Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemoc. Pokaż wszystkie posty

"Pan T"

Od gdyńskiego festiwalu było dla mnie oczywiste, że wybiorę się do kina na "Pana T" Marcina Krzyształowicza, autora znakomitej "Obławy" i rozczarowującej, nieudanej "Pani z przedszkola". Najnowszy film już po Gdyni zbierał znakomite recenzje, mówiło się o świetnej roli Pawła Wilczaka, który jednak nagrody nie dostał, ale trzeba przyznać, że konkurencja w tej kategorii była w tym roku wyjątkowo silna. Wystarczy wspomnieć, że z niczym wyjechał rewelacyjny, charyzmatyczny Bartosz Bielenia grający główną rolę w filmie Jana Komasy "Boże Ciało". Za to nagrodzono Sebastiana Stankiewicza za drugoplanową rolę męską. 

Jakiś czas przed premierą ze zdumieniem przeczytałam o awanturze pomiędzy twórcami, a synem Leopolda Tyrmanda. Dlatego film rozpoczyna informacja, że historia nie jest biografią konkretnej osoby. Nie mnie rozstrzygać spory prawne i osądzać, kto mówi prawdę, a kto kłamie. Zostawiam więc oczywiste aluzje do Tyrmanda i zajmę się tylko filmem, który póki co można swobodnie oglądać na ekranach kin, z czego się cieszę, bo "Pan T" jest rzeczywiście bardzo dobry! Sama się sobie trochę dziwię, że aż tak podobał mi się film, w którym odnajduję wiele tego, za czym w kinie nie przepadam - nadmierną zabawę formą, różne fajne sceny (dla tych, którzy już oglądali - ta w warsztacie, któremu szefuje przyjaciel-poeta), czarny humor, dużą dozę surrealizmu i absurdu. A jednak to wszystko plus pozostałe elementy złożyły się w całość, którą oglądałam nie tylko z zapartym tchem, ale i z zachwytem dla precyzji scenariusza, dla obrazu, dla wykreowanego na ekranie świata oraz dla wielu fantastycznych scen. Ale może najsilniej podziałała na mnie atmosfera przygnębienia, beznadziei, niemocy.

Akcja toczy się w roku 1953 w Warszawie. Bohaterem jest pisarz, który nie chce iść na żadne układy z władzą, nie chce podporządkować się narzucanym przez nią wzorcom literatury socrealistycznej, dlatego nie może wydać książki, więc musi utrzymywać się z korepetycji. Paweł Wilczak - rzeczywiście znakomity, kto wie, jaki byłby ten film bez niego - gra bohatera, który ze zdumieniem i ze spokojem poprzedzonym rezygnacją przypatruje się potwornej rzeczywistości, która go otacza. Niewiele mówi, za to patrzy okrągłymi niczym spodki oczyma, w których widać bezbrzeżny smutek. Twarz Pawła Wilczaka wydaje się jak wykuta z kamienia, jest niemal nieruchoma. Maska, która skrywa cierpienie, pewnie obrzydzenie, może strach. To przygnębiające wrażenie potęgują jeszcze fragmenty pilnie skrywanych dzienników bohatera, które słyszymy z offu czytane jego smutnym, spokojnym, mocnym głosem. Kiedy kilkakrotnie obserwowałam go leżącego na nędznym łóżku, w nędznym pokoju w domu literatów, który być może będzie musiał opuścić, jeśli nadal nic nie wyda, wszak władza ludowa nie toleruje bumelantów, spływał na mnie cały smutek tamtego świata. Świata powojennej biedy, opresji, zniewolenia, ale też donosów, intryg i konformizmu. W otoczeniu Pana T jest mnóstwo artystów, którzy znakomicie potrafili się w tym świecie odnaleźć, dzięki czemu opływają w dostatki. Różne są strategie przetrwania - płynąć z prądem, zająć się jakimś pokątnym biznesem, uciec w szaleństwo, imać się jakiejkolwiek pracy. Przecież nieprzypadkowo w domu literatów mieszka tylu dziwaków. Ale przy tym wszystkim Pan T nie jest przecież postacią ze spiżu. Przeciwnie. Bywa śmieszny, ironiczny, nieprzyjemny, idzie na drobne kompromisy, chociaż gardzi swoimi kolegami, niezupełnie stroni od tego środowiska.

