Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty

Patryk Pufelski "Pawilon małych ssaków"

O książce Patryka Pufelskiego "Pawilon małych ssaków" (Karakter

2022) jako osoba pilnie śledząca bańkę literacką i jako czytelniczka sama w niej tkwiąca nie mogłam nie usłyszeć, tyle było w momencie premiery wokół niej hałasu. Autor, pracownik wrocławskiego zoo, wysłał swój tekst na konkurs pamiętników osób LGBT+ ogłoszony przez Pracownię Badań nad Historią i Tożsamościami LGBT+ w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Nagrodzone i wyróżnione prace zostały potem wydane w osobnej książce. Patryk Pufelski nie znalazł się w tym gronie, za to organizatorzy konkursu uznali, że jego praca zasługuje na szczególne potraktowanie i zainteresowali nią wydawnictwo Karakter. Ostateczny kształt książki, która ujrzała światło dzienne, został rozszerzony. Autor opowiada w wywiadzie udzielonym Dwutygodnikowi, jak pracował nad całością, jak odchodził od koncepcji dziennika, aby ostatecznie do niego wrócić. 

Chociaż wokół książki było dużo szumu, nie zamierzałam jej czytać, bo wydawało mi się, że jest to rzecz przede wszystkim o pracy w zoo i podopiecznych autora. Nie żebym zwierząt nie lubiła, ale co innego lubić, a co innego jeszcze o nich czytać. I raczej na pewno nie sięgnęłabym po "Pawilon małych ssaków", gdyby nie kilkudniowa wizyta u bliskiej mi osoby, która książkę miała i polecała. A ponieważ właśnie wtedy autor został nominowany do Nike, grzechem było nie skorzystać z okazji. Połknęłam ją w dwa poranki i dwa wieczory, bo tylko wtedy miałam czas na czytanie. Połknęłam z ogromną przyjemnością. To rzecz, którą znakomicie się czyta, a lektura daje odprężenie i właśnie przyjemność.

Dlaczego? Myślę, że kluczem jest sam autor. Czytając, wielokrotnie łapałam się  na myśli, że świetnie byłoby mieć takiego znajomego! Patryk Pufelski wydaje się być bardzo ciekawą osobą. Bo powiedzieć, że jest pracownikiem zoo, to nic nie powiedzieć. Tak, pracuje we wrocławskim zoo, a wcześniej przez kilka lat pracował w krakowskim, a jeszcze wcześniej, bo już jako nastolatek, udzielał się jako wolontariusz w oliwskim. Przychodził tam w niemal każdy weekend. Rzeczywiście jest miłośnikiem zwierząt, wiele  miejsca poświęca im w dzienniku, i tym, którymi opiekuje się w pracy, i tym, które ma w domu, i tym, o których coś przeczyta. Potrafi śledzić losy swoich podopiecznych, którzy zostali przeniesieni (sprzedani?) do innego ogrodu zoologicznego. Pisze o nich jak o najbliższych mu istotach. Ale miłość do zwierząt to nie wszystko. 

Autor jest po prostu bardzo interesującym człowiekiem. Refleksyjnym, uważnie przyglądającym się światu, ludziom, życzliwym, dobrym. Zanim zaczął pracę w zoo, szukał swojej drogi - studiował w Krakowie filologię węgierską i teksty kultury (kierunek na wydziale polonistyki?), niczego nie ukończył, teraz studiuje zaocznie zootechnikę. Dużo czyta, czego liczne ślady znajdujemy w jego dzienniku. Interesują go sprawy żydowskie i jest bardzo mocno osadzony w środowisku polskich Żydów. Jak zrozumiałam, ma takie korzenie, chociaż także kaszubskie. Obchodzi i Chanukę, i Boże Narodzenie. Sporo pisze o swojej rodzinie. Bo właśnie ludzie to drugi istotny nurt jego książki. Widać, że pielęgnuje więzy rodzinne, przyjaźnie i znajomości. Wiele wśród jego znajomych osób starszych, z którymi ma bardzo dobry kontakt. To nie tylko babcia, ale też inne znajome i znajomi z różnych środowisk, także tych żydowskich. Pisze o nich ciepło, dowcipnie, czasem nostalgicznie, przytacza rozmaite anegdoty. W taki sam sposób opowiada o swoich koleżankach i kolegach z krakowskiego i wrocławskiego zoo. Ludzie, wspólnota to wszystko jest dla niego ważne. Należy też do krakowskiej spółdzielni Ogniwo - księgarni i czegoś w rodzaju domu kultury. To również wspólnota.

A tematyka osób LGBT+? W końcu z konkursu na ich pamiętniki wzięła się ta książka. Oczywiście jest obecna na kartach dziennika, ale w sposób naturalny, nie dominuje. W pierwszej części pojawia się fragmentarycznie, w drugiej, kiedy atmosfera w kraju gęstnieje, jest jej więcej. Autor pisze o emocjach, o swoim gniewie na polityków. (Aż mnie korci, aby użyć mocniejszego słowa niż gniew) Mimo wszystko jednak jest w tej szczęśliwej sytuacji, że poza incydentalnymi sytuacjami nie doświadczył dyskryminacji. Wie o nim rodzina, znajomi, przyjaciele. Na kartach dziennika pojawia się jego partner, dla którego, jak zrozumiałam, przeniósł się do Wrocławia. Pewnie dlatego nie ma w dzienniku cierpiętnictwa, a całość jest pogodna. 

