Antonio Lobo Antunes "Zadupia"

Skuszona entuzjastyczną recenzją jednego z cenionych przeze mnie

krytyków sięgnęłam po powieść "Zadupia" słabo znanego w Polsce portugalskiego pisarza Antonia Lobo Antunesa (Noir sur Blanc 2021; przełożył Wojciech Charchalis). Przed wielu laty, ściślej rzecz biorąc na początku naszego wieku, ukazały się w innym wydawnictwie jego dwie książki, a potem cisza. Nie przypuszczam, aby dziś ten sam wydawca, który w międzyczasie przekształcił się w koncern wydawniczy, zdecydował się na publikację tych tytułów. Ciekawa jestem, czy Noir sur Blanc pójdzie za ciosem i doczekamy się innych książek tego ważnego dla literatury portugalskiej pisarza. W tym miejscu kilka słów o nim. 

Urodził się w roku 1942, z wykształcenia jest lekarzem psychiatrą. Ma za sobą, jak całe pokolenie portugalskich mężczyzn, traumatyczne doświadczenie wojny w Angoli, która przez wiele lat usiłowała wyrwać się spod portugalskiego kolonialnego buta. W swojej twórczości rozlicza się właśnie z przeszłością swojego kraju. A "Zadupia" są opowieścią o dewastującej sile wojny. Dodajmy - bezsensownej wojny. Dla Portugalczyków. 

Od razu napiszę, że nie jest to rzecz dla każdego. Ze względu na formę i język wymaga skupienia i wysiłku. Nie można jej czytać z doskoku, ale też nie da się tej ledwie ponad dwustu stronicowej książki połknąć w dwa, trzy dni. Lektura stawia opór i z konieczności jest powolna. Kłopot przede wszystkim sprawia język - najczęściej, bo nie zawsze, nasycony metaforami i porównaniami. Do tego długie, wielokrotnie złożone zdania z dowolnie traktowaną interpunkcją. Nie raz, nie dwa wracałam do początku, aby złapać ich sens, aby zrozumieć, czemu służy rozbuchane obrazowanie. Ten nadmiar może razić, ale jest przecież celowy. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu autor osiąga melancholię i smutek, jakie przenikają tę książkę. Słychać dźwięki portugalskiego fado. Do tego dochodzi dystans do opowiadanych zdarzeń, ale z drugiej strony nieprawdopodobnie silne emocje, które co jakiś czas dają o sobie znać. ... proszę przedstawić jakieś wyniki, które można pokazać - przemawiał pułkownik, a my mieliśmy do pokazania tylko amputowane nogi trumny żółtaczki malarie zmarłych pojazdy zmienione w harmonię rupieci. (interpunkcja oryginału) Melancholia i dystans przywołują skojarzenia z "Casablancą". W pewnym momencie narrator porównuje się do Humphrey'a Bogarta. Ale uwaga - w żadnym razie nie jest to wzruszający, wyciskający łzy melodramat. Chyba że a rebours - bo miłości bohatera rozpadały się w nie tak romantyczny sposób. Zniszczyła je wojna i jej skutki.

Ale trud włożony w czytanie tej powieści zostaje wynagrodzony. To rzeczywiście rzecz znakomita i niepozostawiająca czytelnika obojętnym. Proza tak skondensowana i gęsta, że aż roi się od celnych stwierdzeń. Zaznaczyłam sobie wiele cytatów i chętnie przywołałabym tutaj wszystkie, no ale ze względu na szczupłość miejsca i wytrzymałość osób czytających tę notkę nie zrobię tego. Ale jakieś (jeszcze) będą.

Narratorem jest mężczyzna opowiadający przygodnie spotkanej kobiecie, z którą spędzi noc, swoje wspomnienia z wojny, swoje życie. Robi wrażenie człowieka starego, który wszystko ma już za sobą, chociaż jeśli uważnie śledzi się tok narracji, można się zorientować, że opowiada o zdarzeniach, które miały miejsce sześć lat wcześniej. A na wojnę poszedł, mając dwadzieścia kilka lat! Dlaczego tak jest? Bo wojna zdewastowała jego życie, sprawiła, że stał się ruiną człowieka. Pozbawiła go planów, marzeń, sensu, zniszczyła rodzinę.  ... mam dwadzieścia kilka lat, jestem w połowie życia i wszystko wydaje mi się zawieszone  wokoło mnie ... Marzył o zostaniu pisarzem, ale Nigdy słowa nie wydawały mi się tak powierzchowne jak w tym czasie popiołów, pozbawione sensu, który zwykle im nadawałem ...  Chociaż od powrotu z Angoli minęło kilka lat, wciąż wracają do niego te same obrazy śmiertelnie rannych kolegów - żołnierza, który strzelił sobie w głowę, ale zrobił to tak nieumiejętnie, że umierał kilka godzin, innego, który błagał go o to, aby wymyślił mu jakąś chorobę, która odeśle go do domu, bo jeśli nie, to skończy ze sobą, jeszcze inny siedział przy drodze i rękami podtrzymywał swoje wnętrzności, bo pocisk rozerwał mu brzuch. A on, wojskowy lekarz, nie był w stanie im pomóc. Niewiele mógł zrobić. Jak pisze, naprawiał igłą i nitką bohaterskich obrońców imperium.

Jak już wspominałam, z jednej strony jest to opowieść nasycona smutkiem, melancholią, cynicznym dystansem, z drugiej wściekłością. Wściekłością na bezsensowną wojnę, na zmarnowane życie. Dawno nie czytałam książki, która w tak znakomity sposób obnażałaby absurdy wojny. Szczególnie takiej - kolonialnej, niesprawiedliwej, toczonej z powodu widzimisię polityków, którzy nie potrafią wyrzec się mocarstwowych zachcianek i ambicji. Bohater pisze wprost, że to nie jego wojna, że został do niej zmuszony jak tysiące innych portugalskich mężczyzn. Ale przecież, jak zawsze, są równi i równiejsi. Politycy, bogaci przemysłowcy i ich synowie nie muszą walczyć. Ci pierwsi decydują o losie innych, ci drudzy na wojnie zbijają majątki. Kto tak naprawdę morduje bohatera i współtowarzyszy jego losu - partyzanci czy Lizbona w imię wielkiej polityki? Narrator wyrzuca z siebie swój gniew, jakby wyrzygiwał wściekłe słowa. Nagle kunsztowny język pełen poetyckich obrazów zostaje rozbity przez dosadne słownictwo skurwysyny, dojebać [polityków] w dupę. Po chwili znów jest sobą - ... co oni zrobili z moim narodem, co oni zrobili z nami, że tak siedzimy (...) na ziemi, która do nas nie należy, umieramy na malarię i od kul ...

Autor znakomicie oddaje absurd wojny. Narrator nagle zostaje wyrwany ze swojego świata i przeniesiony dziesięć tysięcy mil od Lizbony,  Portugalii,  rodziny i trafia w miejsce zupełnie mu obce. Obce pod każdym względem - klimatycznym, krajobrazowym, kulturowym. I musi się bić, bronić sprawy, która nie jest jego sprawą. I znowu jak we śnie wracają obrazy, tym razem nędzy i cierpienia miejscowej ludności. Absurd jest podwójny - bo z jednej strony dla niego wieści z domu są jak wiadomości z innego świata, z drugiej strony jego bliscy, którzy zostali w Portugalii, nie są w stanie wyobrazić sobie, co przeżywa on i współtowarzysze jego losu. Nikt, kto tam nie był, nie zrozumie, z czym się mierzyli, czego świadkami byli. To niemożliwe. Ta niekompatybilność doświadczeń czyni z niego i takich jak on ludzi samotnych, oderwanych od świata, wyobcowanych. Tym dotkliwsza jest trauma, bo nikt jej nie rozumie. Dla rodziny, rodziców, ciotek, wujków, babek i dziadków był powodem do dumy. Wojna miała zrobić z niego mężczyznę. Tymczasem wykorzeniła go z poprzedniego życia, nigdzie już nie należy, jest potwornie samotny. Wrócił chudy, co z przykrością stwierdzili rozczarowani krewni. A przecież miał stać się mężczyzną! Nie zdają sobie sprawy, że chudość to jego najmniejszy problem.

Bo jakiego mężczyznę miała z niego zrobić wojna? Nieczułego, bezrefleksyjnego, posłusznie podporządkowującego się rozkazom z Lizbony? Tchórzliwego oportunistę, który nie stanie w obronie gnębionych, upokarzanych i mordowanych, bo chce wrócić z tej wojny do swojego świata? Okrutnego i bezwzględnego? Takiego, z którego wychodzi zwierzę? Który gwałci, poniża, upokarza i morduje? Jeśli o taką męskość chodziło,  to się udało. 

... wojna (...) skazywała nas na nędzę rozpaczy i czyniła z nas ponure, rozżalone bydlęta, gwałcące kobiety oparte o zimną, lustrzaną biel glazury ... 

Znakomita, dająca do myślenia, działająca na emocje pacyfistyczna powieść. I nie ma znaczenia, że opowiada o jakiejś konkretnej wojnie. Jest po prostu uniwersalna. Może także dzięki swojej formie, która przenosi doświadczenia bohatera w rejony szersze niż tylko portugalskie. Warto zadać sobie trud, znaleźć czas i skupienie, aby ją przeczytać. 

PS. Świetny jest też wstęp Wojciecha Charchalisa, który przystępnie i zwięźle pokazuje tło historyczne, z którego wyrasta ta powieść - odkrycia geograficzne, kolonialne podboje, czasy dyktatury Salazara, Nowego Państwa, a wreszcie konwulsji kolonialnego, imperialnego świata. 

