek: owstążkowanych, zajedwabionych, naatłasowanych, uobcasowionych, drapiąco podhalkowanych i podobieranych w pary lub tylko udających, że mają parę. Wszystkie tańcowały zapamiętale i od czasu do czasu przewracały się na asfalt.

Kłopot w tym, że mamie deptały już po piętach trzy inne domniemane dziewczyny rannego opozycjonisty, wszystkie z tej samej okolicy i wszystkie w średnim wieku. A za nimi sunęły jeszcze cztery. Policjantom skończyły się kanciapy, dokąd mogliby wciągnąć potencjalne agentki i donosicielki, co sprawiało, że kobiety należało przewozić do policyjnych baraków, które - wskutek ciągłego pęcznienia oddziałów pań w średnim wieku - nie pozwalały przeprowadzić całej operacji tak sprytnie i dyskretnie, jak życzyliby sobie funkcjonariusze. (...) Wreszcie mundurowi zaczęli bezradnie drapać się po głowach. "Ile on ich ma? Co to za lowelas bez precedensu? Kiedy ten nasz Valentino miałby czas na jakieś akty terroryzmu, jak miałby jeszcze między te romanse wcisnąć jakąś działalność opozycyjną?" 

Chociaż za groteską nie przepadam, tu mi zupełnie nie przeszkadzała. Przeciwnie, przyjemnie zaskoczyła i sprawiła, że "Mleczarz" nie był kolejną opowieścią o Kłopotach. No i jak zawsze muszę podkreślić znakomity przekład Agi Zano, co świetnie widać w powyższych cytatach.

Bardzo dobra powieść o tamtych tragicznych czasach.

Audrey Magee "Kolonia"

Dziś o kolejnej książce z serii irlandzkiej. I na pewno nie jest to

ostatni tytuł z tego cyklu - jeszcze coś czeka w czytniku, na jedną pozycję poluję, dwie kolejne będą miały premiery wkrótce. Tym razem to "Kolonia", debiut Audrey Magee (Wydawnictwo Poznańskie 2024; przełożyła Dobromiła Jankowska). Muszę przyznać, że chociaż interesuje mnie literatura irlandzka, zastanawiałam się, czy sięgać po tę akurat powieść. Podchodziłam do niej z ostrożnością, temat niekoniecznie mnie nęcił. A kiedy już czytałam, miałam moment rozczarowania. Tylko tyle? To tak? Ale to był moment, a potem rozwiązał się worek z bardzo interesującymi problemami poruszanymi przez autorkę i czytałam z zapartym tchem, zastanawiając się, jak skończy się historia jednego z głównych bohaterów, nastoletniego Jamesa, a właściwie Seamusa. O co chodzi z imieniem, wyjaśnię w swoim czasie.

Akcja powieści toczy się w roku 1979 na oddalonej od lądu małej skalistej irlandzkiej wyspie o zachwycających klifach. Warunki do życia są trudne, mężczyźni żyją z połowów ryb, kobiety zajmują się domem i niewielkimi gospodarstwami. Zarobek zgromadzony od wiosny do jesieni musi wystarczyć na zimę. Na wyspie pozostało niewielu mieszkańców, głównie kobiety. Większość wyjechała za lepszym, łatwiejszym życiem albo na stały ląd, albo nawet za ocean. Kto wyjeżdża, zmienia się, początkowo wraca, z czasem coraz rzadziej i na krócej, a wreszcie wcale. Każdy, kto pozostał, ma takich krewnych - braci, siostry, dzieci. Nie ma tu nic interesującego oprócz pięknych widoków, jeszcze nieodkrytych, dlatego na wyspę nie docierają turyści. Tymczasem na stałym lądzie toczy się krwawy polityczny i religijny konflikt. Jego echa docierają tu przez radio. Tak jak mieszkańcy jesteśmy bombardowani wiadomościami o zamachach i morderstwach. Te krótkie, ociekające krwią fragmenty podawane beznamiętnie stanowią nawracający leitmotiv.

Od pięciu lat przyjeżdża tu pewien Francuz, Jean-Pierre Masson, językoznawca, który bada język irlandzki (gaelicki), jakim posługują się jeszcze mieszkańcy. To jeden z wymierających języków. W tym roku kończy swoje badania, zamierza je opublikować i wierzy, że jego praca zwróci uwagę na wyspę i jej mieszkańców. Czy na pewno? 

... nie będzie żadnych ekip telewizyjnych, dziennikarzy z prasy, nikt nie przypędzi tu na spotkanie z Bean Ui Fhloinn, ostatnią mówiącą tylko po irlandzku kobietą na wyspie, nikogo bowiem nie obejdą (...) badania na temat języka, jego historii, upadku, przejścia w stronę dwujęzyczności w tym odległym zakątku Europy. Ekipy telewizyjne i dziennikarze z prasy przyjadą na te ziemie tylko po to, by mówić o żołnierzach, broni i bombach, to teraz temat, artykuły o śmierci, nienawiści, strachu, o zemście, odwecie wziętym za odwet, spirala żółci nakręcająca się, aż w końcu zabójcy krążący w środku nocy po ulicach nie będą pamiętali, za co właściwie biorą ten odwet.

Ale tego lata przybył jeszcze ktoś - Anglik, Loyd, który jest malarzem. Przyciągnęły go tu piękne widoki, a zwłaszcza klify. Pragnie je malować. Jego przyjazd powoduje perturbacje. Po pierwsze panowie bardzo szybko się skonfliktują. Każdy z nich pragnie pracować w spokoju i samotności. Jean-Pierre jest zły na właściciela dwóch opuszczonych chat za to, że wynajął tę drugą Loydowi, zazdrosny o swój teren badań. Ten drugi też ma pretensje, bo był przekonany, że będzie jedynym gościem na wyspie. Ich kłótnie raczej śmieszą stałych mieszkańców, którzy w gruncie rzeczy mają ich dość, szczególnie Loyda, bo wydaje się im pretensjonalny i dziwny. No i jest Anglikiem. Cóż zrobić, kobiety ich obsługują, bo to dodatkowe pieniądze. Ale konflikt pomiędzy nimi to nie wszystko. Loyd bardzo wpłynie na młodego Jamesa, który zainteresuje się malowaniem i nieoczekiwanie okaże się, że ma talent.

