Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syberia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syberia. Pokaż wszystkie posty

Marta Hermanowicz "Koniec"

Na książki debiutantów i debiutantek zwykle patrzę bardzo ostrożnie i decyduję się na przeczytanie nielicznych - tych, które nie tylko zbierają pozytywne opinie, ale po prostu zainteresują mnie tematem. Dlatego postanowiłam kupić "Koniec" Marty Hermanowicz (ArtRage 2024). Z lekturą jednak zwlekałam bardzo długo, bo potrzebowałam przestrzeni na tę powieść, która, co z góry wiedziałam, będzie obciążająca. Nie pomogła nawet Nagroda Conrada za debiut. W końcu jednak, nie zważając na brak przestrzeni, z zupełnie innych powodów wreszcie po nią sięgnęłam.

Dlaczego tak bardzo bałam się "Końca"? Bo to powieść o traumie wojennej dziedziczonej przez kolejne pokolenie. Chociaż jestem zaprawiona w bojach i nie unikam książek o przygniatającej tematyce, to jednak nie zawsze znajduję w sobie siłę na taką lekturę. 

Akcja powieści toczy się na trzech planach czasowych - klamra jest współczesna, ale przede wszystkim mamy lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku i wreszcie okres wojny oraz powojenny. Siedmioletnia Malwina mieszka razem z mamą Urszulą  w pięćdziesięciometrowym mieszkaniu na osiedlu Przyszłość w Nowej Soli. Przeprowadziły się tu do babci Lotki z wymagającego remontu poniemieckiego domu na ulicy Koniec. Mąż Urszuli pojawia się i znika, bo taką ma pracę. Kiedy jest, to wielkiego pożytku z niego nie ma. To dom kobiet. Jest jeszcze ciocia Halina, młodsza siostra Lotki, mieszkająca też na ulicy Koniec. Na osiedlu Przyszłość Malwina zostaje umieszczona w jednym pokoju z babcią i śni jej wojenne sny. Lotka cierpi na chroniczną bezsenność, więc pewnie dlatego przynależne jej nocne koszmary nawiedzają wnuczkę, która żyje wśród umarłych, gromadzi ich zdjęcia, chowa w domku dla lalek.

Wiedziałam, że babcia zaraz napadnie mnie śnieniem, zrzuci skrzynię na barki. Ponieś za mnie, odbiorę rano, wcale nie są ciężkie. Pluła na mnie snami tak, jak pluła wariatka, nie miałam jak się uchylić.

... dla mnie nie ma towarzystwa poza umarłymi, zbierałam ich jak inni naklejki.

Przecież jestem tragarką, dziewczynką na posyłki, łączniczką, zaplątaną w czas, który wpadł we własne sidła.

Losy rodziny Pająków z Wołynia, czyli dziadków Urszuli, jej matki, ciotki i mieszkającego w Anglii wujka, są zasadniczym tematem powieści Marty Hermanowicz. Zresztą autorka nie ukrywa, o czym pisze w posłowiu, że inspiracją dla książki były opowieści jej babci. W żadnym razie nie jest to jednak tak modna dziś autofikcja.

Niewątpliwie to przede wszystkim język sprawia, że "Koniec" to debiut niezwykle udany. Jak to jest napisane! Jaką sprawia przyjemność! Nie chodzi tylko o to, że tekst został nasycony metaforami czy innymi środkami stylistycznymi, ale o to, że autorka bawi się językiem, wykorzystując kalki, powiedzonka, wierszyki dla dzieci. 

Budynek świątyni trzymał się blisko ziemi jak owad przed burzą, postawiony niedawno, rówieśnik osiedla. Z zakrystii wyszedł ksiądz, uśmiechnął się, położył dłoń na mojej głowie. Przedstawił się, szczęść Boże Roman, Bóg na dzisiaj skończył.

Plisowana spódnica łasiła się do kolan i gryzła.

Fala wyrzuciła mnie na brzeg klasy, taniec z krzesłami, kto pierwszy. Tam, gdzie udało mi się dobiec, było już zajęte. I w kółko, kółko graniaste.

