Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odmienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odmienność. Pokaż wszystkie posty

Katarzyna Groniec "Kundle"

Myślę, że nie tylko ja byłam bardzo zaskoczona, kiedy

dowiedziałam się, że znana piosenkarka, Katarzyna Groniec, wydała książkę. Nie, nic plotkarskiego, żaden zbiór felietonów czy innych rozważań, żaden wywiad-rzeka, ba, żadna powieść pop z kluczem środowiskowym. No bo jeśli już, to właśnie czegoś takiego spodziewalibyśmy się po celebrytce. Prawda? Tu przesadziłam, bo Katarzyna Groniec celebrytką nie jest. No to po nieco niszowej piosenkarce. Tymczasem "Kundle" (2023) ukazały się w wydawnictwie Nisza, które byle czego nie wydaje i jest tak niszowe, że nie ma nawet swojej strony, dobrze, że prowadzi media społecznościowe. Może brzmi to ironicznie, ale nie jest. Cenię sobie Niszę, dlatego obserwuję ją w socialach, aby być na bieżąco z tym, co wydaje. Ale wróćmy do "Kundli". Kolejnym zaskoczeniem były znakomite recenzje. Nie słyszałam krytycznej! A kropką nad i okazała się nominacja do prestiżowej Nagrody Literackiej Gdynia, a że to nie wypadek przy pracy, potwierdziły dwie nominacje do nagród dla debiutantów - Nagrody Gombrowicza i Nagrody Conrada. Po Gdyni pękłam i postanowiłam przeczytać. Ja również jestem pod wrażeniem!

Książka jest krótka, trochę ponad sto stron. Coś pomiędzy zbiorem opowiadań, a powieścią. Całość spięta miejscem i bohaterkami oraz bohaterami. Miejsce to miasto między Rybnikiem i Zabrzem, w pobliżu znajduje się Toszek, po niemiecku Tost, gdzie mieści się dom wariatów. Dziś oczywiście to słowo niepoprawne, ale w czasach, kiedy rozgrywają się wydarzenia, tak nazywano szpitale psychiatryczne. A bohaterki i bohaterowie? To tytułowe kundle, ludzie pogardzani, o niepewnej tożsamości, którą sami wolą ukrywać, i jednocześnie z nizin społecznych albo w jakiś sposób niedostosowani, odstający od tego, co lubimy nazywać normalnością. Mamy więc Adama, który ukrywa swoje żydowskie pochodzenie, zmienił imię i nazwisko, w głowie słyszy wielką muzykę, ale jest tylko jej nauczycielem i to on, nie potrafiąc poradzić sobie z rzeczywistością i ze wspomnieniami przeszłości, trafia od czasu do czasu do tego domu wariatów. Jest Goryl, czyli Andrzejek, chłopiec, też powszechnie uważany za wariata, albo jak dziś mówimy za dziecko z niepełnosprawnością intelektualną. Jest Fatima, jego matka, cygański podrzutek, pokochana przez Rubą Ernę, która zastąpiła jej matkę. Jest Sophie, autochtonka, kiedyś Niemka, po wojnie Polka, matka trójki dzieci, pomiatana i bita przez męża. Pracuje w szpitalnej pralni. Jest wreszcie Aszer, czyli Asia, jej córka, salowa w szpitalu wariatów. Pojawia się też trochę postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Są sąsiadami z dzielnicy, niektórzy z familoku, w którym mieszkają. Żyją obok siebie, zmagają się z codziennością i demonami przeszłości. Starsze pokolenie, Adam, Fatima, Sophie, jest naznaczone przez wojnę. Młodsze pewnie dziedziczy traumy. Niemal za każdym stoi jakiś fascynujący życiorys, z tych ciężkich, więc na pewno nikt nie chciałby się z nimi na ich życia zamienić. Ja przyglądałam się im z sympatią i, chciałoby się powiedzieć, z czułością, gdyby to słowo nie było samo w sobie egzaltowane i już nieco zużyte.

Oczywiście w literaturze wszystko już było, nie raz stykałam się z podobnymi bohaterkami i bohaterami, dlatego ważne są forma i język. I właśnie to sprawia, że książka Katarzyny Groniec jest taka interesująca. Pisarka nie opowiada losów bohaterów po bożemu. Rozmaite teraźniejszości mieszają się z przeszłością przed i wojenną, czasem opowieść narratora albo narratorki wybiega w przyszłość, zdradzając odrobinkę z losu bohaterek i bohaterów. Innym razem ktoś pokazuje alternatywne losy postaci, spekulując nad rolą przypadku w życiu.

