Chigozie Obioma "Rybacy"

Już od jakiegoś czasu w moim czytniku leżała powieść nigeryjskiego

pisarza Chigozie Obiomy "Rybacy" (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Sebastian Musielak). Jak się o niej dowiedziałam kilka lat po premierze, nie pamiętam. Co jakiś czas przypominałam sobie, że chcę ją przeczytać, po czym sięgałam po coś innego, aż tu okazało się, że autor jest gościem tegorocznego Big Book Festivalu. A że dzięki covidowi większość spotkań można było obejrzeć online, skorzystałam z okazji, no i niemal natychmiast wzięłam się do lektury. To kolejna powieść, z tych przeczytanych ostatnio, która okazała się bardzo intensywna, emocjonująca, zagarniająca tak bardzo, że nawet jednej nocy miałam sen z całą pewnością inspirowany powieściową akcją. Nie był to sen przyjemny, bo książka, która zaczyna się dość pogodnie, z czasem zmierza ku niewyobrażalnej tragedii.

Akcja "Rybaków" rozgrywa się w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku w jednym z nigeryjskich miast. Jej narratorem jest Benjamin, który jako dorosły już człowiek, opowiada historię rozpadu swojego dzieciństwa i rodziny, w której się wychowywał. Wszystko zaczyna się, kiedy ojciec, urzędnik bankowy, wyjeżdża do pracy w oddziale banku znajdującym się w odległym mieście.  Z dziećmi, a jest ich sześcioro, zostaje matka, która na pobliskim targowisku prowadzi sklepik. Zajęta pracą, dwójką młodszego rodzeństwa i obowiązkami domowymi traci z oczu czterech starszych synów - Ikennę, Boję, Obembę i Benjamina, uczniów prywatnej szkoły, która ma im dać zachodnie wykształcenie i być przepustką do wymarzonej przez ojca kariery. Matka wierzy, że jego surowe napomnienia wystarczą, aby chłopcy zachowywali się odpowiedzialnie. Tymczasem oni postanawiają, jak mówią, zostać rybakami. Nie, to nie oznacza, że rzucają szkołę i zatrudniają się na jakimś kutrze. Nie, po prostu chodzą nad rzekę, która cieszy się wśród mieszkańców złą sławą, i spędzają tam całe popołudnia, łowiąc ryby. Niewinna zabawa nie zwiastuje początkowo łańcucha nieszczęść, które wydarzą się wkrótce. Wszystko zaczyna zmierzać ku tragedii, kiedy następuje splot dwóch zdarzeń. Miejscowy szaleniec przepowiada jednemu z braci, że wkrótce zanurzy się w krwawym strumieniu, a jednocześnie, kiedy wychodzi na jaw, gdzie i jak chłopcy spędzają czas, ojciec karze ich dotkliwie. Najbardziej obrywa najstarszy, Ikenna, tymczasem to właśnie on nie miał już ochoty chodzić nad rzekę. Kara, urażona duma, poczucie niesprawiedliwości i przepowiednia sprawiają, że coraz bardziej zamyka się w sobie, oddala się od rodzeństwa, zmienia się na niekorzyść. 

Jedność między braćmi pryska - dotąd stanowili zgraną, zżytą drużynę, teraz nie potrafią się dogadać z Ikenną, nie rozumieją jego okrucieństwa i złośliwości. Ich emocje, dramatyczne rozterki, strach poznajemy dzięki narratorowi, który wprawdzie jest już człowiekiem dorosłym, ale na nowo przeżywa tamte zdarzenia, sprawiając, że czytelnik ogląda je oczami zagubionego, przestraszonego dziecka niepotrafiącego poradzić sobie z sytuacją. Dlatego cierpi i podejmuje, najczęściej wbrew swojej woli, pod wpływem starszych braci, decyzje, których skutki okazują się fatalne. Z drugiej strony taka konstrukcja narratora pozwala zderzyć dziecięcy punkt widzenia z perspektywą wrażliwego dorosłego, który swojej opowieści nadaje egzystencjalny, metafizyczny charakter. Czytelnik jest świadkiem rozterek i wahań, patrzy, jak Benjamin walczy ze strachem, jak się gryzie. Dzieci w powieści Chigozie Obiomy wcale nie są niewinne. Potrafią być okrutne, ale potrafią też podejmować dorosłe decyzje, stawać w swojej obronie, ratować to, co zostało z braterskiej więzi,  i brać odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety zgodnie z nigeryjskim prawem ponoszą też ich konsekwencje - tak jak dorośli. Inna sprawa, jak oceniać to, co robią, a co wielu dorosłych z ich otoczenia aprobuje. Trudno pisać o "Rybakach", bo aby snuć dalsze rozważania, spróbować ocenić to, co zrobili, musiałabym zdradzić zbyt wiele. Chociaż  miałabym na to ochotę, nie zrobię tego. Ta powieść to świetny punkt wyjścia do dyskusji i etycznych rozważań.

Książka Chigozie Obiomy łączy w sobie to, co uniwersalne i to, co lokalne. Z jednej strony jest bardzo zanurzona w nigeryjskich realiach. Znajdziemy tu codzienną egzystencję, politykę, niepokoje społeczne, etniczną różnorodność, sąsiedzkie stosunki, marzenia o lepszym życiu w zachodnim świecie, dziecięce zabawy, życie rodzinne, relacje pomiędzy rodzicami a dziećmi i wreszcie opisy otoczenia, dzięki którym jeszcze lepiej zanurzamy się w opisywaną rzeczywistość, a opowiedziana historia staje się bardzo konkretna. Niezwykle ważną rolę odgrywa też mentalność mieszkańców miejscowości - wiara w przepowiednie, w przeznaczenie, ich sposób mówienia. Metafora, symbol, alegoria są na co dzień obecne w języku. Posługują się nimi rodzice w rozmowach z dziećmi. Metaforą, czasem zaczerpniętą z ludowych wierzeń, a czasem z własnej wyobraźni, posługuje się również Benjamin, kiedy opowiada o zdarzeniach, o swojej rodzinie i innych osobach zamieszanych w tę historię. Na przykład pająki to zwiastuny żałoby, gnieżdżą się w domach, w których doszło do nieszczęścia, symbolem nienawiści staje się pijawka, bo przysysa się do człowieka i karmi sokami jego duszy, nadzieja to kijanka małe stworzonko, które się łapie i zanosi do domu w puszcze, a które - choć trzymało się je w wodzie z rzeki - i tak wkrótce znika, matka jest sokolnikiem, ktoś wróblem, ktoś grzybem. Także rybacy mają drugie, metaforyczne, znaczenie. Tak właśnie zatytułowana jest większość rozdziałów. Z drugiej strony jest to opowieść uniwersalna. Można ją śmiało wpisać w ramy antycznej tragedii, bo bohaterowie, tak jak bohaterowie mitów, nie są w stanie uciec przed przeznaczeniem, które wypowiedziane zostaje w formie przepowiedni przez miejscowego szaleńca wieszczącego niczym grecka Pytia. Kiedy jednak spojrzymy na opowiadane zdarzenia z innej, realistycznej perspektywy, musimy postawić sobie bardzo uniwersalne pytania. Czy rzeczywiście przed przeznaczeniem nie da się uciec? Czy może sami ściągamy na siebie nieszczęścia? Ile w tym, co nas spotyka, przypadku, splotu niefortunnych zdarzeń? Jednym słowem, czy nieszczęścia dało się uniknąć? Pozostajemy też w kręgu odwiecznych egzystencjalnych pojęć - zemsty, honoru, kary, rodziny, braterskiej miłości. Na koniec nie mogę nie wspomnieć, że książka jest świetnie napisana. Przejmująca, znakomita lektura. Warto po nią sięgnąć. A kolejna powieść Chigozie Obiomy ma także ukazać się w Polsce, o czym autor mówił w trakcie spotkania na Big Book Festivalu.

"25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy"

Ostatnio jakoś nie po drodze mi z kinem. Nic mnie specjalnie nie ciągnęło. Nie chce mi się iść na coś, o czym zaraz po seansie zapomnę. Szkoda czasu, wolę czytać. Rozważałam kilka tytułów, ale w końcu odpuściłam. Już jakiś czas temu byłam na "Jeziorze Dzikich Gęsi" i na "Arab Blues". Pierwszy mnie zmęczył, niewiele w zamian dając, drugi oglądałam z beztroską przyjemnością, cóż z tego, kiedy już wieczorem o nim nie pamiętałam. Nawet pisać mi się o tych filmach nie chciało. I tym razem mocno hamletyzowałam - iść do kina czy nie iść? A jeśli tak, to na co? Na "Małe szczęścia", "Interior" czy "25 lat niewinności. Sprawę Tomka Komendy"? W końcu po deliberacjach, wysłuchaniu rozmów z reżyserami, Markiem Lehkim i Janem Holoubkiem, dopasowywaniu terminów padło na ten ostatni. Przyznam, że nie szłam do kina z wielkim entuzjazmem, nie przebierałam nogami z niecierpliwości, co mi się czasem zdarza. Tymczasem film nadal nie daje mi spokoju, nie potrafię o nim zapomnieć, przed oczami mam filmowe kadry, szczególnie twarz Piotra Trojana grającego główną rolę. 

 Kto nie słyszał o sprawie Tomasza Komendy z premedytacją skazanego na 25 lat więzienia za brutalny gwałt na piętnastoletniej dziewczynie popełniony w sylwestrową noc? Małgosia pozostawiona na śniegu, a było bardzo mroźno, zmarła po paru godzinach. Gwałt, którego nie popełnił. Ba, nie był nawet w miejscowości, w której doszło do tej zbrodni, nie bawił się na dyskotece, na której przebywała ofiara. Ten wieczór spędzał w rodzinnym domu razem z rodzicami i kilkoma braćmi. Mimo tego został skazany. Po dramatycznych osiemnastu latach spędzonych w więzieniu wyszedł na wolność, a stało się tak dzięki uporowi matki, granej znakomicie przez Agatę Kuleszę, oraz przypadkowi, który postawił na jego drodze jednego uczciwego i odważnego policjanta oraz dwóch takich samych prokuratorów. Ta trójka przeciwstawiła się swoim kolegom z policji oraz z prokuratury i po udowodnieniu prawdy doprowadziła do uniewinnienia Tomasza Komendy. 

Początkowo nieufnie podchodziłam do tego filmu współprodukowanego przez TVN, obawiałam się ładnego obrazka o trudnej sprawie, czegoś w klimacie nieznośnie plastikowych tevaenowskich seriali. Nie ja jedna miałam takie obawy i nie ja jedna mile się rozczarowałam. Wystarczy spojrzeć na leady recenzji. 

 "25 lat niewinności. Sprawę Tomka Komendy" ogląda się niemal jak dokument. Przyczyniły się do tego znakomicie oddane realia końca lat dziewięćdziesiątych i pierwszej dekady naszego wieku, żadnych upiększeń, podrasowywania miejsc, w których toczy się akcja, przeciwnie, straszą zaniedbane, czynszowe kamienice. Kolejną trafną decyzją była obsada - w większości mało znane, nieopatrzone twarze aktorów, a Frycza dzięki charakteryzacji rozpoznałam dopiero po dobrej chwili. No i świetne zdjęcia. Ale przede wszystkim wrażenie robi sama historia, którą niosą role Piotra Trojana i Agaty Kuleszy. Opowieść pokazywana z założenia tak, jakby widz jej nie znał, skupia się przede wszystkim na dwóch wątkach - silnej więzi matki i syna, którzy wzajemnie dają sobie siłę w tej dramatycznej sytuacji, a w drugiej części na śledztwie prowadzonym przez policjanta Remigiusza Korejwę i dwóch prokuratorów, Roberta Tomankiewicza i Dariusza Sobieskiego. To dzięki ich wysiłkom, determinacji i odwadze sąd uniewinnił Tomasza Komendę, a potem udało się wskazać sprawców gwałtu. Ponieważ historia nie jest pokazywana chronologicznie, nawet widz, który sprawę zna, ale przecież w większości przypadków bez szczegółów, zostanie niejednokrotnie zaskoczony i początkowo umyślnie wprowadzony w błąd. Dlatego film trzyma w napięciu, ale przede wszystkim przeraża. Co myśleli policjanci, którzy z premedytacją biciem wymusili na Tomaszu Komendzie przyznanie się, że był na miejscu zbrodni, a potem sfabrykowali dowody? Co myślał prokurator, który bez mrugnięcia okiem łyknął to wszystko? Co myśleli sędziowie? Wreszcie, co kierowało Dorotą P., która wskazała policjantom Tomasza Komendę? Nie pierwszy raz kłamała, nie pierwszy raz składała fałszywe zeznania, a wszyscy uwierzyli w jej historyjkę, zupełnie nie sprawdzając, czy jest wiarygodnym świadkiem. W tej sprawie dopuszczono się mnóstwa zaniedbań. Wszystko wskazuje na to, że zrobiono to celowo, byle kogoś skazać. 

