Anna Janko "Pasja według św. Hanki"

Tak jak zapowiadałam, kontynuuję przygodę z trylogią Anny Janko

o Hance, alter ego autorki. Po "Dziewczynie z zapałkami" przyszedł czas na część drugą cyklu "Pasję według św. Hanki" (Wydawnictwo Literackie 2012). 

Konstrukcja powieści nie zmieniła się - składa się z krótszych lub nieco dłuższych zapisków swoją formą przypominających dziennik. Tyle tylko, że tym razem, kiedy dzieci bohaterki są już trochę starsze, a co za tym idzie, domowe krzątactwo nie musi już być tak intensywne, więcej w tych notatkach refleksji o świecie, przyrodzie, lekturach, rozmyślań o życiu, mniej codzienności. Kiedy jednak życie Hanki znowu zaczyna przypominać jazdę bez trzymanki, tym razem z innego powodu, o czym za chwilę, notatki zmieniają charakter i na pierwszy plan wysuwają się problemy, z jakimi się boryka.

Nie zmienił się też język. Przypominam, że autorka jest poetką, co odbija się na stylu jej prozy. Na zachętę parę cytatów.

Dotykamy się lekko słowami. Słowami badamy starożytny eksponat pierwszej miłości. Jesteśmy w muzeum serca.

... pełna gęstej tęsknoty z pierwszego tłoczenia na zimno ...

... zegarek skrzeczał: wynoście się ze swojego szczęścia, do roboty darmozjady erotyczne, złodzieje cudów.

Te trzy krótkie fragmenty doskonale wprowadzają w temat "Pasji według św. Hanki". Bohaterka, teraz już prawie czterdziestoletnia, rozczarowana swoim małżeństwem, sobą, swoją biernością, nijakością, daje się ponieść nowemu uczuciu. To romans na odległość. On, starszy od niej poeta Mateusz, którego szybko zgodnie ze swoim zwyczajem nazwała Matem, mieszka w Warszawie. Ona we Wrocławiu. Piszą do siebie namiętne listy i spotykają się raz w miesiącu, kiedy Hanka jedzie służbowo do stolicy w sprawach związku literatów. Potem widują się częściej, bo chcąc się usamodzielnić, znajduje pracę w warszawskim wydawnictwie. Początkowo beztrosko prowadzi dwa równoległe życia. Z doskoku, pełne namiętnych uniesień z Matem, i codzienne, domowe z dziećmi i Pawiem. Problemy zaczynają się, kiedy postanawia jakoś wyprostować swoje ścieżki i podjąć decyzję - rzucić się w nieznane, nowe z ukochanym czy jednak zostać z mężem, nie rozbijać rodziny. Co zostanie z namiętnego uczucia, kiedy towarzyszyć mu będzie trywialna codzienność? Jakim towarzyszem tej codzienności okaże się Mat? Gdzie w tej trudnej układance jest miejsce dzieci?

Jest odpowiedzialność, są obowiązki, a wszelka miłość z czasem przechodzi.

Kryzys w przebiegu choroby zwanej życiem. 

Podobnie jak w pierwszej części cyklu dzięki formie przypominającej zapiski z dziennika jesteśmy świadkami najpierw wybuchu namiętności, a potem zahaczających o obłęd  rozterek i wahań, kiedy trzeba podjąć jakąś decyzję. Hanka funduje sobie, Matowi i rodzinie uczuciowy armagedon. Przyglądamy się wykluwającej się w boleściach zmianie, dochodzeniu do decyzji.

Wieczorem spakowane mam wszystkie wątpliwości, zamknięte na szyfrowany zamek, jestem gotowa do odejścia. (...) A rano budzę się INNA! Znowu tamta. (...) ktoś mi przepakował wszystkie postanowienia odwrotnie. Ktoś, kto zna szyfr: dzieci, dom, mąż ... 

... kocham go, ale nie cały czas, mam w tej miłości długie przerwy, niedobory, niedowłady. Nagłe uskoki, a nawet małe przepaście, gdzie hula przerażenie. (...) Dopóki mieszkałam z Pawiem, w ramach rodziny, kochałam sobie Mata beztrosko (...) teraz czuję się uwięziona na pierwszym planie, w tej konkretnej perypetii. (...) tylko ja i ta decyzja, którą muszę podjąć.

Towarzysząc jej w tym procesie, czułam się wykończona jej wahaniem, wciąż zmienianymi decyzjami, amplitudą nastrojów i uczuć. To nie zarzut, po prostu proza Anny Janko jest bardzo intensywna, zagarnia, nie ma tu miejsca na obojętność. Nieprzypadkowo w tytule znajdują się słowa pasja i święta. To z jednej strony nawiązanie do biblijnej pasji, męki Chrystusa, z drugiej do pasji rozumianej potocznie jako namiętność do czegoś, w tym wypadku do kogoś. Tytuł można też czytać ironicznie - Hanka nie jest przecież święta, przeciwnie - grzeszy. A może jednak jest? Aby wytrzymać w takim małżeństwie trzeba być świętą.

Ale "Pasja według św. Hanki" to nie popularny romans. Po pierwsze nie jest to proza, którą łatwo się czyta. Jak wspominałam, dużo tu fragmentów wymagających uwagi, skupienia, męczących wiwisekcji uczuć, stanów psychicznych bohaterki, znacznie też mniej niż w "Dziewczynie z zapałkami" akcji, za którą możemy podążać. Po drugie wybory bohaterki i jej poglądy łamią rozmaite tabu. 

Hanka pozwalając sobie na uczucie totalne, zagarniające, nie myśli o dzieciach, schodzą gdzieś na drugi plan.

Dzieci? Były jakieś dzieci. Chłopiec i dziewczynka, szczęśliwie już podchowane, zżyte już z życiem ... 

A dzieci? Oczywiście, że je kochałam. Tylko że tak, jakbym nie widziała ich za dobrze ...

Kolejne tabu to swobodny stosunek do zdrady. Nic nie mamy na własność, miłość, zwłaszcza późna miłość, jest darem od losu, którego nie można odrzucać. Zdradę się wyolbrzymia.

Spóźniona miłość to jakby osobisty podarunek od Boga. W młodości dostaje się miłość "z przydziału", ale około czterdziestki? To jest dar szczególny i nie wolno go nie przyjąć.

Powtarzałam sobie, że to wartość dodana, zaległa nagroda ... Miałabym się znów w domu zamknąć, szarym dniem owinąć?

Kto panuje nad swoją miłością, nie wie, co to miłość. 

... nielojalność, podłość, obmowy, skrywanie nienawiści, udawanie uczuć - to jest prawdziwie zdradzieckie. Bo się wtenczas zdradza ideę miłości, a nie personę, pojedynczego człowieka.

Wreszcie trzecie tabu, które łamie bohaterka, to dwoistość uczuć. Kochając Mata, nie potrafi jednocześnie zapomnieć o mężu. Zdarzają się im wybuchy namiętności, które kończą się w łóżku. A przecież i Paw ma swoją Marlenę. I tak żyją przez jakiś czas w uczuciowym czworokącie. A co, być może, najdziwniejsze, jakby tego było mało, to u męża szuka Hanka pociechy i pomocy w swoich emocjonalnych rozterkach. Zrozumie to pewnie tylko ta osoba, która sama ma podobne doświadczenia.

Nie będę zdradzać, jaką decyzję podejmie bohaterka, jak się ta uczuciowa karuzela zakończy. Im bliżej końca, tym bardziej chciałam się dowiedzieć, tym mniej pewności jednocześnie miałam. W każdym razie rola matki Polki Hance nie wyszła, nie udała się też ucieczka w codzienność od fanaberii bycia poetką. W młodości posłuchała głosu matki - Najpierw życie, potem wiersze. Za mąż trzeba wyjść. Dzieci mieć. Projekt rodzina w jej przypadku nie sprawdził się, poniósł klęskę.

Katarzyna Chudyńska-Szuchnik "Świdermajerowie"

Kiedy zobaczyłam zapowiedź reporterskiej książki Katarzyny

Chudyńskiej-Szuchnik "Świdermajerowie" (Dowody 2023), nie od razu było dla mnie oczywiste, że po nią sięgnę. Wśród tylu innych nowości jakoś niespecjalnie mnie ciągnęła. Ale ponieważ trochę interesuję się architekturą, kiedy zapoznałam się z entuzjastyczną recenzją napisaną przez osobę, której ufam, złamałam się - książkę kupiłam i dość szybko przeczytałam. Przeczytałam to za mało powiedziane - połknęłam jednym tchem, korzystając z majówkowego weekendu.

Zacznę jednak od początku, bo mam świadomość, że nie wszyscy wiedzą, czym są owi tytułowi świdermajerowie, co uświadomiła mi moja koleżanka, która nie miała pojęcia, o czym mówię, polecając jej książkę. Skąd ja wiedziałam? Nie mam pojęcia, bo przecież nie mieszkam w Warszawie ani nawet w jej okolicach i nigdy ich nie widziałam. No może migają mi jakieś z okien pociągu, kiedy jadę do stolicy.  Otóż świdermajery, bo tak brzmi ich nazwa wymyślona przez samego Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, o czym dowiedziałam się z książki, to bogato zdobione drewniane domy, których charakterystycznym elementem są werandy. Domy głównie letniskowe, budowane od lat 80-tych XIX wieku do lat 30-tych wieku XX pomiędzy Warszawą, a Otwockiem. Ich pierwowzorem był popularny w Europie swiss chalet, czyli parterowy, prosty, drewniany dom budowany w górach. Nasza odmiana z czasem zyskała piętro i bogate zdobienia. Stąd ich jeszcze jedna nazwa - domy torty. Powszechnie używana czy wymyślona przez autorkę na użytek książki? To nie jest dla mnie jasne, a może coś przeoczyłam. W latach 20-tych i 30-tych świdermajery zyskały nowoczesną, modernistyczną odmianę.

Dlaczego budowano je właśnie tam - między Warszawą a Otwockiem? Ze względu na sprzyjający mikroklimat, który był zasługą lasów sosnowych rosnących na tamtejszych piaskach. Dla mieszczuchów zmęczonych miastem, spragnionych ciszy i spokoju było to miejsce idealne, szczególnie, że dojazd stał się łatwy, odkąd powstała tam linia kolejowa. Dodatkowym magnesem była rzeka, Świder, która latem dawała ochłodę, i warunki sprzyjające leczeniu rozmaitych chorób. Dlatego powstało tam najpierw kilka sanatoriów i zakładów w typie współczesnych spa, a potem jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać pensjonaty - letniaki. To jeszcze jedna nazwa świdermajerów. Kto miał trochę pieniędzy, inwestował w dom z pokojami na wynajem. Tamtejszym budowniczym pracy nie brakowało. Niektórzy decydowali się na domy całoroczne i na stałe wyprowadzali się z miasta. Okolice przyciągały wielu Żydów, którzy spędzali tam wakacje. Różne były wyjaśnienia, dlaczego upodobali sobie akurat te miejsca. Autorka podaje najprostsze i niestety przykre - przyjeżdżali do podwarszawskich letnisk, bo tu ich przyjmowano bez zastrzeżeń, czego nie można powiedzieć o innych tego typu miejscach, na przykład o Nałęczowie.

Czy książka Katarzyny Chudzyńskiej-Szuchnik spodoba się tylko czytelniczkom i czytelnikom choćby odrobinę interesującym się architekturą? Moim zdaniem nie! Mogą ją czytać śmiało wszyscy. Oczywiście autorka sporo opowiada o budynkach, o ich historii, architekturze i losach współczesnych, dzieli je na rozmaite kategorie, ale robi to w bardzo interesujący sposób. Pisze o tych, które jeszcze stoją, i o tych, po których zostało już tylko puste miejsce i ślad w pamięci mieszkańców. Te nazywa domami duchami. Zaraża swoją pasją i miłością do świdermajerów. Ja nabrałam wielkiej ochoty, aby przy okazji kolejnej wizyty w Warszawie wybrać się na wycieczkę ich śladem. A już na pewno w bliższej przyszłości pojechać do miejscowości całkiem niedaleko mojego miasta, w której stoją kuzyni świdermajerów. Bo i o nich można przeczytać w tej książce.