Drugim bohaterem filmu jest Filak, grany przez nagrodzonego Sebastiana Stankiewicza. Facet z prowincji, bez wykształcenia, boży prostaczek, marzy, aby zostać dziennikarzem, a jego ideałem i jednocześnie mentorem staje się Pan T. To on pokaże mu miejsce, gdzie panuje wolność - jazzowy koncert. Nielegalny oczywiście. Jak daleko gotowy jest się posunąć, aby mieszkać w Warszawie i pracować w gazecie?

Film został znakomicie wymyślony i zrobiony. Mamy precyzyjną intrygę, której Pan T staje się przypadkowym bohaterem, mamy wiele zabawnych scen (najpyszniejsza to rozmowa Pana T z Bierutem), świetne zdjęcia często skupiające się na detalu, zabawę powracającymi motywami (moneta), surrealistyczną zagadkę, która tu o dziwo zupełnie mi nie przeszkadza, wiele zapadających w pamięć epizodycznych ról (znakomity Jerzy Bończak w roli Bieruta, którego gra w sposób zupełnie nieoczywisty), świetną scenografię i kostiumy przenoszące widza w tamten świat. Znakomitą decyzją były czarno-białe zdjęcia, które z jednej strony potęgują przygnębiającą atmosferę, z drugiej dają dystans i nawiązują do czarno-białego kina z tamtych lat.  I chociaż wszystko zostaje zamknięte optymistyczną klamrą - inaczej być nie może, bo to film gatunkowy: trochę sensacyjny, trochę czarna komedia - to i tak dominuje poczucie przygnębienia, opresji i klaustrofobii.

"Birdman"

W wypadku "Birdmana" nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia, co się o nim mówi i pisze. Nieważne ile dostał nominacji do Oskarów i ile Złotych Globów zdobył. Nawet gdyby milczano o tym filmie jak grób, ja i tak bym na niego poszła, bo Alejandro Inarritu to jeden z tych reżyserów, na których zawsze chodzę. Szczególnie cenię filmy, do których scenariusz pisał Guillermo Arriaga. "21 gramów" (najlepszy), "Babel", "Amores perros". Niestety panowie rozstali się jakiś czas temu i pracują osobno. Arriaga pozostał wierny charakterystycznemu dla siebie sposobowi opowiadania, równoległe wątki i zaburzona chronologia, a Inarritu kręci po swojemu. Może szkoda? Bo muszę wyznać szczerze, że "Birdman", chociaż znakomicie zrobiony, zabawny, olśniewający filmowymi fajerwerkami, przytłaczający, skrzący się plejadą wyrazistych, nieco mrocznych, nieco dziwnych bohaterów, rozegrany w szybkim, nerwowym tempie, świetnie zagrany nie ma dla mnie takiej wagi jak wymienione przed chwilą filmy. Historia aktora, dawnej gwiazdy kina komercyjnego, który chce zaistnieć w teatrze i zdobyć prawdziwą, poważną sławę, bawi mnie, ale nie porusza. W warstwie treściowej wydaje mi się dość banalna. Być może jednak jestem odosobniona w swoich odczuciach, bo zewsząd słyszę zachwyty, jaka to głęboka opowieść o życiu. Jakby nie było, warto się na "Birdmana" wybrać choćby dla roboty filmowej dużej klasy. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy, aby skonfrontować się z moimi uwagami. Zapraszam.