Przyznam, że nie należę do miłośniczek dzienników. Są po prostu, z oczywistych przyczyn, nierówne - miejscami bardzo ciekawe, miejscami po prostu nudne. Tymczasem w tym wypadku o nudzie nie ma mowy. Wpisy są krótkie, najdłuższe nie przekraczają strony, może półtorej, niektóre mają po kilka linijek. To pewnie z jednej strony świadectwo naszych czasów, z drugiej efekt sposobu, w jaki książka powstała. Jedno łączy się z drugim. Wiele notek ma formę anegdoty zamkniętej zgrabną puentą, inne są typowymi dla tej formy relacjami albo przemyśleniami. Dodatkową przyjemność sprawiało mi czytanie o moim mieście i o mieszkającym w nim ludziach, o których bardziej słyszałam niż ich znam. Bo jedno z miast, Gdańsk, Kraków, Wrocław, pomiędzy którymi Patryk Pufelski kursuje, jest także moim.

Zdecydowanie warto sięgnąć po "Pawilon małych ssaków". Mam taki test - jeśli notka na mój blog powstaje gładko, jeśli piszę emocjami, to znak, że książka mnie poruszyła. A jeśli w dodatku dzieje się tak po upływie jakiegoś czasu od lektury, a tak było w tym przypadku, to znak, że nadal we mnie pracuje. A czy słusznie znalazła się na liście nominowanych do Nike? Z tym bym dyskutowała. Nie wykluczam, że sam autor się zdziwił. Do tego co pisze podchodzi bez zadęcia, ta książka przydarzyła mu się trochę przez przypadek, chociaż, jak mówi we wspomnianym wywiadzie, pisanie jest dla niego czymś naturalnym, od dawna robił to dla swoich znajomych w mediach społecznościowych, a dla siebie prowadził notatki w komputerze.

Iwan Bunin "Późna godzina"

Zatęskniłam za literaturą rosyjską. Sama nie wiem, skąd mi się to wzięło. Wprawdzie od

dawna mam ochotę na powrót do "Anny Kareniny" i "Zbrodni i kary", ale nowości oraz inne lektury zwyciężają. Jakiś czas temu w księgarni zobaczyłam Babla, gruby tom wydany przez Muzę. Wstyd się przyznać, nigdy go nie czytałam, pewnie z powodu mojej awersji do opowiadań. Ale ostatnio przeprosiłam się z tą krótką formą literacką, już nie jestem taka ortodoksyjna, więc pewnie także dlatego chodzi za mną ten Babel. Babla na razie wprawdzie nie kupiłam (ale wkrótce to zrobię, już jest na mojej najkrótszej liście książek, które muszę mieć), za to idąc jego tropem, wpadłam na Iwana Bunina. Kierując się impulsem, kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Ładnie wydany tom nosi tytuł "Późna godzina" (Sic! 2012; przełożyła Renata Lis) i składa się z opowiadań emigracyjnych z tomu "Ciemne aleje", w tym kilku nigdy w Polsce niewydawanych, oraz z dziennika z lat 1918-1919 "Nieszczęsne dni", całość zamyka opowiadanie "Koniec", w którym Bunin wykorzystał swoje doświadczenia związane z ucieczką z Odessy. Ucieczką  bardzo dramatyczną, ostatnim statkiem zatłoczonym do granic możliwości, targanym sztormem. Wszystko niezwykle starannie wydane w serii Wielcy pisarze w nowych przekładach, ze wstępem tłumaczki, jej obszernymi przypisami i esejem o Buninie. Mam tylko jedno zastrzeżenie. Moja pretensja dotyczy przypisów. Nie w tym rzecz, że znajdują się na końcu, trudno, tak przecież często bywa, oczywiście wolę, kiedy są na tej samej stronie, ale żeby nie zostały w żaden sposób oznaczone? Z taką praktyką jeszcze się nie spotkałam! Zgaduj, czytelniku, co objaśnione zostało w przypisach! Doprawdy nowatorstwo! Ale dajmy już spokój przypisom, czas przejść do meritum.

Opowiadania Bunina są prawdziwymi perełkami, ich lektura sprawia wielką przyjemność. To najczęściej krótkie teksty oparte na dość podobnej kompozycji i osnute wokół jednego tematu, miłości. Przede wszystkim nieszczęśliwej, niespełnionej, młodzieńczej. Pełne melancholii, nostalgii, smutku. Mnie, miłośniczce dramatów Czechowa, kojarzą się z jego sceniczną twórczością. Są delikatne i zwiewne, o uczuciu najczęściej nie mówi się wprost, wszystko, co istotne, toczy się gdzieś między słowami (po raz kolejny pozwolę sobie użyć mojego ulubionego zwrotu zaczerpniętego z filmu Sofii Coppoli, który uwielbiam). Ale od czasu do czasu nagle i niespodziewanie czytelnik dostaje cios między oczy. Jedno krótkie zdanie powala na ziemię. Przypomina, że miłość, nawet młodzieńcza, może być przyczyną największej udręki. Od uczucia do tragedii droga niedaleka. Trudno pisać o takich tekstach zbudowanych z niezwykle ulotnej materii, trzeba je czytać. Żadne słowa nie oddadzą ich siły, urody i smutku. Zanurzając się w lekturze, ma się wrażenie, że autor w sposób niezwykły dotyka sedna ludzkiej egzystencji. Bunin pisał swoje opowiadania na emigracji, powstawały na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych, ale ich akcja toczy się w przedrewolucyjnej Rosji. Były powrotem do świata, który znał i kochał. Tęsknił za nim, a on bezpowrotnie przeminął. Odtworzył go pieczołowicie w swoich miniaturach. Bohaterami jego tekstów są mieszczanie i ziemianie, czasem tylko ktoś niższego stanu. Przenosimy się na ulice rosyjskich miast albo do ziemiańskich dworów. Punktem wyjścia jest najczęściej jakaś zwyczajna sytuacja, punktem dojścia wspomnienie. I to ono na ogół jest istotą.  Piękne opowiadania, na pewno będę do nich wracała, ot tak na wyrywki.

