Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brzydota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brzydota. Pokaż wszystkie posty

"Łagodna"

O filmie Siergieja Łożnicy zrobiło się głośno od czasu festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany w konkursie głównym, ale żadnej nagrody nie dostał. Teraz, kiedy wszedł na nasze ekrany, recenzje są różne - dominują bardzo dobre, ale słyszałam też głosy sceptyczne. Poszłam do kina z całą świadomością tego, co mnie może spotkać, bo Łożnica należy do tych reżyserów, których filmów nie opuszczam, od kiedy zaistniał w mojej świadomości. A stało się to po obejrzeniu obrazu "Szczęście ty moje". Temu, kto go widział i pamięta, a także znakomite "We mgle", napiszę, że "Łagodnej" znacznie bliżej do pierwszego z filmów. Tytułowa Łagodna, podobnie jak bohaterowie tamtego obrazu, nagle wpada w matnię, w straszny rosyjski świat jak z koszmarnego snu. Świat niby realistyczny, ale tak spotworniały, że aż groteskowy. Nie jest to kino łatwe i przyjemne. Akcja toczy się wolno, wiele dialogów słychać zza kadru, kamera często pokazuje bohaterów w specyficzny sposób, a wszystko, no może poza sielską wsią, w której mieszka Łagodna, jest szare, brzydkie, w stanie rozpadu. Konkluzja z "Łagodnej" płynie dość oczywista - jednostka nie ma szans z systemem, jest bezradna, bezbronna, żaden bunt nie pomoże. Chociaż uważam, że obejrzeć trzeba i w żadnym wypadku nie żałuję tych ponad dwóch trudnych godzin w kinie, mam mieszane uczucia, a dlaczego wyjaśnię w części drugiej, raczej dla tych, którzy film widzieli. Zapraszam.

A teraz będzie o moich wątpliwościach, czyli o tym, dlaczego od "Łagodnej" zdecydowanie wolę inne rosyjskie filmy ostatnich lat, choćby "Lewiatana", mniej znanego "Durnia" czy "Geograf przepił globus", a z trzech fabuł Łoźnicy najwyżej cenię wojenne "We mgle". We wszystkich wspomnianych filmach, poza ostatnim, historycznym, mamy tę samą opowieść - o strasznej, współczesnej Rosji. Czasami tak strasznej, że aż nierzeczywistej. Po ich obejrzeniu mam identyczną refleksję jak po przeczytaniu reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje" - czy rzeczywiście tamten świat aż tak wygląda? Czy może jest podkręcony na potrzeby filmów i książki? Kiedy pisałam o tekstach Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz, zastanawiałam się nad tym. Wspominałam, że chętnie zadałabym jej to pytanie. Już nie muszę - byłam na spotkaniu z reporterką i wiem, że niestety czarny obraz Ukrainy nie jest przesadą. Nie musiałam pytać, autorka sama zapewniała, ku mojemu przerażeniu, że za każdym z tekstów kryją się dziesiątki innych podobnych historii, do książki wybrała kilkanaście.

Po tej przydługiej dygresji wracam do tematu. Otóż rzecz w tym, że w "Łagodnej" w sferze treści dostajemy tylko taką właśnie refleksję - Rosja jest piekłem. Brakuje mi jakiegoś zaczepienia - postaci z krwi i kości, głębokich psychologicznych portretów, skomplikowanych relacji międzyludzkich, cieniowania. To wszystko dostajemy w przywołanych przeze mnie filmach. Tam mogłam bohaterom współczuć, mogłam się nad nimi litować, mogłam ich nienawidzić, złościć się, dociekać, co czują, co ich łączy, mogłam oceniać. W wypadku "Łagodnej" jest inaczej. Ten film to świetnie zrobiony obraz spotworniałego świata, obraz pełen literackich aluzji.

