Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

Sylwia Zientek "Blask Montparnasse'u. Artystki i artyści Szkoły Paryskiej"

Wszystkim amatorsko interesującym się malarstwem, wszystkim,

którym wyraz galeria kojarzy się w pierwszym rzędzie z malarstwem albo rzeźbą, a nie z przymiotnikiem handlowa, polecam książkę Sylwii Zientek "Blask Montparnasse'u. Artystki i artyści Szkoły Paryskiej" (Agora 2025). Już wcześniej słyszałam o jej dwóch poprzednich książkach poświęconych malującym albo pozującym kobietom, ale wtedy jakoś się nie skusiłam. Teraz mam już je w swoim czytniku!

Najpierw jednak kilka słów o samej autorce, bo to osoba ciekawa. Niedawno wysłuchałam długiej rozmowy z nią w jednym z podcastów. Z wykształcenia wcale nie jest historyczką sztuki, ale prawniczką. Przez lata pracowała w korporacji, jednak od zawsze chciała pisać. Zaczęła od powieści, których dziś raczej nie ceni. Teraz jej pasją jest malarstwo - w swoich dwóch pierwszych książkach oddaje należne miejsce malarkom, tym znanym i tym, o których zapomniano.  Razem z mężem zaczęła  kolekcjonować sztukę. "Blask Montparnasse'u" to kontynuacja i rozszerzenie tematów podejmowanych w "Polkach na Montparnassie". 

Bo Sylwia Zientek w swojej najnowszej książce zajmuje się zagadnieniem słabo obecnym w powszechnej świadomości, czyli Szkołą Paryską.

Szkoła Paryska była fenomenem na skalę światową. Do tej pory nigdzie, nawet w kosmopolitycznym i wielokulturowym Nowym Jorku, nie uformowała się na taką skalę wspólnota artystyczna skupiająca osoby z różnych krajów, rozmaitego pochodzenia, o zróżnicowanym statusie majątkowym i społecznym, której twórczość zyskałaby rozpoznawalność i uznanie w oczach krytyki oraz szerokiej publiczności.

To jeden z ostatnich akapitów książki. Przyznam, że samo pojęcie gdzieś kiedyś obiło mi się o uszy, ale nigdy nie zgłębiałam tematu. Nie miałam też pojęcia, że wśród przedstawicieli Szkoły Paryskiej są Chagall, Modigliani, Picasso. To najbardziej rozpoznawalne nazwiska. Ale malarzy i malarek tworzących w Paryżu, głównie na Montparnassie, od początku dwudziestego wieku do czasów drugiej wojny światowej, bo to ich określa się tym mianem, były tysiące. O wielu zapomniano, inni nigdy nie odnieśli sukcesu, niektórzy, niegdyś popularni, dziś znów są przypominani.  Są wśród nich takie nazwiska jak Mojżesz Kisling, Mela Muter, Tadeusz Makowski, Chaim Soutine, Eugeniusz Eibisch, Eugeniusz Zak, a to tylko kilka z przewijających się na kartach książki. Przyznam, że wcześniej słyszałam chyba tylko o Kislingu, Muter, a najwięcej o Makowskim i właściwie tylko malarstwo tego ostatniego kojarzyłam. 

Nieprzypadkowo jest tu tyle nazwisk lub imion polskich i żydowskich. Bo to właśnie młodzi ludzie głównie z Europy Wschodniej i Środkowej przybywali tłumnie do Paryża, osiedlali się na Montparnassie, który do czasów pierwszej wojny światowej był dzielnicą podmiejską, gdzie tanio można było wynająć pracownię, i marzyli, aby malować, malować, malować i może osiągnąć sukces. Co ich przyciągało do francuskiej stolicy? Wolność artystyczna i obyczajowa, ale także intensywność życia, rozmach miasta.

W relacjach pierwszego zetknięcia się z paryską metropolią większość artystów Szkoły Paryskiej wymienia słowa "oddech" i "wolność". "W Paryżu poczułem się niczym pies zerwany z uwięzi" - pisał w "Moim życiu" Chagall.

Większość z nich, zanim się przebiła, klepała biedę. Naprawdę trzeba było mieć bardzo dużo samozaparcia, aby żyć w nieopalanych nędznych pracowniach, nie dojadać, a nawet głodować. Artystkom i artystom ze Wschodu nie zawsze było łatwo wtopić się w kulturę francuską, zrozumieć społeczne normy, obyczaje, trudnością była słaba albo żadna znajomość języka, dlatego trzymali się razem. Tak powstała między innymi polska kolonia. 

 Zdecydowanie łatwiej było się asymilować osobom wywodzącym się z rodzin ziemiańskich czy szlacheckich. Znajomość francuskiego zdobywali niejako naturalnie już od dziecka. Francuska kultura była stale obecna w ich rodzinnych domach. Jednak w Paryżu nawet artyści wychowani w takich warunkach odczuwali kompleksy z powodu pochodzenia.