Katarzyna Wężyk "Aborcja jest"

 Nie od razu zdecydowałam się na lekturę książki Katarzyny Wężyk

"Aborcja jest" (Agora 2021). Poglądy w tej sprawie mam sprecyzowane, uważam, że to decyzja kobiety, prawo powinno zostać zliberalizowane, powtarzam zliberalizowane, nie mam więc na myśli powrotu do zgniłego kompromisu, który obowiązywał do jesieni 2021, podpisałam się pod społecznym projektem ustawy o legalnej aborcji. Dlatego wydawało mi się, że nie mam powodu, aby sięgać po reportaż Katarzyny Wężyk, no bo po co przekonywać przekonanego, kiedy tyle innych książek czeka w długiej kolejce, wciąż i wciąż przybywają nowe, więc z czegoś trzeba zrezygnować. Chociaż przyznać muszę, że od początku kusiła mnie warstwa historyczna. Jaki był stosunek do aborcji kiedyś? Jak kobiety zapobiegały ciąży? Dlatego w końcu uległam. Kiedy książka dostała nagrodę Grand Press w kategorii Reporterska Książka Roku, postanowiłam przeczytać. I nie żałuję. Powodów jest kilka.

Po pierwsze zaspokoiłam swoją historyczną ciekawość. Autorka, zaczynając od starożytności, opowiada o tym, jak zmieniał się stosunek do aborcji i jakimi metodami dysponowały kobiety, aby nie zajść w niechcianą ciążę. Relacjonuje dyskusje toczone nie tylko wśród teologów na temat tego, od kiedy płód staje się dzieckiem. Ten historyczny rys pokazuje, jak seksualność kobiet od zawsze była narzędziem sprawowania nad nimi władzy, a stosunek do ich praw reprodukcyjnych, a więc i do aborcji, podporządkowywano rozmaitym celom, ale nigdy nie chodziło o dobro kobiet. Bo nawet w starożytności, kiedy dzieciobójstwo, porzucanie noworodków i aborcja były czymś powszechnym, a tę ostatnią traktowano jak jeden ze środków zapobiegania ciąży, decyzja o usunięciu płodu nie należała do kobiety, tylko do jej męża. Jeśli miał już męskiego potomka, najczęściej nie widział problemu. Od czasów średniowiecza za sprawą Kościoła seks uznany został za coś grzesznego. Miał służyć tylko prokreacji, nie przyjemności, a ideałem stała się wstrzemięźliwość. Ale dopiero w 1917 Kościół uznał aborcję za zabójstwo, wcześniej był to po prostu grzech. I nie tylko Kościół mieszał w tym kotle. Wraz z rodzącym się kapitalizmem kobiety miały stać się inkubatorami dostarczającymi siły roboczej, a kiedy w XIX wieku zaczęła rodzić się idea państw narodowych, ich zadaniem było rodzenie nowych obywateli - najlepiej chłopców, żołnierzy. No a w krajach takich jak Stany Zjednoczone koniecznie białych. Swoje dołożyli lekarze - ciąża i poród stały się sprawą mężczyzn, bo wraz z rozwojem medycyny odebrano tę sferę kobietom, akuszerkom i położnym. Długo jednak kwestii przerywania ciąży nie regulowało prawo, dopiero w XIX wieku państwa stopniowo wprowadzały jej zakaz i kryminalizację. Mimo władzy Kościoła, a potem państwa, aborcja zawsze była, a dzietność systematycznie spadała. I zawsze najlepiej radziły sobie z problemem kobiety zamożne, a najgorzej ubogie, a szczególnie piętnowano samotne. Bo jak to tak - była grzeszna przyjemność, której skutkiem jest ciąża, a nie ma kary? Co ciekawe w powszechnej świadomości długo termin aborcja stosowano do usuwania płodu nazywanego ożywionym, czyli takiego, który już się rusza. Przerywanie ciąży we wcześniejszych tygodniach określano doskonale nam znanym terminem - przywracanie menstruacji.

Po drugie Katarzyna Wężyk bardzo dokładnie, krok po kroku, pokazała, jak to się stało, że po roku 1989 w czasie transformacji peerelowską liberalną ustawę dotyczącą przerywania ciąży zastąpiono nową nazywaną jeszcze do niedawna dość powszechnie kompromisem aborcyjnym. I znowu prawa kobiet, jak zawsze w historii i nie tylko w Polsce, stały się elementem jakiejś gry i z naszym zdaniem nikt się nie liczył. Po prostu przehandlowano je, nie tylko te reprodukcyjne, za poparcie Kościoła dla transformacji, a potem wejścia do Unii. Ale może najbardziej istotne jest uświadomienie sobie, jak ważny był język. Bo to język sprawił, że, poza  najbardziej świadomymi spośród nas, dałyśmy sobie zrobić wodę z mózgu, wtłoczyć w poczucie winy i pogodzić się z tym zgniłym kompromisem. Zamiast płodu, pojawiło się dziecko, które matka nosi pod sercem (brr, takiej dawki egzaltacji nie jestem w stanie znieść), zamiast przerwania ciąży czy aborcji morderstwo i cały ten dyskurs o cywilizacji śmierci. Muszę przyznać, że bardzo mało pamiętam z tamtych wydarzeń. Jakby lata dziewięćdziesiąte w mojej pamięci zasnuła jakaś mgła. Jakbym je wyparła, zapomniała. Dlatego rozdziały, w których autorka opowiada o polskiej potransformacyjnej bitwie o aborcję, były dla mnie bardzo ciekawe, chociaż wcześniej wydawało mi się, że nie będą już tak interesujące, bo wszystko przecież wiem. Myliłam się.

Po trzecie Katarzyna Wężyk oddaje głos kobietom, które miały aborcję. Rozdziały historyczne przeplecione są ich zwierzeniami. To bardzo różne historie. Mamy tu pełne spektrum losów i powodów, dla których kobiety zdecydowały się ciążę usunąć. Jedne były w takim momencie życiowym, że nie chciały albo wręcz nie mogły sobie pozwolić na dziecko, inne dzieci w ogóle nie planowały, a antykoncepcja zawiodła. O aborcji mówią też kobiety, które na dziecko czekały, ale płód miał wady letalne. Te przeżywały największe dylematy i tragedie. Najbardziej jednak wstrząsające w tych opowieściach jest zmaganie kobiet o wyegzekwowanie przysługującego im prawa. Bo w tej ostatniej grupie wszystkie miały do tego prawo, a jednak lekarze robili wiele, aby ciąży nie usunąć. Jedne znalazły w sobie tyle siły, aby walczyć, nawet w sądzie, inne, obawiając się mitręgi, wolały wziąć sprawę w swoje ręce mimo przysługującego im prawa do aborcji. Katarzyna Wężyk bardzo mocno pisze o lekarzach, którzy obok Kościoła i polityków zgotowali kobietom w Polsce taki los. Ich udział w zaostrzeniu prawa jest ogromny. Najbardziej wstrząsnęła mną historia, szeroko kilka lat temu opisywana, zgwałconej nastolatki, której obrońcy życia urządzili piekło, zanim w końcu znalazł się szpital, który zrobił zabieg. O swojej aborcji opowiadały też kobiety, które miały ją jeszcze w czasach PRL-u, kiedy obowiązywało liberalne prawo.

Uważam, że "Aborcja jest" to lektura obowiązkowa, bo jak powiedziała Beata Stasińska:  Materiał dowodowy jest w tej książce wstrząsający. Mamy wreszcie książkę, która odczarowuje temat.

Magdalena Parys "Tunel"

Do lektury którejś z powieści Magdaleny Parys przymierzałam się

od czasu do czasu, zazwyczaj, kiedy przy okazji promocji jej kolejnej książki wpadł mi w ręce, albo w ucho, wywiad z autorką. Najwyraźniej nie było to pragnienie bardzo silne, skoro dotąd nic z tego nie wyszło. I pewnie nie wyszłoby nadal, gdybym nie natknęła się na super atrakcyjną promocję "Tunelu" (Agora 2020), pierwszej części Trylogii Berlińskiej. Pierwsze wydanie to rok 2011, w międzyczasie ukazały się dwa kolejne tytuły cyklu, "Magik" i "Książę". Jeśli ktoś o autorce nie słyszał, informuję, że Magdalena Parys to polska pisarka urodzona w Gdańsku, mieszkająca w Berlinie Zachodnim. W Niemczech znalazła się, kiedy miała trzynaście lat. Echa doświadczeń, które były jej udziałem, widać w "Tunelu", ale o tym za chwilę. 

Najpierw jednak bez krygowania się napiszę, że od powieści nie mogłam się oderwać. Czytałam ją w tym około świątecznym czasie, kiedy świat nieco zwalnia, czyli między Świętami a Nowym Rokiem. I takiej właśnie pozycji, dla której zarywa się noc, było mi trzeba. Ale "Tunel" jest czymś znacznie więcej niż książką sensacyjną. Bo atrakcyjna dla czytelnika rama skrywa istotne treści. Na pewno sięgnę po kolejne tomy berlińskiego cyklu. 

Zasadnicza akcja to rok 2010, ale razem z bohaterami wędrujemy w przeszłość - druga wojna, zimna wojna, podział Berlina, lata osiemdziesiąte, wreszcie zjednoczenie Niemiec. Chociaż większość wydarzeń rozgrywa się w obu częściach Berlina, to trafiamy też do wojennego Gdańska i w inne miejsca. Sensacyjna intryga osnuta jest wokół wydarzeń z lat osiemdziesiątych, kiedy Roman, mieszkający razem z matką w Berlinie Zachodnim, organizuje ucieczkę swojego brata, który z ojcem został we wschodniej części miasta. Postanawia wybudować tunel. Nie on pierwszy. Szybko orientuje się, że przedsięwzięcie przerasta jego siły, dlatego w intrygę wciąga przyjaciół i przede wszystkim specjalistów od takiej roboty, którzy nie pierwszy raz angażują się w pomoc w ucieczce. Sprawa komplikuje się, na jaw wychodzą nowe, zaskakujące, fakty, niemal każdy tu coś ukrywa. Jeden z uczestników tamtych wydarzeń po latach postanawia wyjaśnić tajemnice tamtej akcji, które nie dają mu spokoju. I tak krok po kroku czytelnik dzięki jego śledztwu dowiaduje się coraz więcej. 

Książka Magdaleny Parys ma wiele zalet, minusów nie dostrzegam, no może poza jednym drobnym, na którym tu skupiać się nawet nie będę. Co sprawia, że po "Tunel" warto sięgnąć? 

