Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemiana. Pokaż wszystkie posty

Etienne Leroux "Siedem dni u Silbersteinów"

Kiedy tylko usłyszałam, że ArtRage ma wydać "Siedem dni u

Silbersteinów" Etienne'a Leroux (2025; przełożył Jerzy Koch), zastrzygłam uszami. To była jedna z tych powieści, które koniecznie chciałam przeczytać. Nie, nie dlatego, że wcześniej coś o niej wiedziałam. I nie dlatego, że znałam autora. Po prostu interesuje mnie RPA i jeśli tylko coś stamtąd do nas przybywa, staram się nie przegapić. Tu jedno zastrzeżenie, jeśli chodzi o najbardziej znanego przedstawiciela literatury z tego kraju, czyli Maxwella Coetzeego, to znam tylko "Hańbę", bo inne pozycje jakoś mnie nie zainteresowały. Ot, taki paradoks. Dlatego moich lektur z tamtego rejonu nie było  specjalnie dużo. Pewnie da się je zliczyć na palcach jednej ręki. Z czasów blogowych mogę przywołać "Obietnicę" Damona Galguta wydaną kilka lat temu. A z książek o RPA polecam "Wypalanie traw" Wojciecha Jagielskiego. Ale był i powód drugi. Otóż powieść Etienne'a Leroux jest nazywana wielką południowoafrykańską powieścią, w której odnaleźć można pogłosy Manna i atmosferę rodem z Lampedusy. Pada jeszcze określenie powieść farmerska, która jest jednym z nurtów literatury południowoafrykańskiej. A czym był ten typ powieści i jak ewoluował, można się dowiedzieć z posłowia pióra Jerzego Kocha. Czyż to wszystko nie brzmi wspaniale? Dla mnie tak i dlatego stosunkowo szybko oddałam się lekturze.

Od razu napiszę, że trochę nie tego się spodziewałam. Wyobrażałam sobie, że będzie to literatura realistyczna o sporym ciężarze gatunkowym. Owszem, ciężar gatunkowy jest, nie tylko spory, ale wręcz przygniatający, natomiast gorzej z realizmem, o czym za chwilę. 

Wprowadzenie w treść będzie proste i niezapowiadające tego, z czym naprawdę czytelniczki i czytelnicy spotkają się, czytając "Siedem dni u Silbersteinów". Lata pięćdziesiąte, a może sześćdziesiąte zeszłego wieku. Henry van Eeden przybywa ze swoim krewnym do posiadłości Welgevonden należącej do bogatej żydowskiej rodziny Silbersteinów, aby poznać i zaręczyć się z jedną z ich córek. To małżeństwo aranżowane - on wnosi stare nazwisko, ona majątek. Młodzi nigdy wcześniej się nie spotkali. W czasie siedmiu dni spędzonych na farmie Henry będzie ją poznawał, uczestniczył w cowieczornych przyjęciach i przysłuchiwał się rozmaitym dyskusjom. Prawda, że brzmi po bożemu? Nic bardziej mylnego.

Farma rzeczywiście przypomina sanatorium z "Czarodziejskiej góry" Thomasa Manna - jest osobnym bytem odizolowanym od świata. A o duszę Henry'ego będzie się toczyła bitwa. No z tą bitwą może nieco się zagalopowałam. Wędrówki po farmie, poznawanie tajników przedsiębiorstwa i rozmaitych ludzi, uczestniczenie w przyjęciach, rytuałach, przysłuchiwanie się sporom i dyskusjom ma przekuć go w nowego człowieka, ukształtować na nowo. Zrobić z niego kogoś na kształt bogatych, nuworyszowskich Silbersteinów, którzy cel mają jeden - produkować, produkować, produkować, konsumować, konsumować, konsumować. Kim był wcześniej? Co sobą reprezentował? Nie wiadomo. Henry wędruje, słucha, przygląda się, popełnia gafy, dobierając nieodpowiedni strój do okazji. A my razem z nim. Wędrujemy, oczywiście, gaf nie popełniamy.

To wszystko nie brzmi źle. Co w takim razie sprawiło, że poczułam, iż to nie jest powieść dla mnie? 

Po pierwsze groteska, za którą nie przepadam. Miałam wrażenie, że świat tej książki przedstawiony jest w krzywym zwierciadle. Całe to farmerskie przedsiębiorstwo, w tym zakład produkujący wino, przypominają jakąś utopijną przyszłość. Pracownicy Silbersteinów są niczym trybiki w maszynie zachwycone tym, że mogą naciskać jakieś przyciski, przykręcać jakieś śrubki, wykonywać jakieś mechaniczne ruchy, które w rezultacie mają powiększyć bogactwo właścicieli. Podobnie przedstawieni są goście przybywający każdego wieczora na gargantuiczne przyjęcie. To marionetki biorące udział w jakimś przedstawieniu. Celowo użyłam przymiotnika gargantuiczne, bo przez dom przepływają niezliczone zastępy gości, stoły uginają się pod potrawami i napojami, odbywają się jakieś rytualne tańce i ceremonie. Wszystko to razem sprawia wrażenie czegoś nierzeczywistego. Jakiegoś koszmarnego miejsca, uniwersum, w którym ja nie chciałabym się nigdy znaleźć. W tym pozornie idealnym świecie produkcji, pomnażania majątku, konsumowania czai się jednak niebezpieczeństwo - bunt pracowników. Tym razem zażegnany, ale jak będzie w przyszłości?

Moje drugie zastrzeżenie dotyczy erudycyjności powieści. Powieść nasycona jest odniesieniami do Biblii, innych książek i filozofii. Przykład najbardziej oczywisty i czytelny - te siedem dni spędzonych na farmie, w czasie których Henry zostaje stworzony na nowo, przypomina siedem dni tworzenia świata.  Pojawiają się pytania o to, skąd zło, czy jeśli zniknie, to i Bóg zniknie, jednym z zagadnień jest chaos, z którego ma wyłonić się ład. A to tylko próbka i to taka, z którą sobie poradziłam. Przyznam, że poruszałam się tylko po powierzchni książki, łapiąc zaledwie cząstkę jej niezmierzonej głębi. W dodatku trudno zorientować się, co tu jest na serio, a co zostało sparodiowane. Trochę ironizuję, ale tylko trochę. Po prostu moja wiedza filozoficzna i erudycja są bardzo skromne, dlatego czytanie takich fragmentów, a jest ich sporo, było trudne i nieco nużące.

Wiem, że powieść jest bardzo ważna, wiem, że powinna zachwycać, ale niestety nie zachwyca. Jakoś się z tą książką rozminęłam. 

Ananda Devi "Indian tango"

O Anandzie Devi, pochodzącej z Mauritiusa pisarce o korzeniach

indyjskich, która obecnie mieszka we Francji, usłyszałam kilka lat temu, kiedy w Polsce ukazała się jej powieść "Zielone sari". Kupiłam ją nawet, ale jeszcze nie przeczytałam. Za to ostatnio sięgnęłam po wydaną dwa lata temu inną jej książkę, "Indian tango" (Wydawnictwo w Podwórku 2022; przełożył Krzysztof Jarosz). Nie ukrywam, że przeczytałam ją w pierwszej kolejności dlatego, bo jej akcja toczy się w Indiach i to ten kraj był magnesem. Ananda Devi jest pisarką bardzo cenioną, niestety mnie "Indian tango" rozczarowało i potwornie nużyło. Wprawdzie czytałam ją w nie do końca sprzyjających okolicznościach, ale to nie dlatego tak bardzo się z nią męczyłam. 

Akcja powieści toczy się w roku 2004 w stolicy Indii, Delhi, i prowadzona jest dwutorowo. Mamy dwoje narratorów. Jeden klasyczny trzecioosobowy, dzięki któremu poznajemy życie pięćdziesięcioletniej Hinduski, Subhardy, która mieszka z mężem, synem studentem i teściową, nie pracuje, jest gospodynią domową. Druga narratorka i bohaterka to pisarka, która przeżywa kryzys twórczy i życiowy. Niedawno zniszczyła wszystkie swoje książki. Nie mieszka na stałe w Indiach, przyleciała do Delhi, wynajęła mieszkanie i tkwi w letargu. Wyrywa ją z tego stanu przypadkowe spotkanie z kobietą, która przychodzi niemal codziennie przed sklep z instrumentami muzycznymi i obserwuje sitarę. Narratorka nic o niej nie wie, nazwie ją Bimalą i platonicznie się w niej zakocha. Z czasem orientujemy się, że opowieść o Subhardzie zaczyna mieć wiele punktów stycznych z historią Bimali. Stanowi jej rozwinięcie. Czy narratorka, która jest przecież pisarką, przetwarza twórczo to, co ją spotyka? Czy to jej nowa powieść? Być może tak. Ile z tego, co wydarzyło się między nimi, jest prawdą, a ile to twórcza wyobraźnia? Tego tym bardziej nie wiemy. I nie dlatego jestem powieścią rozczarowana. Powody są dwa.