Niektórym nigdy nie udało się zdobyć uznania krytyki i publiczności. Kilku zostało docenionych po śmierci. Malarki i malarze Szkoły Paryskiej nie tworzą jednego kierunku. Jedni fascynowali się kubizmem, inni ekspresjonizmem, fowizmem, jeszcze inni stworzyli własny niepodrabialny styl jak Chagall czy Makowski. W ciągu tych czterdziestu lat zmieniały się przecież mody i nurty. Zmieniał się też sam Montparnasse, który w latach dwudziestych zeszłego wieku stracił swój podmiejski charakter i stał się turystycznym i celebryckim disneylandem. Zmieniało się też nastawienie do artystów. Z jednej strony niektórzy z nich, nieliczni, zyskali status gwiazd, z drugiej im bardziej podnosił głowę nacjonalizm, tym więcej było niezadowolonych, że nie docenia się sztuki francuskiej, tylko jakieś międzynarodowe, często żydowskie, towarzystwo. A i Polacy tworzący w Paryżu polską kolonię nie mieli w swojej ojczyźnie łatwo, bo zarzucano im, że ich sztuka nie jest narodowa, tylko kosmopolityczna.

Książkę Sylwii Zientek czyta się znakomicie. Rozdziały opowiadające o codziennym życiu artystek i artystów, o dzielnicy, o tym, jak mieszkali, jak żyli, o knajpach, w których się spotykali, przeplatają się z rozdziałami poświęconymi konkretnym malarkom lub malarzom, ale także modelkom czy najbardziej zasłużonym marchandom, w tym Leopoldowi Zborowskiemu. Autorka opuszcza ich, aby w kolejnych częściach książki do nich wrócić i dopowiedzieć ich losy. Dużo miejsca poświęca kobietom, których do Paryża przybywało bardzo dużo.  

Tu (...) [mogły] swobodnie przemieszczać się po wielkim mieście, przysiąść w kawiarni, pójść do teatru, na koncert czy na jeden z wielu darmowych wykładów. (...) Dla kobiet Paryż był przede wszystkim oazą wolności.  

I to niezależnie od stanu cywilnego! 

Wielką zaletą "Blasku Montparnasse'u" jest właśnie to połączenie historii  konkretnych postaci z tego artystycznego świata, możliwość odkrycia wielu nowych nazwisk z opowieścią o dzielnicy, o przemianach, jakim podlegała jej tkanka i ten artystyczny tygiel.

James Baldwin "Mój Giovanni"

"Mój Giovanni" (Karakter 2024; przełożył Andrzej Selerowicz) to

moje trzecie spotkanie z tym amerykańskim pisarzem. Kilka lat temu po obejrzeniu ekranizacji sięgnęłam po powieść "Gdyby ulica Beale umiała mówić", a potem odpadłam od zbioru esejów wydanych też przez Karakter i nigdy już do niego nie wróciłam.

Akcja "Mojego Giovanniego" toczy się w powojennym Paryżu, chociaż muszę uczciwie przyznać, że trudno szukać w powieści jakichś odniesień do czasu zdarzeń. David, Amerykanin, wspomina historię swojej znajomości z Giovannim, młodym Włochem, którego poznał, gdy ten pracował w jednym z paryskich nocnych barów. W tym czasie dziewczyna Davida, Hella, podróżowała po Hiszpanii, bo chciała zastanowić się nad przyszłością ich związku. Ta znajomość bardzo zaważy na życiu tych trojga. 

Zacznę od tego, co może najmniej istotne - powieść Jamesa Baldwina przypominała mi trochę moją ulubioną książkę Ernesta Hemingwaya "Słońce też wschodzi", która ukazała się jakiś czas temu w nowym tłumaczeniu pod tytułem "Słońce zaś wschodzi" i przyznam, że  tej zmiany nie rozumiem. Tu dygresja, żeby się przekonać, czy tę powieść nadal mogłabym zaliczyć do tej kategorii, musiałabym ją jeszcze raz przeczytać, bo moje ponowne lektury książek Hemingwaya kończyły się różnymi wnioskami. Ale do rzeczy - to podobieństwo zasadza się na tym, że bohaterowie spędzają sporo czasu, wędrując po Paryżu i zaglądając do knajp. Żyją jak niebieskie ptaki, szczególnie David. Jest i drugie skojarzenie z Hemingwayem, tym razem mniej pozytywne - w pewnym momencie miałam wrażenie miałkości tych rozmów, które toczyły się w zadymionych barach. Poczułam się rozczarowana. Szybko jednak okazało się, że niesłusznie. 

"Mój Giovanni" jest dla mnie interesujący z trzech powodów. Pierwszy, to poszukiwanie własnej tożsamości przez Davida. Tu będę pisała wprost, bo z opisu wydawcy można się domyślić, że pod nieobecność Helli główny bohater nawiązuje romans z Giovannim. Raz jeden w czasach szkolnych przydarzyła mu się podobna historia, ale skrzętnie ją ukrył i wyparł. W Paryżu, gdzie czuł się swobodnie, bo nikt go bliżej nie znał, no i obracał się w towarzystwie młodych chłopaków, którzy za pieniądze sprzedawali się starym bogatym gejom (w tamtych czasach oni oczywiście używali słów cioty albo pedały), uległ melancholijnemu urokowi Giovanniego i pozwolił mu się uwieść. Szybko stał się dla niego bardzo ważny, pokochał go. Ale była przecież Hella. Czy David postawi sprawę jasno i wybierze Giovanniego? Czy będzie miał odwagę nie wstydzić się i asekurować

... jakieś wewnętrzne głosy napominały mnie: Wstyd! Wstyd! Tak nagle, w tak obrzydliwy sposób wplątać się z jakimś chłopcem.