Drugą część tomu, dłuższą, stanowi dziennik Bunina z lat 1918-1919 pisany najpierw w Moskwie, potem w Odessie, dokąd pisarz uciekł wraz z żoną. Zapiski powstawały w konspiracji, starannie ukrywane, bo gdyby wpadły w niepowołane ręce, napytałyby Buninowi biedy. Pisarz ich część schował tak doskonale, że, kiedy w końcu zdecydował się na ucieczkę, jak się okazało, w ostatnim momencie, nie udało mu się ich odnaleźć. Dziennik jest świadectwem pierwszych lat rewolucji. Najbardziej uderza chaos i niepewność. Nikt nie wie dokładnie, co się dzieje. Bez przerwy pojawiają się pogłoski o udanej interwencji niemieckiej albo o sukcesach białych. Beznadzieja egzystencji miesza się z wiarą w rychły upadek znienawidzonych bolszewickich rządów. Bunin stara się nie przyjmować do wiadomości nowego, dlatego między innymi datuje swoje notatki według starego stylu. Kipi pogardą i nienawiścią do tych, którzy reprezentują nowe porządki i są ich beneficjentami. Na kartach dziennika utrwalił burzenie dawnego świata i chaos rewolucji. Biedę, głód, zimno nieopalanych mieszkań, rozruchy i potworne represje. Szczególnie okrutna jest część odeska dziennika. Tu bardzo często odnotowuje pisarz aresztowania i likwidację wrogów rewolucji, prawdziwych lub tylko wyimaginowanych. Pisze też o pogromach Żydów, do jakich dochodziło w okolicy. Bunin obsesyjnie chodzi do portu patrzeć na francuski okręt wojenny, który po wycofaniu się Francuzów zacumował na redzie. Póki tam stał, póty tliła się jeszcze jakaś nadzieja.

Dziennik jest interesującym świadectwem historii, ale muszę wyznać, że momentami mnie trochę nużył. Jak zwykle przy lekturze takich zapisków gubiłam się nieco wśród natłoku nazwisk w większej części niewiele mi mówiących. To nie oznacza oczywiście, że nie warto po "Nieszczęsne dni" sięgnąć. Przeciwnie. Jednak zdecydowanie na pierwszym miejscu stawiam pełne literackiej urody i siły opowiadania.          

Leopold Tyrmand "Dziennik 1954"

Niby niedawno, ale w zupełnie innej epoce, epoce sprzed koronawirusa, obejrzałam w kinie "Pana T.", film Marcina Krzyształowicza, oparty na kilku miesiącach z życia Leopolda Tyrmanda. Zachwyciłam się nim, czemu dałam wyraz w jednej z moich notek, i nabrałam wielkiej ochoty, aby sięgnąć po prozę pisarza, której dotąd nie czytałam. Oczywiście słyszałam o Tyrmandzie, bo to przecież legenda literatury, ale żadnej z jego książek nie znam. I tu pojawia się wątpliwość. Legenda na pewno, ale czy literatury? Czy może raczej legenda kultury, może nawet popkultury? Bo jak przetrwał w zbiorowej pamięci? Jako barwny ptak siermiężnej epoki stalinowskiej, wielbiciel i promotor jazzu - świetnie pokazała to Magdalena Grzebałkowska w biografii Krzysztofa Komedy, "Komeda. Osobiste życie jazzu". Co zostało z jego literackiego dorobku? Po obejrzeniu filmu, który tak mocno na mnie podziałał, przeczytałam kilka tekstów o Tyrmandzie, także o jego twórczości. Wszyscy wskazują na "Dziennik 1954", zawsze pojawia się też "Zły", ale właśnie jako dzieło popkulturowe, świadectwo pewnej epoki. Co do pozostałych książek Tyrmanda zdania są podzielone. Ktoś docenia "Życie towarzyskie i uczuciowe", chociaż większość jest przeciwnego zdania, ktoś wybiera "Filipa", z którym jest podobnie. Nie ma zgody. Dlatego chcąc przeczytać coś, a nie mając czasu na wszystko, wybrałam pewniaki - "Dziennik 1954" (Wydawnictwo MG 2015) - właśnie skończyłam, i "Złego" - czeka w kolejce.