Jakie problemy porusza powieść? Jest ich kilka. Po pierwsze dylemat - czy wyspa ma pozostać skansenem, reliktem przeszłości, gdzie chroni się język irlandzki, czy ma się zmienić - zacząć swoim pięknem przyciągać turystów?

... Tę wyspę powinno się chronić przed Anglikami.

Micheal się zaśmiał.

Jak jakieś muzeum, JP?

Bardziej rezerwat.

Albo zoo?

Wyspa, której mieszkańcy mówią po irlandzku, to cenna rzecz, Micheal.

Nie możesz zamknąć ludzi na tej wyspie, bo mówią po irlandzku, JP.

Możesz, jeśli to pomoże ocalić język.

(...)

Myślałem, że zadaniem językoznawcy jest obserwacja, powiedział Loyd.

Obserwuję.

Wcale nie. Wpływa pan. Prowadzi kampanię.

Tego pierwszego chciałby Jean-Pierre, który naiwnie nie dostrzega, że niektórzy mieszkańcy nie mówią mu prawdy - rozumieją więcej z angielskiego, niż on sądzi. Tu rodzi się pytanie - po co w ogóle chronić język? Czy stanie się jakieś nieszczęście, kiedy zaniknie? Czy mieszkańcom nie zacznie się żyć lepiej, kiedy poznają angielski? 

To ich język, odparł Masson. Ich, wyjątkowy.

No i?

Zawiera w sobie ich historię, sposób myślenia, ich istnienie.

(...)

Na Boga, JP, zaciekły z ciebie romantyk.

Czyżby?

Zapalił papierosa.

To tylko język, JP. Sposób porozumiewania się. Żeby kupić chleb w sklepie. Nic więcej.

Jest jeszcze  pytanie o szczerość intencji Francuza. Dlaczego zajął się właśnie gaelickim, a nie wymierającymi odmianami arabskiego? Przecież ma takie korzenie - jego matka pochodzi z Algierii. Czy nie jest tak, że Jean-Pierre chce być świętszy od papieża, chce za wszelką cenę udowodnić swoją francuskość, ma kompleksy wynikające z mieszanego pochodzenia, a irlandzką wyspę traktuje jak etnograf-kolonizator? Tymczasem Loyd uważa, że należy odkryć piękno wyspy - to przyciągnie turystów i zapewni mieszkańcom dobrobyt. Co jest złego w zmianie? Tymczasem i on zachowuje się jak kolonizator. Traktuje miejscowych jak etnograficzną ciekawostkę, maluje ich, chociaż się na to nie zgadzają, ma nadzieję, że swoimi wyspiarskimi obrazami odniesie sukces. Czuje się jak Gauguin. Jak widać, każdy z nich ma swój interes do ugrania, ale pytanie o przyszłość wyspy pozostaje otwarta. Zmiany są nieuchronne. Trudno żyć w skansenie.

Z tym wiąże się kolejny problem. To historia Jamesa, który pod wpływem malarza odkrywa swoją pasję i talent. Nie chce żyć jak jego ojciec, wuj i dziadek. Nie chce być rybakiem, nie chce zginąć w morzu jak oni. Chce mówić po angielsku, wyjechać, uczyć się malować. Dlatego wzbrania się przed swoim prawdziwym irlandzkim imieniem, Seamus, wybierając jego angielską wersję, James. Tylko Jean-Pierre uparcie tak się do niego zwraca, a on go wytrwale prostuje. Ryby kontra pędzle, praca na morzu kontra sztuka. Ta metafora pojawia się w książce wielokrotnie. Dając upust wyobraźni, marząc o wielkim sukcesie, wspólnej wystawie, którą obiecał mu Loyd, dostrzega w sztuce coś, co mogłoby połączyć dwie zwaśnione strony, Anglików i Irlandczyków, malarstwo stałoby się mostem miedzy nimi. Jego matka, chociaż będzie tęsknić, godzi się na ten wyjazd, chce dla niego lepszego życia. Ale James/Seamus zdaje sobie sprawę, że jest ostatnim młodym mężczyzną na wyspie. Jak poradzą sobie kobiety, matka, babka i prababka, kiedy jego zabraknie? Kto będzie łapał króliki, łowił ryby? To źródło jedzenia i utrzymania. Czy wolno mu wyjeżdżać, iść za swoimi marzeniami?

Jesteś jedynym mężczyzną w tym domu

Nie możesz mnie zmusić, żebym został, Francis.

Nie możesz zostawić tych kobiet na pastwę losu.

Mogę robić, co chcę, Francis. Wyjechać, dokąd chcę.

Francis oparł się na krześle.

Nie, James. Nie możesz.

Postawa Jamesa rodzi jeszcze jeden konflikt. Loyd dostrzega jego talent, początkowo pozwala mu malować, ale z czasem zaczyna być zazdrosny. Bo malarstwo chłopaka jest autentyczne, wypływa z jego korzeni, zżycia z naturą, a Loyd jest gościem, nie rozumie tutejszych subtelności. Czuje się zagrożony. 

Jest jeszcze wątek feministyczny. Matka Jamesa pod wpływem Loyda zaczyna się po cichu buntować. Nie tylko zgadza się na pozowanie, ale malarstwo budzi w niej jakieś tęsknoty - za pięknem, za stanowieniem o sobie. Sprowadza sobie na wyspę album z reprodukcjami dzieł sztuki, co budzi wśród mieszkańców zdziwienie i zgorszenie. Po co jej to? Póki sypiała z Jean-Pierrem, można było przymknąć na to oko, ale pozowanie i oglądanie obrazów, to już za wiele. Powinna wyjść za mąż za brata zmarłego męża, taka jej powinność. A ona nie chce. Odkrywa nie tylko swoje ciało, jego potrzeby, ale znacznie więcej. Inne życie, inne możliwości, inny świat. Jak długo uda jej się bronić przed niechcianym zamążpójściem?

