Alejandro Zambra "Chilijski poeta"

Mój radar literacki nastawiony jest od jakiegoś czasu na literaturę

latynoską. Między innymi oczywiście. Pilnie przyglądam się temu, co z tego obszaru świata można u nas dostać. A wydaje się coraz więcej. Nic dziwnego, że odnotowałam powieść Alejandra Zambry "Chilijski poeta" (Filtry 2022; przełożył Carlos Marrodan Casas). Tym bardziej, że została zauważona i miała bardzo dobre recenzje. Przynajmniej wśród krytyczek i krytyków, których śledzę. Początkowo jednak coś mnie do niej zniechęciło - nawiązania do Roberto Bolano, którego nie znam. Pomyślałam sobie, że będzie to aluzyjna, postmodernistyczna powieść, za czym nie przepadam. Teraz jednak z różnych względów wpadła mi w oko ponownie. Przeczytałam dokładniej informację wydawnictwa i natychmiast postanowiłam przeczytać. Jeśli  po przebrnięciu tego wstępu myślicie, że teraz nastąpi pean na cześć "Chilijskiego poety", to niestety jesteście w błędzie.

Rozczarowanie, rozczarowanie i jeszcze raz rozczarowanie. I po raz kolejny refleksja, że wybieranie współczesnej  prozy do lektury przypomina stąpanie po polu minowym. Raz się uda, ale o wiele częściej nie. No i zawierzanie opinii fachowców niestety też nie zawsze się sprawdza. Dlatego po zapisaniu się do biblioteki postanowiłam mniej gonić za nowościami, częściej sięgać po to, co się już uleżało i sprawdziło, o czym wspominałam ostatnio przy okazji refleksji o "Żarcie" Milana Kundery.

“Chilijski poeta” to pełna nienachalnego humoru, przenikliwa analiza społeczeństwa czasów odbudowy po katastrofie. Powieść zabawna, ironiczna, erotyczna i przygodowa. Zdecydowanie warta waszego czasu.

Zaczyna swoją entuzjastyczną recenzję jeden z krytyków, których śledzę. Humor rzeczywiście jest, ironia również, zdarzają się zabawne fragmenty, z erotyką bym nie przesadzała. Ale nazwać powieść Alejandra Zambry przygodową? No na to nie wpadłam - chyba inaczej definiujemy to pojęcie. Ale największe pretensje mam o tę przenikliwą analizę społeczeństwa czasów odbudowy po katastrofie. To właśnie na to dałam się złapać. 

... prawdziwa poezja chilijska ma obowiązek być politycznie zaangażowana, prawdziwa poezja chilijska ma obowiązek walczyć z otwartą przyłbicą, nie bojąc się dosłowności, przeciwko kapitalizmowi i klasizmowi, centralizmowi i maczyzmowi chilijskiego społeczeństwa.

Bo wiesz, Chile to jest kraj klasistowski, maczystowski, restrykcyjny. Ale świat poetów nie jest już taki klasistowski. Troszeczkę tylko.

Tego typu odniesień do sytuacji społecznej i politycznej w Chile jest tyle, co kot napłakał. To prawda, że para głównych bohaterów, Carla i Gonzalo, wywodzi się z różnych warstw społecznych, to prawda, że pojawia się kwestia odpłatności za studia i wynikających z tego nierówności, ale to margines, który tonie w morzu opowieści o związku Carli i Gonzala, potem o perypetiach Pru i Vicente (to nie pomyłka, bohater tak ma na imię) i w ironicznym opisie środowiska chilijskich poetów. Jeśli czytam o przenikliwej analizie społeczeństwa czasów odbudowy po katastrofie, to oczekuję czegoś znacznie więcej, na przykład czegoś w stylu "Strefy mroku" Nony Fernandez.

Przyznam, że zaczęło się dobrze. Historia związku Carli i Gonzala, podlana humorem i ironią, naprawdę mnie wciągnęła. Szczególnie zainteresował mnie wątek Gonzala, który kiedy ponownie po sześciu latach spotkał swoją dawną ukochaną i z czasem z nią zamieszkał, stał się ojczymem dla jej sześcioletniego syna Vicenta. Ich relacja, rozważania o tym, jaka więź ich łączy, co znaczy być ojczymem, ich dalsze losy to właśnie wydało mi się warte uwagi i najciekawsze. Jaką odpowiedzialność za dziecko ma partner jego matki? Jakie zobowiązania na siebie bierze? Czy mogą zbudować prawdziwą więź? A co zrobić, jeśli związek matki i ojczyma się rozpadnie? Jak w tym wszystkim odnajdzie się dziecko? A ojczym? 

Niestety chociaż ten wątek jest istotny, to jednak chyba nie najważniejszy. Przecież nieprzypadkowo ta powieść zatytułowana została "Chilijski poeta". Bo Gonzalo maniakalnie czyta poezję i pisze wiersze, potem tę pasję przejmie Vicente, no i przede wszystkim w pewnym momencie powieść przekształca się w portret światka chilijskich poetów. Ironiczny, ale piekielnie nudny. Temu poświęcony jest najdłuższy z czterech rozdziałów. Naprawdę wiele razy miałam ochotę rzucić lekturę. Miałam dość, kiedy brnęłam przez wyliczankę, z którym z poetów czy z którą z poetek spotkała się Pru, Amerykanka, która trochę przez przypadek znalazła się w Chile i również przez przypadek postanowiła napisać artykuł o tym środowisku. Podobnie było, kiedy czytałam o przyjęciu, na którym zgromadziło się wielu chilijskich poetów i znacznie mniej poetek. Kto co powiedział, kto na kogo krzywo spojrzał, kto kogo pobił. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. W ogóle Alejandro Zambra ma, przynajmniej w tej książce, upodobanie do monotonnych wyliczanek. Opowieść o tym, co zrobił Vicente, aby zebrać pieniądze na operację, jak się okazało niepotrzebną, zębów ukochanej kotki, ciągnie się przez wiele stron.

Ale wróćmy jeszcze raz do chilijskich poetów i chilijskich poetek. Nie mam pojęcia, na ile poezja jest dla Chilijczyków ważna. Być może to jakiś istotny fenomen, ale jeśli tak jest, to dobrze byłoby dołączyć objaśniający to wstęp czy posłowie. Bez tego dla polskiej czytelniczki czy czytelnika ten wątek jest zupełnie nieistotny i niezrozumiały. A może to powieść środowiskowa, która znakomicie bawi chilijskie środowisko literackie? Może stąd te dobre recenzje w Polsce? Bo może nasze krytyczki i nasi krytycy odnajdują tu odbicie swojskiego światka literackiego? Mnie ubawił, zainteresował i dał złośliwą satysfakcję taki fragment.

- Twoja osobista historia jest lepsza. (...)

-Historia głupiutkiej dziennikarki zagubionej w jakiejś mieścinie na północy Chile. - Pru kończy się cierpliwość.

- Wybacz Pru - mówi Gregg z profesjonalną łagodnością. - Wiem, że to ciągle sprawia ci ból, który zapewne jeszcze długo nie ustąpi, ale to piękna historia i być może opisując ją, odkryjesz właśnie, że to bardzo smutna historia, ale zarazem piękna i ważna.

- Ważna? Dla kogo ważna?

- Dla wszystkich - mówi Gregg, chcąc uniknąć kłopotu. - Dla czytelników.

- Wobec tego sam ją napisz - odparowuje Pru bezwiednie napastliwie.

- Naprawdę chcesz, żebym napisał twoją historię?

- Nie. Chcę tylko powiedzieć, że ty jesteś pisarzem, więc napisz ją, wymyśl.

To tak a propos mody na przekuwanie każdego swojego doświadczenia w literaturę. 

A może świat poetów i poetek ma tu być metaforą lepszego świata, który ostatecznie okazuje się nie taki znowu doskonały?

Co ze mną jeszcze zostanie? Ot taki drobiazg - czym jest poezja dla Gonzala. To dla niego próba zrozumienia świata poprzez wiersze innych ludzi. Pomyślałam, że to samo dotyczy całej literatury. Tak, czytanie książek jest dla mnie właśnie tym - próbą zrozumienia świata. 

No ale ta trafna myśl to jednak za mało, aby polecać tę powieść. Dla mnie rozczarowanie. Niestety.

Jarosław Górski "Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza"

Po książkę Jarosława Górskiego "Parweniusz z rodowodem.

Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza" (Iskry 2021) sięgnęłam bardziej z powodu mojego zainteresowania historią dwudziestolecia międzywojennego niż z zaciekawienia życiem jednego z najpopularniejszych, a może najpopularniejszego, pisarza tamtej epoki. Nigdy nie czytałam żadnej jego powieści, oczywiście znam nieśmiertelną ekranizację "Znachora" w reżyserii Jerzego Hoffmana, może nawet kiedyś widziałam tę przedwojenną, chociaż tego nie jestem pewna, ale kiedy w jakiejś radiowej audycji została przywołana książka Jarosława Górskiego i pojawiła się informacja, że oprócz opowieści o pisarzu jest znakomitym źródłem wiedzy o dwudziestoleciu międzywojennym, postanowiłam ją przeczytać. 

I rzeczywiście zaczęło się obiecująco. Pierwszy rozdział biografii opowiada o napadzie na pisarza  i jego brutalnym  pobiciu przez bojówkarzy związanych z obozem sanacji. Tadeusz Dołęga-Mostowicz był już wtedy znanym i cenionym felietonistą związanym z prasą endecką. W swoich tekstach krytykował przewrót majowy. Jarosław Górski opowiadając o tym mogącym się skończyć tragicznie zdarzeniu, wiele miejsca poświęca innym tego typu przypadkom. A jak się okazuje, podobne napady były w tym gorącym okresie politycznym częste. Dotyczyło to wszystkich stron sceny politycznej. Swoich przeciwników atakowały bojówki obozu sanacji i endecji. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że życie polityczne w przedwojennej Polsce było brutalne, ale nie wiedziałam, że aż tak. Kiedy czytałam pierwszy rozdział książki, z ulgą pomyślałam, że na szczęście jeszcze daleko nam do podobnej sytuacji. Potem jednak, w kolejnych rozdziałach, tło polityczne i społeczne nie jest aż tak szerokie, jak się tego spodziewałam. W każdym razie w tym zakresie jakoś specjalnie swojej wiedzy nie pogłębiłam.