Pierwszy - książka Anandy Devi od pewnego momentu wydała mi się do bólu przewidywalna i schematyczna. Jest to opowieść o pięćdziesięcioletniej hinduskiej kobiecie, Subhardzie, której życie toczyło się wokół domu. Jej cały świat to sprzątanie i gotowanie. Nie miała swojego zdania, była posłuszna mężowi i teściowej. Jej pragnienia się nie liczyły, także dlatego, że ich nie miała. Teraz pod wpływem spotkań z tajemniczą kobietą budzi się w niej chęć do życia. Marzy o sitarze, na którym uczyła się grać w dzieciństwie, dopóki ojciec z dnia na dzień nie zmienił zdania. Stawia opór teściowej i mężowi, popiera decyzje syna, których jeszcze do niedawna na pewno by nie zaakceptowała. No i budzi się w niej uśpiona seksualność. To wszystko wydało mi się tak schematycznie, tak jednoznacznie przeprowadzone, aż trudno było mi uwierzyć, że w ten sposób można.

Drugi powód to pustosłowie. O ile historia Subhardy opowiadana jest dość konkretnie, o tyle opowieść narratorki tonie w morzu egzaltowanych słów. Dla mnie było to potwornie nudne i nieznośne. Z ulgą wracałam do rozdziałów z narracją trzecioosobową, bo chociaż historia ich bohaterki z czasem okazała się strasznie jednoznaczna, to przynajmniej było tam coś, o co mogłam się zahaczyć - detale codzienności. Opisy miasta, życie codzienne, sytuacja polityczna. To mnie przynajmniej ciekawiło. Oczywiście to, co ja nazywam nadmiarem słów i egzaltacją, inni nazywają językiem poetyckim.

Książka kończy się posłowiem napisanym przez tłumacza, Krzysztofa Jarosza. Nie ukrywam, że przeczytałam je z dużym zainteresowaniem. I to nie jest ironia! Dowiedziałam się z niego, dlaczego powinnam się zachwycić "Indiańskim tangiem" uchodzącym w dorobku pisarki za jej najważniejszą książkę. To właśnie on pisze o języku poetyckim, odkrywa liczne aluzje do innych dzieł literackich czy filmowych - najważniejsza do słynnego, niegdyś skandalizującego, filmu "Ostatnie tango w Paryżu" Bernardo Bertolucciego. Chociaż film widziałam, nie przyszło mi to do głowy w trakcie lektury. Usprawiedliwieniem może być fakt, że było to bardzo dawno temu. Pisze też o grze, jaką prowadzi autorka - na ile historia narratorki pierwszoosobowej jest jej historią? Ile w tej książce autofikcji? Cóż, w tym wypadku niewiele mnie to interesuje. Ja pozostałam nieczuła i zamknięta na wielkość tej powieści. Powinna zachwycać, a jednak nie zachwyca. Nic na to nie poradzę. Na pewno nie kupię żadnej innej książki Anandy Devi. Czy przeczytam kiedyś "Zielone sari", które mam w domu? Nie wiem. Może kiedyś sięgnę po nie z ciekawości, aby przekonać się, czy to, co tak mnie zirytowało w "Indian tangu", jest typowe dla pisarki. 

Tatiana Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy"

Długo zbierałam się do tej lektury. Chociaż zewsząd słychać było

same pochwały, ja zastanawiałam się, czy wpisać ją na listę książek, które chcę przeczytać. Jakoś tak mam, że nieszczególnie pasjonuje mnie ten temat - relacja matki z dzieckiem, najczęściej z córką, a w powieści rumuńsko-mołdawskiej pisarki Tatiany Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy" (Książkowe Klimaty 2021; przełożył Dominik Małecki) chodzi o więź matki z synem. W końcu uległam. Czy to o tej powieści ktoś napisał, że jeśli miałoby się przeczytać w ciągu roku tylko jedną książkę, to powinna być nią właśnie ta? Czy to ta rekomendacja przeważyła szalę? Nie pamiętam.

Nie było mi łatwo wejść w tę lekturę. Zaczyna się od takiej dawki nienawiści, że pomyślałam sobie - nie dam rady. Chociaż zazwyczaj książki, które czytam, nie należą do lekkich, łatwych i przyjemnych, tym razem miałam wrażenie, że przekroczyłam próg wytrzymałości. Może właśnie dlatego, że to nienawiść syna do matki? W dodatku bohater, Aleks, który właśnie skończył szkołę, wydawał mi się bardzo odstręczający.

Tego ranka, gdy nienawidziłem jej bardziej niż kiedykolwiek, mama skończyła trzydzieści dziewięć lat. Była mała i gruba, głupia i brzydka. Najbardziej bezużyteczna ze wszystkich matek, jakie dotąd istniały. Przyglądałem jej się przez okno: sterczała pod bramą szkoły jak żebraczka. Zabiłbym ją odłamkiem myśli. (...) Mama miała gdzieś i mnie, i to, że jednak ukończyłem szkołę.

Szybko orientujemy się, skąd w narratorze tyle nienawiści, cynizmu i sarkazmu.  

Byliśmy nikim, robiliśmy nic. Podczas wszystkich lat w tej szkole nie słyszałem ani razu, żeby jakiś kolega chwalił się wakacjami, tak jakby oprócz szaleństwa dotknął nas też trąd. (...) Ludzkie strzępy - oto czym byliśmy.

Te słowa informują o wszystkim. Aleks, jak sam o sobie mówi, jest wariatem. Szkoła, którą właśnie skończył, kształci uczniów takich jak on. Dzieci z rozmaitymi deficytami i zaburzeniami. Często odrzucone przez rodziców i znienawidzone przez nauczycieli. 

Jim, mój najbliższy przyjaciel (...) Był z rodzicami, którzy w mgnieniu oka sprzedaliby go na organy, gdyby się nie bali, co ludzie powiedzą.

Inni [nauczyciele], ci mniej obrotni, każdej jesieni musieli jednak wracać i stawać naprzeciw tych samych diabolicznych uczniów, których tak nie znosili i których się bali.

Jaka przyszłość czeka chłopaka, który czuje się odrzucony przez wszystkich? Jakie ma perspektywy? Na co może czekać? O czym marzyć? Jego jedyny plan to wypad do Amsterdamu razem z dwoma kolegami, którzy też ukończyli szkołę. Wypad na trawkę i dziwki. Wprawdzie Aleks kocha się w jakiejś Jude, ale raczej nie ma u niej szans. 

Mój stosunek do bohatera zmieniał się stopniowo, kiedy poznawałam coraz więcej epizodów z jego życia. Niechęć, złość i antypatia zaczęły ustępować współczuciu, litości i rozpaczy. Bo serce się kroi, kiedy czyta się o dziecku skamlącym o miłość i uwagę matki. O dziecku, które przeżyło wielką tragedię i zostało z nią samo. O dziecku, które potrzebuje bliskości i nie może jej dostać. Nie rozumie, dlaczego jest odrzucane. Ale czy możemy winić matkę? Przecież tragedia dotyczyła całej rodziny. Jej ból był tak wielki, że pochłonął ją w całości, a świat stał się dla niej obojętny. Kiedy po latach się ocknęła, było już za późno. A gdzieś mimochodem możemy domyślać się, że to kobieta niespełniona. Czy dlatego, że jest imigrantką? Wiele w tej powieści niedomówień, białych plam, które czytelnik może wypełniać sam. Taka jest też historia babci, właścicielki sklepu, którym Aleks chyba pogardza, ale dzięki któremu dorobiła się dwóch domów.