Do poruszanych przez autorkę problemów dochodzą wspaniałe opisy wyspy oddające jej klimat i atmosferę oraz wnikliwe portrety bohaterów.

Bardzo interesująca powieść. 

Sebastian Barry "Czas starego boga"

O Sebastianie Barrym usłyszałam dzięki jednemu z moich

ulubionych wydawnictw ArtRage. Jego twórcy postanowili wydać w nowym tłumaczeniu to, co w Polsce już się ukazało i nie zyskało należytego rozgłosu, a potem stopniowo inne tytuły. A że literaturę irlandzką pilnie śledzę, podążyłam za ich rekomendacją. I tak jakiś czas temu przeczytałam "Po stronie Kanaanu", a teraz "Czas starego boga" (ArtRage 2024; przełożyła Aga Zano). Już ta pierwsza powieść zrobiła na mnie wrażenie, ale druga ... 

Jak wyrazić zachwyt, aby nie popaść w banał i egzaltację, której nie znoszę? Porwało mnie tu wszystko - historia emerytowanego policjanta i jego rodziny, niespieszna akcja, jakieś zawieszenie między jawą, a snem, związana z tym tajemnica, a wreszcie język wspaniale oddany przez niezawodną Agę Zano. Rozkoszowałam się językiem brzmi egzaltowanie, nic nie poradzę na to, że tak właśnie było. Ale uprzedzam, to nie jest wesoła opowieść, przeciwnie - bywają fragmenty, przez które trudno przebrnąć ze względu na ich drastyczność, fragmenty, które wywołują bezsilną wściekłość i ponowne zdumienie - jak to było możliwe? Jak człowiek człowiekowi, w dodatku bezbronnemu, bo dziecku, może zrobić coś takiego? Napisałam ponowne, bo o takich historiach przecież słyszeliśmy. Czas przejść do meritum.

"Czas starego boga" to opowieść o ponad sześćdziesięcioletnim policjancie Tomie Kettle, wdowcu, który dziewięć miesięcy wcześniej przeszedł na emeryturę i zamieszkał nad morzem w przybudówce do zamku z czasów wiktoriańskich. Te dziewięć miesięcy spędził we względnym spokoju, rozkoszując się widokami, pustką, szumem morza. Odpowiadała mu samotność, nie szukał kontaktów z właścicielem posiadłości ani z nielicznymi sąsiadami. Do miasteczka wyprawiał się tylko wtedy, kiedy zmuszała go do tego konieczność, większość dnia spędzał w wiklinowym fotelu, podziwiając widoki i wspominając szczęśliwe chwile z żoną, miłością jego życia, i dziećmi. Ten zaprawiony smutkiem i melancholią błogostan burzy dwóch młodych policjantów - pewnego dnia przybywają do jego samotni, prosząc w imieniu swoim i komendanta o pomoc w sprawie, którą Tom razem z kolegą  rozwiązywał przed laty

Jeśli teraz ktoś wyobraża sobie, że akcja rusza z kopyta, jest w błędzie. Zresztą osoby czytające uważnie na pewno zauważyły, że we wstępie wspominałam o niespiesznym tempie.  W trakcie lektury zastanawiałam się nawet, czy kiedykolwiek dowiem się więcej o sprawie, z którą przybyli policjanci, czy będzie to miało jakiekolwiek znaczenie w książce. Minie kilka rozdziałów, zanim Tom zdecyduje się pojechać do Dublina i odpowiedzieć na prośbę kolegów, a wtedy zbudzą się demony przeszłości, wywołując bolesne wspomnienia. Jakby po tych symbolicznych dziewięciu miesiącach Tom narodził się na nowo do trudów i mozołów życia, bo czyż nie do tego rodzi się człowiek? Czyż nie tym usiane jest jego życie?

Dziewięć miesięcy spokoju. Jakie to było niewiarygodne zwycięstwo. Nie powinien się dziwić, że dobiegło końca. I to nie z powodu narodzin dziecka, ale dalszych problemów. Kim byli kumple Hioba? Gdzie byli przyjaciele Jonasza? Czyżby ta ciemna letnia noc to było wnętrze brzucha wieloryba?

Co to za sprawa? A jakaż sprawa w Irlandii lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych mogła zostać zamieciona pod dywan, a sprawcy włos z głowy nie spadł? Przeciwnie, mógł dalej oddawać się swojemu niecnemu, odrażającemu procederowi, dla którego trudno znaleźć słowa potępienia. Tak, tak, chodzi oczywiście o molestowanie dzieci przez księży. To takiego predatora w sutannie, a właściwie dwóch, próbowali przed laty przyskrzynić Tom i jego kolega. Ich przełożeni kazali dowody przekazać biskupowi, który miał ukarać sprawców. Jak ukarał, wiadomo nie tylko z irlandzkiego podwórka.

A to właśnie sprawa imperiów, imperium irlandzkiego kapłaństwa, jego książąt i jego armii. Ci wielcy ludzie, często więcej niż słusznych rozmiarów (...), których przy spotkaniu należało całować w pierścień. Na kolano, (...), na kolano i brać takiego za łapę podaną gestem więcej niż osobliwym, jakby człowiek miał do czynienia z osiemnastowiecznym dandysem, usta do kobylastego rubinu czy granatu i tylko człowiek miał nadzieję, że ma suche wargi, żeby tego klejnotu nie obślinić.

Ale nie tylko problem molestowania porusza Sebastian Barry w swojej powieści. Sięga znacznie szerzej. Pisze o irlandzkich sierocińcach prowadzonych przez Kościół. O tym, jak okrutnie, bezdusznie i bezwzględnie traktowano tam dzieci, jak skutecznie zamazywano ich przeszłość, jaki wpływ na ich dalsze życie miało takie dzieciństwo. Nieskończenie wiele przykrych przyszłości. Drastycznych szczegółów, których zresztą nie ma zbyt wiele, oszczędzę. 