"Birdman" wciąga i zagarnia, pochłania całkowicie. To zasługa wykreowanej atmosfery. Przytłaczającej, klaustrofobicznej, nerwowej. Inarritu zamknął swoich bohaterów w teatrze. Ciasne, zabałaganione garderoby, mroczne magazyny, wąskie, kręte korytarze, jakieś ciemne przejścia, zakamarki, kulisy i wreszcie sama scena pokazywana najczęściej tak, że nie widać widowni. Po tych wnętrzach snują się aktorzy, nerwowo przemierzają teatralne przestrzenie. Kamera jest zawsze blisko, podąża za nimi. Nawet kiedy na chwilę opuszczają budynek teatru, wcale nie jest lepiej. Broadway też przytłacza. Pokazywany jest albo nocą, a jeśli w dzień, to w taki sposób, że ulica przypomina kamienny kanion. Stąd wrażenie osaczenia, zamknięcia. Ten świat jest sztuczny. Albo światła reklam i neonów, albo cień rzucany przez wieżowce, albo teatralny półmrok. Nawet baru, do którego zachodzą bohaterowie, nie oświetla naturalne światło, tylko lampy. To jakaś mroczna nora, co z tego, że elegancka. A w środku, niczym zombi, siedzą goście nad szklankami alkoholu. Czy teatr to jakiś rodzaj niewoli? Przymusu? W pogoni za sławą? Oddech przynoszą sceny, kiedy Riggan wzbija się w powietrze niczym bohater filmów, które przyniosły mu sławę, albo inne, kiedy patrzy na Manhattan z góry. To wtedy pojawiają się przestrzeń i światło.

Czy lot jest tu symbolem wolności, czy odwrotnie, zniewolenia rolą, od której próbuje uciec? A może jednym i drugim? Może sława i pieniądze, które zdobył dzięki roli Birdmana, dały mu wolność, ale równocześnie czegoś pozbawiły? Riggman rozlicza się ze swoim życiem. Zaniedbał córkę, która miała problemy z narkotykami, rozpadło się jego małżeństwo, teraz też nie jest lepiej. Aktualna partnerka oskarża go o to, że zajmuje się tylko sobą. Riggman za wszelką cenę próbuje zyskać teatralną sławę. Postawił wszystko na jedną kartę, ale stale coś mu przeszkadza. A to marny aktor, zastępujący go Mike jest znowu za dobry i może mu ukraść cały spektakl, a to rozmaite wypadki, to znów fochy scenicznych partnerów. Przygotowania do premiery stają się coraz bardziej nerwowe. Tworzy się zaklęty krąg niemożności, z którego nie ma wyjścia. Każdego z trzech przedpremierowych wieczorów wydarza się coś, co drażni lub uniemożliwia doprowadzenie spektaklu do końca. Jakby nie dało się dobiec do celu. Riggman nie może uwolnić się od sławy Birdmana. Stale ktoś rozpoznaje w nim człowieka-ptaka, którego grał. Popularność przynoszą mu umieszczone w internecie fotki pokazujące, jak w samych majtkach biegnie do teatru, a w końcu wypadek na premierze. Odstrzelony nos przepustką do sławy. Nieważne co piszą, ważne, żeby pisali. Wszystko jest jakimś koszmarem. Riggman jest zniszczony, łysiejący, pomarszczony, zmęczony, ma dość. Jakby tego było mało, co jakiś czas prześladuje go wielkie ptaszysko, ekranowy Birdman. Przemawia grubym, skrzekliwym głosem, pojawia się za plecami. Czy to tylko filmowa metafora, czy po prostu objaw szaleństwa? Szaleństwo, rozumiane nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, dotyka też innych. Egotyczni, nieszczęśliwi, pogubieni, stale coś udają, grają. Nie wiadomo, co jest prawdą, a co kłamstwem. Tylko na scenie, chociaż wszystko jest tam nieprawdziwe, mogą wszystko. Pozateatralna rzeczywistość odbiera im siłę. Jakby nie umieli się zmierzyć z prawdziwym życiem. Przegrane życie albo dezercja? Czy nie ma innej alternatywy?

