Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolumbia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolumbia. Pokaż wszystkie posty

Gabriel García Márquez "Miłość w czasach zarazy"

Od kilku lat literatura latynoamerykańska pozostaje w kręgu moich

zainteresowań. Pilnie śledzę nowości, wiele z nich kupuję i czytam, czemu co jakiś czas daję świadectwo tutaj. Z klasyką gorzej - właściwie znam tylko nieodżałowanego Mario Vargasa Llosę, którego wielbię od dawna i co jakiś czas sięgam po coś, czego jeszcze nie znam. Właśnie czeka na mnie "Zielony dom" wypożyczony z biblioteki. Kilka innych pozycji z latynoamerykańskiej klasyki umieściłam na liście do wypożyczenia. Od kilku miesięcy brak jednego nazwiska  zaczęłam odczuwać szczególnie - to Gabriel García Márquez. Dlaczego? Dobrze, napiszę to - latem byłam w Kolumbii i aż się sama sobie dziwię, że w tę podróż nie wzięłam sobie żadnej z książek pisarza. Zawsze, kiedy gdzieś wyjeżdżam, a bez czytnika nie ruszam się nigdzie, staram się czytać literaturę kraju, w którym jestem. Jeśli się nie da, to przynajmniej z regionu. Podróżując po Kolumbii, czytałam Claudię Piñeiro, "Czas much" i "Katedry", zamiast sięgnąć po wybór, który sam się narzucał, czyli coś Gabriela Garcíi Márqueza. Dlaczego? Bo kiedyś, dawno temu, odpadłam od "Stu lat samotności"! Tak, tak! No ale kiedy w Cartagenie odwiedziłam grób pisarza znajdujący się na tamtejszym uniwersytecie i zobaczyłam, oczywiście tylko z zewnątrz, jego dom i podekscytowana obfotografowałam to wszystko, pomyślałam, że po powrocie muszę wrócić do najbardziej znanego kolumbijskiego autora. Bałam się jednak sięgać po "Sto lat samotności", obiecuję, kiedyś spróbuję jeszcze raz, więc na początek wybrałam sobie dwie inne bardzo znane książki "Kronikę zapowiedzianej śmierci" i właśnie "Miłość w czasach zarazy" (Muza 2017; przełożył Carlos Marrodán Casas).

To opowieść o niespełnionej miłości, która po kilkudziesięciu latach znajduje wreszcie swoje spełnienie. Tu niczego nie zdradzam, bo po pierwsze taką informację znaleźć można w opisie wydawcy, a po drugie to przecież klasyka literatury. 

Młodziutka Fermina Daza, córka bogatego, acz szemranego, kupca, zakochuje się z wzajemnością w starszym od niej o kilka lat bękarcie i niespełnionym poecie, Florentino Arizie, synu kutej na cztery nogi właścicielki sklepu. To miłość romantyczna, wyrażająca się w listach, spojrzeniach, pieśniach śpiewanych pod domem ukochanej. Miłość, która przetrwała próbę zgotowaną Ferminie przez ojca nieakceptującego jej wybranka, ale która potem rozprysła się nagle i nieoczekiwanie. Ona wyszła za mąż z rozsądku za bogatego lekarza, reprezentanta znanego, starego miejscowego rodu, można powiedzieć, arystokratycznego. Tym samym spełniła marzenia swojego ojca, który miał pieniądze, ale nie miał wielkiego szacunku, bo nie wywodził się z tych dobrze urodzonych, a do wszystkiego doszedł własną pracą i sprytem, zapominając o uczciwości, jak się później okazało. To rozwarstwienie społeczne niezwiązane z pieniędzmi, a właśnie z dobrym urodzeniem, znajduje odbicie w literaturze latynoamerykańskiej. Tu przychodzi mi na myśl niedawno przeczytana powieść kolumbijskiej pisarki, Laury Restrepo, "Delirio". Tymczasem Florentino Ariza pozostał wierny swojej ukochanej. Wierny w sferze uczuciowej, bo nie w fizycznej. Rozpisana na kilkadziesiąt lat życia historia bohaterów to opowieść, niechronologiczna, o ich równoległych losach - od spotkania po spełnienie, kiedy są już ludźmi starymi. Tyle krótkiego wprowadzenia, a teraz kilka refleksji.