Jeśli ktoś maszeruje, to natychmiast w dalszej części zdania pojawia się znana fraza z naszego hymnu marsz, marsz Dąbrowski. Jeśli mowa o jedzeniu, a jest tu ono ważnym motywem, to fragment kończy się znanym wierszykiem o sroczce, która kaszkę warzyła.

Malwinko, kotku, kochanie, dziecinko, skarbeńku, bój się Boga, sroczka kaszkę warzyła, dzieci swoje karmiła, a-a-a, kotki dwa.

Albo wyliczanką potraw, które Pająkowie będą jeść, kiedy wreszcie wrócą na swój ukochany Wołyń. Dla Malwiny te same potrawy wmuszane jej, oczywiście z troski, przez babcię i mamę  stają się narzędziem opresji. 

I będziemy jeść kiełbasę, chleb ze smalcem, słoniną, rogale, pachnące drożdżowe bułeczki, kaszę, kapustę, rosół z kluseczkami, kurczaka, świniaka, pierogi ze skwarkami, młode ziemniaczki. Jadłospis kotłuje się z ostatnią niedzielą. Mama drepcze za tatą, pozwala mu się prowadzić.

Wstaje nowy dzień, chwalmy Pana, Boże, coś Polskę przetransportował.

Jakby tego było mało, te językowe chwyty wracają niczym muzyczne sample. Tak jak wracają i mieszają się daty, rok 1939, 1989 i kolejne. To wszystko sprawia, że atmosfera się zagęszcza, a osoby czytające, razem z narratorką, Malwiną, przeżywają na powrót te same czy podobne sytuacje. Te zabiegi mają też wydźwięk ironiczny, który tym bardziej podkreśla grozę sytuacji.

Kolejną zaletą powieści jest sam temat - historia rodziny, która wywieziona została z Wołynia na Sybir, a potem ewakuowała się razem z Armią Andersa. To chyba najmniej literacko opowiedziany fragment wojennych losów Polek i Polaków. Wojna jest tematem wyeksploatowanym przez literaturę, ale na pewno nie historie ludzi zesłanych na Syberię czy do Kazachstanu. Może dlatego tak niewiele o tym wiem. Tym bardziej, że w moich szkolnych czasach był to temat przemilczany. Oczywiście jakieś pojęcie na ten temat miałam. Ale z naciskiem na jakieś. Trochę opowiedziała tę historię Monika Śliwińska w "Pannach z Wesela", bo Anna, wdowa po Włodzimierzu Tetmajerze, najstarsza z sióstr Mikołajczykówien, razem z rodziną córki też znalazła się na Syberii i też wydostała się stamtąd z Armią Andersa. Ale tam to był zaledwie fragment, chociaż bardzo poruszający, większej opowieści biograficznej o trzech kobietach. Tu jest to zasadniczy temat. 

Losy Lotki, jej rodziców i rodzeństwa są przejmujące. I to właśnie Lotka wydaje się być najbardziej obciążona swoją dramatyczną przeszłością. To ona musiała opiekować się młodszym rodzeństwem, kiedy rodzice i najstarszy, Tadeusz, wyruszali do pracy w tajdze. To ona gotowała, chociaż nie miała z czego i nie umiała, to ona sprzątała, to ona cierpiała, samotnie przeżywając swoją wymuszoną okolicznościami dorosłość, to ona nie mogła chodzić do szkoły, o czym marzyła

Ani jednego dnia w szkole, wszystkie na wojnie. Siedziałam w baraku z młodszym bratem i siostrą, ktoś musiał; jak ktoś coś musi, to zazwyczaj chodzi o mnie

To ona jako dorosła kobieta nie potrafiła okazywać uczuć, chomikowała kromki chleba, a wreszcie cierpiała na bezsenność. Nie potrafiła też darować matce, że postanowiła wrócić do Polski, kiedy mogła wybrać Zachód. Nieświadoma tego, że nie wróci na swój wytęskniony Wołyń, ale wyląduje w Nowej Soli na ulicy Koniec w poniemieckim domu. To w końcu Lotka przekazuje swoją traumę wnuczce. Bardzo mocno wybrzmiewają tu po wielokroć pretensje do Boga.

