Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bracia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bracia. Pokaż wszystkie posty

Filmowe remanenty - "Między morzem a oceanem", "Opowieść o trzech siostrach"

Sezon filmowy rozwija się z rozmachem, premiera goni premierę, jest na co chodzić do kina, jest na co czekać. Tak to bywa po wakacyjnej kanikule. Dlatego w tym tygodniu obejrzałam aż dwa filmy, oba mocno niszowe - hiszpański "Między morzem a oceanem" i turecki "Opowieść o trzech siostrach". Mnie oba bardzo się podobały, ale nie mam złudzeń - nie jest to kino dla masowej widowni. Może nudzić, lojalnie uprzedzam.


Najpierw wybrałam się przedpremierowo na "Między morzem a oceanem" Isakiego Lacuesty. Zwykle na przedpremiery nie chodzę, ale tym razem skusiła mnie rozmowa po filmie z Aleksandrą Lipczak, reporterką, znawczynią Hiszpanii, autorką świetnego reportażu "Ludzie z placu Słońca" o hiszpańskim kryzysie. Nie żałowałam, rozmowa bardzo ciekawa, szkoda, że nie trwała dłużej, ale było już późno. Film zdobył wiele nagród, warto też dodać, że jest kontynuacją "Legendy o czasie" tego samego reżysera nakręconej kilka lat temu z tymi samymi aktorami- naturszczykami. Pokazuje ich dalsze losy, wykorzystuje też niektóre sceny z tamtego filmu, który w Polsce nie był niestety pokazywany. Jest to opowieść o dwóch braciach mieszkających w Andaluzji w pobliżu Kadyksu na wyspie San Fernando. Obaj są Gitanos, czyli Romami. Warto dodać, że hiszpańska kultura wiele im zawdzięcza, choćby flamenco. I chociaż Gitanos nie są tak wykluczani jak Romowie w naszej części Europy, to wiadomo, że mimo wszystko traktowani są gorzej niż Hiszpanie i bezrobocie dotyka ich znacznie mocniej. O tym między innymi opowiada film. Bracia przed laty przeżyli wielką tragedię, która bardzo naznaczyła ich życie. Szczególnie młodszego, Israela, tamta historia złamała, przetrąciła i wykoleiła. Odsiedział kilkuletni wyrok za handel narkotykami, po wyjściu z więzienia chce zacząć normalne życie, chce opiekować się swoimi trzema córeczkami, ale los rzuca mu kłody pod nogi. Brak godnej pracy to tylko jedna z nich. Starszemu z braci, Cheito, też nie wiedzie się różowo. Wstąpił do marynarki wojennej, ale aby dobrze zarobić, a powinien, bo spłaca długi, musi decydować się na długie okresy rozłąki z rodziną. Ma jedno marzenie, ale czy kiedyś się spełni? Niestety szanse na to są niewielkie. Cheito mimo swoich problemów toczy walkę o duszę brata. Film pokazuje Hiszpanię, do jakiej turysta się nie zapędza. Biedną, brzydką, pozbawioną perspektyw. A mimo to większość bohaterów tego filmu próbuje żyć godnie. Siłę i radość daje im rodzina i przyjaciele. Jednak w takich warunkach niezwykle łatwo się potknąć. Trzeba mieć silny charakter, aby nie ulec pokusie łatwego zarobku, bo alternatywą jest zbieranie złomu albo brodzenie po kolana w przybrzeżnym mule w poszukiwaniu skorupiaków. Film, chociaż jest fabułą, bardzo dużo czerpie z życia aktorów- naturszczyków. Odtwórcy ról Israela i Cheito też są braćmi, też są Gitanos, ale nie jest to opowieść jeden do jeden. Warto też wiedzieć, że "Między morzem a oceanem" formą przypomina dokument. Dużo jest tu zwyczajnych rozmów o życiu, brzmią one bardzo naturalnie. Widz ma wrażenie, jakby podsłuchiwał bohaterów. Jest w nich głębia, jaką czasem mają ludzie prości. Ten film nie zaleca się urodą, bo świat, który pokazuje, urody jest pozbawiony. Może zwyczajnie nudzić (film nie świat). Ja oglądałam z wielkim zainteresowaniem.


I "Opowieść o trzech siostrach", chyba jeszcze bardziej niszowa. Tureckie filmy na polskich ekranach zbyt często nie goszczą, ja zawsze staram się nie przegapić okazji, jeśli się pojawia. Właściwie, nieco upraszczając, można powiedzieć, że "Opowieść o trzech siostrach" to doprowadzona do ekstremum "Dzika grusza" Ceylana, którą niedawno można było zobaczyć w kinie. Oczywiście historia jest zupełnie inna, choćby dlatego, że głównymi bohaterkami są kobiety, trzy siostry, ale pewne podobieństwa da się zauważyć. Akcja toczy się na prowincji. Już bohater "Dzikiej gruszy" chciał się wyrwać ze swojego miasta. Tu mamy prowincję do potęgi - wioskę położoną wśród gór, do której prowadzi kręta, górska, nieasfaltowana droga. Zimą, kiedy spadnie śnieg, miejsce odcięte jest od świata. Za to jakie piękne krajobrazy! Znakomite zdjęcia to duży atut filmu. Z takich wiosek jak ta wszyscy młodzi wyjeżdżają. Żyje się tu ciężko, warunki są trudne, pracy nie ma, kopalnię zamknięto, nieliczni mieszkańcy hodują owce i nielegalnie kopią węgiel marnej jakości. Oba zajęcia są niebezpieczne. Kolejne podobieństwo - film jest gadany. Składa się właściwie tylko z rozmów, a że świat jest tu wyraźnie podzielony na męski i żeński, najczęściej kobiety gadają w swoim gronie, a mężczyźni w swoim. "Opowieść o trzech siostrach", mimo że realistyczna, ma wyraźny rys ni to baśni, ni to przypowieści. Może dzieje się tak dlatego, że ten świat jest tak odległy, tak zamknięty, taki za górami, za lasami. Dużo tu mroku - wiele scen rozgrywa się nocą albo w ciasnym i ciemnym wnętrzu kamiennego domu, rozjaśnia je tylko ogień ogniska albo paleniska. Atmosferę niezwykłości, tajemniczości buduje też wyrazista, mocna, nieco ckliwa, ale piękna muzyka. Mimo to film bardzo zanurzony jest w rzeczywistości. Opowiada o problemach tureckiej prowincji. Dla trzech sióstr nie ma innej drogi niż wyjazd do najbliższego miasta. Rozumie to ich ojciec, rozumiała nieżyjąca matka, która żałowała, że wzorem swoich sióstr nie opuściła wsi. Ale w mieście czyhają rozmaite pułapki, praca nie jest lekka, bo co mogą robić dziewczyny bez wykształcenia? Miasto zmienia. Najstarsza z sióstr mimo tradycyjnego stroju, jaki nosi, mocno się wyemancypowała, ma swoje zdanie, potrafi się postawić mężczyznom, potrafi nazwać swoje potrzeby, domagać się ich spełnienia. Ale czy uda jej się wyjechać do ciotki do Ankary, o czym marzy? I czy tam na pewno czeka ją lepsze życie? Dotychczasowe doświadczenia sióstr są pesymistyczne. Trudno uciec od biedy, trudno uciec od patriarchalnego świata. Nie jest to historia pogodna. Przeciwnie, bardzo mroczna. Wiele tu tragedii. Na pewno nie każdemu spodoba się "Opowieść o trzech siostrach". Powolne tempo, gadanie, gadanie, gadanie. Ja uległam mrocznej, nieco baśniowej atmosferze tego filmu, na mnie zrobił wrażenie.