Czy wobec tego żałuję, że po biografię Tadeusza Dołęgi-Mostowicza sięgnęłam? Nie! Bo jednak czegoś nowego o tamtej epoce się dowiedziałam. To informacje o funkcjonowaniu prasy, rynku wydawniczego i o rodzimym przemyśle filmowym. Przede wszystkim jednak nie miałam wielkiego pojęcia o życiu pisarza. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo był popularny. Jego powieści drukowane w odcinkach w prasie natychmiast podnosiły nakład tytułu, w którym się ukazywały. Na prowincji, szczególnie na wsiach, czytelnicy składali się na prenumeratę gazety - w czasach kryzysu nie każdego było na to stać - i zbierali się na  wspólne czytanie kolejnego odcinka książki ulubionego autora. Podobne historie zdarzały się z "Potopem" Sienkiewicza, o czym wiedziałam. Pisarz otrzymywał mnóstwo listów od swoich czytelników, a głównie czytelniczek. Chętnie na nie odpowiadał, dołączając specjalnie na takie okazje zrobione zdjęcie. Często zapraszał swoje fanki na spotkanie przy okazji ich wizyty w Warszawie. Czy do nich dochodziło i jak ewentualnie przebiegały, Jarosławowi Górskiemu nie udało się ustalić. Nie wpadł na taki trop w zachowanej korespondencji, którą obficie cytuje. No i jeszcze jedno - pisarz kiedy już zdobył popularność, kiedy otrzaskał się ze światem gazet i wydawnictw, znakomicie umiał się w nim poruszać. Był nie tylko poczytnym autorem, ale też znakomitym menadżerem. Umiał wycisnąć do ostatka zyski ze swoich książek. Sprzedawał je wielokrotnie i nikt na tym nie tracił! Pierwszy krok to odcinki powieści ukazujące się w wysokonakładowej krajowej prasie, potem krok drugi - wydanie książkowe, najpierw droższe w twardej oprawie, potem tańsze, a na końcu sprzedawał książkę prasie prowincjonalnej, bywało że kilku tytułom naraz. Wydawałoby się, że nikt już nie kupi gazety tylko dla powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, skoro była dostępna znacznie wcześniej. Tymczasem nakład takiego tytułu natychmiast skakał! Bo wcześniejszymi kanałami książka nie docierała na prowincję, także dlatego, że tamtejszych czytelników nie było na nią stać.

Wizjonerstwem wykazał się pisarz w dziedzinie filmu, którym zainteresował się nieco później, próbując zdyskontować swój literacki sukces. Niestety na tym polu nie dano mu rozwinąć skrzydeł i filmy powstające na podstawie jego powieści często okazywały się klapą. Jednym z wyjątków był "Znachor". Tadeusz Dołęga-Mostowicz uważał, że film to odrębna dziedzina sztuki, dlatego najlepiej by było, gdyby powstawał na bazie oryginalnego scenariusza, a nie na kanwie powieści. Trudno mu jednak było przebić się ze swoimi pomysłami. Jego oryginalne scenariusze najczęściej nie były ekranizowane. Taki los początkowo spotkał "Znachora", który powstał jako scenariusz filmowy. Kiedy został odrzucony, pisarz przerobił go na powieść. Po jej wielkim sukcesie zainteresowali się nim filmowcy. Zło upatrywał w organizacji przemysłu filmowego w Polsce, który był finansowany przez właścicieli kin. Nic więc dziwnego, że wykładając pieniądze, dyktowali warunki, a na sztuce filmowej się po prostu nie znali. Liczył się tylko zysk. Nie miałam też pojęcia, że pisarz był pomysłodawcą powstania kursów kształcących ludzi pracujących dla przemysłu filmowego. Kursy te miały później ewoluować w pierwszą polską szkołę filmową, ale wybuch wojny pokrzyżował te plany.

Kolejnym ciekawym wątkiem jest recepcja twórczości pisarza. Że był niezwykle popularny, wiadomo, że w związku z tym bajecznie bogaty też. Niestety przylgnęła do jego powieści pogardliwa łatka literatury dla kucharek, która utrzymywała się nawet po wojnie w czasach PRL-u, co jest o tyle dziwne, że Tadeusz Dołęga-Mostowicz pokazywał w swoich książkach liczne mankamenty Polski sanacyjnej, co byłoby na rękę komunistycznej propagandzie. Pisarz musiał pogodzić się z tym, że jego książki nie miały żadnych recenzji w poważnej prasie zajmującej się literaturą. Jakby nie istniały. A przecież miał swoją filozofię tworzenia. Uważał, że literatura przystępną, atrakcyjną formę powinna łączyć z wagą poruszanych problemów i w ten sposób oddziaływać na czytelnika, kształcić go, poszerzać horyzonty, zmuszać do refleksji nad światem. I bardzo szybko zaczął w swojej twórczości ten postulat realizować. Jarosław Górski pokazuje, jak jego powieści ewoluowały od pierwszych, w których najważniejsza była żywa akcja, do kolejnych, gdzie liczył się również poruszany temat i bogate tło społeczne. Dziś  przez literaturoznawców jest doceniany. Już dawno słyszałam, że jego powieści są znakomitym źródłem wiedzy o dwudziestoleciu międzywojennym. Wspominałam, że nie czytałam żadnej z jego książek, ale co jakiś czas przypominam sobie o nich i mam ochotę po coś sięgnąć. Zobaczymy.

Biografia pisarza obrosła licznymi legendami i nieporozumieniami. Jarosław Górski stara się w swojej książce prostować niejasności, obalać mity, szukać prawdy. Nie zawsze jest to możliwe. Wtedy stawia najbardziej prawdopodobną hipotezę, opierając się na dostępnych źródłach. Choćby wspomniany już napad obrósł licznymi wersjami, podobnie jest ze śmiercią pisarza, ale takich niejasności, niedomówień, fałszywych przekonań jest w jego biografii więcej. Ot na przykład takie, że literaturą zajął się właśnie z powodu owego brutalnego napadu. Rzekomo miał się przestraszyć i postanowił zaprzestać pisania felietonów o sprawach bieżących. Jarosław Górski posługując się faktami, obala to przekonanie.

To oczywiście nie wszystko. Znajdziemy w książce wiadomości o rodzinie pisarza, o jego przeżyciach z okresu pierwszej wojny, o niełatwej drodze do kariery, najpierw dziennikarskiej, potem literackiej, o jego poglądach politycznych, wbrew pozorom nie był endekiem, chociaż na długo związał się z gazetami tej formacji, o  stosunku do kobiet i feminizmu, w tym względzie był raczej konserwatystą, chociaż nie jest to też czarno-białe, o bujnym życiu towarzyskim, które też obrosło licznymi mitami, i znacznie mniej o uczuciowym, bo niewiele na ten temat wiadomo. Czyta się biografię pisarza jednym tchem. Cieszę się, że po książkę sięgnęłam.

Milan Kundera "Żart"

Z Milanem Kunderą nie było mi dotąd po drodze. Dlaczego? Nie

mam pojęcia. Dawno, dawno temu przeczytałam "Nieznośną lekkość bytu". Dziś niewiele z tej lektury pamiętam. Kiedy w lipcu pisarz zmarł, a ta wiadomość zastała mnie w czasie wakacyjnej podróży, ściągnęłam sobie dwie radiowe rozmowy o jego twórczości, ale jakoś specjalnie nie spieszyło mi się do ich odsłuchania. W końcu jednak po nie sięgnęłam. Nie wiem, czy to zasługa Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego znawcy czeskiej kultury, który o twórczości pisarza bardzo ciekawie opowiadał, ale postanowiłam wrócić do twórczości Milana Kundery, a precyzyjniej mówiąc, poznać ją. Kierując się słowami i gustem wspomnianego już Aleksandra Kaczorowskiego zrobiłam sobie listę ośmiu książek, wśród nich jest zbiór opowiadań, pięć powieści i ewentualnie dwa eseje, które postanowiłam przeczytać. Znajduje się też na niej przywołana "Nieznośna lekkość bytu". Aby nie odkładać lektury na święty nigdy, zapisałam się nawet do biblioteki, bo na regale mam tylko "Żart" i to w takim beznadziejnym wydaniu z początku lat dziewięćdziesiątych, że trudno go czytać. No i właśnie od tej debiutanckiej powieści (W.A.B. 2014; przełożyła Emilia Witwicka), uważanej przez niektórych za najlepszą w dorobku pisarza, zaczęłam swoją przygodę z Milanem Kunderą.

Akcja tej książki rozgrywa się w małej miejscowości na Morawach w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To miasto rodzinne Ludwika, głównego bohatera i zarazem jednego spośród kilkorga narratorów. Po latach wraca tu tylko na dwa dni z Pragi, gdzie mieszka i pracuje, aby dokonać porachunków ze swoją tragiczną przeszłością, a ściślej rzecz biorąc, zemścić się na kimś, kto go kiedyś skrzywdził i jedną decyzją sprawił, że jego życie na kilka lat wyleciało z obranej przez niego trajektorii i potoczyło się zupełnie inaczej, niż planował. Na kim ma się zemścić? W jaki sposób? Tego dowiadujemy się stopniowo, bo, jak wspominałam, narracja prowadzona jest z kilku perspektyw, co celowo spowalnia akcję, wprowadzane są nowe wątki, które oczywiście złożą się w całość. 

Co stało się przed piętnastu laty? Kto go skrzywdził? W jaki sposób? Wszystko było wynikiem tego tytułowego żartu, którego dopuścił się Ludwik, zabiegając o względy koleżanki ze studiów. Podobała się nie tylko jemu. Pamiętajmy, że był to koniec lat czterdziestych, już po przejęciu całkowitej władzy przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji, kiedy po tragicznej śmierci Jana Masaryka stalinizm rozpanoszył się na dobre. Konsekwencje żartu okazały się tragiczne - Ludwik został nie tylko wyrzucony z partii, ale także ze studiów. Na zebraniu zwołanym w jego sprawie nie ujął się za nim nikt, wszyscy poparli postawiony wniosek. W tamtych okolicznościach nie było to nic nadzwyczajnego. Jedni podnosili ręce za, bo byli komunistycznymi fanatykami, inni ze strachu. Czy można ich nazwać oportunistami? Sam Ludwik, kiedy przygotowując swoją zemstę, wspomina tamte tragiczne wydarzenia, zastanawia się, jak on zachowałby się w podobnej sytuacji.

... sam wprawdzie nigdy nie podniosłem ręki na czyjąś zgubę, ale dobrze wiedziałem, że jest to zasługa dość problematyczna, jako że prawa do podnoszenia ręki wystarczająco wcześnie mnie pozbawiono. Długi czas co prawda usiłowałem sobie przynajmniej wmówić, że w podobnej sytuacji nie podniósłbym ręki, ale jestem na tyle uczciwy, że w końcu sam musiałem siebie wyśmiać: ja jeden nie podniósłbym ręki? ja jeden jestem sprawiedliwy? ach, nie znajdowałem w sobie żadnej gwarancji, że byłbym lepszy od innych; tylko co z tego wypływa, jeśli chodzi o mój stosunek do ludzi? Świadomość własnej małości absolutnie nie godzi mnie z małością innych.

Po wyrzuceniu z uczelni Ludwik wie, że pójdzie do wojska. Trafia do karnej kompanii i przez kilka lat niemal odcięty od świata i wolnych ludzi pracuje w ostrawskiej kopalni. Ale nie ciężka fizyczna praca, nie głupota zwierzchników, nie ich bezwzględność i sadyzm są najgorsze. Najgorsza jest samotność i utrata złudzeń. W dodatku szybko zdaje sobie sprawę, że podobne mechanizmy, to symboliczne podniesienie ręki, są nieodłączną cechą każdej grupy, każdego kolektywu. Działają także wśród jego towarzyszy niedoli. 

Zacząłem sobie uświadamiać, że nasz czarny kolektyw tak samo potrafi zaszczuć innego człowieka (...) jak kolektyw tych, którzy jednomyślnie podnosili ręce, i jak każdy chyba kolektyw ludzki.