Ojcze nasz, któryś nic nie zrobił. Trzech Boskich Osób nie starczyło, by uratować Zbyszka.

Ale nie jest tak, że "Koniec" przyjmuję bezkrytycznie. Moje wątpliwości budzi wątek Malwiny. I nie chodzi o jej sny, przecież to zabieg symboliczny. Ale o to, że jej historia opowiedziana została trochę po macoszemu. Czegoś mi w niej brakuje. Malwina jest nie tylko dziewczynką, której śni się wojna, ale też bardzo samotną, odrzuconą przez rówieśniczki i rówieśników, prześladowaną przez nich, a babcia i matka nie potrafią jej zrozumieć, tym bardziej nieobecny wciąż ojciec. Po prostu jest dzieckiem bardzo nieszczęśliwym, destrukcyjnym. 

Okulary byłyby największą klęską. Nie dość, że jąkała z ruskim akcentem, dzidzia piernik w ubraniach babci, poradziecka, poniemiecka, dziecko trefne, zepsute, to jeszcze ślepak, okularnik. Najpierw okulary, a potem garb i sztuczna szczęka. Przeczuwałam, że zamienię się w babcię, wypchana jej snami jak upolowane zwierzę.

Destrukcyjna i niepotrafiąca poradzić sobie z rzeczywistością jest też dorosła Malwina, która przyjeżdża do matki na wieść o chorobie babci. Niby wszystko się zgadza, niby wiadomo, dlaczego jest taką outsiderką i dziwaczką, ale jednak jej historia wydaje mi się rysowana zbyt grubą kreską. Nie potrafię też zrozumieć, dlaczego nikt nie próbuje jej pomóc. Sygnały, jakie wysyła, są na tyle mocne i jednoznaczne, że chyba nawet w tych trudnych latach dziewięćdziesiątych, latach transformacji, matka próbowałaby szukać dla niej jakiejś pomocy. Mówiąc krótko, historia Malwiny jest dla mnie nie do końca prawdopodobna. Poza tym nie rozwija się, po jakimś czasie powtarza się stale to samo. Jakby autorka nie miała pomysłu na dalszy ciąg, a musiała kontynuować, aby opowiedzieć do końca losy Lotki. A przecież czytałam już kiedyś o dziewczynce samotnej, bo w opinii wszystkich nieudacznej. To b
ohaterka "W
łoskich szpilek" i "Szumu" Magdaleny Tulli.  Zestawiam te książki nieprzypadkowo. Bo oprócz bohaterek łączy je wspaniały język. Jednak portret dziewczynki z książek Magdaleny Tulli był dla mnie kompletny. Tu jest inaczej.

Mimo tych uwag "Koniec" to powieść świetnie napisana i bardzo przejmująca. Z tych, które zdołują i przeczołgają.

Michał Książek "Jakuck"