A poza tym czytając "Czas starego boga", miałam przynajmniej raz wrażenie, że dotarłam do sedna, doznałam olśnienia. Wiem, strasznie tandetnie to brzmi, ale przez moment tak właśnie było. 

Dostał od życia takie dary, nie było powodu ich opłakiwać i narzekać. To rzeczy, których można doświadczyć tylko raz, nie trzeba tej piosenki powtarzać ani dopisywać jej refrenu, kiedyś on był tym mężczyzną, a ona tą kobietą na starym Seapoint, kiedyś leżeli tak zatopienie w gęstwinie traw, że mogliby się równie dobrze uznać za (...) albo za sam zapach rozgniatanych ich ciałami traw w przypływie szczęścia (...) do kogo, do kogo tak wołali?

Czy to nie jest pocieszające? Cokolwiek zdarzy się potem, jakkolwiek potoczy się życie, mamy wspomnienia, możemy wracać do ulotnych chwil szczęścia.

Jedyne, czego w tych chwilach największego szczęścia, jakie mu się przytrafiło, nie dostrzegał, była ich niepowtarzalna natura, kres szczęścia ukryty przed nim w odmętach przyszłości, której nie brał w ogóle pod uwagę.

Ale było, zdarzyło się, dlatego teraz mógł te chwile szczęścia przeżywać we wspomnieniach.

To, co jeszcze tak bardzo podoba mi się w powieści Sebastiana Barrego, to niewiadoma, przed którą zostają postawione osoby czytające. Co się dzieje z Tomem? Czy przypadkiem nie pogrąża się w demencji? A może to pierwsze objawy choroby Alzheimera? Co jest prawdą, a co mu się tylko wydaje? Co zrobił naprawdę, a co sobie wyobraził? A może to tylko sny? Ta kwestia pozostaje otwarta, podobnie jak zakończenie. Nie wiemy, jak potoczy się dalej historia Toma, a potoczyć może się różnie. Celowo nie wchodzę w szczegóły, bo chociaż akcja toczy się powoli i nie tylko ona jest istotna, to jednak to, czego się dowiadujemy o tamtej historii sprzed lat, jest zwyczajnie zaskakujące, a dzięki temu ciekawe. Bo ta książka oferuje oczywiście znacznie więcej. Sama story, historia Toma i jego rodziny, jest po prostu bardzo interesująca i rozwija się w nieoczekiwanym kierunku. I tym razem nie możemy do końca być pewni, co się wydarzyło w przeszłości. 

A na koniec próbka języka, którym tak bardzo się delektowałam.

Po zachodzie słońca, kiedy nad Cherbourgiem rozpełzał się dziwny mrok, przyszła ciemna armia z zachodu i zaczęła zamalowywać szeroki krajobraz pędzlami ociekającymi niekończącą się czarną farbą, już, nie ma, do widzenia, farba pożerała brzeg zatoki, potem wąski pas plaży, zarośla między piaskiem a ludzkimi osadami, aż ktoś daleko zapalił światło w oblepionym solą domku, rozbłysło okienko, maleńkie jak świeczka wotywna, samotny świetlny punkcik w świeżo zakrzepłej pustce. 

Tom był tylko starym policjantem o pogniecionym sercu, ale gdyby umiał, wessałby cały ten krajobraz w siebie, każde ziarenko soli, każdą kropelkę morza, połknąłby wszystko na jeden raz, jak te stare wieloryby w jego ukochanym muzeum, jak potwór z przedwiecznej opowieści. Cały ten błękit, taki i inny, te zielenie, te połacie rozdmuchanej bieli, te niepojęte błyski podeszczowego złota i srebra. 

Znakomita powieść. 

Megan Nolan "Zwykłe ludzkie ułomności"

Od jakiegoś czasu na moim radarze czytelniczym pojawiła się

Irlandia. Właściwie ten kraj fascynował mnie od dawna ze względu na trudną historię i zawsze zerkałam w tamtą stronę, ale od kilku miesięcy?, lat? w czytelniczej bańce słychać więcej o irlandzkiej literaturze, której sporo się w Polsce wydaje. I tak trafiłam na Megan Nolan, młodą irlandzką pisarkę. O jej debiutanckiej powieści "Akty desperacji" słyszałam, ale kiedy wyszła, jakoś się nią nie zainteresowałam, teraz jednak po lekturze "Zwykłych ludzkich ułomności" (Filtry 2024; przełożyła Katarzyna Makaruk) zamierzam tę zaległość nadrobić. To stwierdzenie wystarczy za rekomendację. Skoro moja przygoda z Megan Nolan się nie kończy, to znak, że "Zwykłe ludzkie ułomności" spełniły pokładane w nich nadzieje. 

To proza gęsta, skupiona na kilku bohaterkach i kilku bohaterach znakomicie sportretowanych, a jednocześnie mimochodem pokazująca tło społeczne i niechęć, jaką żywią Anglicy do Irlandczyków. Jest jeszcze jeden temat - drapieżność prasy brukowej, która bezwzględnie rzuca się na temat mogący dostarczyć sensacji.

Akcja powieści rozgrywa się głównie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku w Irlandii i w Londynie, ale wspomnieniami sięga dalej, do czasów młodości bohaterek i bohaterów.  Jest to historia irlandzkiej rodziny Greenów z klasy ludowej, jak to się dzisiaj zwykło mówić. Rose utrzymuje swoich najbliższych, sprzątając, jej mąż, John, kiedyś pracował w fabryce, ale w wyniku wypadku musiał przejść na rentę. Jego syn z pierwszego małżeństwa, Richie, pije, a córka Rose i Johna, Carmel, pracuje, pomagając matce sprzątać, a potem w sklepie. Jest jeszcze Lucy jej dziesięcioletnia nieślubna córka. I to ona staje się mimowolnie zapalnikiem dwóch przełomowych momentów w życiu rodziny. 