A gdyby Rimski-Korsakow wyjechał do Toronto, tak jak swego czasu wyjechali z Ukrainy rodzice Staryka, to jego dzieci i wnuki by żyły. Co z tego, że nie byłoby suity, nikt by nawet nie zauważył, że jej nie ma, nikt by nie odczuł pustki, bo dźwięki przecież i tak wszędzie się pałętają i każdy może je spisywać do woli, wystarczy je usłyszeć.

Autorka pewne zdarzenia, szczególnie te z przeszłości, tylko sygnalizuje, resztę możemy wyczytać między słowami. Przecież wojna i Zagłada zostały już tyle razy opowiedziane. Kręci się to wszystko niczym diabelski młyn - pewne sceny się powtarzają, teraźniejszość, przeszłość i przyszłość pojawiają się w rozmaitych konfiguracjach. Wiele tu zagadek, ze strzępów, z pojedynczych scen składałam sobie losy bohaterek i bohaterów, konfiguracje pomiędzy nimi, ich światy. Nad wszystkim unoszą się melancholia i mrok. 

Pisałam o zagadkach. Nie dotyczą one tylko losów bohaterek i bohaterów, ale także narratora/narratorki, który/która ujawnia się od czasu do czasu. Kim jest? Bogiem/boginią? Jakąś siłą czuwającą nad bohaterkami i bohaterami? Duszą świata, która wnika we wszystko?

Zgięty wpół Goryl wydaje się z wysoka maleńki jak złamana zapałka. Wiem, że kieszenie ma pełne kamyków i że najpewniej znowu szuka pustej muszli po ślimaku. Wzbijam się wyżej, ale tak naprawdę nie ja frunę teraz nad kościelną wieżą. (...) Spływam za to rzekami do mórz i oceanów, faluję wodorostami, płynę z ławicą ryb, mijam kraby i ukwiały, mijam rafy koralowe.. Ale tak naprawdę nie płynę, tylko przedzieram się przez ziemię, jak mój towarzysz kret, połykam i wydalam glebę z dżdżownicą, którą jutro Szczerbaty przetnie na pół patykiem, rozpycham się pęczniejącym ziarnem na pozór nikomu niepotrzebnej rośliny. Ale tak naprawdę jestem tym patykiem, który Szczerbaty urwał z przydrożnego krzaczka. I Szczerbatym jestem.

Jestem dla wszystkich. Odprowadzam każdą żywą istotę. I tę, co przeszła mimo, nie przeczuwając nawet mojej obecności, i tę, co mój dotyk poczuła i odtąd od czasu do czasu na piersi jej się kładę ciężarem, i tę, co całe ziemskie życie pędziła moją obecnością naznaczona. Na ludzkich umysłach jak na instrumentach muzycznych można grać wiele melodii, więc wygrywam na nich rzeczywistość, do jakiej zostali stworzeni. Rozdaję kształty, sobie kształtu nie nadając, i kolory, pozostając bielą. Upuszczam im na pożarcie idee, jak po kryjomu dziecko upuszcza chleb psu,  który pod stołem liże łydki. Rzucam w nich pomysłami (...). Śnię się ludziom i zwierzętom albo nie śnię się wcale. Nie rozniecam wojen ani nie czynię pokoju. Odprowadzam tych, którym już trzeba odejść. Niektórzy mnie przeczuwają i próbują tłumaczyć mnie sobie innym językiem, pełnym nieporozumień, zyskując miano szaleńców, proroków czy mesjaszy. A ja odprowadzam tych, którym życie po prostu wypełniło się rzeczywistością aż po brzegi i nie zmieści się już ani kropli więcej.

Trochę przypomina mi ten zabieg to, co zrobił Szczepan Twardoch w "Morfinie" i w "Królu". Przyznam, że jeśli coś wydaje mi się naddatkiem w książce Katarzyny Groniec, to właśnie to. 