"Jakuck" Michała Książka (Czarne 2013) to książka, która wyrasta z pasji, z fascynacji miejscem, jego kulturą, językiem, przeszłością, dniem dzisiejszym, przyrodą i wreszcie zamieszkującymi je ludźmi. Użyłam słów pasja i fascynacja, a może właściwsze byłoby słowo miłość, no ale ponieważ brzmi dość egzaltowanie, niech zostaną dwa pierwsze. Czytając ten reportaż z dalekiej, skutej lodem, zmrożonej mrozem, zasypanej śniegiem Jakucji, chwilami odnosiłam wrażenie, że autor pisze dla siebie, nie oglądając się na czytelnika. Szczególnie wtedy, kiedy drobiazgowo, ulica po ulicy, zaułek po zaułku, dom po domu kreśli obraz Jakucka. Albo kiedy opowiada o ptakach. Nie ukrywam, że czasami nadużywał mojej cierpliwości. Początkowo nie mogłam się też przekonać do rozbudowanego słownika języka jakuckiego. Z czasem jednak zrozumiałam, że poznając znaczenie słów, poznajemy mentalność, kulturę Jakutów (a właściwie Sacha, jak nazywają siebie), poznajemy miejsce. Łatwo zgadnąć, dlaczego na określenie śniegu, zimna czy lodu znajdziemy w tym języku nie jedno słowo, ale kilka. Ale dlaczego podobnie jest ze słowem miejsce? Objaśnienia wyrazów to w wykonaniu autora mini opowieści, które z czasem doceniłam i czytałam z ciekawością. Podobnie było z całą książką. Początkowy opór zastąpiło zaciekawienie, ba, Książek wciągnął mnie w swój świat. Aż w końcu nie mogłam się oderwać od opisu zmrożonego miasta, starych, drewnianych domów (dieriewiaszek), których w Jakucku coraz mniej, bo, jak wszędzie, zastępują je betonowe bloki, od prowadzonych przez autora poszukiwań śladów po chacie Wacława Sieroszewskiego, od relacji z odbytej w tym celu podróży do wiosek położonych na północ od Jakucka. Z otwartymi ustami czytałam o przeprawach przez skutą lodem Lenę pieszczotliwie zwaną Babcią, o zimowej wyprawie na północ w roli pomocnika kierowcy ciężarówki  (od takiej ciężarówki zależy zaopatrzenie odległych wiosek), o wilkach czy o obyczajach mieszkańców. Długo tak jeszcze mogłabym wymieniać. Michał Książek swoimi drobiazgowymi opisami i opowieściami sprawił, że zaczęłam sobie wyobrażać miasto, rzekę, wszechogarniającą pustkę przestrzeni, biel śniegu, ciemności i mgłę, przez którą ludzie gubią się we własnym mieście. Dotkliwy mróz nie pozwalał złapać oddechu, a ból grubo obutych nóg walczących ze skutą lodem i śniegiem ziemią nie dawał o sobie zapomnieć. Mogę zachwycać się tym światem, ale wiem jedno: on nie dla mnie. Nie dla mnie ciemności panujące przez wiele miesięcy, szarość, brak kolorów, nie dla mnie grubaśne stroje, nie dla mnie ponad czterdziestostopniowy mróz, śnieg, wiatr i lód!!! Zima to pora roku, której nienawidzę, czuję, że kradnie mi rok w rok kilka miesięcy z życia, więc nie wyobrażam sobie, jak można egzystować w miejscu, w którym zaczyna się już we wrześniu, a kończy w maju. A autor tej książki potrafi! Spędził w Jakucji kilka lat, studiował tam, uczył się języka, poznawał kulturę i historię, założył rodzinę, podróżował, szukał śladów polskich zesłańców (szczególnie wspomnianego już Sieroszewskiego), którzy często wnieśli wiele do kultury tej lodowej krainy. A tym, co zobaczył, co przeżył, czego się dowiedział, dzieli się z czytelnikiem.

Reportaż Michała Książka rozpoczyna się jesienią 2008 roku, a kończy wiosną roku 2009, no a w środku jest nieubłagana zima. Autor na przemian opisuje miejsca, przyrodę, swoją codzienność, wyprawy, opowiada o historii tej części Syberii, o jej mieszkańcach, ich obyczajach, kulturze i życiu. Pisze o tym, jaki wpływ na ich egzystencję ma niemal wieczna zima, a jak odcisnęła się na nim Rosja, a potem Związek Radziecki. Jak chronili swój język, kulturę, tradycję, swoją odrębność. Uświadamia, że Jakucja to nie tylko Jakuci, ale także Eweni, Ewenkowie i inni. Ale przede wszystkim sprawia, że Jakuck, Jakucja, Jakuci przestają być pustymi nazwami, zyskują swoje desygnaty, już nie są białą (nomen omen) plamą na mapie, a miejscem konkretnym, chociaż oddalonym od nas tysiące kilometrów. A przecież Jakucja nie jest na Syberii jedyna. Czytając reportaż Michała Książka, możemy zrozumieć, jak wielki to obszar, ciekawy i nieznany. A wszystko zaczęło się od młodzieńczej fascynacji Sieroszewskim. Na półkach w domu rodzinnym autora stał komplet jego dzieł, które jako dziecko czytał. Po latach ta literacka fascynacja zawiodła go do Jakucji, tropem idola, który tam spędził lata zsyłki, przeżył wiele chwil strasznych, ale miał też na swoim koncie niejedną prawdziwą przygodę, a w końcu pokochał ten kraj i tych ludzi (nie on jeden). Zazdroszczę autorowi, że udało mu się zrealizować młodzieńcze marzenie.