Skoro to powieść włożona w konwencję sensacyjną nie bez znaczenia jest intryga - fascynująca, bardzo skomplikowana, a jednak klarownie prowadzona. Autorka nie raz wodzi czytelnika za nos, myli tropy, w pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że coś się nie zgadza, że może coś przeoczyła albo ja źle zapamiętałam, ale nie, tak właśnie miało być, wszystko logicznie zostaje wyjaśnione. Powoli puzzle wskakują na swoje miejsce, a kropkę nad i stanowi epilog.  

Kolejna zaleta - bohaterowie. Jest ich kilku, dwa pokolenia - jedni pamiętają czasy wojny, inni urodzili się później, w latach czterdziestych albo pięćdziesiątych zeszłego wieku. Poznajemy relacje między nimi i ich, często bardzo skomplikowane, losy, ale przede wszystkim wszyscy zostali znakomicie sportretowani. To ludzie z krwi i kości, kochający, nienawidzący, oddani innym, czasem śmieszni, mający rozmaite słabości. Nie ma wśród nich herosów bez skazy, niestety znajdą się szuje, które trudno polubić. Wydarzenia sprzed lat poznajemy z perspektywy każdego z nich, co jest oczywiście dodatkową zaletą powieści. Każda kolejna historia to cegiełka, która pozwala inaczej spojrzeć na relacje między nimi i zdarzenia, w które byli zamieszani.

Wreszcie rzecz najważniejsza - powieść Magdaleny Parys to nie jest tylko książka sensacyjna. "Tunel" porusza wiele problemów i wątków historycznych. Jest to opowieść o pękniętym mieście i rozdzielonych rodzinach. Jednym się udało i żyli w Berlinie Zachodnim, inni musieli się jakoś urządzić po wschodniej stronie. Ale zachodnia część też nie od razu była rajem. Magdalena Parys sięga do czasów blokady, kiedy wydawało się, że mieszkańcom grozi głód. Najważniejszym problemem, jaki porusza, wydają mi się zaszłości historyczne. Cień Trzeciej Rzeszy i drugiej wojny rozpościera się nad bohaterami, a szerzej nad niemieckim społeczeństwem. Autorka pokazuje uwikłania bohaterów w nazistowską ideologię. Zastanawia się, czy możliwe jest zbudowanie nowego państwa i nowego społeczeństwa na gruzach potwornej przeszłości bez ubrudzenia się. Okazuje się, że żadna strona, ani umowna Zachodnia, ani umowna Wschodnia, nie wychodzi z tego bez szwanku. Bo często nie da się zupełnie odciąć od przeszłości, no bo ktoś ten nowy świat musi nawet nie tyle budować, ile obsługiwać, a czasem jest też pokusa, aby iść na skróty i z haniebnej przeszłości po prostu korzystać. I znowu dotyczy to obu stron. Konkluzja jest może nie nowa, ale zawsze warto o niej pamiętać. Niestety przykra - wszystko sprowadza się do brudnej, cynicznej polityki, w której szlachetne ideały są jedynie zasłoną dymną dla mas.

Na koniec dodam jeszcze, że mnie zainteresował wątek dramatycznej ucieczki z Gdańska zdobywanego przez Armię Czerwoną, no i bogate tło obyczajowe. 

Kto ma ochotę na niebłahą powieść, którą znakomicie się czyta, niech koniecznie po "Tunel" sięgnie.  

Tatiana Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy"

Długo zbierałam się do tej lektury. Chociaż zewsząd słychać było

same pochwały, ja zastanawiałam się, czy wpisać ją na listę książek, które chcę przeczytać. Jakoś tak mam, że nieszczególnie pasjonuje mnie ten temat - relacja matki z dzieckiem, najczęściej z córką, a w powieści rumuńsko-mołdawskiej pisarki Tatiany Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy" (Książkowe Klimaty 2021; przełożył Dominik Małecki) chodzi o więź matki z synem. W końcu uległam. Czy to o tej powieści ktoś napisał, że jeśli miałoby się przeczytać w ciągu roku tylko jedną książkę, to powinna być nią właśnie ta? Czy to ta rekomendacja przeważyła szalę? Nie pamiętam.

Nie było mi łatwo wejść w tę lekturę. Zaczyna się od takiej dawki nienawiści, że pomyślałam sobie - nie dam rady. Chociaż zazwyczaj książki, które czytam, nie należą do lekkich, łatwych i przyjemnych, tym razem miałam wrażenie, że przekroczyłam próg wytrzymałości. Może właśnie dlatego, że to nienawiść syna do matki? W dodatku bohater, Aleks, który właśnie skończył szkołę, wydawał mi się bardzo odstręczający.

Tego ranka, gdy nienawidziłem jej bardziej niż kiedykolwiek, mama skończyła trzydzieści dziewięć lat. Była mała i gruba, głupia i brzydka. Najbardziej bezużyteczna ze wszystkich matek, jakie dotąd istniały. Przyglądałem jej się przez okno: sterczała pod bramą szkoły jak żebraczka. Zabiłbym ją odłamkiem myśli. (...) Mama miała gdzieś i mnie, i to, że jednak ukończyłem szkołę.

Szybko orientujemy się, skąd w narratorze tyle nienawiści, cynizmu i sarkazmu.  

Byliśmy nikim, robiliśmy nic. Podczas wszystkich lat w tej szkole nie słyszałem ani razu, żeby jakiś kolega chwalił się wakacjami, tak jakby oprócz szaleństwa dotknął nas też trąd. (...) Ludzkie strzępy - oto czym byliśmy.

Te słowa informują o wszystkim. Aleks, jak sam o sobie mówi, jest wariatem. Szkoła, którą właśnie skończył, kształci uczniów takich jak on. Dzieci z rozmaitymi deficytami i zaburzeniami. Często odrzucone przez rodziców i znienawidzone przez nauczycieli. 

Jim, mój najbliższy przyjaciel (...) Był z rodzicami, którzy w mgnieniu oka sprzedaliby go na organy, gdyby się nie bali, co ludzie powiedzą.

Inni [nauczyciele], ci mniej obrotni, każdej jesieni musieli jednak wracać i stawać naprzeciw tych samych diabolicznych uczniów, których tak nie znosili i których się bali.

Jaka przyszłość czeka chłopaka, który czuje się odrzucony przez wszystkich? Jakie ma perspektywy? Na co może czekać? O czym marzyć? Jego jedyny plan to wypad do Amsterdamu razem z dwoma kolegami, którzy też ukończyli szkołę. Wypad na trawkę i dziwki. Wprawdzie Aleks kocha się w jakiejś Jude, ale raczej nie ma u niej szans. 

Mój stosunek do bohatera zmieniał się stopniowo, kiedy poznawałam coraz więcej epizodów z jego życia. Niechęć, złość i antypatia zaczęły ustępować współczuciu, litości i rozpaczy. Bo serce się kroi, kiedy czyta się o dziecku skamlącym o miłość i uwagę matki. O dziecku, które przeżyło wielką tragedię i zostało z nią samo. O dziecku, które potrzebuje bliskości i nie może jej dostać. Nie rozumie, dlaczego jest odrzucane. Ale czy możemy winić matkę? Przecież tragedia dotyczyła całej rodziny. Jej ból był tak wielki, że pochłonął ją w całości, a świat stał się dla niej obojętny. Kiedy po latach się ocknęła, było już za późno. A gdzieś mimochodem możemy domyślać się, że to kobieta niespełniona. Czy dlatego, że jest imigrantką? Wiele w tej powieści niedomówień, białych plam, które czytelnik może wypełniać sam. Taka jest też historia babci, właścicielki sklepu, którym Aleks chyba pogardza, ale dzięki któremu dorobiła się dwóch domów.

Ale to zaledwie skrawek tej historii, początek, bo jej istotę stanowi wspomnienie tego tytułowego lata. Lata, które Aleks zgodził się spędzić ze swoją znienawidzoną matką we Francji. Lata, które radykalnie zmieniło jego stosunek do niej, pozwoliło im się na nowo zbliżyć do siebie. Chociaż Aleks zgodził się na ten wyjazd z wyrachowania, po latach, kiedy je wspomina, wie, że było to najważniejsze lato jego życia i może najszczęśliwsze, mimo że okoliczności były tragiczne. Te fragmenty książki, chociaż z powodów, jakich zdradzić nie mogę, są smutne, paradoksalnie dają jednak czytelnikowi wytchnienie i przynoszą otuchę. Mimo że skupione na na nowo budowanej więzi syna i matki, to gdzieś w tle, jak często w tej powieści ledwo naszkicowane, są i lato, i wieś, i krajobrazy, ale też mieszkający tam ludzie. I znowu poznajemy innego Aleksa, Aleksa, który zmienia się na oczach czytelnika, dojrzewa, Aleksa, który wreszcie budzi sympatię, a nawet podziw.

Ale jest jeszcze jeden Aleks, dorosły, dokładnie trzydziestodziewięcioletni. Uznany artysta - malarz tworzący dziwne obrazy mające swoje korzenie w tamtym lecie. Znowu doświadczony przez los, cyniczny. I chociaż są powody, aby mu współczuć i go rozumieć, to po raz kolejny trudno go polubić. 

Intrygująca, bardzo ciekawa książka. Jednak w całości gorzka. Bo życie nie zawsze usłane jest różami i niektórym stale wiatr w oczy. Pieniądze wprawdzie ułatwiają wiele spraw, ale szczęścia się za nie nie kupi. Niby banalna konstatacja, ale w powieści podana w niebanalny, poruszający sposób.   

Anna Cieplak "Rozpływaj się"

"Rozpływaj się" to pierwsza powieść Anny Cieplak, po którą

sięgnęłam (Wydawnictwo Literackie 2021). O jej wcześniejszych książkach oczywiście słyszałam, bardzo dobrze się o nich mówiło, ale jakoś się nie skusiłam. Pewnie dlatego, że miały młodzieżowych bohaterów, przynajmniej dwie pierwsze, najbardziej utytułowane. No a poza tym wiadomo, nie da się czytać wszystkiego, że powtórzę po raz kolejny moją ulubioną frazę. Banalną, ale prawdziwą. Tym razem  po wysłuchaniu dwóch wywiadów z Anną Cieplak postanowiłam spróbować. Z ciekawości. Po pierwsze, bo autorka znana i doceniana, a po drugie, bo zainteresował mnie temat i tło. Śląsk, historia rozpięta w latach 1999-2019, bohaterowie wywodzący się z klas niższych. 