 Tomasz Komenda spędził w więzieniu osiemnaście koszmarnych lat. Dręczony przez współwięźniów za cichym przyzwoleniem strażników i wychowawcy (co sobie myśleli?), poniżany kilka razy próbował targnąć się na życie. To wszystko pokazane jest na ekranie. Na niektóre sceny nie byłam w stanie patrzeć, ale rozumiem ich sens. Tylko tak widz może naprawdę zrozumieć ogrom cierpienia i bezmiar niegodziwości. A to tylko film, skondensowane do dwóch godzin osiemnaście lat. Rzeczywistość była przecież jeszcze gorsza. Nie, nie przepłakałam całego filmu, ale kilka razy się wzruszyłam. Przede wszystkim jednak byłam wściekła, zdumiona i przerażona. Że tak można. Po to, żeby rzucić zwierzchnikom, opinii publicznej i mediom jakiegoś sprawcę. Ta historia ma jeszcze drugie dno, klasistowskie. Tomasz Komenda był łatwym celem. Młody, prosty chłopak z niezamożnej, prostej rodziny. Jak ulał pasował na sprawcę. Zagubiony, zastraszony, broniony przez adwokata z urzędu, który nie angażował się w sprawę, bo pogubionej, bezradnej jak on rodziny nie stać było na wynajęcie dobrego obrońcy. Zderzył się z machiną bezdusznego państwa. Iście kafkowska sytuacja. 

Po powrocie do domu rzuciłam się do internetu, aby dokładniej poznać tę tragiczną, dramatyczną historię. Materiałów jest mnóstwo. Nie mogę o tej sprawie zapomnieć. 

Tomasz Łubieński "Wojna według Karskiego"

Nie pamiętam, jak to się stało, że dowiedziałam się o "Wojnie według Karskiego" (Iskry 2019) Tomasza Łubieńskiego, w każdym razie było to niedawno. A ponieważ akurat miałam w planach przeczytanie biografii Poli Nireńskiej, ostatniej żony Karskiego, pióra Weroniki Kostyrko, stwierdziłam, że to świetna okazja, aby sięgnąć także i po tę książkę.


Czym jest "Wojna według Karskiego? Nie może być klasyczną biografią, skoro liczy ledwie ponad sto stron. Zgodnie z informacją wydawcy znajdziemy tu wprawdzie opowieść o życiu Karskiego, ale także wgląd w jego poglądy, sposób myślenia i bardzo dużo dygresji, dlatego znacznie bliżej tej książce do eseju niż do klasycznej biografii. Myśl autora płynie swobodnie. Bardzo często zestawia Karskiego z osobami, które urodziły się mniej więcej w tym samym czasie, a których on nie znał. Wskazuje na pokrewieństwo losów albo na ich rozejście się, bo dokonane wybory sprawiły, że ich droga życiowa przebiegła inaczej. Bywa, że tworzy się z tego cały łańcuch postaci. Autor stawia sporo pytań, snuje refleksje, zastanawia się, jak mogło być, dlaczego bohater jego książki postąpił tak, a nie inaczej. Podążanie za strumieniem myśli Tomasza Łubieńskiego, za jego tokiem rozumowania, za jego erudycją sprawia przyjemność. Zdarzało się jednak, że drażniło. Działo się tak wtedy, kiedy autor odnosił do jakichś książek i polemizował z przedstawionymi w niej poglądami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby czytelnik był w stanie wyrobić sobie jakieś zdanie, spróbować zdecydować, kto ma rację. Niestety jeżeli nie zna się książki, z którą Łubieński się nie zgadza, nie sposób opowiedzieć się po jednej ze stron, bo szczupłość "Wojny według Karskiego" sprawia, że nie miejsca na szersze przedstawienie poglądów autorów, z którymi polemizuje. Czas jednak przejść do meritum - jak widzi Karskiego Tomasz Łubieński?

Jako realistę, pragmatyka, człowieka skromnego, oddanego sprawie, której służył, człowieka, który niezwykle trzeźwo potrafił ocenić sytuację i dla którego wiara była bardzo silnym fundamentem życiowym i to właśnie wiara broniła go przed skrajnym pesymizmem. Bo Karski miał poczucie, że jego misja, misja, z której jest w Polsce najbardziej znany i z której tak lubimy być dumni, nie zakończyła się sukcesem, okazała się daremna. Wielokrotnie podkreślał, że nie uratował ani jednego Żyda, a miał przecież nadzieję, że przyczyni się do zmiany ich tragicznego losu. Tak się jednak nie stało, jego relacja trafiła w próżnię z wielu powodów. Mówił potem, że odtąd wszyscy zamordowani Żydzi stali się jego rodziną, że Holokaust to drugi grzech pierworodny ludzkości. Być może dlatego tak bardzo chciał chronić swoją żonę, Polę Nireńską, że trzymał ją pod kloszem, a ona nie potrafiła mu się przeciwstawić, mimo że kiedyś potrafiła o siebie walczyć? Dźwigał też brzemię winy za śmierć kilku osób. Najpierw tych, którzy zginęli, bo pomogli w zorganizowaniu jego ucieczki z niemieckiego więzienia, potem obwiniał się za to, że nie udało mu się uratować brata, któremu tyle zawdzięczał u progu swojej kariery, i wreszcie Poli. Oboje skutecznie targnęli się na życie. 

Ale Karski to nie tylko wojna i działalność konspiracyjna - jego czas bohaterski. Łubieński przygląda się temu, co było wcześniej i co zdarzyło się później. Zastanawia się, jak oceniał Polskę przedwojenną - rządy sanacyjne, przewrót majowy, sterowanie ku państwu autorytarnemu, narastający antysemityzm. Niewiele na ten temat wiadomo. Na pewno do końca życia miał wyrzuty sumienia, że nie potrafił czynnie przeciwstawić się ekscesom antysemickim na lwowskim uniwersytecie, gdzie studiował. Mówił otwarcie, przyznawał się do tego, że bał się, bał się pobicia i związanego z tym bólu. Strach przed bólem i jego konsekwencjami skłonił go później do próby samobójczej, kiedy w czasie swojej kurierskiej misji został złapany przez gestapo i trafił do więzienia. No dobrze, a jak w czasach swojej młodości, kiedy był w służbie dyplomatycznej, oceniał sanacyjną Polskę? Nie wiemy, ale Łubieński słusznie zauważa, że był wtedy młody, dużo przebywał za granicą, więc nie odczuwał na własnej skórze atmosfery tamtych ponurych lat, dlatego nie powinno dziwić, gdyby nie był krytyczny wobec tego, co się w kraju działo. Na pewno cezurę stanowiła klęska wrześniowa. Po latach przyznawał, że i on uległ propagandzie, która głosiła: nie oddamy guzika od munduru, jesteśmy silni, zwarci gotowi. Potem, we wrześniu 39 roku, na własne oczy zobaczył, jak to wyglądało. Chaos, wściekłość ludzi, bezsilna, słaba armia i ucieczka rządu.

Wiele miejsca poświęca Łubieński amerykańskiemu okresowi życia Karskiego, kiedy stał się wiernym obywatelem USA i wiernie służył swojej nowej ojczyźnie, nie tylko pracując na katolickim uniwersytecie, ale w rozmaitych dyplomatycznych misjach. Zastanawia się, dlaczego zdecydował się związać swoje losy z Ameryką i dlaczego przyjął amerykańskie obywatelstwo. Tu odpowiedź jest w miarę prosta - na pewno przyczyniło się do tego rozczarowanie Polską. Jego misja dobiegła końca, pewien rozdział życia został zamknięty, zaczął się kolejny. I kolejne pytanie - jak on, polski bohater, katolik, potem amerykański obywatel pracujący dla rządowej administracji, oceniał bardzo często dwuznaczną politykę Stanów Zjednoczonych? Co myślał o wojnie w Korei, wspieraniu krwawych dyktatur południowoamerykańskich w imię walki z komunizmem? Nie wiadomo. Wiemy za to, że popierał wojnę w Wietnamie. Łubieński snuje swoje rozważania dalej. Zadaje kolejne pytania, na które nie znamy odpowiedzi - przygląda się azjatyckiej podróży Karskiego zorganizowanej w 1955 roku przez rządową Agencję Informacyjną i zastanawia się, jak oceniał antykomunistyczne reżimy, czy dostrzegał biedę na ulicach, czy korzystał z uroków życia?

Autor zastanawia się też, jak potoczyłyby się losy Karskiego, gdyby po wojnie wrócił do Polski. Kim byłby w PRL-u? Ten wytworny, lubiący dobre życie mężczyzna? Czy trafiłby do więzienia? A jeśli tak, czy wytrzymałby tortury, on, tak nieodporny na ból? Czy może związałby się z Cyrankiewiczem, którego bardzo cenił w czasie wojny? Wszak znacznie później, już w niekomunistycznej Polsce, dobrze wyrażał się o prezydenturze Kwaśniewskiego, który przecież miał za sobą partyjną (czytaj pezeteerowską) przeszłość? A może współpracowałby ze środowiskiem PAX-u? 

Pisze wreszcie Tomasz Łubieński o spojrzeniu Karskiego na Polskę, dodajmy - bardzo trzeźwym spojrzeniu. Już w czasie okupacji był pesymistą co do powojennych losów Polski. Doskonale zdawał sobie sprawę, i wtedy, i później, że nasz kraj jest tylko pionkiem w grze wielkich mocarstw i wszystko, co możemy, to wykorzystać dobrą dla nas koniunkturę, jeśli taka się zdarza, a poza tym od nas samych nic więcej nie zależy. Po wojnie przegraliśmy, bo musieliśmy przegrać. Rozumiał to, co nie znaczy, że się z tym godził. Niestety wielka polityka nie ma nic wspólnego z moralnością. Był realistą, nie lubił pokrzepiania serc, bo uważał, że pokrzepione i rozgrzeszone serca wracają do przekonania o własnej niewinności, która (...) nie występuje między narodami. Uważał też, że rozpamiętywanie własnych cierpień sprawia, że stajemy się nieczuli na cierpienie innych, na przykład Żydów w czasie wojny, dziś można by dodać, że uchodźców. Jakie było jego przesłanie dla Polski i Polaków, które wygłaszał w wystąpieniach czy w wywiadach w czasie swoich pobytów w kraju po roku 1989? Szansę Polski widział w związaniu jej losów z Unią, rezygnacji z rozpamiętywania krzywd, bo nikogo nie obchodzą, przyznanie się do błędów, zrozumienie, że dla ludzi ważne jest ich indywidualne życie. Cóż, nic dziwnego, że taki Karski nie może stać się bohaterem polskiej polityki historycznej, prawica nie postawi mu pomników i nie umieści w panteonie.

Weronika Kostyrko "Tancerka i Zagłada. Historia Poli Nireńskiej"

O książce Weroniki Kostyrko "Tancerka i Zagłada. Historia Poli Nireńskiej" (Czerwone i Czarne 2019) usłyszałam jakiś czas temu, pewnie w okolicy premiery, dzięki radiowej rozmowie z autorką. Kim była Pola Nireńska, dowiedziałam się właśnie z tego wywiadu. Myślę, że nie ja jedna. Już wtedy zastanawiałam się, czy książki nie kupić, ale ostatecznie zadecydowała magia nominacji do Nike - opowieść o Poli Nireńskiej znalazła się na długiej liście, na krótką, którą ogłoszono niedawno, nie trafiła.