Kończę zapewnieniem, że książkę warto przeczytać, chociaż trzeba mieć świadomość, że lektura momentami wymaga skupienia i kontemplacji. Ale znajdziemy równie wiele fragmentów trzymających w napięciu czy po prostu zabawnych. Przede wszystkim jednak całość jest po prostu zajmująca. I jeszcze jedno. Wysłuchałam w radiu arcyciekawej rozmowy z autorem "Jakucka". Michał Książek wydał mi się człowiekiem niezwykle interesującym, refleksyjnym i głębokim. Pewnie niejednym doświadczeniem czy przemyśleniem mógłby się jeszcze z czytelnikiem podzielić.

Petra Hulova "Stacja tajga". Odkrywanie nieznanego.

Kto oczekuje czeskich realiów, będzie zawiedziony, bo choć  "Stacja tajga" (W.A.B. 2011) to książka napisana przez Czeszkę, jej akcja toczy się albo w Rosji, głównie na Syberii, albo w Danii. Może bohaterami są przynajmniej Czesi? Nic z tego: to  Duńczycy, Rosjanie i plemiona zamieszkujące Syberię. Dlaczego? Dlaczego czeska pisarka, pisząc swoją powieść, tak zupełnie odrywa się od znanych sobie realiów? Przyznam się, że usiłowałam znaleźć odpowiedź na to pytanie przede wszystkim dlatego, gdyż zastanawiałam się, na ile prawdziwe jest to, co pisze o Syberii i jej mieszkańcach. Mieszkała tam? Podróżowała? Niewiele udało mi się znaleźć. Szperając, natrafiłam na wywiad, którego udzieliła czeskiemu radiu po wydaniu swojej pierwszej powieści "Czas Czerwonych Gór" (W.A.B. 2002), której akcja toczy się w Mongolii. Otóż Hulova studiowała mongolistykę i kulturoznawstwo i rok spędziła w tym egzotycznym kraju. To tłumaczy Mongolię. Ale Syberia? W innym mini wywiadzie z lutego tego roku wspomina o podróżach, które stają się inspiracją dla jej pisarstwa. Może to jest ślad? Nie wiem. A Dania? Tu trop wydaje się łatwiejszy: autorka była stypendystką jakiejś duńskiej organizacji literackiej. A teraz do rzeczy.

Muszę przyznać, że te syberyjskie realia zafascynowały mnie bardzo. To jak odkrycie kolejnego nieznanego świata, spotkanie z innym. Dlatego nie daje mi spokoju pytanie: na ile jest to portret prawdziwy? Cóż, pozostaje ufać w porządny reaserch, a może własne pisarskie doświadczenia. Akcja tej powieści rozgrywa się przede wszystkim w małej, syberyjskiej wiosce Charyń zagubionej gdzieś wśród tajgi. Warunkiem dalszego istnienia osady jest kolej transsyberyjska, przy której leży. Dopóki pociągi będą zatrzymywać się na stacji Charyń, dopóty wioska będzie istnieć. Kiedy przestaną, podzieli los podobnych jej: z czasem mieszkańcy porzucą swoje domy, a w ich miejsce powoli będzie wdzierać się tajga. Niezwykle fascynujące są plastyczne, dokładne opisy wioski: małych, drewnianych domków otoczonych niewielkimi obejściami, porzuconych domostw, poczty, na której praca jest marzeniem wielu tutejszych kobiet, osiedla buraczarzy (miejscowe plemię zajmujące się dość tajemniczą produkcją czegoś z buraków; stąd ich potoczna nazwa)  składającego się z byle jak i z byle czego skleconych chat, wreszcie tajgi: groźnej i fascynującej zarazem. Tajga jest domem dla miejscowych, z niej żyją, potrafią się po niej bezbłędnie poruszać, nią się zachwycają. Ale może być jednocześnie zgubą dla kogoś, kto jej nie zna, i pułapką dla uciekinierów z łagru. Taki jest ten świat: obok zachwycającej przyrody, groza przeszłości. Dziś łagier zwiedzają nieliczni turyści, kiedyś był więzieniem, miejscem zsyłki, wyniszczającej pracy, a dla tubylców źródłem zarobku. Nie przejmowali się losem więźniów, traktowali ich jak pospolitych przestępców, może nawet wierzyli, że tak jest. Kiedy uciekinier wpadł w ręce Bura, ten wydawał go bez skrupułów. Nawet mieszkający w Charyniu przed laty zesłaniec polityczny, lekarz Welor, aby przetrwać, musiał się jakoś dostosować do tutejszych warunków i żyć w zgodzie z miejscową władzą.