PS. Niby sporo napisałam, snując pofilmowe refleksje, ale nie są to wrażenia płynące z bebechów, spowodowane poruszeniem, raczej wyrozumowane na chłodno.

"Wstyd" Steva McQueena. Przejmujący.

Dziś będzie o "Wstydzie". Nie wiem, czy to przypadek, czy celowa polityka dystrybutora, ale tydzień po tygodniu zbiegły się premiery dwóch filmów o podobnej tematyce. Oczywiście myślę o "Sponsoringu" Szumowskiej i wspomnianym "Wstydzie" McQueena. Łączy je podjęcie tematu ludzkiej seksualności. Na tym podobieństwa się kończą. Tamta historia dotyczy kobiet, ta mężczyzny. Tamta pozostawiła mnie obojętną, ta przejęła. Niezwykle smutny, melancholijny film (bardziej smutny), chwilami przykry. Na szczęście obejrzałam "Wstyd" w moim ulubionym kinie, bez dresiarzy i bez popcornu, więc obyło się bez chichotów i głupich komentarzy. A okazji ku temu pewnie by nie brakowało, bo wiele tu bardzo mocnych i trudnych do zniesienia scen erotycznych. Wszystkie jednak są konieczne. Tylko tak możemy poznać i zrozumieć głównego bohatera, Brandona. Więcej zdradzać nie zamierzam. Niech niezdecydowanym wystarczy to, co napisałam plus deklaracja, że przyłączam się do tych, którzy uważają, że jest to kino bardzo dobre. Więcej refleksji w ciągu dalszym, jak zwykle dla tych, którzy "Wstyd" już widzieli. Zapraszam.

Tym razem konsekwentnie unikałam czytania i słuchania wywiadów z reżyserem, komentarzy, dyskusji i recenzji (do tych ostatnich w zasadzie nie zaglądam nie tylko przed obejrzeniem filmu, ale aż do momentu opublikowania notki w blogu). Wobec tego udało mi się zachować świeżość spojrzenia i z zainteresowaniem śledzić losy nieszczęsnego Brandona.

Dawno już nie widziałam tak smutnego filmu! Główny bohater to singiel, egoista i seksoholik. Trudno powiedzieć, co tu jest skutkiem, a co przyczyną. Nie znamy jego historii. Śledzimy kilka zwykłych, a potem dramatycznych dni z jego życia. W każdym razie, kiedy go spotykamy na ekranie, widzimy dobrze sytuowanego nowojorczyka, pracującego w jakiejś korporacji gdzieś w jednym z drapaczy chmur na Manhatanie, który po pracy, w swoim minimalistycznym, eleganckim, ale zimnym mieszkaniu oddaje się nieustającej seksualnej orgii: dziwki, przypadkowe dziewczyny, seks wirtualny, pornografia, a kiedy i to nie wystarcza, masturbacja. Nie odbiera telefonów, a jedynymi gośćmi w jego mieszkaniu są wspomniane przed chwilą panienki. Wydaje się, że poza pracą interesuje go tylko jedno: seks. Seks, który stał się obsesją, uzależnieniem, nałogiem. Kiedy zauważy w metrze dziewczynę, która go zainteresuje, nie potrafi się oprzeć. Wybiegnie za nią, a gdy straci z oczu, będzie niepocieszony. To znakomita scena: od spojrzeń, najpierw przypadkowych, potem coraz bardziej natarczywych, do nerwowych poszukiwań. Gra toczy się między obojgiem. Dziewczyna też zerka, czuje, że jest obserwowana, zakłada nogę na nogę, odsłaniając zgrabne udo. Czujemy jej skrępowanie, kokieterię i jego obsesyjną nerwowość naznaczoną pożądaniem, kiedy rzuca się w pogoń za nieznajomą z obskurnego wagonu metra i nerwowo rozgląda wokół siebie. Brandon ma spokojną, sympatyczną, ale nieprzeniknioną twarz świetnego Michaela Fassbendera. Ot, przystojny, dobrze ubrany, zadbany mężczyzna. Może dlatego nikt nie zna jego sekretu, którego on się wstydzi i skrzętnie ukrywa. Czym innym, w jego pojęciu, jest zwykły podryw w knajpie, nawet jeśli robi to jego żonaty i dzieciaty kolega, czy przypadkowy numerek, a czym innym seksoholizm, z którego Brandon doskonale zdaje sobie sprawę. Tamto dla ludzi, wśród których się obraca, jest normą, to czymś odrażającym i dlatego wstydliwym. Czy właśnie z powodu tej przypadłości chce mieć święty spokój i nie wpuszcza nikogo poza dziwkami do swego mieszkania, z którego uczynił jaskinię rozkoszy, chciałoby się napisać, ale ostatecznie trudno ten rodzaj seksu rozkoszą nazwać? Nie wiem, czy seksoholizm tak degraduje, na ten temat musiałby zabrać głos specjalista. A może samotniczy tryb życia to także efekt tego, że jest singlem i egoistą? (Chcę być dobrze zrozumiana: nie uważam, aby każdy singiel był wygodnym egoistą.)