"Dziennik 1954" to zapis trzech miesięcy 1954 roku. Zaczyna się pierwszego stycznia, urywa dosłownie w połowie zdania drugiego kwietnia. Dlaczego? To wyjaśnia Tyrmand w króciutkim posłowiu - pisał wieczorem, zmęczony odłożył z myślą, że wróci następnego dnia, ale właśnie wtedy podpisał z Czytelnikiem umowę na "Złego". Rozmowy w tej sprawie toczył od dawna, czego śladów w "Dzienniku" nie ma, bo, jak wyjaśnia, nie chciał zapeszyć, bał się, że i tym razem z jego planów nic nie wyjdzie. Zaczął pracę nad "Złym", który przyniósł mu upragniony sukces i sławę, a do swoich zapisków nigdy więcej nie wrócił. 

Z "Dziennikiem" wiąże się jeszcze jedna historia - kiedy wyszedł po raz pierwszy w roku 1980, wielu znających Tyrmanda uważało, że powstał później, że nie są to zapiski prowadzone na bieżąco, że tamtego Tyrmanda nie stać było na tak dojrzałą książkę. Wątpliwości i spory trwały, aż Henryk Dasko, znawca jego twórczości, odnalazł w amerykańskich archiwach zdeponowany oryginał. To ucięło dyskusję.

Co znajdziemy w "Dzienniku 1954"? Oczywiście zapis codzienności, refleksje, rozmyślania, ale nie tylko. Tyrmand, który nie chciał iść na żadne koncesje z władzą - po kolei wylatywał z wszystkich redakcji, w których pracował, a Tygodnik Powszechny, ostatnie miejsce jako takiego wolnego słowa, gdzie znalazł schronienie, został zlikwidowany i przejęty przez PAX, o wydaniu czegokolwiek bez pójścia na daleko idące ustępstwa również mowy nie było - nie tylko ledwo wiązał koniec z końcem, ale nie miał też przed sobą żadnych perspektyw zawodowych. A on tak bardzo chciał pisać, tak bardzo marzył o rozwoju, o wydaniu książki, o sukcesie, o uznaniu. Pisanie dziennika to akt rozpaczy, ujście dla twórczej energii i ostatni szaniec oporu. Skoro nie da się inaczej, to trzeba tak - pisać, pisać, pisać, choćby do szuflady. Dlatego w "Dzienniku 1954" znajdziemy też wspomnienia Tyrmanda z czasów wojny, z lat powojennych, opowieści o kobietach, z którymi był krócej lub dłużej związany, historie znajomych i przyjaciół oraz wiele innych wspominkowych opowieści. Jednym słowem jest to połączenie klasycznego dziennika ze wspomnieniami. 

Ale najmocniej wybrzmiewa w "Dzienniku 1954" rozpacz z powodu traconych szans, upływającego czasu, w którym nic się nie dzieje, poczucie bezsensu, bezradność. 
... codziennie przegrywam codzienność ... Chandra, dodupizm i poczucie klęski. Prywatny katastrofizm. Mam blisko trzydzieści trzy lata i gniję ...., .....prawdziwą samotnością człowieka jest samotność wobec losu, a nie innych ludzi.
Chcę żyć. Życie to udział w epoce, praca, kształtowanie swego czasu w każdym dostępnym wymiarze, to tworzenie ludzkich wartości i pozostawianie ich po sobie. (...) Nie pogardziłbym także ozdobami - powodzeniem, materialnym osiągnięciem, pięknymi przedmiotami wokoło, komfortem, podróżami, zasłużonym wypoczynkiem, darami przyrody.
Po prostu nie ma mnie. Wszystko dlatego, że chcę w moim kraju żyć, myśleć i pracować tak, jak uważam za słuszne. Za to płacę nieprawidłowością istnienia i zakazem rozwoju.
To garść cytatów, jakie wypisałam w trakcie lektury. 

Tyrmand zdawał sobie sprawę z mizerności swojego gestu odmowy i oporu, z jego nieważności. Wiedział, że nikt go nie zauważy. Ten gest ważny był dla niego. Dużo pisze o spotkaniach i rozmowach z przyjaciółmi, którzy są w podobnej sytuacji - nie mają pracy, nie chcą iść na układy z władzą. Szczególnie często na łamach dziennika przewijają się Zbigniew Herbert i Stefan Kisielewski. Ten pierwszy niezłomny jak Tyrmand, nie decyduje się na wydawanie swoich wierszy, ima się rozmaitych nisko płatnych prac w dziwnych instytucjach, aby jakoś przetrwać. Ten drugi, często krytyczny wobec Tyrmanda, potrafi mu wytknąć niekonsekwencje w jego postawie, pokazuje złudność oczekiwań. Warto zacytować za Tyrmandem słowa Kisiela.
... cała Polska jęczy w kieracie komunizmu, męczy się i cierpi, a ty żyjesz jak dandys. Pieniędzy potrzebujesz niewiele, nie masz żadnych obowiązków, nie upadasz pod najcięższym dziś brzemieniem utrzymywania rodziny. Korzystasz z tego, co w komunistycznej Polsce najlepsze, mieszkasz w Warszawie, jedynym wielkim mieście w tym kraju, cieszysz się względnym komfortem, na jaki komunizm stać, oglądasz filmy niedostępne reszcie społeczeństwa, rozczytujesz się w przemycanych z zagranicy, zakazanych książkach. Dostępne masz teatr, kobiety, sport w stołecznym gatunku. 
 I dalej dowodzi Kisiel, jak drażni wielu taka pięknoduchowska postawa Tyrmanda, jego potępianie wszystkich, którzy dokonali innego wyboru.  
I kogo tak cenzurujesz, o kim wyrokujesz? O tych biednych, zahukanych otępiałych pisarzach i artystach, którzy ulegli komunizmowi albo ze strachu, albo z głupoty, albo z życiowych konieczności, by wyżywić dzieci, a teraz uginają się, jak cała Polska, pod ciężarem swego lub cudzego błędu, zaszczuci wymaganiami oprawców. 
I na koniec swej tyrady zauważa Kisiel: Twoją klęską jest, że wydaje ci się, jakoby życie przerwało swój bieg wraz ze zwycięstwem komunistów. Świat stanął ci w miejscu, cóż za fatalne złudzenie! Czekasz, aż wróci twoja normalność w twojej Warszawie, cóż za kompletna bzdura! 