Równie fascynujący jest portret mieszkańców osady. To wieś pęknięta na pół: żyją w niej Rosjanie, potomkowie dawnych osadników (historia założenia Charynia jest nieco tajemnicza: nie wiadomo, ile w niej prawdy, a ile legendy) i owi buraczarze, miejscowe plemię, które być może przybyło tu kiedyś z północy. Jedni i drudzy darzą się niechęcią, żyją niby w tej samej wsi, ale oddziela ich symboliczny mur, różni wszystko. Rosjanie gardzą buraczarzami, uważają ich za ludzi prymitywnych, prostaków, a ci nieliczni, którzy mają w sobie domieszkę ich krwi, starannie to ukrywają. Buraczarze traktują Rosjan jak najeźdźców, kolonizatorów, uzurpatorów, którzy kiedyś wtargnęli na ich ziemię i bezpowrotnie zmienili ich życie, wyzyskując. Dzielą los innych rdzennych mieszkańców różnych zakątków świata: Indian, Aborygenów, Afrykanów. Sowiecka władza wykorzystując ich, próbowała jednocześnie na siłę cywilizować, dzisiaj, kiedy Związek Radziecki się rozpadł, i nikt ich do niczego nie zmusza, nie chcą integracji, izolują się, co prowadzi do degradacji. I jedni, i drudzy potrafią być okrutni i nieczuli na ludzki los. Ponieważ akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych, poznajemy życie Charynia w powojennych latach czterdziestych i współczesnych. Obserwujemy zmiany, jakie zaszły. Kiedyś komunistyczna rzeczywistość w realiach syberyjskich. Kto tu mieszkał lub przybył, właściwie był już skazany na to miejsce. Aby opuścić Charyń, trzeba się było uciekać do krwawych podstępów, a krewni tego, komu udało się wyjechać, byli srogo karani za niezawinioną winę uciekiniera: pragnienie wolności. Jednocześnie w tamtych okrutnych czasach Rosjanie potrzebowali tubylców, buraczarzy. Bez nich nie mogło się odbyć coroczne zimowe polowanie, które stanowiło o być albo nie być mieszkańców. Nawet wszechwładna władza radziecka nic tu pomóc nie mogła. Jeśli polowanie się nie udało, wioskę dziesiątkował głód. Rosjanie byli zależni od buraczarzy, od ich świetnej znajomości tajgi i tras wędrówek zwierzyny, a nawet czarów. Dziś wioskę można swobodnie opuszczać, zimowych polowań już nie ma, więc buraczarze są tylko szkodnikami, którzy zatruwają powietrze wyziewami z buraków. Społeczność Charynia, chociaż wewnętrznie podzielona, stanowi monolit dla obcych, przybyszów z dalekiej, prawie mitycznej Europy, którzy próbują traktować miejscowych jak etnograficzną i antropologiczną ciekawostkę, przedmiot badań. W latach czterdziestych przyjechał tu naiwny Duńczyk, Hablund, który naczytał się nie do końca prawdziwych informacji o tym świecie. Zafascynowany nim porzucił swoje ustabilizowane życie, które go znudziło, i przybył tu, aby nakręcić film o miejscowych. Dziś, trochę przypadkowo, jego tropem wyrusza młody Duńczyk, Erskine, student antropologii, który w zgłębieniu tajemnicy Hablunda i życia miejscowych upatruje swoją szansę na karierę naukową. Obaj wydają się śmieszni. Tak naprawdę nic nie wiedzą o tym świecie i nie potrafią się w nim poruszać, traktują jego mieszkańców niby z życzliwością, ale jednocześnie z europejską wyższością. W gruncie rzeczy są przedmiotem kpin, z czego nie zdają sobie sprawy. Próbują pozyskać życzliwość tubylców, aby prowadzić swoje badania, ale walą głowa w mur. Tu nie można być tylko obserwatorem, to się nie uda. Obserwator nie odkryje tajemnicy, znudzi się i zrezygnuje. Żeby poznać ten świat, trzeba stać się jego częścią, ale to też tylko pozory. I tak pozostanie się kimś obcym, takim najsłabszym ogniwem, co okaże się w chwili kryzysu.   