Czas zdradzić, kim jest bohaterka tej biografii. W telegraficznym skrócie - polska Żydówka urodzona w roku 1910 w Warszawie, tancerka uprawiająca tak zwany taniec wyzwolony, druga żona Jana Karskiego. Przyznam, że to ta ostatnia informacja zainteresowała mnie najbardziej. Jeśli chciałabym nieco rozszerzyć te informacje, dodałabym, że była biseksualna, a po wojnie przestała mówić po polsku - z Janem Karskim, za którego wyszła za mąż znacznie później, bo w roku 1965 w Stanach Zjednoczonych, porozumiewała się po angielsku. Co jeszcze? W Zagładzie straciła kilkunastu, ona twierdziła, że kilkudziesięciu, członków rodziny. Ocaleli rodzice i brat, którzy do Palestyny wyjechali jeszcze w latach trzydziestych. Ona czas wojny spędziła w Anglii, Warszawę opuściła znacznie wcześniej - kiedy wyjechała na stypendium do Wiednia. Odtąd do Polski na stałe już nigdy nie wróciła, nie przyjeżdżała w zasadzie nawet w odwiedziny. W Stanach, trapiona przez nawracającą depresję, artretyzm, świadomość starzejącego się ciała, poczucie artystycznego niespełnienia, kilkakrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Ostatnia próba okazała się skuteczna.

Książkę Weroniki Kostyrko przeczytałam jednym tchem, jest bardzo ciekawa. Mam z nią jednak jeden problem - Pola Nireńska gdzieś mi się wymyka, mam wrażenie, jakbym patrzyła na nią zza szyby, nie miała dostępu do jej emocji, dlatego nie potrafię podejść do niej tak blisko jak do Marii Jaremianki czy Oty Pavla, których biografie ukazały się jakiś czas temu. Tu dwie dygresje. Pierwsza - biografia Jaremianki autorstwa Agnieszki Daukszy znalazła się na krótkiej liście nominowanych do Nike, jest też nominowana do Górnośląskiej Nagrody Literackiej Juliusz promującej książki biograficzne. Dygresja druga - tę ostatnią nagrodę w zeszłym roku dostał Aleksander Kaczorowski za opowieść o Ocie Pavlu. Obie książki świetne, obie polecam! Wróćmy jednak do "Tancerki i Zagłady". O to, że Pola Nireńska gdzieś mi ucieka, nie daje się przyszpilić, nie mam jednak pretensji do autorki. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prozaiczna - ona nie wymyka się tylko czytelnikowi, ona wymyka się wszystkim. Zachowało się niewiele świadectw pisanych (listów, wywiadów, artykułów), ci, którzy ją znali, najczęściej już nie żyją. Szczególnie mało jest informacji  o przedwojennym okresie jej życia, ale i potem nie wszystko jednoznacznie da się ustalić. Autorka musiała zadać sobie wiele trudu, aby dowiedzieć się jak najwięcej o swojej bohaterce, z czego w swojej książce zdaje skrupulatnie relację. Dlatego nie wszystko jest pewne, dlatego Weronika Kostyrko często pisze myślę, wydaje mi się, sądzę. Są poszlaki, nie ma dowodów. Na przykład sprawa jej orientacji seksualnej. Czy była biseksualna czy jednoznacznie homoseksualna? Nawet jej trzy małżeństwa nie są dowodem w sprawie, bo przynajmniej pierwsze, o którym niewiele wiadomo, zawarła tylko po to, aby zdobyć angielskie obywatelstwo. Nawet jej związków z kobietami można dowieść tylko na podstawie poszlak, mocnych i wielu, ale jednak poszlak, brak jednoznacznego dowodu. Autorka opowiada, jak, zupełnie przypadkowo, wpadła na ten trop. I podobnie rzecz się ma w wielu sprawach.

Mimo tego warto sięgnąć po biografię Poli Nireńskiej przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze Weronika Kostyrko przywraca pamięć o osobie nietuzinkowej, kiedyś znanej, potem zapomnianej. Jaka była, jakie miała życie? W młodości uparta i stanowcza, od wczesnego dzieciństwa zafascynowana tańcem - żeby dopiąć swego i rozpocząć naukę, musiała sprawę postawić na ostrzu noża, bo rodzice nie chcieli o tym słyszeć. Być może nie wykorzystała w pełni swoich możliwości i talentu, bo kłody pod nogi kładła jej Historia - przed wojną, albo wyjeżdżała skądś w obawie przed antysemityzmem (Polska, Austria, Niemcy), albo musiała wyjechać, bo była Polką (Włochy). Dlatego tak często zaczynała od nowa. Najdramatyczniejszą decyzję podjęła chyba, kiedy po wojnie zdecydowała się wyjechać z Anglii do Stanów. Dlaczego? Bo żyła już w miarę wygodnie, miała przyjaciół i najprawdopodobniej pozostawała w silnym związku z kobietą, angielską kompozytorką, a w Stanach nie była specjalnie znana, nie miała punktu zaczepienia, a poza tym wszystkiego musiała uczyć się od nowa, bo tańczono tam inaczej. A z Londynu wyjechała, bo Anglia nie była dobrym krajem dla tańca, jaki uprawiała. Jej małżeństwo z Janem Karskim też nie okazało się najszczęśliwsze. Chociaż najprawdopodobniej bardzo ją kochał i chciał dla niej jak najlepiej, to zdominował ją, a ona kilkakrotnie, wbrew sobie, uległa mu. Najdramatyczniejszą decyzją było zamknięcie szkoły tańca, którą prowadziła, a potem zakończenie kariery tanecznej i choreograficznej.

Ale jest jeszcze drugi powód, dla którego polecam książkę Weroniki Kostyrko - bardzo ciekawe tło historyczne. Autorka stara się odtworzyć klimat epoki, sposób życia, obyczajowość. Z biografii Poli Nireńskiej można się mnóstwo dowiedzieć i często są to fakty mało znane. Tak jest z pogromem Żydów w Warszawie w roku 1923, kiedy Pola miała trzynaście lat. Po zamieszkach, do jakich doszło po wiecu narodowców, do szpitali i po pomoc medyczną zgłosiło się ponad stu Żydów. Ilu jeszcze zostało pobitych? Wywlekano ich z tramwajów i sklepów, atakowano na ulicach, bito, lżono. Ofiar byłoby jeszcze więcej, na szczęście wielu Żydów spodziewając się zamieszek, zamknęło się w domach. Bardzo ciekawa i dla mnie nowa jest opowieść o czerwonym Wiedniu, czyli wielkim eksperymencie socjaldemokratycznym w stolicy Austrii, który przyniósł wspaniałe efekty, ale potem niestety zawalił się pod własnym ciężarem (pieniądze, pieniądze, pieniądze). Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo. Na kartach książki przewija się też mnóstwo fascynujących postaci, o których wiedziałam niewiele albo właściwie nic. Autorka obszernie o nich opowiada. Mnóstwo jest też informacji o tańcu i środowisku tancerzy. To wszystko sprawia, że biografia Poli Niereńskiej jest niezwykle ciekawa.

Katarzyna Bielas "Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem"

Każda książka ma swój czas, tak było i tym razem. Po przeczytaniu "Kobiety bez grobu. Historii mojej ciotki" Martina Pollacka, przypomniałam sobie, że w głębinach mojego czytnika leży wywiad Katarzyny Bielas z jej autorem - "Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem" (Czarne 2018). Pomyślałam, że to najlepszy moment, aby po niego sięgnąć. I rzeczywiście nie pomyliłam się. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy z uwagą śledzą dorobek Martina Pollacka, ale też znakomity punkt wyjścia, aby rozpocząć przygodę z twórczością tego arcyciekawego austriackiego publicysty, eseisty, pisarza. Ktoś, kto zna jego książki, znajdzie tu oczywiście nawiązanie do nich, ale dowie się bardzo dużo o życiu ich autora, o jego warsztacie pracy, o związkach z Polską, o poglądach, a wreszcie o nim samym - jakim jest człowiekiem. Co ważne i Katarzyna Bielas, i jej rozmówca nie unikają tematów trudnych, niewygodnych i na pewno nie wszystkie strony osobowości pisarza, nie wszystkie jego życiowe wybory i decyzje muszą spodobać się czytelnikom. Taki jestem, tak postąpiłem i nie będę udawał, że jest inaczej - zdaje się mówić. Te słowa nie padają oczywiście w wywiadzie, ale taki wniosek wyciągam po lekturze. Dodam jeszcze, że czyta się ją znakomicie.

Zacząć muszę od tego, kim jest Martin Pollack. To wyjaśnienie dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z jego nazwiskiem, z jego twórczością i z jego arcyciekawą, ale arcytrudną historią rodzinną. Otóż ten austriacki pisarz jest synem nazisty, zbrodniarza wojennego, który zginął kilka lat po wojnie zastrzelony przez człowieka nielegalnie przeprowadzającego go przez granicę. To niejedyna czarna owca w rodzinie pisarza. Jego ojciec nie wziął się znikąd. Zdeklarowanymi nazistami byli dziadkowie Martina Pollacka i inni krewni. Do końca życia nie wyparli się swoich poglądów, mało tego, uważali się za ofiary wojny, bo przez kilka powojennych lat ponosili konsekwencje swojej postawy. Potem jednak z czyśćca wyszli i do końca życia byli szanowanymi obywatelami, jakby nic się nie stało. To zresztą część większego procesu, jaki toczył się w Austrii. Austriakom szybko udało się przekonać siebie i Europę, że są ofiarami wojny, a nie współwinnymi. W takiej atmosferze wychowywał się Martin Pollack. O tym między innymi pisał w swoich książkach "Śmierć w bunkrze", w której po raz pierwszy tak szeroko opowiedział historię ojca oraz rodziny, i w ostatniej - "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki", która też jest opowieścią o rodzinie i o historii Dolnej Styrii, krainy przechodzącej z rąk do rąk, gdzie mieszał się i rywalizował ze sobą żywioł słoweński i niemiecki.

Te sprawy w oczywisty sposób zajmują sporo miejsca w rozmowie Katarzyny Bielas z Martinem Pollackiem, który opowiada nie tylko o powstawaniu książki o ojcu, o tym, czego dowiedział już po jej opublikowaniu, o planach napisania o ciotce Pauline (to tytułowa kobieta bez grobu; rozmowa zamieszczona w "Tropicielu złych historii" jest wcześniejsza, książka, jak wiadomo, już powstała), ale przede wszystkim o sprawach trudnych. Jedną z nich jest swoista dwoistość, jakiej niemal przez całe swoje życie doświadcza - bo z jednej strony bardzo kochał dziadka, mile wspomina chwile, jakie spędzał z nim w dzieciństwie, z drugiej kiedy poznał jego historię i poglądy, wiedział, jak podle potrafił się zachować. Jak oddzielić jedno od drugiego? Miłość do dziadka, sielskie dziecięce wspomnienia od świadomości, jakim był człowiekiem? Czy to możliwe? Dziś inaczej patrzy na swoją decyzję zerwania kontaktów z babcią, żałuje, że nie zdążył się z nią pożegnać przed śmiercią. Uważa, że powinien oczywiście wyraźnie zaakcentować swoje poglądy, wyrazić niezgodę z poglądami jej i innych członków rodziny, a potem nie poruszać tych trudnych tematów. Po prostu rozmawiać o tysiącu innych spraw, o których rozmawia się w rodzinie. Która postawa lepsza? Nie mnie oceniać, bo nigdy na szczęście nie byłam w podobnej sytuacji, a przecież podziały wśród bliskich na tle różnicy poglądów i polaryzacji postaw to w dzisiejszej Polsce codzienność wielu ludzi. Oczywiście pamiętajmy o zachowaniu proporcji. 

Najtrudniejszy temat, jaki wypłynął w trakcie rozmowy, to, moim zdaniem, postawa Martina Pollacka wobec pewnego przyjaciela rodziny, który miał za sobą podobną przeszłość jak jego ojciec i żył ze zmienioną tożsamością. Katarzyna Bielas stawia pytanie, dlaczego go nie wydał. Pisarz, wyjaśniając swoją postawę, ma świadomość, że być może postąpił źle i zdaje sobie sprawę, że wielu ludzi jego zachowanie może ocenić krytycznie. Tym bardziej, że wielokrotnie piętnuje taką postawę Austriaków, czemu daje wyraz w rozmowie, ale również w swojej twórczości. Bo jego twórczość to często odkrywanie trudnych, zapomnianych, przemilczanych historii. Przywracanie pamięci o ludziach, o których zapomniano, którzy leżą w anonimowych grobach, którzy grobów nie mają. Ale Martin Pollack nie kreuje się na kogoś, kto wie lepiej, dlatego nie ma też jednej odpowiedzi na pytanie, co zrobić z taką niewygodną, trudną wiedzą o swoich przodkach. On o ich przeszłości głośno opowiada, ale nie uważa, że każdy musi.