Te doświadczenia i ta świadomość położą się cieniem na życiu Ludwika, to będzie gnało go do zemsty, to uczyni go cynikiem, który nie potrafi zbudować trwałej relacji nie tylko z kobietą, ale w ogóle z nikim. Bo po odbyciu kary wróci na studia, skończy je, dostanie pracę na uczelni, ale nie pozbędzie się jadu nieufności i zemsty. Takie zaślepienie spowoduje, że sam będzie krzywdził. Nawet wymierzenie sprawiedliwości ma się przecież dokonać przez osobę bliską sprawcy, która nieuchronnie zostanie skrzywdzona. Po trupach do celu.

W powieści postawa Ludwika zostanie skonfrontowana z postawą jego znajomego, Kostki, który jest człowiekiem bardzo religijnym. Może właśnie dlatego sądzi, że aby iść dalej, aby nie żyć w piekle, powinien przebaczyć. Kostka godzi się z tym, co przynosi mu życie, uważał, że wszystkie złe doświadczenia były zrządzeniami losu, które ustrzegły go przed gorszym złem. Nie może zrozumieć kolegi opanowanego żądzą zemsty. Przebaczać, przebaczać, przebaczać! Ale to nie jest takie proste. Bo po pierwsze przebaczenie nie unieważni grzechu, nie uczyni czegoś niczym, tak myśli Ludwik, a po drugie Kostka w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że te dotykające go zrządzenia losu były mu na rękę - pozwalały uciec najpierw od niekochanej żony, potem od miłości do innej kobiety, z którą jednak nie chciał się wiązać.

Kundera konfrontuje swoich bohaterów z ważnymi pytaniami. Jaki sens ma zemsta po latach? A jeśli ten, który wyrządził krzywdę, zmienił się? Jest już innym człowiekiem? Lubianym i szanowanym? Może zemsta miałaby sens od razu? Ale na to Ludwik nie miał wtedy, na tamtym zebraniu, odwagi. Nie dał swojemu przeciwnikowi w twarz, nie wykonał żadnego gestu sprzeciwu. Nie był żadnym bohaterem, do karnych brygad trafił przez przypadek, z powodu głupiego żartu.  Ludwik zrozumie jeszcze jedno - że i tak wszystko unieważnia czas. Dla młodego pokolenia tamte konflikty nie mają znaczenia. Dzieci nie rozumieją swoich rodziców, nie zastanawiają się nad ich problemami z przeszłości, chcą żyć po swojemu. 

... wszystko zostanie zapomniane i nic nie będzie naprawione. (...) Nikt nie naprawi krzywd, które wyrządzono, ale wszystkie krzywdy ulegną zapomnieniu.

Towarzyszą mu takie gorzkie refleksje.  Co go uratuje? Sztuka, powrót do korzeni, do dawnej przyjaźni.

Nie mogę tu nie wspomnieć o stosunku Ludwika do kobiet. W powieści pojawiają się dwie, Łucja i Helena. Obie traktuje instrumentalnie, obie skrzywdzi. Chociaż będzie sobie wmawiał, że Łucję kochał. Czy tak rzeczywiście było? Czy nie traktował jej jak plastra na swoją samotność? Czy to była miłość, czy tylko pożądanie wyposzczonego żołnierza? Dla niej ma jednak jakąś tkliwość, jego stosunek do niej nie jest jednoznaczny. Natomiast Helena staje się od początku tylko narzędziem w jego rękach. Wystarczy spojrzeć na nią jego oczami, jak opisuje wszystkie mankamenty jej dojrzałego ciała, z jaką pogardą myśli o jej fizyczności.

Powieść Kundery łączy w sobie atrakcyjną fabułę skonstruowaną w sposób podsycający ciekawość z bogatymi portretami bohaterów i wagą problemów, jakie porusza, które w dodatku okazują się niezwykle aktualne, szczególnie w polskiej rzeczywistości, co nie dziwi. W końcu łączy nas z naszymi południowymi sąsiadami wspólnota losów. Czytając "Żart", nie mogłam oprzeć się refleksji, że nowości, za którymi tak gonię, najczęściej nie dorastają do pięt takiej literaturze. Są przy niej miałkie. Po zapisaniu się do biblioteki sporządzam sobie listę książek niedostępnych, które chciałam przeczytać. Mam ochotę zwolnić z nowinkami i częściej sięgać po tytuły zapomniane. Na pierwszy ogień idzie Kundera.

Skoro podzieliłam się refleksjami o "Żarcie", muszę przywołać tu cztery inne książki czeskich autorów, których akcja dotyka, przynajmniej częściowo, tamtego okresu. To oczywiście "Przypadki inżyniera ludzkich dusz" i "Gorzki świat" Josefa Skvoreckiego, "Siódmy życiorys" Oty Filipa i najmniej znana - "Zaginiony" Egona Hostovskiego. Wszystkie bardzo ciekawe, wszystkie warte lektury.

 

Katarzyna Włodkowska "Na oczach wszystkich"

Nie pamiętam, czy słyszałam o polskim Fritzlu, jak media nazwały

Mariusza, który przez dwa lata więził swoją żonę Ewę w piwnicy ich domu, nie pamiętam, czy czytałam reportaż Katarzyny Włodkowskiej "Dom zły" w Dużym Formacie, punkt wyjścia dla jej książki "Na oczach wszystkich" (Wielka Litera 2022). Być może nie czytałam, ale na pewno musiałam słyszeć, a jednak sprawa wyparowała mi z pamięci jak wiele innych. Nic dziwnego - stale bombardują nas kolejne niegodziwości, przemoc, zbrodnie, skandale. Jedno wypiera drugie. Po kolejnej takiej aferze następuje medialne, społeczne i polityczne wzmożenie, a potem zapada cisza. Czy coś się zmienia? Wygląda na to, że nic. Przecież niedawno żyliśmy tragedią Kamila katowanego latami przez ojczyma. Przecież jego dramat też rozgrywał się na oczach wszystkich, a jednak trwał. Przecież chłopiec kilkakrotnie uciekał z domu, prosząc o pomoc i za każdym razem odsyłano go tam z powrotem. Kiedy w końcu skatowany trafił do szpitala, było już za późno. Dokładnie o takim samym mechanizmie opowiada Katarzyna Włodkowska w swojej książce.

Mam wrażenie, że jej reportaż przeszedł trochę bez echa. Oczywiście jakoś się pojawiał w medialnej książkowej przestrzeni, w przeciwnym razie przecież bym o nim nie usłyszała. Gdzieś mi mignęła jedna czy dwie bardzo dobre recenzje. Jakiś czas temu przeczytałam utyskiwanie, że nie został nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, chyba też do żadnej innej. Na pewno wkrótce po jesiennej premierze wysłuchałam długiej podcastowej rozmowy z autorką. Wtedy jednak pomyślałam, że to mi wystarczy, żeby wiedzieć, żeby się wzburzyć, żeby współczuć bohaterce reportażu, Ewie. W końcu tyle jest do czytania! Byłam w błędzie. Nie, nie wystarczy. Dlaczego w końcu sięgnęłam po książkę Katarzyny Włodkowskiej? Znowu wróciła do mnie w jakiejś radiowej albo podcastowej rozmowie i wtedy, jak to często bywa, zadziałał impuls.

Chociaż "Na oczach wszystkich" czyta się szybko, nie jest to łatwa lektura. Sama sprawa, kiedy się pozna dzięki autorce wszystkie jej szczegóły, jest tak niewyobrażalnie przerażająca i wstrząsająca, że trudno wyrzucić ją z pamięci. A przy tym wydaje się niewiarygodna. Jak to możliwe, aby mąż robił coś takiego żonie? Aby ojciec robił coś takiego dzieciom? Bo prześladowana była nie tylko Ewa, ale także jej dwie córeczki. To tego typu sprawa, że chyba nie będę w stanie przytoczyć wszystkich detali, zajawiając temat reportażu. Szczególnie tych dotyczących dzieci.  Pytania można mnożyć. Jak to możliwe, że nikt nie interweniował? Ani liczna rodzina Mariusza, która mieszkała w starej chałupie stojącej na tej samej posesji, co dom Ewy i Mariusza? Ani sąsiedzi z kaszubskiej wsi? Ani rodzice i bracia Ewy, którzy czasem przyjeżdżali z wizytą? Zawsze zapowiedzianą, bo inaczej nie wolno im było. Już samo to powinno wzbudzić ich niepokój. Nie widziała też opieka społeczna, lekarz w  przychodni, do której chodziła Ewa z córkami, policjanci, którzy przyjeżdżali od czasu do czasu z interwencją. Potem, kiedy Ewa zdecydowała się wreszcie na ucieczkę i zgłosiła znęcanie się nad nią i nad córkami na policję, sprawa była trzykrotnie umarzana przez prokuraturę. Nikt jej nie wierzył. Mogła wnieść do sądu oskarżenie cywilne, ale już nie ufała wymiarowi sprawiedliwości, nie bardzo też wiedziała, jak miałaby to zrobić, ani nie miała siły na ponowną batalię i upokorzenia w trakcie przesłuchań. Gdyby nie jej babcia, która kilka lat później, obserwując córki Ewy, swoje prawnuczki, wpadła na pomysł, aby dać im zeszyty, w których będą zapisywać wszystko, co je dręczy, sprawa pewnie nigdy nie wróciłaby do sądu. No i jeszcze jedno pytanie - jak możliwe jest życie po takiej traumie, jakiej doznały Ewa i jej córki? Konsekwencje dla niej, a szczególnie dla dziewczynek, były dramatyczne. Czy kiedyś będą w stanie normalne żyć?

Nie pytam tylko o jedno - dlaczego Ewa tak długo znosiła to, co ją spotykało ze strony męża. Nie pytam, bo po lekturze kilku książek na podobne tematy i licznych artykułów, jakie ukazywały się, kiedy wybuchło me too, wiem, jak działa ten mechanizm, wiem, dlaczego ofiary przemocy i gwałtów biernie poddają się swoim oprawcom, a potem milczą. Więc i wy nie pytajcie i nie mówcie, że sama sobie winna, bo już dawno powinna uciec. A kiedy w końcu uciekła i tak nikt, poza rodziną, jej nie wierzył. Żyła w ciągłym strachu, że Mariusz ją odnajdzie. Trzy razy musiała się przeprowadzać. Była bezradna w zderzeniu ze ślepą i głuchą machiną państwowych służb, które powinny chronić ofiarę, a wierzyły jej oprawcy, bagatelizując sprawę.

Katarzyna Włodkowska w swojej książce pisze nie tylko o historii Ewy, ale próbuje zrozumieć trzy sprawy. Pierwsza to obojętność otoczenia, to to tytułowe na oczach wszystkich. Wszyscy wiedzieli, że coś jest nie tak, ale sprawę bagatelizowali. Wszyscy widzieli, że w rodzinie Mariusza alkohol leje się strumieniami, ale woleli wierzyć zamroczonym wódką facetom niż Ewie. Nawet kiedy sprawa w końcu trafiła do sądu, a na ławie oskarżonych zasiadł nie tylko Mariusz, ale po kilku latach także trzech innych mężczyzn, większość wolała wierzyć, że są niewinni. Skąd ta znieczulica? Powodów jest wiele. Małe środowisko, gdzie każdy każdego zna, hołdowanie zasadzie, że wszystko zostaje w rodzinie, traumy wyniesione z dzieciństwa, a nawet te dawne z czasów wojny i jeszcze wcześniejsze. Tu odsyłam do wstrząsającego ostatniego rozdziału. Autorka przygląda się też samym Kaszubom i próbuje pokazać, dlaczego akurat w tym rejonie jest dużo przemocy domowej. Wchodzi głęboko w ich historię, obalając przy okazji pozytywny mit, który wokół siebie zbudowali, kiedy wreszcie mogli się czuć podmiotowo.  