Kolejną zagadką, a może bardziej pytaniem o nią, jest pojawiające się w książce pojęcie Ciszy, czasem nawet Wielkiej Ciszy, tak właśnie zapisywanej - z dużej litery. Co to za Cisza? Coś, co zapada nad losem bohaterów? Coś, co ich czci? Coś, co uspokaja, daje ukojenie? Coś, co pozwala im zniknąć? Coś, co pozwala się zadumać, stanąć na chwilę, zamyślić? Wszak mówimy, ciszej nad tą trumną, minuta ciszy, pragniemy ciszy. Ale też cisza, czyli niemówienie, zamilczanie, tabuizuje.

Cisza wypełzła z bocznych ołtarzy i sunęła po zimnej kamiennej posadzce. Oplatała ławki i kolana świętych, wpełzła na ambonę, omiotła zziębnięte aniołki i Dzieciątko Jezus, owinęła się surowym milczeniem wokół krzyża, dotarła do prezbiterium i wypełniła je szczelnie kadzidlanym zapachem. Kościół zniknął i pojawił się na nowo, huśtnął i wrócił do swojego stałego stanu zawieszenia między niebem a ziemią. 

(...) Adam usłyszał i zobaczył spod kurtki Zbyszka, pseudonim Kula, który go wygrzebał spod Ciszy i sterty liści i mocno przytulił (...). 

I potem w tym śnie zapadła Wielka Cisza. Ktoś wcisnął przycisk i od tego wciśnięcia świat zaczął się kręcić już bez głosu, a one usiadły na zydelkach, jakby się miały zabrać do obierania kartofli. Matka Boska wyciągnęła zza pazuchy dwie trochę wymięte, skręcone naprędce cigarety i obie se zakurziły. 

Celowo wydłużyłam ostatni cytat, aby pokazać, że książka bywa też dowcipna. Matka Boska paląca razem z bohaterką papierosy i udzielająca jej rad, pyszne.

No i wreszcie język. Niebanalny, ciekawy, kunsztowny, taki, który sprawia dodatkową przyjemność w trakcie lektury, pozwala się nią rozkoszować. Irytuje mnie ta egzaltacja, ale czasem trudno znaleźć lepsze słowo. Nie będzie kolejnych cytatów, próbkę pokazują te, które już się pojawiły.

Warto sięgnąć po króciutką książkę Katarzyny Groniec, warto się nią delektować, warto pochylić się nad losami bohaterek i bohaterów.

"Życie Adeli: rozdział 1 i 2"

Trudno było nie pójść na "Życie Adeli: rozdział 1 i 2" Abdellatifa Kechiche. Nie tylko Złota Palma w Cannes, nagrody dla obu aktorek tamże, ale i świetne recenzje. Przyznam, że trochę obawiałam się tych trzech godzin. Chociaż jestem zapaloną kinomanką i długie filmy mi nie straszne, to jednak tak długi obraz to dzisiaj rzadkość. Obawy okazały się niepotrzebne, nawet nie wiem, kiedy upłynął czas spędzony w kinie. Przyznam, że zdumiewa mnie, na czym polega siła tego w gruncie rzeczy skromnego filmu. To werystyczna obserwacja życia, zwyczajnych ludzi, zwyczajnych zdarzeń. Kamera nie upiększa, pokaże każda zmarszczkę, każdą fałdkę, każdy pryszcz, każdą głupią minę, każdy fizjologiczny odruch. Teraz, kiedy to napisałam, zastanawiam się, czy użyłam właściwych słów. Bo przecież dla głównej bohaterki, tytułowej Adeli, to lata niezwykle burzliwe. Poszukiwanie tożsamości, odkrywanie siebie, przełamywanie lęków, próba. Jakby nie było, film pokazuje codzienność. Może to jest to najwłaściwsze słowo. Wrócę jeszcze raz do mego pytania: gdzie tkwi siła "Życia Adeli"? Na pewno w prawdzie, w emocjach, we wzruszeniu, ale może przede wszystkim w aktorstwie. Adele Exarchopoulos ma moc magnetyczną. Trudno oderwać od niej oczy. Gra delikatnie, subtelnie, gestem, mimiką, westchnieniem, kamera często pokazuje zbliżenie jej twarzy. Lea Seydoux, filmowa Emma, to jej przeciwieństwo, też świetna. Jej bohaterka drażni i uwodzi jednocześnie (widza również). To tyle tytułem wstępu. Nie ma sensu pisać o treści, pewnie każdy zna temat, jako że film zyskał rozgłos z powodu mocnych scen erotycznych, niektórzy twierdzą nawet, że pornograficznych. Dlatego w tej części to wszystko, a ciąg dalszy dla tych, którzy "Życie Adeli" już widzieli.

