Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śląsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śląsk. Pokaż wszystkie posty

Katarzyna Groniec "Kundle"

Myślę, że nie tylko ja byłam bardzo zaskoczona, kiedy

dowiedziałam się, że znana piosenkarka, Katarzyna Groniec, wydała książkę. Nie, nic plotkarskiego, żaden zbiór felietonów czy innych rozważań, żaden wywiad-rzeka, ba, żadna powieść pop z kluczem środowiskowym. No bo jeśli już, to właśnie czegoś takiego spodziewalibyśmy się po celebrytce. Prawda? Tu przesadziłam, bo Katarzyna Groniec celebrytką nie jest. No to po nieco niszowej piosenkarce. Tymczasem "Kundle" (2023) ukazały się w wydawnictwie Nisza, które byle czego nie wydaje i jest tak niszowe, że nie ma nawet swojej strony, dobrze, że prowadzi media społecznościowe. Może brzmi to ironicznie, ale nie jest. Cenię sobie Niszę, dlatego obserwuję ją w socialach, aby być na bieżąco z tym, co wydaje. Ale wróćmy do "Kundli". Kolejnym zaskoczeniem były znakomite recenzje. Nie słyszałam krytycznej! A kropką nad i okazała się nominacja do prestiżowej Nagrody Literackiej Gdynia, a że to nie wypadek przy pracy, potwierdziły dwie nominacje do nagród dla debiutantów - Nagrody Gombrowicza i Nagrody Conrada. Po Gdyni pękłam i postanowiłam przeczytać. Ja również jestem pod wrażeniem!

Książka jest krótka, trochę ponad sto stron. Coś pomiędzy zbiorem opowiadań, a powieścią. Całość spięta miejscem i bohaterkami oraz bohaterami. Miejsce to miasto między Rybnikiem i Zabrzem, w pobliżu znajduje się Toszek, po niemiecku Tost, gdzie mieści się dom wariatów. Dziś oczywiście to słowo niepoprawne, ale w czasach, kiedy rozgrywają się wydarzenia, tak nazywano szpitale psychiatryczne. A bohaterki i bohaterowie? To tytułowe kundle, ludzie pogardzani, o niepewnej tożsamości, którą sami wolą ukrywać, i jednocześnie z nizin społecznych albo w jakiś sposób niedostosowani, odstający od tego, co lubimy nazywać normalnością. Mamy więc Adama, który ukrywa swoje żydowskie pochodzenie, zmienił imię i nazwisko, w głowie słyszy wielką muzykę, ale jest tylko jej nauczycielem i to on, nie potrafiąc poradzić sobie z rzeczywistością i ze wspomnieniami przeszłości, trafia od czasu do czasu do tego domu wariatów. Jest Goryl, czyli Andrzejek, chłopiec, też powszechnie uważany za wariata, albo jak dziś mówimy za dziecko z niepełnosprawnością intelektualną. Jest Fatima, jego matka, cygański podrzutek, pokochana przez Rubą Ernę, która zastąpiła jej matkę. Jest Sophie, autochtonka, kiedyś Niemka, po wojnie Polka, matka trójki dzieci, pomiatana i bita przez męża. Pracuje w szpitalnej pralni. Jest wreszcie Aszer, czyli Asia, jej córka, salowa w szpitalu wariatów. Pojawia się też trochę postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Są sąsiadami z dzielnicy, niektórzy z familoku, w którym mieszkają. Żyją obok siebie, zmagają się z codziennością i demonami przeszłości. Starsze pokolenie, Adam, Fatima, Sophie, jest naznaczone przez wojnę. Młodsze pewnie dziedziczy traumy. Niemal za każdym stoi jakiś fascynujący życiorys, z tych ciężkich, więc na pewno nikt nie chciałby się z nimi na ich życia zamienić. Ja przyglądałam się im z sympatią i, chciałoby się powiedzieć, z czułością, gdyby to słowo nie było samo w sobie egzaltowane i już nieco zużyte.

Oczywiście w literaturze wszystko już było, nie raz stykałam się z podobnymi bohaterkami i bohaterami, dlatego ważne są forma i język. I właśnie to sprawia, że książka Katarzyny Groniec jest taka interesująca. Pisarka nie opowiada losów bohaterów po bożemu. Rozmaite teraźniejszości mieszają się z przeszłością przed i wojenną, czasem opowieść narratora albo narratorki wybiega w przyszłość, zdradzając odrobinkę z losu bohaterek i bohaterów. Innym razem ktoś pokazuje alternatywne losy postaci, spekulując nad rolą przypadku w życiu.

A gdyby Rimski-Korsakow wyjechał do Toronto, tak jak swego czasu wyjechali z Ukrainy rodzice Staryka, to jego dzieci i wnuki by żyły. Co z tego, że nie byłoby suity, nikt by nawet nie zauważył, że jej nie ma, nikt by nie odczuł pustki, bo dźwięki przecież i tak wszędzie się pałętają i każdy może je spisywać do woli, wystarczy je usłyszeć.

Autorka pewne zdarzenia, szczególnie te z przeszłości, tylko sygnalizuje, resztę możemy wyczytać między słowami. Przecież wojna i Zagłada zostały już tyle razy opowiedziane. Kręci się to wszystko niczym diabelski młyn - pewne sceny się powtarzają, teraźniejszość, przeszłość i przyszłość pojawiają się w rozmaitych konfiguracjach. Wiele tu zagadek, ze strzępów, z pojedynczych scen składałam sobie losy bohaterek i bohaterów, konfiguracje pomiędzy nimi, ich światy. Nad wszystkim unoszą się melancholia i mrok. 

Pisałam o zagadkach. Nie dotyczą one tylko losów bohaterek i bohaterów, ale także narratora/narratorki, który/która ujawnia się od czasu do czasu. Kim jest? Bogiem/boginią? Jakąś siłą czuwającą nad bohaterkami i bohaterami? Duszą świata, która wnika we wszystko?

Zgięty wpół Goryl wydaje się z wysoka maleńki jak złamana zapałka. Wiem, że kieszenie ma pełne kamyków i że najpewniej znowu szuka pustej muszli po ślimaku. Wzbijam się wyżej, ale tak naprawdę nie ja frunę teraz nad kościelną wieżą. (...) Spływam za to rzekami do mórz i oceanów, faluję wodorostami, płynę z ławicą ryb, mijam kraby i ukwiały, mijam rafy koralowe.. Ale tak naprawdę nie płynę, tylko przedzieram się przez ziemię, jak mój towarzysz kret, połykam i wydalam glebę z dżdżownicą, którą jutro Szczerbaty przetnie na pół patykiem, rozpycham się pęczniejącym ziarnem na pozór nikomu niepotrzebnej rośliny. Ale tak naprawdę jestem tym patykiem, który Szczerbaty urwał z przydrożnego krzaczka. I Szczerbatym jestem.

Jestem dla wszystkich. Odprowadzam każdą żywą istotę. I tę, co przeszła mimo, nie przeczuwając nawet mojej obecności, i tę, co mój dotyk poczuła i odtąd od czasu do czasu na piersi jej się kładę ciężarem, i tę, co całe ziemskie życie pędziła moją obecnością naznaczona. Na ludzkich umysłach jak na instrumentach muzycznych można grać wiele melodii, więc wygrywam na nich rzeczywistość, do jakiej zostali stworzeni. Rozdaję kształty, sobie kształtu nie nadając, i kolory, pozostając bielą. Upuszczam im na pożarcie idee, jak po kryjomu dziecko upuszcza chleb psu,  który pod stołem liże łydki. Rzucam w nich pomysłami (...). Śnię się ludziom i zwierzętom albo nie śnię się wcale. Nie rozniecam wojen ani nie czynię pokoju. Odprowadzam tych, którym już trzeba odejść. Niektórzy mnie przeczuwają i próbują tłumaczyć mnie sobie innym językiem, pełnym nieporozumień, zyskując miano szaleńców, proroków czy mesjaszy. A ja odprowadzam tych, którym życie po prostu wypełniło się rzeczywistością aż po brzegi i nie zmieści się już ani kropli więcej.