Drugi przedmiot zainteresowania autorki to zaniechania służb, które powinny wychwytywać takie problemy. Policji, opieki społecznej, prokuratorów, asesorów sądowych, kuratorów. Gdyby wykonywali swoje obowiązki starannie, gdyby było ich więcej, gdyby nie żyli pod ciśnieniem statystyk, gdyby zostali odpowiednio przeszkoleni w obszarze przemocy domowej, gdyby potrafili postępować z ofiarami, Ewa prawdopodobnie otrzymałaby pomoc od razu, a sprawa nie zostałaby umorzona. To właśnie z tego bierze się brak uważności, rutyna, a wreszcie umarzanie spraw zamiast ich prowadzenie. Żeby pokazać choćby tylko jeden z tych problemów, przytoczę dane z książki - na jednego prokuratora w prokuratorach rejonowych w Gdańsku, Gdyni i Wejherowie przypadało tysiąc spraw rocznie! Czy nadal tak to wygląda? A jest się czym zajmować - według szacunków w czterdziestu procentach rodzin wiejskich regularnie dochodzi do przemocy. Autorka zwraca uwagę na jeszcze jeden, rzadko dostrzegany, problem - kulturę nieprzyznawania się do błędu, co uniemożliwia realne działanie, analizę i wyciąganie wniosków na przyszłość.

No i wreszcie trzecia sprawa, którą Katarzyna Włodkowska usiłuje zgłębić w swojej książce, to odwieczne pytanie o źródło zła. W tym wypadku jest to pytanie konkretne - skąd zło w Mariuszu i w jego otoczeniu? Dlaczego człowiek, który postronnym wydawał się zwyczajny, spokojny, był bestią? Jedna z przyczyn tkwi w domu rodzinnym, ale praźródłem wszystkiego wydaje się być alkohol. 

Otchłań zła, w jaką zstępuje czytelniczka czy czytelnik tej książki, jest niezgłębiona. To jednak nic w porównaniu z tym, czego doświadczyły Ewa i jej córki. To nawet nie ułamek procenta ich nieszczęść, upokorzeń, strachów. Podobnie jest z autorką, która pisze o konsekwencjach pracy nad takim reportażem. Ale ona także uczciwie przyznaje, że jej koszty są niczym w porównaniu z kosztami bohaterek.

Katarzyna Włodkowska bardzo wielowarstwowo zgłębiła tę sprawę. Rozmawiała wielokrotnie nie tylko z bohaterką, sprawcą, rodziną, ale też z sąsiadami, no i specjalistami z różnych dziedzin. Materiały do książki zbierała cztery lata, pisała rok, niejednokrotnie wątpiąc, czy będzie miała siłę ukończyć książkę. Powstał reportaż wstrząsający, ale bardzo ważny.

Zeruya Shalev "Los"

Izraelska pisarka Zeruya Shalev należy do moich ulubionych. Odkąd

zetknęłam się z jej twórczością, a było to dopiero kilka lat po jej polskim debiucie, kupuję i czytam wszystkie jej powieści, nie oglądając się na recenzje, które zresztą zawsze są pozytywne. Jej książki mogą mi się podobać bardzo, rzadziej trochę mniej, to był przypadek wychwalanego "Bólu", ale zawsze trzymają poziom. Shalev należy do tych autorek, które właściwie zawsze piszą jedną powieść. Jej tematy to splątane relacje rodzinne, uczuciowe kryzysy, rozstania, nowe związki, spotkania po latach, relacje rodzice dzieci, no i w centrum zawsze są kobiety. A to wszystko na tle historii Izraela, tej dawniejszej i tej współczesnej, do tego tamtejsze realia i trochę symboliki biblijnej. Dla kogoś, kto jak ja tamtym obszarem świata interesuje się bardzo, to lektury wymarzone. 

Znakiem szczególnym pisarki jest proza gęsta, mięsista - bogate portrety bohaterek i bohaterów, głęboki wgląd w ich jaźń, a że są to osoby na zakręcie, w jakimś egzystencjalnym kryzysie, tworzy się z tego psychologiczny rollercoaster. Czasem bywa to męczące, wymaga oddechu w lekturze, ale w całości daje efekt znakomity. Nic więc dziwnego, że nie zwlekałam długo z lekturą najnowszej powieści Zeruyi Shalev "Los" (W.A.B. 2023; przełożyła Magdalena Sommer). Muszę przyznać, że po "Bólu", który nieco mnie rozczarował, autorka wróciła do swojej najwyższej formy. Jednym słowem spełnienie. Dla miłośników pisarki lektura obowiązkowa, innym bardzo mocno polecam.

Głównymi bohaterkami "Losu" są dwie kobiety, które jeszcze niedawno nie tylko się nie znały, ale nie wiedziały o swoim istnieniu, mimo że coś je łączyło, a wyrażając się precyzyjniej, trzeba napisać ktoś. To pięćdziesięcioletnia Atara, architektka, której pasją jest przywracanie starym domom ich dawnej świetności. Mieszka w Hajfie, ma swoją firmę, jest mężatką, ma dwoje dorosłych dzieci - córkę z pierwszego małżeństwa i syna z obecnego. Druga bohaterka to ponad dziewięćdziesięcioletnia Rachel. Jest wdową, ma dwóch dorosłych synów, jeden stał się religijnym ortodoksą, drugi to lewicowy liberał, dlatego jest w konflikcie z matką, która mieszka w jednym z pierwszych żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. W czasach swojej młodości była bojowniczką skrajnej organizacji Lechi, która walczyła z Brytyjczykami sprawującymi w tamtym okresie (lata 1940-1948) władzę mandatową nad Palestyną. Chcieli nie tylko utworzenia państwa, ale w pierwszym rzędzie nie zgadzali się z polityką Brytyjczyków, którzy nie wpuszczali na teren Palestyny żydowskich imigrantów z diaspory, co było przyczyną licznych tragedii. W swojej działalności członkowie Lechi stosowali metody terrorystyczne. Rachel do organizacji trafiła, bo zakochała się w młodym bojowniku. Szybko wzięli ślub, ale ich małżeństwo trwało tylko rok. Potem w wyniku tragicznego zdarzenia, za które się obwiniał, nagle i radykalnie zerwał z nią wszelkie kontakty i odszedł z organizacji. 

Kto łączy obie kobiety? Pierwszy ukochany Rachel, który po kilkunastu (?) latach po rozwodzie  ożenił się po raz drugi, a  jedną z jego dwóch córek była właśnie Atara. Po śmierci ojca, wybitnego profesora zajmującego się badaniem mózgu, z którym była w konflikcie - powiedzieć w konflikcie, to nic nie powiedzieć, ich relacja z jego winy była toksyczna, Atara czuła się odrzucona, żyła w wiecznym lęku przed wybuchami gniewu ojca skierowanymi w jej kierunku - postanawia za wszelką cenę odszukać Rachel, o której dowiedziała się w chwili ostatniego spotkania z ojcem, kiedy był już właściwie nieprzytomny. Kim była kobieta, za którą wziął swoją córkę i do której skierował swoje ostatnie miłosne wyznanie? Dlaczego myślał o niej, gdy był bliski śmierci? Spotkanie Rachel i Atary będzie brzemienne w skutki. Dla tej pierwszej, bo przywoła bolesne wspomnienia z czasów, kiedy była bojowniczką Lechi, w tej drugiej wywoła lawinę wyrzutów sumienia spowodowanych pewnym zaniechaniem. Atara będzie się obwiniała o tragiczne zdarzenie, do którego dojdzie. Niestety tylko tyle mogę napisać, aby nie spojlerować. Wszak w powieściach Zeruyi Shalev ważna jest także fabuła - splątane, zaskakujące losy bohaterów. A wszystkiego, o czym napisałam wcześniej, dowiadujemy się na początku książki.

Oba wątki, Atary i Rachel, są prowadzone naprzemiennie - jeden rozdział to historia jednej, kolejny drugiej. Muszę przyznać, że dla mnie bardziej interesujący był wątek Rachel, a to ze względów historycznych. Dotąd  nie słyszałam o Lechi, chociaż sporo na temat historii Palestyny i Izraela wiem, więc z oczywistych względów te nowe informacje były dla mnie ciekawe. W ogóle tamten okres w historii tego obszaru odkrywam trochę na nowo. Tu polecam zbiór opowiadań Yossiego Granowskiego "Atari. Opowieści z Jafy", który ukazał się niedawno. Akcja tych opowiadań toczy się właśnie w czasach Mandatu Brytyjskiego i tuż po powstaniu Izraela. Dla Rachel walka z Brytyjczykami, walka o powstanie żydowskiego państwa była sprawą kluczową. Poświęciła jej swoją młodość - porzuciła rodziców, żyła w ukryciu, jej pierwsze małżeństwo było czysto symboliczne, bo bardzo często musieli się rozdzielać, narażała swoje życie, zabijała i opłakiwała swoich towarzyszy, którzy zginęli w akcjach. Co jakiś czas przywołuje ich imiona niczym litanię. Nie może się pogodzić, że ich ofiara poszła trochę na marne, a przede wszystkim, że o nich zapomniano. Wprawdzie Izrael powstał, ale nie taki, o jakim marzyli. Państwo z ich snów miało być wielonarodowe i równo traktować wszystkich obywateli bez względu na to, czy są Żydami, czy Arabami, miało być też tolerancyjne. W Lechi nie były ważne poglądy, religia, ważny był cel. Tymczasem po powstaniu Izraela prym wiedli inni bojownicy, z Hagany. Tamte ideały zaprowadziły ją na Zachodni Brzeg. Chociaż starała się potem prowadzić życie dobrej żony i matki, to przeszłość ciążyła nad jej stosunkiem do męża i synów. Ci ostatni czuli się mniej ważni, żyli w cieniu ideałów młodości swojej matki. W jakimś sensie zatruła ich nimi.

Wątek Atary  to z kolei opowieść o rodzinie, o związkach, o cenie, jaką się płaci za rozbicie pierwszego małżeństwa i pytanie, czy warto. Przyznam, że początkowo, kiedy czytałam o jej problemach małżeńskich, pomyślałam sobie - o nie znowu to samo, ale szybko jej historia skręciła w inną stronę. Najpierw pojawiły się ważne pytania, a potem nastąpiło to coś, co zmieniło jej losy.  Co zostaje z płomiennej miłości? Dlaczego, kiedy  usankcjonuje się ją ślubem, coś bezpowrotnie ginie? Czy musiało tak się stać? Czy błędem było to, że Atara na pierwszym miejscu zaczęła stawiać dzieci? Córkę z pierwszego małżeństwa, żeby nie czuła się odrzucona, a potem syna z drugiego, który był owocem tej wielkiej miłości i miał scementować ich związek. Jaki wpływ na taką postawę miało dzieciństwo Atary? Stosunek ojca do niej? Za wszelką cenę nie chciała popełnić jego błędów. I czy warto tak bardzo poświęcać się dla dzieci, skoro i tak nie mamy wpływu na ich życiowe wybory? Choćbyśmy nie wiadomo, co robili i tak pójdą swoją drogą, którą niekoniecznie akceptujemy. Podobny problem ma Rachel, która nie pochwala ani ortodoksyjnej religijności jednego syna, ani lewicowych poglądów, czytaj przeciwnych żydowskiemu osadnictwu na Zachodnim Brzegu, drugiego. Chociaż ich stosunek do macierzyństwa był różny, skutki podobne - dzieci i tak zrobią, co zechcą.