Maciej Plaza "Skoruń"

Odkąd przeprosiłam się ze współczesną polską beletrystyką, trochę nadrabiam zaległości, trochę gonię za ciekawymi nowościami. Sporo ostatnio debiutów, o których głośno, ale z debiutami różnie bywa, czasem dobrze odczekać i zobaczyć, jak przejdą próbę czasu. Właściwie sama nie wiem, dlaczego ostatecznie sięgnęłam po "Skoruń" Macieja Płazy (W.A.B. 2015), który ze swoją książką trafił do finału Nike. Wprawdzie jej nie dostał, za to sukces odniósł w Gdyni, gdzie został laureatem, no i zdobył też Nagrodę Kościelskich. Debiut prawdziwie imponujący. Byłam na spotkaniu z autorem, zadziałał impuls, kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Jednym tchem. Bez reszty porwał mnie świat wykreowany na kartach powieści (?), zbioru opowiadań (?). Chyba jednak powieści, bo chociaż każdy rozdział jest zamkniętą całością, to łączą je bohaterowie i narrator, a w kolejnych historiach można znaleźć nawiązania do poprzednich.

"Skoruń" to proza prowincjonalna, wiejska. Kto lubi Myśliwskiego, pewnie da się porwać Płazie. Narratorem i głównym bohaterem jego książki jest kilkunastoletni chłopak, jedynak, mieszkaniec nadwiślańskiej wsi pełnej sadów owocowych, gdzieś w okolicach Sandomierza. Napisałam kilkunastoletni, ale pewne tropy wskazują na to, że swoje opowieści snuje już jako dorosły. Stylizowany na wiejską gwarę język co i rusz ucieka w poetyckie rejony i zachwyca urodą, kunsztem. Z drugiej strony bywa po chłopacku i wiejsku dosadny, prostacki, mięsisty. Innym razem  jednak nie przypomina języka kilkunastolatka, ucznia technikum. A i samoświadomość ma narrator często nie chłopacką, a dorosłą. Wprawdzie nie do końca rozumie swoje zachowanie, raczej pyta niż znajduje odpowiedzi, ale nastolatek nie wgłębia się w siebie tak, jak czyni to tytułowy skoruń. Opowieści nie są ułożone chronologicznie, niektóre sięgają wczesnego dzieciństwa, jak rozdział zatytułowany "Stary", który zaczyna się, kiedy bohater idzie po raz pierwszy do szkoły. Większość jednak to historie o dorastającym chłopaku. Skoruniu, takim wiejskim rozrabiace, leniu, ladaco, z którego nic dobrego pewnie nie wyrośnie, który przysparza zmartwień matce i złości porywczego ojca.

O czym są te osadzone w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku historie? Po pierwsze o wsi, o miłości do ziemi, do rzeki, do przyrody, która jest piękna, ale i bezwzględna, co należy przyjąć z pokorą. O znoju pracy w gospodarstwie, gdzie harować muszą wszyscy. Nawet małe knypcie mają swoje obowiązki - bladym świtem, jeszcze przed szkołą, trzeba zaprowadzić krowę na pastwisko, a wieczorem zagnać do domu. Kilkunastolatek pracuje już w gospodarstwie na równi z dorosłymi - przy zbiorze owoców, przy opryskach i innych zajęciach. A jak robota pilna, to ma pierwszeństwo przed szkołą. Praca bywa nudna, pod wieczór nóg się nie czuje, czasem przychodzi ochota, aby urwać się gdzieś z kumplami, ale ile jest jednocześnie zachwytu dla drzew, dla owoców, dla krowy, którą ojciec sprzedał. Dla przyrody.

Inny temat "Skorunia" to rodzina. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że drugim bohaterem jest ojciec narratora, człowiek nietuzinkowy. Inżynier, sadownik, nauczyciel zawodu w pobliskim technikum, domorosły konstruktor maszyn, które mają ulżyć w ciężkiej gospodarskiej harówie, maszyn, których zazdrości cała wieś. Wybuchowy, narwany, uparty i mroczny, skonfliktowany z bratem. Zbawca świata. A to zbawianie tylko przysparza mu kłopotów, bo niepotrzebnie miesza się w nie swoje sprawy. Te nieswoje sprawy to także konspiracyjna działalność w pobliskiej fabryce, która zaprowadziła go w stanie wojennym do więzienia. Skrywa też jakieś tajemnice z przeszłości. Syn ma do niego stosunek ambiwalentny - podziwia, ale jednocześnie irytuje go ojcowski upór. Próbuje zrozumieć, przeniknąć i buntuje się, chce wybić się na niepodległość. Bardzo ciekaw jest, co stało się zarzewiem konfliktu ojca z bratem. Ale odkryć ich tajemnicę nie jest łatwo, bo nie wiadomo, kto mówi prawdę.