Bracia Robert i Janek, Alina i Marca (Marcelina) w dzieciństwie mieszkali w familoku w jednej z dzielnic Rudy Śląskiej. Chodzili do tej samej szkoły. Robert i Alina są równolatkami, Janek i Marca kilka lat od nich młodsi. Tylko Marca wychowywała się w pełnej rodzinie. Pozostali nie mieli tego szczęścia z różnych powodów, o czym za chwilę. To na pewno naznaczyło ich na życie. Jest jeszcze jedna ważna postać, Omama, babcia obu braci, trochę zastępująca im matkę, bo ich rodzona nie żyje. Matkowała też Alinie, kiedy jej własna postanowiła wyjechać za granicę. Ale ta ukochana Omama, spajająca dom, silna, stanowcza i ciepła jednocześnie, też ich opuści w poszukiwaniu lepszego życia. Dlaczego wyjedzie? Straciła pracę w kopalni, gdzie była księgową, więc pewnie za chlebem. A może nie tylko? Może także szukać siebie nowej? Żeby oderwać się od roli babci i mamy zabiegającej o dom i sprawy rodziny? 

O Omamie wiemy najmniej. Chociaż to postać dla bohaterów bardzo ważna, poznajemy ją tylko ich oczami. Przyznam, że ta bohaterka gdzieś mi się wymyka. Bardziej dowiaduję się, że taka jest, niż to samodzielnie odkrywam. Przykład - dlaczego Alina czuje się przez nią odepchnięta? Dlaczego mówi, że najpierw pozwoliła jej się do siebie zbliżyć, a potem ją odrzuciła? Cóż, taki był zamysł autorki. Gdyby chciała inaczej, uczyniłaby ją jedną z bohaterek-narratorek. Bo tak właśnie skonstruowana jest powieść Anny Cieplak. Krótkie rozdziały zatytułowane są imionami  Roberta, Janka, Aliny i Marcy. Po kolei, na przemian, mają głos. Z ich punktu widzenia poznajemy relacje między nimi, odkrywamy ich tajemnice z przeszłości, wiemy, co ich gnębi, czego się boją, czego chcą, a właściwie trafniej byłoby stwierdzić czego nie wiedzą, co chcą

Zasadnicza akcja to kilka miesięcy roku 2019, jak się okaże przełomowych w życiu bohaterów. Marca i Janek, ostatecznie się rozstają, muszą określić siebie na nowo, zbudować swoje życie. Najbardziej bezradna jest Marca, najmocniej zabiegająca o awans społeczny, wciśnięta w gorset obowiązków. To ona koniecznie chciała, aby wyjechali z Rudy, teraz czuje, że tak naprawdę nic nie zyskała. Jej rozwój jest pozorny. Uciekła od dawnego świata, do którego nie bardzo lubi wracać, ale jest rozczarowana tym, co osiągnęła. Bo to tylko pozory. Janek, o wiele bardziej spolegliwy, uporządkowany, obowiązkowy, potrafiący pogodzić się z tym, co ma, nie odczuwa tego w taki sposób jak ona. Alina, samotna matka, która też ułożyła sobie życie z dala od przeszłości, najbardziej kolorowa i niezależna z całej czwórki, teraz konfrontuje się z przeszłością. Wracają do niej demony, zaniechania, winy. Walkę o siebie musi stoczyć też Robert. Dla Omamy, która nieoczekiwanie wróciła i z konieczności życie obu braci zaczyna koncentrować się wokół niej. Czy uda mu się wyrwać z alkoholowych ciągów, porzucić inne używki? Czy młodszy brat będzie mógł na niego liczyć? Czy jest jeszcze możliwe naprawienie jego relacji z Aliną? Zbudowanie ich w jakiejś nowej formie? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi, jak i wiele innych spraw, aby nie zdradzać za wiele.

"Rozpływaj się" to powieść o trzydziestolatkach, którzy chociaż wywodzą się z tego samego środowiska, rozmaicie kierują swoim życiem, dokonują różnych życiowych wyborów. Są średniakami, nie mają rodzinnego zaplecza, muszą liczyć na siebie. Największym przegranym wydaje się Robert, który nie wyrwał się z Rudy. Ponieważ nie chciał, albo już nie mógł, być górnikiem jak ojciec, pozostały mu tylko dorywcze prace i picie. Alkohol był na tym górniczym osiedlu powszechny, ale oprócz chlania kiedyś była przede wszystkim ciężka praca. Robertowi pozostało tylko to pierwsze. Najbardziej niespełniona jest Marca, która zdaje sobie sprawę, że szklanego sufitu nie przebije. Zawsze będzie tą, która gorliwie spełnia polecenia innych, aby zasłużyć na ich pochwałę. Może najlepiej wybrała Alina? Skoro nie da się przeskoczyć wyżej, skoro zawsze takich jak ona będzie  tłamsił ten szklany sufit, lepiej żyć na własnych warunkach? Życiem outsiderki, trochę dziwaczki, trochę z dnia na dzień, ale jednak w miarę stabilnie? Nie mieć nad sobą szefa, któremu trzeba czapkować? Ale najwięcej nadziei niesie postać Dorotki, piętnastoletniej córki Aliny. Niezależnej, pełnej ideałów, ale jednocześnie aktywistki na miarę swoich piętnastu lat. Czy jej się uda? Przecież świat, w którym dorasta, jest jeszcze trudniejszy od tego, w którym dorastało pokolenie jej rodziców.

Bardzo ciekawe jest tło tej powieści. Ruda, familoki, ale także katowicka Superjednostka, blok będący marzeniem o awansie ludzi takich jak Alina, Marca, Janek czy Robert.

Książkę czyta się jednym tchem, także dlatego, że zagadki z przeszłości bohaterów autorka odkrywa powoli, każąc im wspominać zdarzenia sprzed lat. Dla mnie była to ciekawa wyprawa w rejony, których nie znam, ale które mnie interesują. Nie jest to powieść wybitna, ale na pewno warto po nią sięgnąć. Można mieć jakieś zastrzeżenia do konstrukcji bohaterów, nie zawsze wszystko mi się w nich sklejało, ale te niedociągnięcia nie ważą na odbiorze całości. Cieszę się, że ją przeczytałam.       

Katarzyna Surmiak-Domańska "Czystka"

Temat rzezi wołyńskiej interesował mnie od dawna. Urodziłam się

i wychowałam w rejonie Polski, gdzie mieszkało wielu repatriantów z przedwojennych Kresów. Jako dziecko słuchałam krwawych opowieści o tym, co działo się na Wołyniu. Nie pamiętam, czy kierowano je do mnie, czy byłam przypadkową słuchaczką. Swoją drogą, kto opowiada dziecku albo przy dziecku o takich okrucieństwach? Potem te opowieści wyparłam. Wróciły do mnie, kiedy z okazji okrągłej rocznicy tamtych wydarzeń temat pojawił się w debacie publicznej. Za to zawsze doskonale pamiętałam historię moich dziadków. Kiedy zaczęły się niepokoje, dziadek wywiózł babcię i dwóch synów do dużego miasta, gdzie było spokojnie. Sam jeszcze został, pracował, był lekarzem. I pewnego wieczoru do babci przyszedł ktoś (Ukrainiec? Polak? O tym albo babcia nigdy nie mówiła, albo wyleciało mi z pamięci.) ostrzec, że na doktora szykowana jest napaść. Babcia jak stała, tak ruszyła nocą, aby ostrzec dziadka i zabrać go do miasta. Podobno musiała przejść trzydzieści kilometrów przez las. Wiele w tej opowieści luk i nieścisłości. No bo dlaczego musiała iść, a nie zabrała się z tym człowiekiem? Może nie wracał? A może był rzeczywiście Ukraińcem i bał się, że ktoś zobaczy ich razem? A może i on przyszedł piechotą? Dziś nie sposób rozstrzygnąć, jak było. Babcia od dawna nie żyje. Historia w swoich zarysach jest prawdziwa, potwierdzili mi ją moi wujkowie. Ciekawe, że długo nie kojarzyłam jej z rzezią wołyńską. Nawet dziś pewności nie mam, bo może chodziło o zwykły napad rabunkowy? Pewnie jednak nie. 

Tak tamte wydarzenia historyczne odłożyły się w mojej pamięci i dlatego zawsze miałam do nich jakiś osobisty stosunek. Dlatego przeczytałam książkę Witolda Szabłowskiego "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia" o Ukraińcach, którzy ratowali Polaków w tamtym okropnym czasie, no i oczywiście obejrzałam "Wołyń" Smarzowskiego. Ale na "Czystkę" Katarzyny Surmiak-Domańskiej (Czarne 2021) nie zwróciłam początkowo uwagi. Jakieś odkrywanie rodzinnych tajemnic, śledztwo dotyczące przeszłości, sporo się podobnych rzeczy naczytałam. No ale o książce zaczęło być coraz głośniej, poza tym poleciła mi ją bliska mi osoba, z którą wymieniamy się opiniami o lekturach, a kiedy zaczęłam czytać, została książką roku Książek. Magazynu do czytania.

"Czystka" powstała trochę przez przypadek. Co prawda Katarzyna Surmiak-Domańska od dłuższego czasu prowadziła rodzinne śledztwo, chcąc poznać historię swoich dziadków ze strony ojca, ale nie miała zamiaru ubierać tego w książkę. Kiedy pandemia pokrzyżowała jej inne reporterskie plany, postanowiła ją spisać. Temat dziadków, dzieciństwa ojca i jego rodzeństwa był w rodzinie tabu. A może inaczej - ojciec opowiadał w formie zabawnych anegdotek rozmaite historie, ale kiedy córka próbowała grzebać głębiej, pytać o babcię i dziadka, zbywał ją, zasłaniając się niepamięcią. Ale ten brak uwierał na tyle, że stopniowo zaczęła rodzinną historię odgrzebywać. Chciała przynajmniej w taki sposób przywrócić sobie dziadków, szczególnie babcię Franciszkę. Nie było to łatwe, bo nawet w pamięci jej dzieci było sporo dziur i luk. 