Centralnym zagadnieniem, jakie pojawia się w powieści, jest ten tytułowy los. Jaki wpływ mamy na swoje życie? Za co odpowiadamy, a za co nie? Nieszczęście to kwestia przypadku, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności? Ile w nim naszej winy? Obie bohaterki stanęły w swoim życiu w obliczu takich pytań. Atara obwinia siebie, uważa, że doprowadziła do tragedii, która się wydarzyła i która całkowicie zmieni jej życie. Rachel patrzyła na to trzeźwo, ale jej pierwszy mąż zupełnie inaczej. To w wyniku innej tragedii, do której doszło w innych okolicznościach i czasach, odszedł od Rachel, porzucił organizację, a potem stworzył toksyczną relację z jedną z córek. Jakby dając jej imię, które miało mu cały czas przypominać o tamtym tragicznym zdarzeniu, karał ją za to. 

A to wszystko pokazane jest na tle innych problemów współczesnego Izraela. Pisarkę głównie zajmują podziały w izraelskim społeczeństwie, nie tylko narodowościowe, ale także religijne. Świeccy kontra ortodoksi, odwołujący się do początków powstania państwa kontra ci, którzy nie mogą pogodzić się z jego obecnym kształtem - tyle i wiele więcej pojawia się w tle zasadniczej opowieści.

Bardzo dobra powieść.

Patryk Pufelski "Pawilon małych ssaków"

O książce Patryka Pufelskiego "Pawilon małych ssaków" (Karakter

2022) jako osoba pilnie śledząca bańkę literacką i jako czytelniczka sama w niej tkwiąca nie mogłam nie usłyszeć, tyle było w momencie premiery wokół niej hałasu. Autor, pracownik wrocławskiego zoo, wysłał swój tekst na konkurs pamiętników osób LGBT+ ogłoszony przez Pracownię Badań nad Historią i Tożsamościami LGBT+ w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Nagrodzone i wyróżnione prace zostały potem wydane w osobnej książce. Patryk Pufelski nie znalazł się w tym gronie, za to organizatorzy konkursu uznali, że jego praca zasługuje na szczególne potraktowanie i zainteresowali nią wydawnictwo Karakter. Ostateczny kształt książki, która ujrzała światło dzienne, został rozszerzony. Autor opowiada w wywiadzie udzielonym Dwutygodnikowi, jak pracował nad całością, jak odchodził od koncepcji dziennika, aby ostatecznie do niego wrócić. 

Chociaż wokół książki było dużo szumu, nie zamierzałam jej czytać, bo wydawało mi się, że jest to rzecz przede wszystkim o pracy w zoo i podopiecznych autora. Nie żebym zwierząt nie lubiła, ale co innego lubić, a co innego jeszcze o nich czytać. I raczej na pewno nie sięgnęłabym po "Pawilon małych ssaków", gdyby nie kilkudniowa wizyta u bliskiej mi osoby, która książkę miała i polecała. A ponieważ właśnie wtedy autor został nominowany do Nike, grzechem było nie skorzystać z okazji. Połknęłam ją w dwa poranki i dwa wieczory, bo tylko wtedy miałam czas na czytanie. Połknęłam z ogromną przyjemnością. To rzecz, którą znakomicie się czyta, a lektura daje odprężenie i właśnie przyjemność.

Dlaczego? Myślę, że kluczem jest sam autor. Czytając, wielokrotnie łapałam się  na myśli, że świetnie byłoby mieć takiego znajomego! Patryk Pufelski wydaje się być bardzo ciekawą osobą. Bo powiedzieć, że jest pracownikiem zoo, to nic nie powiedzieć. Tak, pracuje we wrocławskim zoo, a wcześniej przez kilka lat pracował w krakowskim, a jeszcze wcześniej, bo już jako nastolatek, udzielał się jako wolontariusz w oliwskim. Przychodził tam w niemal każdy weekend. Rzeczywiście jest miłośnikiem zwierząt, wiele  miejsca poświęca im w dzienniku, i tym, którymi opiekuje się w pracy, i tym, które ma w domu, i tym, o których coś przeczyta. Potrafi śledzić losy swoich podopiecznych, którzy zostali przeniesieni (sprzedani?) do innego ogrodu zoologicznego. Pisze o nich jak o najbliższych mu istotach. Ale miłość do zwierząt to nie wszystko. 

Autor jest po prostu bardzo interesującym człowiekiem. Refleksyjnym, uważnie przyglądającym się światu, ludziom, życzliwym, dobrym. Zanim zaczął pracę w zoo, szukał swojej drogi - studiował w Krakowie filologię węgierską i teksty kultury (kierunek na wydziale polonistyki?), niczego nie ukończył, teraz studiuje zaocznie zootechnikę. Dużo czyta, czego liczne ślady znajdujemy w jego dzienniku. Interesują go sprawy żydowskie i jest bardzo mocno osadzony w środowisku polskich Żydów. Jak zrozumiałam, ma takie korzenie, chociaż także kaszubskie. Obchodzi i Chanukę, i Boże Narodzenie. Sporo pisze o swojej rodzinie. Bo właśnie ludzie to drugi istotny nurt jego książki. Widać, że pielęgnuje więzy rodzinne, przyjaźnie i znajomości. Wiele wśród jego znajomych osób starszych, z którymi ma bardzo dobry kontakt. To nie tylko babcia, ale też inne znajome i znajomi z różnych środowisk, także tych żydowskich. Pisze o nich ciepło, dowcipnie, czasem nostalgicznie, przytacza rozmaite anegdoty. W taki sam sposób opowiada o swoich koleżankach i kolegach z krakowskiego i wrocławskiego zoo. Ludzie, wspólnota to wszystko jest dla niego ważne. Należy też do krakowskiej spółdzielni Ogniwo - księgarni i czegoś w rodzaju domu kultury. To również wspólnota.

A tematyka osób LGBT+? W końcu z konkursu na ich pamiętniki wzięła się ta książka. Oczywiście jest obecna na kartach dziennika, ale w sposób naturalny, nie dominuje. W pierwszej części pojawia się fragmentarycznie, w drugiej, kiedy atmosfera w kraju gęstnieje, jest jej więcej. Autor pisze o emocjach, o swoim gniewie na polityków. (Aż mnie korci, aby użyć mocniejszego słowa niż gniew) Mimo wszystko jednak jest w tej szczęśliwej sytuacji, że poza incydentalnymi sytuacjami nie doświadczył dyskryminacji. Wie o nim rodzina, znajomi, przyjaciele. Na kartach dziennika pojawia się jego partner, dla którego, jak zrozumiałam, przeniósł się do Wrocławia. Pewnie dlatego nie ma w dzienniku cierpiętnictwa, a całość jest pogodna. 

Przyznam, że nie należę do miłośniczek dzienników. Są po prostu, z oczywistych przyczyn, nierówne - miejscami bardzo ciekawe, miejscami po prostu nudne. Tymczasem w tym wypadku o nudzie nie ma mowy. Wpisy są krótkie, najdłuższe nie przekraczają strony, może półtorej, niektóre mają po kilka linijek. To pewnie z jednej strony świadectwo naszych czasów, z drugiej efekt sposobu, w jaki książka powstała. Jedno łączy się z drugim. Wiele notek ma formę anegdoty zamkniętej zgrabną puentą, inne są typowymi dla tej formy relacjami albo przemyśleniami. Dodatkową przyjemność sprawiało mi czytanie o moim mieście i o mieszkającym w nim ludziach, o których bardziej słyszałam niż ich znam. Bo jedno z miast, Gdańsk, Kraków, Wrocław, pomiędzy którymi Patryk Pufelski kursuje, jest także moim.

Zdecydowanie warto sięgnąć po "Pawilon małych ssaków". Mam taki test - jeśli notka na mój blog powstaje gładko, jeśli piszę emocjami, to znak, że książka mnie poruszyła. A jeśli w dodatku dzieje się tak po upływie jakiegoś czasu od lektury, a tak było w tym przypadku, to znak, że nadal we mnie pracuje. A czy słusznie znalazła się na liście nominowanych do Nike? Z tym bym dyskutowała. Nie wykluczam, że sam autor się zdziwił. Do tego co pisze podchodzi bez zadęcia, ta książka przydarzyła mu się trochę przez przypadek, chociaż, jak mówi we wspomnianym wywiadzie, pisanie jest dla niego czymś naturalnym, od dawna robił to dla swoich znajomych w mediach społecznościowych, a dla siebie prowadził notatki w komputerze.

Eugenia Kuzniecowa "Nim dojrzeją maliny"

Dawno już nie czytałam jakiejś książki ukraińskiej pisarki albo

pisarza. A mam ich jeszcze kilka - i w czytniku, i papierowe. Pilnie też śledzę to, co wychodzi. Dlatego sięgnęłam po rzecz stosunkowo świeżą, sprzed kilku miesięcy, powieść Eugenii Kuzniecowej "Nim dojrzeją maliny" (Znak 2023; przełożyła Iwona Boruszkowska). Zanim ją kupiłam, wysłuchałam podcastowej rozmowy na jej temat, zerknęłam, bardzo pobieżnie, na recenzje zawodowców, których zdanie jakoś tam biorę pod uwagę, wybierając lekturę. Same pochwały. Jeden z nich ogłosił ją nawet książką tygodnia. I stało się tak, jak czasem w podobnych sytuacjach bywa - rozczarowanie. Może nie jakieś wielkie, ale jednak. Bo trudno powiedzieć, aby powieść Eugenii Kuzniecowej mi się nie podobała, ale spodziewałam się jednak czegoś o większym ciężarze. Cóż, chyba byłam nie dość czujna, bo słuchając rozmowy o tej książce, miałam jednak wrażenie, że tłumaczka za wszelką cenę próbuje słuchaczki i słuchaczy przekonać, że pod pozornie lekką formą kryje się coś jeszcze. Jakby koniecznie chciała udowodnić, że warto. 

Podobno wśród miłośniczek literatury funkcjonuje termin  książka otulająca. Podobno wiele z nich takich właśnie potrzebuje. Jak rozumiem, chodzi o przyjemność z lektury bez większego wysiłku. Jeden z moich ulubionych radiowych dziennikarzy mówił kiedyś o książkach deserowych. O ile pamiętam, mniej więcej to samo miał na myśli. I moim zdaniem właśnie do powieści Eugenii Kuzniecowej "Nim dojrzeją maliny" oba te określenia pasują znakomicie. Jeśli więc ktoś ma ochotę oderwać się od codzienności, dać się unieść lekturze i mieć pewność, że problemy bohaterek znajdą szczęśliwy finał, to niech śmiało po tę książkę sięga. Ja jednak liczyłam na odrobinę więcej. Trochę szkoda mi czasu na takie lektury. Czasem myślę, że może to błąd, może warto dać sobie więcej luzu. No a teraz pora na konkrety.