Zacytowałam tak obszernie słowa Stefana Kisielewskiego, podkreślam - przyjaciela Tyrmanda, z kilku powodów. Nie chcę, aby powstało mylne wrażenie, że Tyrmand tylko cierpi i cierpi. Dziennik jest dowodem, że stara się prowadzić w miarę normalną egzystencję. Dużo na jego łamach śladów urody życia - kobiet, ciuchów, które go wyróżniają spośród szarego tłumu, stać go na żart i ironię. Poza tym słowa Kisiela pokazują, jak trudna i złożona była sytuacja, jak trudnych trzeba było dokonywać wyborów, do jakich kompromisów zmuszało życie, szczególnie jeśli się miało na utrzymaniu rodzinę. No i narastająca świadomość, że inaczej nie będzie. Co prawda w "Dzienniku" pobrzmiewają jeszcze echa powszechnego w latach powojennych czekania na kolejną wojnę, która jest dla Polski jedyną nadzieją na wyzwolenie, ale to Kisiel miał rację. Innego życia miało jeszcze długo nie być. Trzeba też przyznać, że Tyrmand nie jest w ocenach postaw swoich znajomych ze światka artystycznego bardzo bezwzględny. Pastwi się tylko nad najbardziej cynicznymi karierowiczami, dla innych, chociaż nie podziela ich wyborów, ma zrozumienie i życzliwość.

Pisze też Tyrmand o strachu. Dzisiaj czytając "Dziennik 1954", możemy nie zdawać sobie sprawy, jakiej odwagi wymagało to pisanie. Gdyby jego zapiski, w których nie krył swojej nienawiści do porządków panujących w Polsce, do panującego ustroju, do władzy, do polityki kulturalnej, wpadły w niepowołane ręce, Tyrmand pewnie zapłaciłby za to nie tylko zakazem wydawania, brakiem pracy, ale pewnie więzieniem.   

A poza tym jest "Dziennik 1954" barwną opowieścią o życiu Tyrmanda, świadectwem tamtych lat. Przykuwają opisy częściowo jeszcze zrujnowanej Warszawy, znakomita jest relacja z podróży pociągiem z Warszawy do Krakowa i z powrotem. Ile w tych fragmentach wspaniałych obserwacji! Warto wspomnieć, że na podróż, która go słono kosztowała i wymagała wielu trudów, zdecydował się tylko po to, aby spotkać się z jedną z tych kobiet, z którymi miał jakiś przelotny romans. Taki właśnie jest jego "Dziennik". No i muszę wspomnieć jeszcze o czymś - w tych zapiskach przewija się Bogna, dziewczyna, której udzielał korepetycji do matury i z którą łączył go romans. Im dalej w dziennik, tym mniej jej na jego kartach. Jeśli coś mnie zdziwiło, to fakt, że Tyrmand prawie zupełnie nie pisze o jazzie. Gdybym nie wiedziała, że był miłośnikiem i propagatorem tej muzyki, poświęcił jej przecież nawet książkę, po przeczytaniu "Dziennika 1954" nie miałabym o tym pojęcia.

I na koniec jeszcze jedno. Dlaczego po zapiski Tyrmanda sięgnęłam dopiero teraz, a nie bezpośrednio po obejrzeniu filmu "Pan T."? Skłoniła mnie do tego lektura biografii Marii Jaremy, o której ostatnio pisałam. Te same czasy, podobny stosunek do powojennej rzeczywistości. Chciałam pozostać w klimacie. Obie książki polecam.

PS.Tyrmand w jednym z fragmentów pisze o pladze tamtych czasów - gruźlicy. Jak bardzo znajomo brzmi ten passus. Służba zdrowia, która nie radzi sobie z epidemią. Prątkujący nierokujący wyleczenia wyrzucani są ze szpitali, chodzą i zarażają. Lekarz do pacjenta, któremu nie chce dać zwolnienia z powodu nacieku w płucu: Gdybym miał pana zwolnić, ćwierć Polski miałoby prawa domagać się sanatorium. Nie wiem sama, czy to pocieszające, czy raczej przerażające. Niby nic nowego, wszystko już było, ale z drugiej strony, tyle lat minęło, a problemy podobne.