Już sam tytuł najprawdopodobniej jest nieprzypadkowy, nawiązuje do opowiadania Dostojewskiego. Niestety albo "Łagodnej" nigdy nie przeczytałam, albo jej nie pamiętam, więc nie będę udawać, że ten obszar refleksji jest mi dostępny. Niemniej jednak poświęcę parę zdań filmowej bohaterce. Łagodna ma stale taki sam zrezygnowany, udręczony, bolesny, smutny wyraz twarzy. Uparcie robi swoje, stara się dostarczyć zamkniętemu w więzieniu mężowi paczkę. Znosi upokorzenia, chwyta się każdej szansy, najczęściej bardzo lekkomyślnie. Nie wiadomo, czy jest tak zdesperowana, czy może aż tak naiwna. Kiedy patrzyłam na to, co robiła, miałam ochotę krzyczeć - uważaj kobieto, pakujesz się w kłopoty, jak możesz im ufać! Ale wiadomo, że nie o to tu chodzi. Łagodna ma wpaść w piekielny krąg, schodzić coraz niżej, znaleźć się w matni. Nawet ludzie z organizacji na rzecz praw człowieka nie wierzą, że są w stanie jej pomóc. To znakomita scena, może nawet najlepsza w filmie. Wyraz bezradności, bezsilności. Zderzenie beznamiętnego głosu działaczki, która redaguje pismo najeżone potwornościami, z porządkami robionymi po kolejnym nalocie policji i z rozmową z Łagodną przynosi poruszający efekt. Twoja sprawa to nic w porównaniu z historią kobiety, której dotyczy redagowany raport. Takich problemów mamy mu setki. A i tak na koniec okaże się, że może nie warto wszczynać procedury, bo narazi to bohaterkę na jeszcze większe kłopoty. Tylko heros, straceniec, człowiek niezwykłej odwagi i szlachetności jest w stanie to udźwignąć.

W tym potwornym świecie Łagodna pozostaje samotna, zdana tylko na siebie. Nie ma w niej energii, jaka cechowała bohaterki bułgarskiej "Lekcji" czy filmu braci Dardenne "Dwa dni, jedna noc". One też desperacko próbowały coś załatwić, ale same decydowały o swoim życiu, brały sprawy w swoje ręce. Łagodna staje się pionkiem, jest jak trzcina na wietrze przekazywana z rąk do rąk.

Jej sytuację oczywiście można też przyrównać do sytuacji bohaterów Kafki. Wpadła w tryby państwowej machiny, a właściwie machiny bezprawia, i zderza się ze ścianą, nic od niej nie zależy. Odbija się od kolejnych urzędniczek i od policjantów.

Jest wreszcie scena, która drażni, bo nie pasuje swoją poetyką do reszty filmu - groteskowa ni to uczta, ni to posiedzenie partyjne. Niewątpliwie to aluzja do balu u Wolanda z "Mistrza i Małgorzaty". Łagodna jak Małgorzata rozbiera się, wkłada białą suknię, potem zdziwiona przygląda się zgromadzonym, słucha ich mów. Tylko finał jest tragiczny. Woland Łoźnicy nie pomoże filmowej Łagodnej. Rzuci ją na pożarcie pozbawionym hamulców więźniom. Scena potworna, brutalna, przykra, ale po raz kolejny trudno mi się zbliżyć do bohaterki. Jeśli współczuję, rozpaczam, to nie tej konkretnej kobiecie, ale każdej ofierze gwałtu. Na szczęście to tylko sen. Jak się skończy ta historia? Nie wiadomo. Łagodna wyrusza w ciemna noc, po raz kolejny daje się prowadzić piekielnej gospodyni, szemranej postaci, stręczycielce. Pewnie wkroczy w kolejny krąg inferna.

"Blokada"