Ale to zaledwie skrawek tej historii, początek, bo jej istotę stanowi wspomnienie tego tytułowego lata. Lata, które Aleks zgodził się spędzić ze swoją znienawidzoną matką we Francji. Lata, które radykalnie zmieniło jego stosunek do niej, pozwoliło im się na nowo zbliżyć do siebie. Chociaż Aleks zgodził się na ten wyjazd z wyrachowania, po latach, kiedy je wspomina, wie, że było to najważniejsze lato jego życia i może najszczęśliwsze, mimo że okoliczności były tragiczne. Te fragmenty książki, chociaż z powodów, jakich zdradzić nie mogę, są smutne, paradoksalnie dają jednak czytelnikowi wytchnienie i przynoszą otuchę. Mimo że skupione na na nowo budowanej więzi syna i matki, to gdzieś w tle, jak często w tej powieści ledwo naszkicowane, są i lato, i wieś, i krajobrazy, ale też mieszkający tam ludzie. I znowu poznajemy innego Aleksa, Aleksa, który zmienia się na oczach czytelnika, dojrzewa, Aleksa, który wreszcie budzi sympatię, a nawet podziw.

Ale jest jeszcze jeden Aleks, dorosły, dokładnie trzydziestodziewięcioletni. Uznany artysta - malarz tworzący dziwne obrazy mające swoje korzenie w tamtym lecie. Znowu doświadczony przez los, cyniczny. I chociaż są powody, aby mu współczuć i go rozumieć, to po raz kolejny trudno go polubić. 

Intrygująca, bardzo ciekawa książka. Jednak w całości gorzka. Bo życie nie zawsze usłane jest różami i niektórym stale wiatr w oczy. Pieniądze wprawdzie ułatwiają wiele spraw, ale szczęścia się za nie nie kupi. Niby banalna konstatacja, ale w powieści podana w niebanalny, poruszający sposób.   

Filmowe remanenty - "Pokój", "Nawet góry przeminą"

Wspominałam już o przesycie kinem, jaki dosięgnął mnie ostatnio. Po filmowej orgii nastały propozycje, które jakoś specjalnie mnie nie interesowały, szłam do kina bardziej z obowiązku, żeby jednak nie przegapić czegoś wartościowego, niż z autentycznej potrzeby. Co nie znaczy, że potem żałowałam. Przeciwnie. Tak było z islandzkimi "Baranami", podobnie rzecz się miała z "Pokojem". Właściwie nie brałam go zupełnie pod uwagę, już raczej zastanawiałam się, czy nie wybrać się na "Lobster". Tymczasem dyskusja w Tygodniku Kulturalnym przekonała mnie, że "Lobster" to na pewno nie moja bajka, co podejrzewałam od początku, za to koniecznie trzeba zobaczyć "Pokój". I tak z kilkudniowym opóźnieniem poszłam do kina.

Rzeczywiście ten kanadyjsko-irlandzki film wciąga, pochłania, trzyma w napięciu i, nie bójmy się tego słowa, wzrusza. W dużej mierze dzięki odtwórcom głównych ról. Grająca matkę Brie Larson i wcielający się w jej pięcioletniego synka, Jacka, Jacob Trambley przyciągają uwagę od początku do końca. Powiedziałabym, że szczególnie on. Pewnie prawie każdy kinoman wie, że "Pokój" to opowieść o siedemnastoletniej dziewczynie porwanej, więzionej i wykorzystywanej przez mężczyznę zwanego przez nią Starym Nickiem. Możemy się tylko domyślać, co działo się z nią, zanim urodził się Jack. Dziecko dało jej siłę do życia. Nie wiemy, czy od razu. Aby go ocalić, stwarza mu świat. Wszystko jest zorganizowane i przemyślane perfekcyjnie. Nawet ćwiczenia fizyczne i łóżko w szafie, schronienie dla chłopca, kiedy przychodzi Stary Nick. Dla Jacka pokój jest całym światem. Dosłownie. Reszta to bajki, takie jak w książeczkach dla dzieci czy w telewizji. Niemal połowa filmu rozgrywa się w jednym wnętrzu, w tytułowym pokoju. I zapewniam, wcale nie jest nudno. Od fascynujących bohaterów, od ich niezwykłej relacji trudno oderwać wzrok. Potem napięcie sięga zenitu. Chociaż wiemy, że ryzykowny plan ucieczki powiedzie się, denerwujemy się, jakbyśmy oglądali najlepszy thriller. Druga część, opowieść o tym, jak matka i syn próbują odnaleźć się w normalnym świecie, jest już dość przewidywalna, co nie znaczy, że nieciekawa. Ja jednak, zainspirowana dyskusją we wspomnianym Tygodniku Kulturalnym, spodziewałam się czegoś więcej. No tak, wolność nie jest prosta, spełnienie marzenia po chwilowej radości i uldze przynosi problemy, trudy i rozczarowania. Ale to już wiemy. Mnie ciekawe wydało się pytanie, które zadała matce dziennikarka. Czy po urodzeniu Jacka nie myślała, aby poprosić Starego Nicka, żeby go oddał? I tu rzeczywiście rodzi się pole do kolejnych pytań. Czy zostawienie dziecka to był z jej strony egoizm? Na pewno Jack dał jej siłę, by trwać i walczyć. Ale zatrzymując go, skazywała na życie w niewoli, na niebezpieczeństwo. Tak, to prawda, żył w klatce, ale miał matkę, powie ktoś. Jack nie był nieszczęśliwy. Matka i pokój to wszystko, co znał. Dopiero świadomość, że jest coś więcej, sprawia, że cierpimy. Jeśli jednak przyjmiemy, że dla dobra dziecka powinna je oddać, rodzi się kolejna wątpliwość. Jaką gwarancję mogła mieć matka, że jej oprawca nie skrzywdzi małego Jacka i rzeczywiście podrzuci go do jakiegoś szpitala, okna życia czy innej placówki opiekuńczej? Podobne wątpliwości mogą się rodzić, kiedy oceniamy jej desperacki pomysł na ucieczkę, który też mógł skończyć się tragicznie. Tyle o "Pokoju".

Tymczasem całkiem nieoczekiwanie dla siebie i znowu z wielką ochotą pobiegłam na chiński film "Nawet góry przeminą". Nieoczekiwanie, bo nie miałam pojęcia, że wchodzi na ekrany, ba, szczerze mówiąc, nie wiedziałam o jego istnieniu. Z ochotą, bo lubię chińskie kino. Dlatego dylemat, iść czy nie iść na "Carol", zostawiłam sobie na później. I nie zawiodłam się. Film naprawdę warto zobaczyć. Tym bardziej, że jest dziełem Zhangke Jia, który nakręcił również znakomity, przejmujący i zatrważający "Dotyk grzechu". Moim zdaniem "Nawet góry przeminą" są propozycją trochę słabszą, co nie znaczy, że słabą. Po prostu nie mają aż takiej siły rażenia. Obraz świata, chociaż też niewesoły, aż tak nie przeraża, nie jest tak bardzo nihilistyczny. Pewnie dlatego, że temat nieco inny. To historia, trochę melodramatyczna, trochę rodzinna, rozgrywająca się na trzech planach czasowych. Najpierw mamy rok 1999, Chiny w epoce gospodarczych i społecznych przemian. Jeszcze jest stary świat, ale już rodzi się nowy. Potem następuje rok 2014. Sukces gospodarczy, który zawrócił Chińczykom w głowie. Pogoń za pieniędzmi, szalona konsumpcja i pogłębiające się społeczne rozwarstwienie. Wreszcie przeskakujemy w nieodległą przyszłość, jest rok 2025. I odpowiedź na pytanie - co stanie się z takim społeczeństwem? Co stanie się z rodziną? Oglądając "Nawet góry przeminą", miałam czasem wrażenie, że reżyser odrabia zadaną lekcję. Jakbym widziała szwy spinające historię z tym, co chciał widzom przekazać. Mimo tych wątpliwości film jednak robi wrażenie. Akcja toczy się niespiesznie, ważna jest atmosfera. Przygnębiają obrazy chaotycznego, zdegradowanego, byle jakiego otoczenia pociągniętego pozłotą blichtru, przygnębia obraz rozpadu więzi rodzinnych i społecznych, alienacja. Starsze pokolenie Chińczyków zyskało wolność, ale nie umie z niej korzystać, nie bardzo wie, co z nią zrobić. Za to jeszcze bywa związane z rodzicami. Młodsze, wolne od urodzenia, czuje pustkę, brak celu. Zrobiono i poświęcono wiele dla ich szczęśliwej przyszłości, ale oni wcale szczęśliwi nie są. Opowieść jest uniwersalna i bliżej nam do niej, niż pozornie może się wydawać. To historia współczesnych nomadów, wolnych ludzi, którzy mogą żyć wszędzie, ale płacą za to zerwaniem wszelkich więzi. Są wykorzenieni z rodziny, ze społeczeństwa, z ojczyzny. Niektórzy potrafią się w tym odnaleźć, innym czegoś brakuje. Jak mówi jedna z bohaterek, kiedy czasem dzwoni telefon z domu, z dalekiego Toronto, boi się, że coś się stało. No bo w przeciwnym wypadku po co mieliby dzwonić? Jeśli, czytelniku tej notki, rozumiesz te emocje, to na pewno ten film jest dla ciebie. Dla innych oczywiście też. Warto go poszukać i obejrzeć.