Andrzej Bobkowski "Szkice piórkiem"

"Szkice piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego (CiS 2014) były ulubioną książką bliskiej mi

osoby. A może nadal są? (Nie wiem, osoba, chociaż nadal dla mnie ważna, to już nie tak bliska.) Ulubioną, a może kultową albo istotną? W każdym razie to od niej o "Szkicach piórkiem" słyszałam, ale wtedy takie lektury jakoś mnie nie pasjonowały. Nudziarstwo, tak myślałam. Jednak od tamtej pory w Wiśle upłynęło dużo wody, moje książkowe gusta też się zmieniły, a w ciągu ostatnich kilku miesięcy nastąpiła sekwencja czytelniczych zbiegów okoliczności, które sprawiły, że w końcu Bobkowskiego przeczytałam. Najpierw wpadła mi w oko jakaś super atrakcyjna promocja na e-booka, więc postanowiłam kupić, bo przypomniałam sobie, że była to dla bliskiej mi osoby ..... Potem przeczytałam powieść Gretkowskiej "Poetka i książę" o spotkaniu Agnieszki Osieckiej z Jerzym Giedroyciem, a konsekwencją tego  była lektura jego znakomitej biografii autorstwa Magdaleny Grochowskiej ("Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu"). Jak to się wszystko łączy? Bobkowski był współpracownikiem paryskiej Kultury i jednym z bohaterów wspomnianej książki. W tej sytuacji "Szkice piórkiem" wreszcie przeczytać po prostu musiałam.

Czym jest ta książka? Kim jest Andrzej Bobkowski - autor kojarzony właściwie tylko z tym jednym tytułem? Po dokładne informacje odsyłam do innych źródeł, choćby na stronę internetową andrzej-bobkowski.pl, a tu wspomnę krótko, że urodził się w roku 1913 w rodzinie inteligenckiej - jego ojciec był wojskowym, ciotką żona Juliusza Osterwy, inna ciotka to profesorka filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Razem z rodzicami często zmieniał miejsca zamieszkania, aż w końcu osiedli w Krakowie. W młodości był typem chuligana, nie w potocznym znaczeniu tego słowa oczywiście, po prostu duchem niezależnym, niespokojnym, do szkoły nie miał wielkiego nabożeństwa, wagarował, oblał maturę (zdał ją rok później). Studiował na warszawskim SGH. W marcu 1939 roku razem z żoną Basią wyjechał do Francji, skąd po jakimś czasie mieli wyruszyć do Argentyny. Te plany pokrzyżowała wojna. I właśnie razem z wejściem armii niemieckiej do Francji zaczynają się "Szkice piórkiem", kończą wraz z wyzwoleniem Paryża przez Amerykanów.

Bo książka Bobkowskiego to nic innego jak dziennik z tamtych lat. Jeśli jakoś się go kojarzy, bo nie była to i chyba nadal nie jest rzecz popularna, a sam pisarz też nie bardzo funkcjonuje w powszechnej świadomości, to z rowerową podróżą przez Francję odbytą w roku 1940. A może to tylko ja miałam takie wyobrażenie o "Szkicach piórkiem"? A to oczywiście tylko część jego zapisków. Bo rzeczywiście Bobkowski, który jako pracownik fabryki amunicji, w której był zatrudniony początkowo jako robotnik, potem w Biurze Polskim, gdzie zajmował się sprawami swoich rodaków, został ewakuowany na południe Francji. Ewakuacja ładnie brzmi, ale była to chaotyczna ucieczka przed armią niemiecką po zatłoczonych drogach. Nic dziwnego, że Bobkowski, jeszcze w czasach krakowskich zapalony cyklista, po cudownym zdobyciu roweru wraz z kolegą, robotnikiem Tadziem, zdecydował się podróżować w ten sposób. Potem spędził czas jakiś nad morzem, aby wreszcie razem ze wspomnianym już Tadziem wracać rowerem do Paryża, gdzie została jego żona, Basia. Francja dzieliła się już wtedy na strefę okupowaną przez Niemców i na teoretycznie wolną, ale w praktyce kolaborująca z III Rzeszą, ze stolicą w Vichy pod rządami Petaina. Znakomity opis ewakuacji, pobytu nad morzem i rowerowej podróży stanowi pierwszą część dziennika.

I tu pora na pierwszą refleksję i pierwsze zdumienie - kiedy w okupowanej Polsce życie już dawno było nie do zniesienia, Bobkowski spędza sielski czas na południu Francji. Nie on jeden oczywiście. Urządził sobie przyjemne wakacje. Ta nieprzystawalność doświadczeń, odmienność losów uderza mnie nie po raz pierwszy. Zdumiewa, przygnębia i fascynuje fakt, że gdy jedni cierpią, inni żyją sobie beztrosko. Tak zawsze było, jest i będzie. Kiedy my popijamy swoją przysłowiową (sojową) latte w przyjemnej knajpce, w Jemenie ludzie umierają z głodu, w Syrii wojna stale się jeszcze tli, w obozach dla uchodźców rozsianych po świecie wegetujący tam nieszczęśnicy wiodą beznadziejny żywot, miliony współczesnych niewolników harują w nieludzkich warunkach za marne grosze i tak dalej, i tak dalej. Mam jeszcze wymieniać? Brzmi to wszystko banalnie, ale taka jest rzeczywistość niestety.