Wreszcie kolejnym tematem książki jest dorastanie. Strach o ojca, który nagle zniknął. Dlaczego? Czy umarł? Co to znaczy, że umarł? Doświadczenie śmierci. Zetknięcie ze starością, która przyciąga i odpycha jednocześnie. Konieczność zmierzenia się z  wielkim poczuciem winy. Pierwsze rozczarowania i zawody. Próba zrozumienia, czym jest tęsknota i samotność. Odgrzebywanie rodzinnych tajemnic i odkrycie, że człowiek bywa bardzo skomplikowany. Bunt. Konieczność radzenia sobie z dorastającym ciałem i pierwsze erotyczne fascynacje. Krucha świadomość, że świat nie jest czarno-biały. Kłopoty z rozeznaniem się we własnych uczuciach, motywacjach, trudność zrozumienia siebie, swoich zachowań, reakcji, no i trudność zrozumienia drugiego człowieka.

Jest wreszcie w tej książce wiele niezapomnianych scen i opisów. Często trzymających w napięciu i fascynujących, chociaż tragicznych. Taka jest opowieść o wielkiej powodzi, taka jest fantasmagoryczna opowieść o niemieckich żołnierzach ścigających partyzantów. I wiele innych. Za gardło chwyta nieoczekiwane zakończenie.

Naprawdę świetna, piękna, mądra książka.

"Az do piekła"

Od czasu do czasu przypominam sobie, że kino to też rozrywka, dlatego,  jeśli tylko jest okazja, lubię obejrzeć porządny film sensacyjny albo kryminał. Dobrą komedią też nie pogardzę, ale o takie niezwykle trudno. Zachęcona znakomitymi recenzjami, przede wszystkim w Tygodniku Kulturalnym, postanowiłam zobaczyć "Aż do piekła", współczesny western, jak piszą niektórzy, albo po prostu film sensacyjny, jak chcą inni. Dodatkową zachętą była informacja, że autorem scenariusza jest Taylor Sheridan, współtwórca znakomitego "Sicario", o którym tu pisałam. 

I rzeczywiście film ma wszystkie zalety porządnego kina gatunkowego. Wyrazistych bohaterów, dwaj bracia napadający na banki i tropiąca ich para stróżów prawa, ciekawe, często dowcipne, dialogi, sensacyjną akcję, chociaż ważniejsza jest melancholijna atmosfera i relacje między bohaterami, bardzo dobre aktorstwo (szczególnie Jeff Bridges w roli odchodzącego na emeryturę policjanta i Chris Pine grający jednego z braci, Tobiego), ładne zdjęcia, które przenoszą widza w świat prowincjonalnego Teksasu. Jak wspomniałam, nie akcja, trochę przewidywalna, jest tu najważniejsza, ale to, co dzieje się między bohaterami, szczególnie rozgrywka pomiędzy stojącym na straży praworządności policjantem, a jednym z braci, który nie jest postacią jednoznaczną i mimo wszystko budzi sympatię. I to jest właśnie mój pierwszy kłopot. Chyba jednak zbyt łatwo twórcy filmu rozgrzeszają Tobiego i jego brata, wymuszając na widzu litość. Zbyt to wszystko proste, zbyt łopatologiczne. Nie ma miejsca na niuanse. Walka ze złym bankiem nie może usprawiedliwiać przemocy, a dobrymi intencjami, jak wiadomo, piekło jest wybrukowane. Mój drugi kłopot jest banalny - po tych znakomitych recenzjach spodziewałam się czegoś więcej, niż tylko świetnie zrealizowanego kina sensacyjnego. Tylko tyle?, pomyślałam po wyjściu z kina. A gdzie to coś? Gdzie och! i ach!? Ale może niepotrzebnie się czepiam, oczekując nie wiadomo czego? W końcu to tylko, czy aż, kino gatunkowe.

Konkluzja jest następująca - niby nie żałowałam, że wybrałam się do kina, ale gdybym "Aż do piekła" nie zobaczyła, nic wielkiego by się nie stało. Jak ktoś lubi takie filmy, pewnie obejrzy z przyjemnością. Ja na pewno wyżej stawiam "Sicario". 

"Barany. Islandzka opowieść"

Przez kilka ostatnich tygodni niemal nie wychodziłam z kina. Zasiadałam przed ekranem w każdy weekend, czasem nawet oglądając dwa filmy, a i tak nie nadążałam i kilka tytułów sobie darowałam. Przesyt sprawił, że na islandzki film "Barany. Islandzka opowieść", bardzo chwalony, polecany, nominowany i nagradzany, poszłam z tygodniowym opóźnieniem, na dodatek bardzo się ociągając. Wydawało mi się, że historia dwóch skonfliktowanych braci, hodowców owiec, żyjących w odizolowanej od świata dolinie niczym zaskoczyć mnie już nie może. Ileż się już podobnych historii naoglądałam. W końcu jednak uległam i przyznaję rację tym, którzy twierdzili, że to pozycja obowiązkowa. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że nie tyle jest ważne, co się opowiada, ile jak to się robi. I nie myślę tu wcale o eksperymentach formalnych, ale o emocjach. Film jest prościutki, tradycyjny, akcja toczy się niespiesznie, wiele tu ciszy, chociaż nie jest tak, że na ekranie oglądamy tylko dwóch milczących braci. Mimo tego opowieść wciąga, magnetyzuje, los bohaterów przejmuje. I, czego się nie spodziewałam, jednak kilkakrotnie zaskakuje, do samego końca. Ale uwaga! To nie jest komedia! A tak się "Barany" reklamuje. Jeśli ktoś wybierze się do kina zwabiony mylną informacją dystrybutora, oczekując ciepłej, krzepiącej historii, może srodze się rozczarować. To poważna, surowa, przejmująca, ale nie sentymentalna, opowieść o konflikcie dwóch braci, o samotności, o społeczności żyjącej w izolacji, o surowej naturze i wreszcie o miłości do baranów. A trzeba wiedzieć, że owce dla Islandczyków oznaczają bardzo wiele, to narodowe dobro i narodowa świętość. Czas w dolinie płynie wolno, niewiele się zmienia, życie jest twarde, a człowiek zdany w dużej mierze nadal na kaprysy natury. Stanowi jej część. Przyroda daje, ale i odbiera. I jeszcze jedno - wbrew przypuszczeniom krajobrazy nie powalają pięknem, są raczej surowe i majestatyczne. Nawet kiedy kamera odjeżdża, pokazując perspektywę na dolinę, to i tak ma się wrażenie klaustrofobii, zamknięcia. Naprawdę warto wybrać się na ten film. A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Zwykle, kiedy dzielę moją filmową notkę na dwie części, oznacza to, że jest o czym pisać.  Dziś nie będę się specjalnie rozwodzić, bo film, chociaż bardzo dobry, to prosty i nie daje pola do wielu rozważań, ale muszę wspomnieć o kilku sprawach, o których bez spoilerowania trudno pisać. Właściwie chciałam się odnieść do interpretacji, z jakimi się spotkałam.