Ale przecież nie tylko o architekturze są "Świdermajerowie". To historie o ludziach - budowniczych tych domów, ich dawnych mieszkańcach i obecnych - tych, którzy dostali tam  przydział na mieszkanie, i pasjonatach próbujących te domy ratować, co wcale nie jest proste. Wiele tu rozmaitych ciekawostek. A wszystko to łączy się z opowieściami o historii Polski, o przemianach społecznych i obyczajowych, wreszcie o miejscach, gdzie je budowano. Choćby o Śródborowie - w założeniu mieście ogrodzie, które dziś zyskało miano jednego z polskich miast widm. 

Ale dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o świecie, który brutalnie zniszczyła wojna, a potem swoje dołożył PRL. I o nieuchronności. Bo nad książką unosi się pytanie - czy można jeszcze uratować te świdermajery, które pozostały? Czy los większości z nich jest przesądzony - są skazane na zagładę? Będą funkcjonowały tylko w ludzkiej pamięci jako domy duchy? A z czasem nawet pamięć o nich się ulotni? Zaczęły znikać zaraz po wojnie. Na opał dla falenickich piekarń rozebrano wtedy kilkaset z nich. Można się zżymać na barbarzyństwo komunistycznych władz i zdziczenie obyczajów, ale dramatycznie brakowało węgla, a chleb piec trzeba było. Te, które zostały, niszczały zasiedlone przez lokatorów z kwaterunku. I znowu można się irytować, ale przecież mieszkań brakowało. Dzisiaj niszczeją, bo w ich remont i dostosowanie do współczesnych wymogów trzeba włożyć górę pieniędzy. Stać na to nielicznych, najczęściej pasjonatów, którzy walczą o nie latami. Miasta mogą pozwolić sobie na renowację pojedynczych. I znowu można się złościć, ale dla władz samorządowych to dylemat - bo za pieniądze przeznaczone na remont jednego świdermajera można zrobić dużo dobrego dla mieszkańców. Więc pewnie skazane są na nieistnienie, pewnie przetrwają tylko nieliczne. Ich przekleństwem jest ich liczba i materiał, z którego powstały. Smutno, ale pewnie nic się z tym nie da zrobić. Ciekawe, jaki byłby ich los, gdyby historia potoczyła się inaczej? Czy nadal byłyby modne? Czy zarabiałyby na siebie? Czy ich właścicieli byłoby stać na ich utrzymanie i konieczną modernizację? Bo przecież świat i tak parłby do przodu. A może ratunkiem są współczesne podróbki świdermajerów, które już powstają? Może one przeniosą pamięć o swoich drewnianych przodkach?

Anna Janko "Dziewczyna z zapałkami"

Kolejna, w ostatnim czasie, powieść, po którą sięgnęłam po

wysłuchaniu podcastu. Tym razem był to zapis spotkania z pisarką Anną Janko we wrocławskim Domu Literatury. Oczywiście słyszałam o niej, wiedziałam, że jest poetką - niestety poezję czytuję sporadycznie - że napisała "Małą zagładę" o dzieciach, które przeżyły pacyfikację zamojskich wsi. Jednym z takich dzieci była jej matka, stąd zainteresowanie tematem. Po tamtą książkę nie odważyłam się sięgnąć - dzieci i ich przeżycia wojenne to coś, o czym nie jestem w stanie czytać. Wspomniane spotkanie dotyczyło jednak czegoś zupełnie innego - powieści "Finalistka", która jest trzecią częścią trylogii o Hance, alter ego autorki. Rozmowa z Anną Janko tak mnie zainteresowała, że natychmiast postanowiłam sięgnąć po jej prozę. No ale ponieważ to trylogia, to trzeba przeczytać całość, a  zacząć od początku. "Finalistkę" i "Pasję według św. Hanki" zdobyłam bez trudu, ale żeby kupić część pierwszą, czyli "Dziewczynę z zapałkami" (Wydawnictwo Literackie 2012; wydanie pierwsze 2007), musiałam się nieco nagimnastykować, no ale udało się. 

Uwielbiam prozę pisaną przez poetki i poetów. Dlaczego? Bo poezja odciska piętno na języku. Tak było w przypadku dwóch powieści Zyty Rudzkiej - "Krótka wymiana ognia""Ten się śmieje, kto ma zęby". Szczególnie ta pierwsza po prostu mnie olśniła. Tak jest w przypadku "Dziewczyny z zapałkami". Obojętne, o czym byłaby ta powieść, już samo obcowanie z jej językiem jest ogromną przyjemnością. Wypisałam sobie cztery strony smakowitych cytatów, a miałam ochotę na znacznie więcej. Właściwie ta notka mogłaby się składać tylko z nich, no ale bez obaw - nie będzie. Jednak nie potrafię się powstrzymać, aby kilku jednak nie przytoczyć.

I pojechałam (na pierwsze całowanie) do pegeeru we Fromborku w ramach studenckich praktyk robotniczych.

A ja kimże jestem? Ledwie początkująca w zawodzie kobiety. 

By przeżyć, czyli umrzeć potem.

Z rodziców trzeba się rozebrać jak z ciasnego ubrania ...

... posunąć to życie do przodu o kawałeczek.

Potrzebuję więcej czasu i więcej wieczności. Aby obsłużyć istnienie.

A przecież wstajesz z łóżka, bo jesteś automatyczną matką.

Czuć w tych frazach giętkość języka, jaką posiadają tylko dobre poetki i dobrzy poeci. Chociaż, jak podkreśla Anna Janko, forma i język są najważniejsze, bo przecież wszystko już zostało napisane, to jednak i treść się liczy, więc teraz o niej.

"Dziewczyna z zapałkami" to opowiedziana w pierwszej osobie historia Hanki, młodej poetki, która w wieku zaledwie dwudziestu lat wychodzi za mąż za swojego licealnego kolegę, Pawła, zwanego przez nią Pawiem. Właściwie znali się krótko, nie zwrócili na siebie większej uwagi, uczucie zrodziło się z listów, które zaczęli pisać, kiedy Hanka razem z rodzicami z Wrocławia przeniosła się do Sopotu, gdzie kontynuowała naukę.

Oboje chcieliśmy, solidarnie, przerwać dzieciństwo i zacząć nowe, niezależne życie. I co? Siedzimy na gruzach nowego ... 

Posłuchałam matki ("Najpierw życie, potem wiersze. Za mąż trzeba wyjść. Dzieci mieć.") i posłuchałam siebie: zapragnęłam być normalną kobietą, mieć normalny dom, a tylko w uzupełnieniu posiadać też niedużego, poręcznego, kanapowego Pegaza. 

Tak o powodach swojego zamążpójścia pisze Hanka.  Wybrała Pawia, bo nie chciała męża artysty, chciała męża solidnie stąpającego po ziemi. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te złudzenia. 

Jej zapiski, które przypominają swoją formą dziennik, to kronika rozczarowań Pawiem i sobą, udręczenia codziennością, zmagań z mniejszymi i większymi problemami, konfliktów z teściami, którzy nigdy jej nie zaakceptowali, ale też radości, jakie sprawiają dzieci, i miotania się pomiędzy miłością i nienawiścią do męża. Szybko się okazało, że przy dwójce małych dzieci trudno o tego niedużego, kanapowego Pegaza. Tym bardziej jeśli mąż najpierw poświęca się karierze naukowej, a potem w czasach transformacji zakłada biznes, który ma im przynieść pieniądze, a przynosi tylko długi. 

... mąż (...) żyje w "krainie pracy", gdzie wzrok nie sięga. Powraca nocą, gdy dzieci śpią, gdy ja wpatrzona w granatową szybę okna, studiuję w wyższej szkole Czekania Na Ukochanego.

Hanka musi się też zmagać z siermiężną peerelowską codziennością - staniem w kolejkach, brakami wszystkiego, dzieleniem domu z teściami, a potem z ciasnotą własnego mieszkania. 

Historia ma przerwę, nie dzieje się nic. Pospolite polowanie na proszek do zębów, na papier toaletowy, życie jak w motku szklanej waty - niby miękko, a każdy ruch boli.

Ale to, że zawód wchodzi mi w ciało, to czuję. zawód żona. To kaleczy i jątrzy. Przez te skaleczenia uchodzą ze mnie ład i piękno światła.

Drogi jej i Pawia stopniowo się rozchodzą, jest wiecznie nieobecny, ma o wszystko pretensje, do niej i do dzieci. Właściwie nią pogardza, uważa, że to on ma prawo być zmęczony, bo pracuje, a ona przecież cały dzień siedzi w domu. 

Uciekł mi Paw. Wymknął mi się z życia nie wiadomo kiedy.

Z czasem ulgę przynosi alkohol. Jej sytuacja jest tym trudniejsza, że czuje się samotna i obca w rodzinie męża, na nikogo nie może liczyć, nikt jej nie rozumie. 

Proza Anny Janko jest tak intensywna, że sama odczuwałam mękę bohaterki. Współczułam jej, ale bywało, że irytowałam się tym, jak pozwala siebie traktować. No ale to perspektywa dzisiejsza, młodość Hanki przypadła na inne czasy. Zastanawiałam się, dlaczego nie odchodzi. Łatwo powiedzieć, ale kiedy się ma dwoje małych dzieci, nie jest prosto podjąć taką decyzję. Poza tym Hanka się miota od nienawiści, przez zobojętnienie, do coraz rzadszych, ale jednak, wybuchów namiętności i miłości, co pozwala jej przetrwać. Powoli jednak się zmienia - dzieci są coraz starsze, a ona coraz częściej czuje, że musi coś w swoim życiu zmienić. 

Czy dowiem się kiedyś, w jakim celu z tym człowiekiem, te dzieci, ta ja, w takich okolicznościach, tak bezładnie, bezwładnie, bezwiednie ... A nie gdzie indziej? Z kim innym? Inna ja? O, jakże tęsknię do innej ja! Kocham ją i tęsknię. Czy kiedyś się spotkamy? I połączymy? O moja upragniona, daleka ja ...

Jej zapiski są świadectwem drogi, jaką przeszła, i stopniowego wykluwania się nowej Hanki, którą poznamy w kolejnej części cyklu. To nie bunt, to ewolucja, wybijanie się na samodzielność - czas pomyśleć o sobie, o swoim pisaniu, czas porzucić złudzenia i pożegnać się z Pawiem.

Jak wspominałam, książka ma formę krótszych lub dłuższych zapisków, przypomina dziennik. Hanka pisze o swojej codzienności, czasem wspomina przeszłość, ale także snuje refleksje inspirowane rozmaitymi lekturami albo zastanawia się nad sobą, przeprowadza wiwisekcję. 

Jakże trzeba poganiać życie, żeby łaskawie żyło! (...) aby to życie dotknęło w sobie tego czegoś, owej tajemniczej energii, która je uskrzydli i rozpali. Na chwilę. A na co dzień ciągniemy je za sobą, jak dziecko worek z kapciami ...

Nieobca jest jej ironia i dystans do siebie, potrafi być dosadna, pospolita i wściekła, szczególnie, kiedy relacjonuje kłótnie z mężem, albo złośliwa, kiedy pisze o teściowej, której szczerze nie znosi i wcale się z tym nie kryje, innym razem jest głęboka, zadumana nad istotą życia. Kiedy dzieci są małe, dominuje codzienność, potem coraz więcej refleksji.

Bardzo dobra powieść, w której niejedna kobieta może się przejrzeć niczym w lustrze. Przejmująca, skłaniająca do myślenia, ale też dająca przyjemność z obcowania z poetyckim językiem. Jak to się stało, że nie odkryłam tego cyklu wcześniej? A wkrótce napiszę o pozostałych częściach trylogii - postanowiłam czytać tak jak kiedyś tetralogię Eleny Ferrante, czyli zastosować płodozmian: jedna powieść o Hance na zmianę z inną książką.