PS. Pisanie odświeża i weryfikuje emocje. Chiński film powrócił do  mnie z całą mocą, "Pokój" ze znacznie mniejszą. Ten pierwszy jest może nieco niedoskonały, brudny, ale prawdziwy, ten drugi to jednak tylko świetna filmowa konfekcja.


W. Somerset Maugham "Malowany welon"

"Malowany welon" W.Somerseta Maughama (Świat Książki 2007; przełożyła Franciszka Arnsztajnowa) kupiłam kilka lat temu, kiedy do kin wchodziła ekranizacja powieści. Ostatecznie na film się nie wybrałam, bo miał marne recenzje, a po książkę też nie sięgnęłam, w końcu chyba zapomniałam, że ją mam. Aż niedawno (niedawno to w tym wypadku trzy lata temu; gdzieś mi się ten wpis zawieruszył) trzeba było wziąć jakąś lekturę do podróży ze świadomością, że na miejscu na czytanie pewnie nie będzie czasu, ale w drodze jak najbardziej, bo droga długa. I wtedy ją odnalazłam. Leżała sobie zapomniana, smutna odrobinę na dnie regału wśród innych dzielących jej los, wydawało się, że świetnie sprawdzi się w roli lektury wagonowej. Nie myliłam się.

Powieść angielskiego pisarza z przełomu wieku dziewiętnastego i dwudziestego, raczej pierwszorzędnego wśród drugorzędnych, czyta się znakomicie. Akcja rozgrywa się w latach dwudziestych poprzedniego wieku w chińskiej prowincji podległej Anglikom. Jej bohaterką jest młoda Angielka, Kitty, produkt swojej epoki, która tak długo przebierała w kandydatach na męża, aż w końcu wyszła za mąż pospiesznie, tylko dlatego, aby nie wyprzedziła jej młodsza siostra. Był jeszcze drugi powód: utyskująca matka, która od dawna marzyła o tym, aby wreszcie pozbyć się córki z domu (wtedy marzenie dość powszechne). Znudzona mężem i bezproduktywnym życiem ulega urokowi tego trzeciego. Niczego nie zdradzam, bo miłosną schadzką tych dwojga powieść się zaczyna. Schadzką pechową, bo odkrytą przez męża. Jeśli, czytelniku tej notki, wydaje ci się, że dalszy ciąg bez problemu przewidzisz, zapewniam cię, że jesteś w błędzie. Na tym polega owa pierwszorzędność tej powieści wśród drugorzędnych. Bo wbrew oczekiwaniom nie jest to typowy romans, powiem więcej: nie jest to romans w ogóle. To historia duchowej przemiany, dorastania do życia świadomego, historia nieoczekiwanego poszukiwania sensu. Ale i upadków, kłębiących się w człowieku zaskakujących, niechcianych emocji, z którymi nie sposób sobie poradzić. Ten ostatni wątek jest niezwykle prawdziwy, w kontrze do czytelniczych oczekiwań. Mamy tu też krytykę tradycyjnego wychowywania dziewcząt prowadzącego do hodowania istot pustych, bezmyślnych, oddających się tylko salonowym rozrywkom. Dlatego można przy odrobinie dobrej woli uznać tę powieść za feministyczną, mimo że napisał ją mężczyzna.

Z takiego materiału pisarz tej miary jak na przykład Henry James, stworzyłby arcydzieło. Maugham napisał po prostu mądrą, dobrą książkę, momentami nieco drażniącą zbytnią łopatologią (szczególnie w zakończeniu). Polecam, niekoniecznie tylko do wagonu czy na plażę, gdzie też sprawdzi się znakomicie.

Magdalena Grzebałkowska "1945. Wojna i pokój"

Kiedy tylko kilka miesięcy temu zobaczyłam zapowiedź najnowszego reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej "1945. Wojna i pokój" (Agora SA 2015; Biblioteka Gazety Wyborczej), od razu wiedziałam, że to lektura obowiązkowa. Przyznam, że nie czytałam wcześniejszych dwóch książek autorki, ani o księdzu Twardowskim, ani o Beksińskich, znam ją tylko z reportaży prasowych, a zainteresował mnie po prostu temat. Kilka lat temu przeczytałam znakomitą, głośną i nagradzaną, historyczną pracę Marcina Zaremby "Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys", która w sposób bardzo interesujący opowiada o pierwszych latach w Polsce po zakończeniu II wojny światowej. Autor pokazuje ogrom problemów, jakie spadły na ludzi zaraz po wojnie. Problemów, które były źródłem zbiorowej, owej tytułowej, trwogi. Po przeczytaniu tamtej książki uświadomiłam sobie, że czas tuż powojenny nie był pasmem radości, jak mogłoby się wydawać. Oprócz plag trawiących całą Europę (o tym traktuje inna książka, którą dopiero mam w planach, "Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej" Keitha Lowe), mieliśmy jeszcze inne wynikające z dostania się polski w strefę wpływów Związku Radzieckiego. Nie pisałam tu nigdy o książce Zaremby, tak wyszło, a szkoda (rzadko, ale czasem zdarza mi się pominąć na tych stronach jakąś lekturę), więc tym bardziej zachęcam teraz. Nie należy się zrażać jej objętością ani tym, że autorem jest naukowiec. To pozycja w najlepszym tego słowa znaczeniu popularyzatorska. A Grzebałkowska nie tylko umieściła ją w bibliografii, podobnie jak pracę Keitha Lowe, ale opatrzyła komentarzem, że niemal nie rozstawała się z nią w czasie pracy nad swoją książką. Dlatego czytając jej reportaż z przeszłości, miałam czasem wrażenie deja vu. Nie jest to oczywiście żaden zarzut, po prostu mile łechtała mnie świadomość, że coś już na ten temat wiem.

A książka Magdaleny Grzebałkowskiej jest przecież czymś innym. To nie popularyzatorska praca naukowa, ale reporterska robota z wszelkimi tego konsekwencjami. Autorka patrzy na rok 1945 przez ludzkie losy. Jednostkowe doświadczenia rzuca na szersze tło historyczne. Człowiek, jego przeżycia, lęki i znacznie rzadziej chwilowe radości, jego powikłane historie są kanwą opowieści o roku 1945. Reporterka sięga do szczegółów, codziennych drobiazgów. Pisze o tym, jak ubrała się Lucie Rybandt, zanim zaokrętowała się na statku Wilhelm Gustloff, i o tym, jak spędziła piątkowy poranek ostatniego dnia sierpnia Klara Maxara, zanim wyrzucono ją z domu, i o tym, co poczuła Niusia, kiedy weszła do poniemieckiego domu, do którego przyjechała na szaber. Grzebałkowska krąży po Polsce i rozmawia z ostatnimi świadkami historii, czasem znajduje ich ślady w książkach czy dokumentach, czasem przepytuje ich dzieci lub wnuki. Dzięki opowieści o człowieku historia ożywa. Nie jest zbiorem dat, suchych zdarzeń, nie jest genezą i skutkiem, ma twarz Klary, Niusi, Łucji, Stanisława, Wernera i innych. Lektura tej książki jest jak opowieść naszych dziadków, ewentualnie pradziadków, których niestety nie słuchaliśmy z dostateczną uwagą. Grzebałkowska przywraca nam symboliczną pamięć. 

Oczywiście autorka nie wybiera swoich bohaterów przypadkowo. Każda historia reprezentuje w jej książce konkretny problem bardziej lub mniej umownie przypisany do jednego z miesięcy. I tak w styczniu dostajemy opowieść o szabrze (to Niusia), luty to tragiczne doświadczenia uciekinierów z Prus Wschodnich (tu się kłania "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrieda Lenza, pisałam; bardzo, bardzo polecam), w marcu zajmie się autorka ziemiami odzyskanymi i tak dalej, i tak dalej. Jest też opowieść o Warszawie i osobna o Wrocławiu, o Kaszubach wcielonych do Wermachtu i o Żydowskich dzieciach, mieszkańcach sierocińca w Otwocku, o obozie w Łambinowicach i konflikcie polsko-ukraińskim w Bieszczadach, no i oczywiście o repatriantach. Przewijają się też oczywiście i inne tematy. Tragedie, gwałty, wysiedlenia, przejmowanie cudzego majątku, mieszają się z opowieścią o organizowaniu życia na nowo. Cała paleta problemów.