Podkreśla się, że braci, którzy czterdzieści lat nie rozmawiali ze sobą, jednoczy tragedia. Utrata owiec sprawia, że pękają bariery i odwieczny konflikt idzie w niepamięć. Moim zdaniem nie do końca tak jest. Owszem, Gummi prosi o pomoc Kiddiego, a ten mu jej udziela, nawet bardzo ochoczo, ale przecież nie szukają kontaktu ze sobą z powodu samotności i nieszczęścia, które ich dotknęło. Przeciwnie. Kiddi, outsider (Warto zwrócić uwagę, że nawet w czasie świątecznego spotkania z sąsiadami siedzi samotnie pochylony nad ciastem, odwrócony plecami do towarzystwa. Gummi jednak jest inny, świętuje wspólnie.), swoją rozpacz topi w alkoholu, ma za złe bratu, że przekazał służbom weterynaryjnym informację o chorobie jego ukochanego barana, uważa, że zrobił to z zemsty. A Gummiego też nie bardzo obchodzi los brata, o ile tylko jego upór nie zagraża jemu. Próbuje coś zrobić dopiero wtedy, kiedy urzędnik uświadamia mu, że ponieważ ziemia oficjalnie należy do niego, to on będzie miał problemy, kiedy brat zgodnie z rozporządzeniem nie uprzątnie stajni. Co ich w takim razie jednoczy? Tytułowe barany! Dopiero kiedy Gummi zorientował się, że sam nie uchroni tych kilku ocalonych owiec, prosi brata o pomoc. Jest zdesperowany. A on mu jej udziela, bo to jedyna szansa, aby ocalić rasę hodowaną tu od pokoleń. Nie chodzi przecież o jakieś owce, chodzi o tę konkretną islandzką rasę. To nie chęć szukania pociechy, ukojenia rozpaczy, wypełnienia pustki, jaka pojawiła się po utracie owiec, które były istotą, ba miłością, życia hodowców, sprawia, że bracia zaczynają ze sobą rozmawiać. To troska o zwierzęta każe im działać wspólnie. Dopiero zakończenie przynosi przebudzenie uczuć. Kiedy śnieżna burza staje się śmiertelnym zagrożeniem, Kiddi nie szuka już owiec, ale za wszelką cenę ratuje brata. To piękna, metaforyczna scena, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Jak ją rozumieć, poza oczywiście rozumieniem najprostszym, dosłownym? Nadzy bracia leżą spleceni w śnieżnej jamie niczym w łonie matki? Jeden tuli drugiego, próbując podtrzymać w nim życie (a może przywrócić?). Jakby wrócili do początku. Nagość symbolizuje niewinność, którą utracili, i narodziny. Jeśli przeżyją, ich miłość narodzi się na nowo. Owce nie będą już najważniejsze. Jeśli przeżyją. Przyznam, iż tak  polubiłam bohaterów, że bardzo chciałabym dowiedzieć się, co dalej. Czy ocaleli? A owce? Takie proste pragnienie widza, ale oczywiście rozumiem racje reżysera, który w taki niejednoznaczny sposób kończy swój film. Piękna, przejmująca scena. Nie pozwala o sobie zapomnieć.

Jest jeszcze w tym filmie inna przejmująca scena, oczywiście poza tą, kiedy Gummi musi uśmiercić swoje barany. To moment, kiedy w czasie świątecznego obiadu jedna z par informuje wszystkich, że zdecydowała się opuścić dolinę. Nie ma w sobie siły, aby czekać dwa lata na owce, aby dalej zmagać się z niepewnym losem. Jest w tej scenie smutek. Smutek zmiany, smutek przemijania, smutek rozstania. Coś się nieodwołalnie kończy, dolina nie będzie już taka sama, kogoś zabraknie.

Słyszałam też głosy, że to film o ludziach, którzy mają w życiu tylko owce i kiedy ich zabrakło, nie potrafią odnaleźć się w nowej sytuacji. I tak, i nie. To prawda, że po likwidacji stada odczuwają głęboką pustkę i to niezależnie od tego, czy są samotni jak Gummi i Kiddi, czy mają rodziny. Jeden z hodowców mówi, że nie wie, co ma z sobą zrobić, że nudno. Ale przecież nie są to ludzie prymitywni. Owszem, owce to istota życia Gummiego, ale poza tym widzimy, że słucha muzyki, układa puzzle, czyta książki. I moim zdaniem, wbrew temu, co się mówi, samotność mu nie doskwiera. Jak już wspominałam, pomocy szuka dopiero wtedy, kiedy wie, że sam tych kilku ukrytych w tajemnicy przed wszystkimi owiec nie ocali.

To tyle refleksji. Miało być krótko, a wyszło jak zwykle.




"Duży zeszyt"

Z takimi filmami jak węgierski "Duży zeszyt", zwycięzca festiwalu w Karlowych Warach w 2013 i tegoroczny kandydat do Oskara, mam kłopot. Dlaczego? Bo to rzecz niszowa, nie najłatwiejsza w odbiorze a przy tym niezwykle pesymistyczna, niedająca właściwie grama nadziei. No więc jak mam namawiać na wizytę w kinie? Kogo przekonam swoją notką? Może powinnam wskazać na pewne powinowactwo z kinem Smarzowskiego? Ale jego filmy oprócz mrocznej aury i ciemnej wizji świata zalecają się do widza pewną atrakcyjnością, choćby żywą akcją. Tego w "Dużym zeszycie" nie ma. Chyba najbliżej mu do "Białej wstążki" Hanekego. Cóż, sprawa wydaje się być z góry przegrana. A jednak warto poświęcić czas temu węgierskiemu filmowi (ściśle rzecz biorąc, to koprodukcja węgiersko-niemiecko-austriacko-francuska!). Trzeba mieć jednak pełną świadomość, na co się porywamy. A jest to opowieść o wojnie, o tym, jak dewastuje człowieka. Ale też o strasznym świecie bez zasad moralnych, w którym wprawdzie wszyscy znają Biblię i dziesięć przykazań, nikt ich jednak nie przestrzega i nawet nie próbuje tego ukryć. Przecież jedno z nich mówi nie zabijaj, a ludzie zabijają. To szczere i proste wyznanie uczynione przez głównych bohaterów, kilkunastoletnich bliźniaków, brzmi wstrząsająco.