"Czystka" jest nie tylko historią rzezi na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, to także opowieść o przedwojennych Kresach i powojennej wędrówce ludów - repatriacji stamtąd i nowym życiu zawiązanym na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. To także opowieść o rodzinnym śledztwie - odzyskiwaniu pamięci. I refleksja o tym, co jej brak z nami robi, jak traumy przodków odkładają się w naszej świadomości i psychice. To wszystko poparte naukową podbudową - pracami z zakresu psychologii i oczywiście historii. Nad wszystkim unosi się niepostawione wprost pytanie, czy mamy prawo odkrywać przeszłość wbrew komuś? W tym wypadku wbrew ojcu autorki, który broni się przed wspomnieniami. A trudno się temu dziwić, bo jako kilkunastolatek był świadkiem zdarzeń strasznych - śmierci swojej ukochanej cioci, napadów na wieś, w której się zatrzymali po ucieczce z rodzinnego domu, stracił kolegów, wielokrotnie zmieniał środowisko, czuł się samotny, gorszy i wyobcowany, tułał się po rodzinie i znajomych, no i musiał przejąć obowiązki głowy rodziny, bo ojca nie było, a mama, Franciszka, pod wpływem traumatycznych przeżyć coraz mniej była zdolna do działania. Kilkakrotnie szczęśliwa decyzja podjęta pod presją czasu decydowała o tym, że ocaleli. Ale mógł przecież wybrać inaczej. Kiedy się ma taki bagaż wspomnień, nic dziwnego, że chce się o nim zapomnieć. 

Równie smutna jest historia jego matki. Decyzje, przed jakimi stawała, były często dramatyczne. Rozdzielenie z dziećmi, aby zapewnić im bezpieczeństwo, powrót do rodzinnego domu mimo strachu, żeby pilnować dobytku. A jej życie ani wcześniej, ani później nie było usłane różami. Ciężka praca, problemy finansowe, małżeństwo z naszej dzisiejszej perspektywy nieszczęśliwe i niedobrane, małżeństwo, w którym przemoc była chlebem powszednim. No ale podobny był wtedy los kobiet takich jak ona. Dlatego autorka robi wszystko, aby jej historię jak najdokładniej odtworzyć, co wcale nie było takie łatwe. Stąd tak wiele tu domysłów, wyobrażania sobie, składania jej portretu z poszlak i z wątłych śladów.

Jest jeszcze drugie niewypowiedziane pytanie - czy ktoś ma prawo, aby nas pamięci o przeszłości pozbawiać? Autorka chce wiedzieć, drąży. Ale robi to w sposób delikatny, krok po kroku, aby sprawić jak najmniej bólu. Zresztą cała książka napisana jest z czułością. (Trochę nie lubię tego słowa, odkąd stało się modne, ale tu naprawdę pasuje.) I pewnie dlatego chociaż temat niełatwy, czyta się ją bardzo dobrze. Z czułością dla ojca i innych krewnych, z czułością dla swoich wspomnień z dzieciństwa, wreszcie z czułością dla babci i dziadka, których nie znała. No i jest też czułość dla tamtego świata, którego już nie ma, czułość dla ofiar, ale i uważność dla wrogów. Chociaż nie sposób aprobować okrucieństwa, którego się dopuszczali, to trzeba zrozumieć, jakie są jego źródła. I autorka tłumaczy to, przywołując skomplikowaną historię współżycia Polaków i Ukraińców na Kresach nie tylko w okresie międzywojennym, ale sięga także do czasów przedrozbiorowych. Rachunki krzywd sięgają daleko w przeszłość. Nie można pominąć, że traktowani byli jak obywatele drugiej kategorii i nie można zapomnieć o ich aspiracjach do posiadania swojego państwa. 

Ale oprócz tego wszystkiego mnie utkwiły w głowie wyniki pewnych badań przywołane w książce. Otóż w roku 2008 roku przeprowadzono w Polsce badania wśród osób urodzonych przed rokiem 1939 dotyczące PTSD (zespół stresu pourazowego). Wnioski były szokujące. Symptomy zdiagnozowano u 31% osób pochodzenia nieżydowskiego i u 55% Polaków o żydowskich korzeniach. Tyle lat po wojnie! W Europie Zachodniej, gdzie takie badania prowadzono znacznie wcześniej, ten wynik był jednocyfrowy! Co to nam jako społeczeństwu zrobiło? Nie mogło pozostać bez echa.   

Elisabeth Asbrink "Porzucenie"

Elisabeth Asbrink zaskarbiła sobie moją uwagę wydanym kilka lat

temu reportażem historycznym "W lesie wiedeńskim wciąż szumią drzewa". Książką, która opowiadała o dwuznacznie moralnej postawie Szwedów w czasie drugiej wojny, a szczególnie wobec Żydów, ofiar Holocaustu. Do tematyki żydowskiej wraca w swojej najnowszej powieści "Porzucenie" (Wielka Litera; przełożyła Natalia Kołaczek). Ze względu na autorkę i temat, który od lat pozostaje w kręgu moich zainteresowań, chciałam po nią sięgnąć.

"Porzucenie" w dużej mierze czerpie z rodzinnej historii Elisabeth Asbrink. Losy dziadków, matki i swoje ubrała w powieściowe szaty. Chociaż jeśli ktoś spodziewa się czystej powieści, to może się czuć zawiedziony, bo w autorce zwycięża żywioł reporterski i dużym fragmentom książki bliżej do literatury faktu. 

Zanim podzielę się refleksjami kilka słów o fabule. Jest to historia trzech pokoleń kobiet. Każdej poświęcona jest jedna część. Najstarsza, Rita, Niemka, której rodzice w poszukiwaniu lepszego życia chcieli emigrować do Ameryki, ale z powodu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, a właściwie zaniedbań i beztroski głowy rodu, ostatecznie wylądowali na londyńskim bruku. Czy w mitycznych Stanach osiągnęliby sukces, już nigdy się nie dowiemy, w Londynie przez pierwsze lata klepali biedę, potem było tylko trochę lepiej. Kolejna bohaterka to Sally, córka Rity i Vidala, sefardyjskiego Żyda urodzonego w Salonikach, w czasach, w których należały jeszcze do Imperium Osmańskiego. Jego przodkowie osiedlili się tam w XV wieku, kiedy hiszpańscy królowie katoliccy, Izabela i Ferdynand, wyrzucili ze swojego królestwa Żydów. Sally,  gdy tylko osiąga pełnoletniość, wyjeżdża do Szwecji i tam już zostaje. Chociaż ucieka od swoich korzeni, wychodzi za mąż za Żyda węgierskiego, który jako chłopiec trafił do getta. Jest wreszcie ich córka Katherine, alter ego autorki. Jako dojrzała kobieta postanawia odkryć rodzinną historię, ponieważ ten temat był w ich domu zakazany. Interesuje ją przeszłość Rity, Vidala i Sally. Będzie to więc opowieść o Żydach sefardyjskich.

Czytając książkę, zastanawiałam się, czy warto po raz kolejny wchodzić do tej samej rzeki. Czy warto czytać jeszcze jedną pozycję, której tematem jest wyparcie, zapomnienie, indywidualna i zbiorowa utrata pamięci? Na poziomie indywidualnym przeszłość swojego ojca wypiera Sally, bo to przez niego odróżnia się fizycznie od swoich angielskich koleżanek ze szkoły. Wszystkie upokorzenia, które ją z ich strony spotykają, przypisuje jemu. Czuje, że antysemickie napisy, jakie pojawiają się na murach w latach trzydziestych zeszłego wieku, kiedy wielu Anglików zafascynowanych było faszyzmem, godzą w nią. Dlatego słowo Żyd staje się w jej języku zakazane. Po latach będzie się go bała także mała Katherine obarczona nim podwójnie - przez matkę i ojca. Ale pamięć o Żydach zniknęła również w Salonikach. Nie został po Sefardyjczykach, którzy w czasach Imperium Osmańskiego stanowili znaczną część mieszkańców miasta, żaden ślad. Nie ma już dzielnicy, w której mieszkali, nie ma ani jednej synagogi, nie zachował się żaden ślad po ogromnym cmentarzu. A właściwie owszem, zachowało się wiele śladów - płyty nagrobne można odnaleźć w wielu punktach miasta. Posłużyły jako budulec placów, schodów, fragmentów chrześcijańskich kościołów. Depczą po nich mieszkańcy Salonik i turyści, nie zdając sobie sprawy, po czym chodzą. 

Po tym wprowadzeniu czas odpowiedzieć na pytanie, czy warto było czytać. Otóż w tym wypadku tak! Bo z wiadomych względów dominuje u nas opowieść o Żydach aszkenazyjskich. Tymczasem Elisabeth Asbrink odsłoniła przede mną historię Sefardyjczyków. Sięga w swej opowieści głęboko - do czternasto- i piętnastowiecznej Hiszpanii, kiedy zaczęły się prześladowania Żydów - pogromy, zmuszanie do przejścia na katolicyzm, co i tak niewiele im dało, a wreszcie ostateczne wypędzenie. To właśnie wtedy sprowadzono do Hiszpanii Inkwizycję. Potem równie dużo pisze o Salonikach, o tym, jak żydowscy uciekinierzy żyli tam w czasach Imperium Osmańskiego, i o tym, co się stało potem, kiedy miasto znalazło się w greckich rękach. Wreszcie opowiada o zagładzie Żydów z Salonik w czasach drugiej wojny i o powojennej zbiorowej amnezji, która, jak rozumiem, trwa tam do dziś. Rodzina jej ojca uniknęła tragicznego losu, bo znalazła się w Anglii jeszcze jakiś czas przed hekatombą pierwszej wojny. 