Zaczęło się dobrze, a może nawet bardzo dobrze, a potem było różnie. Jednym słowem uczucia mam mocno mieszane i Gabriel  García Márquez na pewno nie zajmie w moim czytelniczym sercu takiego miejsca jak Mario Vargas Llosa. 

Na początek o tym, co mnie zniechęciło. Po pierwsze nie poruszyła mnie historia miłosna, a przecież powinna. O nieszczęśliwym, niespełnionym uczuciu Florentino Ariza, który spotykając się z innymi kobietami, pozostał uczuciowo wierny Ferminie Diazie, czytałam bez emocji. Nie poczułam wzruszenia, kiedy w końcu po kilkudziesięciu latach ich miłość się spełnia. Po drugie po jakimś czasie powieść zaczęła mnie zwyczajnie nużyć. Coraz trudniej brnęło mi się przez kolejne erotyczne podboje Florentino Arizy, który kochając Ferminę, stale znajdował sobie nowe kochanki. W pewnym momencie te szczegółowe opowieści o tych kobietach, ich domach, spotkaniach po prostu nudziły. I być może już te dwa powody powinny całkowicie zdyskredytować tę powieść w moich oczach - przecież nie ma nic gorszego od książki nudnej, bo monotonnej, i po prostu letniej, takiej, co to ani grzeje, ani ziębi. Ale ...

Ale po pierwsze były jednak obszerne fragmenty, których czytanie sprawiało mi po prostu przyjemność, były też tematy, które mnie zainteresowały. A po drugie "Miłość w czasach zarazy" ma dla mnie wartość dodaną, bo, jak wspominałam na początku, w Kolumbii byłam. Dlatego czytając opisy miasta nad Morzem Karaibskim, w którym rozgrywa się akcja powieści, miałam pod powiekami obrazy pięknej Cartageny. Wracały do mnie wspomnienia i wrażenia. Czy to tam mieszkają bohaterki i bohaterowie powieści? Długo myślałam, że tak, bo to najważniejsze miasto portowe w tym rejonie, bo mieszkał tam autor, bo wreszcie w pewnym momencie pojawia się nazwa dzielnicy Getsemani, niegdyś ubogiej, dziś trochę artystycznej i bardzo turystycznej. Ale kiedy Fermina i jej mąż odbywają pierwszy lot balonem, widzą z góry opuszczoną przez mieszkańców z powodu zarazy i popadającą w ruinę Cartagenę. Wobec tego najprawdopodobniej miasto, w którym rozgrywa się większość wydarzeń, to jakieś miejsce wyobrażone wzorowane na miastach z karaibskiego wybrzeża Kolumbii. Podobną przyjemność sprawiały mi opisy kolumbijskiej przyrody - gór porośniętych selwą, przez które podróżuje Fermina ze swoim ojcem, kiedy ten wywozi ją z miasta, aby zapomniała o swym ukochanym, małych miasteczek, w których mieszkają ich krewni i gdzie na kilka lat zatrzyma się bohaterka, wreszcie rzeki Magdaleny, którą najpierw żegluje porzucony Florentino, a potem, po kilkudziesięciu latach, odbywają swoją miłosną podróż kochankowie, którzy wreszcie się zeszli. Czytając te opisy, miałam pod powiekami obrazy przepięknych kolumbijskich krajobrazów i bujnej, cudownej roślinności.

Na koniec wspomnę o trzech zagadnieniach, na które zwróciłam uwagę, bo mnie zainteresowały albo poruszyły. Jednym z nich jest opozycja miłość-małżeństwo mocno romantyczna, a przywołując tu słowo romantyczna, mam na myśli nie jego potoczne znaczenie, a epokę. Bo w tej powieści małżeństwo, nawet szczęśliwe, nie ma nic wspólnego z miłością. W końcu zawsze grzęźnie w codzienności, a kobieta, nawet bogata, staje się luksusową służącą i żyje życiem męża, w jego cieniu, będąc jego ozdobą i trofeum. A na dowód kilka cytatów.

Życie takie już było. Miłość, o ile istniała, była czymś zupełnie innym: innym życiem. 

Prawdą jest, że zamiary Juvenala Urbino nigdy nie były prezentowane w kategoriach miłosnych, i było rzeczą co najmniej dziwną, że tak zaangażowany katolik jak on ofiarowywał jej jedynie dobra doczesne: bezpieczeństwo, porządek, szczęście, liczby proste, które raz zsumowane mogły zapewne wydawać się miłością: prawie miłością. Ale nie były nią i wątpliwości te powiększały jej [Ferminy] zakłopotanie, bo sama nie była przekonana, że miłość jest rzeczywiście czymś najbardziej jej potrzebnym do życia. 