Film zaczyna się dość niewinnie. Jest jesień 44 roku, a więc wojna powoli zbliża się do końca. Miły, rodzinny wieczór w zamożnym mieszczańskim mieszkaniu. Ojciec przyjechał na przepustkę, więc wszyscy się cieszą, zwłaszcza bliźniacy. To ostatnie szczęśliwe chwile. Chłopcy zostają wysłani na wieś do babci, o której istnieniu nie mieli dotąd pojęcia. Rodzice wierzą, że tam będzie im łatwiej. Ale nie jest to wieś sielankowa. Sama babka wygląda jak wiedźma. Niemal wszyscy, których bracia spotkają mają w sobie coś demonicznego. Kiedy teraz o nich myślę, to przypominam sobie postacie z obrazów Bruegela albo naszego Dudy-Gracza. Sąsiadujące z wioską miasteczko też jest nieco oniryczne. Niby realne, ale fotografowane w taki sposób, że przypomina miejsce za górami, za lasami o baśniowej proweniencji. Ale jest to baśń niezwykle okrutna. Taki to film. Pozornie realistyczny, jednak widz szybko orientuje się, że raczej przypomina pełną symboli przypowieść o wojnie, o złym świecie i złych ludziach. Wojna pokazana została w sposób symboliczny, najprostszy. Co ze sobą niesie? Można powiedzieć, że rozmaite plagi: ból, śmierć, chłód, głód i rozstanie. A wreszcie rozbicie najbliższych więzi. Aby przetrwać, trzeba się na nie przygotować, uodpornić. Cena jest jednak straszna: moralne zwyrodnienie, atrofia uczuć. Mroczną atmosferę potęgują surowe zdjęcia utrzymane w szarej tonacji. I zwięzłe zapiski prowadzone przez chłopców w tytułowym dużym zeszycie ofiarowanym przez ojca tuż przed rozstaniem. Jeszcze bardziej przygnębiają rysunki, którymi pokrywają strony. Film nie gra na uczuciach widza, jest raczej chłodny, a mimo to, a może właśnie dlatego, przytłacza. Ponieważ więcej tu symboliki niż realizmu, nie ma sensu zadawanie pytań o motywy działań bohaterów. Nie warto pytać dlaczego, bo odpowiedzi należy szukać w warstwie symbolicznej, nie psychologicznej. Jeśli mam o coś pretensje, to o zbytnie przerysowanie. Za dużo tu grzybów w barszczu, za dużo o dwie, może trzy sceny.

Napisałam, że "Duży zeszyt" nie pozostawia nadziei. Tak rzeczywiście jest, czasem jednak w tym morzu okrucieństwa, beznadziei, moralnego upadku ktoś zachowa się po ludzku. I to jedyne światełko w mroku wojny.

Filmowe lato: "Pożądanie" i "Więzy krwi"

Mam wrażenie, że tegoroczne wakacje obfitują tylko w repertuar rozrywkowy. W poprzednich latach zawsze udawało mi się wyłowić coś ambitniejszego. W tym roku królują filmy miłosne, szeroko rozumiane sensacyjne, ewentualnie komedie. Takie też są zapowiedzi na dalszą część lata. Prawdziwy sezon ogórkowy. No chyba że nagle, niczym królik z kapelusza, wyskoczy coś innego. Nie mogę odżałować, że z powodu wakacyjnego wyjazdu przepadł mi irański film "Rękopisy nie płoną". Jak to możliwe, że w moim całkiem sporym przecież mieście, gdzie kin studyjnych jest kilka, grano go tak krótko i to tylko w jednym, moim ulubionym, kinie? Cóż, na bezrybiu i rak ryba, więc sposród filmów lekkich, łatwych i przyjemnych wybrałam dwa. Jeden romansowy, czyli francuskie "Pożądanie" z piękną Sophie Marceau oraz z Francoisem Cluzet, drugi sensacyjny, francusko-amerykańskie "Więzy krwi" z Marion Cotillard. Wyboru nie żałuję, oba bardzo dobrze się ogląda, chociaż na pewno tę stawkę w cuglach wygrywają "Więzy krwi". Możliwości, jakie daje kino sensacyjne, są po prostu większe niż te, którymi dysponuje kino spod znaku amora.

Tu o wiele trudniej wyjść poza schemat, chociaż reżyserka, scenarzystka i zarazem odtwórczyni jednej z ról, Lisa Azuelos, bardzo się stara. Ożywieniem kliszy ma być gra z widzem: czy to, co oglądamy na ekranie, jest prawdą, czy tylko fantazją jednego z bohaterów? Niczego tu nie zdradzam, bo kto widział zwiastun filmu, ten wie, że na takich zabiegach film jest oparty. A poza tym? Uwodzicielska i czarująca Sophie Marceau w roli wziętej, świeżo samotnej pisarki (ale z trojgiem dzieci), dla której żonaty mężczyzna jest tabu (cytat z pamięci), i interesujący Francois Cluzet w roli wziętego, żonatego i też dzieciatego prawnika, który w młodości się wyszumiał, a teraz docenia uroki statecznego życia rodzinnego. Wiadomo, że się spotkają, wiadomo, że zaiskrzy, pozostaje pytanie, czy złamią swoje zasady. Kto ciekaw, niech wybierze się do kina, tym bardziej, że film ma wszelkie zalety przynależne lekkiemu gatunkowi. Jest chwilami zabawny i dowcipny, po francusku lekki jak pianka i elegancki, ładny (przez ładność w takich razach rozumiem pięknych aktorów w pięknych strojach, piękne miasto, takież wnętrza, jednym słowem piękny świat, który w takiej formie nie występuje), trochę ironicznych obserwacji na temat szczęśliwego  małżeństwa z odpowiednim stażem. To tyle. Czy ktoś się wzruszy? Nie wiem, ja się nie wzruszyłam. Same zalety? Nie, aż tak dobrze nie jest. Lojalnie uprzedzam, że w końcu to wszystko zaczęło nieco nużyć a niektóre sceny zbyt ociekały uczuciowym lukrem. Poza sezonem wakacyjnym, szczególnie w okresie obfitości ciekawych premier, pewnie bym się na "Pożądanie" nie wybrała, ale w zaistniałych letnich okolicznościach nie żałuję.