Izaak Baszewis Singer "Ruda Kejla"

Tym razem będzie dwa w jednym - nowość, a zarazem klasyka.

Nowość, bo powieść Izaaka Baszewisa Singera "Ruda Kejla" (Fame Art 2022; przełożył Krzysztof Modelski) ukazuje się w Polsce po raz pierwszy, w dodatku przełożona została bezpośrednio z języka  jidysz, a nie z angielskiego. Jak zauważa tłumacz w posłowiu, prawdopodobnie jest to w ogóle pierwsza książka Singera przetłumaczona w Polsce z jidysz, pozostałe przekładano z angielskiego. A dlaczego klasyka, wyjaśniać nie muszę. Przy okazji warto napisać kilka słów o wydawnictwie, o którym, przyznaję, wcześniej nie słyszałam. Zawdzięczamy mu wydanie książek siostry i brata Izaaka Baszewisa Singera, Ester Singer Kreitman i Izraela Joszuy Singera. Jego  "Towarzysza Nachmana" miałam już wcześniej w czytniku i chcę przeczytać, a dwie powieści siostry wpisałam czym prędzej na listę książek, które chcę przeczytać. Okazuje się, że to bardzo uzdolnione rodzeństwo - pisali wszyscy, nie tylko noblista Izaak Baszewis, o czym usłyszałam też niedawno. 

Muszę wyznać, ze wstydem (?), że dotąd jakoś niespecjalnie interesowałam się jego twórczością. Dawno temu przeczytałam chyba najbardziej znaną powieść Izaaka Singera "Sztukmistrz z Lublina" i wtedy nie zrobiła na mnie jakiegoś większego wrażenia, właściwie nic z tamtej lektury nie pamiętam. No ale to było naprawdę dawno temu, dziś pewnie zupełnie inaczej bym na nią spojrzała. Kupiłam też "Spuściznę" i "Dwór", ale pewnie dlatego, że mam je w wersji papierowej, a są pokaźnych rozmiarów, dotąd czekają na swój czas. Cóż, należę do tej mniej licznej grupy czytelniczek i czytelników, która pokochała ebooki. Do mojego czytnika mam stosunek bardzo osobisty. No ale do rzeczy.

"Rudą Kejlę" połknęłam jednym tchem i sprawiła mi ta powieść wielką przyjemność, chociaż, jak często bywa w wypadku lektur opowiadających o trudnych sprawach, nie jest to w tym wypadku najwłaściwsze słowo.  Z posłowia napisanego przez Krzysztofa Modelskiego możemy się dowiedzieć, że znawcy literatury jidysz zaliczają ją do kategorii szund, co po polsku tłumaczy się zazwyczaj jako szmira, tandeta, literatura brukowa. Ta terminologia może wprowadzać w błąd, bo nie chodzi tu o brak wartości literackich. Ten termin oznaczał książki, których akcja toczy się półświatku, bohaterami są różne ciemne typy prowadzące podejrzane interesy, słownictwo odbiega od eleganckiego, a ważną rolę może odgrywać wątek kryminalny. Tak właśnie jest w "Rudej Kejli". 

Akcja powieści rozpoczyna się w roku 1911 w warszawskiej dzielnicy północnej, zamieszkanej przede wszystkim przez Żydów, na biednej ulicy Krochmalnej. Główną bohaterką jest tytułowa Ruda Kejla, kobieta piękna, która parała się najstarszym zawodem świata, ale odkąd zakochała się w Jarmem i wyszła za niego za mąż, prowadzi się przykładnie. On też ma za sobą nieciekawą przeszłość - lewe interesy, kradzieże, więzienie. Teraz też próbuje żyć uczciwie. Miłość sprowadziła ich na dobrą drogę, ale codzienność nie jest prosta. Oszczędności się kończą, o pracę niełatwo. W dodatku ściga ich przeszłość. To Maks Kuśtyga, który siedział z Jarmem w jednej celi, z niejednego pieca chleb jadł i zajmował się interesami, oczywiście ciemnymi, na znacznie większą skalę. Zdobył pieniądze, ale miał lekką rękę do ich wydawania, więc musi zarobić kolejne. Najlepiej na handlu żywym towarem, czyli omamianiu młodych, ubogich dziewczyn i wywożeniu ich do brazylijskich burdeli. Pomóc mu w tym mają Ruda Kejla i Jarme. Odkąd go spotkali, nic już nie będzie takie samo. Zacznie się dla nich pasmo problemów i kłopotów. Ona broni się przed Maksem i jego pomysłami, jak może, ale Jarme jest pod jego urokiem i obaj krok po kroku wciągają ją w bagno. 

To zaledwie początek ich przygód. Słowo przygoda jest w tym wypadku i adekwatne, i nie. Bo z jednej strony rzeczywiście trudno oderwać się od tego, co się im przytrafia - umierałam z ciekawości, co zdarzy się dalej, co się z nimi stanie. Towarzyszył temu dreszcz emocji, rosło napięcie, intryga goniła intrygę, dużo tu nagłych zwrotów akcji i nieoczekiwanych zbiegów okoliczności. Z drugiej jednak strony  to historia smutna, ponura i beznadziejna, bo taki jest ich życie. Szczególnie Rudej Kejli, która tak bardzo chce się prowadzić porządnie, a stale ktoś rzuca jej kłody pod nogi. Losy bohaterów przypominają los bohatera tragedii greckiej. Jakby się nie starali, czego by nie próbowali, nie mogą uciec od przeznaczenia. Życie ściąga ich na dno, skąd próbują się wyrwać. 

Jest w tej powieści jeszcze jeden ważny bohater, być może najważniejszy, a na pewno równie istotny jak Ruda Kejla. To Bunem, najstarszy syn rabina z ulicy Krochmalnej, młodszy od Kejli. Spotkają się przypadkowo, on jej pomoże i odtąd ich drogi się splotą. Bunem jest wolnomyślicielem, spotyka się z artystami, sam próbuje malować, dużo czyta i nie są to tylko żydowskie książki religijne, ale na przykład dzieła filozofów. Wszystko to oczywiście w tajemnicy przed rodzicami. Chciałby skończyć studia. Za co? Nawet, gdyby jego ojciec, rabin, miał pieniądze, a przecież ich nie ma, to o żadnym studiowaniu syna nie chciałby słyszeć. Bunem, owszem, powinien studiować, ale Torę i inne święte księgi. Kocha się w Salci, Żydówce z wyższej niż on sfery, która jest anarchistką i rewolucjonistką. Ich związek sprowadzi na niego kolejne kłopoty.

O ile Ruda Kejla uosabia nieokiełznany żywioł, instynkt i poczciwą prostotę, o tyle Bunem zastanawia się nad światem, nad losem człowieka, czyta i rozmyśla. To, co obserwuje, nie napawa go optymizmem.

Uważał, że szaleństwem jest wydawanie dzieci na świat. który oferuje tylko ludzkie tragedie.

Znaczył niewiele więcej niż pyłek na wietrze, ale inni pokładali w nim nadzieję, wiązali z nim swą przyszłość.

... można wierzyć w Boga, a jednocześnie ignorować go w proteście przeciw temu, jak kieruje światem.

... nie zamierzał modlić się do Boga, który wiecznie milczy, puszcza płazem wszystkie ludzkie niegodziwości i nieszczęścia, których doznają stworzone przez niego istoty. Skoro milczy i robi co chce, po co zwracać się do niego z prośbami o łaskę?

Często myślał też o tym, że znajdzie w sobie tyle odwagi, żeby skończyć z sobą, z tym całym uwikłaniem, przeciwstawianiem się okrutnym prawom dyktowanym przez życie, z walką o przetrwanie i owładnięciem przez seks, z bezprawiem władzy, z szaleństwem, zbrodnią, fałszywą nadzieją tych, którzy wierzą, że da się znaleźć sposoby na okiełznanie natury przez obejście jej zasad, sił i praw.

Czytając tę powieść, wielokrotnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jak bardzo współcześnie brzmi. Cóż, nie jest to książka optymistyczna. Opowiada o chaosie i kruchości świata, co sprawia, że życie człowieka to wieczna niepewność i strach, wieczne potyczki z przeciwnościami. W tle historii bohaterów są burzliwe wydarzenia roku 1905, niespokojne czasy, które potem nastąpiły, a pierwsza wojna światowa i rewolucja w Rosji są tuż za progiem. Ratunkiem może wydawać się wyjazd do Ameryki, gdzie można uciec od europejskich niepokojów i marzyć, że los się do człowieka uśmiechnie. Mit o pucybucie, co stał  się milionerem, który właśnie tam może się ziścić, ma się w najlepsze. I rzeczywiście niektórym się udaje. Ale tylko niektórym. Autor obala ten mit, przygląda się Ameryce bez sentymentu. Większość przybyszów z Europy wegetuje, ciężko pracując. Do tego dochodzi samotność, tęsknota za swoimi stronami, wyobcowanie, słaba znajomość angielskiego.

Ale to nie wszystko, co oferuje czytelniczkom i czytelnikom powieść Izaaka Baszewisa Singera. Jest jeszcze namiętność, rozdarcie pomiędzy dwiema kobietami, dylemat moralny - co robić, ratować siebie, nie patrząc na kłopoty, jakie sprowadzi się na najbliższych, czy myśleć o nich. Może dlatego Rudą Kejlę i Bunema ściga fatum? Może to klątwa? I znowu przypomina się antyczna tragedia. 

Kolejną zaletą tej powieści jest znakomite odtworzenie realiów, najpierw świata ubogich warszawskich Żydów, potem nowojorskich.

Bardzo dobra, ciekawa i przejmująca książka. 

Linn Strømsborg "Nigdy, nigdy, nigdy"

Powieść norweskiej pisarki Linn Strømsborg  "Nigdy, nigdy, nigdy"

(Art Rage 2022; przełożyła Karolina Drozdowska) wychwycił mój czytelniczy radar śledzący pilnie nowości. Tym razem jednak stwierdziłam, że mogę ją sobie darować, bo na temat, który porusza, mam wyrobione zdanie, nie do takich jak ja została skierowana. Minęło trochę czasu, zdążyłam o niej zapomnieć, aż tu pewnego razu wysłuchałam krótkiej podcastowej rozmowy właśnie o tej książce. No i cóż, zostałam przekonana, że warto.

Czas zdradzić, co jest tematem powieści Linn Strømsborg. To bezdzietność z wyboru. Jak wspomniałam, na ten temat mam od dawna sprecyzowane zdanie - to decyzja kobiety. Jeśli nie chce mieć dzieci, z jakiegokolwiek powodu, jej wola. Czasem ulegam złudzeniu, że takie podejście do sprawy macierzyństwa jest już powszechne, bo sama w moim otoczeniu mam wiele młodych kobiet, wcale nie singielek, które dzieci nie mają i mieć ich nie chcą, ale zaraz przychodzi otrzeźwienie i zdaję sobie sprawę, że nie dla wszystkich problemu nie ma. Mogłoby się jednak wydawać, że w liberalnej Norwegii rzeczywiście go nie ma. A jednak pewnie jest, skoro powstała powieść "Nigdy, nigdy, nigdy".

Jej bohaterką i zarazem narratorką jest trzydziestopięcioletnia kobieta, która bardzo świadomie nie chce mieć dzieci. W dodatku jej motywację niektórzy mogą uznać za egoistyczną. Bo w tym przypadku nie chodzi o zawodową karierę - nigdy nie dowiemy się, czym się zajmuje, ale na pewno praca nie jest dla niej priorytetem, nie stoi w centrum jej życia. Nie chodzi też o coraz częstsze dziś przekonanie, że nie ma co sprowadzać dziecka na ten niepewny, zagrożony katastrofą klimatyczną świat. Powodem rezygnacji z macierzyństwa nie jest też w jej przypadku problem zdrowotny ani brak partnera, ojca dla potencjalnego dziecka. Od ośmiu lat tworzy szczęśliwy związek z Philipem, oboje zgadzają się, że nie chcą być rodzicami. Jak się okaże do czasu. Nie jest to też przypadek bohaterki filmu "Zdarzyło się" będącego ekranizacją prozy Annie Ernaux. Tamtej dziewczynie macierzyństwo przerwałoby studia, które były drogą do upragnionego przez nią i przez jej rodziców awansu społecznego. Tu nie potrafię się powstrzymać, aby nie przytoczyć jej słów skierowanych do profesora, któremu tłumaczy, że nie chodziła na zajęcia z powodu choroby, która atakuje tylko kobiety i przemienia je w gospodynie domowe. 