Trochę przypomina mi ten zabieg to, co zrobił Szczepan Twardoch w "Morfinie" i w "Królu". Przyznam, że jeśli coś wydaje mi się naddatkiem w książce Katarzyny Groniec, to właśnie to. 

Kolejną zagadką, a może bardziej pytaniem o nią, jest pojawiające się w książce pojęcie Ciszy, czasem nawet Wielkiej Ciszy, tak właśnie zapisywanej - z dużej litery. Co to za Cisza? Coś, co zapada nad losem bohaterów? Coś, co ich czci? Coś, co uspokaja, daje ukojenie? Coś, co pozwala im zniknąć? Coś, co pozwala się zadumać, stanąć na chwilę, zamyślić? Wszak mówimy, ciszej nad tą trumną, minuta ciszy, pragniemy ciszy. Ale też cisza, czyli niemówienie, zamilczanie, tabuizuje.

Cisza wypełzła z bocznych ołtarzy i sunęła po zimnej kamiennej posadzce. Oplatała ławki i kolana świętych, wpełzła na ambonę, omiotła zziębnięte aniołki i Dzieciątko Jezus, owinęła się surowym milczeniem wokół krzyża, dotarła do prezbiterium i wypełniła je szczelnie kadzidlanym zapachem. Kościół zniknął i pojawił się na nowo, huśtnął i wrócił do swojego stałego stanu zawieszenia między niebem a ziemią. 

(...) Adam usłyszał i zobaczył spod kurtki Zbyszka, pseudonim Kula, który go wygrzebał spod Ciszy i sterty liści i mocno przytulił (...). 

I potem w tym śnie zapadła Wielka Cisza. Ktoś wcisnął przycisk i od tego wciśnięcia świat zaczął się kręcić już bez głosu, a one usiadły na zydelkach, jakby się miały zabrać do obierania kartofli. Matka Boska wyciągnęła zza pazuchy dwie trochę wymięte, skręcone naprędce cigarety i obie se zakurziły. 

Celowo wydłużyłam ostatni cytat, aby pokazać, że książka bywa też dowcipna. Matka Boska paląca razem z bohaterką papierosy i udzielająca jej rad, pyszne.

No i wreszcie język. Niebanalny, ciekawy, kunsztowny, taki, który sprawia dodatkową przyjemność w trakcie lektury, pozwala się nią rozkoszować. Irytuje mnie ta egzaltacja, ale czasem trudno znaleźć lepsze słowo. Nie będzie kolejnych cytatów, próbkę pokazują te, które już się pojawiły.

Warto sięgnąć po króciutką książkę Katarzyny Groniec, warto się nią delektować, warto pochylić się nad losami bohaterek i bohaterów.

Anna Cieplak "Rozpływaj się"

"Rozpływaj się" to pierwsza powieść Anny Cieplak, po którą

sięgnęłam (Wydawnictwo Literackie 2021). O jej wcześniejszych książkach oczywiście słyszałam, bardzo dobrze się o nich mówiło, ale jakoś się nie skusiłam. Pewnie dlatego, że miały młodzieżowych bohaterów, przynajmniej dwie pierwsze, najbardziej utytułowane. No a poza tym wiadomo, nie da się czytać wszystkiego, że powtórzę po raz kolejny moją ulubioną frazę. Banalną, ale prawdziwą. Tym razem  po wysłuchaniu dwóch wywiadów z Anną Cieplak postanowiłam spróbować. Z ciekawości. Po pierwsze, bo autorka znana i doceniana, a po drugie, bo zainteresował mnie temat i tło. Śląsk, historia rozpięta w latach 1999-2019, bohaterowie wywodzący się z klas niższych. 

Bracia Robert i Janek, Alina i Marca (Marcelina) w dzieciństwie mieszkali w familoku w jednej z dzielnic Rudy Śląskiej. Chodzili do tej samej szkoły. Robert i Alina są równolatkami, Janek i Marca kilka lat od nich młodsi. Tylko Marca wychowywała się w pełnej rodzinie. Pozostali nie mieli tego szczęścia z różnych powodów, o czym za chwilę. To na pewno naznaczyło ich na życie. Jest jeszcze jedna ważna postać, Omama, babcia obu braci, trochę zastępująca im matkę, bo ich rodzona nie żyje. Matkowała też Alinie, kiedy jej własna postanowiła wyjechać za granicę. Ale ta ukochana Omama, spajająca dom, silna, stanowcza i ciepła jednocześnie, też ich opuści w poszukiwaniu lepszego życia. Dlaczego wyjedzie? Straciła pracę w kopalni, gdzie była księgową, więc pewnie za chlebem. A może nie tylko? Może także szukać siebie nowej? Żeby oderwać się od roli babci i mamy zabiegającej o dom i sprawy rodziny? 

O Omamie wiemy najmniej. Chociaż to postać dla bohaterów bardzo ważna, poznajemy ją tylko ich oczami. Przyznam, że ta bohaterka gdzieś mi się wymyka. Bardziej dowiaduję się, że taka jest, niż to samodzielnie odkrywam. Przykład - dlaczego Alina czuje się przez nią odepchnięta? Dlaczego mówi, że najpierw pozwoliła jej się do siebie zbliżyć, a potem ją odrzuciła? Cóż, taki był zamysł autorki. Gdyby chciała inaczej, uczyniłaby ją jedną z bohaterek-narratorek. Bo tak właśnie skonstruowana jest powieść Anny Cieplak. Krótkie rozdziały zatytułowane są imionami  Roberta, Janka, Aliny i Marcy. Po kolei, na przemian, mają głos. Z ich punktu widzenia poznajemy relacje między nimi, odkrywamy ich tajemnice z przeszłości, wiemy, co ich gnębi, czego się boją, czego chcą, a właściwie trafniej byłoby stwierdzić czego nie wiedzą, co chcą

Zasadnicza akcja to kilka miesięcy roku 2019, jak się okaże przełomowych w życiu bohaterów. Marca i Janek, ostatecznie się rozstają, muszą określić siebie na nowo, zbudować swoje życie. Najbardziej bezradna jest Marca, najmocniej zabiegająca o awans społeczny, wciśnięta w gorset obowiązków. To ona koniecznie chciała, aby wyjechali z Rudy, teraz czuje, że tak naprawdę nic nie zyskała. Jej rozwój jest pozorny. Uciekła od dawnego świata, do którego nie bardzo lubi wracać, ale jest rozczarowana tym, co osiągnęła. Bo to tylko pozory. Janek, o wiele bardziej spolegliwy, uporządkowany, obowiązkowy, potrafiący pogodzić się z tym, co ma, nie odczuwa tego w taki sposób jak ona. Alina, samotna matka, która też ułożyła sobie życie z dala od przeszłości, najbardziej kolorowa i niezależna z całej czwórki, teraz konfrontuje się z przeszłością. Wracają do niej demony, zaniechania, winy. Walkę o siebie musi stoczyć też Robert. Dla Omamy, która nieoczekiwanie wróciła i z konieczności życie obu braci zaczyna koncentrować się wokół niej. Czy uda mu się wyrwać z alkoholowych ciągów, porzucić inne używki? Czy młodszy brat będzie mógł na niego liczyć? Czy jest jeszcze możliwe naprawienie jego relacji z Aliną? Zbudowanie ich w jakiejś nowej formie? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi, jak i wiele innych spraw, aby nie zdradzać za wiele.