 W każdym razie cokolwiek zrobiłem, wciąż tkwiło we mnie jakieś inne "ja", osłupiałe i zmartwiałe ze strachu przed życiem. Giovanni rozbudził we mnie pożądanie, uwolnił mnie od zmartwień. 

Czy możliwa jest ich wspólna przyszłość? I jak miałaby wyglądać, skoro obaj są bez grosza? Czy David wie, kim jest? Z kim chce być? Z Hellą czy z Giovannim?

Zwierzę, które obudził we mnie Giovanni, już nigdy nie zaśnie. Lecz któregoś dnia nie będzie już przy mnie Giovanniego. A wtedy - czy będę wtedy jak inni biegać za wszystkimi możliwymi chłopakami po Bóg wie jakich ciemnych ulicach, po jakichś mrocznych zaułkach?

Nawet w takim społeczeństwie jak francuskie mogliby być razem tylko dlatego, bo znajdowali się na marginesie - cudzoziemcy, niebieskie ptaki. Gdyby jednak byli ludźmi poważnymi i poważanymi, na stanowiskach, musieliby swoje prawdziwe ja ukrywać, chociaż homoseksualizm we Francji już nie był karany, podczas gdy w wielu innych krajach nadal jeszcze można było trafić do więzienia.

Kolejny powód, dla którego ta powieść nie pozostawiła mnie obojętną, to problem winy. Tu znowu zmuszona jestem do pisania o tym w formie pytań, bo więcej zdradzić nie mogę. Wprawdzie pewne sugestie, jak skończyła się ta historia, pojawiają się dość wcześnie, ale są na tyle niewyraźne, że dopiero znacznie później dowiadujemy się, co się wydarzyło. Czy David jest odpowiedzialny za to, co stało się z Giovannim? A jeśli tak, to w jakim stopniu? To kluczowe pytanie  tej powieści.

No i jest jeszcze jedna kwestia, która zwróciła moją uwagę i która wydaje się ponadczasowa, a może nawet ważniejsza teraz niż wtedy, kiedy powieść się ukazała. To kwestia klasy. W tamtych czasach na pewno na pierwszy plan wysuwały się problemy Davida zmagającego się z własną tożsamością. Dla mnie bardzo poruszająca była sytuacja Giovanniego i chłopaków takich jak on, którzy przybyli do Paryża, ale to miasto ich nie potrzebowało i odrzucało. Giovanni, który przyjechał do Francji z Włoch, z trudem utrzymuje się na powierzchni. Nawet kiedy ma pracę w barze, to i tak skazany jest na wynajmowanie nędznego pokoju na obrzeżach. Jest uzależniony od widzimisię właściciela traktującego go bardzo instrumentalnie. Tacy młodzi mężczyźni bez pieniędzy stają się łatwym łupem tych bogatych starych i najczęściej obleśnych ciot. Przynajmniej taki ich obraz odnajdujemy w powieści. Jakże inny od tego z książki chilijskiego pisarza, Pedro Lemebela, "Drżę o ciebie matadorze", która mnie olśniła. Czy tacy ludzie jak Giovanni mają jakąś szansę? Czy mają przed sobą jakąś przyszłość? Czy skazani są na dryfowanie, uzależnienie od pańskiej łaski, która na pstrym koniu jeździ? Co musieliby zrobić, aby ułożyć sobie życie? W kluczowym momencie to, że Giovanni jest cudzoziemcem, stanie się orężem w dłoniach tych umoszczonych  w mieszczańskim Paryżu mężczyzn, którzy skrzętnie ukrywają swoje tajemnice. To będzie tarcza, za którą będą mogli się skryć, przybierając maski szacownych mężów i ojców. Nikt też, poza Davidem, nie będzie roztkliwiał się nad Giovannim, wnikał w jego motywacje. Teraz nasunęło mi się skojarzenie ze sprawą Dreyfusa, na którego łatwo dało się zrzucić winę, bo był Żydem, obcym. Co prawda doszukiwanie się podobieństwa obu przypadków nie jest do końca uprawnione, ale mechanizm odrzucania i oczerniania obcego jest ten sam.

Na koniec dodam jeszcze, że bardzo ciekawa jest historia tłumaczenia tej powieści przez Andrzeja Selerowicza, o czym dowiadujemy się z jego posłowia.

"Eastern boys"