Zawsze czuła, że żyje życiem pożyczonym jej przez męża: absolutna władczyni rozległego imperium szczęścia wzniesionego przez niego i tylko dla niego. 

Nie winiła go [męża] za to, winiła życie. Ale on nieodwołalnie grał w życiu główną rolę.

Był mężem doskonałym: nigdy nie podniósł niczego z podłogi, nie gasił światła, nie zamykał drzwi. Kiedy spostrzegał w ciemnościach brak guzika przy garderobie, słyszała, jak mówił: "Człowiek powinien mieć dwie żony, jedną do miłości, a drugą do przyszywania guzików".

Druga sprawa, która mnie zainteresowała i nieco zdziwiła, bo w jakimś sensie wydaje się bardzo współczesna, bo feministyczna, to wielość bohaterek, które albo wyzwoliwszy się od męża, bo owdowiały, albo nigdy za mąż nie wyszły, czują się wolne i żyją tak, jak mają na to ochotę, czerpiąc radość ze swojej cielesności. Przyznam, że w kontekście latynoskiego maczyzmu tym bardziej mnie to zaskoczyło.

Początkowo, niczym pasożyty, żyły cieniami opustoszałych domostw, stając się zauszniczkami swych służących, kochankami swych poduszek, nie mając nic do roboty po tylu latach jałowej niewoli. (...) Ale podczas celebrowania tych mszy samotności nabierały przekonania, że ponownie są paniami swojej woli (...) Za to w kojącym rozleniwieniu samotności wdowy odkrywały, iż zachowanie uczciwości w życiu zależy wyłącznie od ciała, gdy jada się tylko wtedy, kiedy jest się głodną, kocha się bez kłamstw (...), a ciało nasyca się wreszcie, śniąc swoje własne sny (...)  

Chciała ponownie być wyłącznie sobą, odzyskać wszystko, z czego musiała rezygnować przez pół wieku pańszczyzny, która uczyniwszy ją szczęśliwą, bez wątpienia ograbiła ją zarazem, jak się okazało po śmierci męża, z najdrobniejszych śladów własnej tożsamości. 

Tyle lat minęło, od kiedy zostały napisane te słowa, a wciąż bywają bardzo aktualne. 

I wreszcie ostania sprawa, która mnie poruszyła, to końcowe partie powieści, kiedy po kilkudziesięciu latach spełnia się miłość Ferminy i Florentina, a oni są już ludźmi po siedemdziesiątce. Oboje zdają sobie sprawę z niedoskonałości swoich ciał, pisarz niczego tu nie idealizuje, a jednak powoli, na przekór niedoskonałej, starczej fizyczności zbliżają się do siebie. Ludzkie to i piękne.

Mimo wątpliwości to nie koniec mojego spotkania z twórczością Gabriela Garcíi Márqueza.  

Pilar Quintana "Otchłanie"

Powieść Pilar Quintany "Otchłanie" (Mova 2023; przełożyła Iwona

Michałowska-Gabrych) to druga książka z kobiecej serii kolumbijskiej, kobiecej to znaczy pisanej przez pisarki, co nie znaczy, że tylko dla kobiet. A wszystko zaczęło się od podcastu pewnej szacownej uczelni, w którym rozmawiano o twórczości trzech kolumbijskich autorek. A że zawsze strzygę uszami na hasło literatura latynoska, więc zapisałam sobie ich nazwiska, zobaczyłam, co w Polsce wyszło i co mnie interesuje, no i sukcesywnie czytam. Kilka miesięcy temu pisałam o "Delirio" Laury Restrepo, dziś o powieści Pilar Quintany.

"Otchłanie" połknęłam w dwa dni, a gdybym miała czas, to wystarczyłby jeden. Ponieważ czytałam wersję papierową,  chciałam podkreślić, że książka została bardzo przyjaźnie wydana - normalny druk, a nie taki, że bez lupy nie podchodź, spory margines i interlinia. Piszę o tym, bo niestety, odkąd znowu za sprawą biblioteki sięgam po papier, mam wrażenie, że dzisiaj nie jest to standardem. Wydawcy oszczędzają, co rozumiem, więc najczęściej druk jest mały, aby wcisnąć jak najwięcej treści w jak najmniejszą ilość stron. Ale ta przyjazna wersja to nie jedyny powód, dla którego powieść tak szybko się czyta. Po prostu jest ciekawa i w stosunkowo lekki sposób opowiada o poważnych problemach. 