Wróćmy jednak do "Szkiców piórkiem". Ta nieprzystawalność doświadczeń widoczna jest w całym dzienniku. Bo okupacja we Francji i okupacja w Polsce to zupełnie coś innego. Mieszkańcy Paryża po pierwszym szoku wiodą zwyczajne życie. Pracują, spacerują, odwiedzają znajomych, przesiadują w bistrach i restauracjach, działają kina i teatry. Sporą część tych zapisków stanowią relacje z wizyt w teatrze, którego Bobkowski był wielkim miłośnikiem. Kiedy czyta się "Szkice piórkiem", można odnieść wrażenie, że jedynym problemem paryżan są kartki na żywność i kłopoty z aprowizacją, które z czasem narastają. W ciągu tych kilku lat autor dziennika razem z żoną latem wyjeżdża jeszcze dwukrotnie na sielskie wakacje, tym razem na północ Francji. I tylko zdobycie biletu na pociąg jest problemem, bo na urlop wyrusza przecież cały Paryż. Opowieść, ba, cała epopeja o tym, jak zdobywał bilety, jest jednym z zabawniejszych fragmentów dziennika.

Wojna i spokój - tak Bobkowski kilkakrotnie nazywa swoje zapiski. Spostrzeżenie niezwykle trafne. Bo nawet bomby spadające, głównie na obiekty wojskowe i fabryki znajdujące się na obrzeżach Paryża,  nie robią na nikim specjalnego wrażenia. Także końcowe fragmenty opowiadające o ostatnich dniach okupacji francuskiej stolicy, o walce ruchu oporu z opuszczającymi miasto Niemcami, z której to walki autor bezlitośnie kpi, zupełnie nie przystają do tego, co dzieje się w w tym czasie w Polsce. Bo w Polsce właśnie wykrwawia się powstańcza Warszawa. Tym mocniejszy jest kontrast. Bobkowski, który w swoim dzienniku prawie nie pisze o tym, co dotyczy wojennych losów swojej ojczyzny, wstrząśnięty wspomina właściwie tylko o odkryciu grobów w Katyniu i śmierci Sikorskiego w katastrofie lotniczej, w tych ostatnich fragmentach bardzo mocno przeżywa powstanie warszawskie.

Co jeszcze uderza w "Szkicach piórkiem"? Nieobecność tragicznego losu Żydów. Ich dramat pojawia się dwa razy. Raz, kiedy autor odnotowuje z oburzeniem, że muszą nosić gwiazdy Dawida. Drugi raz, kiedy wspomina o koleżance swojej żony, Żydówce, która ukrywa się na francuskiej wsi i której w pewnym okresie pomagają. Holocaust jest właściwie w dzienniku nieobecny. Nie należy zapominać o czasach, w jakich te zapiski powstawały. Co Bobkowski mógł wiedzieć o ostatecznym rozwiązaniu? Z rzadka wspomina o obozach, ale nie w kontekście żydowskim. Cenzurował się w obawie, że dziennik może wpaść w niepowołane ręce? W znakomitym posłowiu Roman Zimand obala oskarżenia autora "Szkiców piórkiem" o antysemityzm, jakie niektórzy kierowali pod jego adresem. Pisze też, że pomagał kilku Żydom.

Ale najmocniej uderza ... ucieczka od polskiej martyrologii i afirmacja codzienności, z której Bobkowski czerpie radość. Wierzę w koty i w rum, i w słońce, i w zielone chmury, i w wolność. To jego wyznanie wiary. Tym tchnie cały dziennik. Polska go niewoliła, dlatego od niej uciekał (po wojnie uciekł też od Europy aż do Gwatemali). On chce być wolny na własnych warunkach, z całą odpowiedzialnością przyjmuje konsekwencje tej wolności. Szerzej i mądrzej, także na podstawie innych tekstów Bobkowskiego, pisze o tym Zimand we wspomnianym posłowiu. I drugi cytat - Polska nam siadła na mózg. Emigracja, jak wspomina, to ucieczka od Grottgera do Maneta czy Renoira. Pastwi się nad polskim umiłowaniem cierpiętnictwa, kultem śmierci. Nawet kiedy rozpacza nad ginącą Warszawą, nie szczędzi gorzkich słów o niepotrzebnej śmierci młodych warszawiaków. Cóż, podziwiam ludzi, którzy poświęcają się dla jakiejś sprawy, ale ze wstydem (?) muszę wyznać, że postawa Bobkowskiego jest mi bliska. Indywidualizm, praca, lecz nie pracoholizm (wtedy to pojęcie nie istniało), afirmacja codzienności, której istotą są książki, kino, teatr, podróże, miłe chwile i ... rozmyślania, refleksje.

Na zakończenie wspomnę jeszcze, że bardzo dużo miejsca poświęca Bobkowski Francji i Francuzom. Krytyczne rozważania na ich temat stale powracają w jego zapiskach. Miłość i zawód jednocześnie. Spora dawka szyderstwa. No i rozpacza nad Polską, która wpada w łapy Stalina. Tym bardziej śmierć warszawiaków wydaje mu się bezsensowna. Tym bardziej nie chce wracać.

Są oczywiście w "Szkicach piórkiem" fragmenty nudne, przez które przebijałam się z mozołem. Taka jest natura dzienników. Ale to nie zmienia faktu, że ja się w zapiskach Bobkowskiego zakochałam. I tym stwierdzeniem zakończę.