Wreszcie w kinie. Wiosna jakoś nie rozpieszcza mnie filmowo. Mało interesujących propozycji, a i czas miałam trudny, chociaż na coś wartego uwagi zawsze znajdę ochotę i siłę. Dlatego cieszy każdy wart obejrzenia film. Wybrałam się do kina na "Eastern boys", francuski obraz, który zwyciężył na tegorocznym krakowskim festiwalu Off Plus Kamera, a i w Wenecji zdobył nagrodę w jednej z sekcji. Rzeczywiście bardzo ciekawy film, chociaż na pewno nie dla miłośników kina szybkiej akcji. Opowieść o mieszkających w Paryżu imigrantach z obszaru dawnego Związku Radzieckiego i o Danielu, dobrze sytuowanym przedstawicielu klasy średniej, toczy się w dużej części niespiesznie, momentami może nawet nużyć, bo reżyser nieco ponad miarę przeciąga niektóre sceny, a przy tym opowiadana jest dość ascetycznie. Początek przypomina wręcz dokument. Film rozwija się w sposób bardzo zaskakujący, kilkakrotnie zwodzi widza, robiąc fabularną woltę. Nie jest to kino tylko społeczne, chociaż wątek imigrancki dominuje. Oglądamy też historię pokomplikowanych relacji między dwoma mężczyznami, które ewoluują w dość nieoczekiwany sposób. To, co na ekranie, bywa nieprzyjemne, drażniące, niepokojące. W każdym razie nie pozostawia widza obojętnym. Na pewno ciekawa propozycja. Polecam, a jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Jak pisałam we wstępie, film meandruje. Początkowo na pierwszy plan wysuwa się problem społeczny, gdy nagle ważniejsza staje się historia osobista. Ale i ona najpierw pokazywana jest bardziej psychologicznie, a potem nieoczekiwanie przemienia się w kino akcji. Niektórych niezdecydowanie reżysera, w jakim kierunku jego film ma podążać, może razić, mnie nie przeszkadza. To rozdarcie jest chyba zamierzone, o czym świadczyłby podział filmu na cztery rozdziały.

Zacznę od wątku społecznego, który mnie chyba nieco bardziej zainteresował. Piszę społecznego, ale opowieść o imigrantach  potraktowana tu została raczej symbolicznie, metaforycznie. Nie jest to kino interwencyjne, społeczne w dosłownym tego słowa znaczeniu. Reżyser zderza ze sobą bogatą, cywilizowaną Francję, a może Zachód, z barbarią ze Wschodu. Dla Daniela, zamożnego przedstawiciela francuskiej klasy średniej, wszyscy ci eastern boys, chłopcy ze Wschodu, których widuje na dworcu a potem spotyka w swoim mieszkaniu, są jednakowi. Nie odróżnia ich narodowości, imion, nie zna ich historii, nie wie, gdzie i jak żyją, jak sobie radzą. Ale czy my odróżniamy? Czy coś o nich chcemy wiedzieć? W tym sensie są niewidzialni. Można ich bezkarnie wykorzystać. Ale istnieje przecież druga strona medalu. Te ofiary Zachodu, który ich nie chce, i Wschodu, który ich wypluł, potrafią też uprzykrzyć życie. Kradną, co świetnie pokazuje przypominający dokument pierwszy rozdział filmu. Są bezczelni, bezkarni i pewni siebie. Bywają też prawdziwie niebezpieczni, o czym Daniel przekona się dość boleśnie. Chociaż w sprytnie zastawioną pułapkę wpadł na własne życzenie, trudno mu nie współczuć. Trudno też polubić i rozgrzeszyć jego prześladowców, którzy zachowują się wyzywająco, prowokująco i bez żenady na oczach osłupiałego właściciela zabierają z mieszkania wszystko, co cenne a on przygląda się temu biernie. Nie wie, jak się zachować, co też chyba należy traktować metaforycznie. Dopiero później pojawi się refleksja i pytanie o przyczynę. Dlaczego tacy są? Dlaczego w ogóle tu są? Jak można problem rozwiązać? Czy w ogóle można? Kiedy Daniel lepiej pozna Marka, a właściwie Rusłana, dowie się, jaka historia za nim stoi, zrozumie, że i on jest w pułapce, zależny od szefa gangu. Z jednej strony sytuacja zmusza go do takiego życia, z drugiej grupa daje mu oparcie, stanowi namiastkę rodziny. Dzięki tym chłopakom ze Wschodu w obcym świecie może czuć się jak wśród swoich. Innej drogi nie widzi, a może nie chce jej szukać. Tak jest po prostu łatwiej.

Jak pisałam, nie jest to kino społeczne, dlatego o bohaterach wiemy tak naprawdę niewiele. Historia Rusłana to raczej klisza niż pełnokrwista, wzruszająca opowieść. Wojna w Czeczenii, śmierć rodziców, tylko tyle. Rusłanowi się uda. Daniel, który początkowo go wykorzystuje, potem chce dać mu szansę na normalne życie. Ratuje tego jednego chłopaka, ale nie może przecież uratować wszystkich. Ten szlachetny czyn ma jednak drugą stronę medalu. Pomagając mu, pogrąża przy okazji innych. I nie myślę tu o niewzbudzających sympatii członkach gangu, ale o imigrantach z Azji, którzy też wpadają w czasie policyjnej akcji. Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że autorzy filmu pokazują różne oblicza imigracji. Są ci tytułowi chłopcy ze Wschodu, gangsterzy, ale jest też Tajka, która sprząta mieszkanie Daniela. Kiedy spotyka w nim Rusłana, oboje patrzą na siebie wilkiem. I ona też pozostaje anonimowa. Daniel na pewno nic o niej nie wie. Może mieszka w podobnym hotelu? Jest wreszcie czarnoskóra recepcjonistka, pewnie córka imigrantów, już bardziej stąd. Stoi na straży francuskiego porządku.