Cztery sprawy poruszyły mnie najbardziej. Wymieniam je w przypadkowej kolejności. Po pierwsze poruszająca jest konstatacja, o której już wspomniałam, że rok 1945 przyniósł ogrom nowych problemów. Radość była chwilowa, szybko okazało się, że świat po wojnie to zgliszcza, nie tylko w dosłownym sensie. Po drugie pisze Grzebałkowska o Polakach, ale równocześnie pochyla się też nad losem mieszkańców Prus Wschodnich, Niemców, Ślązaków czy Ukraińców. Pokazuje poplątanie losów ludzi, z których zadrwiła historia. Często prosili się o to sami, ale czasem byli po prostu jej ofiarami. W złym momencie znaleźli się w złym miejscu. Po trzecie jest tu kilka historii po prostu fascynujących. Gotowy materiał na powieść! Niektóre autorka śledzi do czasów współczesnych lub do śmierci bohaterów. I z tym łączy się sprawa czwarta, jedyna optymistyczna. Otóż z nieszczęścia można się podźwignąć. Pewnie nie każda rana się zabliźni, pewnie koszmary będą wracać w snach, ale Klara, Lucie, Niusia, Werner, Stanisław i inni, których dzięki Grzebałkowskiej poznajemy, zbudowali sobie z czasem nowe życie. Jakby banalnie takie stwierdzenie nie zabrzmiało, to w książce nabiera mocy, no i jest jednak bardzo krzepiące.

Na koniec koniecznie muszę wspomnieć o dodatkowym smaczku tej lektury. Otóż każdy rozdział rozpoczyna się zbiorem krótkich wyimków z prasy. Głównie ogłoszeń, czasem informacji. Uderza, że ludzkie tragedie i ludzka nędza mieszają się z pragnieniem normalności, z dowodami, że ludzie za wszelką cenę chcą wieść życie jak kiedyś. Obok ogłoszeń o poszukiwaniu zaginionych, próśb do świadków o jakąkolwiek informację o ostatnich chwilach umierających, błagań o pomoc materialną, są też takie: Siwe włosy farbuję. Rozjaśniam. Czwartki, piątki, soboty 3-6. Wilcza 16-14; Piekiełko - lokal nastrojowy. Najlepsze napoje, najsmaczniejsze zakąski i coś jeszcze. Gdzie, co, jak? Wkrótce!; Słucki pas kupię. Krucza 13-1; Rutynowana perkusistka (jazzb.) wstąpi do zespołu. Orłowo ul. Inżynierska 15; Pijawki tegoroczne, świeże na cele lecznicze. Bielska, Dmochowskiego 6. A prawdziwą rozkoszą jest język tych ogłoszeń.

Teraz już naprawdę kończę banalnym stwierdzeniem, że reportaż "1945. Wojna i pokój" Magdaleny Grzebałkowskiej to lektura jak najbardziej obowiązkowa.

Swietłana Aleksijewicz "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka"

Nie wybrałam sobie najlepszego  czasu na lekturę najnowszej książki Swietłany Aleksijewicz "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka" (Czarne 2014; przełożył Jerzy Czech). Okres świąteczny i okolice Nowego Roku to nie jest dobry moment na obcowanie z taką masą ludzkich tragedii, w jakie obfitują relacje bohaterów. Z drugiej strony czas wolny pozwolił mi przeczytać ten pokaźny tom (500 stron) w ciągu tygodnia, dzięki czemu opowieści nie rozmyły się, przeciwnie, zaatakowały mnie z całą mocą. Pewnie również dlatego ta książka zrobiła na mnie wielkie wrażenie, chociaż przecież nie było tam chyba niczego, poza drobiazgami, czego bym o Rosji wcześniej nie wiedziała. A jednak historia pokazywana przez prawdziwe ludzkie losy ma wielką siłę rażenia. Przeczytałam dwie wcześniej wydane książki Aleksijewicz, "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" i "Czarnobylską modlitwę" (na "Ostatnich świadków" dotąd nie znalazłam w sobie odwagi), i mogę śmiało napisać, że "Czasy secondhand" mają wszystkie zalety tamtych pozycji, za to nie mają ich wad. Wtedy denerwowała mnie egzaltacja autorki, silenie się na jakąś górnolotność (na szczęście tylko we wstępach, potem głos mają jej rozmówcy), miałam też po jakimś czasie wrażenie przesytu, powtarzalności. O ile pamiętam dotyczyło to szczególnie "Czarnobylskiej modlitwy", napisałam chyba, że przydałaby się większa selekcja materiału. Tym razem jest inaczej. Wstęp krótki, a historie tak różnorodne i tak niesamowite, że trudno się od nich oderwać. Czytając, miałam wrażenie, że niemal każda mogłaby się stać kanwą powieści lub filmu. Kiedyś w radiowej audycji na temat zbrodni katyńskiej jakiś znawca Rosji, nie pamiętam kto, powiedział, że na Rosjanach liczba zamordowanych w Katyniu, Miednoje i innych miejscach straceń polskich oficerów nie robi wrażenia, bo w łagrach i stalinowskich czystkach zginęło ich nieporównywalnie więcej. Kiedy czyta się "Czasy secondhand", widać to jak na dłoni. Bezmiar nieszczęścia, tragedii, nieprawości, bestialstwa, okrucieństwa był ogromny. Ale wbrew temu, co się może wydawać na podstawie tego, co dotąd napisałam, nie jest to opowieść o Rosji stalinowskiej.

Książka dzieli się na dwie części. Pierwsza, "Pociecha w Apokalipsie", to materiał zebrany przez autorkę w latach 1991-2001, drugą, "Uroki pustki", stanowią relacje z lat 2002-2012. Każda zaczyna się rozdziałem zatytułowanym "Z gwaru ulicznego i kuchennych rozmów", w którym autorka oddaje głos, często anonimowym, ludziom z ulicznego tłumu albo rozmawiającym przy kuchennym stole. To najczęściej krótkie wypowiedzi na te same tematy. Potem następuje dziesięć dłuższych rozdziałów, a więc w sumie jest ich dwadzieścia. W każdym poznajemy historię człowieka znanego z imienia, nazwiska, zawodu i wieku. Bywa, że bohater którejś z nich już nie żyje, a opowiada o nim ktoś inny. I to te historie robią największe wrażenie.

Punktem odniesienia dla bohaterów książki Aleksijewicz są czasy pierestrojki zainicjowanej przez Gorbaczowa, rok 1991, czyli dojście do władzy Jelcyna i rozpad Związku Radzieckiego. Zaczyna się najczęściej, chociaż przecież nie zawsze, podobnie. Entuzjazmem dla pierestrojki, a potem dla dojścia Jelcyna do władzy. Chyba większość rozmówców Swietłany Aleksijewicz opowiada o wielkiej nadziei i radości tamtych lat, o zachłyśnięciu się wolnością, o pożeraniu dotąd zakazanych książek, o udziale w manifestacjach i walkach. Potem jest już bardzo różnie. Jedni tęsknią za Związkiem Radzieckim a nawet za Stalinem, nie rozumieją krytyki, nie odnajdują się zupełnie w nowych czasach, z dumą przyznają, że są sowkami (pogardliwe określenie zwolenników dawnego systemu), inni są rozczarowani tym, co stało się po dojściu Jelcyna do władzy i tym, co dzieje się dzisiaj, co nie znaczy, że chcieliby powrotu ZSRR. Najmniej jest chyba takich, którym się powiodło, a jeszcze mniej tych, którzy rzeczywistość akceptują bez zastrzeżeń.