Może zacznę od zdziwienia. Naprawdę zaskoczyło mnie, że Adela, która odkrywa, że jest lesbijką, spotyka się w swoim szkolnym środowisku nie tylko z nietolerancją, ale i z agresją. Scena, kiedy koleżanki szydzą z niej, kpią, a wreszcie jedna z nich wybucha nienawiścią, przeraża. Jest w tej wykrzykującej pogardliwe obelgi dziewczynie coś obrzydliwego. Wykrzywiona złością twarz, pogarda, furia. Drugie zdziwienie budzi rodzina. Adela boi się powiedzieć rodzicom prawdę, dlatego przedstawia Emmę jako starszą koleżankę, która pomaga jej w filozofii. Naiwnie sądziłam, że wyzwoleni Francuzi nie mają problemów z odmiennością seksualną. A jednak okazuje się, że wszędzie jest podobnie. Adela nie ukrywa się, kiedy pali i pije, ale to, że kocha kobietę, musi zatrzymać w tajemnicy. Oczywiście zupełnie inaczej sytuacja wygląda w artystycznym środowisku Emmy. Tu nikt niczego nie chowa pod korcem, najwyżej ciekawość prowokuje pytania. Tyle zdziwień, a teraz przejdę do tego, co najważniejsze.

Ten prosty film opowiada o tych zwyczajnych, codziennych sprawach, które stanowią istotę naszej egzystencji. Niby nie ma tu wielkich dylematów, problemów czy tragedii. Są obowiązki: szkoła, studia, praca, jest życie domowe, rodzinne, jest poszukiwanie uczucia, a może tylko bliższej relacji z drugim człowiekiem, jest miłosny zawrót głowy, cielesna namiętność, są wreszcie małe dramaty: rozstania, zdrady, zawiedzione zaufanie, łzy. Ale to wszystko, przeżywane świadomie, buduje nasze człowieczeństwo.

Adela jest zamkniętą w sobie, spokojną nastolatką, trochę zakompleksioną. Nie bardzo wierzy w swój urok. Pozornie na tle koleżanek niczym się nie wyróżnia. A jednak jest inna. Interesuje się literaturą, ma swoje zdanie, wie, czego chce. Szuka, próbuje. Nie obejdzie się bez ofiar. Zrani chłopaka, kiedy się z nim  rozstanie, ale i ona zostanie zraniona, kiedy zaufa koleżance. Dla Adeli, która zaczyna rozumieć, że jest lesbijką, to nadzieja, że znalazła dziewczynę, dla tamtej to nic nieznaczący epizod, eksperyment. Małe, wielkie dramaty. Nikt tu nikogo nie rani celowo. Tak się w życiu zdarza. Łzy i rozpacz nie są udawane. Świat wali się na głowę, nawet jeśli za chwilę czas wyleczy rany. Kiedy Adela odkrywa prawdę o sobie, jest początkowo zagubiona. Jak odnaleźć się w nowej sytuacji, jak szukać drugiej połówki? Tym trudniejsze to wszystko, że przeżywane w ukryciu, w samotności. Nikomu nie można powiedzieć, przyznać się. Podwójne lęki i podwójne obawy. Jest młoda, niedoświadczona, czuje się nieswojo i obco w lesbijskim klubie, do którego odważyła się wejść. Inaczej niż starsza od niej, doświadczona, dominująca Emma, która będzie nie tylko jej kochanką, ale i przewodniczką. Wprowadzi ją w świat sztuki i artystów. Ale Adela też jest silną osobowością, wie, czego chce. Potrafi obronić siebie, czerpiąc jednocześnie od swojej kochanki. Jest jej muzą i modelką, ale prowadzi też dom i pracuje z dziećmi. Emma, artystka, chce czegoś więcej, tworzy i marzy o artystycznej karierze. Dla niej wybory Adeli są zwyczajne, pozbawione szaleństwa, może ambicji. Czy dlatego ich drogi się rozchodzą? Emmę pochłania praca, Adela czuje się coraz bardziej samotna i odrzucona. Wietrzy niebezpieczeństwo, zaczyna być zazdrosna. Jakby tego było mało, znowu musi ukrywać swój związek, a przynajmniej tak jej się wydaje, tym razem przed koleżankami i kolegą z pracy. Boi się ich reakcji. Tylko w środowisku Emmy obie mogą czuć się swobodnie. No i stało się: jeden nieprzemyślany krok, jedno słowo za dużo i koniec. Przyznam, że zdziwił mnie wybuch Emmy. Ja, podobnie jak Adela, miałam wrażenie, że zaczyna interesować się kimś innym. Może tak było. Przecież uczucia podążają krętymi ścieżkami. Nowa fascynacja nie musi wykluczać zazdrości o Adelę. Naruszone prawo własności, zraniona duma. Emma wyrzuca Adelę z domu, wyraźnie dając jej przy tym odczuć swoją wyższość. No a potem jest już za późno. Życie na nowo poukładane trudno znowu burzyć. Mimo że Emma nadal coś czuje do Adeli, nie zdecyduje się odejść od nowej partnerki. Jest też przecież dziecko, za które czuje się odpowiedzialna. Rozpacz Adeli, poczucie straty są bardzo prawdziwe. Ale życie toczy się dalej, trzeba pracować, trzeba żyć, mimo że zawód miłosny tkwi w niej niczym kolec. Niby nie widać, ale bardzo boli. Sama praca, nawet ta, o której marzyła, nie wystarczy. Adela jest samotna, nieszczęśliwa, musi udawać i grać. Zakłada maskę, którą zrzuca, kiedy nikt nie widzi. Czuje się obco, słuchając drażniących świergotów gości zgromadzonych na wernisażu Emmy. Tu wszystko jej przypomina o tym, co straciła. Uczucie nadal jest żywe. Aktorka gra znakomicie. Od nieskrywanej rozpaczy, do tłumionego bólu, wyobcowania. Rola Adele Exarchopoulos tchnie prawdą.