To nie jest miły film na lato. Z jego ciężkiej, dusznej, klaustrofobicznej atmosfery trudno się po seansie otrząsnąć. Nie ogląda go się łatwo, bo bardzo szybko orientujemy się, że nie wiadomo, co przydarza się bohaterom naprawdę, a co jest tylko projekcją ich lęków. Wszystko rozgrywa się na pograniczu jawy, snu i chorej od strachu wyobraźni, czasem nieoczekiwanie pojawiają się tony groteskowe. Tak jest do ostatniej sceny. Właściwie, gdybym wcześniej o tym wszystkim wiedziała, pewnie nie wybrałabym się do kina, bo to nie do końca moja bajka. A jednak nie żałuję. Mimo drobnych zastrzeżeń, film jest trochę za długi i w pewnym momencie zaczyna nużyć powtarzalnością, uważam, że należy "Blokadę" obejrzeć. Przygnębiający nastrój potęguje scenografia. Akcja toczy się na obrzeżach wielkiego miasta, często nocą. Gdzieś w tle majaczą wielkie, szklane wieżowce przywołujące na myśl inne życie, ale tu straszą dziurawe ulice, byle jakie, bałaganiarskie domy, sterty śmieci, gruzu, odpadków, połacie wolnej, ale raczej odpychającej niż miłej przestrzeni. To Stambuł. Chociaż to film turecki wyrastający z tamtych niepokojów, to jest też zarazem bardzo uniwersalny. Przywodzi na myśl jakiś apokaliptyczny świat, wizję nieodległej przyszłości. A w planie realnym to opowieść o Kadirze, który dwa lata przed zakończeniem dwudziestoletniej odsiadki, zostaje zwolniony z więzienia pod warunkiem współpracy z policją. Ma być wykorzystany w tajnej akcji. Jak już wspomniałam, warto "Blokadę" obejrzeć, mimo że jest filmem ciężkim, przygnębiającym, mrocznym i niełatwym. A kto już w kinie był, może przeczytać ciąg dalszy.

Ten film nieustannie balansuje na granicy realnego i onirycznego, tureckiego i uniwersalnego. Z jednej strony bohaterowie bardzo silnie umocowani zostali w realistycznym świecie. Kadir wraca do swojej dzielnicy, do brata i przyjaciół. Próbuje zorganizować sobie życie na nowo - urządza użyczone przez przyjaciół mieszkanie, spotyka się z bratem, martwi się o niego, pracuje, pisze raporty, chodzi na spotkania z tajniakami. Podobnie rzecz się ma z innymi bohaterami. Ahmeta, brata Kadira, rzuciła żona. Samotność stara się zagłuszyć, przygarniając psa. I tu już wkraczamy w świat, którego nie jesteśmy pewni. Często przyjdzie nam się gubić, nie zawsze wiadomo, co jest jawą, a co śni się bohaterom albo jest projekcją ich lęków, a może nawet obłędu. Czasami reżyser wyprowadza nas na manowce - dopiero po chwili orientujemy się, że scena z pozoru realistyczna to tylko senny majak. Pytań jest wiele. Dlaczego Ahmet przebudowuje swoje mieszkanie? Czy robi to, aby ukrywać psa, czy szykuje tajną skrytkę dla ludzi? Za co siedział w więzieniu Kadir? Czy za sprawy polityczne? Kim są bohaterowie - Turkami czy może Kurdami? W jakiej akcji bierze udział Kadir? Czy jest ofiarą tajnych służb? Czy po prostu wypełnia zadanie tak, jak potrafi? A może sprytnie wodzi policję za nos?  Jakich dźwięków dochodzących z mieszkania przyjaciół nasłuchuje? Czy to dźwięki miłosnej rozkoszy? A może awantury? Albo odgłosy tajnych spotkań? Co stało się z Meral, którą wywoził z dzielnicy? I wreszcie scena ostatnia. Czy rozgrywa się w wyobraźni bohatera? Jest świadectwem jego poczucia winy wobec przyjaciół i brata?

Atmosfera gęstnieje i robi się coraz mroczniejsza. Nikt tu nikomu nie ufa. Brat boi się brata. Sąsiad sąsiada. Stale, jak mantra, wracają pewne sceny. Kadir kilkakrotnie kładzie się na podłodze, aby podsłuchiwać przyjaciół. Spełnia powierzone mu zadanie? Robi to powodowany ciekawością? Ekscytacją? Zazdrością? Wielokrotnie dobija się do domu brata. Nasłuchuje. Gubi się w domysłach. (Czy to nie echa dość powszechnej wśród Turków wiary w istnienie jakiegoś głębokiego państwa?) A za drzwiami chowa się przestraszony Ahmet, który chroni przygarniętego psa. A jego lęk o psa? Czy to paranoja przestraszonego, nieufającemu nikomu człowieka, czy uzasadniona obawa? Nie znam na tyle realiów tureckich, aby jednoznacznie rozstrzygnąć te wątpliwości. Czy rzeczywiście Ahmet nie mógłby zachować zwierzaka? Te nieporozumienia, wzajemne podejrzenia doprowadzą w końcu do tragedii. I znowu reżyser sprowadza nas na ziemię, z onirycznego świata wracamy do realnego.