Jaki obraz czasów secondhand wyłania się z tych opowieści? Potworna bieda, bandytyzm i bezprawie  lat dziewięćdziesiątych. Skutki rozpadu Związku Radzieckiego, kiedy nagle pojawiły się granice tam, gdzie dotąd ich nie było, kiedy nagle do głosu doszły rozmaite nacjonalizmy, co zaowocowało pogardą i nienawiścią do przybyszów z republik azjatyckich i z Kaukazu, pogromami, wypędzeniami, ucieczkami, czyli kolejną w dziejach wędrówką ludów. Rozmaite kontrasty: bajecznie bogaci oligarchowie i biedne społeczeństwo, spauperyzowana inteligencja; rzeczywistość dużych miast, gdzie po latach chudych nastały tłuste, i rzeczywistość prowincji, gdzie nie zmienia się nic, a jeśli to na gorsze, gdzie wiatr historii mało kogo obchodzi. Współczesny konsumpcjonizm. Kilkakrotnie pada stwierdzenie czasy sprzedać-kupić. Wielu, nie tylko tych tęskniących za Stalinem i komunizmem, nie potrafi tego zaakceptować. Bezideowość urodzonych po rozpadzie ZSRR. Nudzi ich wojenna i antykomunistyczna martyrologia, nie interesuje Sołżenicyn, Szałamow i inni zakazani niegdyś pisarze, czego starsze pokolenia nie potrafią zrozumieć. Samobójstwa i tych tęskniących za przeszłością, i tych, którym się nie powiodło. Alkohol, alkohol, alkohol i domowa przemoc, szczególnie na prowincji. Kiedy przeczytałam tę książkę, zrozumiałam, że filmowe opowieści Zwiagincewa, Łoźnicy czy innych reżyserów nie są, niestety, groteską.

Na koniec króciuteńko wymienię relacje, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Opowieści o uciekinierach, wypędzonych i tych, co wyjechali za pracą. To historie: Romea i Julii z Baku, czyli Azera i Ormianki z pogromami w tle; Tadżyków żyjących w piwnicach Moskwy, pogardzanych, prześladowanych, oszukiwanych, wykorzystywanych, ale i rosyjskiej rodziny, która uciekła przed prześladowaniami z którejś z azjatyckich republik. Tragizm tej grupy opowieści polega nie tylko na nieszczęściu, jakie tych ludzi spotkało i nadal spotyka, ale i na ogromnej tęsknocie za miejscem, do którego nie mają najczęściej powrotu. Historia kobiety urodzonej w łagrze (to nie był odosobniony przypadek). Historia matki i córki, którym gangsterzy podstępem odebrali mieszkanie, bo nie miały na łapówkę dla lekarki, która bez pieniędzy nie wydała świadectwa zgonu zmarłej babci (!) i nie można było jej pochować (!). Zupełnie odjechana opowieść kobiety, której w młodości przyśniła się miłość życia, a po latach odnalazła ją (tę miłość) w nieznanym więźniu i rzuciła dla niego wszystko. I wreszcie historia odwołanego ślubu, czyli cyniczne i makabryczne zwierzenia człowieka wykonującego masowe wyroki śmierci w latach wielkiej czystki (z trudem przez nią przebrnęłam). A to przecież nie wszystko.

Kiedy czyta się książkę Swietlany Aleksijewicz, trudno oprzeć się może irracjonalnemu wrażeniu, że Rosja to kraj kompletnie odmienny (?), dziwny(?), absurdalny(?), nierzeczywisty(?) (nie umiem znaleźć właściwego słowa). No i skąpany w morzu krwi i nieszczęść. Żeby próbować, tylko próbować, zrozumieć, trzeba koniecznie przeczytać "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka". Lektura fascynująca, chociaż straszna.

Peter Hessler "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach"

Po przeczytaniu znakomitej książki Liao Yiwu "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych" nabrałam ochoty na kolejne opowieści o Chinach. Szybko nadarzyła się okazja. Chociaż w moim pięknie oprawionym zeszycie, w którym między innymi mam długą listę książek wartych przeczytania, zapisałam sobie kiedyś kilka tytułów wydanych już jakiś czas temu, to sięgnęłam po nowość: reportaż Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach" (Czarne 2013; przełożył Jakub Jedliński). Kupiłam przed wakacjami, miałam wielka ochotę przeczytać natychmiast, ale przed podróżą już nie zdążyłam, ponieważ książka jest naprawdę pokaźnych rozmiarów. Hessler, amerykański dziennikarz i pisarz, mieszkał w Chinach przez wiele lat. W 2001 roku postanowił zdobyć chińskie prawo jazdy, aby zacząć podróżować po kraju i dokumentować przemiany, jakie w nim zachodzą. Kiedy zaczynał swoją przygodę, motoryzacja dopiero raczkowała. Niewielu Chińczyków posiadało prawo jazdy, niewielu miało własne samochody, a i sieć dróg pozostawiała wiele do życzenia. Dlatego początkowo podróżował sobie Hessler wypożyczonym samochodem po drogach, a jeszcze częściej po bezdrożach, z rzadka tylko spotykając jakieś inne pojazdy. Jako cudzoziemiec, a tym bardziej cudzoziemiec za kierownicą, budził spore zdumienie i zainteresowanie. Szczególnie, że na początek wybrał sobie tereny raczej odludne: peregrynował na wschód od Pekinu, zahaczając aż o Mongolię Wewnętrzną (łatwo zgadnąć, skąd taka nazwa), a wszystko po to, aby szukać śladów Wielkiego Muru. Bywało, że błądził, a samochód zakopywał się w piaskach. Chociaż samochody, motoryzacyjne perypetie, tytułowe drogi i bezdroża, a z czasem nowe autostrady stale są obecne w książce, to jednak tytuł jest nieco mylący. Książka składa się z trzech części: Mur, Wieś, Fabryka i tylko pierwsza z nich w ścisłym znaczeniu tego słowa traktuje o podróży. Druga jest opowieścią o tym, jak autor razem ze swą przyjaciółką postanawia wynająć na chińskiej wsi dom i przyjeżdżać tam na weekendy, rzecz w tamtym czasie (rok 2002) w Chinach zupełnie egzotyczna. Przez całe lata, aż do powrotu do Stanów, co nastąpiło w roku 2007, Hessler przygląda się i dokumentuje, jak zmienia się chińska wieś. Na laboratorium wybrał sobie  położoną na północ od Pekinu w górach Jundu, zapomnianą przez wszystkich, opuszczoną przez młodych wioskę Sancha. Wreszcie część trzecia to, jak łatwo się domyślić, opowieść o fabryce. Tym razem amerykański reporter penetruje południe Chin. Region, gdzie wraz z budową nowych dróg w okolicznych miastach władza tworzy specjalne strefy ekonomiczne, w których z niczego w błyskawicznym tempie powstają nowe fabryki. Przez lata autor przygląda się jednej z nich, fabryce w mieście Lishui produkującej, uwaga, uwaga, tylko dwa przedmioty: kółka do biustonoszy i druty usztywniające tę część damskiej garderoby. Towarzyszy jej od narodzin do czasu, kiedy właściciele postanawiają przenieść ją w inne miejsce.