Pierwszy związany jest z jej narodzinami. Irlandia lat osiemdziesiątych. Kiedy Carmel, która nie ma jeszcze dwudziestu lat, już po rozstaniu ze swoim ukochanym Derekiem (a właściwie, gdy została przez niego porzucona, bo, jak się okazało, dla niego był to tylko nic nieznaczący związek, ot seks i miłe spędzanie czasu we dwoje, a ona roiła sobie, że to coś poważnego), orientuje się, że jest w niechcianej ciąży, próbuje za wszelką cenę coś z tym zrobić. Zostaje ze swoim problemem zupełnie sama - nie ma koleżanek i przyjaciółek, nie zwierza się matce, na wyjazd do Anglii, gdzie mogłaby usunąć ciążę, jej nie stać, próbuje więc radzić sobie rozmaitymi sposobami, o jakich słyszała. Nie jest przecież ani pierwsza, ani ostatnia. O tym, jak próbować rozwiązać ten problem, mówi się, a może szepcze.

Jeśli kogoś spotkało to nieszczęście, że urodził się w Irlandii, powinien zacisnąć zęby i nigdy nie uprawiać seksu - albo rodzić dzieci. Irlandka w niechcianej ciąży to była nieopisana potworność, coś tak złego,, że wykraczało poza ramy prawa.

I w tym momencie trafia mnie szlag, bo ponad czterdzieści lat później, my, Polki, możemy to samo powiedzieć o sobie i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższej przyszłości coś się zmieniło. Wystarczy polityki, wracam do powieści. Kiedy wszelkie domowe sposoby zawiodły, Carmel wypiera ciążę. Nie chce mieć dziecka, nie zastanawia się, co będzie dalej, najchętniej przespałaby ten czas.

Niesamowita skuteczność w wypieraniu ciąży sprawiła, że Carmel nigdy nie wyobrażała sobie, co będzie dalej. W późniejszych latach trudno jej to było wyjaśnić, ale tak to właśnie wyglądało. Ponieważ nie przyjmowała ciąży do wiadomości, nie przewidziała najgorszego scenariusza, nie zrobiła żadnych planów, nie rozważyła konsekwencji. 

Ten najgorszy scenariusz to urodzenie dziecka. Bo kiedy w końcu przez przypadek Rose odkryła, że jej córka jest w ciąży, na ratunek było już za późno. Nie pomógł wyjazd do Anglii, ciąża była już zbyt zaawansowana i nawet tam nie dało się jej usunąć. I tu następuje pierwszy zwrot. Rose, która jest jedyną sprawczą osobą w tej rodzinie, podejmuje decyzję o przeprowadzce do Londynu, gdzie mogą zamieszkać w mieszkaniu jej siostry, która ze swoim dobrze sytuowanym mężem żyje we Francji. Na londyńskim osiedlu są obcy, traktowani z rezerwą albo z pogardą. Nigdy się tu nie zadomowią, John zawsze będzie tęsknić za Waterford, za swoim domem, który wynajęli. Richie będzie pił w samotności, bo w Irlandii zostawił swoich kumpli, tylko Rose jak zawsze będzie starała się jakoś ogarniać rzeczywistość. To ona zajmie się małą Lucy, bo Carmel nie będzie chciała ani potrafiła odnaleźć się w roli matki. Kiedy Rose umrze, dziewczynka zostanie pozostawiona właściwie sama sobie. Nikt nie potrafi się nią zająć. Ani zamknięty w sobie dziadek, który też nie stroni od alkoholu, ani Richie odczuwający już poważne skutki choroby alkoholowej, ani Carmel, która musi pracować i która nadal nie chce być matką. To znaczy pilnują, aby jadła, myła się, chodziła do szkoły, ale nie dają jej tego, co najważniejsze - troski, uwagi, ciepła, serdeczności, uczucia,

Zwrot drugi nastąpi dziesięć lat później i będzie to zwrot tragiczny. Niczego nie zdradzam, bo od tego zaczyna się powieść. Na osiedlu znika mała dziewczynka. Kiedy znaleziono jej ciało, nie ma wątpliwości, że została zamordowana. Wcześniej bawiła się na podwórku z dziećmi, wśród których była Lucy. Podejrzenia szybko kierują się w jej stronę. Mieszkańcom rozwiązują się języki, mówią o szumowinach i chwastach. Dopiero później przyjdzie chwila refleksji i otrzeźwienia. Bo chociaż Lucy rzeczywiście jest winna, to nie zrobiła tego intencjonalnie, po prostu nieszczęście było skutkiem głupiej zabawy, w której brało udział kilkoro dzieci. 

Wprawdzie wina zostanie z niej zdjęta, to ta tragedia pozostawi ogromny ślad na życiu jej i rodziny. Będą musieli żyć z konsekwencjami tego, co zrobiła. I chociaż ten wstrząs przyniesie otrzeźwienie, Carmel i John wreszcie zauważą małą Lucy, to autorka pokazuje, że nic nie przychodzi łatwo i trudno nadrobić stracone lata, trudno poradzić sobie z konsekwencjami traumy mimo terapii. Jest bardzo prawdopodobne, że tego, co się stało, nie da się wymazać. Carmel i Lucy będą się musiały nauczyć żyć ze świadomością popełnionych błędów. I właśnie także za takie zakończenie cenię powieść Megan Nolan. Bo z jednej strony pojawia się światło w tunelu, z drugiej strony widać, że nie ma łatwych rozwiązań i dróg na skróty, że wychodzenie z tej traumy, to będzie proces, który może się nigdy nie skończyć.