"Rozpływaj się" to powieść o trzydziestolatkach, którzy chociaż wywodzą się z tego samego środowiska, rozmaicie kierują swoim życiem, dokonują różnych życiowych wyborów. Są średniakami, nie mają rodzinnego zaplecza, muszą liczyć na siebie. Największym przegranym wydaje się Robert, który nie wyrwał się z Rudy. Ponieważ nie chciał, albo już nie mógł, być górnikiem jak ojciec, pozostały mu tylko dorywcze prace i picie. Alkohol był na tym górniczym osiedlu powszechny, ale oprócz chlania kiedyś była przede wszystkim ciężka praca. Robertowi pozostało tylko to pierwsze. Najbardziej niespełniona jest Marca, która zdaje sobie sprawę, że szklanego sufitu nie przebije. Zawsze będzie tą, która gorliwie spełnia polecenia innych, aby zasłużyć na ich pochwałę. Może najlepiej wybrała Alina? Skoro nie da się przeskoczyć wyżej, skoro zawsze takich jak ona będzie  tłamsił ten szklany sufit, lepiej żyć na własnych warunkach? Życiem outsiderki, trochę dziwaczki, trochę z dnia na dzień, ale jednak w miarę stabilnie? Nie mieć nad sobą szefa, któremu trzeba czapkować? Ale najwięcej nadziei niesie postać Dorotki, piętnastoletniej córki Aliny. Niezależnej, pełnej ideałów, ale jednocześnie aktywistki na miarę swoich piętnastu lat. Czy jej się uda? Przecież świat, w którym dorasta, jest jeszcze trudniejszy od tego, w którym dorastało pokolenie jej rodziców.

Bardzo ciekawe jest tło tej powieści. Ruda, familoki, ale także katowicka Superjednostka, blok będący marzeniem o awansie ludzi takich jak Alina, Marca, Janek czy Robert.

Książkę czyta się jednym tchem, także dlatego, że zagadki z przeszłości bohaterów autorka odkrywa powoli, każąc im wspominać zdarzenia sprzed lat. Dla mnie była to ciekawa wyprawa w rejony, których nie znam, ale które mnie interesują. Nie jest to powieść wybitna, ale na pewno warto po nią sięgnąć. Można mieć jakieś zastrzeżenia do konstrukcji bohaterów, nie zawsze wszystko mi się w nich sklejało, ale te niedociągnięcia nie ważą na odbiorze całości. Cieszę się, że ją przeczytałam.       

Zbigniew Rokita "Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku"

Dziś kontynuuję śląską tematykę. Natychmiast po odłożeniu
powieści Anny Dziewit-Meller "Od jednego Lucypera" sięgnęłam po świeżo wydaną książkę Zbigniewa Rokity "Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku" (Czarne 2020). Rzecz ukazała się w serii Sulina, bliżej jej więc do eseju niż do reportażu, co mnie bardzo ucieszyło, bo powoli mam dość książek reporterskich złożonych z tekstów drukowanych wcześniej w prasie. I nie zawiodłam się. Przeczytałam jednym tchem i, co bardzo ważne, książka otworzyła mi oczy na wiele zagadnień, z których dotąd nie zdawałam sobie sprawy. Przede wszystkim dotyczy to Śląska współczesnego, bo o historii tego regionu wiem więcej dzięki poprzednim lekturom, co nie znaczy oczywiście, że wszystko. A nie ma chyba nic gorszego niż czytanie czegoś, czego treść jest przewidywalna. Nie lubię tego poczucia zawodu, że wszystko to już wiedziałam, które pojawia się po zamknięciu ostatniej strony.

Zbigniew Rokita urodził się w Gliwicach. Dlaczego o tym piszę? Bo to z jego rodzinnych korzeni, długo nieznanych i wypieranych, wzięło się "Kajś". Jak pisze, od dzieciństwa czuł związek tylko z lwowską gałęzią swojej rodziny, o tej śląskiej nie myślał, niemal nic o niej wtedy nie wiedział. Nie zastanawiał się, dlaczego niektórzy jego przodkowie mieli jakieś dziwne imiona - Urban, Reinhold, Liselotte. Oczywiście w tej sytuacji uważał się za stuprocentowego Polaka. Jak pisze: W podstawówce pani Chmiel grała nam na akordeonie Rotę, a ja nie miałem pojęcia, że ów plujący w twarz Niemiec z pieśni był moim przodkiem. Dopiero znacznie później, kiedy wyjechał na studia do Krakowa, zaczął zastanawiać się, kim jest, a za tym poszło mozolne odkrywanie historii śląskiej gałęzi familii. W książce połączył opowieść rodzinną z opowieścią o historii Śląska i z rozważaniami, czym była śląskość kiedyś, a czym jest dzisiaj. Odpowiedzi szukał, rozmawiając z osobami, które tą tematyką zajmują się od lat - historykami, językoznawcami, socjologami, działaczami i wielu innymi. Bardzo to wszystko ciekawe i często zaskakujące. W moich refleksjach chciałabym skupić się na tym, co wydało mi się świeże i odkrywcze. 
 
Po pierwsze mit śląska stworzony przez Kazimierza Kutza w jego filmach. Jak twierdzi Zbigniew Rokita, po drugiej wojnie w wyniku rozmaitych procesów świadomość śląskości zaczęła rozpływać się, zanikać. Ofiarą tego był też i on. Dopiero Kazimierz Kutz swoją śląską trylogią sprawił, że zaczęła się odradzać. Ślązacy uwierzyli w mit, jaki reżyser wykreował na ekranie. Bo wizja jego Śląska jest tam wyidealizowana, zmitologizowana właśnie. Teraz osobista dygresja. Jeszcze za życia reżysera byłam na projekcji odnowionej cyfrowo "Perły w koronie", wstyd się przyznać, ale widziałam ten film wtedy po raz pierwszy. Zachwycił mnie. I ja uwierzyłam w ten mit. Na krótko, bo po seansie zaplanowano spotkanie z reżyserem, w czasie którego przyznał, że barwne sceny pochodów towarzyszących strajkowi są kreacją, a nie realistycznym odtworzeniem rzeczywistości. Kutz, który w swoich felietonach często nie szczędził Ślązakom słów krytyki, w filmach pokazał ich piękną, ale nie do końca prawdziwą, twarz. A oni chętnie w nią uwierzyli i na nowo zaczęli się interesować swoją tożsamością. Rewersem filmowej trylogii Kutza jest powieść Janoscha "Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny", którą autor przywołuje. Janosch, a właściwie Horst Eckert, wywiódł swoją książkę ze wspomnień z dzieciństwa spędzonego na Górnym Śląsku. Pokazał w niej brzydką, byle jaką, prymitywną i prostacką twarz Ślązaków.