Akcja toczy się w Cali w Kolumbii lat dziewięćdziesiątych. To jeszcze czas wojny domowej, ale książka nie porusza problemów politycznych. Owszem w pewnym momencie, kiedy portretowana rodzina wyjeżdża na kilkudniowe wakacje do górskiej posiadłości znajomych, mowa jest o partyzantach, którzy napadli na cysternę z mlekiem i rozdali je biednym mieszkańcom. To wersja wieśniaka opiekującego się na co dzień bogatą posiadłością, a wersja rodziców ośmioletniej Claudii, narratorki powieści, jest oczywiście inna - partyzanci są źli, a dozorca głupi. W rzeczywistości sprawa była o wiele bardziej skomplikowana - szlachetna idea z czasem zupełnie się wyrodziła i może partyzanci rozdali to mleko, ale zajmowali się też na dużą skalę handlem narkotykami, bo to dawało im pieniądze, no i oczekiwali od mieszkańców zagubionych w selwie wiosek konkretnej pomocy. Kogo interesuje dramatyczna historia Kolumbii, niech koniecznie sięgnie po bardzo dobry reportaż Macieja Wesołowskiego "Cafe Macondo. Reportaże z Kolumbii". Czytałam, ale niestety nie podzieliłam się swoimi refleksjami tutaj, bo była to jedna z zaległości wakacyjnych, której nie ogarnęłam po powrocie z podróży.

Dość dygresji, wracam do książki. Jak już wspomniałam, narratorką jest ośmioletnia Claudia, która obserwuje, bardzo wnikliwie, to, co dzieje się w jej rodzinie. Ojciec, współwłaściciel, razem z siostrą, rodzinnego biznesu - supermarketu, jest sporo starszy od matki, która nie pracuje, bo nie musi, nie ma też żadnego wykształcenia poza szkołą średnią. Dlaczego? Bo jej ojciec uznał, że kobiecie niepotrzebne są studia, wszak jej powołaniem jest wyjść za mąż i urodzić dzieci. Jeśli więc dziewczyna nie ma ojca niepodszytego patriarchatem i nie ma dość siły, aby się zbuntować, pokornie wychodzi za mąż i rodzi dzieci, chociaż niekoniecznie tego chce. Kiedyś matka Claudii, też Claudia, usłyszała, jak babcia narratorki mówi koleżance o tym, że gdyby nie musiała, nie miałaby dziecka. Od czasu gdy w miarę spokojne życie rodziny zostało zniszczone przez romans matki, dziewczynka też zastanawia się, czy była chcianym dzieckiem, czy matka ją kocha. Przecież już wcześniej jej dzień upływał na pielęgnowaniu licznych roślin rosnących w mieszkaniu i czytaniu kolorowej plotkarskiej prasy przychodzącej ze Stanów i z Europy. Po rozstaniu z kochankiem pogrąża się w depresji i tym bardziej staje się obojętna na problemy córki i na cały świat. Dziewczynka nie znajduje też oparcia w ojcu, bo ten jest pochłonięty prowadzeniem supermarketu, a poza tym to człowiek zamknięty w sobie i chłodny. Tak odbiera go córka. 

Mała Claudia rozpaczliwie pragnie uwagi matki. Zostawiona z nią sam na sam podświadomie wchodzi w rolę jej opiekunki, bojąc się, że coś sobie zrobi. Tym bardziej, że obraz śmierci nie jest jej obcy. Już przed depresją matka fascynowała się nagłymi zgonami gwiazd, o których czytała w kolorowych plotkarskich pismach, i opowiadała o nich córce. 

- Nienawidziła prowadzić auta i miała szoferów, ale tamtego dnia mimo bólu głowy uparła się usiąść za kierownicą.

- I specjalnie rzuciła się w przepaść?

Widziałam w gazetach zdjęcie samochodu na dnie urwiska.

- Nie obchodziło jej, co będzie z rodziną? 

Śmierć czyha też na ojca, który w czasie krótkich rodzinnych wakacji w tej górskiej posiadłości codziennie dojeżdża do miasta do pracy, pokonując rano i wieczorem niebezpieczną drogę prowadzącą nad przepaścią. Zresztą ten dom również położony jest nad tą samą przepaścią. Śmierć pojawia się też dosłownie w życiu Claudii i jej bliskich.