Kiedy już z lekka zaczynałam się niecierpliwić monotonią tego, co na ekranie, i zastanawiać, czy coś się tu jeszcze zdarzy, nieoczekiwanie w życie Brandona wkroczyła jego poturbowana uczuciowo siostra, Sissy. Nie od razu orientujemy się, kim jest blondynka pod prysznicem, która tak bardzo go przestraszyła. Kiedy wcześniej kilkakrotnie nękała go telefonami, a on konsekwentnie ją ignorował, raczej przypuszczałam (bądźmy szczerzy, byłam pewna), że to jakaś stęskniona dziewczyna, od której on się opędza. Sissy też jest singielką. Tak jak on uzależniony jest od seksu, tak ona od  uczuć. On seks może kupić, ona łkając, błaga o uczucie. Najpierw kogoś, kto ją najprawdopodobniej porzucił, potem żonatego kolegę brata, który ją poderwał. Sissy burzy tryb życia Brandona. Ma jej dość, początkowo ją toleruje, potem chce się jak najprędzej pozbyć. Tym bardziej, że siostra przypadkowo (nietrudno o to, kiedy mieszka się razem na tak małej powierzchni) odkrywa jego tajemnicę. Oczywiście nie poznaje całej prawdy, ale to, co widzi zaczyna ją przerażać. A jego drażni jej postępowanie: to, że narzuca się wspomnianemu przed chwilą koledze. A tak na marginesie warto zauważyć, że to do niej Brandon ma pretensje, jemu żadnych wyrzutów nie czyni. Czy tylko dlatego, że to jego szef?

Wizyta Sissy staje się katalizatorem. Brandon próbuje się zmienić. W rozpaczliwym amoku wyrzuca z domu wszystkie ukryte pisemka, kasety, płyty, nawet laptop. Jest tego kilka foliowych worów! Może od dawna tego chciał, a obecność siostry była doskonałym pretekstem? Umawia się na randkę z atrakcyjną koleżanką z pracy. Oboje czują się skrępowani. On pewnie dlatego, że to dla niego sytuacja niezwykła. Od razu widać różnicę oczekiwań: on stanowczo oświadcza, że związki go nie interesują, ona jest zdziwiona i chyba rozczarowana. Mimo wszystko Brandon próbuje, ale okazuje się, że nie potrafi zbliżyć się do dziewczyny, która oczekuje odrobiny więcej niż przygodny, ostry seks. To przejmująca scena. Oboje nieszczęśliwi i samotni. Ona odtrącona, on wściekły(?), rozczarowany(?), zrezygnowany(?), zrozpaczony(?). Na pewno przegrany. Nie udało się, poniósł porażkę.