Wobec tego dlaczego bohaterka powieści Linn Strømsborg  nie chce być matką? Bo lubi swoją wygodną codzienność. Doskonale wie, że dziecko ją zmieni, będzie domagać się czasu i uwagi. Koniec z życiem na własnych warunkach. Aby nie być gołosłowną dwa cytaty.

Chodzi o strach przed tym, że sama zniknę - że stracę nie ciało, lecz głowę.

Obawiam się zamknięcia, uwięzienia w relacji, która sprawia mi ból. Można odejść od partnera, można się rozwieść, rozejść, rozstać i nigdy już z sobą nie rozmawiać. Ale dziecka nie sposób porzucić, mamą zostaje się na zawsze. 

Narratorka prowadzi coś w rodzaju wiwisekcji, przygląda się sobie i swoim relacjom z innymi, z którymi musi się stale konfrontować w kwestii macierzyństwa. Jakby ludzie nie mogli zająć się swoimi problemami i mieli potrzebę ciągłego przekonywania jej, że popełnia błąd i na pewno kiedyś będzie tego żałować. Chcąc nie chcąc, stale odpowiada sobie na te pytania i wciąż na nowo  utwierdza się w swojej pewności nieposiadania dzieci. Kto ją nagabuje? Oczywiście matka, która chciałaby mieć wnuki. Chociaż trzeba przyznać, że nie jest zbyt nachalna. Miałam wrażenie, że ich relacja robi się w miarę upływu czasu głębsza, a matka godzi się z decyzją córki, co nie znaczy, że ją akceptuje. Inni krewni. Jest kapitalna scena rodzinnej Wigilii - wszyscy członkowie młodego pokolenia albo rodzicami już są, albo wkrótce nimi zostaną. Chaos, jaki generują ich dzieci, staje się nieprawdopodobny. Bohaterka czuje się przytłoczona, a ja razem z nią, hałasem i mnóstwem stwarzanych przez potomstwo drobnych problemów, które trzeba szybko rozwiązywać. To taka sytuacja, kiedy ktoś, kto nie jest rodzicem, nie znajduje też wspólnego języka z tymi wszystkimi ludźmi, którzy dzieci mają, i zostaje postawiony poza nawiasem. Są wreszcie jej rówieśniczki i rówieśnicy. Niektóre i niektórzy z nich mieli jeszcze niedawno podobne poglądy jak ona, ale z różnych powodów decydują się jednak na dzieci. Nagle zaczynają się dziwić jej uporowi i przekonywać ją, że wkrótce i ona zmieni zdanie. 

Problem jeszcze bardziej się zaostrza, kiedy parze najlepszych przyjaciół jej i Philipa rodzi się dziecko. Oni też tego nie planowali, ale zdarzyło się i jest. Ciesząc się swoim szczęściem, czują potrzebę przekonywania jej do zmiany zdania. Nagle okazuje się, że i Philip chciałby zostać ojcem. Co zrobić? Kto ma ustąpić? Czy można być razem, kiedy dwie osoby nie zgadzają się w tak fundamentalnej sprawie? A jeśli nadal bardzo się kochają? Nie da się łatwo przejść do porządku dziennego nad taką różnicą zdań. Jednocześnie narratorka obserwuje, jakie zmiany w życiu pary jej przyjaciół wprowadziło dziecko i to tylko utwierdza ją w jej decyzji. Z jednej strony są szczęśliwi, a z drugiej coraz bardziej zmęczeni, zniecierpliwieni, szczególnie ona nie chce się przyznać, że macierzyństwo dalekie jest od sielankowej wizji sprzedawanej w mediach społecznościowych, jakby chciała za wszelką cenę udowodnić bezdzietnej przyjaciółce, że się myli, tkwiąc w swoim uporze, bo przecież posiadanie dziecka to tylko wielka radość.

Bohaterka chcąc żyć na swoich warunkach, staje się coraz bardziej osamotniona. Stopniowo traci znajomych, bo oni zajęci są swoimi rodzinami. Ale wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie czuje się nieszczęśliwa, nie cierpi z powodu samotności. To kolejne tabu albo stereotyp - lubimy myśleć, że każdy, kto jest sam, musi być w głębi duszy z tego powodu nieszczęśliwy. "Nigdy, nigdy, nigdy" to także książka o tym, że zmiany w życiu są nieuchronne i nic nie trwa wiecznie. Żyjąc, tracimy znajomych, przyjaciół, relacje. Nasze drogi się rozchodzą i nie ma w tym niczyjej winy, tak po prostu jest.

Powieść Linn Strømsborg stanowi rodzaj manifestu, wyznania wiary głównej bohaterki, a może również autorki. Dlatego momentami przyjmuje charakter dyskursywny. Nawet opowieść o dziadkach narratorki sprawia wrażenie przykładów dobranych pod tezę (oczywiście przez autorkę). Bo rodzice jej matki, kiedy tylko odchowali dzieci, a mieli ich kilkoro, wyjechali do Hiszpanii i tam zaczęli żyć sobie beztrosko na swój rachunek. Więzi między nimi i ich dziećmi praktycznie zostały zerwane, między nimi a wnukami w ogóle się nie wytworzyły. Narratorka dyskutując z sobą i z czytelniczką czy czytelnikiem, pisze o tym, że prawdopodobnie tak naprawdę nie chcieli mieć potomstwa. Zdecydowali się na nie, bo wtedy prawie nikomu nie przychodziło do głowy, że może być inaczej. Ulegli presji społecznej. Dziś ta presja ciągle jest, ale można się jej przynajmniej przeciwstawić. 

Książkę czyta się jednym tchem. Działała na mnie bardzo intensywnie. Nie jest arcydziełem pod względem literackim, ale przemieszanie żywiołu powieściowego z dyskursywnym daje ciekawy efekt - to nie  tylko prosta powieść skupiona na fabule. Na pewno warto po nią sięgnąć ze względu na temat. Można się skonfrontować z innym sposobem myślenia albo utwierdzić w swoich przekonaniach, można też dostrzec w losach bohaterów własne doświadczenia.

Yossi Granovski "Adżami. Opowieści z Jafy"

Ponieważ na literaturę izraelską mam nastawiony mój czytelniczy

radar, co nie oznacza, że czytam każdą książkę z tego literackiego obszaru, postanowiłam sięgnąć po zbiór opowiadań Yossiego Granovskiego "Adżami. Opowieści z Jafy" (Filtry 2023; przełożył Roman Vater). Na początek parę słów o pisarzu, o którym dotąd nic nie słyszałam, potem o Adżami i Jafie. Droga  urodzonego w 1952 roku Yossiego Granovskiego do zawodowego zajmowania się literaturą nie była typowa. Najpierw długo służył w wojsku i służbie granicznej, co było sposobem na uniknięcie bezrobocia, dopiero jako trzydziestolatek ukończył studia prawnicze, potem pracował w policji, skąd zwolniono go, kiedy ukończył czterdzieści jeden lat. Wtedy na stałe wszedł w literacki świat - został bibliotekarzem w Jafie, gdzie od lat mieszka, pracował w piśmie literackim, promował młodych poetów z Jafy, głównie arabskich piszących po hebrajsku. Sam mówi bardzo dobrze w ich rodzimym języku. Wprawdzie tworzył już w czasie, kiedy służył w wojsku, ale pierwszy zbiór opowiadań wydał dopiero w roku 2004. Od tamtej pory ukazało się ich kilka. Bohaterami są  najczęściej Żydzi i Arabowie, mieszkańcy Jafy, jego przybranej małej ojczyzny. Przybranej, bo urodził się w Tel Awiwie.

Od 1950 roku Tel Awiw i Jafa to jeden miejski organizm, ale kiedyś, przed powstaniem Izraela, ta druga była tętniącym życiem miastem arabskim z dużym portem. Stanowiła najważniejszy ośrodek ekonomiczny i kulturowy arabskiej Palestyny, która najpierw była częścią Imperium Osmańskiego, a po jego upadku i powstaniu Turcji mandatowym terytorium brytyjskim, czyli chyba tylko trochę lepiej niż kolonią.  Tel Awiw został założony przez Żydów przybywających do ziemi przodków. Już za Brytyjczyków wybuchło w Jafie arabskie powstanie, ale prawdziwy dramat rozegrał się tuż przed proklamacją Izraela. Chociaż zgodnie z planem ONZ-etu Jafa miała zostać arabską eksklawą w nowym państwie, jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości najpierw prawicowa milicja zburzyła jedną z dzielnic miasta, potem Hagana  oblegała je i ostrzeliwała, aż obrońcy się poddali. Kiedy dzień później w Tel Awiwie ogłoszono deklarację niepodległości, zaczął się eksodus arabskich mieszkańców Jafy. W sumie uciekło ich około sto tysięcy. Pozostałych, około czterech tysięcy, stłoczono w dzielnicy Adżami, którą na rok wojsko izraelskie otoczyło drutem. Wyjść stamtąd można było tylko z pomocą specjalnej przepustki. Taki to paradoks - ci, którzy byli prześladowani, zaczęli prześladować innych. Ci, których zamykano w gettach, sami stworzyli getto. To zaledwie ułamek tego, czego dowiedzieć się można z bardzo ciekawego posłowia Romana Vatera, tłumacza książki, znawcy Izraela, gdzie studiował i przez kilka lat mieszkał.

Wybrane do polskiego wydania opowiadania zgromadzone w książce "Adżami. Opowieści z Jafy" pochodzą z różnych  zbiorów, co daje się odczuć, ale o tym za chwilę. Ich akcja rozgrywa się albo jeszcze przed rokiem 1948, albo na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Pokazują zmianę, jaka zaszła w Jafie, która traci swoją rangę i z ważnego, ruchliwego arabskiego miasta staje się po powstaniu Izraela miejscem zasiedlanym głównie przez ubogich żydowskich imigrantów z Bułgarii i Maroka. Roman Vater pisze wprost o transformacji Jafy w "slumsy" południowego Tel Awiwu.

Muszę przyznać, że początkowo byłam rozczarowana. Nie żebym żałowała lektury, ale spodziewałam się czegoś, co mnie zachwyci albo zainteresuje, albo poruszy. A najlepiej wszystko na raz. Nie ukrywam, że wolę powieści, kiedyś opowiadań nie czytałam prawie w ogóle, od kilkunastu lat to się zmieniło, chociaż nadal chętniej sięgam po dłuższe formy. Opowiadanie, przynajmniej w moim przypadku, łatwiej przemyka, przelatuje w trakcie lektury. Aby ze mną zostało, aby się osadziło, musi mieć to coś, co przytrzyma  emocje i przykuje uwagę. W krótkiej formie znacznie o to trudniej. I właśnie trzy pierwsze opowiadania, a w sumie jest ich w tym zbiorze tylko sześć, nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Nie bardzo umiałam się w nich odnaleźć. Ich bohaterem i narratorem jest Ahmed, który urodził się i mieszkał w arabskiej wiosce, dopiero potem osiadł w Jafie. Z pierwszego opowiadania dowiadujemy się, jak to się stało, że zamiast skończyć studia prawnicze, został handlarzem towaru, czyli mówiąc wprost narkotyków, głównie opium. 