Atmosferę obłędu i dokonującej się na naszych oczach apokalipsy potęguje sceneria. Okropne, brudne, zabłocone, byle jakie obrzeża wielkiego miasta. Chociaż to Turcja, chyba ani razu na ekranie nie pojawiło się słońce. Jest szaro, pochmurno, czasem pada śnieg. Wiele scen rozgrywa się nocą albo w jakichś zrujnowanych, opuszczonych pomieszczeniach. Płoną śmietniki, wybuchają bomby, słychać policyjne syreny, ulice co rusz przecinają policyjne blokady, ludzie są kontrolowani i zatrzymywani, z telewizora dobiegają komunikaty o kolejnych terrorystycznych zamachach. Które zagrożenie jest prawdziwe, a które wyimaginowane? Czy śmietniki podpalili chuligani? A może to akt terroru? A może ta scena rozgrywa się tylko w obłąkanej wyobraźni Kadira? Paranoi ulegają nie tylko bohaterowie, ale i władze. Nakręca się spirala podejrzeń, strachu, zagrożenia, nieufności i podejrzliwości. Nawet prace wykonywane przez Kadira i Ahmeta, są okropne. Jeden zbiera i segreguje śmieci, drugi odławia bezpańskie psy, które są plagą Stambułu. Ahmet z jednej strony przygarnia psa, z drugiej potrafi być dla niego okrutny. Oglądamy jakiś potworny świat, gdzie wszystkie wartości zostały zachwiane. Kontrastuje z tym spokojna, szlachetna twarz Kadira. Naiwnego? Gamoniowatego? Dobrego? Przebiegłego?

Niby to Turcja i Stambuł, ale dzięki licznym niedopowiedzeniom historia staje się uniwersalna. Mogłaby równie dobrze rozgrywać się na obrzeżach innego wielkiego miasta, gdzieś w Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie, w Azji, a może nawet w Europie. Film staje się metaforą ogarniętego szaleństwem podejrzliwości i strachu świata. Ale czasem, bardzo dyskretnie, reżyser łamie ton opowieści groteską. Tajne służby bywają głupie (Jak mogą wobec tego zapobiec terrorystycznym atakom?), groźny przestępca okazuje się zaszczutym, niewinnym człowiekiem, gdzieś w tle telewizja podgrzewa podejrzenia, że zabijane bezpańskie psy są nielegalnie sprzedawane na mięso, a szef myli sprawy i pracowników, ale od czego ma usłużnego sekretarza.

"Dureń"

Film rosyjski to rzadki gość na naszych ekranach, tym bardziej nie należy przegapić okazji. Właśnie pojawił się "Dureń" Yurija Bykova, więc niezwłocznie wybrałam się do kina. Jak czytam, reżysera porównuje się do Smarzowskiego i trzeba przyznać, że sporo między nimi podobieństw. Jest to kino brudne, brzydkie, brutalne, pokazujące świat w jego najgorszej odsłonie. Film dosłownie osacza widza. Bliskie plany, ciasne wnętrza, mrok (akcja toczy się w ciągu jednej nocy), rozmaite głośne dźwięki prawie nieustannie dochodzące zza kadru i ludzkie twarze jak z koszmarnego snu powodują, że widz nie może złapać oddechu. Poczułam się jeszcze bardziej przybita niż po "Lewiatanie". Film Bykova nie ma w sobie tej zadumy, tego oddechu (plenery), tej nostalgii, smutku i melancholii, po prostu wali obuchem. A diagnoza podobna: arogancka władza, która ma jeden cel - wyłącznie własne korzyści, wszechogarniająca korupcja jak pajęczyna oplatająca wszystko, przekręty. Człowiek człowiekowi wilkiem. Kolejny rosyjski film, jaki obejrzałam w ciągu ostatniego roku (oprócz przywołanego już "Lewiatana" jeszcze "Geograf"), po którym zadaję sobie pytanie: na ile to, co na ekranie, zostało wyolbrzymione? No bo jeśli obraz jest realistyczny, to Rosja przypomina piekło. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Wystarczy przeczytać "Czasy secondhand" Swietłany Aleksijewicz. Wypada jeszcze dla porządku wspomnieć o fabule "Durnia", która jest bardzo prosta. Uczciwy do bólu hydraulik Dima, wezwany do awarii w jednym z mieszkań wielopiętrowego bloku zamieszkiwanego przez ponad osiemset osób, dochodzi do wniosku, że budynek w każdej chwili może się zawalić. Próbuje zrobić wszystko, aby nie doprowadzić do tragedii. Szybkie tempo i napięcie przeplatają się ze scenami gadanymi, których tu też sporo. Warto zobaczyć to mocne kino, chociaż nie ma takiej reklamy jak "Lewiatan" i do kin weszło raczej cichaczem. A jeśli ktoś już film widział, może czytać ciąg dalszy.