Równie ważny jest oczywiście wątek osobisty. Relacja Daniela i Rusłana, która zaczyna się tak niefortunnie, a potem daje każdemu z nich szansę, aby stać się kimś lepszym. Daniel, który najpierw traktuje chłopaka jak obiekt seksualny, być może nie pierwszy raz to robi, potem dorasta do roli ojca? opiekuna? Jeśli dobrze przyjrzeć się temu, co dzieje się między nimi, od początku widać, że mężczyzna pragnie czułości, bliższej relacji. Niewiele wiemy o jego życiu. Raczej domyślamy się, że być może ciągnie się za nim jakaś nieszczęśliwa historia osobista, stąd pragnienie bliskości. Ale równie dobrze mogło się ono obudzić dopiero teraz. Może Rusłan wniósł w sterylne, chłodne życie Daniela coś ważnego? Początkowo chłopak jest oschły, po prostu sprzedaje swoje ciało, nawet nie udaje zainteresowania. To, co  dzieje się między nimi,  naprawdę przygnębia. Żałosny seks za pieniądze. To Daniel prosi o coś więcej niż tylko szybki numerek. Z czasem Rusłan zaczyna się zmieniać. Budzą się w nim pragnienia i to on poczuje się odtrącony, kiedy jego sponsor ostudzi relację między nimi. Może nie wierzył, że inny układ jest możliwy?

Pozostaje oczywiście pytanie o psychologiczną prawdę. Czy taka przemiana od seksu do relacji ojciec - syn jest w ogóle możliwa? Nie wiem. Być może na tym polega słabość tego filmu, który nad zawiłościami ludzkiej duszy nie bardzo się pochyla. (Pewnie dlatego zagadką pozostaje przyczyna rozpaczy szefa gangu po stracie Rusłana.) Ale może nie o psychologiczną prawdę tu chodzi? Kiedy Daniel dostrzeże w chłopaku ze Wschodu człowieka, zbudzi się w nim poczucie odpowiedzialności za jego los.

Gyorgy Spiro "Mesjasze"