Te fragmenty książki, w których autorka sięga w głąb historii, są najciekawsze. Tu Asbrink odnajduje się najpełniej, bo wchodzi w materię, której dotąd była wierna, materię reportażu historycznego. Te partie "Porzucenia" przypominają mi metodę Aleksandry Lipczak, którą zastosowała w swojej znakomitej opowieści o Al-Andalus, "Lajla znaczy noc". Obie pisarki łączą fakty z odtwarzaniem świata, którego już dawno nie ma. Robią to tak sugestywnie, że czujemy jego smaki i zapachy. W taki sposób pisze Elisabeth Asbrink nie tylko o rodzinie swojego dziadka Vidala, ale również o historii rodziny swojej babki, Rity. I to jest również odkrywcze. Opowieść o najbiedniejszym Londynie z końca XIX i początku XX wieku. Odkryciem dla mnie było, że po pierwszej wojnie w Anglii żyło tak dużo młodych kobiet, a tak mało młodych mężczyzn, bo zginęli na wojnie, iż stało się to ogromnym problemem społecznym. W czasach, kiedy powinnością kobiety było wyjść za mąż i urodzić dzieci, kandydatów na mężów dramatycznie brakowało. Poważnie zastanawiano się, co zrobić z masą samotnych kobiet. Rozważano nawet przesiedlanie ich do kolonii.

Po tych zachwytach będzie jednak łyżka dziegciu. Otóż znacznie słabiej, moim zdaniem, wypadają te fragmenty "Porzucenia", które pisane są w konwencji powieściowej. I nie chodzi o temat, samotność bohaterek, poczucie niespełnienia, a nawet nieszczęścia, osamotnienie dzieci, których dorośli zawodzą i dlatego to one muszą przejmować ich rolę i opiekować się nimi. To wszystko jest ciekawe. Drażnił mnie natomiast sposób opowiadania - język. Na siłę wydumany, egzaltowany. Jakby autorka przestraszyła się prostoty tej historii i próbowała ją ukryć pod górnolotnym słowotokiem, mową-trawą ubraną w pozór głębi. Kiedy spuszczała z tonu i zaczynała po prostu snuć narrację, znowu było dobrze. A najlepiej, kiedy wchodziła w rolę reporterki. Na szczęście takich fragmentów jest w "Porzuceniu" najmniej.       

Łukasz Barys "Kości, które nosisz w kieszeni"

Już kiedyś wspominałam, może nawet nie raz, że z dużą ostrożnością

podchodzę do debiutów. Z jeszcze większą niż do pozostałych prozatorskich nowości. Doskonale wiem, że każdy pisarz musi kiedyś wydać swoją pierwszą książkę, zdaję sobie sprawę, że im więcej takich pozycji się ukazuje, tym większa szansa, że znajdzie się wśród nich tytuł zapowiadający interesującego autora. No ale mój czas nie jest z gumy, nie dam rady czytać wszystkiego.  A ponieważ debiuty często obarczone są grzechami młodości, życiowe doświadczenie autorów niekoniecznie sprawia, że piszą z trzewi, więc nieczęsto sięgam po coś z tej półki. Niech się zawodowcy z tym mierzą. Ale bywają wyjątki. I powieść Łukasza Barysa "Kości, które nosisz w kieszeni" (Cyranka 2021) jest takim właśnie przypadkiem.

O książce szybko zrobiło się głośno, w samych superlatywach pisali o niej krytycy, z których głosem się liczę, więc po jakimś czasie postanowiłam podjąć ryzyko. Może nie zdecydowałabym się na ten krok, gdyby nie przynęcił mnie temat, o którym za chwilę. Miałam już "Kości" w moim ukochanym czytniku, kiedy wysłuchałam wywiadu z autorem. I tu zapaliła mi się czerwona lampka. Po pierwsze Łukasz Barys jest człowiekiem bardzo młodym (24 lata), a więc, z całym szacunkiem, co wie o życiu, a po drugie, kiedy pisał swoją powieść, był studentem dwóch kierunków, polonistyki i prawa. Hola, hola. Jak to możliwe? Kiedy miał czas na pisanie? Co prawda powieść jest krótka, tylko 104 strony, ale mimo wszystko. No i jeszcze, jak usłyszałam, w tej skromnych rozmiarów książeczce pomieścił bogactwo tematów. Przekora zagrała i z tym większą ciekawością przystąpiłam do lektury. Tymczasem autor został nominowany   do prestiżowych Paszportów Polityki.

A jednak ta sztuka się udała. "Kości, które nosisz w kieszeni" to debiut rzeczywiście interesujący. Książka, którą połknęłam jednym tchem, która rezonuje we mnie cały czas. Przede wszystkim Łukasz Barys jest niezwykle sprawny językowo. To taki rodzaj języka, który uwielbiam - nasycony mieszaniną metafor, porównań, wyobraźni językowej, kolokwializmów, dowcipu, jednym słowem błyskotliwy.

Siedzieliśmy dość długo, piliśmy colę i gapiliśmy się w telewizor. Niebo pruło się za sprawą petard i fajerwerków, które wypuszczali z rękawa ci, co na wszystko się cieszą, nawet na upływ czasu.  Poprute niebo przypominało mi pooraną twarz babci, która balansowała na cienkim sznureczku między życiem a śmiercią.

Już samo obcowanie z takim językiem sprawia mi zawsze przyjemność. Przyznaję, że początkowo, najeżona wątpliwościami, myślałam sobie, że autor mógłby równie dobrze wybrać inny temat, że może wpisuje się w trend. Potem jednak świat bohaterki wciągnął mnie i pochłonął. Przestałam się zastanawiać, na ile jest wykoncypowany, a na ile przeżyty.  

Czas wreszcie zdradzić, o czym jest powieść. To historia nastoletniej Uli, jednocześnie narratorki, która mieszka w Pabianicach w rodzinnym domu po dziadkach z mamą, chorą na raka babcią i dwojgiem młodszego rodzeństwa, Danielem i Sonią. Mama pracuje w Biedronce i stale sprowadza do domu nowych kandydatów na tatuśków. Zmieniają się jak w kalejdoskopie. Ula ich nie lubi, ale z pobłażliwością słucha nocnych odgłosów dochodzących z łóżka mamy, od których w ciasnym mieszkaniu nie sposób uciec. Rozumie mamę, która za wszelką cenę szuka miłości albo przynajmniej bliskości, co nie podoba się babci. I dlatego, kiedy skończy się korowód tatuśków, to chociaż odetchnie z ulgą, będzie współczuła mamie, która godzi się ze swoją porażką - doskonale wie, że dla niej nadzieja już się skończyła. Jako najstarsza z rodzeństwa musi brać na siebie liczne obowiązki - opiekę nad Danielem i Sonią, dla której ma dużo czułości, pomoc w pracach domowych, pielęgnowanie babci w chorobie. Pensja mamy nie wystarcza na wiele, dlatego Ula nie ma złudzeń, jaka przyszłość ją czeka, a właściwie nie czeka. Czuje się gorsza, wyobcowana, nieobyta, źle ubrana, chociaż bardzo dużo czyta, jest wrażliwa, refleksyjna, ma znakomity zmysł obserwacji. I tu się trochę przyczepię. Narratorka niewątpliwie nie mówi i nie myśli w sposób, w jaki mogłaby się wypowiadać nastolatka. Nie przeszkadzało mi to, kiedy o tym zapominałam i przyjmowałam założenie, że to opowieść dorosłej już Uli, która cofa się do czasów, kiedy była nastolatką. Tak chyba jednak nie jest. 

Wrócę jeszcze na chwilę do tematu powieści. Rozumiecie moje wątpliwości? Kolejna rzecz o wykluczonych. Z jednej strony moja lewicowa wrażliwość każe mi sięgać po takie książki, z drugiej czuję już lekki przesyt. Czy to mnie jeszcze porwie? A jednak porwało i poruszyło. Kiedy coraz starsza Ula zdaje sobie sprawę z sufitu, jaki tkwi nad jej głową, kiedy nie wierzy w żadną przyszłość, współczuję jej tak jak bohaterce niedawno czytanej "Ulicy dzieciństwa" Tove Ditlevsen, chociaż to przecież zupełnie inne czasy. A jednak biedakom nadal wiatr w oczy. Różnica jest tylko taka, że Ester miała przed sobą perspektywę zostania służącą, a Ula pewnie wyląduje, jak jej mama, w Biedronce na przysłowiowej kasie.

Ale powieść Łukasza Barysa nie jest tylko książką społeczną. To także opowieść o miejscu, jego historii, zbiorowej pamięci albo raczej niepamięci, nawarstwianiu się tego, co było, na to, co jest. Bo Ula ucieka w świat duchów z przeszłości. Samotna szuka na cmentarzu towarzystwa zmarłych. W jej wyobraźni ożywają córka bogatych fabrykantów, właściciele fabryki i syn lekarza, Fabian, który popełnił samobójstwo. Śmierć powoduje, że może próbować przekroczyć barierę pochodzenia, która ich dzieli. Może się w nich bezkarnie kochać. Chociaż doskonale wie, że nawet na cmentarzu nie ma równości - fabrykanci, którzy żerowali na pracy włókniarek o poranionych do krwi palcach, leżą teraz w kamiennych grobowcach przypominających pałace, a jej dziadek nie ma nawet porządnego grobu, bo stale są pilniejsze wydatki, a potrzeby żywych są przecież ważniejsze od potrzeb martwych. Ta świadomość jej nie opuszcza, ale przywołuje ją z charakterystyczną dla siebie ironią. Może jest jedyną strażniczką przeszłości? Może tylko ona pamięta o Żydach, w których mieszkaniach żyją dziś inni ludzie? O legendarnej księżniczce Pabiance, która była taka brzydka, że zamknięto ją w pałacu? O Dorze Diamant, kochance Kafki pochodzącej z Pabianic? Tak, ziemia, po której stąpa Ula, jest pełna kości - ludzi, również tych, którzy cierpieli, i zwierząt hodowanych, a potem zabijanych, przez dziadka. Nie sposób o tym zapomnieć.