To takie opowieści łotrzykowskie. Ahmedowi przytrafiają się różne nieprawdopodobne historie, z których wychodzi obronną ręką, bo szczęście mu sprzyja, a najczęściej on mu pomaga sprytem i dzięki najrozmaitszym koneksjom, które zdobył, parając się handlem towarem. Jego wspomnienia sięgają dzieciństwa, czyli czasów pierwszej wojny, kończą się po czterdziestym ósmym roku. Gdzieś w tle tych łotrzykowskich opowieści jest życie codzienne. Już w tych trzech opowiadaniach obserwujemy przemianę tego świata. Ale może dlatego, że są one bardzo krótkie, nie podziałały na mnie jakoś specjalnie. Przełom nastąpił w czwartym, którego narratorem i bohaterem też jest Ahmed. Chociaż znowu na pierwszy plan wybija się łotrzykowska historia, to jest tu coś więcej. To już czas po czterdziestym ósmym roku, kiedy większość arabskich mieszkańców uciekła z Jafy. Ahmed opowiada o tym, jak mu się udało do niej wrócić. Tym razem historia tego miejsca, naszkicowana kilkoma obrazami pokazanymi bez patosu, zwyczajnie, może nawet w nieco żartobliwym, bo gawędziarskim tonie, chwyciła mnie za serce. Bo umiem wyobrazić sobie, jakie ludzkie tragedie kryją się za tymi kilkoma rzuconymi niedbale zdaniami. 

Ale prawdziwie zachwyciły mnie dwa ostatnie opowiadania, zdecydowanie dłuższe niż poprzednie, stanowiące ponad dwie trzecie całości. To Opowieść Nasifa i Opowieść Ibrahima. Ich bohaterem nie jest już Ahmed, a akcja toczy się po proklamowaniu Izraela. I to w nich najlepiej widać zachodzące w Jafie zmiany - napływ Żydów z państw Maghrebu czy z Bułgarii, przejmowanie przez nich mienia arabskiego. Trudno ich osądzać, sami niewiele mają, zostawili za sobą wszystko, co posiadali, muszą budować swoje życie na nowo. Do zostawionych przez Arabów domów każą im się wprowadzać urzędnicy. Bohaterowie tych opowiadań, którzy pamiętają dawną Jafę, obserwują te zmiany. Nie ma już niektórych miejsc, inne zmieniły właściciela, zamiast brytyjskich policjantów czy urzędników są żydowscy. Jest w tym dużo nostalgii za dawnym światem, ale nie zawsze złość. Cóż, trzeba się w nim na nowo odnaleźć, jakoś urządzić. Ale są też ludzkie tragedie. I to one tak bardzo mnie poruszyły. Historia nieszczęśliwej miłości Żydówki i Nasifa, Araba z Bengazi, który oficjalnie jest Żydem, a historia o tym, jak do tego doszło, utrzymana jest nadal w łotrzykowskim tonie znanym z czterech pierwszych rozdziałów. Równie mocno porusza opowieść o czarnym Ibrahimie pochodzącym z Sudanu, który, a jakże, też zdobywa żydowskie papiery, i jego przyjacielu At-Tyczu. Mamy tu nieszczęśliwą miłość, opowieść o meandrach przyjaźni Ibrhima i At-Tycza, żydowskich  imigrantów, wiele ciepła, ale i ogromny smutek. Granowski pisze o arabskich mieszkańcach Jafy, jakby był jednym z nich, nie egzotyzuje ich, oddaje im podmiotowość i znakomicie pokazuje, że życie nie jest proste, a świat czarno-biały. Po każdej stronie są ludzie dobrzy, uczciwi i źli. Jest w tych opowieściach melancholia, nostalgia i smutek, ale też dużo energii i przekonania, że trzeba życie składać na nowo. Tak więc ostatecznie jestem na tak i polecam tę książkę, nawet bardzo. 

A na koniec kilka refleksji około wydawniczych. Może lepiej przeczytać posłowie przed lekturą opowiadań? Może wtedy będzie w nie łatwiej wejść? No i szkoda, że dostajemy taki skromny wybór. Może lepszą decyzją byłoby wydanie większego tomu z wyraźnym podziałem na opowiadania o Ahmedzie i innych bohaterach? Z informacji o autorze wnoszę, że historii o Ibrahimie czy Nasifie jest chyba więcej. Pewnie wydawnictwo, a może to decyzja tłumacza, chciało dać przegląd twórczości Granowskiego. Mam nadzieję, że za tą pierwszą książką, pójdą następne.

Marie NDiaye "Zemsta należy do mnie"

Ponieważ temat nierówności klasowych, awansu społecznego

znajduje się w kręgu moich zainteresowań, nie mogłam ominąć powieści "Zemsta należy do mnie" Marie NDiaye uznawanej za jedną z ważniejszych współczesnych francuskich autorek (Filtry 2023; przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon). Tym bardziej, że zbiera bardzo dobre recenzje. Jak czytam na stronie wydawnictwa, pisarka opublikowała ponad dwadzieścia książek i wiele sztuk teatralnych. Przydałaby się precyzja - zbiorów opowiadań? powieści? esejów? Wszak sztuka teatralna to też książka. Za powieść "Trzy silne kobiety", która ukazała się w Polsce w roku 2010, dostała Nagrodę Goncourtów.

"Zemsta należy do mnie" to historia adwokatki, mecenas Susane, mającej bronić kobiety, która zamordowała troje swoich dzieci. Kiedy do kancelarii wkracza mąż morderczyni, aby powierzyć mecenas Susane tę sprawę, jest pewna, że zetknęli się już kiedyś w dzieciństwie. Ona była dziesięcioletnią dziewczynką, on miał pięć lat więcej. To trwające zaledwie kilka godzin  spotkanie wywarło na niej ogromne wrażenie. Może nawet zdecydowało o jej dalszych losach. Ale czy rzeczywiście to on? Mężczyzna niczym nie zdradza, że ją rozpoznaje. Odtąd mecenas Susane wpada w rodzaj obsesji - za wszelką cenę będzie próbowała dowiedzieć się od matki, z którą wtedy była w domu jego rodziców, jak się nazywali. Jej natarczywość w tej kwestii doprowadzi do rodzinnego konfliktu.  Czy mąż morderczyni i tamten chłopak to ta sama osoba? Co się wtedy wydarzyło między nimi? Te pytania powracają niczym mantra. Mecenas Susane pamięta swoją wersję tej historii, ale czytelniczki i czytelnicy mogą podejrzewać, że coś wyparła. A może jednak nie? To tylko jedno z niedopowiedzeń w tej powieści, zapewne celowych.

Muszę przyznać, że mam problem z książką Marie NDiaye. Z jednej strony bardzo mnie wciągnęła, połknęłam ją niemal w jeden dzień. Z drugiej miałam poczucie oczywistości poruszanych problemów. Może za dużo się na te tematy naczytałam i nasłuchałam? Jeden z nich to wspomniany już awans społeczny. Mecenas Susane wywodzi się z klasy ludowej, jak to się dziś mówi. Skończyła studia prawnicze, pracowała w dużej kancelarii adwokackiej, ale w końcu postanowiła iść na swoje. Na razie nie wiedzie się jej najlepiej, prowadzi kilka drobnych spraw, obrona morderczyni może stać się przełomem w jej solowej karierze. Niby osiągnęła dużo, ale nie jest z siebie zadowolona. Rodzice są z niej dumni, a ona ma wrażenie, że ich oszukuje, że nie znają jej prawdziwej sytuacji. Prowadzi ascetyczny i samotniczy tryb życia. Stara się być jak najbardziej korekt i na czasie. Dlatego zatrudnia do pomocy w domu imigrantkę z Mauritiusa, chociaż żadna pomoc nie jest jej potrzebna. Traktuje to w kategoriach aktywistycznych. Z tego samego powodu za darmo prowadzi starania o zalegalizowanie pobytu jej i jej rodziny. Nie chcąc w niczym urazić młodej kobiety, daje sobą manipulować. Zaczyna się między nimi toczyć dziwna gra, w której to mecenas Susane jest tą słabszą stroną. Może dlatego, że chociaż coś osiągnęła, wprawdzie nie tak dużo, jak by chciała, ale jednak, wciąż czuje się bardzo niepewnie. 

Jej historię poznajemy za pośrednictwem trzecioosobowego narratora w bardzo specyficzny sposób. Fakt, że nigdy nie dowiemy się, jak ma na imię bohaterka, a narrator mówi o niej zawsze mecenas Susane, sprawia, że obserwujemy ją niczym jakiś obiekt, z dystansu. Mnie ten zabieg kojarzy się z narracją w filmach przyrodniczych. Taki sposób opowieści sprawił, że nie potrafiłam złapać kontaktu z bohaterką. Nie współczułam mecenas Susane, za to  irytowały mnie jej postawa i nijakość. Ale czy można traktować ją jak bohaterkę z krwi i kości? Dla mnie jest raczej figurą uosabiającą kobietę, która wspięła się w hierarchii społecznej, ale nadal czuje się niepewnie i stale jest gdzieś pomiędzy. Nie przynależy już do świata rodziców, czuje się w ich domu wyobcowana, ale nie nawiązała kontaktów ze swoim nowym środowiskiem. Drażni mnie też sposób przedstawienia jej konfliktu z rodzicami. Właściwie o co się kłócą? Co tak bardzo rozkminiają? W ogóle mam takie wrażenie, jakby ta powieść zawieszona była gdzieś pomiędzy realizmem, a ... no właśnie czym? Nawet nie bardzo umiem to nazwać. Teraz przychodzi mi do głowy termin przypowieść. Więc może moje zdroworozsądkowe pytania i wątpliwości nie mają w tym wypadku racji bytu? Dlaczego na przykład bohaterka nie próbuje zapytać męża morderczyni, gdzie mieszkał w dzieciństwie? Jego odpowiedź mogłaby od razu rozwiać jej wątpliwości, nie musiałaby dręczyć swymi pytaniami matki.

Drugi temat, który mnie wydał się już przemielony na dziesiątą stronę, to historia morderczyni. Dlaczego zabiła swoje dzieci, które przecież kochała? Nie, to nie jest rodzina patologiczna. Ona była nauczycielką, dopóki nie urodziła pierwszego syna, jej mąż wykłada na uczelni. Mieszkają w eleganckim mieszkaniu, niczego im nie brakuje. Jak łatwo się domyślić, dostajemy tu oczywiście historię nieudanego małżeństwa, chociaż pozornie wszystko gra, rezygnacji z własnych ambicji, także awansu społecznego, udręczenia macierzyństwem, udawania. Każde z małżonków coś gra przed drugim, żadne nie jest szczere. Czasem myślałam, że może wystarczyłaby rozmowa, aby uniknąć nieporozumień, ale historia zmierza w innym kierunku. Mąż oczywiście okazuje się tyranem i psychicznym przemocowcem. To prawda, że wiele jest takich związków, sama znam podobne, strasznie mnie zawsze irytuje, kiedy kobieta pozwala robić z siebie służącą własnej rodziny, więc temat jak najbardziej ważny, problem w tym, że tutaj dostajemy wszystko kawa na ławę. Czytając opowieść żony, a potem wersję męża, myślałam sobie - no nie, znowu, ile można. Jakoś nie ma w tym żadnej finezji, wszystko podane jest na tacy.

Teraz, kiedy redaguję moją notkę, nasunęła mi się jeszcze jedna możliwa interpretacja powieści Marie NDiaye. Mamy tu trzy bohaterki, dwie reprezentują stary, syty świat, trzecia nowy, który dobija się do Europy. Wszystkie marzą o awansie społecznym - mecenas Susane i jej klientce się udało, ale nie są szczęśliwe, ta trzecia dopiero o ten awans walczy. One wydają się być pogrążone w marazmie, jakby wyczerpała je droga, którą przebyły, a może są rozczarowane osiągniętym celem i nie mają pomysłu, co dalej. Ona jest pełna wigoru, wie, czego chce i potrafi każdego owinąć sobie wokół palca. Nie, wcale nie jest sympatyczna. A więc może jest to opowieść o zmierzchu naszego świata?

Jak widać, mam z tą powieścią problem. Wciąga i irytuje jednocześnie, skłania do rozmaitych refleksji, porusza ważne tematy, ale w sposób, który mnie drażnił. To mój odbiór, bo recenzje ma bardzo dobre. Opinie czytelniczek i czytelników na rozmaitych portalach, gdzie z ciekawości zajrzałam, raczej też.     