Akcja powieści rozgrywa się współcześnie, ale jeszcze przed wojną, chyba nawet przed tą pierwszą o Donbas, w czasie dwóch miesięcy letnich wakacji na ukraińskiej wsi nie tak odległej od dużego miasta. Kijowa? Nazwa, o ile nie zawodzi mnie pamięć, nie pada. Do domu ponad  dziewięćdziesięcioletniej Teodory przyjeżdżają jej wnuczki, dwie siostry - Mijka i Lilka. Spędziły w nim niejedno lato swojego dzieciństwa, teraz, jak łatwo się domyślić, uciekają tu przed swoimi problemami. Bo ... życie nie zawsze trzeba przeżyć, czasami trzeba się przed nim ukryć. 

Pierwsza ma dylemat - którego faceta wybrać. Tego poukładanego, ale nudnego, czy jego przeciwieństwo. Muszę przyznać, że jej hamletyzowanie nieco mnie irytowało. Może dlatego, że problemy bohaterek przedstawione są dość powierzchownie, raczej bliżej im do literackich klisz niż do psychologicznej głębi. Z kolei Lilka ma przeprowadzić się z mężem i dziećmi do Australii. Bardzo tego nie chce, ale nie widzi wyjścia. Mądra, a jakże by inaczej, babcia radzi jej, że musi tak postąpić, aby to ostatecznie mąż był przekonany, że nie ma co na drugi koniec świata jechać. Obie siostry są oczywiście samodzielne, niezależne, wykonują jakieś wolne zawody, jedna fotografuje, druga podobno coś pisze, mają za sobą liczne związki formalne i nieformalne, Lilka ma dwóch synów z różnych związków, ale oczywiście marzą o miłości i rodzinnym ciepełku. 

Babcia Teodora mimo swojego wieku jest rzecz jasna całkiem żwawa i mądra życiowym doświadczeniem. Kiedyś porzuciła wielkomiejskie mieszkanie rodziców, aby pójść za miłością swojego życia. Wspólnie wybudowali dom otoczony wielkim ogrodem. Nie zawsze było łatwo, bo dziadek Miji i Lilki spełniał swoje szalone marzenia, co nie zawsze podobało się jego żonie, ale oczywiście jest kobietą spełnioną i pogodzoną z życiem. Jej problemy, jak wszystkie w tej powieści, podane zostają w lekkiej formie, nie dotykają, nie rozwalają. Ot, były, są, będą, bo takie jest życie, ale wszystko ostatecznie skończy się dobrze. Och, jakby się chciało, żeby w realu też wszystko znajdowało szczęśliwe rozwiązanie.

Jest jeszcze kuzynka Mijki i Lilki, Marta, która wraca nieoczekiwanie z Indii, gdzie pracując w jakiejś zachodniej firmie, robiła karierę i pieniądze, i jak się okazuje, jest w ciąży. Czeka na dwóch synów, nie chce zdradzić, kto jest ojcem dziecka, ciąża pokrzyżowała jej życiowe plany. Oczywiście mądra babcia patrzy na wszystko ze spokojem, nie wtrąca się, nie krytykuje, swoje wie i jest przekonana, że wszystko się ułoży. Jednym słowem dom kobiet. A to nie wszystkie, bo wkrótce zjawiają się kolejne. Oczywiście wzajemnie się wspierają. Wiadomo. 

I tak leniwie toczy się lato. Czas mija  na rozkminianiu dylematów, załatwianiu większych i mniejszych prac związanych z domem i ogrodem. Dziewczyny a to zajmą się koniecznymi naprawami, a to posadzą mnóstwo dyń, które chcą sprzedać mieszkańcom bogatego Zachodu za ciężkie euro (jakoś nie skumałam, niby dlaczego taki interes ma się udać), a to zrobią porządki w zdziczałym sadzie dziadka, czasem trzeba pojechać z kimś do lekarza. Jednym słowem klimat nieco baśniowy, co podkreśla jeszcze zakończenie swoją formą przypominające mi to z filmu "Cztery wesela i pogrzeb". Ten zabieg trochę bierze w ironiczny nawias całą opowieść.

To, co mi się w powieści Eugenii Kuzniecowej podobało, to wykreowane miejsce - stary dom, wielki zdziczały ogród, w którym można się zgubić, roślinność, która wdziera się wszędzie. Ciepło upalnego lata, podmuchy przyjemnego wiatru, słońce i cień, jaki dają stara weranda i drzewa. Dynie, maliny i inne owoce. Pyszne jedzenie. To wszystko opisane jest bardzo sensualnie i zmysłowo. Miejsce trochę sielskie, trochę przerażające, bardzo zapuszczone, bo babcia Teodora nie ma już przecież siły wokół tego wszystkiego chodzić. Oddała więc dom i ogród w posiadanie naturze. Rodzinne gniazdo, schronienie, czas wakacji, które pamięta się do końca życia. Co się z nim stanie? Wszyscy wiedzą, że życie babci zmierza do kresu, ona też zdaje sobie z tego sprawę. Kto przejmie po niej schedę? Czy uda się uratować ten azyl, który nie zawsze i nie dla każdego był rajem? Tak zapamięta je najmłodsze pokolenie. 

Czyta się tę powieść bardzo dobrze, bezproblemowo. Miejsce nieco niczym z dramatów Czechowa, ale bohaterkom daleko do jego postaci. Nie ma w nich tego tragicznego rysu, a w powieści tej nieznośnej ciężkości bytu, z którym zmagają się bohaterki i bohaterowie Czechowa. Kto chce odpocząć, kto szuka lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej, niech śmiało sięga.

Monika Helfer "Hałastra"

Nie zastanawiałam się specjalnie długo nad zakupem "Hałastry"

austriackiej pisarki Moniki Helfer (Filtry 2023; przełożył Arkadiusz Żychliński). Dlaczego? Bo interesuje mnie Austria, jej stosunek do przeszłości, próba (udana) ustawienia się w roli państwa, które nie odpowiada za zbrodnie drugiej wojny. To nie my, to nasi sąsiedzi. Wydawało mi się, że autorka w książce opowiadającej o losach swoich przodków, będzie o tym pisać. Jak Martin Pollack w "Śmierci w bunkrze", w której opowiadał historię swojego ojca, zbrodniarza wojennego, i swoich dziadków, zwolenników Hitlera, i w "Kobiecie bez grobu. Historii mojej ciotki", też opowieści o przodkach. Tymczasem znowu okazało się, że nie doczytałam dokładnie i ... wprawdzie Monika Helfer rzeczywiście opowiada o swoich dziadkach, matce, ciotkach i wujkach, tyle że ... ich dzieje sięgają czasów pierwszej wojny światowej. Jak dowiedzieć się można ze strony wydawnictwa, "Hałastra" jest pierwszą częścią tryptyku rodzinnego. Jeśli Filtry zdecydują się wydać kolejne, okaże się, czy któryś z nich dotyczy tematyki, o której wspomniałam. Tymczasem przeczytałam część pierwszą i mam mieszane uczucia.

Coś mnie w tej książce uwierało, sprawiało, że długo nie potrafiłam się wciągnąć. Wydaje mi się, że były dwie przyczyny takiego stanu rzeczy. Po pierwsze autorka historię swoich dziadków, Marii i Josefa, przeplata z opowieściami o ich dorosłych już dzieciach, rozbijając w ten sposób tok zasadniczej narracji. A że "Hałastra" jest niewielkich rozmiarów, liczy niecałe dwieście stron, ich losy opowiadane są wyrywkowo, bardziej na zasadach anegdotycznych, co nie pozwalało mi zżyć się z bohaterami. Muszę przyznać, że myliły mi się imiona krewnych, a gdyby ktoś kazał mi dziś dopasować historię do  postaci, nie potrafiłabym tego zrobić. Mało tego, kiedy piszę tę notkę, nie pamiętam już chyba żadnej z opowiadanych przez autorkę anegdot. Może to moja wina, może czytałam nie dość uważnie, ale jeśli tak było, to przecież z czegoś wynikało. Drugi powód mojego braku entuzjazmu to sposób opowiadania. Bardzo zwięzły, miejscami nieco egzaltowany. Drażniły mnie rekonstruowane rozmowy, domysły, co mogli czuć bohaterowie. Niby to oczywiste, skoro autorka opowiada historię młodości swoich dziadków, ale może właśnie zwięzłość, pozbawienie tej prozy wszelkich ozdobników przy jednoczesnym konstruowaniu jej fragmentów, właśnie tych dotyczących dziadków, jak powieści powodowało, że coś mi zgrzytało, sprawiało wrażenie sztuczności, kreacji. To oczywiście moje subiektywne odczucia, w dodatku nie bardzo potrafię ubrać je w słowa.

Ale nie jest tak, że uważam czas spędzony nad "Hałastrą" za stracony. Bo w końcu coś mnie jednak w tej książce zafrapowało, poruszyło i przejęło. Dziadkowie autorki, Maria i Josef, mieszkali wraz ze swoimi dziećmi  na odludziu - gdzieś na końcu górskiej doliny za wsią. Żeby do nich dotrzeć, trzeba było wspiąć się pod górę. Nie mieli tam żadnych sąsiadów, a żeby pójść do szkoły, coś załatwić, zrobić zakupy, trzeba było zejść do wioski. Nie byli bogaci, ale jakoś sobie radzili. Dziadek robił tajemnicze interesiki. Jakie? Tego nie wiadomo. Nie przeszkadzała im samotność. Wszystko zmieniło się, kiedy wybuchła pierwsza wojna i dotarła nawet na to odludzie. Właściwie nie sama wojna, ale jej konsekwencje - Josef został powołany do wojska. Wszyscy wierzyli, że wkrótce wróci, przecież miała się szybko kończyć. Jak było, wiemy. Maria zostaje z dziećmi sama. Josef, zanim wyruszy, prosi swojego przyjaciela burmistrza, z którym robił interesiki, aby pomagał jego rodzinie i pilnował żony. Dalsza część tej historii to opowieść o opresji samotnej kobiety z dziećmi, która zdana jest na łaskę innych, szczególnie mężczyzn. A ona im się podoba. Resztę można sobie dośpiewać. Burmistrz robi się coraz bardziej napastliwy. Maria jest w pułapce - z jednej strony nie może utracić jego przychylności, od jego pomocy zależy egzystencja rodziny, z drugiej boi się go. Jej opór wcale nie jest spowodowany cnotliwością czy pruderią, ale niechęcią do niego. Jej strach, matnia, w jakiej się znalazła, sytuacja, z której, jak się wydaje, nie ma wyjścia - to wszystko opowiedziane zostało znakomicie. Aż miałam ciarki na plecach, kiedy czytałam te fragmenty.