To z jednej strony opowieść o tym, że dzieciństwo, nawet w zamożnej rodzinie, nie zawsze jest szczęśliwe, bywa naznaczone lękami i samotnością. Z drugiej strony jest to historia kobiet, które niezależnie od swojej woli wpędzane są w ten sam schemat - mają być szczęśliwymi żonami i matkami. A przecież nie każda kobieta chce wejść w tę rolę. Czy dobra matka zostawia swoje dzieci? To pytanie krąży w tej powieści wyrażane czasem wprost, a częściej zawieszone nad czytelniczkami i czytelnikami. Bo matki odchodzą w tej książce na różne sposoby - umierają, przegrywają walkę z depresją, znikają, a każdy brak matki odbija się na ich dzieciach. To nie pierwsza czytana przeze mnie powieść z Ameryki Łacińskiej, która porusza problem macierzyństwa i pokazuje, że nie wszystkie kobiety chcą być matkami. O tym pisała Claudia Piñeiro w "Czasie much" i w dwóch innych powieściach wydanych w Polsce w jednej książce "Elena wie. Twoja".

Chociaż teoretycznie nie przepadam za książkami, których bohaterami są dzieci, to ostatnio kilka razy trafiały w moje ręce właśnie takie powieści i za każdym razem była to lektura satysfakcjonująca. Myślę tu o "Pływaku" Zsuzsy Bánk i "Białym królu" György'ego Dragomána. Tym razem też było podobnie.

Laura Restrepo "Delirio"

Nie pierwszy raz wspominam tutaj o moim zainteresowaniu

Ameryką Łacińską. Oczywiste jest więc, że szukam literatury z tego obszaru świata. Jakiś czas temu wysłuchałam podcastu SWPS o trzech pisarkach kolumbijskich i o tym, jak widzą swój kraj. To Laura Restrepo, Pilar Quintana i Lorens Salazar Masso. Kilka ich książek ukazało się w Polsce, niektóre wiele lat temu! Wypisałam sobie te tytuły, które mnie zainteresowały i będę chciała przeczytać. Na razie sięgnęłam po pierwszą, druga czeka na podorędziu i w najbliższym czasie zamierzam się z nią zmierzyć. A dziś będzie o "Delirio" Laury Restrepo (Amber 2005; przełożyła Ewa Morycińska-Dzius), powieści nagrodzonej jedną z istotnych nagród literackich hiszpańskiego obszaru językowego. Blurba na okładkę napisał sam Jose Saramango. Dodam jeszcze, że Laura Restrepo wśród wymienionych przeze mnie pisarek reprezentuje najstarsze pokolenie, rocznik 1950, uważana jest za jedną z najważniejszych autorek Ameryki Łacińskiej. W Polsce ukazały się cztery jej książki. 

Muszę przyznać, że niełatwo wchodzi się w tę powieść. Przyczyn jest kilka - niewyodrębnione dialogi, narracja zmieniająca się z trzecioosobowej na pierwszoosobową czasem nawet w obrębie tego samego zdania, które, kolejna trudność, bywają długie, a dodatkowo bez przecinków w wielu miejscach i nie przypuszczam, aby było to bałaganiarstwo redakcji czy korekty. Ale największym problemem jest ciągły tekst, niepodzielony na akapity w obrębie kilkustronicowych fragmentów zastępujących rozdziały. A ponieważ czytałam tę powieść w wersji papierowej, a druk był raczej mniejszy niż większy, dochodziła dodatkowa trudność. W takich przypadkach widać wyższość czytnika, niestety książka wydana została w czasach przedebookowych, a wznawiana nie była. Pozornie niezbyt wielka objętość, 214 stron, jest w tym wypadku myląca. Kiedy jednak przyzwyczaiłam się do takiego sposobu pisania, do małej czcionki trudno przywyknąć, nie mogłam się od tej powieści oderwać. 