Niezwykle ciekawe są opisy podróży koleją transsyberyjską. Jeden z bohaterów, Fiedia, pracuje jako konduktor na trasie między Moskwą a Władywostokiem. Od czasu do czasu towarzyszymy mu w jego pracy. Poznajemy jej tajniki, obserwujemy pasażerów, podziwiamy krajobrazy za oknem, szczególnie tajgę, którą i on jest zafascynowany. Włóczymy się razem z nim po Władywostoku, który mnie jawi się jak miejsce ziejące jakąś dziwną pustką.

Ta powieść to również, a może przede wszystkim, fascynujące ludzkie historie, portrety kilku głównych bohaterów i kilkunastu drugoplanowych, ale jakże ważnych. Obok losów dwóch wspomnianych już Duńczyków, Hablunda i Erskina, i konduktora Fiedii, poznajemy też historię pozostawionej w Danii Mariane, żony Hablunda, jej przyjaciółki, nieco tajemniczej syberyjskiej emigrantki Tani Krasnoludkowej. Ale równie bogate i ciekawe są portrety miejscowych: Bura, rodziny Kawaryczów, zesłańca Welora i jego charyńskiej żony, wariatki, a także wielu, wielu innych. Na szczególną uwagę zasługuje los kobiet, co, jak czytałam, zdaje się nie tylko w tej powieści interesować Petrę Hulovą. To kobiety bardzo często dźwigają ciężar codzienności. Porzucone przez mężczyzn goniących za swoimi fascynacjami, zostawione same sobie muszą być silne i stać się samodzielne, nawet jeśli dotąd takie nie były. Inne mają mężów nieudaczników, darmozjadów, więc i one muszą same zmagać się z życiem. Jeszcze inne są przez mężczyzn wykorzystywane. Wszystkie są twarde i potrafią radzić sobie w każdych warunkach. Szczególnie w Charyniu nie ma właściwie podziału na to, co męskie i kobiece. Kobieta-więzień tak jak mężczyzna-więzień będzie zmuszona do morderczej pracy. Kobiety wyruszą razem z mężczyznami na zimowe polowanie, wprawdzie nie po to, aby polować, ale na równi z nimi muszą znosić trudy wędrówki przez zimową tajgę, obsługując ich na wielu różnych polach. Ale kobiety potrafią być równie bezduszne i okrutne jak mężczyźni. Ich portret nie jest wcale cukierkowy.

Powieść ma ciekawą konstrukcję. Tytuły rozdziałów to imiona głównych bohaterów. Wędrując od rozdziału do rozdziału, stopniowo poznajemy ich historie, odkrywamy tajemnice, cofamy się w  przeszłość, nieraz odległą. Ich losy zaczynają się zazębiać, wszystko składa się w jedną całość niczym kartoniki puzzli. A prawda o nich, jaka się na końcu wyłania, bywa banalna. Ich wybory są często przypadkowe, a to, co początkowo może się wydawać wielkie i szlachetne, okazuje się po prostu zwyczajne i małe. 

Bardzo ciekawa powieść, do przeczytania jednym tchem. Przewodnik po nieznanym świecie. Nie jestem pewna, czy taka była główna intencja autorki, ale mnie to właśnie najbardziej zainteresowało.     

Popularne posty