Mam w domu ładnie oprawiony zeszyt, w którym notuję sobie to, co nie powinno wylecieć z pamięci. Od bzdur takich jak godzina odjazdu autobusu do notatek z lektur. Ale są w tym pięknym zeszycie (naprawdę ma bardzo ładną oprawę z jakiejś materii) specjalne kartki, na których zapisuję książki, które będę chciała kupić i przeczytać. Tytułów przybywa szybciej niż ubywa, dlatego niektóre pewnie nigdy nie znajdą się na moim regale. Czas płynie, pojawiają się nowe, a mnie przechodzi ochota na to, co zainteresowało mnie kiedyś. Można powiedzieć, że czas weryfikuje moje plany lekturowe. Ale przecież nie jest tak, że wszystko, co znalazło się na tych stronach dawniej, odchodzi w niepamięć. Od czasu do czasu sięgam po coś z początków tej listy. Tak było i tym razem. Powieść węgierskiego pisarza Gyorgy Spiro "Mesjasze" (W.A.B. 2009; przełożyła Elżbieta Cygielska) znalazła się na niej, kiedy tylko stała się głośna. Miała znakomite recenzje, dostała Angelusa za rok 2009 (przypominam niestrudzenie: nagroda dla pisarzy z Europy Środkowo-Wschodniej), nic dziwnego, że zawsze miałam ją w swoich czytelniczych planach. Może jeszcze długo bym tylko miała, gdybym nie przeczytała, że w marcu wyjdzie kolejna powieść węgierskiego pisarza, też podobno znakomita. Wspominał o tym w artykule Krzysztof Varga, znawca Węgier i wszystkiego, co stamtąd, kiedy całkiem niedawno narzekał, że Sandor Marai, skądinąd wybitny pisarz, wyparł w Polsce innych równie ważnych węgierskich autorów. Jak to często bywa w moim przypadku, zadziałał impuls, powieść kupiłam i nie odkładając na półkę, niezwłocznie zabrałam się do lektury i ... Najczęściej kiedy tak piszę, w tym miejscu następują zachwyty, ale nie tym razem. Nie żałuję, że po powieść sięgnęłam, ale olśnienia nie przeżyłam. Może miałam zbyt wielkie oczekiwania, a może jednak to sprawa tekstu. To, że powieść jest opasła (osiemset stron drobnym drukiem), nie ma dla mnie znaczenia, to, że jest bez dialogów, również. Z jakiegoś jednak powodu książka nie jest łatwa w czytaniu. I to także nie powinno być przeszkodą, bo jestem wyznawczynią poglądu, że lektura ma prawo być i trudna, i dotkliwa, i stawiać czytelnikowi wymagania. Ta bywa jednak zwyczajnie żmudna, a miejscami nawet nudna. Chyba towarzyszyło mi poczucie, że ten sam temat mógłby się stać zaczynem rzeczywiście fascynującej epickiej powieści. A może należy do tej lektury podejść inaczej? Może należy sobie zadać pytanie, czy "Mesjasze" są rzeczywiście powieścią? W dużej mierze tak, ale nie tylko. Bardzo często Spiro rozbija powieściowe ramy, narratora zastępuje sam autor, pisze o swoich badaniach związanych z tematem, wybiega w przyszłość, nie ukrywając, że ją zna (znamy ją wszyscy), rozbija linearny tok narracji i robi to nie jak pisarz, bardziej jak historyk? dokumentalista?, od czasu do czasu cytuje dokumenty z epoki, zastanawia się, jak było naprawdę, a niekiedy, jeśli źródła zawodzą, puszcza wodze pisarskiej wyobraźni, o czym lojalnie czytelnika uprzedza. Może gdybym od razu to wszystko wiedziała i podeszła do tej książki jak do próby odtworzenia tamtych wydarzeń, potraktowała ją jak coś w rodzaju zbiorowego, dokumentalno-historycznego portretu pewnego środowiska, jak książkę bardziej historyczną niż beletrystyczną (nie, tak jednak się nie da), może wtedy bym się nie rozczarowała? Może należało wspomnieć "Żmut" Rymkiewicza, bo, o ile pamiętam, technika pisarska nieco podobna. Biorąc jednak kiedyś do ręki wspomniany "Żmut", wiedziałam, że nie sięgam po powieść. Wiedziałam, że Rymkiewicz na podstawie lektury listów, dokumentów i różnych źródeł odtworzył młodość Mickiewicza i postawił śmiałą tezę, że autor "Pana Tadeusza" z wydatną pomocą przyjaciół pracowicie stworzył swoją legendę nieszczęśliwie zakochanego poety porzuconego przez ukochaną Marylę, a według autora fakty były o wiele bardziej prozaiczne (jakie, nie zdradzę,  kto ciekaw, niech sięgnie po książkę Rymkiewicza, która kiedyś bardzo mi się podobała). Ale dość o "Żmucie", czas wrócić do "Mesjaszy".
Książkę Rymkiewicza, która przed wielu laty była szeroko komentowana, przywołałam nieprzypadkowo. Otóż powieść węgierskiego pisarza opowiada o środowisku wielkiej emigracji, głównie paryskiej. Bohaterami są postacie autentyczne. Któż nie pojawia się na jej kartach: Mickiewicz, Zan, Goszczyński, Januszkiewicz, Towiański, Celina, Ksawera Deybel, także Słowacki a nawet Norwid. Jest też cała masa postaci mniej znanych na przykład Nabielak, którego ulica znajduje się niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Dotąd nie miałam pojęcia, kim był, a tu proszę, dzięki tej powieści Nabielak staje się nie tylko patronem ulicy, ale żywym człowiekiem. Takich postaci przez karty książki przewija się mnóstwo, a autor opowiada ich ciekawe historie w formie zwięzłych życiorysów, rozbijając tym powieściową narrację, o czym już wspominałam. Spiro zastanawia się w swojej powieści, jak to było możliwe, że nagle wśród emigrantów znalazła się spora grupa, około sześćdziesięciu osób, która uwierzyła, że na ziemi pojawił się Chrystus w osobie Andrzeja Towiańskiego. Powstała sekta gotowa nawracać nie tylko Polaków, Francuzów, Żydów, ale nawet samego papieża, a potem cara! Autor pokazuje ich początkowy entuzjazm niesiony wiarą, że Polska odzyska niepodległość, co przepowiadał Mistrz (Towiański), i zniechęcenie spowodowane stopniową utratą złudzeń. Mijają lata, nie udało się nawrócić papieża, tym bardziej cara, przez Europę przetoczyła się Wiosna Ludów, przez Francję kolejna rewolucja, a Polacy nie odzyskali niepodległości. Emigranci pędzą swój, najczęściej nędzny, żywot na coraz mniej łaskawym francuskim chlebie, grzęzną w swarach, kłótniach i intrygach. Wielką wartością powieści Spiro jest odtworzenie tamtego czasu. Pokazuje beznadzieję życia na emigracji. Zaczyna od ich triumfalnego przemarszu przez Europę, aby potem pokazać, jak rozwiewają się złudzenia i nadzieje. Emigranci są balastem dla Francuzów, trzeba ich przyjąć, jakoś pomóc, ale co dalej, nie wiadomo. Dlatego większość bieduje, żyje z marnego żołdu, nie dojadając, gnieżdżąc się na nieopalanych mansardach paryskich kamienic, wielu nigdy nie nauczyło się porządnie francuskiego. Intrygują, kłócą się, zwalczają. Są jak współcześni imigranci z krajów ogarniętych wojnami albo toczonych przez biedę. Bardzo smutny to obraz. Kolejna wartość "Mesjaszy" to opowieść o tym okresie życia Mickiewicza, który w powszechnej świadomości znany jest najsłabiej, pewnie dlatego, że od czasu "Pana Tadeusza" poeta nie napisał już nic, co zapisałoby się w powszechnej świadomości. Spiro opowiada o charyzmie, jaką się cieszył, ale i o niechęci, jaką budził. O jego wykładach w College de France, o wydawanej przez krótki czas gazecie "Trybuna Ludów", o stworzeniu Legionu w czasie Wiosny Ludów, a potem próbie powtórzenia tego w Imperium Osmańskim w czasie konfliktu rosyjsko-tureckiego. Niemało miejsca zajmuje też historia osobista poety. Ale przede wszystkim jest to opowieść o roli, jaką odegrał w sekcie Towiańskiego. Wszystko to zresztą ze sobą ściśle się łączy. Hasła, które kołaczą się w głowie od czasów edukacji szkolnej ("Trybuna Ludów", Legion, towiańszczyzna, mesjanizm, śmierć w Konstantynopolu), otrzymują tutaj konkretny wymiar, stają się żywe. Autor powieści odzyskuje dla czytelnika ten okres z życia poety, nasycając go barwami.
Wbrew temu, co można by sądzić, głównym bohaterem powieści nie jest Mickiewicz, lecz niejaki Gerszon Ram (postać autentyczna), który przybywa do Paryża z Wilna wezwany przez  Towiańskiego (jest jednym z pierwszych jego uczniów i fanatycznym wyznawcą). Mistrz przeznaczył mu zadanie specjalne: ma nawrócić Żydów, bo sam nim jest. Ale zanim uda się do Jerozolimy i podejmie straceńczą misję, pędzi beznadziejny żywot w Paryżu, doświadczając na własnej skórze emigranckich waśni. Potem to jemu właśnie Mistrz wyznacza misję specjalną: ma dostać się przed oblicze papieża, aby w jego imieniu nawrócić go. Dość dokładnie przedstawione starania budzą litość przemieszaną ze śmiechem. Podobnie zresztą jak inne działania towiańczyków. Ram to postać trochę tragiczna (Żyd, a więc traktowany często nieufnie i niechętnie, ale zazdrośnie, bo bardzo blisko Mistrza; młodszy od pozostałych, więc nie walczył w Powstaniu, co jest powodem kompleksów; gotów znosić poniewierkę i wykonać każde zadanie postawione mu przez Towiańskiego), trochę śmieszna, ale jednocześnie jest w nim siła, moc, hart ducha. Kiedy otrząśnie się z fascynacji Towiańskim i jego naukami (wielu nie zrobiło tego nigdy), powoli dzięki pracy i sprytowi stanie na nogi.
Czas zmierzać do końca, czas na ostatnie refleksje. Spiro traktuje towiańczyków bez zbytniego nabożeństwa. Pokazuje przyczyny zjawiska, tragedię tych ludzi, ale i ich małość, śmieszność wynikającą z naiwności. Rozbijanie ram powieści pozwala mu spojrzeć na ich losy z szerszej, historiozoficznej perspektywy. Uświadamia, jaką igraszką byli w rękach polityków, także kościelnych. Ujawnia polityczne interesy i intrygi, jakie rozgrywały się za ich plecami. Byli pionkami poruszanymi przez wielkich tego świata, igraszką w dziejach, a żywili przekonanie, że coś znaczą i wiele mogą. Kiedy Ram sądzi, że udało mu się dostać wreszcie przed oblicze papieża dzięki swojej determinacji i modlitwie, Spiro rozwiewa te złudzenia, pokazując, jaka gra watykańskich interesów do tego doprowadziła. Kiedy Ram jest przekonany, że wywarł wielkie wrażenie na papieżu, czytelnik natychmiast dowiaduje się, że został potraktowany jak nieszkodliwy wariat, którego trzeba było wysłuchać i jakoś się pozbyć. Smutek i tragizm są tu jednak zastąpione tragiczną ironią, na którą w odautorskich komentarzach pozwala sobie od czasu do czasu Spiro. Jest w tej powieści wiele momentów autentycznie śmiesznych. Na przykład opowieść o tym, jak bracia towiańczycy mają obowiązek spowiadać jeden drugiego raz w tygodniu, w dodatku w obecności pozostałych. Biedacy, głowią się, jakie grzechy wymyslić, aby zadowolić surowego spowiednika, bo  tylko wtedy możliwe było rozgrzeszenie. Albo podróż wygnanego Towiańskiego przez Rzym, na osiołku.
Czytać czy nie czytać "Mesjaszy"? Każdy czytelnik musi rozstrzygnąć to sam. Ja mimo trudu i zmęczenia lekturą nie żałuję. W końcu najczęściej jednak, kiedy brałam do ręki książkę, bywało, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślę, że dam szansę węgierskiemu autorowi i sięgnę po "Iksów", tym bardziej, że temat lżejszy. Jest to  opowieść o Wojciechu Bogusławskim, który w 1815 roku przybywa do Warszawy i chce objąć stanowisko dyrektora teatru.