Kolejne zagadnienie, które było dla mnie odkryciem, to pytania krążące wokół spraw tożsamości. Ślązak. No dobrze, ale który? Przywiązany do swoich niemieckich korzeni czy do polskich? Czy w ogóle jest ktoś taki jak Polak i Ślązak w jednym? I co to znaczy? Niektórym działaczom śląskich organizacji wydaje się to niemożliwe, a jednak się zdarza. Przykładem takiej mieszanki jest właśnie Zbigniew Rokita. Ale to nie koniec palety - mieszka przecież na Śląsku, zwłaszcza na Opolszczyźnie, mniejszość niemiecka. To ta opcja niemiecka, którą swego czasu lubili straszyć politycy, dopóki nie znaleźli sobie innych wrogów. Kim są ci Niemcy ze Śląska? Nigdy przecież nie żyli w Niemczech. Znikąd nie przybyli, tu się urodzili i tu zostali. Nie można więc uznać ich za  diasporę. Czy przetrwają? Każda mniejszość przecież  z czasem rozpływa się w większości, asymiluje, to procesy nieuchronne. Póki co to jeden z ostatnich reliktów śląskiej różnorodności. Zbigniew Rokita przywołuje swoje rozmowy z socjolożką, która przez wiele lat bada kwestie tożsamości. Wnioski? Pod koniec PRL-u dominowała tożsamość Śląska, po 1989 znacznie wzrosła liczba osób deklarujących się jako Niemcy. Dlaczego? Odpowiedź wcale nie jest prosta. Nie chodzi tylko o to, że wielu rzeczywiście tak się czuło i uznało, że teraz wreszcie wolno do niemieckości się przyznawać. Ale była też spora grupa, która  uwierzyła w materialne profity, jakie pójdą za taką deklaracją. A tak naprawdę nikt ich nie obiecywał. Z czasem znowu zaczęła dominować tożsamość śląska. I po raz kolejny powraca pytanie, co ona dziś oznacza? Czy to tylko deklaracja, często na złość władzom, które straszyły zakamuflowaną opcją niemiecką, autonomią Śląska, a w perspektywie oderwaniem tego regionu od Polski? Czy idzie za tym coś więcej? Zbigniew Rokita pisze, że dziś spada raczej świadomość odrębności całego regionu. Śląskość kultywuje się raczej w małych, regionalnych wspólnotach. W tym pakiecie zagadnień nie może oczywiście zabraknąć rozważań na temat godki śląskiej. Czyli czego? Gwary czy języka? Odwieczny spór.

Kończy się "Kajś" dość pesymistycznie. Autor pisze o śląskiejsmucie. Bo po roku 1989 niczego nie udało się Ślązakom uzyskać. Ani uznania gwary za język, ani oficjalnego uznania ich za mniejszość etniczną, ani zmian granic województwa. A w tej kwestii panuje nieopisany bałagan - większą część województwa śląskiego stanowią ziemie w ogóle ze Śląskiem niezwiązane: Jura, Żywiecczyzna, fragmenty Małopolski. Za to Opolszczyzna, historycznie będąca częścią Ślaska, stanowi odrębne województwo. I kwestia ostatnia, może najistotniejsza - nie udało się  tym bardziej wywalczyć autonomii.

To tylko garść zagadnień - tych, które dla mnie były odkrywcze. A jest przecież historia tego regionu i bardzo ciekawe śledztwo dotyczące historii rodzinnej, a na koniec robi autor przewrotkę i zdradza pewną tajemnicę swojej babci. Lektura obowiązkowa.

Anna Dziewit-Meller "Od jednego Lucypera"

Postanowiłam sięgnąć po książkę Anny Dziewit-Meller "Od jednego
Lucypera" (Wydawnictwo Literackie 2020). Już dwie jej poprzednie powieści "Disko" i "Góra Tajget" były chwalone, ta też doczekała się dobrych recenzji. Wysłuchałam kilku ciekawych rozmów z autorką, także tej, która miała miejsce w czasie Big Book Festivalu. Ale przede wszystkim zainteresował mnie temat - Śląsk. Nie mam żadnych rodzinnych związków z tym regionem, bardzo długo tkwiłam w kleszczach stereotypów - kopalnie, huty, całe to dziadostwo, jakie nagromadzenie przemysłu ciężkiego niesie dla środowiska i krajobrazu, roszczeniowi górnicy. O znajomości i zrozumieniu skomplikowanej historii w ogóle nie było co mówić. Śląsk mnie nudził i nie interesował, aż do czasu kiedy przeczytałam znakomity "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert. Odtąd uważnie nasłuchuję i staram się sięgać po książki o śląskiej tematyce. Nie ma tego dużo "Piąta strona świata" Kazimierza Kutza, "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi, czasem pojedyncze reportaże czy teksty, a natychmiast po skończeniu powieści Anny Dziewit-Meller zabrałam się za świetną, niedawno wydaną, pozycję Zbigniewa Rokity "Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku", o której za tydzień. Tak się złożyło, że obie te lektury zbiegły się z kilkudniową wakacyjną wędrówką po Górnym Śląsku, jaką odbyłam w towarzystwie osoby, która tam się urodziła i wychowała.

"Od jednego Lucypera" przeczytałam jednym tchem, chociaż temat tej powieści do przyjemnych, miłych i rozrywkowych nie należy. To historia trzech pokoleń kobiet ze śląskiej rodziny rozgrywająca się na różnych planach czasowych. Autorka pokazuje dwudziestowieczną historię Śląska z kobiecej, zapomnianej, spychanej na margines perspektywy. Pisze o mozole codzienności - ciężkiej pracy, często ponad siły, wystawaniu w kolejkach, aby zdobyć coś do jedzenia, obowiązkach domowych. Pisze także o trudzie bycia kobietą, o upokorzeniach, jakie wiążą się z kobiecą fizjologią, której przecież kobiety winne nie są. Tak wyposażyła je natura i nic na to poradzić nie można. Jest więc i o radzeniu sobie z przykrymi skutkami menstruacji w czasach, kiedy o podpaskach nikt nie słyszał, a przynajmniej w tej części Europy w górniczej, robotniczej rodzinie. Jest o pokątnym przerywaniu ciąży w czasach, kiedy zapobiegać było niezwykle trudno - liczyć można było na małżeński kalendarzyk albo refleks mężczyzny. Jest o przedmiotowym, poniżającym traktowaniu rodzącej kobiety. Autorka zastrzega się, że historie, które mogą się czytelnikom wydać nieprawdopodobne, zdarzyły się naprawdę. Mężczyzn w tej opowieści prawie nie ma. Sami wykluczyli się z życia swoich żon. Ich aktywność ograniczała się do ciężkiej pracy, do picia, do stania gdzieś na uboczu, jeśli do tej śląskiej rodziny nie pasowali jak ojciec głównej bohaterki. Zresztą najczęściej szybko umierali. Wisiała nad nimi jakaś klątwa. Jakby te silne, samodzielne kobiety ich nie potrzebowały. A przynajmniej nie potrzebowały ich takich - milczących, pozwalających się obsługiwać, nieuczestniczących w życiu rodziny, w wychowywaniu dzieci. Kobiety i mężczyźni, udręczeni ciężką pracą, zajęci mozołem codzienności, nie rozmawiają o tym, co ważne, nie ma między nimi czułości. Wymiana zdań ogranicza się do codziennych spraw. Ale milczenie ma także inne źródła - strach. O pewnych sprawach w powojennej śląskiej rzeczywistości, kiedy na każdym kroku udowadniana jest polskość tej ziemi, kiedy wymazywane są ślady niedawnej przeszłości, lepiej milczeć, lepiej schować je tak głęboko, jak chowa się niewygodne przedmioty.