Grzegorz Łyś "Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie"

Kiedy półtora roku temu ukazała się bardzo chwalona książka

Grzegorza Łysia "Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie" (W.A.B. 2021), pomyślałam, że chętnie bym po nią sięgnęła, ale biografia Malinowskiego to nie mój priorytet, więc z braku czasu na wszystkie lektury, na które miałoby się ochotę, nie wpisałam jej na listę książek oczekujących. Ale kilka miesięcy temu przeczytałam "Witkacego i kobiety. Harem metafizyczny" Małgorzaty Czyńskiej, gdzie Malinowski trochę się pojawia, a ostatnio szczególnie zelektryzowała mnie wiadomość o tym, że Karakter wydaje powieść Agnety Pleijel "Lord Nevermore" w nowym tłumaczeniu Justyny Czechowskiej. Zanim przeczytam książkę szwedzkiej pisarki, której bohaterowie wzorowani są na Witkacym i Malinowskim, postanowiłam sięgnąć po biografię tego ostatniego pióra Grzegorza Łysia. Natychmiast też wpisałam na wspomnianą listę niedawno wydaną książkę o Stanisławie Witkiewiczu, ojcu Witkacego.

I jak to zazwyczaj mam z biografiami, znowu dokonałam wielkiego odkrycia. No bo co wiedziałam o Bronisławie Malinowskim? Że przyjaźnił się z Witkacym, że w dramatycznym dla niego okresie po samobójczej śmierci narzeczonej zabrał go ze sobą na wyprawę na wyspy Oceanii - jestem prawie pewna, że nie bardzo miałam świadomość, iż konkretnie chodziło o Trobriandy - no i że napisał "Życie seksualne dzikich". Tyle. Myślę, że nie stanowię wyjątku. Jak zauważa Grzegorz Łyś, większość z nas nie ma pojęcia, jaką rolę w światowej antropologii odegrał Bronisław Malinowski. Jesteśmy dumni z Marii Skłodowskiej-Curie, a z jego znaczenia nie zdajemy sobie sprawy. 

Autor odtwarzając krętą i nieoczywistą drogę na naukowy szczyt bohatera swojej książki, pokazuje, jakim przełomem w antropologii w tamtym czasie było to, co zrobił Malinowski. Po pierwsze badania terenowe. Dziś to oczywistość, ale wtedy naukowcy zajmujący się tą dziedziną nie ruszali się zza biurek. Swoje teorie na temat innych społeczeństw snuli na podstawie doświadczeń misjonarzy, kupców, urzędników kolonii. Autor "Złotej gałęzi", uznany wtedy antropolog James Frazer, zapytany o to, czy odwiedził społeczności, o których pisze, odparł z dumą, że nie. Jego najdalsze podróże to Grecja i Włochy. To tę książkę przeczytał student Bronisław Malinowski, to ona stała się jedną z podwalin jego późniejszych zainteresowań, do których droga była jednak bardzo kręta i wcale nieoczywista, to on w końcu dokonał symbolicznego ojcobójstwa na jej autorze. W książkach i artykułach, które były rezultatem jego kilkuletnich badań terenowych na Trobriandach, stanął po stronie tych nielicznych, którzy kwestionowali teorię ewolucjonizmu głoszącą, że prymitywne ludy to relikt ewolucji, skamielina w ewolucyjnym łańcuchu, i późniejszą nieco teorię dyfuzjonizmu (rozprzestrzenianie się  kultury na inne obszary z jednego lub zaledwie kilku centrów). Uważał, że badane przez niego dzikie ludy, mają swoją kulturę, inną niż ludzie biali, ani lepszą, ani gorszą, i nie można patrzeć na nią przez pryzmat białego człowieka. Poza tym stał się jednym z twórców antropologicznej teorii funkcjonalizmu głoszącej, że każde zjawisko kulturowe ma jakąś funkcję istotną w systemie społecznym. Jak pisze autor jego biografii, stworzył pierwszy w historii nauki kompletny i do dziś najdoskonalszy opis pierwotnej społeczności plemiennej.

Grzegorz Łyś pokazuje też kontrowersje, jakie pojawiły się wokół Bronisława Malinowskiego, szczególnie, kiedy w latach sześćdziesiątych, długo po jego śmierci (1942), odkryto  dziennik nieprzeznaczony do druku. Kiedy decyzją żony został wydany w obszernych fragmentach, wywołał skandal, bo obrońca praw i tradycji dzikich w prywatnych notatkach bywał rasistą, zwolennik uprawnienia kobiet męskim szowinistą, a empatyczny badacz społeczny okazał się skrajnym egocentrykiem. Wielu jego dawnych uczniów odcięło się od niego. Z jednej strony pisał o Trobriandczykach: Oto nasi bracia. Mają kulturę podobnie jak my, niekiedy fascynującą. Chociaż ich kultura różni się od naszej, są tacy sami jak my. Z drugiej w swoim dzienniku w czasie pobytu na Cejlonie w drodze na Trobriandy zanotował: Czarne małpy udające Europejczyków w tramwaju dają mi poczucie wyższości rasy białej. Ale mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wyszedł dziennik, odkryli go dla siebie postmoderniści i na nowo zainteresowano się jego dorobkiem. Jeszcze później, bo w latach siedemdziesiątych, na Trobriandach pojawili się turyści, dzieci rewolucji seksualnej. Zwabiła ich tam oczywiście najbardziej chyba znana jego książka "Życie seksualne dzikich".  Obrońcy Malinowskiego wskazują, że dziennik służył mu do wiwisekcji, a profesor Tokarska-Bakir uważała, że był dowodem jego depresji i rodzajem terapii. Wytykano mu też, że jego badania służyły państwom kolonialnym, szczególnie Imperium Brytyjskiemu. Autor twierdzi, że  badacz nie był apologetą kolonializmu, krytykował ingerencję państwa w życie tubylców. 

Bronisław Malinowski jawi się jako postać bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności, zmagająca się z lękami, słabościami, niedoskonałościami, problemami ze zdrowiem. Klął, był snobem, prowokatorem, uwielbiał, kiedy go podziwiano, świadomie budował swoją legendę jako króla antropologii. Jednocześnie to ciepły, wrażliwy człowiek, pamiętał o bliskich, pomagał im, kiedy tego potrzebowali. Miał liczne grono oddanych zwolenników i uczniów, którzy go uwielbiali, inni jednak nie lubili go i dyskredytowali jego dorobek naukowy.  Angażowanie się w politykę od czasów młodości było mu obce, nie walczył w żadnej z wojen. W pierwszej, bo właśnie wtedy prowadził swoje badania na Trobriandach i nie przyszło mu nawet na myśl, aby je przerwać i zaciągnąć się na przykład do legionów. To między innymi z powodu tej apolitycznej postawy przyjaźni Bronia i Stasia, jeszcze  w czasach zakopiańskich, sprzeciwiał się ojciec tego ostatniego, szczery patriota. Osobna historia to związki Malinowskiego z kobietami - uwielbiał pakować się w sytuacje skomplikowane, w trójkąty. Uczuciowe burze długo nadawały sens jego egzystencji. Były przyczyną moralnych rozterek, cierpień, ale i ekscytacji.  Autor biografii skłania się ku stwierdzeniu, że miał też skłonności homoseksualne, które tłumił. To kolejny powód, dla którego nie przepadał za nim ojciec Witkacego. Podobne obawy, że uwiedzie ich syna, żywiła jego żona.

Bardzo ciekawe są rozdziały opowiadające o młodości Malinowskiego, szczególnie o jego związkach z Zakopanem, trudnej przyjaźni z Witkacym i Leonem Chwistkiem, ich wędrówkach po Tatrach i zażartych sporach światopoglądowych oraz dyskusjach. To w tamtym okresie autor biografii dopatruje się podwalin pod jego późniejsze zainteresowania. Przyjaciele byli świadkami różnego podejścia do sfery seksualnej. Z jednej strony dulszczyzna, hipokryzja i tabu. To świat mieszczański. Z drugiej swoboda i rozpusta w kurorcie, jakim stało się Zakopane. Na czas pobytu tam ci sami mieszczanie zawieszali normy społeczne obowiązujące w tej sferze życia. Z trzeciej strony swoboda artystów Młodej Polski, Przybyszewski i do tego pierwotny seks góralski. Na to wszystko napatrzył się młody Bronio. Grzegorz Łyś twierdzi, że bez Młodej Polski i bez Zakopanego nie byłoby Malinowskiego badacza. Wskazuje jeszcze jedną inspirację dla jego metody naukowej - badań terenowych. W taki sposób pracował jego ojciec, Lucjan, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, językoznawca, badacz dialektów śląskich i folkloru. Na całe miesiące znikał w Beskidzie Śląskim, zbierając materiały do swojej pracy. Czasem w tych wyprawach towarzyszył mu syn. Stosunek do ojca i matki to kolejny ważny wątek w biografii Malinowskiego.

Takich wątków jest w tej niezwykle ciekawej książce bardzo dużo. Zachęcam do lektury i odkrycia ich. Nie sposób oddać skomplikowanej postaci Bronisława Malinowskiego i jego pokrętnej drogi do naukowej kariery w tej krótkiej notce. Zresztą nie o streszczenie tu chodzi, a o lekturową inspirację.

Agnieszka Gajewska "Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia"

Powiedzieć, że literatura fantastyczno-naukowa nie leży w sferze

moich zainteresowań, to nic nie powiedzieć. Po prostu jej nie lubię, podobnie jak fantasy i w mniejszym stopniu groteski. Ale trochę głupio przynajmniej nie spróbować twórczości Stanisława Lema. Dlatego co jakiś czas sięgam po jedną z jego książek. Pierwsze były chyba "Dzienniki gwiazdowe", które poleciła mi dawno temu pewien bliski mi wówczas miłośnik pisarza. Potem "Powrót z gwiazd", kilka opowiadań z "Bajek robotów" i z "Cyberiady". Wreszcie stosunkowo niedawno zachwyciłam się "Solaris", do której to powieści przymierzałam się od dawna, ale jakoś się nie składało, a wreszcie złożyło się po obejrzeniu jej teatralnej adaptacji. W tym kontekście nie dziwi, że nie zainteresowałam się aż tak bardzo, aby po nią sięgnąć, wydaną w 2017 roku biografią pisarza pióra Wojciecha Orlińskiego. Wysłuchałam tylko kilku bardzo ciekawych rozmów z jej autorem, ale to tyle. Jednak kiedy kilka lat później ukazała się książka Agnieszki Gajewskiej "Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia" (Wydawnictwo Literackie 2021), postanowiłam ją przeczytać. Może dlatego, że więcej się o niej mówiło? Miała na ogół bardzo dobre recenzje, a w rezultacie została nominowana do Nike i zdobyła Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii esej. Decyzja okazała się trafna - połknęłam ją niemal jednym tchem.

Kiedy niedawno opowiadałam znajomym, że przeczytałam biografię Lema, zdziwili się. Dlaczego? Bo życie pisarza wydało im się znane i niespecjalnie interesujące. Zapytali mnie, czy dowiedziałam się czegoś nowego. Nie, wcale nie zaskoczyła mnie ta wypowiedź w ustach ludzi czytających, a nawet zajmujących się literaturą zawodowo, bo i ja myślałam podobnie, oczywiście zanim zabrałam się za książkę. Wiadomo, Lem wielkim pisarzem był, urodził się we Lwowie, skończył medycynę, potem zaczął pisać, mieszkał w Krakowie, przez jakiś czas w Austrii, był ateistą, miał żonę i syna. I wszystko jasne. Im głębiej wchodziłam w książkę Agnieszki Gajewskiej, tym bardziej przekonywałam się, że to pozory - Lem stanowił dotąd tylko jakąś plamkę w obszarze mojej wiedzy. Nie da się przecież sprowadzić życia człowieka do tych kilku informacji. Bardzo często podobnie mam z innymi biografiami. Niemal zawsze odkrywam cały ocean ciekawych informacji. Co w takim razie znalazłam w opowieści o życiu Stanisława Lema?