Jak pisałam we wstępie, filmowe obrazy od pierwszych kadrów osaczają. Ciasne, ciemne, zatłoczone wnętrza, w których gnieździ się pięcioosobowa trzypokoleniowa rodzina. Zwykły blok. Zwyczajni ludzie. Matka, przypominająca postać z obrazów Dudy-Gracza albo Bruegla, stale gdera i o wszystko ma pretensje. Nic dziwnego, trafił jej się mąż nieudacznik. Nieudacznik, bo beznadziejnie uczciwy. Nie kradnie, kiedy wszyscy dookoła to robią. A zresztą, czy wyniesienie rur z zakładu to kradzież? Przecież inaczej nie zrobi się remontu w mieszkaniu. Każdy to przecież rozumie i każdy tak postępuje. Tylko oni nie i dlatego do niczego nie doszli. Co mają z życia? W ślady ojca idzie syn, który okaże się jeszcze szlachetniejszy i uczciwszy. I tu moja wątpliwość. I Dima, i jego ojciec są właściwie bez skazy. Aż nieprawdziwi w swojej niewzruszonej niezłomności. Ojciec codziennie naprawia ławkę niszczoną przez miejscową młodzież. Jest odporny na pretensje żony i impregnowany docinki kolegów z pracy, którym zarzucił nieuczciwość. Podobnie Dima. Żadnej drogi na skróty. Najpierw studia, potem dopiero wygodne życie. Nie mieści mu się w głowie, że można nie zareagować w obliczu katastrofy grążącej tylu ludziom. Dla niego jest jasne, że musi zawiadomić przełożonych. Ale szybko przekona się, że jest bezradny w zetknięciu ze skorumpowaną władzą, która siedzi w kieszeni szemranych biznesmenów. W czasie urodzinowego przyjęcia przejdzie ekspresową lekcję życia. Jest wśród bawiących się oficjeli i ich gości jak istota z Marsa. Inaczej ubrany, przygląda się z boku, a potem ze zdumieniem słucha. Jedyny szlachetny, nie ma szans w tym potwornym świecie.

Potworni są tu wszyscy. Władze miasta i podległe im służby. W obliczu niebezpieczeństwa rzucają się sobie do gardeł, jeden oskarża drugiego, każdy ma na każdego jakieś haki, każdy kradł i dbał tylko o swoje interesy. Nie ma tu jakiegoś cieniowania racji, bohaterowie nie mają żadnych  moralnych dylematów. Jest cynizm, pazerność i brak jakichkolwiek skrupułów. Tylko raz, kiedy przyjdzie do ostatecznej rozgrywki, Fiedotow zachowa się szlachetnie i uratuje Dimę. No ale jak tu żyć, skoro trzeba się opłacać górze? Korupcja zaczyna się od dołu i wędruje niczym po drabinie na same szczyty. Przy władzach rejonowych władze miasta są nikim, a przecież jakoś radzić sobie muszą. Przecież trzeba zadbać o siebie, swoją rodzinę a może i o przyjaciół. Teraz liczy się tylko, jak ukryć przekręty. Nieważni są ludzie. Jeśli dojdzie do katastrofy, przyjedzie komisja i wyda się, że pieniądze przeznaczone na remont zostały wyprowadzone. A  że zginą mieszkańcy bloku? Ale kim oni są, aby się nimi przejmować? Alkoholicy, menele, ćpuny, wyrzutki społeczne. Jak mówi jeden z uczestników przyjęcia, przecież dla wszystkich nie starczy. Gdyby podzielić po równo, każdy dostałby tyle co nic, więc ktoś musi odpaść od tego stołu. Jak u Dostojewskiego zdeptać trzeba ludzką wesz.