Największą ofiarą jest tu Lucy, mała, samotna dziewczynka, której, odkąd zabrakło Rose, nikt nie próbował stworzyć prawdziwego domu. Ale przecież nawet gdyby babcia żyła, ta sytuacja też mogłaby się zdarzyć. Bo zdarzyła się przez przypadek, z niewiedzy, z nieświadomości, jakie mogą być skutki takiej głupiej zabawy. A Carmel? Ile w tym, co się stało, jej winy? Przede wszystkim nigdy nie powinna zostać matką, bo nie chciała tego. Była młodą dziewczyną niegotową na macierzyństwo, miała swoje marzenia, może naiwne, chciała  być kimś wyjątkowym, docenianym. Dlaczego nie powiedziała matce o swoim problemie? Przecież Rose zareagowała prawidłowo, próbowała zaradzić sytuacji, nie oburzała się na córkę. Bo żyła w swoim świecie, bo w tej rodzinie nie rozmawiało się o problemach, w ogóle mało rozmawiano. Każdy żył tu osobno, wszyscy, poza Rose, pogrążeni byli w apatii, niemocy, zamknięci w swojej skorupie. Tylko ona potrafiła godzić obowiązki, których miała dużo, z jakimś swoim życiem, z drobnymi radościami, przynajmniej dopóki mieszkali w Irlandii, gdzie miała swoje koleżanki, z którymi się spotykała. Tę dysfunkcyjność rodziny Greenów znakomicie pokazuje scena przy stole, kiedy jedno z dzieci zauważa, że Rose je wolno. Ale to nie tak, to oni jedzą bardzo szybko, łapczywie, w milczeniu, ona próbuje celebrować posiłek, bo wie, że tak się powinno robić. Jeszcze przed ślubem była u swojej siostry we Francji i liznęła trochę odmiennego życia. Czy tylko to sprawiło, że była inna, że widziała, iż można żyć inaczej? Czy John zaraził dzieci, a szczególnie syna, swoją melancholią, apatią i niemocą? Kiedy go lepiej poznajemy, dowiadujemy się, co go tak ukształtowało. Każda z bohaterek i każdy z bohaterów są w tej powieści znakomicie sportretowani. Chociaż mogą irytować, trudno ich nie lubić, trudno się nad nimi nie pochylić.

Kiedy Tom, młody, ambitny dziennikarz brukowej prasy, zwietrzy sensację i za zgodą swojego szefa zamknie rodzinę w hotelu, aby odizolować ją od konkurencji i wydobyć jak najwięcej informacji, przekona się ku swojej rozpaczy, że nie ma tu żadnej sensacji, na jaką liczy. Nie znajdzie żadnej patologii. 

Serio, kogo by obchodziła rodzina taka jak ich? Uosabiali zwykłe ludzkie ułomności, nieszczęścia, które im się przytrafiały, były zbyt pospolite, niegodne uwagi.

Tylko, że ja pochodzę, skąd pochodzę, a ty, kurwa, jesteś, kim jesteś. Co to znaczy, że pochodzisz, skąd pochodzisz? spytał Tom. Nic, po prostu jest, jak jest. Łaskawie banalne mądrości pijaka. Jest, jak jest, będzie, co będzie, carpe diem, pomyślał Tom. Mamy w sobie zalążek rozkładu. Nie wiem, skąd się bierze. Nie potrafię powiedzieć, zresztą to chyba twoje zadanie.  Wiem tylko, że jest. Rose trochę go łagodziła, nie była taka jak my.

Te dwa cytaty znakomicie charakteryzują rodzinę Greenów, znakomicie oddają sedno problemu. Na pewno nie powinna się interesować nimi brukowa prasa, ale może powinni krewni, przyjaciele, znajomi, a może opieka społeczna? A może nic się nie da zrobić, bo takich rodzin o zwykłych ludzkich ułomnościach, tak zwyczajnie, pospolicie nieszczęśliwych jest przecież dużo. A może powinni chodzić na terapię, na którą ich nie stać i która w ich środowisku pewnie uważana by była za fanaberię. A może to tu tkwi sedno problemu, fakt, że pochodzą z klasy ludowej. Chociaż czy rodziny z klasy średniej nie są nieszczęśliwe? Są, tylko pewnie na inny sposób.

Sam wątek brukowej prasy, która interesuje się Greenami, póki mogą być źródłem sensacji, i młodego, ambitnego dziennikarza po trupach dążącego do celu, też jest bardzo interesujący. I dla niego ta sprawa stanie się nauczką, przełomem i balastem.

Lucy zmusiła go, żeby barbarzyńsko potraktował jej rodzinę, to przez nią chciał, żeby jedno dziecko zabiło drugie. Może zabiło, a może nie, jemu zależało, żeby to była prawda, i teraz już zawsze będzie to o sobie wiedział. Nie będzie nawet mógł tego usprawiedliwić, myśląc czy mówiąc: no dobra, ale co to była za historia, co za sensacja, co za bomba.

Co zrobi z tą samowiedzą? Wyciągnie wnioski jak Carmel i John czy dalej będzie gonił za karierą? 

Sebastian Barry "Po stronie Kanaanu"

O Sebsatianie Barrym, irlandzkim pisarzu wielokrotnie

nominowanym do prestiżowych nagród, między innymi Bookera, usłyszałam dzięki nieocenionemu wydawnictwu ArtRage, a ściślej rzecz biorąc, dzięki długiej rozmowie w jednym z literackich podcastów, w której Krzysztof Cieślik opowiadał między innymi o planach na pierwsze półrocze tego roku. To wtedy dowiedziałam się, że tak bardzo on i Michał Michalski, prezes wydawnictwa, cenią twórczość irlandzkiego pisarza, iż zamierzają po kolei wydawać jego książki, nawet te, które w Polsce już wyszły, ale nie zyskały należnego im rozgłosu, i wypromować go. Na razie w ArtRage ukazały się dwie jego powieści, trzecia zapowiedziana jest na czerwiec. Nie jest tak, że czytam wszystko, co ukazuje się w jednym z moich ulubionych wydawnictw, bo zawsze kieruję się własnym gustem, ale pilnie śledzę ofertę i sięgam po to, co może mi się spodobać.  A że Irlandia i jej najnowsza historia są w orbicie moich literackich zainteresowań, a dodatkowo moją uwagę przyciągnęła inna rozmowa w innym literackim podcaście, którego tematem była popularność literatury irlandzkiej w naszym kraju w ostatnim czasie, dlatego tak szybko zdecydowałam się sięgnąć po "Po stronie Kanaanu" Sebastiana Barry'ego (ArtRage 2024; przełożyła Katarzyna Makaruk). Jej pierwsze wydanie ukazało się w roku 2015 w Albatrosie w innym tłumaczeniu.