Po pierwsze okres lwowski, a szczególnie jego okupacyjne przeżycia  i ich konsekwencje, które odcisnęły się na losie pisarza. Wprawdzie coś już na ten temat wiedziałam z wywiadów, których udzielał Wojciech Orliński, ale to były tylko strzępki, urywki, tym razem weszłam w to głębiej. Teraz nie jest już tajemnicą, że pisarz urodził się w żydowskiej rodzinie Lehmów, bo tak brzmiało ich nazwisko, które dopiero po wyjeździe ze Lwowa przybrało znaną nam formę. Jego rodzice nie byli Żydami religijnymi. Do wybuchu wojny wiódł Lem wygodne życie dziecka i młodzieńca z dobrego, mieszczańskiego domu. Wprawdzie nie byli rodziną bardzo zamożną, ale ojciec lekarz mógł zapewnić żonie i synowi wygodną egzystencję. Potem Lem był świadkiem i uczestnikiem dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się we Lwowie w czasie niemieckiej okupacji, ukrywał się on i ukrywali się jego rodzice, często musieli zmieniać kryjówki. Ocaleli z Zagłady, ale większość ich krewnych zginęła. Odetchnęli, kiedy Lwów został wyzwolony spod niemieckiej okupacji. Ale tamte przeżycia, strach, pogromy, obrazy stosów zmasakrowanych trupów, które miał w pamięci, i wyjazd ze Lwowa położyły się cieniem na jego życiu. Tęsknił za swoim miastem rodzinnym do śmierci, ale nigdy nie odważył się pojechać ani tam, ani do Ukrainy mimo licznych zaproszeń. Przejmujący jest list, który napisał już z Krakowa do swojego kuzyna Władysława Hemara.

Piszę chaotycznie. Ale to naprawdę za wielkie wymaganie, żeby pisać o tym, co było. Trzeba jakoś omijać, ostrożnie dobierać słów, bo znowu się zbudzi. Obecnie szukam drogi do samego siebie, jakże mam ją znaleźć do innych?  

Ratunkiem stało się pisanie. Echa tamtych przeżyć po wielu latach pobrzmiewają w innym liście pisanym do jednego z tłumaczy.

Bardzo długo nie śmiałem zdecydować się na posiadanie dziecka (...), bo też świat wydaje się na ogół miejscem b. kiepsko urządzonym na przyjęcie ludzi, szczególnie kiedy miało się właśnie takie doświadczenia, które stały się naszym udziałem. Ale cóż - jest czas umierania i czas życia.

Ze strachu starannie ukrywał swoje pochodzenie, ale demony odżyły w Marcu 1968 roku. W tamtych wojennych doświadczeniach można doszukiwać się przyczyn nawracających okresów nigdy niezdiagnozowanej depresji  i ostrożnej postawy politycznej. Pisarz panicznie bał się, że bezpieka wyciągnie na światło dzienne jego pochodzenie, dlatego niechętnie wypowiadał się na tematy polityczne, nie angażował się w protesty, nie podpisywał żadnych listów napisanych przez opozycję ani apeli. Swoje myślał, ale dzielił się refleksjami tylko z najbliższymi przyjaciółmi. W korespondencji też musiał być ostrożny, bo miał świadomość, że jego listy mogą być czytane przez niepowołane osoby. Dopiero kiedy wyjeżdżał za granicę w tym, co pisał z wolnego świata mógł być szczery. Jego ostrożna postawa wynikała także z obsesji, że musi zarabiać - z wojennych doświadczeń wyniósł przekonanie, że pieniądze mogą uratować życie. Dlatego wolał się nie wychylać, aby nie zostać objętym zakazem druku. Poza tym był przekonany, że protesty niczego nie zmienią. Podziwiał swojego przyjaciela, też pisarza, Jana Józefa Szczepańskiego, który przyjął inną postawę, za co zapłacił właśnie takim zakazem.

Zupełnym zaskoczeniem była dla mnie pisarska droga Lema. Odkąd pamiętam przecież wielkim i sławnym autorem był. Jakoś nie miałam świadomości, że jego najważniejsze powieści powstały stosunkowo wcześnie do roku 1968. Potem zmagał się z licznymi rozczarowaniami gatunkiem literackim, którym się parał, kryzysami twórczymi, metodą pisania (wiecznie niszczył i palił swoje rękopisy, zaczynał od nowa), nawałem rozmaitych drobnych prac oraz zleceń - felietonów, esejów - i obowiązków związanych z korespondencją oraz obsługiwaniem swojej twórczości, jednym słowem z tym wszystkim, co powinien robić za niego sekretarz, którego zatrudnił dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Czuł się niedoceniany, szczególnie w Polsce, długo najbardziej popularny był w Związku Radzieckim. Kiedy przyszła prawdziwa sława, nie zawsze potrafił się nią cieszyć - przeszkodę stanowiły nawracające stany depresyjne, alienacja, poczucie osamotnienia, rozczarowanie światem, pesymizm i stan zdrowia. Zawsze drażliwy na swoim punkcie z czasem coraz gorzej znosił krytykę, a jego przekonanie o swojej racji i apodyktyczność rosły. Zdecydowanie nie był łatwym człowiekiem. 

Zaskakująco współczesne są jego przemyślenia na temat Zachodu, do jakich skłaniały go obserwacje poczynione w czasie  wyjazdów. Już wtedy krytykował zachłyśnięcie się ZSRR, za to niewspółmierne atakowanie Stanów i nadmierny konsumpcjonizm. Po 1989 roku szybko rozczarował się polską rzeczywistością. Zajmował zdecydowane stanowisko w kwestiach takich jak aborcja, prawa kobiet, zwierząt, klimatu, wpływu Kościoła na życie ludzi i państwo, brunatnienie Polski. Dziś z takimi poglądami stałby zdecydowanie po lewej stronie. No i byłby jeszcze bardziej przerażony.

Warto sięgnąć po książkę Agnieszki Gajewskiej. Jest w niej oczywiście znacznie więcej, choćby cała sfera jego zainteresowań filozoficznych i naukoznawczych. Po lekturze nabrałam wielkiej ochoty na sięgnięcie po kolejne utwory Lema, bo autorka poświęca im sporo miejsca, o czym nie wspomniałam. A gdybym miała więcej czasu, z ciekawości przeczytałabym biografię pisarza pióra Wojciecha Orlińskiego. Tak dla porównania.

Deniz Ohde "W sztucznym świetle"

Nie pamiętam, jak z morza książek wyłowiłam debiutancką powieść

"W sztucznym świetle" Deniz Ohde (Marpress 2022; przełożyła Zofia Sucharska), niemieckiej pisarki o tureckich korzeniach. Wydało ją przecież małe niszowe wydawnictwo nie tak znane jak choćby Drzazgi, Cyranka, Filtry czy Pauza, więc promocję miała marną, żeby nie powiedzieć żadną. Pewnie gdzieś w sieci znalazłam jakąś informację, zainteresował mnie temat, a  ostatecznie rozstrzygnęła pozytywna recenzja kogoś, komu ufam. To był czas, kiedy przeczytałam "Księcia", ostatnią część berlińskiej trylogii Magdaleny Parys, zaraz potem poszłam za ciosem i sięgnęłam po  "Deutsche nasz. Reportaże berlińskie"  Ewy Wanat, no i kupiłam "Rzeźnię numer jeden i inne reportaże z Niemiec" Jerzego Haszczyńskiego (właśnie czytam) i właśnie powieść Deniz Ohde. Muszę przyznać, że się nie zawiodłam się.

To rozgrywająca się w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku i na początku naszego stulecia historia młodej kobiety, która po studiach przyjeżdża do rodzinnego miasta na ślub swoich przyjaciół. Powrót skłania ją do wspomnień. I tak poznajemy historię jej życia, drogę, która doprowadziła ją w miejsce, w którym jest. Jeśli ktoś spodziewa się krzepiącej opowieści o dziewczynie, która miała ciężkie dzieciństwo, a jednak mimo trudności osiągnęła wyznaczony sobie cel, to rację ma tylko częściowo. Bo rzeczywiście jest to opowieść o trudnym dzieciństwie, ale zakończenie pozostaje otwarte. Już na początku powieści dowiadujemy się, że bohaterka powieści skończyła studia, ale czy będą one dla niej przepustką do lepszego świata, pozostaje niewiadomą. Zakończenie można  czytać na różne sposoby. Być może zostanie prekariuszką, bo nie starczy jej siły do dalszej walki, a jej kompleks i nieśmiałość sprawią, że stanie w miejscu, w którym się znalazła. Ale jest też prawdopodobne, że po jakimś czasie znowu stanie do walki i wyznaczy sobie jakiś cel. Rozstajemy się z nią w momencie, kiedy nie wie, co tak naprawdę chce robić. Studia były celem samym w sobie, nie miało znaczenia, jakie wybierze. W pewnym momencie swojego życia wiedziała, że chce je skończyć i wyjechać z rodzinnej miejscowości.

Gdzie tkwi problem? Może w mieście, w którym się urodziła i wychowała. W mieście, gdzie powietrze ma w sobie coś kwaśnego, jest gęstsze, można by - jeśli otworzyć buzię - zacząć je żuć jak watę. To mała miejscowość zdominowana przez strefę przemysłową, gdzie szkoły są marnej jakości, a przynajmniej ta, do której ona chodziła. Ale to nie tłumaczy wszystkiego, bo jej przyjaciele, na których ślub przyjechała, byli uczniami tej samej szkoły podstawowej, potem tego samego gimnazjum. I tylko ona odpadła na pewnym etapie nauki, w rezultacie czego znalazła się w wieczorówce i to nie od razu, a dostanie się do szkoły, w której będzie mogła jednak zdać upragnioną już wtedy maturę, przepustkę na studia, też wcale nie było proste. 

To może problem tkwi w rodzinie, w której się wychowywała? Prostej, robotniczej. Jej ojciec pracował w jednym z tych zakładów strefy przemysłowej, wykonywał stale te same czynności, wdychał szkodliwe opary substancji chemicznych. Po pracy nie stronił od alkoholu. Kiedy było bardzo źle, schodziła do mieszkania dziadka, aby nie być świadkiem awantury pomiędzy rodzicami. A matka, jak większość kobiet, potulnie znosiła jego nałóg i przemoc. W końcu to zdarzało się od czasu do czasu. Raz tylko, zresztą na krótko, uciekła, ale na tyle niedaleko, aby nadal spełniać swoją rolę służącej w mieszkaniach teścia i męża. Dlaczego nie zabrała córki ze sobą i nie odcięła się ostatecznie od swojego małżeństwa? Pewnie dlatego, że: Od zawsze wpajano nam, że podejmowanie decyzji i samodzielne myślenie kończy się wraz z pojawieniem się mężczyzny, i nikt nie podawał tego w wątpliwość ani nawet nie zwracał na to uwagi ... Matka domowe problemy kwitowała krótkim, zrezygnowanym: I co z tego? Zapewniała siebie, że wkrótce wszystko się ułoży. Kiedyś powiedziała córce, że na rozstanie nigdy nie było dobrego momentu. Co jej pozostało? Ucieczka w krzątactwo, w codzienność. Na tym polegała siła kobiet: na przekierowywaniu uwagi na to, co w danym momencie należało zrobić, na szafki, palniki kuchenki. A dla ojca znajdowała usprawiedliwienie: On też nie miał w życiu lekko, trzeba być wyrozumiałym. To oczywiście była prawda. Na tym między innymi polega siła tej książki, że i ojciec budzi sympatię, a może bardziej litość. I jego mi żal, szczególnie, kiedy zostaje sam ze swoją samotnością i pustką, która jest w nim i wokół niego. Nie skarży się, nie robi córce wyrzutów, że niepotrzebnie zrobił zakupy dla nich dwojga. Jest coś kojącego w jego zapewnieniu: Jak ci się nie uda, możesz wrócić do domu. Nawet kamienica, w której mieszkają, zaczyna ziać pustką - lokatorzy się wyprowadzają, na ich miejsce nikt nowy się nie pojawia. Tak, sytuacja rodzinna bohaterki wiele tłumaczy, ale nie wszystko.