Mimo że Brandon to skupiony tylko na sobie, nieczuły na problemy innych egoista i seksoholik, budzi moje współczucie. Kiedy widzę, jak bardzo się męczy, jak próbuje zerwać z nałogiem, może nie po raz pierwszy, jak się wstydzi, jak wreszcie upada, żałuję go, nieszczęśliwego i przeraźliwie samotnego. Seksualna orgia, jakiej odda się po awanturze z siostrą i nieudanej randce, będzie jak droga do zatracenia. Najpierw buńczuczny i wulgarny podryw jakiejś dziewczyny spotkanej w barze, potem, poturbowany przez jej zdumionego i wściekłego chłopaka, zstępuje niczym do piekieł do podziemi, w których mieści się klub gejowski, prawdziwy lupanar, wreszcie seks w jakimś burdelu(?). Rozpaczliwy, ostry, męczący, jakby chciał się zatracić na śmierć, do granicy bólu, który ma wypisany na twarzy. Coraz szybciej, coraz mocniej, w coraz bardziej wyszukanych pozycjach, a i tak nasycić się nie sposób. Kiedy jedzie tym co zawsze brudnym wagonem metra, nie jest już eleganckim, budzącym zainteresowanie mężczyzną. W dresie, złachany, pokrwawiony, wykończony może budzić tylko współczucie, litość (to w nas, widzach) i ewentualnie odrazę (we współpasażerach).

Smutek i rozpacz bijące z ekranu podkreślają chłodne kolory, takież wnętrza, pobazgrany wagon metra, także muzyka. Nawet Nowy Jork nie ma tu uroku znanego z filmów Woody Allena, miłośnika tego miasta. Czy Brandonowi się uda? Czy zmieni go samobójcza próba siostry? Czy znowu poniesie klęskę? Nie wiemy (pewnie specjalista powiedziałby, że bez terapii sobie nie poradzi). Ostatnia scena, kiedy przemoknięty, zrozpaczony Brandon szlocha w strugach deszczu na pustym, brzydkim placu (parkingu?), może być równie dobrze sceną katharsis, co sceną rozpaczy i bezsilności.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to ewentualnie do samobójstwa Sissy, które było rozwiązaniem przewidywalnym i trochę banalnym (ale przecież nie nieprawdopodobnym). To jednak drobiazg. Świetny, smutny, poruszający film, obraz upadku i męki człowieka pogrążonego w duchowej pustce. Dlatego musiał być tak dojmująco przykry.

Amos Oz "Fima"

Kolejna książka Amosa Oza, tym razem "Fima" (Rebis 2008), i kolejne spełnienie. Fima to tytułowy bohater powieści, której akcja rozgrywa się w ciągu pięciu dni w Jerozolimie pod koniec lat osiemdziesiątych. Właściwie trudno tu mówić o akcji. Niewiele się dzieje, ot zwykłych kilka dni z życia zaniedbanego pięćdziesięciodwuletniego mężczyzny. Dzień zaczyna od zapisania tego, co przyśniło mu się w nocy, potem kręci się po nieprawdopodobnie zabałaganionym mieszkaniu, w południe wychodzi do pracy w gabinecie ginekologicznym (nie, nie jest lekarzem, jest recepcjonistą), potem snuje się po mieście, odwiedza przyjaciół lub rodzinę byłej żony, Jael, rozmawia przez telefon, w nocy nie może spać, bywa, że napisze artykuł do gazety. Można powiedzieć, że wszystko, co istotne i interesujące, już się w życiu Fimy wydarzyło. Wszak nie zdarzenia są tu ważne, ale sam Fima. Choć narracja w powieści jest trzecioosobowa, cały świat poznajemy z jego perspektywy. O tym, co myślą inni bohaterowie, dowiadujemy się tylko z ich rozmów.