Kto poznał historię pisarza, pewnie zastanawia się, jak to się stało, że człowiek wychowany w takiej rodzinie, w Austrii, gdzie podobnych historii wiele, stał się odszczepieńcem, kimś zupełnie innym. Czy jego losy mogły potoczyć się zupełnie inaczej? To pytanie oczywiście musi paść i pada. Martin Pollack dopuszcza możliwość, że mógłby wyznawać podobne wartości jak jego krewni. Co go zmieniło? Eksperymentalna szkoła z internatem w górach, do której razem z bratem zostali wysłani. To tam, w tym dziwnym miejscu, poznał cudzoziemców, to tam zainteresował się literaturą, tam zobaczył, że można inaczej myśleć, tam jest też źródło jego bardzo lewicowych poglądów, jakie wyznawał w młodości. Ciekawe, że także szkole przypisuje równie wielką rolę w kształtowaniu poglądów dziadka i jego braci, o czym pisze w swojej najnowszej książce.

Martin Pollack opowiada Katarzynie Bielas o bardzo wielu ciekawych sprawach, część z nich sygnalizowałam już we wstępie. Dużo miejsca zajmuje oczywiście Polska, gdzie studiował polonistykę i pracował jako korespondent prasowy, sporo mówi o swoim zainteresowaniu literaturą oraz kulturą Ukrainy i Białorusi, o zainteresowaniu Galicją, która stała się tematem jego dwóch znakomitych książek - debiutanckiej "Po Galicji" i późniejszej -  "Cesarza Ameryki"  oraz wielu innych tekstów, o pasji zbierania starych zdjęć i widokówek, które stają się często inspiracją dla tematów, jakie porusza, o życiu na wsi w bliskości z naturą, o swoich zainteresowaniach przyrodniczych i wielu innych sprawach. Ale ja na koniec chciałabym zasygnalizować to, co jest i mnie bliskie, bo odnajduję w tym siebie. Otóż Martin Pollack jest samotnikiem, nie zawsze potrzebuje kontaktu z ludźmi, nawet najbliższymi. Niektórym taka postawa może wydać się niesympatyczna, niezrozumiała, cóż, taki jest i ja to doskonale rozumiem.

Warto przeczytać rozmowę z Martinem Pollackiem, warto czytać jego książki. To postać nietuzinkowa.

Martin Pollack "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki"

Austriacki pisarz, tłumacz, eseista, publicysta Martin Pollack to jeden z tych autorów, których czytam regularnie od momentu, kiedy objawił mi się bardzo głośną książką "Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu", w której odważnie zmierzył się z historią swojej rodziny, a przede wszystkim swojego ojca - zdeklarowanego nazisty, członka gestapo, zbrodniarza wojennego poszukiwanego listem gończym. To dyskusja wokół tej lektury uświadomiła mi, pewnie nie tylko mi, jak Austriacy sprytnie zmistyfikowali swoją historię - w powszechnej świadomości uznawani byli za ofiary drugiej wojny, a ukrywali czy umniejszali swój udział w niej. Dziś świadomość, jak było naprawdę, jest już chyba powszechna. To od "Śmierci w bunkrze" zaczęłam nie tylko sięgać po nowe książki Martina Pollacka, ale systematycznie uzupełniałam zaległości, byłam też przynajmniej dwa razy na spotkaniach z autorem. Przeczytałam znakomitego "Cesarza Ameryki", "Po Galicji", "Skażone krajobrazy" i "Topografię pamięci". Wszystkie godne polecenia. Oczywiste więc było, że sięgnę po najnowszą książkę pisarza - "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki" (Czarne 2020; przełożyła Karolina Niedenthal).

Tytuł nieco myli. Nie jest to tak naprawdę opowieść o ciotce, a właściwie siostrze dziadka, Pauline Bast, po mężu Drolc, bo po prostu niewiele o niej wiadomo. Tragiczny koniec jej życia, próba odtworzenia jej ostatnich dni, ustalenia, gdzie została pochowana, staje się pretekstem do opowiadania o historii rodziny i Dolnej Styrii, krainy, która przechodziła z rąk do rąk. Zamieszkiwana była przez Austriaków i Niemców, czyli przez ludność niemieckojęzyczną, oraz przez Słoweńców, ale także przez inne narodowości, bo przecież przed pierwszą wojną znajdowała się w granicach Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Po jej zakończeniu stała się częścią Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców przemianowanego później na Jugosławię, a od inwazji Trzeciej Rzeszy znowu wpływy odzyskali tu Niemcy. W końcu po drugiej wojnie te ziemie stały się ponownie częścią Jugosławii. Dziś należą do Słowenii. Wraz ze zmianą granic zmieniały się nazwy miejscowości - Tuffer, gdzie zamieszkała rodzina Bastów, stawał się Laszkiem, potem na odwrót i tak kilkakrotnie. Zmieniała się też pisownia nazwisk - mąż ciotki Pauline, Słoweniec, raz był Drolcem, raz z niemiecka Drolzem. Oczywiście nie działo się to dobrowolnie, zmiana nazwiska została wymuszona urzędowo. 

Historia Dolnej Styrii jest historią przemocy, symbolicznej i fizycznej, prześladowania tych, którzy akurat nie rządzą, zemsty, odzyskiwania i tracenia wpływów. Okrutni byli jedni i drudzy, po latach trudno rozplątać ten gordyjski węzeł żalów i nienawiści. Kto był winien? Kto zaczął? Dlaczego obie nacje nie mogły żyć pokojowo, szanować swoich praw? Historia się dziwnie plecie. Sąsiedzi, ludność niemieckojęzyczna i Słoweńcy, na poziomie codziennej egzystencji najczęściej żyli ze sobą w zgodzie, ale jednocześnie ci sami sąsiedzi potrafili się wzajemnie prześladować. Na przykład  pomiędzy pierwszą a drugą wojną, kiedy Dolna Styria była częścią Jugosławii, Słoweńcy atakowali Niemców chodzących w swoich narodowych strojach, które stały się przejawem wielkoniemieckiej ideologii. Z kolei ci ostatni lubili prowokować w ten sposób swoich słoweńskich sąsiadów. Sprzyjała temu polityka państwa. Kto rządził, ten z czasem, albo od razu, delegalizował stowarzyszenia zakładane przez mniejszości, usuwał ze stanowisk urzędników i nauczycieli, wprowadzał inne restrykcje. Najtragiczniejsze oczywiście były czasy drugiej wojny i tuż po niej. Prześladowania Słoweńców, działalność partyzantki, zbiorowe egzekucje stosowane przez Niemców w odwecie za akcje zbrojne. Nic dziwnego, że potem role się odwróciły. Ludność niemieckojęzyczna i ci, których uznano za kolaborantów, trafiali do obozu na zamku w Hrastovcu. Nie wszyscy przeżyli ciężkie warunki. 

Kiedy patrzymy w skali makro, myślimy - dokonała się sprawiedliwość, winnych należało ukarać. Kiedy spojrzymy w skali mikro, sprawa się komplikuje. Czym zawiniła Pauline? Dlaczego ją aresztowano? Z przekazów, które się zachowały, wynika, że była kobietą spokojną, cichą, życzliwą, lubianą przez sąsiadów, prawie nie wychodziła z domu, nie popełniła żadnej zbrodni, nie należała do żadnej organizacji, nie interesowała się polityką. Trudno dziś odtworzyć, jakie dokładnie miała poglądy, ale wydaje się, że nie była gorliwą nazistką, być może nawet ta ideologia była jej zupełnie obca. Inaczej niż jej braciom, szczególnie Ernstowi i Rudolfowi - ten drugi to dziadek Martina Pollacka. Paradoks polega na tym, że im niemal włos z głowy nie spadł, po powojennych restrykcjach, które trwały stosunkowo krótko, do końca życia byli szanowanymi adwokatami. Koniecznie trzeba też dodać, że nigdy nie zmienili swoich zapatrywań. Nie widzieli swojej winy i winy swojego narodu, uważali się za ofiary, nie wyrazili skruchy. W takiej atmosferze dorastał Martin Pollack, o czym pisał już w "Śmierci w bunkrze". To kolejny paradoks i przejaw zawiłości ludzkiego losu. Trudno oddzielić od siebie te dwie sprawy. Z jednej strony autor z sentymentem wspomina dzieciństwo, swoją rodzinę, szczególnie dziadka, z którym chodził po górach, łowił ryby, jego fascynujące rodzinne opowieści o życiu w Dolnej Styrii, która jawi się jak raj utracony, z drugiej strony zdaje sobie sprawę z ich poglądów i win, potrafi patrzeć na nich krytycznie i obiektywnie, surowo ocenić.

Po zapoznaniu się z historią rodziny Martina Pollacka trudno oprzeć się refleksji, jak dziwnie układają się ludzkie losy, nawet losy członków tej samej rodziny. Fascynuje też pytanie, jak to się stało, że niektórzy stali się gorliwymi wyznawcami ideologii nazistowskiej, a ojciec autora zbrodniarzem wojennym? Kim byli przodkowie Martina Pollacka? Skąd się wzięli w Dolnej Styrii? Jego pradziadek, Paul Bast, przybył do Tuffel z Nadrenii, tu zbudował dom, który jednoczył rodzinę. To w nim do końca życia mieszkała Pauline, to z jego powodu nie zdecydowała się na wyjazd, co pewnie uratowałoby jej życie. A dzięki koneksjom braci, Ernsta i Rudolfa, mogła to zrobić bez problemu. Jak to się stało, że trzech synów Paula Basta tak bardzo się zradykalizowało, a ich siostry i pozostali bracia nie? Autor dopatruje się przyczyn tego w ich drodze życiowej i środowisku, do którego trafili. Najpierw niemieckie gimnazjum w sąsiednim mieście, potem studia prawnicze w Grazu i przynależność do antysemickiej, nacjonalistycznej korporacji studenckiej Germania. Częścią jej kultury było wdawanie się w pojedynki, atakowanie Żydów, Słowian i Włochów, dumne obnoszenie blizn i niemieckiego honoru. Konsekwencjami takiej postawy były styl życia, na przykład polowania, a potem przynależność do nielegalnej w Austrii NSDAP. Bracia byli pod silnym wpływem nacjonalistycznego, antysemickiego, antykatolickiego ruchu Georga von Schonerera i zwolennikami przyłączenia Austro-Węgier do Wielkiej Rzeszy. To ich ukształtowało, tu tkwią korzenie ich poglądów. Pozostałe dzieci Paula Basta, które się nie kształciły, nie przesiąkły ideologią wielkoniemiecką i nazistowską. Jedna z sióstr wyszła za mąż za Chorwata, druga za chorwackiego Żyda. Rodzina się rozproszyła od Chorwacji po Austrię (Amstetten). A jednak mimo dzielących ich odległości i poglądów utrzymywali ze sobą bliski kontakt. O dziwo problemem nie był nawet siostrzeniec, którego ojcem był Żydem. Tak dziwnie plotą się ludzkie losy.

Książki Martina Pollacka zawsze są pretekstem do zadumy nad dziwnością i komplikacją świata, nad przypadkowością ludzkich losów, stanowią też ostrzeżenie, jak łatwo się zradykalizować i zbłądzić. Autor jest do bólu szczery, rozgrzebuje rany, odkrywa tajemnice przeszłości. Bardzo ciekawa to opowieść o dawnym życiu, obyczajach, o rodzinie i o krainie, gdzie mieszały się narodowości i języki. Ale Dolna Styria to przecież tylko przykład. Takich miejsc o skomplikowanej historii jest na świecie wiele. Co nie pozwala sąsiadom mówiącym różnymi językami żyć w pokoju? Kto miesza im w głowach? Te pytania unoszą się nad tą bardzo ciekawą i mądrą książką.