Jest to też opowieść o wojennej biedzie, o dumie i o rodzinnych więzach. Stąd ta tytułowa hałastra - pogardzana rodzina, której członkowie potrafią dla siebie zrobić bardzo dużo, narazić siebie, aby ratować egzystencję najbliższych. To wreszcie opowieść o ostracyzmie, jakim zostaje otoczona Maria, kiedy w czasie wojny zachodzi w ciążę. Czy to dziecko jej męża, który był na urlopie? A może tajemniczego nieznajomego, który odwiedzał rodzinę? A może jeszcze kogoś? Tym dzieckiem była matka autorki. Dzieckiem nieuznawanym przez Josefa, który uwierzył plotkom. 

Smutne są losy dziadków Moniki Helfer i ich dzieci. Może żyliby w miarę szczęśliwie, życiem, jakie im odpowiadało, gdyby w ich los nie wtrąciła się Historia. Z drugiej strony jest też coś krzepiącego w tej opowieści - moc, jaką daje rodzina. To, że przetrwali, że trzymali się razem, zawdzięczają swojej determinacji, przywiązaniu i sile rodzinnych więzów.

Mimo kilku zastrzeżeń warto przeczytać. 

Jerzy Haszczyński "Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec"

"Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec" Jerzego

Haszczyńskiego (Czarne 2022) to kolejna książka z cyklu niemieckiego, jaki sobie zaplanowałam po lekturze "Księcia" Magdaleny Parys. Najpierw przeczytałam "Deutsche nasz. Reportaże berlińskie" Ewy Wanat, a jakiś czas później ciekawą powieść "W sztucznym świetle" Deniz Ohde. Przy okazji warto wspomnieć, że ta ostatnia pozycja znalazła się na długiej liście nominowanych (czternaście tytułów) do Angelusa, Literackiej Nagrody Europy Środkowej. Zabierając się za książkę Jerzego Haszczyńskiego, spodziewałam się równie pasjonującej lektury, ponieważ miała bardzo dobre recenzje. Usłyszałam nawet, że jeśli chce się zrozumieć współczesne Niemcy, to koniecznie trzeba ją przeczytać razem z pozycją Ewy Wanat, a na deser dołożyć "Cywila w Berlinie" - reportaże pisane przez Antoniego Sobańskiego na pięć lat przed wybuchem wojny. Ta lektura jeszcze przede mną. 

Zaczęło się obiecująco. Pierwszy rozdział był opowieścią o zdarzeniach, o jakich nie miałam pojęcia. To historia dzieci urodzonych w czasie wojny lub tuż po niej, których matkami były Niemki, a ojcami Polacy zesłani do III Rzeszy na roboty przymusowe. Wprawdzie za takie romanse obu stronom groziły represje - mężczyźnie śmierć, chociaż zdarzały się wyjątki, kobiecie golono głowę i wystawiano ją na pośmiewisko - ale życie życiem. Dzieci urodzone z takich związków najczęściej po cichu mordowano za milczącym przyzwoleniem sąsiadów. Taki proceder miał miejsce szczególnie na prowincji, w dużym mieście łatwiej było się schować. Przejmująca jest historia głównego bohatera tego reportażu, Gerta Eida, urodzonego z takiego związku. Całe dzieciństwo dźwigał na sobie piętno niechcianego dziecka. Niestety dalsza część "Rzeźni numer jeden" po prostu mnie rozczarowała. Dlaczego?

Po pierwsze jest to zbiór reportaży, które wcześniej ukazały się w prasie, a ja zdecydowanie wolę, jeśli książka stanowi od początku do końca zaplanowaną całość. Po drugie i znacznie ważniejsze właściwie nie dowiedziałam się prawie niczego nowego. Autor pisze o problemach, o których sporo słyszałam. O imigrantach i o stosunku Niemców do nich. Wiadomo przecież, że jest różny. Stawia też znane mi już pytanie, kto właściwie można nazywać imigrantem? Czy ten, kto urodził się w Niemczech, ale miał rodziców, którzy tam przybyli, ciągle nim jest? Inny temat to partie polityczne - AFD i CDU. Ta druga coraz bardziej zbliża się w poglądach do swoich konkurentów z prawej strony sceny politycznej. Kolejny - różnice między zachodnimi i wschodnimi landami i rozczarowanie mieszkańców tych ostatnich. Inny reportaż opowiada o szanowanym powszechnie człowieku, który, jak się okazało po jego śmierci, w czasie wojny służył w SS. Co zrobić z tą wiedzą? Czy szkoła w Berlinie może nadal nosić jego imię? Jeszcze inny to historia młodej Niemki, która stała się radykalną islamistką i uciekła do Syrii. Czy pozwolić jej i innym dziewczynom, które też dały się zwieść w podobny sposób, wrócić do Niemiec, czego chcą ich rodziny? A jeśli tak, to jak z nimi postępować? 

Oczywiście autor pisze też o zdarzeniach, o których nie wiedziałam, ale i tak bez trudu mogłam się domyślić ciągu dalszego. Bo nawet jeśli nigdy wcześniej nie miałam pojęcia o buntownikach  z Arnstadt w NRD, to fakt, jak bardzo rozeszły się ich drogi i poglądy, wcale mnie nie zdziwił. Jeśli dotąd nie słyszałam o tej tytułowej rzeźni numer jeden, największej w Niemczech, to przecież wiem, jaki jest los zwierząt, które tam trafiają, domyślam się, jaka to niewdzięczna i ciężka praca i jak są traktowani pracownicy. Nawet to, że pracuje tam wielu Polaków, nie było dla mnie zaskoczeniem.

Jest oczywiście jeszcze kilka tekstów, oprócz pierwszego, które mnie bardziej zainteresowały lub poruszyły, choćby ostatni o Róży Luksemburg czy o zabójstwie dziewięciu Niemców o obcych korzeniach, ale urodzonych w Niemczech, ale to nie przesądza o całości.

Na pewno ktoś, kto nie interesuje się specjalnie sprawami międzynarodowymi, wyniesie z tej książki znacznie więcej, może nawet wszystkie poruszane problemy będą dla takiej osoby nowe i ciekawe. Trzeba przyznać, że Jerzy Haszczyński jest specjalistą od tematyki niemieckiej, niektóre sprawy zgłębiał latami, wracał do nich po jakimś czasie. To oczywiście plus. Ja jednak nie znalazłam tu dla siebie wiele nowego.

John Williams "Stoner"

Dziś będzie o "Stonerze" Johna Williamsa (Filtry 2023; przełożył

Maciej Stroiński). Na początek kilka słów o historii tej powieści, bo jest interesująca. Opublikowana w Stanach w roku 1965 przeszła bez echa. Dla autora, który był pisarzem, redaktorem oraz wykładowcą akademickim, i jego agentki literackiej nie było to zaskoczenie, tego się spodziewali. Odkryto ją na nowo czterdzieści lat później już po śmierci autora. Wtedy zyskała drugie życie, najpierw w Europie, potem w ojczyźnie pisarza. Trochę podobna jest jej polska historia. Pierwszy raz ukazała się w roku 2014 pod tytułem "Profesor Stoner" w innym wydawnictwie w tłumaczeniu Pawła Cichawy i została przemilczana. Nie pomogła okładkowa rekomendacja Toma Hanksa, który zachwycił się powieścią. Może nie ma się czemu dziwić - na mnie rekomendacje rozmaitych sław i celebrytów działają raczej odstraszająco. Teraz, kiedy wskrzesiły ją Filtry, jest o niej głośno i zbiera bardzo dobre recenzje, nawet znakomite. Sprawdziłam opinie czytelniczek i czytelników na jednym z portali - przeważają pozytywne. Ja również zachwyciłam się "Stonerem", połknęłam go niemal jednym tchem i zadumałam nad losami bohatera.

Zacznę od tego, że jest to rzecz napisana bardzo tradycyjnie, trochę staroświecka w formie, przywodzi na myśl dziewiętnastowieczne powieści z tym, że nie ma tu rozbudowanych opisów miejsc, autor skupia się na bohaterach, przede wszystkim na tytułowym, na ich życiu wewnętrznym i drodze życiowej. Niby niewiele się dzieje, ot zwyczajne życie, a jednak trudno mi się było od historii Williama Stonera oderwać.

Kim jest główny bohater powieści? Urodził się w roku 1891 na wsi w stanie Missouri, jego rodzice byli drobnymi farmerami, już jako dziecko pomagał im w gospodarstwie, miał je po nich przejąć, wprowadzić ulepszenia, nowoczesne metody gospodarowania. Dlatego w roku 1910 rodzice zdecydowali się dużym wysiłkiem wysłać go na studia rolnicze na Uniwersytet Missouryjski. To zmieniło wszystko. Obowiązkowe zajęcia z literatury angielskiej sprawiły, że postanowił zmienić kierunek. Skończył anglistykę, zrobił doktorat, ożenił się, miał jedną córkę i do śmierci w roku 1956 pracował jako adiunkt na Uniwersytecie Missouryjskim. O tym wszystkim dowiadujemy się na pierwszych stronach powieści. 

Niby zwyczajne życie, niby Stoner nic wielkiego nie osiągnął, nie zrobił kariery naukowej, a jednak jest w nim coś niezwyczajnego, a jego los przejmuje. Tak jak przejmujący bywa los wielu ludzi, którzy po cichu zmagają się z przeciwnościami, z cierpieniem, stratą, zawiedzioną miłością, rozczarowaniem. Bardzo dobrze podsumowuje to tłumacz, Maciej Stroiński, w posłowiu, cytując fragment zdania z "Hamleta" w przekładzie Stanisław Barańczaka: jego potulnie przecierpiane życie. Te słowa znakomicie pasują do Stonera. A teraz dwa dłuższe cytaty z powieści.

Ale William Stoner wiedział o życiu coś, czego młodsi wykładowcy raczej by nie zrozumieli. (...) gdzieś głęboko zdawał sobie sprawę, co to znaczy, gdy jest ciężko i gdy człowiek chodzi głodny, i gdy musi sobie radzić, i gdy go naprawdę boli. (...) zawsze nosił w sobie pulsujące w żyłach dziedzictwo swych przodków, którzy żyli na uboczu, cierpliwie znosili przeciwności losu i trzymali się zasady, że trudy życia trzeba przyjąć ze spokojem, z wielką wytrwałością, z niewzruszoną miną, z opuszczoną głową. (...) dostrzegał coś więcej pod powierzchnią zjawisk  - ogólniejszą rozpacz, którą znał od lat najmłodszych.

Powszechną nędzę przyjmował bez słowa i rozważał w sercu, nie umiejąc jej wysłowić, a wyłącznie poczuć, i odpowiadając na nią cichym przygnębieniem, które nigdy go nie odstępowało. 

I jeszcze jeden, który dotyczy innej bohaterki, ale równie dobrze mógłby oddawać kondycję Stonera. 

... godzi się z rozpaczą i nawet ma się nie najgorzej, jakoś to jest i jakoś się żyje, lata lecą, człowiek pije troszkę więcej, żeby nie czuć pustki, w którą się osunął.