"Kości, które nosisz w kieszeni" to powieść smutna, przesycona cieniem śmierci, przemijania, ale dużo w niej też ironii, zabawnych scen, barwnie opisanych ludzi i kąśliwych albo życzliwych obserwacji. Naprawdę bardzo interesujący debiut.

Wioletta Grzegorzewska "Guguły"

"Guguły" (Czarne 2014) to najbardziej utytułowana książka Wioletty

Grzegorzewskiej. Nominowana do najważniejszych polskich nagród literackich, Nike i Gdyni, i do kilku zagranicznych, w tym tak prestiżowej jak międzynarodowy Booker. Ten zbiór opowiadań, a może powieść, znalazł się na długiej liście nominowanych. Razem ze "Stancjami" i ostatnio wydaną "Wilczą rzeką" stanowi trylogię - historię Wioli, alter ego autorki. "Guguły" to historia jej dzieciństwa i wczesnej młodości, "Stancje" czas studiów w Częstochowie, wreszcie "Wilcza rzeka" opowieść o nieudanym małżeństwie, doświadczeniu emigracji i tułaczce w czasach pandemii. Kilka lat temu sięgnęłam po "Stancje", które mnie zachwyciły, a ostatnio przeczytałam najpierw "Wilczą rzekę", a zaraz po niej "Guguły".

Cóż, muszę przyznać, że trochę się rozczarowałam. Nie żeby książka była słaba, nie żebym żałowała, ale po znakomitych "Stancjach" i przy tak rozbudowanych oczekiwaniach spodziewałam się czegoś poruszającego i fantastycznie napisanego. Tymczasem czuję niedosyt. Zastanawiam się, co w tej książce aż tak zachwyciło, że zyskała tyle nominacji. Może czas jej sprzyjał? Może w roku 2014 opowieść o doświadczeniach dziewczynki mieszkającej w małej wiosce na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, w kamiennym, zawilgoconym domu, wychowującej się w prostej rodzinie była czymś świeżym w literaturze? Czytając, miałam wrażenie, że już to znam - dziecięcą naiwność, smutki i radości, wydarzenia zabawne i tragiczne, rodzinne historie, peerelowski kontekst i peerelowskie paradoksy, pierwsze rozczarowania, pierwsze seksualne doświadczenia i pierwsze próby z używkami i molestowanie. Nową figurą jest tylko ojca, który zmusza Wiolę, aby pomagała mu patroszyć i wypychać martwe ptaki i zwierzęta. Doskonale też wiem, jak trudno będzie odnaleźć się starszej już Wioli w szkole średniej i na studiach w Częstochowie, bo nie da się zasypać tego braku kulturowego backgroundu, którego nie dostała w swoim rodzinnym domu. Wiem to od Didiera Eribona i Edouarda Louisa, których w międzyczasie przeczytałam, oraz od Elizabeth Strout (za nią akurat nie przepadam). No i od samej Grzegorzewskiej z jej "Stancji", gdzie to doświadczenie obcości, nieprzystawalności, gorszości i zagubienia jest oddane bardzo mocno. 

Tymczasem czytałam "Guguły" z przyjemnością, ale bez emocji. Może przeszkadzała mi forma - krótkie opowiadania zawsze zakończone jakąś puentą, raz dowcipną, celną, raz mniej. Może po "Stancjach" spodziewałam się czegoś ciekawszego językowo, obrazowego stylu - większego nagromadzenia metafor i porównań, co przenosi prozę w inne, nie tak dosłowne, rejony. Niby to wszystko w "Gugułach" jest, ale ciągle mi mało. A może mitologizuję "Stancje" i każde porównanie z tamtą powieścią musi wypaść niekorzystnie? Albo ta proza wymaga większego skupienia, a ja z braku czasu czytałam z doskoku? Może lepiej tę krótką książkę połknąć na raz? Jak widać więcej tym razem pytań niż odpowiedzi, ale to najlepiej świadczy o moim odbiorze "Guguł". Jeśli książka zrobi na mnie wrażenie, pisze się samo, słowa swobodnie płyną spod palców. Tym razem czuję, że niewiele mam do powiedzenia. Dopiero dwa ostatnie opowiadania wznoszą tę prozę na wyżyny. Jest w nich to coś, czego tak łaknę w literaturze. Coś, co sprawia, że zwyczajne zdarzenia zyskują moc prawdy, przejmują.

Wioletta Grzegorzewska "Wilcza rzeka"

"Wilcza rzeka" (W.A.B. 2021) to kolejna książka Wioletty

Grzegorzewskiej, po jaką sięgnęłam. Zaczęłam od "Stancji", które mnie zachwyciły, skończyłam na "Gugułach", o których za tydzień. Te trzy powieści łączą się ze sobą - są historią Wioli, dziewczyny pochodzącej z wioski na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Pierwsze były, chyba najgłośniejsze, "Guguły", najgłośniejsze, bo nominowane do wielu nagród - Nike, Gdyni, ale także do kilku międzynarodowych, w tym Bookera. To opowieść o dzieciństwie bohaterki. Potem powstały "Stancje", czas studiów, a wreszcie "Wilcza rzeka" losy Wioli dorosłej, rzecz bardzo aktualna, dotykająca, dosłownie, pandemicznych czasów. Nie jest tajemnicą, że bohaterka tych powieści to alter ego autorki, a może nawet więcej. Grzegorzewska przetwarza literacko swoje życiowe losy i doświadczenia.

Połknęłam "Wilczą rzekę" błyskawicznie, nieświadoma, bo mam ją w czytniku, że to czterysta stron. To chyba komplement? Oczywiście tak, bo książkę czyta się świetnie, ale to nie będzie pean. Chociaż nie żałuję lektury i uważam, że po najnowszą powieść Grzegorzewskiej warto sięgnąć, to jednak mam kilka zastrzeżeń. Zacznę jednak od tego, dlaczego mimo wszystko polecam.

To historia Wioli, emigrantki, która po separacji z mężem postanawia razem z córką opuścić brytyjską wyspę Wight i przenieść się na stały ląd do Hastings, korzystając z pomocy swojego eks. Wybiera najgorszy możliwy moment, akurat zaczyna się lockdown. Bohaterka przeżywa gehennę, zostaje oszukana, nie czeka na nią mieszkanie, za które dała już zadatek. Tuła się razem z córką i kotką po rozmaitych miejscach. Najpierw lądują w pokoju w domu zamieszkiwanym przez imigrantów z różnych krajów, głównie dawnych demoludów. Kiedy życie w tej norze staje się nie do zniesienia, znowu korzysta z oferty swojego byłego i koczuje w salonie mieszkania, w którym i on jest gościem. Przez chwilę wydaje się, że wszystko się ułoży, wreszcie razem z córką mogą zamieszkać w przyzwoitych warunkach, a nawet zabrać wreszcie do siebie ukochanego psa. Ale radość trwa krótko, pojawiają się kolejne problemy, a w końcu obie trafiają do schroniska dla ofiar przemocy domowej. 

Najbardziej interesujące i przejmujące w tej opowieści są trzy zagadnienia. Pierwsze to obraz emigracji pokazany z zupełnie innej strony. Wiola, trochę z własnego wyboru, bo to jej daje wolność, trochę chyba z konieczności, wybiera drogę osoby, która ima się rozmaitych, najczęściej marnie płatnych prac. Z jednej strony dzięki temu może pisać, a pracuje wtedy, kiedy musi, z drugiej ledwo wiąże koniec z końcem. To cały czas życie na krawędzi, co najbardziej odbija się na dzieciach, a właściwie na młodszej córce. Pytanie, czy gdyby bohaterka chciała żyć inaczej, czytaj chodzić do regularnej pracy, spędzać tam osiem albo więcej godzin, osiągnęłaby życiową stabilizację? Kiedy Wiola trafia w Hastings do domu zamieszkiwanego przez imigrantów z różnych europejskich krajów, przed oczami czytelnika przewija się cała galeria życiowych przegrywów, którzy żyją nie wiadomo z czego, mieszkają w zawilgoconych pokojach, dzieląc wspólną obrzydliwą kuchnię i równie obrzydliwą łazienkę z pozostałymi współlokatorami, a nieuczciwy landlorda wykorzystuje ich podbramkową sytuację. Cwaniaków, nieudaczników, niebieskich ptaków, tym razem Polaków, spotka też Wiola w kolejnym mieszkaniu. 

Drugi interesujący wątek w powieści to portret kobiety żyjącej z mężem alkoholikiem w przemocowym związku, współuzależnionej. portret kobiety, która wiele przeszła, także liczne załamania nerwowe i próby samobójcze. Która wreszcie próbuje wydobyć się z tej relacji uskrzydlona nowym związkiem. Niestety związkiem na odległość i z mężczyzną żonatym, którego nieudane małżeństwo  też właściwie nie istnieje. Rozsądna, patrząca obiektywnym okiem czytelniczka, zadaje sobie pytanie - czy to się uda? czy facet nie ściemnia? Ta sama czytelniczka patrzy z przerażeniem, jak Wiola na własne życzenie pakuje się w kłopoty. No bo dlaczego korzysta z pomocy człowieka, z którym jest w separacji i od którego zaznała tyle złego? No ale właśnie na tym polega współuzależnienie. Postawiona pod ścianą liczy na to, że tym razem się uda. Że były, ale formalnie wciąż przecież mąż i przecież ojciec jej dzieci, pomoże i zrozumie, że to już koniec, że naprawdę się zakochała, że naprawdę chce być z kimś innym. Łatwo udzielać rad, łatwo kiwać głową z politowaniem, jeśli się nigdy nie było w podobnej sytuacji. Kiedy Wiola razem z córką trafi do schroniska dla ofiar przemocy, znowu przed naszymi oczami przewiną się portrety kobiet takich jak ona. Warto zauważyć, że ich obraz jest o wiele bardziej pogłębiony niż obraz imigrantów, z którymi dzieliła pierwsze mieszkanie.