Główną bohaterką, spiritus  movens całej opowieści, jest Kasia, najmłodsza z rodziny. To przez jej wspomnienia poznajemy historię jej nieżyjącej już matki Małgorzaty, jej babki, zwanej Babcią Miejscową, i jej siostry, tajemniczej Marijki. Kasia albo Katarzyna, bo obu tych form używa narrator, wyjechała z kraju do Holandii. Uciekła od toksycznych stosunków na uniwersytecie, gdzie jako kobieta musiała wyszarpywać sobie niezależność i podmiotowość, bo koledzy najchętniej widzieliby ją w roli kogoś, kto zaparzy kawę lub herbatę, odwali czarną robotę, a o swoich osiągnięciach i zasługach będzie milczał, splendorów, pochwał i nagród nie będzie się domagał. Uciekła też od rodziny, od ciotek, wujków, kuzynek i kuzynów, którzy najchętniej każdego sformatowaliby według jednej sztancy. A ona miała dość rodzinnych tajemnic, milczenia, chowania niewygodnych spraw pod dywan, celebracji pustych obyczajów. Jedyna bliższa więź wydaje się ją łączyć z Babcią Miejscową. To o niej myśli z uczuciem, to tylko z nią utrzymuje kontakt telefoniczny, to o jej zdrowie drży. To ona jest ostatnią nicią, która łączy ją z Polską. Kasia ma dość rodzinnych tajemnic, dlatego robi wszystko, aby z niebytu odkopać Marijkę.

Tragiczna historia starszej siostry Babci Miejscowej, Marijki, o której w rodzinie się milczało, jest w powieści najważniejsza i najciekawsza. Jak mówi Anna Dziewit-Meller w wywiadach, opowieść została zainspirowana prawdziwą historią, której trop znajdujący się w archiwach katowickiego IPN-u ktoś jej podrzucił. Marijka wywodząca się ze śląskiej rodziny, która w nowych powojennych warunkach musi starannie ukrywać pewne fakty, przysłowiowego dziadka w Wermachcie (w jej przypadku ojca), pracuje w zakładach azotowych. Marzy o tym, aby wpasować się w nową rzeczywistość - pragnie zostać przodownicą pracy. Jej marzenie ma także całkiem praktyczny wymiar - chce zarobić więcej i odłożyć pieniądze, aby iść na swoje, nie gnieść się w rodzinnym domu, założyć rodzinę. Tymczasem stanie się ofiarą zbrodniczego, stalinowskiego systemu. W wyniku przypadkowego niefortunnego zbiegu okoliczności zostanie oskarżona o sabotaż. Dramatyczne, tragiczne przeżycia Marijki są naprawdę przejmujące. Paradoks tej sytuacji polega na tym, że polscy oprawcy niewiele się różnią od hitlerowskich, których pamięć jest świeża. Nawet na siedzibę wybrali sobie ten sam budynek. Tam, gdzie jeszcze niedawno słychać było jęki katowanych przez gestapo, teraz słychać wycie torturowanych przez polską służbę bezpieczeństwa. Autorka nie oszczędza czytelnikowi drastycznych szczegółów. Opowieść o cierpieniu, jakie będzie  udziałem Marijki, jest bardzo realistyczna, pełna fizjologicznych brudów. Ironia, którą przesycona została narracja, stwarza z jednej strony dystans, z drugiej podkreśla absurdalność sytuacji i tym bardziej czyni ją tragiczną. Żeby jeszcze lepiej uprawdopodobnić historię Marijki, Anna Dziewit-Meller wplata w fabularną opowieść archiwalne dokumenty znajdujące się w archiwach katowickiego IPN-u - artykuły prasowe, donosy, materiały ze śledztw.

Mogłabym się czepiać pewnych szeleszczących papierem uproszczeń, które rzucały mi się w oczy w czasie lektury. Choćby wyliczanki niesprawiedliwości, jakich Kasia doznaje w męskim świecie polskiego uniwersytetu, choćby schematu fabularnego każącego wszystkim męskim bohaterom być nieudacznikami pozostającymi w cieniu, choćby nagromadzenia nieszczęść związanych z kobiecą fizjologią. Autorka postanowiła oddać w swojej powieści głos kobietom, wyrzucić całą swoją złość na spychanie ich na margines dziejów, na zabieranie im głosu i wszystko temu podporządkowała, dlatego czasem wypada to trochę sztucznie. Mogłabym się czepiać o nadmiernie uproszczone zakończenie, gdzie nagle wszystkie osobiste i rodzinne problemy Katarzyny znajdują swoje rozwiązanie. Mogłabym, ale nie zamierzam. W końcu "Od jednego Lucypera" to bardzo dobrze napisana powieść mainstreamowa, która porusza ważne problemy i opowiada o słabo znanej śląskiej historii. Im więcej osób ją przeczyta, tym lepiej. A ja na pewno kiedyś sięgnę po "Górę Tajget".

Dariusz Zalega "Śląsk zbuntowany"

Lektura "Pacjentów doktora Garcii" Almudeny Grandes, powieść o hiszpańskiej wojnie domowej i czasach dyktatury generała Franco, pociągnęła za sobą kolejne czytelnicze wybory. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w tym samym czasie pojawił się reportaż Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" o ruchu poszukiwania zaginionych w tamtych czasach i z licznymi odniesieniami do historii, oraz "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi (Czarne 2019). Jaki ta ostatnia książka ma związek z hiszpańską wojna domową? Otóż opowiada o ochotnikach ze Śląska walczących w międzynarodowych brygadach w Hiszpanii. A szczęśliwy traf sprawił, że zdobyłam też rzecz, którą już od jakiegoś czasu chciałam też przeczytać - "Grobowiec z Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej" Normana Lewisa autora świetnego "Neapolu 44. Pamiętnika oficera wywiadu z okupowanych Włoch". Po tym wstępie przechodzę do historycznego reportażu Dariusza Zalegi.

"Śląsk zbuntowany" to książka, którą można umieścić w nurcie pozycji zajmujących się tak zwaną ludową historią, czyli opowieścią o przeszłości pisaną z punktu widzenia zwykłego człowieka, a nie królów, dowódców, polityków. Bohaterami reportażu Dariusza Zalegi są robotnicy, szczególnie górnicy. Pisząc o nich, opowiada o Śląsku, a potem o wojnie domowej w Hiszpanii. Pokazuje, jak to się stało, że około dwustu ochotników z tamtych terenów, nie tylko Polaków, także Niemców i Czechów, zaciągnęło się do międzynarodowych brygad, aby walczyć o nieswoją przecież sprawę. Czy rzeczywiście nieswoją? Co ich ukształtowało? Co doprowadziło do podjęcia tak trudnej decyzji?  

Ich zaangażowanie nie wzięło się z niczego. To ludzie, którzy sprawdzili się dużo wcześniej, często jeszcze zanim część Śląska została po plebiscytach i powstaniach przyłączona do Polski. Działacze związkowi, członkowie lewicowych partii czy zwykli robotnicy walczący o swoje prawa. Brali udział w licznych strajkach, często byli ich organizatorami, walczyli w powstaniach. Ci najaktywniejsi intensywnie zdobywali wiedzę, czytając książki, biorąc udział w dyskusjach i innych formach samokształcenia. Ciekawy jest problem ich identyfikacji narodowej. Kim się czuli? Polakami? Niemcami? Ślązakami? Bardzo różnie. Na pewno dla większości z nich była ważna jeszcze jedna identyfikacja - robotnicza. Autor opowiada o tych wszystkich sprawach i problemach, zanim wyruszy za swoimi bohaterami do Hiszpanii. Pisze o podziale Śląska po pierwszej wojnie, o powstaniach, o górniczych strajkach, o działalności związkowej i politycznej, o kryzysie gospodarczym, wreszcie o rozczarowaniu polityką II Rzeczpospolitej wobec tych terenów. Upraszczając, można powiedzieć, że Śląsk został wykorzystany, a potem był nierozumiany, zapomniany, ale jednocześnie intensywnie eksploatowany. Bardzo ważne miejsce zajmuje opowieść o licznej emigracji ze Śląska. Górnicy wyjeżdżali do pracy w kopalniach francuskich czy belgijskich. Polska eksportowała swoich bezrobotnych, pozbywając się problemu. Na obczyźnie często kontynuowali swoją związkową i polityczną działalność. Potem wielu z nich angażowało się w pomoc ochotnikom, w przerzucanie ich za Pireneje, wreszcie sami wyruszali do Hiszpanii.