Rebecca Makkai "Wierzyliśmy jak nikt"

Wyznanie będzie z gatunku tych wstydliwych - otóż już dawno żadna książka nie wzruszyła mnie tak bardzo jak "Wierzyliśmy jak nikt" Rebecci Makkai (Wydawnictwo Poznańskie 2020; przełożył Sebastian Musielak). Wzruszyła to za słabo powiedziane - po prostu płakałam kilkakrotnie w czasie lektury. A przecież nie jest to przysłowiowa powieść dla pensjonarek. Autorce udało się połączyć ważny, bolesny temat z taką konstrukcją bohaterów, że stali mi się tak bliscy, jakby byli żywymi ludźmi. A przy tym książkę czyta się znakomicie, naprawdę trudno się od niej oderwać. Także ze zwykłej czytelniczej ciekawości - co stanie się dalej.

Chociaż bohaterowie i miejsca są tworem autorskiej wyobraźni, to kontekst jest jak najbardziej prawdziwy. Rebecca Makkai napisała powieść o epidemii AIDS w Chicago w latach osiemdziesiątych, która zbierała swoje żniwo w środowiskach gejowskich. Jeszcze nie ma skutecznego leku, specjalistyczna opieka lekarska jest ciągle w powijakach, dopiero niedawno pojawiły się testy wykrywające wirus. Konserwatywna administracja prezydenta Reagana nie robi nic, aby wspomagać zakażonych i chorujących - nie wspiera badań nad lekami, nie tworzy specjalistycznych oddziałów szpitalnych, nie refunduje jedynego dostępnego lekarstwa. Przeciwnie. Choroba, która w tamtym momencie kojarzona jest przede wszystkim ze środowiskiem gejowskim, rozgrywana jest politycznie, sprzyja homofobicznej histerii. Stąd niechęć wielu gejów do robienia testu, no bo wiadomo - kto go zrobi, znaczy gej. Sytuację komplikuje system nieobowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych w USA. Nieubezpieczony nie ma żadnych szans na przyzwoite leczenie, a właściwie na śmierć w przyzwoitych, godnych warunkach, bo przecież wtedy AIDS był równoznaczny z wyrokiem. Mylisz się, czytelniku tej notki, jeśli sądzisz, że ubezpieczenie rozwiązywało problem. Chory musiał toczyć długą i podstępną walkę z ubezpieczycielem, aby wyegzekwować swoje prawa, bo ten za wszelką cenę chciał udowodnić, że zaraził się przed zawarciem umowy. Powstają organizacje, które walczą o  wszystko, co potrzebne zakażonym i chorym. 

O tym samym problemie opowiada bardzo dobry francuski film sprzed dwóch lat - "120 uderzeń serca", który w poetyce dokumentu skupia się na pokazaniu aktywistów francuskiego oddziału amerykańskiej organizacji ACT UP, którzy wszelki metodami, często drastycznymi, starają się zwrócić uwagę opinii publicznej na problem. W powieści też obserwujemy scenę olbrzymiej demonstracji zorganizowanej w Chicago przez tę organizację, jednak autorka skupia się przede wszystkim na pokazaniu środowiska gejowskiego i spustoszeniach, jakie spowodowała epidemia AIDS. 

Akcja powieści rozgrywa się naprzemiennie na dwóch planach czasowych. Jeden to lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych w Chicago, drugi to rok 2015 w Paryżu, wybrany nieprzypadkowo, bo w czasie, kiedy doszło do zamachów terrorystycznych na teatr Bataclan, kawiarnię i kilka innych miejsc. Głównych bohaterów jest dwoje. Trzydziestokilkuletni Yale Tishman, gej pracujący w galerii sztuki należącej do jednej z chicagowskich uczelni. Wspominam o tym, bo wątek jego pracy jest bardzo istotny i ciekawy, a nawet dla polskiego czytelnika odkrywczy. Yale od kilku lat żyje w monogamicznym związku z Charliem. Właśnie teraz nadarzyła mu się wspaniała zawodowa szansa - galeria, w której pracuje, może pozyskać bardzo ciekawą i cenną kolekcję szkiców, rysunków i obrazów - między innymi Modiglianiego i innych malarzy tworzących w Paryżu na początku dwudziestego wieku. Dzieła ofiarowane zostaną za darmo, ale potrzebne są olbrzymie pieniądze na ich uwierzytelnienie, bo nie są to oczywiście prace powszechnie znane, i na ich renowację. Z pozyskaniem kolekcji i funduszy łączy się wiele dylematów moralnych. Yale musi dokonywać trudnych wyborów, stawiać na szali zawodową karierę, jeśli chce pozostać wierny swoim ideałom i słowu danemu niemal dziewięćdziesięcioletniej ofiarodawczyni. Równowaga pomiędzy przyjaźnią, lojalnością, pasją, obowiązkami, zawodowymi układami, obłaskawianiem sponsorów jest bardzo krucha. To stąpanie po cienkim lodzie.

 Drugą bohaterką jest Fiona, która w roku 1985, kiedy zaczyna się akcja, ma dwadzieścia jeden lat. Jej brat, Nico, właśnie umarł na AIDS. Od jego pogrzebu rozpoczyna się akcja powieści. Przed laty został wyrzucony przez ojca z domu, kiedy dokonał coming outu, matka nie potrafiła stanąć w jego obronie, za to Fiona potajemnie wspierała go przez cały czas. Nie chodzi tylko o wsparcie duchowe, ale i o materialne na miarę jej skromnych możliwości. Dzięki bratu Fiona przyjaźni się z innymi gejami, jego przyjaciółmi, między innymi z Yale'm. Ta młoda kobieta, właściwie jeszcze dziewczyna, dźwiga na swoich barkach ciężar niewyobrażalny. Śmierć ukochanego brata jest dla niej ogromnym ciosem, ale wkrótce następują kolejne śmierci jego przyjaciół. Fiona staje się prawnym powiernikiem i wykonawczynią ostatniej woli kilku z nich. Dlaczego? Bo bardzo często odwróciły się od nich rodziny, a jeśli zjawiają się tuż przed ich śmiercią, to na ogół zupełnie nie respektują ich woli. Nie życzą sobie na pogrzebie ich partnerów, nie pozwalają im zabrać choćby tylko pamiątek po ukochanym. Tak było z Nico. Te traumatyczne przeżycia położą się cieniem na całym życiu Fiony, na jej małżeństwie, a zwłaszcza na macierzyństwie, szczególnie , że jej córka, Claire, urodziła się w bardzo dramatycznym dla niej momencie. W 2015 roku Fiona przyjeżdża do Paryża, aby odszukać dorosłą Claire, która od kilku lat nie odzywa się do rodziców. Zatrzymuje się u Richarda, znanego fotografa, geja, którego doskonale zna z czasów chicagowskiej młodości. Richard dokumentował tamte lata, teraz przygotowuje się do retrospektywnej wystawy. To pomost, który łączy Fionę z dawnymi czasami. Właściwie trudno powiedzieć, że zapomniała o tamtych okresie swojego życia i tamtych ludziach. Mimo terapii przeszłość wciąż jest ciężarem. 

O sile powieści Rebecci Makkai stanowi chyba to, że bardzo lubimy jej bohaterów. Zwłaszcza Yale'a. Dlatego możemy tak dobrze zrozumieć dramat jego i całego środowiska. Nie tylko obserwować, ale i odczuwać boleśnie śmierć jego przyjaciół, dzielić lęk o to, czy pomimo ostrożności sam się nie zaraził. Patrzeć, jak stopniowo staje się coraz bardziej samotny, jak jego świat rozpada się na kawałki. Spróbować wczuć się w to, co czuje człowiek, kiedy po kolei chorują i umierają jego bliżsi i dalsi znajomi, kiedy nagle tak dojmująco ubywa ludzi. Nieprzypadkowo Yale'a doświadczenie zostaje tu zestawione z doświadczeniem Nory, ofiarodawczyni kolekcji, której świat rozpadł się w wyniku I wojny światowej. Chociaż wtedy zginęło oczywiście nieporównywalnie więcej ludzi, to poczucie pustki jest bardzo podobne. Ale w roku 2015 świadomość kruchości życia, końca znanego świata też jest bardzo silna. Wprawdzie AIDS to już nie wyrok, ale świat zawsze kończy się z jakiegoś powodu. W roku 2015 to terroryzm. A przecież dziś, kilka lat później, wcale nie jest lepiej. Doszły kolejne zagrożenia. Pewnie także dlatego tak bardzo wczułam się w nastrój powieści. Dlatego tak bardzo rozumiem bohaterów, którzy mówią, że żyli w złotym wieku, wieku sprzed epidemii, i nie wiedzieli o tym. Dlatego tak bardzo za swoje biorę słowa ... pędzi człowiek wyłącznie przed siebie w przerażająca przyszłość, wciąż dalej i dalej od tego, co kiedyś dawało mu szczęście. Czy jest ratunek? Jakieś antidotum? Tak. Drobne osobiste zwycięstwa, porządkowanie swoich spraw, miłość. Chociaż ta ostatnia przynosi też cierpienie, to przecież każdy zły ciąg dalszy, był kiedyś obietnicą i dobrym początkiem. Bo powieść Rebecci Makkai jest też książką o miłości, często takiej, której nie sposób zapomnieć, która tkwi cierniem przez całe życie. Jakże często kochamy tych, których nie powinniśmy. No i znowu zrobiło się ponuro, ale zapewniam, że można w tej powieści odnaleźć jakieś iskierki pocieszenia.

Kończąc, muszę napisać, że to jeszcze nie wszystko. Jest w książce Rebecci Makkai znacznie więcej, choćby obyczajowa opowieść o życiu gejowskim w Chicago, no a przede wszystkim opis dylematów moralnych, jakie rozstrzygać musi Yale. Jego osobista historia doskonale wpisuje się w schemat antycznej tragedii - przed fatum uciec się nie da, nie wszystko od nas zależy, choćbyśmy bardzo chcieli. 

Lubię takie powieści, kiedy po skończeniu lektury, mam świadomość, że nie był to czas stracony. Przejmujące i ważne, a jednocześnie po prostu ciekawe. Nieczęsto się trafiają.

Letnie remanenty filmowe - "Ikar. Legenda Mietka Kosza", "(Nie)znajomi"

Jak zwykle latem nadrabiam filmowe zaległości. Napisałam jak zwykle, ale wcale nie było oczywiste, że moje ulubione kino zorganizuje tego lata tradycyjny wakacyjny festiwal filmowy, już czternasty. Ale jest. W tym roku częściej jednak wybieram to, co już widziałam niż to, co mi umknęło. 


Najpierw wybrałam się na bardzo palącą zaległość - "Ikar. Legenda Mietka Kosza" film Macieja Pieprzycy nagrodzony Srebrnymi Lwami na zeszłorocznej Gdyni i wieloma innymi nagrodami, w tym dla Dawida Ogrodnika za główna rolę męską. Kiedy był grany jesienią, miał silną konkurencję, wybrałam inne tytuły. Sprawdziłam na blogu - obejrzałam wtedy "Portret kobiety w ogniu", "Wysoką dziewczynę" i "Boże Ciało", wszystkie znakomite. W tej stawce opowieść o zapomnianym, niewidomym jazzmanie,  Mietku Koszu, rzeczywiście wydaje mi się najsłabsza, ale to przecież bardzo dobry film, prawdę mówiąc, znacznie lepszy, niż myślałam. Czego się spodziewałam? Sprawnie, lecz sztampowo opowiedzianej historii wyciskającej łzy z oczu. Coś w duchu "Chce się żyć" również z Dawidem Ogrodnikiem w roli głównej, za którym to filmem ja nie przepadam. Tymczasem "Ikar. Legenda Mietka Kosza" to inna bajka - opowiedziany niechronologicznie, stopniowo odkrywający przed widzem tajemnice biografii Mietka Kosza i jego niełatwej osobowości. Oczywiście, że  wzrusza, ale nie jest to gładka opowieść. Bo gładki nie był główny bohater - pochodzący z zamojskiej wsi Mietek Kosz, dla którego muzyka, a w szczególności jazz, stał się nie tylko wielką miłością, ale sposobem komunikacji ze światem. To opowieść o wyboistej drodze do muzyki, ale jednak w tamtych czasach, lata sześćdziesiąte, możliwej, o sukcesach, także międzynarodowych, upadkach, trudnym, despotycznym, wybuchowym charakterze i wielkiej samotności. A kiedy wszystko zaczęło się znowu układać, także prywatnie, nastąpił tragiczny wypadek. Mieczysław Kosz zginął w wieku 29 lat. Wypadł przez okno w niejasnych okolicznościach - legenda głosi, że popełnił samobójstwo, chociaż jego bliscy nie wierzą w tę wersję. Niewiele zachowało się po artyście, może dlatego został przez miłośników jazzu zapomniany. Chwała więc Maciejowi Pieprzycy, że przywrócił szerokiej publiczności tego kompozytora i pianistę. To niejedyne zalety filmu. O znakomitej roli Dawida Ogrodnika wiadomo, ale bardzo dobrych ról jest tu znacznie więcej. Świetny jest Cyprian Grabowski grający Mietka Kosza w dzieciństwie. Świetne są Wiktoria Gorodeckaja i Justyna Wasilewska, świetni Piotr Adamczyk i Grzegorz Mielczarek, którego dzięki charakteryzacji zupełnie nie poznałam. A jest jeszcze bardzo dużo ról epizodycznych, także bardzo dobrych. Mnóstwo w filmie znakomitej muzyki, głównie jazzu, bardzo dobre są zdjęcia. Twórcy filmu starali się pokazać, jak widział i odbierał świat niedowidzący, a potem już całkowicie niewidomy Mietek Kosz. Kto jeszcze nie widział, niech obejrzy koniecznie!