A  blok, o który toczy się walka, to rzeczywiście prawdziwe pandemonium. Ludzki zsyp. Awantury, alkohol, przemoc, narkotyki, libacje. Zdegenerowane wódką i biedą twarze, karykaturalne ciała. Nikt nikogo nie szanuje, panuje prawo silniejszego. I tylko schludnej staruszki, która musi tu mieszkać, żal. I znowu widz zostaje osaczony przez bliskie plany, przez ciasnotę wnętrz, przez ciemność. Dima zrobi wszystko, aby uratować tych ludzi. Zaryzykuje swoim życiem. Najbardziej przygnębiający jest fakt, że właściwie nie było dla kogo się poświęcać. Wychodzi na to, że cyniczna elita miała rację. Trudno pogodzić się z taką wizją świata. Ostatnia scena jest jak kropla, która przelewa czarę goryczy. Chociaż już wcześniej, kiedy policjanci na polecenie Gałaganowej zabijają szefa straży i Fiedotowa, aby potem można było zrzucić na nich winę, przecieramy oczy ze zdumienia. Czy to możliwe? Ale przecież w "Lewiatanie" stało się podobnie. Potworny świat.

Filip Springer "Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni"

Właściwie nie miałam zamiaru czytać tej książki. Tak jak i pozostałych reportaży Filipa Springera. Nie, nie dlatego, że mam coś przeciwko. Odwrotnie, błyskawiczny rozwój pisarskiej kariery ich autora śledzę  z dużym zainteresowaniem. Czytelniku tej notki, niech cię nie zmyli mój ton i kursywa użyta w poprzednim zdaniu. To nie ironia, ale dystans do zwrotu pisarska kariera. Naprawdę mój czytelniczy słuch każe mi podziwiać autora, który zajął się niebanalną tematyką. Doskonale wiem, co napisał, czytałam i wysłuchałam kilku albo nawet kilkunastu przeprowadzonych z nim wywiadów. Wszystkie bardzo ciekawe. Tematy też są mi bliskie. Ale powtórzę po raz nie wiem który: nie ma czasu na czytanie wszystkiego, co by się przeczytać chciało. Książki napierają ze wszystkich stron. Nowości, nieoczekiwane odkrycia (jak przeczytasz jedną pozycję jakiegoś autora albo na jakiś temat, to, bywa, że natychmiast masz ochotę na następne), a i do klasyki miałoby się ochotę wrócić albo sięgnąć po zaległości. Kolejka się wydłuża, półka książek oczekujących na przeczytanie puchnie, lista książek oczekujących na kupienie jest jeszcze dłuższa. a przecież czytam, czytam, czytam, czytam. Czasem ten nadmiar mnie po prostu przeraża. Dlatego Filipa Springera starałam się wyprzeć z pamięci, nie wpisywać na listę, bo za dużo, za dużo. Broniłam się dzielnie, ale kiedy szum medialny związany ze świeżo wydaną książką autora zaczął wwiercać się w moje mózgowe zwoje, skapitulowałam. Nie, nie uległam reklamie. Zrozumiałam, że "Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni" Filipa Springera (Czarne 2013) to książka dla mnie!