Z tym że Stoner nie pił mimo smutku, który nosił w sobie. Skąd ten smutek? Wiele było powodów. Najpierw zdrada rodziców, której się dopuścił, zmieniając kierunek studiów i nie wracając na wieś, a przecież liczyli na niego. Czy miał prawo wybrać swoją ścieżkę, inną niż ta przeznaczona mu przez miejsce urodzenia i przez nich? Potem rozczarowanie małżeństwem. Na marginesie dodam tylko, że portret jego żony zasługiwałby na osobne rozważania. Strata córki, nie w sensie dosłownym, ale duchowym, i poczucie, że nie ma wpływu na jej wychowanie, mimo że tak bardzo ją kocha i był dla niej do pewnego momentu matką i ojcem. Wreszcie świadomość, że nic wielkiego na uczelni nie osiągnie, że jest przeciętnym wykładowcą, że wydał tylko jedną książkę, też przeciętną, która nie zapisze się w historii nauki. No i nieszczęśliwa miłość, o której chętnie bym więcej napisała, posiłkując się kilkoma smutnymi, przejmującymi cytatami, bo muszę wyznać, że ten epizod z jego życia poruszył mnie bardzo. No ale nie chcę spojlerować.

A jednak nie mogę się zgodzić na to, że William Stoner był takim zwyczajnym szarym człowiekiem, a w jego życiu były tylko same klęski. Przede wszystkim miał silny charakter. Bo trzeba było siły woli i determinacji, aby pójść za odruchem serca i oddać się na zawsze literaturze. Pochodził przecież z rodziny, która nie dała mu żadnego kulturowego backgroundu - nie czytano tam książek, tym bardziej nie chodzono do kina, teatru, na koncerty czy do muzeów. A jednak, kiedy poczuł to coś, ten zachwyt, który nie bardzo umiał ubrać w słowa, poszedł za nim, co wymagało wielkiej determinacji i wielkiej pracy. Niby był przeciętnym wykładowcą, a jednak miał okresy, kiedy potrafił nauczać z pasją, a studenci chętnie chodzili na jego zajęcia. No i był człowiekiem ideowym, bezkompromisowym. Umiał przeciwstawić się koledze z uczelni, wiedząc, że racja jest po jego, Williama Stonera, stronie, czego skutkiem były liczne nieprzyjemności i szykany, a ostatecznie zahamowanie jego uniwersyteckiej kariery. Posady już nie mógł stracić, ale w konsekwencji nigdy nie został profesorem. No i przeżył dwie wielkie miłości. Jedną, zakończoną nieszczęśliwie do kobiety, drugą, która dawała mu siłę, ukojenie i poczucie spełnienia, do książek. Jeśli komuś dana była taka miłość, to nie żył na próżno.

Pożądanie i czytanie - zauważyła kiedyś Katherine. - I czego chcieć więcej?

Stoner również tak uważał, odkąd wreszcie zaznał szczęścia.

Czyż nie jest to piękny i trafny cytat? I jeszcze jeden króciutki, naprawdę już ostatni.

Wtedy też myślałam, że jestem porządna. Człowiek jest porządny, gdy nie ma okazji nie być! Bo trzeba się zakochać, żeby wiedzieć coś o sobie.

Ileż jest prawdy w tych słowach!

Czytelnicy, którzy mają w głowie klasyczne lektury, odnajdą w "Stonerze" liczne aluzje i tropy  prowadzące do nich. Najważniejszy do "Pani Bovary" Flauberta. William Stoner jest według tłumacza jej odwrotnością. Ją miłość do książek doprowadziła do zguby, jego ratowała. Nie będę udawała, że odkryłam te literackie nawiązania sama. Dowiedziałam się o nich z posłowia Macieja Stroińskiego. "Panią Bovary" czytałam tak dawno, że niewiele mi z niej zostało. Ale nawet bez znajomości czy pamięci literackich kontekstów jest to znakomita lektura.

Zyta Oryszyn "Najada"

Wydawnictwo Drzazgi rozpoczęło swoją działalność w roku 2021 od

wznowienia, pięćdziesiąt lat od premiery, powieści "Najada", debiutu nieżyjącej już pisarki Zyty Oryszyn. Bardzo interesujące posłowie przybliżające jej życie i przede wszystkim twórczość napisała Inga Iwasiów. Świetne recenzje i tematyka książki sprawiły, że zapragnęłam ją przeczytać. Oczywiście, jak często bywa, od postanowienia do realizacji trochę zeszło. Wcześniej nie znałam żadnej z powieści pisarki, teraz miałabym ochotę przeczytać przynajmniej dwie, ale niestety są niedostępne. Może Drzazgi pójdą za ciosem i je wznowią? Tak sobie marzę. Trzy ostatnie zdania nie pozostawiają wątpliwości, że i mnie "Najada" się spodobała. Nawet bardzo.

Czas wyjaśnić, co jest tematem książki, bo to on, poza recenzjami, sprawił, że po nią sięgnęłam. Akcja powieści rozgrywa się na wsi, prawdopodobnie w latach sześćdziesiątych. Z tego powodu z jednej strony stawia się ją obok twórczości takich pisarzy jak Wiesław Myśliwski, Marian Pilot czy Edward Redliński, z drugiej przeciwstawia się im, bo pisarka bohaterkami "Najady" uczyniła przede wszystkim kobiety, chociaż równie ważny jak one jest jeden mężczyzna. Już samo przywołanie w kontekście tej książki nazwiska Myśliwskiego, którego twórczość uwielbiam, było dla mnie wystarczającym magnesem. I rzeczywiście odnalazłam w niej klimat jego prozy. 

Przede wszystkim zachwyciły mnie znakomicie wykreowany nastrój, świat, w którym miesza się twarda codzienność z niepokojącymi legendami opowiadanymi przez mieszkańców, i wreszcie język, taki, jaki lubię najbardziej - kunsztowny, trochę poetycki, a jednocześnie stylizowany, momentami dosadny.

Czy można oswoić czyjeś myśli jak ptaka zamorskiego, tak by do obcych, nieznanych krajów nie poleciał, by w ciepłej kuchni siedział i kruszyny domowego chleba podziobywał, i studzienną wodę pił, miast tej z przestworzy? Ale przecież ani ptaka zdrowego w domu nie uchowasz, ani czyjejś myśli ciekawej świata, a nie rodzinnych betów.

Ale równie istotni są bohaterowie i niepokoje, które nimi targają. Najważniejsi to Marychna i Sawka. Ona półsierota, nigdy nie poznała swojego ojca, który został rozstrzelany w czasie wojny w egzekucji ulicznej. Mieszka z matką i dziadkiem, starszy brat już dawno wyjechał do miasta, pracował w kopalni, potem skończył studia, ożenił się. Do domu zagląda rzadko, jego miejsce jest już gdzie indziej. Marychna pomaga matce w gospodarstwie, ale od dawna czuła jakiś niepokój. Myśli o nieżyjącym ojcu, zastanawia się, gdzie jest jej miejsce. Gdzie jej będzie lepiej - tu w rodzinnej wsi czy gdzieś dalej w mieście? Czy tam znikną lęki, niepokoje i rozterki, które ją dręczą? Czy znajdzie odpowiedź na pytania, które sobie zadaje?

Ludzie, co my na tej świętej ziemi robimy?

No i co, z czego się śmiejesz, z czego się radujesz, przecież gdybyś tak teraz zniknęła, ot tak fiut, i nie ma ciebie, to co by się stało, nic by się nie stało. Czy to zadziwiłoby świat, że brakuje na nim takiej Maryśki Białawskiej, takiej tam skądyś (...)

Kiedyś spróbowała, wyjechała, ale okazało się, że to tylko złudzenie. Niepokój nie zniknął.

Co takiego człowiek w sobie nosi ze sobą, że wszędzie mu tak samo?

Marychna w końcu jednak dochodzi do wniosku, że trzeba swoje życie uczynić ważnym, aby przeciwstawić je śmierci. Ta ważność to zgoda na to, że istotne jest to, co robimy, co wokół nas, to, że wsłuchujemy się w siebie, żyjemy świadomie, cieszyć nas może nawet to, że woda z kranu kapie.

Sawka jest w tej wsi obcy. W dodatku znajda bez korzeni, nie wie, kim byli jego rodzice. Wychowany przez obcą kobietę - znalazła go na progu swojego domu z karteczką, na której było jego imię, Sławomir. Ma po niej nazwisko, Ganowski, stała się dla niego jak babcia, ale szczęście nie trwało długo - nie zdradzę dlaczego. Potem był sierociniec, po szkole wojsko. Teraz pracuje tu, w tuczarni świń, pomaga też gospodarzom w pracach polowych. Sawka też zastanawia się nad sobą. Kim jest? Taki wykorzeniony. Czego tak naprawdę chce? Czy rzeczywiście czuje coś do Marychny, w obronie której stanął na wiejskiej zabawie? 

Czy to nie on leżał po nocach z otwartymi oczami, dziwiąc się swojemu pulsującemu sercu: dla kogo, na co? Na jaki świt? Na jaki zmierzch, na jaką śmierć, na jakie życie? (...) A on co? Co on zrobił, o czym mógłby powiedzieć: "Zrobiłem swoje"?

Wskazówką  stały się dla niego słowa Molendy, wiejskiego filozofa.

Bo to, panie, w duszy się trzeba wzbogacać. To wszystko, co się przeżyło, nosić ze sobą i nie zapominać o niczym, i żyć tak, jakby każdy dzień miał być ostatnim dniem na tym padole. (...) ... trzeba w każdej chwili móc zwinąć w rulon to, co przeżyłeś, ten cały kram (...) i hajda tam, gdzie ci twoja podejrzliwość powiedziała, że możesz rozpostrzec ten rulon, rozpościelić - i wyrosną z niego kwiaty, chłód i zapach sosen dla tych, którzy właśnie tego szukają.

Sawka ostatecznie też godzi się ze sobą. 

Nie będzie więcej pytań "po co". Będą tylko odpowiedzi. A właściwie to tylko jedna odpowiedź - "po wszystko". Po radość z (...) szczęśliwości, cierpienia, zapachów i barw. Do tej pory najada w nim zapuszczała korzenie. A teraz on spróbuje, wyrzuciwszy ją z serca zapuścić korzenie w życie.

Kim jest ta tytułowa najada? To nimfa żyjąca w miejscowym jeziorze, której boją się mieszkańcy. On postanawia się jej przeciwstawić. Wziąć los w swoje ręce.

Bohaterowie powieści są bardzo samotni. Nie potrafią mówić o tym, co ich męczy, zamykają się przed innymi ze swoimi zmartwieniami. Sawka, Marychna, jej matka, jej dziadek, koleżanka Wiśka. Stara Białawska nie umie okazać córce czułości. Trudno się dziwić. Dźwiga przecież swoje traumy - śmierć męża, samotne macierzyństwo, tęsknotę za synem. Teść, który mógłby być wsparciem, też zamyka się w swoim świecie, wspominając zmarłą matkę swojego syna.

Książka Zyty Oryszyn, mimo że napisana ponad pięćdziesiąt lat temu, nieoczekiwanie porusza bardzo współczesne tematy. Oprócz niepokojów dręczących bohaterów, oprócz samotności i alienacji, pojawia się także temat pokątnych aborcji i delikatnie zasugerowana, ale obecna,  ledwie uświadamiana homoseksualność jednego z bohaterów.

Bardzo ciekawa, znakomicie napisana powieść. Nie tylko dla miłośników Wiesława Myśliwskiego. 

Popularne posty