Wreszcie trzeci powód, dla którego po powieść warto sięgnąć, to na bieżąco zarejestrowany obraz lockdownu i pandemii. Pustka, zamknięcie, strach przed chorobą. To wszystko jeszcze bardziej pogłębia samotność Wioli i osób takich jak ona. Sprawia, że życie stało się trudniejsze, a rozwiązywanie problemów niezwykle skomplikowane. To pandemiczne tło podbija ponurą atmosferę powieści. Wszystko staje się jeszcze bardziej depresyjne. Nie jest to wesoła książka.

Właściwie jest tu jeszcze jedna ważna bohaterka - to córka Wioli, Julka. Nastolatka, ofiara złych wyborów swoich rodziców. Przerzucana z miejsca na miejsce,  stale w innej szkole, stale musi zaczynać na nowo. W takiej sytuacji nie sposób wytworzyć koleżeńskie więzi. Stare znajomości przepadają, nowe trudno nawiązać. Wydaje się, że dzielnie znosi problemy, nie skarży się. Wiola boi się o nią, chroni, jak może, ale niewiele jest w stanie jej zaoferować.

A teraz, jak zapowiadałam, trochę o tym, co mi przeszkadzało. To dwie sprawy. 

Pierwsza. Zanim sięgnęłam po "Wilczą rzekę", wysłuchałam co najmniej dwóch długich wywiadów z autorką i wiem, bo przecież Grzegorzewska tego nie ukrywa, że to ona jest Wiolą z powieści. Oczywiście nieco literacko przetworzoną, ale jednak. Nic nie poradzę na to, że czułam się, jakbym ją podglądała, właziła z butami do jej życia. Nie potrafiłam nie zadawać sobie pytania, czy nowa miłość bohaterki, starszy od niej polski pisarz, to postać autentyczna. Być może ten wątek został wymyślony, a może kochanek bohaterki jest kimś innym, nie pisarzem. Grzegorzewska przypomina mi amerykańską pisarkę, której twórczość mogliśmy odkryć kilka lat temu, Lucię Berlin (znakomite dwa zbiory opowiadań - "Instrukcja dla pań sprzątających" i "Wieczór w raju"). Ona też przetwarzała literacko swoje doświadczenia, pisała o sobie, a przy tym również miała życie rozwichrzone, nieuporządkowane, też źle lokowała uczucia, też imała się różnych zajęć, też była typem nomady. No ale Lucia Berlin nie żyje od wielu lat, nie wysłuchałam z nią długich wywiadów, w których opowiadałaby o swoim życiu, więc nie mam z tym problemu. Poza tym jednak jakoś myli tropy - tworzy wiele bohaterek o różnych imionach, coś jednak maskuje. Przychodzi mi też do głowy inna świetna książka, którą niedawno przeczytałam - "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu" Aleksandry Zbroi. To jej osobista historia, historia dziecka rodziców alkoholików. Ale chociaż mamy do czynienia z literaturą faktu, autorce udało się napisać ją niemal jak powieść, a dzięki takiemu zabiegowi przeniosła swoją historię w rejony uniwersalne. Z sukcesem - kiedy czytałam, zapominałam, że opowiada o swoich doświadczeniach.  

No i sprawa druga. O ile pierwszy zarzut, a właściwie dyskomfort, być może jest tylko moim problemem, o tyle ten to już rzecz obiektywna. Wydaje mi się, że książce zaszkodził pośpiech. Być może wydawnictwu zależało na tym, aby wydać szybko coś pandemicznego, być może autorce zależało na czasie ze względów na przykład finansowych. Niestety odbiło się to na braku redakcji. Nie jest to książka pod tym względem fatalna, zdarzało mi się czytać tytuły zredagowane o wiele mniej starannie. Niemniej jednak co jakiś czas rażą a to powtórzenia, a to inne niezręczności stylistyczne, a to dwa się przy czasowniku, bo kiedy ze względów stylistycznych przeniesiono to nieszczęsne się w inne miejsce, zapomniano wykreślić to pierwsze. Jest i drugi feler związany z pośpiechem. Autorka przyznaje, że w czasie swojej pandemicznej tułaczki prowadziła na bieżąco notatki, które wykorzystała w książce. Moim zdaniem powieść zyskałaby, gdyby Grzegorzewska dłużej pracowała nad "Wilczą rzeką", bardziej cyzelując styl. Nie będę ukrywać, że spodziewałam się czegoś podobnego do "Stancji" czy, w mniejszym stopniu, do "Guguł", czegoś z jednej strony mocno zakorzenionego w rzeczywistości, a z drugiej trochę odrealnionego, onirycznego. Kiedy czytałam "Stancje", czasem nie byłam pewna, co przydarzyło się tamtej Wioli, a co było wytworem jej wyobraźni, majaków. Dawałam się zwodzić, aby po jakimś czasie przekonać się, że to wszystko rzeczywiście miało miejsce. W "Wilczej rzece" jest dosłowność relacji, niekiedy miałam wrażenie, jakby narratorka/autorka streszczała swoje życie. Prosty na ogół jest też język, nie tak usiany porównaniami czy metaforami jak w "Stancjach" czy "Gugułach". 

"Powrót do tamtych dni"

"Powrót do tamtych dni" Konrada Aksinowicza to jeden z tych filmów, na który czekałam po gdyńskim festiwalu. Nie tylko dlatego, że recenzje miał dobre, a może nawet bardzo dobre. Że zachwycano się rolą Macieja Stuhra, którego wymieniano wśród kandydatów do nagrody za główną rolę męską. Powodem był też temat - alkoholizm. Niby wiedziałam, czym jest życie w rodzinie, w której jest alkohol, ale tak naprawdę uświadomiłam sobie, jaka jest skala nieszczęścia dziecka wychowywanego w takim środowisku po przeczytaniu znakomitej książki Aleksandry Zbroi "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu". Autorka opowiedziała o swoim doświadczeniu, a zrobiła to tak, iż nie miałam wrażenia, że wchodzę z butami w jej życie. Film Konrada Aksinowicza, który wpisuje się w tę samą tematykę, jest równie mocny.

A zaczyna się zabawnie, sentymentalnie i kolorowo. Wrocław lata dziewięćdziesiąte. Przaśny kapitalizm początków transformacji. Czternastoletni Tomek spędza beztrosko czas na podwórku razem z kolegami. Rywalizują o dziewczynę, nową koleżankę, która przyszła do ich klasy. Marzą o nowych zestawach klocków Lego, o odtwarzaczu do kaset VHS. Jest śmiesznie i miło. Nieoczekiwanie ze Stanów wraca ojciec Tomka. Pracował tam w lokalnym radiu. Ale obok radości pojawia się strach. Strach, że znowu zacznie pić jak kiedyś. Początkowo jest dobrze, nic nie zapowiada nieszczęścia. Są prezenty, piękna suknia dla mamy, wymarzony odtwarzacz dla syna, wspólne filmowe wieczory. Może tym razem się uda? Ale euforia trwa krótko. Potem następuje horror.

Ojciec pogrąża się coraz bardziej, strach i wstyd paraliżują matkę i syna. Najgorsza jest bezradność i samotność. Wszyscy sąsiedzi wiedzą, co się dzieje, nikt nie reaguje. Może dlatego, że różne rodzaje przemocy są obecne i w innych domach. W szkole też nikt nie zastanawia się, dlaczego Tomek opuścił się w nauce. Największą ofiarą tej sytuacji jest właśnie on. Matka nie potrafi poradzić sobie z sytuacją, oszukuje się, że alkoholowy ciąg minie i Alek znowu będzie dobrym mężem i ojcem. Coraz bardziej przestraszona szuka pomocy u syna, bo agresja pijanego męża skupia się przede wszystkim na niej. To Tomka zmusza do brania zadań ponad siły fizyczne i przede wszystkim psychiczne dziecka. Chłopak musi przejąć obowiązki dorosłych. Patrzy na upodlonego przez nałóg ojca, boi się o mamę i o niego, bo, co może wydać się paradoksalne, nadal go kocha. To Tomek musi mu pomagać pijanemu ojcu i negocjować z nim, bo sparaliżowana strachem mama prosi go o pomoc. Ich życie staje się piekłem. Brakuje pieniędzy, mieszkanie dewastowane coraz bardziej przez ogarniętego pijackim szałem ojca popada w ruinę. Helena jako współuzależniona ukrywa nałóg męża i nie potrafi podjąć żadnej stanowczej decyzji. Ciągle łudzi się, że Alek się zatrzyma. Powtórzę słowa Weroniki Książkiewicz, która gra matkę, znalezione w wywiadzie z aktorką: ... jak to jest możliwe, że dzieci przeżywają takie rzeczy. 

Patrzyłam na to wszystko sparaliżowana i zdumiona. Jak można być tak bezradnym? Jak można zrzucać tyle na kilkunastoletniego syna? Jak można traktować go jako tarczę ochronną? Ale łatwo wydawać sądy, kiedy na szczęście nigdy nie przeżyło się czegoś takiego. Pamiętajmy też, że to lata dziewięćdziesiąte. Dziś więcej się o problemie mówi i pewnie mimo wszystko współuzależnionym ofiarom łatwiej szukać pomocy.

Zaleta filmu to świetne aktorstwo. Maciej Stuhr jest rzeczywiście znakomity. Ale znajdziemy tu znacznie więcej bardzo dobrych ról. To Weronika Książkiewicz grająca matkę i przede wszystkim Teodor Koziar wcielający się w Tomka. Ale i inne role dziecięce wypadły niezwykle naturalnie.

To bardzo dobry i bardzo ważny film. Czytałam wywiad z reżyserem, w którym nie ukrywa, że to jego doświadczenia. Ma nadzieję, że może ktoś po obejrzeniu "Powrotu do tamtych dni" przestraszy się i zmieni swoje życie. Może ktoś pomoże będącej w potrzasku sąsiadce. Może jakaś kobieta znajdzie w sobie odwagę, żeby walczyć o siebie i dziecko. O problemie ostatnio się mówi. Oprócz wspomnianej przeze mnie książki Aleksandry Zbroi jest i druga - zbiór wywiadów Aleksandry Jucewicz i Magdaleny Kicińskiej z dorosłymi dziećmi alkoholików "Dom w butelce".

Popularne posty