Raja Shehadeh "Dziennik czasu okupacji"

To już trzecia wydana w Polsce książka palestyńskiego pisarza, prawnika i obrońcy praw

człowieka Rajy Shehadeha  (napisał pięć). Ponieważ zachwyciłam się "Palestyńskimi wędrówkami", bardzo podobał mi się "Obcy w domu", nie mogłam ominąć "Dziennika czasu okupacji" (Karakter 2014; przełożyła Anna Sak). Początkowo odkładałam lekturę, trochę obawiając się, że po tamtych dwóch i po reportażach Smoleńskiego, szczególnie ostatnim zbiorze "Oczy zasypane piaskiem", nie będzie to już dla mnie nic nowego. Moje przypuszczenia trochę się potwierdziły, ale to nie powód, aby kolejnej książki Shehadeha nie przeczytać. Przeciwnie. To jak spotkanie z serdecznym przyjacielem. Czy mamy dość, mimo że się świetnie znamy? Nie, chcemy więcej. Powspominamy, ale zawsze pojawią się nowe tematy. Podobnie rzecz się ma w tym przypadku. Najnowsza książka palestyńskiego pisarza jest dokładnie tym, co zapowiada tytuł, dziennikiem prowadzonym od grudnia 2009 do grudnia 2011, a epilog to zapis z maja 2012. Dziennik, forma wygodna i pojemna, dlatego oprócz komentarza do bieżących wydarzeń znajdziemy w nim wspomnienia, okruchy rodzinnej historii, opowieści o ludziach, także tych nieżyjących, opis dnia codziennego, spotkania z przyjaciółmi, zachwyty nad ogrodem, żal za niszczonym bezpowrotnie krajobrazem i oczywiście bogactwo refleksji.

Jeśli, czytelniku tej notki, nie zetknąłeś się dotąd z twórczością Shehadeha, proponuję zacząć lekturę właśnie od "Dziennika czasu okupacji". Tu w pigułce dostaniesz to, co charakterystyczne dla jego pisarstwa, i, co znacznie ważniejsze, dowiesz się, jak wygląda życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu. Jak staje się coraz trudniejsze, jak są upokarzani, poddawani najrozmaitszym restrykcjom, jak mur stawiany przez Izrael niszczy ich życie. Ot choćby podróż z lotniska w Tel Awiwie. Kto był w Izraelu, ten wie, że dla każdego to niemiłe przeżycie, ale dla Palestyńczyka jeszcze gorsze. Najpierw oczywiście trzeba mieć przepustkę na przekroczenie granicy (nie każdy ją dostaje), potem dostać się do punktu kontrolnego, potem czekać w kolejce, przejść upokarzającą kontrolę, dopiero wtedy można jechać na lotnisko, gdzie Palestyńczyk musi zjawić się jeszcze wcześniej, niż pasażerowie innych narodowości, i poddany zostanie skrupulatnej rewizji, często także osobistej. Ale "Dziennik czasu okupacji" to nie tylko żal, nostalgia i narzekanie. Wiele tu jasnych barw. Znajdziemy w nim również opis codziennych, drobnych przyjemności, pracy w ogrodzie, spacerów po wzgórzach, spotkań z ciekawymi ludźmi. Bardzo ciekawe są komentarze do wydarzeń w Egipcie. Kiedy Shehadeh pisał swój dziennik, wybuchła arabska wiosna. Pilnie śledził jej przebieg. Oczywiście nie muszę dodawać, z jaką nadzieją, dumą i wzruszeniem. Nie obyło się bez patosu zrozumiałego w takiej historycznej chwili. Kiedy dziś czytamy jego relacje z tamtych dni, znamy ciąg dalszy. Słyszymy chichot historii, która zakpiła z wszystkich. I z nas, ludzi Zachodu, i z uczestników tamtych zrywów, i z Palestyńczyków łączących z nią takie nadzieje. Jak gorzko brzmią dziś słowa autora, kiedy wiemy, co zdarzyło się w Egipcie, w Libii, a przede wszystkim w Syrii, kiedy obserwujemy rozrastające się łby państwa islamskiego. 

Kogo zainteresuje "Dziennik czasu okupacji", niech koniecznie sięgnie po dwie wcześniej wymienione przeze mnie książki. Znajdzie w nich rozwinięcie wątków pojawiających się w "Dzienniku". Historię rodzinną i opis drogi życiowej, to w "Obcym w domu", i zachwyt nad palestyńskim krajobrazem, ale także ból z powodu bezpowrotnych zniszczeń spowodowanych budową izraelskich osiedli, to w "Palestyńskich wędrówkach" (uczciwie muszę przyznać, że ta książka jest dla tych, którym niestraszne opisy przyrody). Kto czytał tamte, niech nie ominie i tej. Jednym słowem najnowszą pozycję Rajy Shehadeha polecam wszystkim. Ja czekam na dwie kolejne. Mam nadzieję, że wydawnictwo Karakter wyda je również. A skoro o wydawnictwie mowa, to jedna drobna uwaga. Szkoda, że ta naprawdę trzymająca poziom oficyna, tym razem przepuściła w redakcji tekstu panoszące się wszędzie wokół stylistyczne błędy. Powtórzone kilka razy w temacie, w moich uszach zgrzyta. Naprawdę z żalem czynię tę wymówkę.

Popularne posty