Jest to historia bogatej rodziny Londoño i kilku powiązanych z nią osób. Takie rodziny nazywa się czasem old money, czyli starymi pieniędzmi. Ta nazwa pada kilka razy w powieści. Chodzi o rodzinę zakorzenioną, taką, która swoje bogactwo i idący za nią autorytet, szacunek, a czasem strach zdobyła dzięki swoim przodkom i rodzinnym koligacjom w odróżnieniu od wszelkiej maści nowobogackich, których majątek jest świeżej daty. To w tej powieści ważne, bo jednym z głównych bohaterów jest przyjaciel Joaco Londoño, od szkolnych czasów,  Midas McAlister, który pochodzi z biednej dzielnicy Bogoty, wychowywał się bez ojca, matka ciężko pracowała, aby go wychować i kształcić, a on do bogactwa i pozycji doszedł samodzielnie, dzięki sprytowi, pracowitości i lewym interesom. Jest właścicielem dużego klubu fitness, ale wielkie pieniądze przynosi mu współpraca z bossem narkotykowego świata, Pablo Escobarem. Dzięki jego kontaktom zarabia też kilku jego bogatych przyjaciół, także Joaco. Chociaż Midas jest ich kompanem, stale czuje się gorszy. Starannie ukrywa swoje pochodzenie.

... wy, państwo Londoño, zawsze czuliście się najlepszymi, chcę powiedzieć, że w swoim apogeum, pańscy i swobodni, w starych sukiennych spodniach, wysokich botach do jazdy na własnych koniach i noszonych z niedbałą elegancją tweedowych marynarkach lub obszernych pulowerach robionych ręcznie z wełny surowej i pachnącej, z owiec, które, podobnie jak konie, też są waszą własnością i Midas na pewno nie ma na myśli tych ciasnych swetrów robionych przez jego własną matkę z motków zielonej i szarej wełny kupowanej w sklepiku z pasmanterią na rogu; trzeba podkreślić, że jedne od drugich dzieli przepaść. (...) jeśli nie urodzisz się z tym nigdy tego nie osiągniesz.

(Interpunkcja w cytatach oryginalna.)

Symbolem, który Midas przywołuje kilka razy, jest sukienka chrzcielna, piękna, droga i, najważniejsze, dziedziczona po przodkach. Jeśli kiedyś miałby dziecko, nawet gdyby kupiłby mu do chrztu najpiękniejszą, najdroższą sukienkę, to nie będzie to ta, w której byli chrzczeni jego ojciec, dziadek, pradziadek. Dlatego ukrywa swoje pochodzenie.

Nieszczęsna moja mama, gdyby wiedziała jakie straszne kalumnie rozpowiadam o niej, tak godnej i tak się poświęcającej, w swojej czarnej sukni, wykrzywionych pantoflach, wiecznie z różańcem w dłoni i z tymi jej wędrówkami od sklepu do sklepu byle tylko znaleźć najtańszą soczewicę i ryż, moja matka pasowała idealnie do dzielnicy, w której wszyscy byli mniej więcej podobni do siebie ...

Ale czy jest czego zazdrościć rodzinie Londoño? Midas, który dzięki przyjaźni z Joaco wiele o nich wie, w gruncie rzeczy nimi pogardza. Patrzy na nich z zewnątrz i dostrzega przemoc fizyczną i psychiczną, hierarchię, patriarchalne stosunki, maczyzm, hipokryzję, nietolerancję dla wszystkiego, co według nich nie jest normą, a przede wszystkim to, że o tym, co niewygodne, się milczy. Taką taktykę stosuje Eugenia Londoño, matka Joaco i jego dwojga rodzeństwa. Problem nie istniej, dopóki nie zostanie nazwany.

... matka podejmuje temat i po chwili wycofuje się krążąc i osładzając zdania z tym jej zadziwiającym darem zatajania prawdy tak dla niej charakterystycznym, w którym Joaco także celuje bo od dzieciństwa to trenował i proste prawdy oblane lukrem dwuznaczności stają się wygodne i cywilizowane do tego stopnia że w pewnej chwili tracą sens, aż powstają wygodne wersje historyczne i kłamstwa wysokie jak góra które ich dwoje zgodnie przetwarza na autentyczne. 

Midas nazywa to Katalog Londoño Podstawowych Fałszywych Informacji.

Jakby nic się nie wydarzyło, prawda, Eugenio?, bo w pani rodzinie, Eugenio, nigdy nic się nie wydarza, chciałby powiedzieć Midas ...

... nie rzucę pani tego w twarz bo ja też umiem grać w tę grę która się nazywa Nie myślę o tym ergo to nie istnieje, albo nie mówi się o tym a zatem to się nie wydarzyło.