"O północy w Paryżu", czyli najsłabszy Allen od lat.

Nie, to nie pomyłka. Pozwoliłam tu sobie sparafrazować tytuł recenzji Pawła T.Felisa z Gazety Wyborczej, aby dobitniej podkreślić rozczarowanie najnowszym filmem mojego ukochanego reżysera! Pewnie tym większe, że spodziewałam się czegoś znakomitego. Przecież wszystkie media pieją z zachwytu. Przez chwilę pomyślałam nawet, że może to ze mną jest coś nie tak, może po prostu czegoś nie zrozumiałam. Trudno, cóż poradzę na to, że nie zachwyca, mimo że powinien. Historia Gila, amerykańskiego scenarzysty marzącego o napisaniu powieści, który wraz z narzeczoną i jej rodzicami spędza wakacje w Paryżu, wydała mi się potwornie błaha. Powiem szczerze, że w pewnym momencie ze zgrozą poczułam ogarniającą mnie nudę! Nudzić się na Woodym Allenie?! Niewiarygodne! Potem to uczucie minęło, ale to nie przesłania ogólnego wrażenia. Brakuje mi w najnowszym filmie Allena dowcipu, ironii, sarkazmu, złośliwości, świetnych dialogów, wyrazistych bohaterów, z których reżyser kpi, ale których jednocześnie lubi. Rozumiem, dlaczego "O północy w Paryżu" cieszy się taką popularnością (nawet w dzień powszedni sala wypełniona była po brzegi). To po prostu taki rodzaj kina, który niesie miłą rozrywkę na odpowiednim poziomie, a wisienką na torcie jest Paryż, na który zawsze patrzy się z przyjemnością. No i naszą próżność przyjemnie łechce fakt, że to film nie byle kogo, ale samego Woody Allena. Ja jednak należę do tych miłośników jego kina, których reżyser dawnymi amerykańskimi filmami przyzwyczaił do czegoś znacznie więcej niż tylko miła rozrywka! Niektóre z jego obrazów widziałam kilka razy i wiem, że jeszcze obejrzę! Wielka szkoda, że tylko ich wspomnienie musi mi wystarczyć! Ale dość pastwienia się. Jak zwykle tych, którzy już widzieli, zapraszam do przeczytania ciągu dalszego. A kto nie widział, mimo wszystko zobaczyć powinien, bo Woody Allen należy do tych reżyserów, którym się wiernie kibicuje, nawet jeśli są w słabszej formie.