Drugi film, który zobaczyłam w ramach wakacyjnego festiwalu, to "(Nie)znajomi" - polska wersja włoskiej komedii "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" z Kasią Smutniak w tej samej roli. Punkt wyjścia identyczny - przyjaciele spotykają się na kolacji i postanawiają, że będą czytać wszystkie przychodzące smsy, a wszystkie rozmowy telefoniczne prowadzić na głos. Na jaw wychodzą mniejsze i większe sekrety, jest śmiesznie, ale w gruncie rzeczy strasznie. Również bohaterowie i ich problemy są takie same jak we włoskiej wersji, pojawiają się tylko drobne polskie smaczki. Na przykład taki, że za oknem eleganckiego mieszkania, w którym rozgrywa się akcja, trwa budowa kolejnego apartamentowca, co psuje widok z tarasu i zakłóca spokój.  Czy wobec tego warto oglądać polską wersję? Nie jest to filmowe must see, ale obejrzeć można. Przyjemny film o poważnych, codziennych sprawach. Eleganckie wnętrze, eleganccy ludzie, pierwsza liga aktorska. Idąc do kina, doskonale wiedziałam, co zobaczę. Przecież najbardziej lubimy piosenki, które dobrze znamy. Ale są dwa momenty, które robią wrażenie i mącą beztroską zabawę. To dwa monologi. Pierwszy pamiętałam z włoskiego pierwowzoru - uwaga spojler, kto nie widział żadnej wersji, niech nie czyta - to wyznanie jednego z bohaterów, dlaczego nie przyznał się dotąd, że jest gejem. Kilka zdań trafionych w punkt. Można by je pokazywać jako filmik instruktażowy tym wszystkim, którzy nie rozumieją, z czym mierzą się takie osoby. Drugi to monolog żony i matki, tkwiącej w klasycznym układzie patriarchalnym, bardzo dobitnie wypowiedziany przez Maję Ostaszewską. Obie kwestie zabrzmiały niezwykle mocno i niezwykle aktualnie w czasach szczucia na osoby takie jak bohater i w czasach, kiedy władza grozi wypowiedzeniem konwencji antyprzemocowej i pod rękę z Kościołem zagoniłaby kobiety do przysłowiowej kuchni.   

Roman Koropeckyj "Mickiewicz. Życie romantyka"

Do książki amerykańskiego slawisty, a właściwie nawet polonisty, Romana Korepeckiego "Mickiewicz. Życie romantyka" (W.A.B. 2013; przełożyła Małgorzata Glasenapp) przymierzałam się już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno przypomniałam sobie o niej ponownie dzięki poleceniu z cyklu pięć książek na weekend. Wiem, wiem, taka deklaracja może wydać się ekscentryczna, bo kto by czytał biografię poety - narodowego wieszcza kojarzącego się ze szkolną nudą. Wiadomo, Mickiewicz wielkim poetą był, ale jak zachwyca, kiedy nie zachwyca. Nawet bliska mi osoba czytająca rzeczy poważne, a nawet bardzo poważne, mocno się zdziwiła, kiedy powiedziałam jej, za jaką książkę aktualnie się wzięłam. Obawiam się, iż nie przekonały jej moje zapewnienia, że to bardzo ciekawe. Nie będę udawać, że rzucę się teraz do ponownej lektury ballad, "Dziadów", "Konrada Wallenroda" czy "Pana Tadeusza". Po pierwsze aż tak nie zachwyca, a po drugie już dawno wyleczyłam się z romantyzmu. Ale biografia to co innego - życie Mickiewicz miał fascynujące i w gruncie rzeczy tragiczne, o czym dobitnie przekonałam się dzięki książce Koropeckiego. 

Jestem bardzo zadowolona, że w końcu zdecydowałam się na tę lekturę. No bo co wiemy o Mickiewiczu? Znamy parę faktów, które zostały nam w głowach z czasów szkolnej edukacji. Biografia pióra  amerykańskiego polonisty pozwoliła mi pozbyć się nieprawdziwych przekonań, które, nie wiadomo skąd, tkwiły mi w głowie,  uporządkować informacje i znacznie je poszerzyć. Stała się też przyczyną paru zdziwień. Co ważne, autor, Amerykanin, patrzy na Mickiewicza z odległej perspektywy, a takie spojrzenie z zewnątrz jest zawsze bardzo cenne. Wprawdzie już od licealnej lektury "Brązowników" Boya nie traktowałam naszego narodowego wieszcza z bałwochwalczym szacunkiem, ale minęło tyle czasu, że naprawdę niewiele z tej książki pamiętam. (Właśnie przed chwilą odkryłam, że bez trudu można kupić papierowe wydanie "Brązowników", a nawet ściągnąć jej elektroniczną wersję ze strony Wolnych Lektur.) 

Czyta się biografię poety autorstwa Koropeckiego bardzo dobrze. Autor skupia się przede wszystkim na życiu pisarza. Nie analizuje utworów, raczej pokazuje ich wpływ na współczesnych Mickiewiczowi i ich recepcję. We wstępie do tego wydania tłumaczy, że przytaczane fakty historyczne polskiemu czytelnikowi mogą się wydać oczywiste, ale książka pisana była na rynek amerykański. Zupełnie nie przeszkadza to w lekturze. Przyznam, że moja wiedza historyczna jest mocno dziurawa i zdarzało się, że w czasie lektury szperałam w internecie, żeby jeszcze coś sprawdzić i doczytać. 

Co szczególnie utkwiło mi w głowie po lekturze książki? Mnóstwo. Zwrócę uwagę na to, co najważniejsze. Korzenie poety i dzieciństwo spędzone w Nowogródku - niewielkie miałam na ten temat pojęcie. Ciekawe są informacje o porywczych stryjach i pochodzeniu rodziny - wiele na ten temat spekulacji, znacznie mniej faktów. Stosunkowo dużo wiedziałam o okresie studiów w Wilnie i pracy w Kownie, o działalności w stowarzyszeniach studenckich, które ostatecznie stały się przyczyną problemów politycznych, o przyjaźniach, jakie zawiązał, ważnych przez całe życie, chociaż wielu przyjaciół nie zobaczył już nigdy po opuszczeniu Litwy. Pozostała im tylko korespondencja. W czasach, kiedy nie było telefonów, kiedy listy wędrowały wolno z jednego końca Europy na drugi, bywało, że o czyjejś śmierci poeta dowiadywał się po latach. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Wilno w tamtych czasach było dziurą, w której niewiele się działo. Nic dziwnego, że kiedy Mickiewicz znalazł się na wygnaniu w Rosji, odżył. Nie było dla mnie tajemnicą, że tamten okres w jego życiu był całkiem przyjemny, ale niewiele na ten temat wiedziałam. Tymczasem Koropeckyj barwnie opisuje czas spędzony przez poetę w Rosji. Podróże, między innymi na Krym, pierwsze zetknięcie ze światem Orientu, życie towarzyskie, uczuciowe i przede wszystkim znajomości z literatami, wydawcami i artystami, bywanie na salonach. Mickiewicz bardzo szybko stał się ich gwiazdą i to właśnie wtedy ugruntowała się jego pisarska europejska sława. Przyniosły mu ją miedzy innymi poetyckie, głębokie improwizacje, które wygłaszał na przyjęciach i spotkaniach. To w Rosji znalazł wydawców i wpływowych ludzi, którzy uwierzyli w jego talent. Sonety, które powstały w tym okresie, były zrozumiałe dla każdego. To wtedy jego twórczość zaczęła być tłumaczona na francuski i rosyjski, co ugruntowało jego popularność. Dopiero później stał się poetą zrozumiałym tylko dla Polaków.  Do upadku powstania listopadowego, kiedy to jego książki w Rosji i w Królestwie Polskim znalazły się na indeksie,  utrzymywał się z dochodów za nie, od czasu do czasu korzystając z bezinteresownej pomocy hojnych, bogatych, zafascynowanych nim  arystokratów. Celebrytą był i później, kiedy udało mu się wyjechać z Rosji w podróż po Europie. Otoczony sławą, witany i goszczony przez arystokrację, także rosyjską, mógł oddawać się wojażom. Tu oczywiście nie mogę się powstrzymać od przywołania mojej ulubionej gorzkiej refleksji, jak los niesprawiedliwie obdziela swoimi darami. Kiedy nieliczni mogli pozwolić sobie na takie przyjemne życie w podróży, inni w tym czasie ciężko harowali. Oczywiście Mickiewicz wcale nie był bogaty, ale jednak mógł sobie pozwolić na takie życie dzięki dochodom z książek i sławie. 

Koropeckyj nie ucieka od sprawy zasadniczej - pytania, dlaczego poeta nie przystąpił do powstania listopadowego. Kiedy wybuchło, przebywał w Rzymie. Wielu znajdujących się tam Polaków natychmiast wyruszyło, aby przedrzeć się na teren zaboru rosyjskiego. Mickiewicz zwlekał, pisał w listach o przeszkodach, nigdy jednak nie wyjaśniał, o jakie przeszkody chodzi. Kiedy wreszcie po kilku miesiącach wyruszył, też się nie spieszył, wybrał bardzo okrężną drogę. Gdy w końcu znalazł się w Wielkopolsce i nawet nielegalnie przekroczył granicę, natychmiast wrócił. Aż w końcu powstanie upadło. Koropeckyj pisze o tym, że Mickiewicz nie wierzył w sukces walki zbrojnej i właściwie tym tłumaczy zwłokę. A warto pamiętać, że dzięki "Konradowi Wallenrodowi" stał się ikoną dla powstańców. Cytaty z jego utworów wypisywane były na murach Warszawy. Co jednak ciekawe, poeta nie spotkał się z jakimiś specjalnymi zarzutami, krytykowali go nieliczni, nadal cieszył się sławą, szacunkiem, statusem wieszcza, nadal był gwiazdą salonów korzystającą z gościnności hojnych wielkopolskich arystokratów. Niemniej jednak ta dezercja stała się kompleksem Mickiewicza na resztę życia. Bał się, że ktoś mu to wypomni, zarzuci, dlatego jego późniejsza działalność polityczna, dwukrotna próba zorganizowania legionu polskiego, raz we Włoszech w czasie Wiosny Ludów, drugi raz w Stambule w czasie wojny krymskiej, była formą rehabilitacji. 

Druga część życia poety obfitowała w trudy. Wieczne problemy finansowe, choroba żony, liczna rodzina, kryzysy twórcze, emigracyjne piekiełko, stagnacja, depresje i przede wszystkim wpływ Towiańskiego, który zaważył na życiu jego i jego rodziny. Szczególnie boleśnie odczuła to najstarsza córka, Maria. No cóż, nie był Mickiewicz wzorowym mężem ani wzorowym ojcem. Długo wyzwalał się z okowów sekty. Akurat o jego związkach z Towiańskim wiedziałam sporo dzięki bardzo interesującej i pasjonującej, choć niełatwej, powieści węgierskiego pisarza Gyorgy Spiro "Mesjasze", która opowiada o paryskiej emigracji tamtych czasów. Towiański, Mickiewicz, Słowacki są jej bohaterami. Natomiast niewielkie pojęcie miałam o politycznej działalności poety, o jego dwóch wyprawach, których celem było zorganizowanie polskiego legionu. 