To wszystko jest bardzo ciekawe, a równie interesująca jest opowieść o udziale śląskich robotników w hiszpańskiej wojnie domowej. Niby wiedziałam, że na wieść o puczu generała Franco do Hiszpanii wyruszyli ochotnicy z wielu krajów, aby walczyć po stronie Republiki przeciwko faszyzmowi. Nie miałam jednak pojęcia przynajmniej o dwóch aspektach tej sprawy. Po pierwsze o tym, ile determinacji wymagało dołączenie do tych brygad, jak trudne to było, bo nielegalne, z iloma niebezpieczeństwami się wiązało. Niektórzy próbowali kilka razy, zanim udało im się dotrzeć do Francji, gdzie brygady się organizowały. Większość państw zachowywała neutralność wobec konfliktu, co oznaczało nieangażowanie się w pomoc ochotnikom i bierne przyzwolenie na wojskowy pucz Franco. Dlatego wędrówka tych zapaleńców była nielegalna, dopiero we Francji, i to tylko do jakiegoś czasu, traktowani byli przychylnie. Ta krótkowzroczność, jak często w dziejach, okazała się mieć dalekosiężne skutki. Gorzko mówi o tym jeden z uczestników tamtych wydarzeń - niemiecka armia bombardując hiszpańskie miasta znajdujące się na terenach, gdzie broniła się Republika, miała doskonały trening przed bombardowaniem polskich miast, co miało nastąpić już wkrótce

Drugą sprawą, o której nie bardzo miałam pojęcie, był los ochotników po zwycięstwie faszystowskiej dyktatury. Oczywiście wielu z nich zginęło, ale ci, którzy przeżyli, schorowani, wycieńczeni, okaleczeni, nie mieli do czego wracać. W Polsce i w III Rzeszy traktowani byli jak nielegałowie (stracili polskie paszporty, stali się bezpaństwowcami), wywrotowcy, element niebezpieczny. Nękano ich rodziny. Do Związku Radzieckiego też nie mogli się udać po czystkach, jakie nastąpiły z chwilą rozwiązania Komunistycznej Partii Polski. Większość wylądowała we francuskich obozach internowania, gdzie też nie witano ich entuzjastycznie. Panowały tam koszmarne warunki. Tak dotrwali do wybuchu wojny. Potem albo próbowali walczyć, albo trafiali do niemieckich obozów. Alternatywą często było zaciągnięcie się do Legii Cudzoziemskiej, szybko jednak rozumieli, że to błąd. Szlachetna decyzja o pomocy hiszpańskiej Republice zaważyła na ich dalszych losach. Dopiero po drugiej wojnie w PRL-u patrzono na nich z sympatią, ale wykorzystywano propagandowo. Jednak wielkich karier nie zrobili. Niekoniecznie też o nich marzyli zmęczeni wojnami i poniewierką. Dziś wahadło znowu się odwróciło. Co jakiś czas wybuchają awantury o to, czy zostawiać poświęcone im upamiętnienia. Dla prawej strony naszej sceny politycznej są komunistami, którzy opowiedzieli się po stronie Stalina. Historia nie jest taka prosta. Nie będę wdawać się tu w przedstawianie, jak bardzo różnorodne ideologicznie były siły opowiadające się za hiszpańską Republiką. To przecież nie tylko staliniści ze Związku Radzieckiego, nie od razu Stalin miał też tak duże wpływy. Gdyby nie neutralność innych państw, być może Republika nie byłaby tak podatna na komunistyczne wpływy. Kończę te dywagacje, bo nie czuję się na tyle kompetentna, a poza tym historycy nie lubią takiej gdybologii. I jeszcze jedna refleksja. Czy dziś byłoby tak dużą grupę ludzi stać na tak szlachetny gest? Kiedy czytam o ochotnikach z wielu krajów walczących w hiszpańskiej wojnie domowej, ta sprawa wydaje mi się jak z kosmosu. A książkę "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi polecam.

Małgorzata Szejnert "Czarny ogród"

Postanowiłam pójść za ciosem i od razu po skończeniu śląskiej powieści Kazimierza Kutza,

o której pisałam niedawno, sięgnęłam po książkę Małgorzaty Szejnert "Czarny ogród" (Znak 2007). Jak wspominałam w tamtej notce, opowieść znakomitej reporterki o Śląsku leżała na mojej półce bardzo długo i zupełnie się do niej nie spieszyłam. Dostałam ją od kogoś, kto przeczytał i podarował z komentarzem, że warto, że może mnie zainteresuje. Ale Śląsk był mi kompletnie obojętny, więc "Czarny ogród" leżał sobie na półce i pokrywał się kurzem, aż za sprawą Kutza nadszedł jego czas. "Piąta strona świata" wciągnęła mnie tak bardzo, że chciałam jeszcze pozostać przy śląskich tematach, skonfrontować powieść z literaturą faktu, perspektywę Ślązaka z kimś z zewnątrz (Małgorzaty Szejnert ze Śląskiem nic nie łączy), dowiedzieć się więcej. A "Czarny ogród" znakomicie się do tego nadaje. A teraz do rzeczy.