Właściwie o czym tu pisać? Zastanawiałam się nawet, czy dzielić ten wpis tak, jak zazwyczaj robię, gdy snuję swoje refleksje o kinie. Trudno jednak byłoby się odnieść do filmu bez zdradzania treści, a to byłoby karygodne, gdyż cały jego sens zasadza się na pomyśle wędrówki w czasie. Sam koncept jest rzeczywiście miły i zaskakujący tym bardziej, że twórca zetknął swojego bohatera, Gila, z autentycznymi postaciami ze świata sztuki. Zabawnie jest śledzić te spotkania, patrzeć, jak Allen prowadzi grę z widzem, pytając: a wiesz kim był Buniuel? a znasz jego filmy? I tak dalej, i tak dalej. Te światy przenikają się i wzajemnie na siebie wpływają. Raz Gertruda Stein recenzuje powieść Gila, który dzięki niej wprowadza poprawki, innym razem to on stara się podrzucić pomysł Buniuelowi (nie będę udawała, że wiem, o jaki film chodzi; cóż, przyznaję, że w zasadzie nie znam jego twórczości), jeszcze kiedy indziej dzięki zdobytym informacjom Gil może utrzeć nosa zarozumiałemu sztywniakowi Paulowi, który bardzo imponuje jego narzeczonej. Pomysł jest więc ciekawy, gorzej z wykonaniem.

Niby dostajemy tu to, co tak lubimy u Woody Allena. Głównego bohatera, niespełnionego artystę, który pogardza swoim dotychczasowym popłatnym zajęciem i marzy o zostaniu prawdziwym pisarzem, najlepiej w Paryżu. Jego nie najmądrzejszą narzeczoną, Inez, która niby go docenia, ale naprawdę imponuje jej przemądrzały Paul znający się na wszystkim najlepiej. Jej obrzydliwie bogatych i konserwatywnych rodziców sympatyzujących z Tea Party, którzy w gruncie rzeczy ledwie swojego zięcia tolerują. Wszyscy nie szczędzą sobie nawzajem złośliwości. To bywa dowcipne, ale tylko czasami. Na tym według mnie polega problem tego filmu. Wszystko, poza pomysłem, jest tu na pół gwizdka. Przyjdzie mi powtórzyć to, co napisałam we wstępie: mało wyraziste postacie, mało dowcipu, ironii, nie tak inteligentne i błyskotliwe dialogi jak dawniej. Nie będę ciągnąć dalej i przepisywać uwag ze wstępu. Ośmieszanie klisz, że Paryż to inspiracja dla artystów, kpienie z konserwatywnych, amerykańskich buraków i zarozumiałych intelektualistów to za mało. Nie wystarczy okrasić tego myślą, jak złudne jest przekonanie, że współczesność nie dorasta do pięt przeszłości. Wszystko już było, więc jeśli pokazane zostanie mdło, nie rozśmieszy, nie zakpi albo nie rozzłości, to pozostanie tylko banałem. I tak odbieram, niestety, najnowszy film mojego ukochanego Woody Allena.

A zaraz po opublikowaniu tej notki rzucam się na recenzje (odkąd prowadzę blog, nie czytam wcześniej niczego na temat tego, o czym piszę), aby przekonać się, czym tak zachwycił innych ten film. Być może przyjdzie mi się spalić ze wstydu, gdyż moim małym rozumkiem nie dostrzegłam arcydzieła w arcydziele! Cóż, każdy ma prawo do swojej oceny. 

I na koniec jeszcze jedna uwaga. W zeszłym tygodniu przypomniałam sobie dwa spośród ostatnich filmów Allena: "Vicky, Christina, Barcelona" i "Spotkasz przystojnego bruneta". Po ponownym obejrzeniu ten ostatni zyskał w moich oczach, a mniej więcej rok temu też się tu nad nim nieco pastwiłam. Dziś wydał mi się lepszy, trochę w duchu amerykańskich filmów reżysera. Być może za jakiś czas i "O północy w Paryżu" uznam za dużo błyskotliwszy i ciekawszy? Któż to wie? Zobaczymy. Na razie jednak nie kryję swojego wielkiego rozczarowania!

Popularne posty