A "Więzy krwi"? Tu przyczepić się nie ma do czego. Przyzwoity, a może nawet więcej, film sensacyjny. Trzy kobiety i trzech mężczyzn, zagadki, namiętności stare i nowe. Ale najważniejsi są  dwaj bracia. Ten dobry, młodszy, Frank - gliniarz, i ten zły, Chris, który właśnie wyszedł z więzienia i próbuje zacząć wszystko od nowa. Frank chce mu w tym pomóc,  a to stoi w konflikcie z jego zawodowymi obowiązkami. Co wybierze: zawodową czy rodzinną lojalność? Oczywiście wiadomo, że za braćmi wlecze się wspólna przeszłość, zadawnione urazy, niechęci, rywalizacja, kompleksy. I Chris, i Frank to postacie niejednoznaczne, szczególnie ten pierwszy raz budzi sympatię, innym razem odpycha. Rozegrane jest to ciekawie i zaskakująco. No i bardzo dobrze zagrane (Clive Owen i Billy Crudup). Film trzyma w napięciu, akcja stale skręca, wszystko jest tu z sobą misternie zaplecione, więc oglądać należy uważnie, bo drobne szczegóły okazują się ważne. Nawet pościg samochodowy się znalazł. A dodatkowym bonusem, być może dla niektórych najważniejszym, jest osadzenie akcji w latach siedemdziesiątych i wierne oddanie realiów epoki. I tu moja pretensja do dystrybutora: nie rozumiem, dlaczego polskie tłumaczenie nie szanuje tego i kilkakrotnie razi użyciem słów z językowego topu (wybacz, czytelniku tej notki, że nie podam przykładów, cóż, pamięć mnie zawiodła). To oczywiście drobiazg w morzu zalet, więc konkluzja jest jednoznaczna: "Więzy krwi" to film nie tylko na lato.

Bruce Chatwin "Na Czarnym Wzgórzu"

Tę powieść przeczytałam trochę przez przypadek. Nazwisko angielskiego pisarza znanego przede wszystkim z książek podróżniczych (najsłynniejsza to chyba "Do Patagonii") nie było mi obce, ale dotąd po niego nie sięgnęłam. "Na Czarnym Wzgórzu" (Świat Książki 2010; przełożył Paweł Lipszyc) chyba miałam gdzieś w pamięci. Piszę chyba, bo teraz już wcale nie jestem pewna, czy chodziło o tę powieść, czy może o "Utz"? Pewnie nigdy bym jej nie kupiła, wszak nie była książką pierwszej czytelniczej potrzeby, gdybym nie zobaczyła jej w księgarni o połowę przecenionej. Za taką cenę postanowiłam zaryzykować. Czy było warto? Sama nie wiem. Z jednej strony powieść należy do gatunku czytanych jednym tchem, z drugiej mam takie poczucie, że gdybym do niej nie zajrzała, nic wielkiego by się nie stało. Pewnie wkrótce o niej zapomnę. W czasie lektury nie mogłam pozbyć się refleksji, że nie jest łatwo trafić na powieść, która poruszy, przejmie, na trwałe zapisze się w pamięci, a na literackie zapychacze coraz mniejszą mam ochotę. Może dlatego znacznie chętniej sięgam po literaturę non-fiction, przyznaję, nie ja jedna. Jednak skoro przeczytałam, podzielę się swoimi spostrzeżeniami.

Akcja powieści rozgrywa się na angielskiej prowincji, ściślej pograniczu angielsko-walijskim, w ciągu mniej więcej dziewięćdziesięciu lat. Jej bohaterami są dwaj osiemdziesięcioletni bracia bliźniacy, którzy wspominają swoje życie. Najpierw jednak rodzinne fotografie wiszące od lat w takim samym porządku na ścianach kuchni sprowokują wspomnienia jeszcze wcześniejsze. Lewis i Beniamin sięgną pamięcią do swoich korzeni. Zaczną od historii dziadków, aby skupić się na ojcu, a potem na matce, kobiecie niezwykle ważnej w ich życiu. Będzie to najpierw opowieść o spotkaniu dwóch samotnych osób: jego, farmera, wdowca, i  jej, osieroconej córki miejscowego proboszcza, która dzieciństwo i młodość spędziła z ojcem w Indiach. On, farmer, człowiek prosty, niestroniący od przemocy, zacięty, ale na swój sposób dobry. Ona, kobieta oczytana, o pewnych ambicjach intelektualnych, świadomie wybiera los żony wiejskiego dzierżawcy, ku zgorszeniu otoczenia popełnia mezalians. Kim będą dzieci z takiego związku? Można powiedzieć, że przez jakiś czas toczy się pomiędzy rodzicami cicha walka o ich przyszłość: intelektualne ambicje matki kontra ograniczone tylko do uprawiania ziemi horyzonty ojca. Zwycięży ojciec. Bracia od małego zaznajamiani z pracą na farmie przylgną do niej na dobre. Do tego stopnia, że do końca życia wspominać będą swój jedyny pobyt nad morzem, który wydarzył się w dzieciństwie. Chatwin, podróżnik, najbardziej znany ze swoich książek podróżniczych, w tej powieści portretuje ludzi, którzy przez całe swoje długie życie nie wychylili nosa poza najbliższą okolicę. Światem braci jest to, co w zasięgu ręki. Farma, wzgórza, najbliższe miasteczko, sąsiedzi. Świat zewnętrzny najbrutalniej wkracza w ich życie w czasie pierwszej wojny. Początkowo za młodzi na służbę w wojsku, potem trochę z powodu ojca, zdeklarowanego pacyfisty, trochę z lęku, trochę z powodu własnych przekonań, trochę z powodu nieumiejętności przeciwstawienia się rodzicom zrobią wszystko, aby uniknąć wojny. Ceną będzie życie z piętnem hańby. Mam jednak wrażenie, że nie była to wielka trauma. Bo tak naprawdę dla braci ważna była tylko matka, farma, a przede wszystkim ich braterska, bliźniacza więź. Więź niezwykle silna i zaborcza. Z jednej strony Lewis i Beniamin są ze sobą tak mocno związani, że doskonale czują swoje cierpienie, nawet na odległość, z drugiej to wzajemne zespolenie bywa zabójcze. Lewis nie znajdzie w sobie tyle siły, aby przeciwstawić się zaborczości Beniamina i zrezygnuje z ułożenia sobie życia osobistego, czego czasem żałuje. Ale nie ma tu wielkich namiętności. Bracia potrafią pogodzić się ze swoim losem, wystarcza im życie na farmie, drobne sąsiedzkie sprawy, które urozmaicają życie. Marzenia o podróżach, o lataniu pozostaną tylko marzeniami. Zastąpią je rowerowe wyprawy po najbliższej okolicy czy zbieranie wycinków z gazet o katastrofach lotniczych. Nawet ze śmiercią ukochanej matki potrafią się pogodzić. Pozostaną im wspomnienia i życie w domu, który stworzyła, pośród pamiątek po niej. Po prostu bracia Jones to ludzie, którzy najlepiej czują się w znanym sobie świecie, wśród znanych sobie ludzi i spraw, nie lubią zmian i nowości. Wichry historii przewalają się gdzieś ponad ich głowami, o wielkiej polityce i cierpieniach milionów nie bardzo mają pojęcie. Liczy się tu i teraz, mój brat i ja. Historia bliźniaków Jones ma w sobie pewnie potencjał na coś większego, poruszającego, ale pozostaje zgrabnie opowiedzianą letnią historią. Zachwyty na okładce są zdecydowanie na wyrost. Któż by zresztą przywiązywał wagę do tego, co wydawca tam umieszcza. Wiadomo, reklama. A już zupełnie zabawnie brzmią takie słowa dziennikarza The Sunday Times:

"Pod koniec życia Sartre się zastanawiał, czemu ludzie nadal piszą powieści. Gdyby przeczytał książkę Chatwina, przekonałby się, że ten gatunek ma się świetnie."

Moim zdaniem ten przykład nie ma takiej mocy, aby Sartre na nowo uwierzył w powieść.

Nie można jednak odmówić książce Chatwina uroku. Jest to urok angielskiej literatury. Przyjemność sprawia zanurzenie się w świat prowincji. Opisy kamiennych domków, wzgórz porośniętych kolcolistem, starych domostw urządzonych na dawną modłę, ziemiańskich posiadłości, wąwozów, szczytów w chmurach, owiec pasących się na zboczach, kamiennych murków przecinających pola dają czytelnikowi sporo radości. A oprócz tego ludzie. Chociaż na pierwszym planie pozostaje rodzina Jonesów, to w powieści pojawia się też wiele innych postaci. Niektóre poznajemy dokładniej, ich historie doprowadzone są do samego końca, inne pojawiają się, aby po jednym epizodzie zniknąć. I trzeba przyznać, że są to opowieści po prostu ciekawe, niebanalne. Mnóstwo tu dziwaków, outsiderów, upartych wieśniaków, dumnych arystokratów, a ich losy nietuzinkowe, wzruszające, zabawne, tragiczne. O ile życie Lewisa i Beniamina jest dość letnie, o tyle wśród ich sąsiadów aż gęsto od namiętności. Nienawiść, zazdrość, niespełnione uczucia, miłość, wyrachowanie, zemsta. Czy to jednak wystarczy, abym mogła napisać, że po powieść Chatwina trzeba sięgnąć obowiązkowo? Nie, tym razem nie będę tak kategoryczna. Jeśli ktoś lubi taką literaturę, pewnie przeczyta "Na Czarnym Wzgórzu" z przyjemnością, ale doprawdy dziury w niebie nie będzie, jeśli powieść sobie darujemy. Kiedy za jakiś czas znowu będę przewietrzała mój księgozbiór,  rozstanę się z nią bez żalu. Niech zrobi na półce miejsce swoim znacznie lepszym siostrom, które na zawsze zapadają w moją czytelniczą pamięć i duszę. I taką, mocno egzaltowaną, deklaracją zakończę dzisiejsze refleksje.

"Dziewczyna z szafy"

Film Bodo Koxa "Dziewczyna z szafy" wszedł do kin opromieniony sławą i obsypany nagrodami (między innymi na festiwalu w Koszalinie). Reżyser, dotąd pracujący w offie (nie będę udawała, że znam jego wcześniejsze dokonania), został okrzyknięty nadzieją polskiego kina, jego film uznano za niezwykle świeży, a jakby tego jeszcze było mało, rozpływano się nad rolą Wojciecha Mecwaldowskiego i debiutującej Magdaleny Różańskiej. Premierze towarzyszyła spora kampania promocyjna reklamująca "Dziewczynę z szafy" jako komedię. Wybrałam się do kina z ciekawością podszytą nutą nieufności. Wrodzona przekora każe mi często z dystansem podchodzić do achów i ochów (chociaż krytycy, z którymi często się zgadzam, też film chwalili). I jaki werdykt? Przede wszystkim film nie jest komedią! Ja o to żalu nie mam, ale irytuje mnie wcale nie takie rzadkie zjawisko wmawiania potencjalnym widzom nieprawdziwych informacji tylko po to, aby złowić ich jak najwięcej. A poza tym? To zależy. Film bardzo dobrze się ogląda. Jest rzeczywiście świetnie zagrany (mnie najbardziej podobał się Piotr Grabowski i Teresa Sawicka, rola Mecwaldowskiego to trochę samograj, a Magdalena Różańska specjalnego wrażenia nie robi), bardzo dobrze zmontowany, zagadkowy, momentami wzruszający, czasami rzeczywiście śmieszny, zaskakujący. Mogę powiedzieć, że w czasie seansu mnie uwiódł. Ale kiedy wyszłam z kina, kiedy już trochę ochłonęłam, kiedy zaczęłam się zastanawiać, doszłam do wniosku, że w warstwie treściowej jest dość banalny. Wiele tu schematów i łatwych rozwiązań. Samotność, nieprzystosowanie, ucieczka od betonowego, odpychającego świata pełnego głupich ludzi, poszukiwanie bliskości, braterska miłość. Za bardzo to w "Dziewczynie z szafy" oczywiste i dosłowne. Trudno mi było na serio przejąć się losem bohaterów zamieszkujących na jednym z pięter ogromnego, szarego, betonowego bloczyska: autystycznego Tomka, opiekującego się nim brata, dziwnej dziewczyny pogrążonej w depresji (?), złośliwej sąsiadki i nieśmiałego posterunkowego o twarzy Eryka Lubosa. Mimo tego film na pewno warto zobaczyć. A kto już widział, może przejść do ciągu dalszego. Jak zwykle zapraszam.