Główną bohaterką i narratorką zarazem jest niemal dziewięćdziesięcioletnia irlandzka emigrantka, Lilly Berry, która chce podsumować życie i opowiedzieć swoją smutną historię w momencie, kiedy straciła sens życia po śmierci wnuka, Billa, którego wychowała. Lilly przybyła do Stanów razem ze swoim narzeczonym po pierwszej wojnie światowej. Uciekli z Irlandii, bo na niego został wydany  wyrok śmierci przez organizację walczącą o niepodległość, ponieważ po powrocie z frontu pracował w ochotniczych oddziałach policji wspierających Królewską Policję Irlandzką. Uciekli w nieznane, mając do dyspozycji bilety na statek, trochę pieniędzy, dwa adresy dalekich krewnych, których nigdy nie widzieli, i list do nich od ojca Lilly. Zostawili za sobą życie, od którego wcale nie chcieli uciekać. Rodzinę, kamienny domek na wsi należący do jej ojca, który zamieszkał w nim po przejściu na emeryturę. Taki wyjazd wtedy oznaczał rozstanie być może na zawsze. W ich przypadku tym bardziej bolesne, że nie powinni byli utrzymywać żadnej korespondencji z rodziną, bo macki organizacji mogły sięgać za ocean. Oznaczał też całkowite zdanie na siebie i samotność, tym bardziej, że Lilly i jej narzeczony nie zdążyli się nawet jakoś lepiej poznać. Właściwie zostali parą przez przypadek, w okolicznościach, których nie chcę zdradzać.

Czy nowy kraj okazał się ziemią obiecaną? Co spotkało ich po stronie Kanaanu? Czy spełniły się ich marzenia o spokojnym życiu? Tego zdradzić nie mogę, bo historia Lilly obfituje w nieoczekiwane zwroty akcji. Ale od razu spieszę wyjaśnić, że nie jest to w żadnym razie powieść przygodowa. To pełna melancholii historia pewnego losu, która bez reszty wciąga przede wszystkim dzięki klimatowi tych zwierzeń. 

Co zwróciło moją uwagę, co sprawiło, że tak bardzo spodobała mi się książka Sebastiana Barry'ego? 

Po pierwsze to, że jest to historia prostej kobiety, która, żeby się utrzymać, musi pracować jako służąca, a potem kucharka. Nie ma tu żadnego lukru, żadnego oszałamiającego sukcesu. Jest ciężka fizyczna praca, dużo rozczarowań i kłód rzucanych pod nogi, a na osłodę drobne, codzienne przyjemności. Przyjaźń z czarnoskórą dziewczyną, z którą dzieli łóżko w domu bogatej kobiety, gdzie pracują, jakiś spacer, wyjście do lunaparku, z czasem skromny domek, życzliwi sąsiedzi. Lilly jest twarda, mimo licznych niepowodzeń, nie poddawała się. Dopiero śmierć wnuka u kresu jej życia, sprawiła, że straciła  sens. W takim wieku trudno zaczynać od nowa.

Po drugie jest to opowieść o uwikłaniu w Historię, o tym, że na niektóre sprawy nie mamy wpływu. Lilly wychowała się w rodzinie policjanta Królewskiej Policji Irlandzkiej w czasach, kiedy Irlandia była jeszcze częścią Zjednoczonego Królestwa. Jej ojciec pozostał wierny rojalistom, jej narzeczony za jego radą wstąpił do irlandzkiej policji, zresztą niewielki miał wybór, bo pracy nie było. W tym czasie inni stanęli po drugiej stronie barykady - walczyli o niepodległość. Lilly nie zastanawiała się nad tym. Wspominając tamto życie, przyznawała, że nie miała pojęcia, jaką rolę w ściganiu członków organizacji niepodległościowej odegrali jej najbliżsi. Czy mieli krew na rękach? Nie myślała o tym. Gdyby urodziła się w innej rodzinie, gdyby nie zaręczyła się, gdyby żyła w spokojnych czasach, jej historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. 

Po trzecie wreszcie jest to powieść o okrucieństwie wojny, a właściwie o jej skutku, czyli traumie, przed którą nie da się uciec nawet do Kanaanu. I chociaż Lilly nie doświadczyła wojny bezpośrednio, to jej wpływ odczuła wielokrotnie. To wojna, a właściwie wojny, sprawiły, że jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej. To one sprawiły, że wielokrotnie musiała mierzyć się ze stratą i budować swoje życie na nowo. Nie ma w tej powieści epatowania okrucieństwem, akcja nie sięga na żaden front, ale poznając historię Lilly, odczuwamy długi cień wojny.

Smutna, melancholijna, bardzo dobra powieść.

Rozważania o samotności, czyli "Nic osobistego" Urszuli Antkowiak.

Obejrzałam bardzo kameralny filmowy debiut polskiej reżyserki Urszuli Antkowiak będący produkcją holendersko-irlandzką. Jest to historia rozpisana na dwoje aktorów (Lotte Verbeek i Stephen Rea), w której, szczególnie na początku, pada niewiele słów, akcji właściwie nie ma. Bohaterowie stanowią dla widza zagadkę, niewiele o nich wiemy, a i oni o sobie nawzajem też. To opowieść o samotności i spotkaniu, dzięki któremu stopniowo między tym dwojgiem nawiązuje się jakaś więź. Nie należy się jednak spodziewać ognistej historii miłosnej. To kino kontemplacyjne, dla wytrwałych, których nie zrazi brak dziania się na ekranie i kilka nie do końca zrozumiałych scen czy reżyserskich chwytów. Kto lubi takie kino, zachęcam. Dodatkową przyjemność sprawią na pewno dzikie, ponure, irlandzkie krajobrazy, w których rzecz się rozgrywa. Jeśli ktoś widział, zapraszam dalej.