Sporo jest oczywiście o kobietach w życiu poety. Nie wszystkie znałam. Legenda Maryli Wereszczakówny już dawno została rozbrojona, Koropecky jednoznacznie stwierdza, że kiedy poeta ją poznał, była już zaręczona. Poza tym równolegle romansował z Karoliną Kowalską. Mit tej wielkiej, nieszczęśliwej miłości stworzył w swojej twórczości, szczególnie w IV części "Dziadów". Autor nie demonizuje też szczególnie Ksawery Deybel, która, o ile dobrze pamiętam, była czarnym charakterem  "Brązowników" Boya. Czas związku z Towiańskim, czas sekty był w ogóle mroczny i położył się cieniem na życiu i twórczości poety. Chociaż z drugiej strony Koropeckyj twierdzi, że Towiański wyrwał poetę z marazmu, w jakim pogrążył się na emigracji, i spełnił wobec niego rolę psychoterapeuty. Dał mu energię do działania, jednocześnie jednak z jego powodu nie wszyscy traktowali go poważnie.

W biografii poety pióra Romana Koropeckiego można znaleźć wiele interesujących wątków, informacji, także o poglądach poety,  stosunku do religii i związkach z Kościołem. Warto po nią sięgnąć, nie jest to książka dla specjalistów, ale dla zwyczajnych czytelników. 

Matthew Desmond "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast"

Są takie książki, o których nie usłyszelibyśmy pewnie nigdy, gdyby nie polecenie kogoś, komu ufamy. Niereklamowane, o nieatrakcyjnym, ba, zapowiadającym nudę tytule. To banalne stwierdzenie, przecież takich pozycji jest całe morze, nawet ocean. Strach pomyśleć, ile rzeczy wartościowych przegapiamy. To przypadek książki Matthew Desmonda "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast" (Marginesy 2019; przełożył Tomasz S.Gałązka). Jasne - problem ważny, ale żeby zaraz czytać? Brzmi nieefektownie, kojarzy się z nudną ekonomią. Na szczęście usłyszałam o tej książce w radiu. Piszę na szczęście, bo jest to rzecz nadzwyczaj aktualna, opowiada o Stanach, konkretnie o problemie mieszkaniowym, z jakim borykają się najubożsi mieszkańcy USA. A wszystko na przykładzie jednego miasta - Milwaukee. Stany to kraj, który długo mitologizowaliśmy. Łuski już dawno spadły mi z oczu. Kilka tygodni temu usłyszałam od eksperta biorącego udział w dyskusji radiowej, że USA to kraj upadający. Dodał, że nigdy nie przypuszczał, iż kiedyś wypowie te słowa. Jeśli tak jest rzeczywiście, to "Eksmitowani" tylko potwierdzają tę tezę.

Warto napisać kilka słów o autorze i jego metodzie pracy. Matthew Desmond jest profesorem socjologii. Jeśli teraz, czytelniku tej notki, straciłeś całe zainteresowanie książką, bo pomyślałeś sobie, że to nudna praca naukowa, jesteś w błędzie. "Eksmitowanym" najbliżej do reportażu, który czasami przypomina powieść, bo autor odtwarza sceny z życia swoich bohaterów, ich rozmowy, pozwala im mówić swoim językiem - slangowym, kolokwialnym. Oczywiście są też partie, gdzie żywioł reportażu i powieści ustępuje miejsca dyskursowi socjologicznemu, ale pisanemu w sposób bardzo przystępny. To wszystko było możliwe, bo autor kilka lat towarzyszył ludziom, których wspólnym mianownikiem jest to, że wpadli w spiralę problemów mieszkaniowych. Co w tym wypadku oznacza słowo towarzyszył? Między innymi to, że sam na ponad rok zamieszkał na osiedlu mieszkaniowych przyczep kempingowych. Ale także to, że dosłownie współuczestniczył w ich życiu. Jadł z nimi, czasem nocował w nędznych mieszkaniach, jakie wynajmowali, chodził do sądu, pomagał w przeprowadzkach, słuchał ich rozmów. Jeśli nie był świadkiem jakiejś sytuacji, tylko poznał ją z drugiej ręki, rzetelnie o tym informuje. 

Bohaterów jest kilkoro. Różni - samotne matki, ale i samotny, kaleki ojciec, samotna starsza kobieta, para mająca problem z narkotykami, mężczyzna, który kiedyś miał dobrą pracę, mieszkał w dobrej dzielnicy, ale uzależnienie od leków, narkotyków i alkoholu sprawiło, że stracił wszystko, samotna młoda kobieta, która wychowywała się w kilku rodzinach zastępczych i właśnie rozpoczęła samodzielne życie, oraz paru innych. Czarni i biali. Desmond nie skupia się na kolorze skóry, specjalnie go nie eksponuje, po jakimś czasie nie pamiętałam już, kto jest czarny, a kto biały. W pewnym momencie zaznacza jednak, że najtrudniej zawsze mają czarne kobiety samotnie wychowujące dzieci. Ale to nie wszyscy bohaterowie. Jest jeszcze troje tych, którzy stoją po przeciwnej stronie barykady - wynajmowanie nieruchomości stało się ich jedynym źródłem zarobku. Dodam, że bardzo dobrym źródłem. Jednym z nich jest właściciel placu z przyczepami, na którym mieszkał Desmond i kilkoro spośród bohaterów książki. Kolejni to czarna para, która posiada wiele domów i mieszkań w najuboższej dzielnicy Milwaukee, zwanej gettem. Bohaterka lubi powtarzać: Getto jest git. Oznacza to tyle, że właśnie w tej najuboższej dzielnicy można robić wspaniałe interesy. Brzmi paradoksalnie, bo jak niby da się zarabiać na tych, którzy spadli na sam dół społecznej drabiny albo nigdy się z niej nie wyrwali? Otóż można i to znakomicie mimo strat ponoszonych z powodu zaległości czynszowych. Chociaż getto zamieszkują głównie czarni, to trafiają tam też ubodzy biali. Bronią się przed tym rękami i nogami, bo dzielnica ma złą sławę i w niektórych miejscach bywa bardzo niebezpieczna, ale kiedy w wyniku spirali problemów mieszkaniowych  spadają na samo dno, nie mają wyjścia.

Nie jest to książka przyjemna. Przyglądamy się ludzkiej nędzy, borykaniu się z losem. Czasem ci ludzie są sami sobie winni. Tak jest z mężczyzną, który w wyniku uzależnienia, stoczył się na dno. Można sarkać na samotne matki, które mają kilkoro dzieci, każde z kimś innym. Że źle lokowały swoje uczucia, że były nieostrożne i nieodpowiedzialne. Nie do końca jednak jest to wynikiem ich bezmyślności. Często nie potrafią żyć inaczej, bo nie miały dobrych wzorców, dziedziczą biedę i taki sposób życia. Są dziećmi samotnych matek, nie znają swoich ojców. Czasem jednak nie ma żadnej winy w tym, że ktoś ma takie problemy. Czym zawiniła młoda, niesamodzielna kobieta, która ma za sobą straszne doświadczenia dzieciństwa i młodości? Wychowywała się w kilku rodzinach zastępczych, gdzie niekoniecznie żyło jej się różowo. Kiedy osiągnęła pełnoletność, wypadła z systemu, który opiekuje się takimi jak ona, i musi żyć na własną rękę. Z samodzielnością zupełnie sobie nie radzi i popada w coraz większe tarapaty. Nikt nie zadbał o jej wykształcenie, o nauczenie jakiegoś zawodu. Nawet jednak ci, którzy sami są sobie winni, jeśli się ockną i chcą o siebie walczyć, nie znajdują instytucjonalnej pomocy. Niby mogą zapisać się na przykład do poradni leczenia uzależnień, ale w praktyce jest to droga przez mękę, bo system jest niewydolny, przyjmuje zaledwie kilku pacjentów dziennie, a kolejka długa. Nawet na takie leczenie potrzebują pieniędzy, których przecież nie mają. Trzeba wielkiej determinacji i hartu ducha, aby wytrwać na tej drodze. Bogatych uzależnionych stać na prywatne kliniki odwykowe, biedacy muszą radzić sobie sami. 

Najbardziej jednak przeraziły mnie chyba opisy mieszkań, domów i przyczep, jakie wynajmują ci ludzie. To najczęściej zdewastowane nory, o które nie dbają właściciele. Z zepsutymi kranami i toaletami, z brudnymi wykładzinami, ścianami pokrytymi farbą z ołowiem, z wybitymi szybami, drzwiami, które można otworzyć kopniakiem. Między wynajmującymi a właścicielem bez przerwy toczy się wojna o to, kto odpowiedzialny jest za naprawę, kto pokryje jej koszty. Jedni zwalają winę na drugich. Właściciele oskarżają wynajmujących o to, że zapchał się odpływ wanny i woda nie spływa, obciążają ich kosztami naprawy, jeśli w ogóle do niej dojdzie. Tak rosną długi. A w ich spiralę wpaść bardzo łatwo. Wystarczy w jednym miesiącu nie zapłacić czynszu, aby w kolejnym nie poradzić sobie z podwojoną kwotą. W położeniu tych ludzi o taką sytuację naprawdę nietrudno. Co zrobić, jeśli stoi się przed wyborem - czynsz czy leki dla dziecka albo dla siebie? Czynsz czy nowe buty, bo stare dziurawe? Czynsz czy wyprawka do szkoły? Czynsz czy wyjazd na pogrzeb kogoś bliskiego? 

A potem już z górki. Nakręca się spirala eksmisji i człowiek ląduje w coraz gorszych miejscach albo w schronisku dla bezdomnych, gdzie też nie może mieszkać wiecznie. Koszty eksmisji, składowania w specjalnych magazynach całego dobytku spadają oczywiście na eksmitowanych. Mało tego, każda eksmisja wydana przez sąd zostaje zapisana w specjalnym rejestrze dostępnym dla właścicieli nieruchomości. W takich sprawach nie przysługuje adwokat z urzędu, dlatego ci niewykształceni, bezradni ludzie nie mają szans w starciu z właścicielem. Spraw o eksmisję jest w sądach tyle, że sędziom brakuje czasu, aby pochylić się nad każdym przypadkiem. To jak taśma w fabryce, praca na akord. A kiedy ma się już taką czarną kartotekę i niewielkie fundusze, szukanie nowego lokum to droga przez mękę. Bohaterki książki potrafiły odwiedzić ponad siedemdziesiąt mieszkań, zanim udało im się wynająć cokolwiek. Kiedy znaleźć na to czas? Zwalniać się z pracy, jeśli się ją ma? Co zrobić w tym czasie z dziećmi? Szukanie trwa jeszcze dłużej, jeśli miasto przemierza się na piechotę. Dlatego eksmitowani często wolą dogadać się z właścicielem i sami opuszczają mieszkanie, co też łączy się z wieloma perturbacjami. Nie zdawałam sobie sprawy z bezmiaru problemów, jakie generują kłopoty mieszkaniowe. Choćby takie - zmiana mieszkania często oznacza nową szkołę dla dziecka i nowe sąsiedztwo. Rwą się więzi koleżeńskie i sąsiedzkie. O zawiązaniu przyjaźni mowy nie ma. Człowiek zawsze jest obcy. A to właśnie dla biednych sieć kontaktów jest bardzo ważna, często ratuje im życie. A co jeśli taka przeprowadzka zdarza się kilka razy w roku? To nie są rzadkie przypadki! Inny problem - zdarza się, że eksmitowani tracą wszystkie swoje rzeczy, cały dorobek życia, pamiątki. Dzieje się tak na przykład wtedy, jeśli nie są w stanie opłacać miejsca w magazynie, gdzie składowany jest ich dobytek. A nie są to małe kwoty. A tym wszystkim kłopotom często towarzyszy jeszcze depresja, czemu doprawdy trudno się dziwić. I bardzo niska samoocena - ci ludzie czują się nikim.