Jaki jest Fima? To człowiek bezwolny, który nie potrafi przeprowadzić żadnego swojego zamierzenia. Nie tyle nie potrafi, ile nawet nie zaczyna. Żyje w świecie fantazji, marzeń, często kompletnie nierealistycznych planów. Może dlatego nie podejmuje próby ich realizacji, bo wie, że jest niemożliwa? No bo trudno wyobrazić sobie, że jego była żona, Jael, jej mąż Ted i ich synek Dimi zgodzą się z nim zamieszkać, tworząc coś w rodzaju komuny. On będzie sprzątał, gotował i opiekował się Dimim, do którego jest bardzo przywiązany. Dowcip polega też na tym, że Fima to potworny bałaganiarz, stale o wszystkim zapomina, wszystko gubi, nie potrafi prowadzić swojego gospodarstwa, jak więc możne myśleć o cudzym? Fima gosposią? Niemożliwe. To jedna z jego fantazji - planów. Jest ich znacznie więcej, większość równie księżycowych, dotyczą różnych spraw i ludzi.

Fima żyje z dnia na dzień, ma niewielkie oczekiwania, przez lata zapomniał o ambicjach, które kiedyś miał. A jest człowiekiem bardzo inteligentnym, skończył historię, być może mógłby zrobić karierę uniwersytecką jak jego przyjaciel Cwi Kropotkin, z którym często spiera się w intelektualnych dyskusjach.W gruncie rzeczy uważa się za zdolniejszego od niego i być może tak jest, cóż z tego, kiedy w Fimie nie ma woli działania. Zamiast na uniwersytecie pracuje jako recepcjonista w prywatnym gabinecie ginekologicznym, gdzie jednym pacjentkom pomaga się zajść w upragioną ciążę, innym na ich życzenie się ją usuwa. A kiedyś w młodości, w roku amorów, jak mówi, było inaczej: miał ambicję, plany, potrafił czarować i szaleć. To wypomina mu Jael, która najpierw straciła dla niego głowę (nie ona jedna), a po ślubie głęboko się rozczarowała. Wygląda to tak, jakby Fima nie potrafił i nie chciał wziąć za życie swoje i innych żadnej odpowiedzialności. Żyje tak, jak jemu jest wygodnie.

Mimo swojego zaniedbania, nieatrakcyjności nadal cieszy się powodzeniem u kobiet, ale to raczej on jest zdobywany niż sam zdobywa. Regularnie utrzymuje kontakty z żoną swojego przyjaciela Uriego, Niną. Ale nie ma tu mowy o uczuciu, przynajmniej z jego strony. To wzajemna wymiana usług seksualnych, może obustronna litość. Fima w swoich rojeniach podejrzewa nawet, że Nina sypia z nim na prośbę swojego męża, a potem zdaje mu ze wszystkiego sprawozdanie. Ot taki rodzaj pomocy i troski. Wszak jej wizyty nie ograniczają się tylko do seksu. Napełnia mu też lodówkę i sprząta.  Ale może starzejąca się przyjaciółka szuka u Fimy uwagi i zainteresowania, których nie znajduje u wiecznie zdradzającego ją męża? Są i inne kobiety, ale on stale myśli o Jael. Jeśli którąś z nich kocha, to chyba tylko ją.