Autorka przygląda się tej ziemi ze specyficznej perspektywy. Jako obiekt zainteresowania wybrała sobie dwa niezwykłe miejsca, górnicze osiedla: Giszowiec i Nikiszowiec. Już sama opowieść o nich jest bardzo ciekawa, ale to tylko pretekst, aby przyjrzeć się historii Śląska, przede wszystkim tej dwudziestowiecznej. Książka ma formę kroniki prowadzonej od roku 1908 do 2006 (poprzedza ją zamknięta w jednym rozdziale historia rodu Giesche). Rok po roku Szejnert śledzi losy tych dwóch osiedli, korzystając z dokumentów, listów, kroniki szkolnej, literatury historycznej a wreszcie z  tego, co przechowała ludzka pamięć. Bo oczywiście nie ma opowieści bez ludzi. Autorka skupia się na kilku rodzinach zamieszkujących przede wszystkim Giszowiec, rzadziej Nikiszowiec, i dokumentuje ich dzieje, w których jak w soczewce przegląda się śląski los i historia tych ziem. A wiek dwudziesty obfitował tu w zdarzenia ważne, epokowe. Śląsk w tym czasie przechodził z rąk do rąk niczym piłka, którą wyrywają sobie gracze. Świetnie to widać, jeśli prześledzi się historię nazwy jednego z osiedli, która pojawia się w tytule większości rozdziałów. Więc najpierw, do roku 1922, jest Gieschewald. Potem, kiedy w wyniku plebiscytu i powstań  ta część Śląska trafia do Polski, nazwa zostaje spolszczona na używaną do dziś, Giszowiec. Ale historia kołem się toczy i w czasie drugiej wojny znowu rządzą tu Niemcy, więc Giszowiec na powrót staje się Gieschewaldem, by po wojnie swą polską nazwę odzyskać. Kto przeczyta spis treści, pewnie się zdziwi, kiedy w tytule przedostatniego rozdziału pojawi się jeszcze inna nazwa: osiedle Staszica. Dlaczego? Kłaniają się ponure lata osiemdziesiąte, kiedy to górnicze osiedle miało zniknąć z powierzchni ziemi wyparte przez ogromne bloczyska z wielkiej płyty. Wydobycie węgla rosło, na Śląsk napływała siła robocza z całej Polski, więc trzeba było budować mieszkania, coraz więcej i więcej. Nowe bloki miały być przyszłością, a nie stare, górnicze domki bez wygód wybudowane przez kapitalistycznych krwiopijców. Te partie książki są bardzo poruszające (oczywiście nie tylko te, o innych za chwilę). Kończy się bezpowrotnie pewna epoka, ginie miasto-ogród zrodzone z nowoczesnej idei, stworzone z wielką starannością przez spółkę Giesche dla pracujących w jej kopalniach i hutach pracowników, zaprojektowane z rozmachem i dbałością o urodę przez braci Zillmanów. Wszystko tam było: dwurodzinne domki otoczone ogródkami, szkoła, gospoda, domy dla urzędników, siedziba leśniczego, dom dyrektora, specjalna darmowa kolejka (Bałkan), a nawet piekarnioki, w których kobiety piekły chleb. Z czasem zbudowano jeszcze kościół. A wokół lasy. To prawda, że domki wymagały remontu, że nie było w nich wygód i komfortu takiego jak w bloku z wielkiej płyty (co to za komfort!), ale były jakieś, miały ogródki, wiele rodzin żyło w nich od pokoleń, wszyscy się znali, tworząc społeczność. Tylko nieliczni potrafili się pogodzić z przeprowadzką do bezdusznego bloku, gdzie panuje anonimowość, a człowiek czuje się jak sardynka w puszce. Rozbicie społecznych więzi i wykorzenienie to nie jedyne zło, drugim było niszczenie krajobrazu. Małe domki zewsząd otaczane przez blokowisko, architektoniczny ład rozszarpywany przez architektoniczną szpetotę. I nowi ludzie, napływowi, nieznający śląskiej tradycji, nieczujący i nierozumiejący Śląska. O tym Kazimierz Kutz nakręcił jeden ze swoich filmów "Paciorki jednego różańca", film nagradzany, ale jednocześnie znienawidzony przez komunistyczne władze. Ślady tego, jak powstawał, odnajdujemy w kronice Małgorzata Szejnert.

To zaledwie fragment niezwykle pasjonującej śląskiej historii. Reporterka pisze o wszystkim, co ważne. O początkach Giszowca i Nikiszowca, okresie chyba najbardziej sielskim, kiedy to mieszkańcy okolicznych wiosek przybywali do pracy w kopalniach i hutach. O czasach plebiscytu i powstań. Zastanawia się, jeśli nie ma pewności, którzy z jej bohaterów głosowali za Polską, a którzy za Niemcami. Wyjaśnia, dlaczego powstania wybuchały, pisze o Wojciechu Korfantym, o Polsce, o której wielu marzyło, za którą wielu się biło, mimo że właściwie nieznana. Potem rodzi się ruch robotniczy, szaleje wielki kryzys, kopalnie i huty, które kiedyś zasysały wciąż nowych i nowych robotników, teraz zwalniają. Odpowiedzią są protesty i strajki. Tragiczna karta to okres drugiej wojny światowej. Konieczność niełatwego wyboru: na którą z list się wpisać? Kim jestem? Wielu czuło się po prostu Ślązakami, nieważna lista, ważne co w sercu, ważne, żeby przetrwać. Żaden wybór nie był dobry. Jeden oznaczał wcielenie do Wermachtu, drugi Auschwitz. Wyzwolenie nie przyniosło spokoju. To na Śląsku powstawały polskie obozy, w których więziono Ukraińców, Łemków, ale przede wszystkim Ślązaków, często niezależnie od postawy, jaką przyjęli w czasie wojny. Ale były też inne represje: zmienianie imion, tępienie śląskiej kultury. To, co jeszcze porusza, jest świadomość upływającego czasu zawsze widoczny w wielkich sagach, a przecież  śląską, reporterską sagą można nazwać "Czarny ogród". Bohaterowie, których poznajemy na początku książki, starzeją się, potem to samo dzieje się z ich dziećmi, zmieniają się obyczaje, krajobraz. Nie ma już tamtego świata, ale Śląsk, mimo że już nie tak jednorodny, nadal odczuwa swą odrębność, nadal jest wierny swojej tożsamości. Dzięki tytanicznej pracy Małgorzaty Szejnert możemy to wszystko lepiej zrozumieć. Autorka kończy swoje dzieło raczej optymistycznymi akcentami, pokazując współczesne życie ocalonego Giszowca i Nikiszowca. Powoli odradzają się piękne budynki, oczywiście nie wszystkie. Rozwijają się drobne i całkiem duże biznesy. Powstają rozmaite lokalne inicjatywy.

Warto (powinnam napisać trzeba) sięgnąć po tę grubą księgę, aby spróbować zrozumieć Śląsk, który jest przecież częścią naszej historii.

Kazimierz Kutz "Piąta strona świata"

Zdarza się, wcale nie tak rzadko, że o moich lekturach decyduje impuls. Tak było i tym

razem. Przecież powieść znanego reżysera, "Piąta strona świata" (Znak 2010), ukazała się trzy lata temu. Przecież słyszałam o niej. Przecież na mojej półce od kilku lat leży "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert (reporterska opowieść o Giszowcu i Nikiszowcu), o którym kilka lat temu było głośno. Dostałam go, leżał, czekał na zmiłowanie, a ja już właściwie byłam przekonana, że raczej nigdy po niego nie sięgnę. Bo Śląsk, moja terra incognita, zupełnie mnie nie interesował. Zawsze kojarzył mi się z przemysłem degradującym środowisko, górnikami mnożącymi swoje żądania i politycznymi przepychankami. Dlatego nie widziałam żadnego ze śląskich filmów Kutza. Owszem, czasem w radiu albo w telewizji słyszałam, jak znany reżyser opowiadał o tej piątej stronie świata, o jej mieszkańcach, o swoich korzeniach, zawsze żarliwie, zawsze z pasją. Ale jego słowa wpadały mi jednym uchem, a drugim wypadały. Dziś wstydzę się swojej ignorancji. Po przeczytaniu powieści natychmiast nabrałam ochoty na obejrzenie na przykład "Soli ziemi czarnej" czy "Paciorków jednego różańca". Co sprawiło, że nagle sięgnęłam po książkę Kutza? Przypadek. Najpierw, jesienią, przeczytałam "Morfinę" Twardocha, potem w wywiadach pisarz, też Ślązak, sporo o Śląsku opowiadał. Zaczęłam rozumieć coś, co przecież wiedziałam: że pod moim bokiem jest kraina o bardzo skomplikowanej historii. I wreszcie ta ostatnia kropla, która wydrążyła skałę: telewizyjna rozmowa z reżyserem spektaklu, który powstał na podstawie powieści w jednym ze śląskich teatrów. I dyskusja wokół niego. No i już wiedziałam, że koniecznie po powieść Kutza muszę sięgnąć. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Nie żałuję i wszystkim polecam, chociaż to lektura czarna jak ziemia, o której opowiada. Ale spieszę dodać, że czyta się znakomicie. Jak pogodzić te sprzeczności? Już wyjaśniam.