Książka Hesslera to bardzo ciekawa opowieść o współczesnych Chinach i ich mieszkańcach. Autor zatrzymał w kadrze swoich reportaży gwałtowne procesy, które przeorały chińską rzeczywistość, zmieniły ludzi i obyczaje. Bo jasne jest, że nie da się opowiadać o kraju, nie mówiąc o ludziach. W pierwszej części są to spotykani na drogach autostopowicze głaszczący niewidzialne psy (w taki obrazowy sposób Hessler wyjaśnia, jakim gestem w Chinach zatrzymuje się samochody; to jedna z miliona różnic dzieląca Chińczyków i mieszkańców Europy czy Ameryki). Łapią okazję, aby dostać się z okolicznych miast, do których wyjechali w poszukiwaniu pracy, do swej rodzinnej wioski, gdzie zostawili rodziców, a nierzadko dzieci. Korzystają z autostopu, bo komunikacja zbiorowa marna. Rozmawia też z kierowcami ciężarówek, mieszkańcami małych miasteczek prowadzącymi z powodzeniem lub bez swoje małe biznesy, starcami, którzy pozostali w opuszczonych przez młodych wsiach, pasjonatami historii Wielkiego Muru i wielu, wielu innymi. Druga część to spotkanie z mieszkańcami Sanchy, górskiej wioski, gdzie pisarz wynajął dom. Przede wszystkim historia jednej rodziny, z która stała mu się bardzo bliska. Hessler opowiada o Wei Ziqi, jego żonie i synku. Jak przez mikroskop przygląda się swojemu rówieśnikowi, który jako jeden z nielicznych trzydziestolatków został we wsi i stale wierzył w swoją szansę właśnie tu, a nie w mieście, którego nie lubił. Dzięki przemianom obyczajów związanym z gwałtownym rozwojem motoryzacji (chińska klasa średnia zaczęła robić prawo jazdy, aby podróżować kupowanymi samochodami i spędzać weekendy na łonie przyrody) taką szansę otrzymał i wykorzystał. Ale to nie tylko optymistyczna opowieść o człowieku, który spełnił swoje marzenia. Hessler pokazuje też negatywny wpływ zachodzących zmian na życie Wei Ziqi i jego rodziny. Oczywiście to nie jedyni bohaterowie tej części. Autor przygląda się całej wiejskiej społeczności, międzyludzkim relacjom, wzajemnym powiązaniom, zależnościom, zawiściom, przyjaźniom czy niechęciom. Nie tylko jego przyjaciel, ale cała, niegdyś skazana na wymarcie, wieś dzięki swojemu położeniu zyskała drugą szansę. Jednak zmiany, jakie w szybkim tempie zachodzą, jak to bywa, mają też koszty. I wreszcie w trzeciej części Hessler opowiada o swoich spotkaniach z ludźmi zamieszkującymi specjalne strefy ekonomiczne: właścicielami powstających fabryk, pracującymi w nich majstrami i robotnikami, właścicielami drobnych biznesów (straganów, sklepików, restauracji), robotnikami równającymi góry pod budowę nowych dróg i wieloma innymi. To chyba najciekawszy rozdział książki. Pokazuje, w jakim tempie powstaje coś z niczego (dosłownie): dzielnica, fabryka, miasto, autostrada. Hessler objaśnia ekonomiczne i społeczne mechanizmy, które to umożliwiają. Na mnie największe wrażenie zrobiła niezwykła energia ludzi, najczęściej pochodzących ze wsi, bez wykształcenia, którzy stopniowo dzięki optymizmowi, niezwykłej wytrwałości i cierpliwości, zaczynając od pracy za grosze, pną się w społecznej hierarchii. Najwytrwalsi, najzdolniejsi i ci, którym najbardziej szczęście sprzyja, zostają właścicielami fabryk. Migracja nie tylko ze wsi do miast, ale po prostu z miejsca na miejsce, to dla nich rzecz całkiem zwyczajna. A jeśli się nie powiedzie, jeśli zbankrutują? Cóż, nie rwą włosów z głowy, przyjmują to ze stoickim spokojem i bywa, zaczynają od nowa. Takie cechy można podziwiać. Ale ci sami ludzie kierują się w swoim pędzie do celu niekoniecznie tylko tym, co szlachetne. Są cyniczni, bezwzględni, nielojalni, podstępni i nie widzą w tym nic złego. To dla nich normalny sposób postępowania w biznesie. Ale robią to na swój odrębny, chiński sposób. Jest w tym cynizmie, bezwzględności, nielojalności coś innego niż u nas. To różnica subtelna, niemal nieuchwytna, na pewno nieobjaśnialna. Aby zrozumieć, trzeba książkę przeczytać. Hessler jest zafascynowany rozwojem, tym tworzeniem czegoś z niczego. Zastanawia się, jak to możliwe, że to wszystko działa właśnie tak: coś z niczego stwarzają ludzie bez wykształcenia, w pośpiechu i często na wariackich papierach, w sposób dla  Europejczyków czy Amerykanów zupełnie niezrozumiały. Ale pokazuje też niebezpieczeństwa takiej drogi: chińska gospodarka najczęściej dostarcza tylko elementy do większej całości, owe kółka do biustonoszy, albo produkuje tandetę. Bez innowacyjności i kreatywności dalszy szybki rozwój nie będzie możliwy. Jest też w tej trzeciej, najciekawszej części książki, wiele informacji działających na wyobraźnię, ot na przykład taka, że w jednym z miast tego regionu w kilku fabrykach produkuje się siedemdziesiąt procent wszystkich zapalniczek na świecie (!), z innego pochodzi jedna trzecia światowej produkcji skarpetek (!). A w specjalnie stworzonej artystycznej wiosce malarze masowo produkują na przykład widoki Wenecji, którymi potem w europejskich miastach handluje się w sklepach z pamiątkami. Pewnie w taki sam sposób powstają inne nikomu niepotrzebne, wątpliwej urody przedmioty, jakie można dostać wszędzie tam, gdzie są turyści. Na przykład sprzedawane na chodnikach przez uciekinierów z Afryki obrzydliwe, kolorowe gluty, które ciśnięte o ziemię najpierw rozpłaszczają się, a potem przyklejają do podłoża. Dlaczego ludzie są zmuszeni w tak bezsensowny sposób zarabiać na życie? Dlaczego nie mogą sprzedawać czegoś użytecznego i ładnego? Jak to działa? Kto to kupuje? Zawsze się nad tym zastanawiam, obserwując takie sceny. No ale odbiegłam od tematu.

Czas już kończyć, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dodała jeszcze, że książka Petera Hesslera to naprawdę niezwykle ciekawa opowieść o błyskawicznie rozwijającym się kraju, tak bardzo kulturowo różnym od tego, co znają Europejczycy czy Amerykanie. Mnóstwo tu ciekawych informacji, począwszy od chińskiej historii, przez Wielki Mur (autor obala mity na jego temat i wyjaśnia, czym tak naprawdę był i jak wygląda; dla mnie wiadomości całkowicie nowe) po opowieści o tym, jak wyglądają chińskie kursy prawa jazdy czy jak jeżdżą chińscy kierowcy. Widoczny na zdjęciu znajdującym się na okładce wycięty z kartonu policjant, który stoi przy drodze, to też jedna z takich pasjonujących osobliwości. A przecież to nie wszystko. Właściwie miałam nieco poutyskiwać na nużący mnie zalew informacji motoryzacyjnych najobficiej występujący w pierwszej części (Nic mnie tak nie nudzi jak motoryzacja! Jedyna audycja, jakiej nie jestem w stanie wysłuchać w moim ulubionym radiu, dotyczy  motoryzacji właśnie.), ale w końcu postanowiłam to autorowi wybaczyć.

Trzeba oczywiście mieć świadomość, że w swoim reportażu Hessler prawie zupełnie pomija problem łamania praw człowieka. Nie o tym jest ta książka. Czytając ją, do czego namawiam, i podziwiając chiński skok gospodarczy, pamiętajmy jednak, że Chiny mają swoje bardzo ciemne oblicze. Aby je poznać, warto sięgnąć do książki Liao Yiwu, od której zaczęłam tę opowieść (i oczywiście do innych, których nie znam).

"80 dni". Hiszpański film, którego nie wolno przegapić!

Seria filmów o kobietach trwa. Ale hiszpańskie "80 dni" różni się od tych trzech, o których pisałam ostatnio, a to dlatego, że bohaterkami są kobiety po sześćdziesiątce, jedna jest może nawet trochę starsza. To, co łączy ten obraz z poprzednimi, jest obserwacja, podglądanie codzienności. Znowu kino spod znaku Mike'a Leigh. Kto nie boi się na ekranie starości, kto lubi zmierzyć się z poważną tematyką, powinien "80 dni" zobaczyć koniecznie. Film jest świetnie zrobiony, ogląda się go znakomicie. Mamy tu zadumę, melancholię, studium bohaterów, dylemat moralny i obyczajowy, sceny komiczne, filmowe qui pro quo niczym w komedii omyłek i sporo obyczajowych obserwacji. Na koniec krótkie, aby nie odbierać przyjemności oglądania, wprowadzenie w temat. W sali szpitalnej przy łóżkach dwóch mężczyzn pogrążonych w śpiączce spotykają się Axun i Maite. Jedna przychodzi do brata, druga do zięcia, którego nikt oprócz niej nie odwiedza. Różni je wszystko: wykształcenie, podejście do życia, miejsce zamieszkania. Przypadkowe spotkanie, które, jak łatwo się domyślić, będzie brzemienne w konsekwencje. Jakie? Oczywiście nie zdradzę. Naprawdę polecam. Film, który trzeba zobaczyć! A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Jak napisałam we wstępie, różni je wszystko. Maite to nie tylko wykształcona mieszkanka sporego miasta (chyba San Sebastian), ale i nauczycielka w konserwatorium. Może tak bliski związek z muzyką, jej artystyczna wrażliwość powodują, że ma swobodny stosunek do rzeczywistości. Dla niej słowo starość nie ma praktycznego znaczenia. W środku wciąż jest tą samą osobą sprzed lat i, jak mówi, starość wcale nie sprawia, że nie popełniamy tych samych błędów (zabawnie ograna powracająca dwukrotnie scena z filiżanką). Jest spontaniczna, lekko szalona (urodziny, które organizuje pogrążonemu w śpiączce bratu), dość bezpośrednia, a przede wszystkim świadoma siebie i pogodzona ze sobą. Bo Maite jest lesbijką, z czym specjalnie się nie kryje. Wie o tym jej przyjaciel Julian, który być może się w niej podkochuje, rozmawia o swoich skłonnościach swobodnie z Garazi, młodą bratanicą Axun. Jak powie Garazi: "Nigdy nie spotkałam lesbijki w twoim wieku." (cytat z pamięci). Przemiany obyczajowe to jeden z problemów, jaki porusza ten film. To, co nie dziwi i nie szokuje młodej dziewczyny, nie jest takie łatwe dla starej kobiety. Axun powie: "Wiem, że to teraz modne." (cytat z pamięci). Co innego jednak przyjąć do wiadomości, zaakceptować odmienność przyjaciółki, a co innego uświadomić sobie i pogodzić się z własną odmiennością i to odkrytą w takim wieku! To nie czas na zmiany! Czy rzeczywiście?