Siłą książki Matthew Desmonda jest to, że łączy w sobie perspektywę pojedynczego, konkretnego człowieka z szerszą, bo  naukową perspektywą socjologiczną. Jego opowieść poparta jest licznymi badaniami, statystykami i pracami socjologicznymi oraz ekonomicznymi. Autor znakomicie uświadamia czytelnikowi cały łańcuch problemów, jaki łączy się  z tym obszarem biedy. O niektórych pisałam przed chwilą, ale jest ich znacznie więcej. Pokazuje też cały system, który niby pomaga ubogim, ale robi to w sposób niewystarczający i często niewłaściwy. Zresztą bardzo łatwo z takiego systemu pomocy wypaść. Wystarczy, że eksmitowany całą swoją energię pożytkuje na znalezienie nowego mieszkania i zwyczajnie zapomina, że powinien się zgłosić w terminie do jakiegoś urzędu, aby pomoc przedłużyć. Za to uwielbiają ten system właściciele nieruchomości, bo dzięki bonom czy dopłatom mają gwarancję, że dostaną swoje pieniądze. Problem w tym, że ubodzy często mają niewiele więcej niż te bony czy dopłaty do czynszu. Autor pokazuje też drogi wyjścia z tej sytuacji - jak stworzyć system pomocy lepszy, efektywniejszy, jak zmniejszać strefę ubóstwa mieszkaniowego. 

Na koniec kilka krótkich informacji, które mnie zbulwersowały i które pokazują bezmiar problemu oraz to, że biednemu zawsze wiatr w oczy, a nad bogatym słońce nie zachodzi. W 2013 roku w Milwaukee co ósma rodzina nie była w stanie samodzielnie płacić czynszu. Trzy na cztery rodziny potrzebujące wsparcia mieszkaniowego nie dostają go. 67 % ubogich nie otrzymuje żadnej pomocy. Paradoksalnie czynsze w gorszych dzielnicach są tylko trochę niższe od tych w lepszych. Paradoks kolejny - stopa zwrotu z nieruchomości w gorszej dzielnicy jest znacznie wyższa niż w lepszej. Dlaczego? Bo czynsz wprawdzie trochę mniejszy, ale podatki, opłaty, cena nieruchomości znacznie niższe. Kiedy lokal zupełnie nie nadaje się już do użytku, zamiast remontować, wystarczy przestać płacić podatek od nieruchomości, a dom za długi przejmuje miasto bez konsekwencji dla właściciela. Właściciel placu z przyczepami, na którym mieszkał autor i niektórzy bohaterowie jego książki, należy do jednego procenta najbogatszych Amerykanów, a większość z jego lokatorów do dziesięciu procentów najuboższych. Jego roczny dochód jest trzydzieści razy wyższy od dochodu jego lokatora pracującego na pełnym etacie za pensję minimalną, a pięćdziesiąt razy wyższy od tego, który żyje z zasiłku. Co roku eksmisje dotykają milionów Amerykanów, najczęściej niebiałych kobiet z dziećmi. Co piąta rodzina ponad połowę dochodów wydaje na czynsz. Kiedy państwo ograniczało pomoc mieszkaniową dla najuboższych, jednocześnie przyznawało coraz większe ulgi właścicielom nieruchomości. W 2008 roku wydatki na pomoc mieszkaniową rządu federalnego wyniosły 40 milionów dolarów, a ulgi podatkowe dla właścicieli nieruchomości 171 miliardów dolarów.
Wystarczy? Jeśli nie, to na koniec cytat.

Ubogie rodziny żyją ponad stan w mieszkaniach, na które ich nie stać. Problem w tym, że to i tak najtańsze lokale na rynku.

Najczęściej mieszkania, o których mowa, to zaniedbane, zdewastowane nory, co zupełnie nie obchodzi ich właścicieli.

Beata Biały "Osiecka. Tego o mnie nie wiecie"

Skusiłam się na książkę Beaty Biały "Osiecka. Tego o mnie nie wiecie" (W.A.B. 2020). Może nie jestem jakoś ogromnie zafascynowana poetką, tak jak autorka, ale to przecież postać nietuzinkowa, jedna z ikon polskiej kultury owiana legendą trochę tragiczną, trochę skandalizującą. Nie sposób nie znać piosenek, do których pisała słowa. Jedną z zalet książki jest to, że aż roi się w niej od cytatów i odniesień do konkretnych utworów, co oczywiste. Agnieszka Osiecka napisała taką masę tekstów, że nie wszystkie bezbłędnie z nią kojarzymy. W trakcie lektury zdarzały się sytuacje, kiedy ze zdumieniem odkrywałam, że jakieś słowa wyszły właśnie spod jej pióra. Bywa odwrotnie, czego dowiedziałam się z rozmowy z jedną z jej przyjaciółek, Magdą Czapińską, która przyzwyczaiła się już do tego, że tekst wielkiego przeboju Maryli Rodowicz Wsiąść do pociągu byle jakiego, do którego to ona napisała słowa, jest bardzo często przypisywany Agnieszce Osieckiej. 

Drugi powód, dla którego sięgnęłam po książkę, to lektura powieści Manueli Gretkowskiej "Poetka i książę" o krótkim, platonicznym romansie Agnieszki Osieckiej z Jerzym Giedroyciem. Warto ją przeczytać nie tylko dlatego, że ciekawa i wiarygodna, bo bazuje na dziennikach poetki i innych dokumentach z jej archiwum, ale można jej lekturę potraktować jako znakomitą zachętę do sięgnięcia po biografię Jerzego Giedroycia, jego listy, przeprowadzane z nim wywiady. To postać arcyważna dla polskiego życia kulturalnego, twórca paryskiej Kultury. Polecam biografię pióra Magdaleny Grochowskiej "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu". 

I wreszcie powód trzeci - od czasu do czasu mam potrzebę lektury lżejszego kalibru. Tak było i teraz. Po reportażu o bezdomności w Stanach musiałam odetchnąć, a książka Beaty Biały znakomicie się do tego nadaje.

Większość rozdziałów to rozmowy z ludźmi, którzy Agnieszkę Osiecką znali, bo albo na jakimś etapie życia byli z nią w bliskich, często przyjacielskich, relacjach, albo z nią współpracowali. Czasem jedno łączyło się z drugim. Wśród rozmówców autorki są między innymi Olga Lipińska, Maryla Rodowicz, Magda Umer, Krystyna Janda, Hanna Bakuła, Dorota Stalińska, Magda Czapińska, Barbara Wrzesińska, Urszula Dudziak, Maria Szabłowska, Daniel Olbrychski, Stan Borys, Jacek Mikuła, Jerzy Satanowski, Janusz Anderman, Andre Ochodlo i wielu innych. Autorka próbuje odpowiedzieć na pytanie, jaka była Agnieszka Osiecka, na czym polegał jej fenomen i tajemnica. Padają pytania o szczęście, nietrwałe związki z mężczyznami, miłość, rodzinę, alkoholizm, macierzyństwo, chorobę, o to, jak pracowała, jaka była dla innych, ale też o jej twórczość. Wyłania się z tych opowieści kobieta nietuzinkowa, fascynująca, niezwykle zdolna i pracowita, ale też dla wielu kontrowersyjna. 

Kontrowersje są związane najczęściej z jej macierzyństwem, z tym, że zostawiła córkę mężowi, którego porzuciła, a sama odeszła do kolejnej miłości, chyba najbardziej tragicznej. No bo o ile nie gorszymy się, kiedy tak postępuje mężczyzna, ba istnieje społeczne przyzwolenie na to, że potem nie tylko tym dzieckiem się nie interesuje, ale nawet go nie utrzymuje, o tyle jeśli to kobieta odchodzi, nie ma przebacz. Rozmówcy Beaty Biały oczywiście jej nie potępiają, starają się zrozumieć i dociec przyczyn, dlaczego tak się stało. Na pewno to jeden z tragicznych rysów życia Agnieszki Osieckiej, bo córkę kochała, miała z nią kontakt, ale jednocześnie nie potrafiła być taką codzienną, zwyczajną matką. Oczywiście nic nie jest proste, istnieje przecież druga strona - dziecko. O tym, jak przeżywała swoje złożone relacje ze sławną mamą, że nie było to łatwe, Agata Passent  mówiła w wielu wywiadach, które można znaleźć w internecie. Nie da się ukryć, że brak matki, jej alkoholizm, który sprawiał, że nie mogła na niej polegać, położył się cieniem na jej dzieciństwie i młodości. To wszystko nie oznacza, że ją potępiła i skreśliła. Największy żal ma o to, że bagatelizowała problem z alkoholem i nie chciała się leczyć. Szkoda tylko, że tego wszystkiego nie dowiedziałam się z książki, bo nie ma w niej wywiadu z Agatą Passent. Dlaczego?     

Inne kontrowersje dotyczą licznych, niestałych związków Agnieszki Osieckiej z mężczyznami. Co ciekawe, to ona zwykle padała ofiarą, cierpiała, musiała się zakochiwać, ale nie umiała zbudować głębszej relacji. Te nieszczęśliwe miłości stawały się potem wspaniałą pożywką dla jej twórczości. Niektórzy rozmówcy wręcz twierdzą, że potrzebowała tej adrenaliny, tego cierpienia, aby pisać, że kreowała swoje życie i przetwarzała je w literaturę. Inaczej nie umiała. O kolejnej kontrowersji już trochę wspominałam. To alkoholizm, który długo był tabu, przerwała je po śmierci matki Agata Passent. Agnieszka Osiecka od dawna miała z nim problem, który szczególnie nasilił się pod koniec życia, kiedy chorowała. Tu pojawia się wielokrotnie stawiane pytanie, dlaczego nie chciała się leczyć. Nie wiedziałam, że miała szansę, gdyby zdecydowała się na operację. Dlaczego tego nie zrobiła? W jednym z wywiadów pada odpowiedź. Przyznam, że ją rozumiem. 

Czego jeszcze dowiadujemy się o Agnieszce Osieckiej? Przede wszystkim była niezwykle zdolna, wierszami trzepała jak z rękawa. Świetna w pracy - szybka, solidna, nie protestowała i nie obrażała się, kiedy proszono ją o poprawki. Chciała, aby jej utwory żyły, aby efekt był widoczny natychmiast, dlatego zdarzało się, że ten sam tekst dawała kilku osobom, kto pierwszy ten lepszy, ona jak najszybciej chciała usłyszeć piosenkę, zobaczyć monodram na podstawie swojego tekstu na deskach sceny. Ale osoby, które o tym mówią w książce, nie mają do  niej żalu. Jeśli miały, to krótko. Lubiła obdarowywać, dzielić się. Zupełnie nie przywiązywała wagi do sfery materialnej. Miała pieniądze, to je wydawała. Nie gromadziła niczego. Zupełnie nie przywiązywała wagi do wyglądu, do stroju, nie potrafiła się ubrać i nie było na to rady, mimo że niektóre przyjaciółki próbowały ją reformować. Interesowała się ludźmi, umiała rozmawiać z każdym, wysłuchać, poświęcić uwagę i zapamiętać rozmowę, aby po jakimś czasie do niej wrócić. Towarzyska, potrzebowała ludzi, ale jednocześnie była samotna, co szczególnie nasiliło się w czasie choroby. Odsuwała się od przyjaciół i znajomych, nie dopuszczała do największej tajemnicy, nie chciała pomocy. Wielu nie zdawało sobie sprawy, jak poważny jest jej stan. Ukrywała swoje pobyty w szpitalu, niemal do końca funkcjonowała normalnie. Smutki i strach przed śmiercią topiła w alkoholu. Czy była szczęśliwa? A kto tak o sobie może powiedzieć? Szczęście to kwestia chwili, najczęściej krótkiej, czasem dłuższej.

Oczywiście mnóstwo w książce anegdot, zabawnych sytuacji. Jeśli czegoś mi brakuje, to, jak już wspominałam, wywiadu z Agatą Passent, która szczerze wypowiadała się w prasie na temat relacji z matką. Chciałabym też przeczytać rozmowę z Karoliną Felberg-Sendecką, która wprawdzie Agnieszki Osieckiej nie znała, ale teraz zajmuje się edycją jej dzienników i powieści. Sama mówi, że wie o jej młodości tak dużo jak nikt. Już po lekturze książki, kiedy, co czasem mi się zdarza, zaczęłam szperać w internecie, natknęłam się na bardzo ciekawy wywiad z nią.  

Mimo tych braków książkę czyta się bardzo dobrze. Nie żałuję, że zdecydowałam się po nią sięgnąć.

Popularne posty