Co o Niej wiemy? Niewiele. Porzuca swoje dotychczasowe holenderskie życie i wyrusza w podróż, a właściwie wędrówkę, do Irlandii. Dlaczego? Chyba ma za sobą jakiś związek: w pierwszej scenie widzimy, jak ściąga z palca obrączkę. Reszta to sfera domysłów. Ona skończyła? Została porzucona? Oboje się rozstali? On umarł? Nowy etap życia? Może tak, skoro widzimy ją w pozbawionym sprzętów mieszkaniu. Dlaczego Irlandia? Co zamierza dalej? Wędrować samotnie? Całe życie? Pytania można by mnożyć. Jest ładna, może nawet na swój sposób piękna, ale dzika. Trzyma się z boku, nie pragnie rozmowy, zagadnięta odpowiada nieuprzejmie, opryskliwie. Warczy na ludzi. Czy to mur, za którym stara się uchronić swoją samotność? Na nocleg wybiera miejsca dzikie i odludne, nie szuka kontaktu. Wędruje po pustkowiach, unika miast czy wiosek. Wyraźnie zadowala się tym, co ma, niewiele jej trzeba. Nawet wtedy, kiedy zdecyduje się przyjąć od Niego propozycję pracy za jedzenie, długo będzie mieszkać w swoim namiocie na wzgórzu nad Jego kamiennym domem. Stopniowo dzięki ich spotkaniu dowiadujemy sie o Niej więcej, ale tylko trochę. Właściwie tylko tyle, że lubi operę, śpiewa, jest milośniczką książek.

On, o pooranej twarzy Stephena Rii. Starszy od Niej, też samotny, ale nie z wyboru, jest wdowcem. Chyba szuka towarzystwa, może dlatego proponuje Jej pracę? A może to początkowo prosta wymiana usług: On potrzebuje kogoś do pomocy w ogrodzie i w prostych pracach domowych, Ona potrzebuje pieniędzy? Czym się zajmuje? Jest rybakiem? Bo chyba nie rolnikiem? Co mógłby uprawiać na tym dzikim, skalistym cyplu smaganym porywistymi wiatrami? A może w przeszłości parał się czymś, a teraz żyje z emerytury? Jego kamienny, na oko wiejski dom w środku okazuje się być całkiem przyjemny i zamożny. Ładne sprzęty, pokaźna biblioteka, mnóstwo płyt, także operowych. Widać, że lubi pewien rodzaj luksusu: nawet kiedy siada do posiłku samotnie, to jest w tym celebrowanie i wykwintność. Wino w eleganckim kieliszku, serwetka, ładnie podane jedzenie. Także talerz, który wystawia przed domem dla Niej (Ona długo mimo zapraszania wzbrania się przed spożywaniem posiłków w domu) jest przykryty wiklinowym koszyczkiem, a obok czeka kieliszek wina. Jaki to kontrast z Jej ubłoconymi spodniami.

To On szuka kontaktu, jest jej ciekaw. Ona początkowo nieuprzejma i niemiła, kiedy zdecyduje się przyjąć Jego propozycję, stawia wyraźne bariery i ograniczenia: żadnych pytań. Jednak stopniowo łagodnieje, jak oswajane dzikie zwierzątko. Jakby piorąc i prasując swoje brudne łachy, cywilizowała się. Wreszcie i Ona zainteresuje się Nim. Oboje będą chcieli dowiedzieć się o sobie więcej, ale ponieważ nie chcą wychodzić z narzuconych sobie ról, muszą to robić potajemnie. Wreszcie sytuacja się odwraca: kiedy oboje zdadzą sobie sprawę ze swoich uczuć, to On postawi nieprzekraczalną granicę, Ona będzie gotowa zrezygnować ze swojej samotności. Mimo że Ją kocha, nie pozwoli zbliżyć się do siebie do końca. Dlaczego? Bo wydaje mu się, że Ją w ten sposób ochroni przed kolejnym bólem utraty. Jest dużo starszy i chory, o czym Ona już wie dzięki swojemu tajnemu śledztwu. Ale nie można uciec przed cierpieniem. Kiedy On umrze, Ją i tak będzie bolało.

Czy tylko samotność może ochronić przed bólem? Czy wchodząc w relacje, jesteśmy skazani na cierpienie? Czy warto? Czy można pogrążyć się w całkowitej samotności? Czy możliwe jest życie bez drugiego człowieka? Reżyserka pokazuje dwie drogi. Dla Niego Jej obecność jest pociechą i ucieczką od samotniczego życia, którego chyba nie pragnął. Jej znajomość z Nim przyniesie kolejne cierpienie, będzie tylko chwilową przerwą w samotnej drodze. W ostatniej scenie widzimy Ją w jakimś miasteczku wynajmującą pokój w hotelu. Tym razem jest jednak nawet bez swojego plecaka. Dlaczego? Czy przyjechała tu tylko na chwilę czy też ten brak bagażu ma jakiś głębszy sens? Jaki? Jest jeszcze silniejszym odcięciem się od przeszłości? I tu dotykam tego, co w tym filmie mi przeszkadzało: natrętna symboliczność i manieryczność kilku scen. Taka jest scena, gdy pod Jego nieobecność Ona zakrada się do domu i kładzie w łóżku w sypialni, a potem celowo zostawia po sobie ślad: rudy włos starannie położony na białej pościeli. Po co to robi? Chce być zauważona? A On? Czy się zorientował, że ktoś spał w jego łóżeczku (niczym Śnieżka w łóżeczku krasnoludków)? Sekwencja celebrowana kilka minut, pięknie filmowana na pewno ma nieść jakieś znaczenia. Podobną niewiadomą są dla mnie tytuły poszczególnych części, na które został podzielony ten obraz: nie wszystkie korespondują z tym, co widać na ekranie. Ale może to ja nie dość bystrze oglądałam film?

Tyle zarzutów, na szczęście nie ma tego dużo. Bo poza wspomnianymi scenami przyjemnością jest obserwowanie dwojga bohaterów filmu, tego, co dzieje się między nimi. Kontemlowanie detali, które podsuwa nam kamera (np. powracające zbliżenie morskich glonów tworzących fantastyczne esy floresy, w których Ona zanurza ręce), i mrocznych, groźnych, ale pięknych irlandzkich krajobrazów. Ja nie żałuję czasu, który poświęciłam debiutowi Urszuli Antkowiak.

Popularne posty