Dla Maite każdy wiek jest dobry na miłość i na nowe rozdanie, ale dla Axun nie. To kobieta prosta, niewykształcona, całe życie spędziła na wsi. Jej świat to dom, kuchnia, mąż, córka mieszkająca w Kalifornii, praca w polu, kościół, wypady do pobliskiego miasteczka na spotkania z przyjaciółkami takimi samymi jak ona. Kiedy Maite, siedząc przy łóżku chorego brata, robi młodzieżowe kolczyki, Axun wyszywa krzyżykami ohydną makatkę z portretem swoim i męża, którą chce uszczęśliwić córkę. Dla niej problem stanowi zrobienie przelewu bankowego, oszczędności trzyma w przysłowiowej skarpecie i to jeszcze w pesetach! Pod wpływem nowoczesnej przyjaciółki zacznie się zmieniać, a może lepiej byłoby powiedzieć emancypować. Założy te symboliczne młodzieżowe kolczyki, pójdzie z Maite do kina, popłynie na wyspę, przejmie jej poglądy i będzie dzielić się nimi ze swoimi przyjaciółkami. Coraz więcej czasu zacznie spędzać w mieście, zaniedbując męża. Ale to wszystko nie jest dla niej wcale takie proste. Pewnie dlatego kręci jak nastolatka, nie mówiąc mężowi prawdy, wymyślając fałszywe usprawiedliwienia. Wie, że jej mąż nie zrozumie nowego trybu życia. Uzna go za fanaberię i ekstrawagancję. On czeka na kolację, którą zrobi i poda mu ona. Zupełnie nie radzi sobie sam, od lat przyzwyczajony do obsługi. I mimo że niewiele mają sobie do powiedzenia poza wymianą komunikatów o codziennych sprawach, ważna jest sama obecność. Pewnie dlatego Axun coraz bardziej brnie w kłamstwa, doprowadzając tym do nieoczekiwanego nieporozumienia, owego komediowego (na ekranie, nie w życiu) qui pro quo. Ten wątek jest zresztą jeszcze jednym atutem filmu. Psychologiczne studium starego mężczyzny, któremu nagle świat wywraca się do góry nogami. Juan Mari początkowo jest tylko niezadowolony z postępowania żony: jej odwiedzin w szpitalu, późnych powrotów, zaniedbywania obowiązków, potem zaczyna coś podejrzewać. Odkrywa kłamstwa i samowolę (wysłanie pieniędzy córce). Jest zły, zaniepokojony, ale długo milczy. Boi się prawdy, opuszczenia. Może ma nadzieję, że wszystko minie, ale może po prostu nie wie, co zrobić. Kiedy wreszcie wybuchnie, a obrażona Axun stanie się nieobliczalna, przerazi się ewentualnych konsekwencji i powie żonie, że jej wybacza. Pokonany przyzna się bezradnie, że nie umiałby bez niej żyć. Nieważne czy to miłość, czy tylko przywiązanie. Tak po prostu jest. To wzruszająca i przejmująca scena. Juan Mari nigdy nie pozna prawdy. Nie dowie się, że powinien być zazdrosny nie o Bogu ducha winnego Juliana, ale o kobietę.

Ale wróćmy do Axun. O ile nowy tryb życia, chociaż okupiony wyrzutami sumienia, jest jeszcze w stanie zaakceptować, o tyle nie umie poradzić sobie z rodzącym się zainteresowaniem przyjaciółką, a wreszcie uczuciem do niej. To ją przerasta, boi się. Odkrycie własnej odmienności jest dla niej bardzo trudne. Nie śpi, ucieka, broni się, wybucha gniewem. Pewnej granicy przekroczyć nie potrafi. Ta jej duchowa rozterka, lęk, krok zrobiony do przodu, aby natychmiast się wycofać, są znakomicie pokazane i znakomicie zagrane. Zresztą dla Axun to problem podwójny. Chodzi nie tylko o miłość do kobiety, chociaż przede wszystkim o to, ale i o rodzaj mezaliansu. Prosta wiejska kobieta nie pasuje do świata Maite. Pół biedy, kiedy spędzają czas same, gorzej, kiedy trzeba wyjść. Axun wstydzi się wejść na koncert, nie potrafi się odnaleźć w tym miejskim świecie ludzi wykształconych, artystów. Jej świat to wieś, małe miasteczko. Jeśli muzyka, to w kościele albo na potańcówce. Co właściwie powinna zrobić Axun? Czy ma jakiś wybór? Czy wolno jej odejść od starego męża, z którym spędziła całe życie? Czy może go teraz zostawić? Zdecydować się na podwójne życie? Spotykać się z Maite, udając, że to tylko przyjaźń? Pewnie nie byłoby to niemożliwe. Ale przecież Maite nie kryje się ze swoimi skłonnościami, więc jest prawdopodobne, że charakter ich związku szybko wyszedłby na jaw. Sytuacja wydaje się być bez wyjścia. Kiedy przychodzi czas podjęcia decyzji, Axun bez wahania zostaje z mężem, opłakując jednocześnie rozstanie z przyjaciółką, z czego oczywiście nikt nie zdaje sobie sprawy. Może tylko Garazi domyśla się dramatu, jaki się rozgrywa. Myślę, że sytuacja nie byłaby wcale prostsza, gdyby Axun zakochała się w mężczyźnie. W tym sensie jest to film uniwersalny, nie tylko o miłości lesbijskiej. Odwieczny dylemat: iść za głosem serca czy pozostać wiernym przysiędze małżeńskiej, tu zostaje zwielokrotniony. Bo czy można porzucić starego mężczyznę, z którym spędziło się całe życie? Czy on będzie w stanie poukładać sobie wszystko na nowo, czy podźwignie się jakoś?

To najważniejsze problemy poruszone w filmie, ale nie jedyne. Mamy tu jeszcze równie interesujący wątek matki i dorosłej córki, ich wzajemnych stosunków, niezrozumienia, niecierpliwości (córka) i tęsknoty (matka). Także problem etyczny: kto ma się opiekować pogrążonym w śpiączce mężem? Czy można tego wymagać od żony, z którą od dawna jest w separacji i którą, jak twierdzi ona, krzywdził? 

A na dodatek piękne górskie i nadmorskie krajobrazy północnej Hiszpanii, chyba Kraju Basków, humor i dowcip, znakomite aktorstwo. Naprawdę świetny film o ważnych problemach. I wcale nie dziwi mnie, że kino o tak pokazanej starości powstało w Hiszpanii. Kto tam był, pewnie zauważył sceny jakby żywcem wyjęte z tego filmu. Eleganckie starsze panie, często bardzo starsze, przesiadujące w kawiarniach albo na nagrzanych słońcem murkach w centralnych punktach miast (to samo dotyczy panów). Tam starzy ludzie nie siedzą zamknięci w domach. Wychodzą do świata. Nikogo nie dziwi widok wnuczki czy wnuka spędzających czas z babcią czy dziadkiem w kawiarni. Normalna jest knajpa, w której pełno młodych i starych, i nikt nie czuje się z tym źle. Widziałam wiele podobnych scen, jakich u nas się niestety nie widuje. I tymi  obyczajowymi spostrzeżeniami zakończę.  

Popularne posty