Jeśli, czytelniku tej notki, i ty nie możesz spokojnie patrzeć na tysiące zalewających nas billboardów, jeśli i ciebie bolą oczy od paskudnych szyldów, szyldzików, reklam, banerów porażających swą szpetotą, umieszczonych na płotach, fasadach i gdzie popadnie, jeśli i ciebie drażnią oblepione chałupniczymi ogłoszeniami słupy, wiaty przystanków i rynny, jeśli twoje poczucie estetyki ranią poustawiane nawet w centrach miast byle jakie budy, które udają sklepy, jeśli i ciebie irytuje (aż prosi się tu o mocniejsze słowo) ten architektoniczno-estetyczny bajzel, który nas otacza, to i ty powinieneś przeczytać tę książkę. Ale może powinni sięgnąć po nią przede wszystkim ci, którym to wszystko nie przeszkadza? Już nie pamiętam, czy to Springer, czy może ktoś  inny w radiowej dyskusji  powiedział, że takie książki są właśnie po to, aby zwrócić uwagę na problem. Ostrzegam. "Wanna z kolumnadą" podnosi ciśnienie i po prostu przygnębia. Po przeczytaniu pierwszego rozdziału, "Ucieczka z ulicy Urbanistów",  byłam niemal chora. Wcale nie dlatego, że Springer odkrył przede mną coś nowego. Doskonale zdaję sobie sprawę z urbanistycznego chaosu wokół, z budowania bez ładu, składu i myślenia o przestrzeni, z bezładnego rozlewania się osiedli po obrzeżach polskich miast. Ja to wszystko dostrzegam i cierpię. Ale Springer pokazał coś znacznie gorszego: mechanizm, który na to wszystko pozwala, i brak nadziei, że cokolwiek się zmieni. Jest jeszcze gorzej! Billboardy, reklamy, szyldy, papierowe ogłoszenia, rosnące jak grzyby po deszczu płoty grodzące osiedla i budynki, nawet te ohydne budy (akurat o nich autor nie pisze, to mój wkład w temat) można dość łatwo zlikwidować. Wystarczy odpowiednie prawo konsekwentnie realizowane. Nawet bloki z wielkiej płyty zainfekowane jednostką chorobową nazwaną przez Springera pastelozą kiedyś zmienią swój kolor. Mogę sobie wyobrazić, że za, powiedzmy, dziesięć, może piętnaście lat ten problem zniknie. Niestety nie znikną te wszystkie osiedla-sypialnie wyrastające gdzieś w polu, źle zaprojektowane, budowane chyba tylko z myślą o zysku, nie znikną brzydkie budynki, nie zniknie hotel Gołębiewski w Karpaczu, zbrodnia dokonana na krajobrazie. To rany zadane polskiej przestrzeni publicznej na dziesiątki a może setki lat. Podobnie jak uregulowanie rzek czy ich zniknięcie (temu poświęca autor osobny rozdział). Springer nie tylko nazywa i diagnozuje problemy, nie tylko pokazuje mechanizmy, które je powodują, ale także uświadamia konsekwencje estetyczne (to oczywiste), gospodarcze i społeczne, a z tych często nie zdajemy sobie sprawy. Przez karty jego książki przewijają się także ci, którym problem doskwiera. To architekci, urbaniści, ale może przede wszystkim samotni szaleńcy, którzy na własną rękę, dostępnymi sobie metodami próbują zwalczać wszechogarniającą nas brzydotę. Niestety często to walka z wiatrakami. Nie zawsze, na szczęście.

I na koniec jeszcze jedno. Mój znajomy, z którym dzieliłam się emocjami wywołanymi książką Springera, próbował tłumaczyć to wszystko biedą i zwalać winę na bieżącą politykę. Biedni ludzie nie mają pieniędzy na porządną reklamę, porządne ogłoszenie, stąd to chałupnictwo. Niestety to nie tak. Za wielkopowierzchniowymi reklamami, za płachtami spowijającymi budynki, za hotelem Gołębiewski, za nowymi osiedlami, za tym wszystkim stoją wielkie pieniądze, wielki, często bezwzględny, biznes i lokalne układy i układziki. I zupełnie nie ma znaczenia opcja polityczna powiatowego czy miejskiego urzędnika wydającego zgodę na budowę tych koszmarów.

Trafiony, zatopiony. Przeczytałam "Wannę z kolumnadą" i teraz mam ochotę na "Miedziankę" i książkę o Hansenach. Kiedy po nie sięgnę? Kiedyś na pewno.

PS. Emocje towarzyszące pisaniu tej notki zamąciły mi umysł i pewnie dlatego nie wspomniałam, że książka Springera to także album zawierający dokumentację zbrodni popełnianych na krajobrazie. Po prostu książka pięknie wydana (niestety dlatego droższa).

Popularne posty