Bo jej największy problem to tajemne imię, imię ciapatej. Imię, którego stara się nie używać, domyślamy się, że ma dwa, imię, którego się wstydzi. Ale zdradzić może ją wszystko - kształt nosa, kolor i faktura włosów. Bo matka bohaterki jest Turczynką, która uciekła z domu rodzinnego w małej, zapomnianej przez wszystkich wiosce. Ona czuje się Niemką, nie ma żadnych relacji z rodziną mamy, ale mieszane pochodzenie jest wypisane na jej twarzy. To zdemaskowania się boi, to od tego ucieka. Odkąd poszła do szkoły jej dzieciństwo naznaczone zostało wiecznym lękiem, że ta tajemnica się wyda. Nosi w sobie przekonanie, że jest gorsza, dlatego swoją postawą przeprasza, że żyje. Przyjęła strategię znikania, bycia niewidoczną - mówi cicho, w szkole jest chorobliwie nieśmiała. W dodatku nie pomaga jej drobna sylwetka, która tym bardziej stawia ją na przegranej pozycji. Nawet przyjaciele z dzieciństwa lekceważą jej problem, uważają, że przesadza.  Kiedy w końcu postanowi o siebie walczyć, zmienić coś w swoim życiu, otrząsnąć się z letargu, w którym tkwiła, odkąd nie ukończyła pierwszego etapu gimnazjum, pójść do szkoły wieczorowej, co umożliwi jej kontynuowanie nauki, ktoś ją zapyta: Dlaczego się nie broniłaś? Dlaczego milczała?

Ta książka, tak mi się przynajmniej wydaje, tak też wynika z posłowia tłumaczki, jest oskarżeniem niemieckiego systemu edukacji, który już na wczesnym etapie różnicuje uczniów i to szkoła ma najwięcej do powiedzenia, gdzie trafi uczeń po podstawówce, która trwa tylko cztery lata. W tym systemie tacy jak bohaterka tej książki, niepotrafiący wpisać się w schemat, niemający za sobą dobrego zaplecza rodzinnego, po prostu giną, nawet jeśli są zdolni. Potem od siły ich determinacji i od tego, czy spotkają na swojej drodze nauczycielkę czy nauczyciela, którzy w nich uwierzą, zależy, czy pójdą dalej. 

Trzynaście (punktów) jest dla tych, którzy nigdy nie milczą, czternaście dla tych, którzy potrafią się bronić ....

Ona dostała dwanaście, chociaż powinna czternaście. 

Z marginesów patrzyłam na świat.

Nie miałam pojęcia, jak stawiać kolejne kroki w świecie, gdzie trzeba torować sobie drogę.

Nikt jej tego nie nauczył. Ani rodzice, bo przecież sami należeli do tych przegrywów, którzy nie potrafią rozpychać się łokciami i pogodzili się ze swoim miejscem w szeregu, ani szkoła, która ma gdzieś takich jak ona, bo milczą, bo nie odpowiadają na pytania, bo się nie bronią.

Dodam jeszcze, że historię bohaterki i jej rodziny poznajemy w sposób niechronologiczny, nieciągły, rwany. Narratorka sygnalizuje pewne zdarzenia z przeszłości, porzuca je, aby po jakimś czasie znowu do nich wrócić. Trzeba się do takiego sposobu opowiadania przyzwyczaić i składać historię bohaterki z drobnych strzępków. Warto jednak podjąć ten trud i przeczytać tę niewesołą, przejmującą opowieść. Tłumaczka w posłowiu przywołuje historie Didiera Eribona, Edourda Louisa, Annie Ernaux, ja dodałabym jeszcze Tove Ditlevsen z jej autobiograficzną "Trylogią kopenhaską" i powieścią "Ulica dzieciństwa", historie ludzi, którzy wyrwali się z przypisanego im urodzeniem miejsca. Tyle tylko, że ich drogi zakończyły się sukcesem, jak skończy się droga bohaterki powieści Deniz Ohde, nie wiemy. Zostawiamy ją w połowie wędrówki. Czy znajdzie siłę, aby maszerować dalej?

Therese Bohman "Andromeda"

Przeczytałam wszystkie powieści szwedzkiej pisarki Therese

Bohman, więc było oczywiste, że sięgnę po najnowszą, "Andromedę" (Pauza 2023; przełożyła Justyna Czechowska). 

To historia młodej dziewczyny, Sofie Andersson, która w czasie studiów dostaje się na staż do prestiżowego wydawnictwa. Jest przekonana, że złapała pana boga za nogi, ale szybko przychodzi otrzeźwienie - czuje się onieśmielona, nie zabiera głosu w czasie kolegiów redakcyjnych, bo wydaje jej się, że nie ma nic ciekawego oraz mądrego do powiedzenia i nie potrafi jasno formułować myśli. Wszystko się zmieni, kiedy w końcu odważy się skrytykować świeżo wydaną powieść, którą zachwycają się wszyscy. Wszyscy oprócz Gunnara, opoki wydawnictwa, opiekuna wysmakowanej serii Andromeda, w której wydawane są tylko ważne książki. To on ją niegdyś wymyślił, stworzył, to on za nią odpowiada. Te krytyczne słowa wypowiedziane przez Sofię zwrócą jego uwagę, zaproponuje dziewczynie współpracę, dzięki niemu będzie mogła zostać w wydawnictwie. A ona jest Gunnarem zachwycona, czuje się wyróżniona, szybko staje się dla niej autorytetem w dziedzinie literatury. Okazuje się, że podobnie myślą o pracy wydawcy, o książkach. Z czasem zostanie jego prawą ręką, a on da jej sporą samodzielność. Służbową relację dopełniają cotygodniowe spotkania w eleganckiej restauracji przy butelce wina. Tylko tyle albo aż tyle. W końcu dzieli ich spora różnica wieku - ona jest młodą kobietą, on zbliża się do emerytury. Ale to, co ich łączy, odizoluje ją od koleżanek i kolegów z pracy. Nie, nie dlatego, że Gunnar jest zaborczy, to ona będąc pod jego urokiem, staje się głucha i ślepa na innych, zaczyna czuć się kimś lepszym, bo dzięki niemu posiadła prawdę o tym, co jest bardziej wartościowe. Gardzi, tak jak on, kalkulatorami (to jego określenie), czyli ludźmi od tabelek w ekselu i od pieniędzy. A jeszcze niedawno nie miała odwagi odezwać się na kolegium. Teraz rozmawia z ważnymi pisarzami, redagowane przez nią książki zdobywają nagrody albo przynajmniej nominacje .

Muszę przyznać, że długo miałam z najnowszą powieścią Therese Bohman problem. Na tle poprzednich, "Tej drugiej", "O zmierzchu", "Utonęła", wydała mi się niespecjalnie interesująca i po prostu miałka. Zastanawiałam się, czy jeszcze czymś mnie zaskoczy. Brakowało mi opisów, które w poprzednich książkach pozwalały wejść w stworzony przez autorkę świat. Irytowała bohaterka - swoim poczuciem wyższości, pogardą dla koleżanek i kolegów, tym, że tak bardzo zamknęła się na innych. Poza tym jej portret wydał mi się jednowymiarowy, niepogłębiony, a historia społecznego i zawodowego awansu wtórna. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że pisarka wraca do swoich ulubionych motywów i tematów, do tego, co dla niej istotne. Są w końcu takie autorki i tacy autorzy, o których zwykło się mówić, że piszą jedną książkę. Tym razem jednak jakoś mi to przeszkadzało, może właśnie dlatego, że problem został ledwie zasygnalizowany. 

I kiedy tak bez specjalnego entuzjazmu śledziłam monolog Sofie, nie mając już wielkiej nadziei na to, że coś się tu jeszcze wydarzy, nieoczekiwanie nastąpił przełom. Akcja zrobiła zwrot i stało się wreszcie ciekawiej, a właściwie ważniej. I tu właściwie powinnam przestrzec tych wszystkich, którzy powieści jeszcze nie znają, a chcą poznać, aby dalej nie czytali, bo jednak trochę z przyjemności lektury ta wiedza zabierze. Ja kupiłam "Andromedę" w ciemno, a na szczęście nota wydawnictwa nie zdradza za wiele. Niech wystarczy wam informacja, że mimo początkowych wątpliwości, cieszę się, że książkę przeczytałam. A więc uwaga spojler! Zaznaczam go mniejszą czcionką. Ewentualnie można przeczytać ostatni akapit, gdzie snuję końcowe refleksje.

Monolog Gunnara, który stanowi drugą część powieści, wydał mi się znacznie ciekawszy niż monolog Sofie. Przechodzimy na drugą stronę lustra i poznajemy ich relację z jego perspektywy. A co jeszcze bardziej interesujące poznajemy historię Gunnara, jego drogę z dołu drabiny społecznej na szczyt. I cóż się okazuje? Chociaż osiągnął sukces, czuje się samotny, pusty i przegrany. Ma wrażenie, że nie warto było. Ludzie, do których chciał być podobny, świat, do którego aspirował, to wszystko okazało się w gruncie rzeczy miałkie i niewarte zachodu. A on stale za czymś gonił, parł do przodu, ale mimo sukcesów w pracy, mimo prestiżu, jakim się cieszył, nie żył naprawdę, stale czuł jakiś niedosyt. Na domiar złego zrozumiał, że tak naprawdę stworzył wydmuszkę, że już dawno Andromeda, przestała być tym, czym była na początku. 

Z perspektywy historycznej moi autorzy byli najwyżej przeciętniakami, których elegancko opakowałem i sprzedałem publiczności pozbawionej większych wymagań.

Nic, co osiągnąłem, nie przeżyje kolejnych pięciuset lat tak jak malarstwo Crivellego. Opuszczę ten świat, nie zostawiwszy po sobie jakiegokolwiek śladu (...). Niewiele potrzeba lat, gdy nie będzie już nikogo, kto by o mnie pamiętał.

Poświęciłem wielką część życia na robienie czegoś, w co wierzyłem, i nie do końca chciałem przyznać, że przestałem w to wierzyć.

A więc Gunnar okazał się wielkim mistyfikatorem i sprzedał Sofie mit Andromedy, a ona jak inni dała się na niego nabrać. W czym w takim razie byli lepsi od tych, którymi gardzili?  On od kalkulatorów, ona od koleżanek i kolegów z wydawnictwa i od naiwnych czytelników? 

Portret Gunnara jest naprawdę przejmujący. Przypomina mi Martina Edena, ulubionego bohatera moich wczesnych poważnych lektur. Tyle tylko, że bohater Londona nie był cyniczny. Czy coś mogło uratować tych dwoje, Sofię i Gunnara? Okazuje się, że tak - mogli stać się ratunkiem dla siebie wzajemnie, ale przegapili to. W głębi duszy oboje tego pragnęli, ale nie mieli odwagi, żadne z nich nie wykonało pierwszego kroku, a potem było już za późno. Ona, bo żyła w jego cieniu, on, bo nie chciał być posądzony o wykorzystanie podwładnej, w dodatku dużo młodszej. Smutne to wszystko.

"Andromeda" stawia ważne pytania o literaturę. Co pozostanie z tego nadmiaru wydawanych książek? Czy ktoś kiedyś będzie to czytał? Jak się nie dać nabrać wielkim manipulatorom, którzy próbują nam wmówić, że wszystko, co wydają, jest naj? Jak ma się zachować czytelniczka i czytelnik, aby jednak w zalewie nowości rozpoznać tę jedną wartościową, istotną? Co warto czytać? Po lekturze powieści Therese Bohman natychmiast miałam ochotę rzucić wszystkie świeżynki, za którymi ja też gonię, i wrócić do klasyki. Ciekawe, czy sama autorka ma świadomość, że i jej książek kiedyś też pewnie nikt nie będzie czytał? Chociaż lubię jej twórczość, to przecież mam świadomość, że nie jest to literatura wybitna. Ciekawa, interesująca, dobra, może więcej niż dobra, ale tylko tyle. I tą gorzką refleksją kończę tę notkę.

Popularne posty