"Piąta strona świata" to powieść-gawęda. Starzejący się Ślązak (mniej więcej rówieśnik samego autora), syn śląskiego powstańca, opowiada historię rodzinną i historię swojej przyjaźni z chłopakami z sąsiedztwa. Połączyła ich budka należąca do matki jednego z nich, w której zaczęli spotykać się w czasie wojny (drugiej). Kto miał pecha i stawał się pełnoletni, szedł na front, niektórzy nigdy nie wrócili, innych wojna złamała. Wszyscy wywodzą się z Roździenia. Dziś to część Katowic, u zarania tej historii po prostu wieś, w 1934 roku połączona z sąsiednimi Szopienicami. Jak na gawędę przystało opowieść nie rozwija się linearnie, narrator miesza czasy, wraca do tych samych momentów w historii, jednak krok po kroku podąża ku współczesności, starając się wyjaśnić zagadkę samobójczej śmierci swoich dwóch najbliższych przyjaciół: Alojza Byli, robotnika, samotnika, samozwańczego filozofa, i Lucjana Czornynogi, lekarza, społecznika. Jak to w gawędzie bywa, mnóstwo tu niezwykłych opowieści, nietuzinkowych bohaterów, powikłanych ludzkich losów. Nieważne, że czasem postacie zaczynają się czytelnikowi mieszać, nieważne, że czasem zapominamy, kto jest kim. Taka już uroda gawędy, że nadmiar opowieści miesza w głowach. Ale to właśnie gawędziarski żywioł sprawia, że powieść czyta się tak dobrze. Nie utrudnia lektury nawet gwara, której narrator używa naprzemiennie z językiem literackim, bo, jak wielu Ślązaków, doskonale włada jednym i drugim.

A jednak nie jest to przecież lektura pogodna, napisałam nawet, że czarna. Dlaczego? Powodów jest wiele. Wspomnę o nich w kolejności dowolnej.

Zdewastowany śląski krajobraz to jeden z nich. Narrator chociaż kocha swój Roździeń, kocha Śląsk, nie ukrywa spustoszeń, jakie w tym niegdyś rolniczym krajobrazie uczynił wielki przemysł. Przodkowie bohaterów powieści byli najczęściej rolnikami, ich potomkowie pracują w hutach, w kopalniach albo na kolei. Gdzieniegdzie pozostały jeszcze resztki ojcowizny, ale ziemi uprawiać się już nie da, bo obok wyrosła huta cynku, która truje przyrodę i płuca. Wszędzie jest szaro, brzydko, ściany familoków atakuje grzyb, dookoła rozciągają się hałdy. O dawnych czasach przypomina chyląca się ku ziemi  Męka Pańska, figura Chrystusa upamiętniająca miejscowych, którzy zginęli w wojnie francusko-pruskiej (1870-1871).

No właśnie, tragiczna historia Śląska i Ślązaków to kolejna przyczyna tego, że powieść nie jest pogodna. Narrator wielokrotnie z goryczą, gniewem i pasją skarży się na śląski los. Na to, że ziemia i jej mieszkańcy byli od dawna wykorzystywani przez innych. Od wojny francusko-pruskiej jeszcze dwa razy w czasie dwóch wojen światowych posłużą Niemcom jako mięso armatnie. Najtragiczniejsza, może też dlatego, że najświeższa, jest ta ostatnia, druga. Ślązacy podzieleni na kategorie, byli albo prześladowani (uczestnicy powstań, ich rodziny, komuniści), albo wpisywani na volkslisty (też różne) i wcielani do Wermachtu. Wielu z nich, jeśli szczęście im sprzyjało i znaleźli się na froncie zachodnim, zrzucało niemiecki mundur i przechodziło na stronę aliantów. Kto miał pecha i trafiał na front wschodni, często nie wracał. Ale wykorzystywanie Śląska i mieszkańców nie odbywało się tylko tak. Przede wszystkim była to eksploatacja ekonomiczna. Narrator tłumaczy też skomplikowaną sytuację narodowościową Ślązaków. Kim właściwie byli? Niemcy chcieli ich widzieć Niemcami, Polacy Polakami. Jedni przyznawali się do niemieckości, inni do polskości, ci najczęściej walczyli w powstaniach, ale wielu czuło się po prostu Ślązakami, mówiło tylko śląską gwarą. Podziały szły często w poprzek rodzin: przodkom ze strony matki bliżej było na przykład do Prus, potem Rzeszy, a tym ze strony ojca do Polski. To wszystko sprawiało, że nigdy nie mogli prawdziwie cieszyć się swoją śląskością. Nawet kiedy nastała Polska, przez wielu wyczekiwana, i ta międzywojenna, i ta komunistyczna, byli traktowani z pogardą, wypierani z lepszych posad przez ludność napływową. Wielu kończyło swoje życie w obozach, niemieckich albo polskich (takie po wojnie też były, o czym się zwykle nie pamięta).

Kolejne źródło melancholii płynące z powieści to przemijanie, którego nieodłącznymi towarzyszkami są zmiany i samotność. O zmianach krajobrazu już pisałam, ale najdotkliwsze są te dotykające ludzi. Przyjaciele z budki stopniowo rozpierzchają się po świecie. Najpierw po tym najbliższym. Kiedy rodzice zmieniają pracę lub mieszkanie, oni wędrują za nimi. Ale wtedy mogą się jeszcze spotykać, bo do budki cały czas jest blisko. Pierwszy poważny cios to wojna. Już pisałam, że jedni nigdy z niej nie wrócili, innym się udało, ale nie byli już sobą. Wyruszali na studia albo do pracy gdzieś w Polskę, a potem niektórzy, gnębieni i prześladowani, albo tylko w poszukiwaniu lepszego losu, uciekali w świat. Zadziwiająco wielu wśród tego budkowego towarzystwa było ludzi wybitnych i znanych. Można ich było spotkać w Nowym Jorku, Kanadzie czy RPA. I tak w końcu narrator zostaje sam. Przyjaciół już nie ma, rodziny nie założył, pozostają mu wspomnienia, często gorzkie.

To wszystko sprawiało, że kiedy czytałam powieść Kutza, pod powiekami wyobrażał mi się jakiś czarny świat. Pochylające się ku ziemi ze starości budynki, pokryte liszajami ściany familoków, siny dym z komina huty, dziurawa droga, czarna hałda, skrzypiące tramwaje, kolejowe pobocza, rachityczna zieleń, stare ławki na lichych podwórkach, drewniane wychodki, gnojówka.

Ale na koniec chcę wspomnieć o czymś optymistycznym. Powieść Kutza to hołd złożony śląskim kobietom, żonom i matkom, prawdziwym głowom rodzin. To na nich, zapobiegliwych i pracowitych, opierały się rodziny, to one przechowywały tradycję, dbały o wykształcenie dzieci, mimo że proste, z rodzin chłopskich albo robotniczych, to często oczytane. To matka narratora, taka właśnie zwyczajna kobieta, rozczytała budkowych chłopaków. To dzięki temu, że sama pożyczała książki, czytał je narrator i zanosił przyjaciołom z budki, gdzie w ciężkich wojennych czasach odbywało się samokształcenie.

Zakończę tak, jak często, namawianiem, aby po powieść Kutza sięgnąć. Warto zrozumieć przynajmniej trochę z tej piątej strony świata. Warto wiedzieć, że nie jesteśmy narodem jednolitym, jak lubimy o sobie myśleć. I chociaż Śląsk się od tamtej pory jeszcze bardziej zmienił, nie jest już przecież tak jednorodny jak kiedyś, wielu Ślązaków wyjechało, wiele jest ludności napływowej, to wciąż przecież pozostaje piątą stroną świata. Teraz jestem pewna, że na pewno przeczytam "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert.

Popularne posty