"Dziewczyna z szafy" to portret kilkorga bohaterów mieszkających w wielkim blokowisku gdzieś na peryferiach dużego miasta. Każdy z nich jest oryginałem, człowiekiem, który nie potrafi albo nie chce odnaleźć się w świecie. Jaki jest ten świat? Od czego uciekają Magda, Tomek, Jacek i inni? Przed czym chronią się w swoich dziwnych, klaustrofobicznych, ciemnych mieszkaniach przypominających jaskinie? Przed ludzką nieżyczliwością, głupotą, pustotą, brzydotą otoczenia, przed nadętymi artystami - pozerami, karierą, korporacją. Trudno jednak powiedzieć, aby rzeczywistość w tym filmie została sportretowana jakoś wnikliwie. To raczej zestaw klisz. Musimy uwierzyć, że świat jest zły i beznadziejny.

Ten świat pociąga Jacka, a właściwie pociągają go kobiety. Nie wiadomo, czy chodzi mu tylko o przelotne znajomości, czy, jak mówi, o plany matrymonialne. Jacek rzadko mówi serio, raczej kpi, ironizuje, żartuje. Czy taki jest, czy to poza albo obrona? Przed czym? Nie sposób powiedzieć. Na serio zajmuje się chorym bratem, który od świata go odciąga. Utrudnia mu, a nawet uniemożliwia ułożenie życia. Ale czy kobietom, na które trafia Jacek, warto  poświęcać czas? Są niedojrzałe, pochłonięte pracą, chęcią zrobienia kariery albo bezdennie głupie. Niewiele zresztą o nich wiemy. Jak wszystko, co na zewnątrz tego blokowego mikrokosmosu, namalowane zostały grubą kreską.

Prawdziwa więź łączy Jacka tylko z chorym bratem. Opiekuje się nim z poświęceniem, tak naprawdę nigdy nie traci cierpliwości, zawsze w końcu spełnia jego zachcianki, nawet jeśli wcześniej mu odmówił. Choroba w filmie Bodo Koxa nie jest straszna, bo do "Dziewczyny z szafy" nie można przykładać realistycznej miary. To raczej bajka, w której wszystko jest dość umowne. Bliżej temu filmowi do obrazów amerykańskich, w których bohaterowie radzą sobie z przeciwnościami losu, niż do polskiego "Lęku wysokości" Bartka Konopki (bardzo dobry, przejmujący, prawdziwy film ze świetną rolą Krzysztofa Stroińskiego, trochę niedoceniany; polecam, chociaż nie jest miły w oglądaniu). Ta baśniowa tonacja zostaje jednak na chwilę przerwana, kiedy nieoczekiwanie (dla widza) okazuje się, że Tomek od lat ma guza mózgu, jest śmiertelnie chory, a jego dni od dawna są policzone, żyje właściwie na kredyt. Ale każdy kredyt kiedyś trzeba spłacić i tym razem jego życie naprawdę się kończy. Te fragmenty są rzeczywiście przejmujące. Rozmowy braci nagle zmieniają tonację, stają się prawdziwe, poważne, dotyczą spraw ostatecznych. Najbardziej jednak wstrząsa cierpienie Tomka, fizyczny ból, który złagodzić można tylko na chwilę. Czy dlatego Jacek w końcu ulega namowom swojej dziwnej sąsiadki i pozwala jej  skrócić męczarnie brata? W tym momencie film znowu wraca do baśniowego tonu. Do końca nie możemy być nawet pewni, co się stało. Czy Magda tylko odurza Tomka na chwilę? Czy przedawkowując narkotyki, przyspiesza jego śmierć i wyzwala od bólu? Czy sama też popełnia samobójstwo, czy tylko mu towarzyszy w ostatnich chwilach życia? Jakby nie było w ostatniej scenie filmu widzimy ich wyzwolonych, stojących na dachu, ulubionym miejscu Tomka. Nad nimi przestrzeń nieba, pod nimi nieprzyjazny świat, cierpienie, brzydota, źli, nieżyczliwi ludzie.

Magda to zresztą najbardziej zagadkowa postać filmu. Kim jest? Początkowo wydaje się, że pogrążoną w depresji dziewczyną. Zamknięta w domu, kiedy już musi wyjść po zakupy, przemyka się gdzieś bokiem, bojąc się tego, co wokół. Zawsze w tych samych dziwacznych ciuchach, w których wygląda jak odmieniec. W chłopakach spokojnie grających w piłkę widzi bandę napastujących ją wyrostków. Nielubiana, złośliwa sąsiadka też od czasu do czasu w jej wyobraźni ma głowę świni. Całe dnie najchętniej spędza w szafie pogrążona w baśniowym świecie. To tajemniczy, kolorowy, nierzeczywisty, ale przyjemny las niczym z obrazów malarza prymitywisty pełen dziwnych roślin. Magda, a potem także Tomek, siedząc na zwalonym pniu, wygląda jak bohaterka baśni. Potem okazuje się, że to nie depresja. Dziewczyna z szafy ucieka w świat narkotyków, a baśniowy, cudowny las to narkotyczna wizja. Wydaje się, że to jej wybór, ucieczka od świata. Czego się boi? A może po prostu kontestuje? Świadomie odcina się od rzeczywistości, od takich ludzi jak złośliwa sąsiadka. Halucynogenna rzeczywistość jest atrakcyjniejsza niż ta realna. Kiedy chce, potrafi wyjść ze swojej skorupy, mieć zaskakująco trzeźwy ogląd rzeczywistości, mówić do rzeczy. Prawdziwe porozumienie znajduje z Tomkiem. Potrafi się nim zająć bezinteresownie, zrozumieć, dostrzec w nim człowieka, stanąć w jego obronie, zemścić się na sąsiadce, która z niego drwi. Ten wątek wydaje mi się nadmiernie uproszczony, sentymentalny i przewidywalny (wcale nie dlatego, że dystrybutor zdradza go w opisie filmu). Jednocześnie Magda odtrąca zakochanego w niej, nieśmiałego policjanta granego przez Eryka Lubosa. Tym razem reżyser łamie baśniową konwencję. Nie będzie happy endu. Biedny policjant pozostanie samotny i nieszczęśliwy. Równie uproszczoną postacią, wręcz karykaturalną, jest złośliwa sąsiadka grana przez Teresę Sawicką. Straszna baba, której jedyną przyjemnością są papierosy, telefoniczne plotki i komentowanie życia sąsiadów. Ale ona też jest przecież samotna i marzy o bliskości.

Dziwny film. Bardziej zabawa formą i konwencją niż poważna rozmowa o samotności. Mimo zastrzeżeń pozwoliłam się mu uwieść.

Popularne posty