Kto nie chce się podporządkować tym regułom, musi odejść. Odchodzi ciotka Sofia, siostra Eugenii, ona też potrafi na nich spojrzeć z boku, odchodzi najmłodszy z rodzeństwa, Robaczek, dręczony przez ojca, bo odstaje od normy męskości, maczyzmu. Zanim odejdzie spróbuje wyjąć z serca matki, Królowej Śniegu, symboliczny lodowy kolec, aby zdjąć z niej czar. Z Baranka, Ofiary, którymi był dotąd, przedzierzgnie się w symbolicznego ojcobójcę, ale nikogo za sobą nie porwie, ojcobójstwo się nie uda, a poniósłszy klęskę i nie chcąc dalej być ofiarą, odchodzi. Eugenia pozostanie Królową Śniegu posłuszną mężowi, a potem najstarszemu synowi, Joaco, który wpisał się w ten odwieczny schemat.

W tej rodzinie jest jeszcze jedna zbuntowana osoba, Agustina, siostra Joaco i Robaczka. To ona jest główną bohaterką tej powieści. To od jej zniknięcia wszystko się zaczyna. Jest żoną Aguilara, starszego od niej, lewicującego profesora literaturoznawstwa, który jakiś czas temu w wyniku strajków stracił pracę na uniwersytecie i zarabia jako akwizytor karmy dla psów. Dla Agustiny porzucił żonę i dzieci. Pewnego razu  kiedy wraca do domu z kilkudniowego służbowego wyjazdu, stwierdza, że zniknęła. Wkrótce zadzwoni jakiś nieznany mu mężczyzna i poprosi go, aby zabrał swoją żonę z jednego z hoteli. Co tam robiła? Z kim była? To jedna z tajemnic tej powieści. Czytelniczki i czytelnicy odkrywają prawdę stopniowo. W taki sam sposób powoli poznają historię rodziny Londoño, Midasa i Aguilara. Z puzzli składających się z fragmentów przedstawiających zdarzenia z punktu widzenia Aguilara, Midasa i Agustiny oraz z tych, które są opowieścią o jej dziadku i babci, rodzicach Eugenii i Sofii, składamy sobie całość.

Wracam do Agustiny. Jej niezgodą na rzeczywistość jest bunt, który prowadzi do szaleństwa. To tytułowe delirio. Można je traktować dosłownie - Agustina prawdopodobnie cierpi na jakąś chorobę psychiczną, którą  pewnie dziedziczy po swoim niemieckim dziadku, ojcu matki. Już jako dziewczynka odprawiała razem z bratem magiczne rytuały, które mogły być zabawą, ale mogły też zwiastować ucieczkę w jej wyimaginowany świat. Ale oczywiście aż prosi się, aby ten stan potraktować jako metaforę niezgody na zakłamaną rzeczywistość jej rodziny, a może nawet szerzej na to, co dzieje się w kraju. Bo tłem dla historii Londoñów i Midasa jest sytuacja społeczna, o tej już wspominałam, i polityczna. A wszystko sprowadza się do przemocy symbolicznej i codziennej - zamachów, porwań, rozbojów. Jeśli ktoś niewiele wie o dramatycznej i tragicznej historii Kolumbii, o wojnie domowej, która trwała w tym kraju przez pięćdziesiąt dwa lata, a zakończyła się zaledwie osiem lat temu, a i wcześniej było burzliwie, zachęcam do sięgnięcia po zbiór reportaży Macieja Wesołowskiego "Cafe Macondo". Ja przeczytałam je niedawno, była to moja, jedna z trzech, lektura podróżna, niestety nie zdążyłam o niej napisać i pewnie to już się nie uda. Kto interesuje się Ameryką Południową, powinien tę książkę poznać.

Ale można też "Delirio" potraktować jako historię wielkiej miłości. Bo takie jest uczucie Aguilara do Agustiny. Już ich pierwsze spotkanie zwiastowało burzliwą przyszłość i czytając o tym, jak przebiegało, pomyślałam sobie - chłopie, powinieneś już wtedy wziąć nogi za pas i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Ale on uległ urokowi tej ekscentrycznej dziewczyny i zakochał się bez pamięci, a potem, mimo jej niełatwego charakteru, mimo trudów życia z osobą chorą, był z nią, a kiedy dochodziła do siebie, co następowało równie nagle jak popadnięcie w to tytułowe delirio, natychmiast zapominał o wszystkich problemach oraz uciążliwościach i znowu był niebotycznie szczęśliwy.

Bardzo ciekawa, interesująco napisana, wielowarstwowa powieść.

Popularne posty