Fima jest człowiekiem męczącym. Takim, co to nie nie bierze pod uwagę tego, że inni mogą być zajęci, mieć swoje sprawy. Dzwoni do swoich przyjaciół o różnych porach dnia i nocy po to tylko, żeby przedstawić im swoją teorię na jakiś temat, przedyskutować coś, opowiedzieć o pomyśle na kolejny artykuł lub podjąć  przerwaną kiedyś polemikę na jakiś intelektualny temat (nigdy nie są to rozmowy o przysłowiowej pietruszce). Nie ogranicza się tylko do telefonów, nachodzi ich niezapowiedziany z podobnych powodów , szczególnie często Jael i jej męża. Mimo  że często mają go po prostu dość, jest przedmiotem ich troski. "Co z tobą będzie Fimo?" pytają (cytat z pamięci). Martwi się też o niego jego ojciec, Baruch, zabawny starszy pan cieszący się wielkim powodzeniem u kobiet, właściel nieźle prosperującej fabryki kosmetyków. Namawia do działania, zmian w życiu. Troska przyjaciół nie ogranicza się tylko do słów. W trudnych dla niego chwilach naprawdę mu pomagają.

Jak pisałam, Fima żyje w świecie fantazji, które w dużej części dotyczą polityki, stosunków izraelso - arabskich, sytuacji na ziemiach okupowanych. Wyobraża sobie, że jest premierem rządu, którego ministrami są jego przyjaciele albo taksówkarz, z którym wdał się w dyskusję i którego poglądy wydają mu się ciekawe. Fima zwołuje posiedzenia swojego rządu marzeń, kiedy tylko coś się dzieje lub kiedy wpada mu do głowy jakieś genialnie proste rozwiązanie problemów Izraela. Jest człowiekiem niezwykle wrażliwym. Czuje się współwinny wszystkich zbrodni: tych popełnianych na ziemiach okupowanych,  w gabinecie, w którym pracuje, i tej popełnionej przez dzieci na bezdomnym psie. Rozważania polityczne to ważna część książki. Fima na każdym kroku jest świadkiem nienawisci skierowanej przeciwko Arabom. Nie przeszkadza to jednak nienawistnikom korzystać z ich pracy, bo można im płacić mniej niż swoim. Rzadko słyszy wołanie o miłosierdzie, które obie strony powinny sobie okazać. Proste i niewykonalne jednocześnie.

To książka melancholijna i bardzo smutna. Wszystko tu jest szare, zaniedbane i stare: starzejący się, nieszczęśliwi ludzie, kobiety o pomarszczonych twarzach ubrane w bure swetry, brudne mieszkanie, jakieś nędzne lokaliki, w których podaje się byle jakie jedzenie, sypiące się zaułki starej Jerozolimy, deszcz i zimno, wcześnie zapadajacy zmrok, bo zima. To świat, w którym nieustannie dokonywało się i dokonuje zbrodni: na arabskim chłopcu, na płodach, na psie. Zbrodniarzem może być każdy: żołnierz, elegancki lekarz, dzieci i sam Fima. Czy dlatego żyje tak nijako, bo niemożliwe jest inne życie w takim świecie? Czy tylko beztroska młodości, kiedy nie zauważa się zła czającego się pod powierzchnią życia, pozwala egzystować inaczej? W jego snach pojawia się Rosa, która ma go przeprowadzić na aryjską, a więc bezpieczną stronę, ale to się nigdy nie udaje. Na końcu drogi zawsze czeka jakaś przeszkoda. Czy dramatyczne zdarzenie pchnie Fimę na nowe tory, nada sens jego życiu? Obiecuje sobie to po raz kolejny, jak zawsze od jutra. Z tym pytaniem pozostajemy, odpowiedź nie zostanie udzielona. Jest szabat, dzień odpoczynku i radości, po którym przychodzi nowy tydzień, ale szabat jest w każdym tygodniu.

Mimo smutku i melancholii towarzyszenie Fimie w jego wędrówkach po świecie wyobraźni i wspomnień,  także w tych prawdziwych po Jerozolimie, które stanowią spora partię końcowych rozdziałów powieści, jest dużą przyjemnośćią. A kto czytał autobiografię Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku", ten odnajdzie w niektórych bohaterach ślady osób prawdziwych i opisy miejsc, w których wychował się pisarz. Poruszająca, smutna książka.


Popularne posty