Ten prosty film pokazujący ludzkie dramaty nienachalnie, subtelnie, ale przejmująco i prawdziwie, przypomniał mi o twórczości innego francuskiego reżysera, nieżyjącego już Erica Rohmera. To właśnie on był mistrzem podobnego kina.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Młoda Adela fascynuje się osiemnastowieczną powieścią Marivaux "Życie Marianny". Nie będę udawała, że ją czytałam. Ale od czego internet. Spróbowałam się czegoś dowiedzieć, bo aluzja do książki aż nazbyt czytelna. Zmieniają się czasy, zmieniają obyczaje, ale uczucia i problemy pozostają takie same. I Marianna, i Adela muszą walczyć o siebie. Dla tej pierwszej przeszkodą nie do przebycia były różnice klasowe i majątkowe, dla tej drugiej to brak akceptacji dla odmiennej orientacji seksualnej.


Tony Gatlif. "Oburzeni" i nne filmy.

Po powrocie z podróży czas na nadrabianie kinowych zaległości. Wiele się ich nie nazbierało, wiadomo wakacje. Na pierwszy ogień poszli "Oburzeni". Nie ukrywam, że być może nie zainteresowałabym się tym filmem, gdyby nie jego autor: Tony Gatlif, którego bardzo lubię. Lubię to w tym wypadku złe słowo: jego obrazy mnie wręcz magnetyzują. Dlatego ten wpis będzie nie tyle refleksją o najnowszym filmie francuskiego reżysera, ile raczej apologią jego wcześniejszych dokonań, oczywiście tych, które widziałam. Odkryłam go stosunkowo późno, bo przy okazji "Exils", potem obejrzałam "Transylwanię" i na jakimś wakacyjnym przeglądzie "Gadjo Dilo". Wciąż nie udało mi się dopaść "Vengo", ale na pewno kiedyś zobaczę.

Tony Gatlif penetruje w swoich filmach obrzeża Europy. Raz będzie to zagubiona rumuńska wioska, w której mieszkają Cyganie, innym razem tytułowa Transylwania (a więc też Rumunia) albo hiszpańska odludna prowincja. Czasem akcja przenosi się jeszcze dalej, na przykład do Algierii. Bohaterami jego filmów są albo ludzie wykluczeni, którym się nie powiodło, nieszczęśliwi, wściekli, zagubieni, albo outsiderzy, dziwacy, poszukiwacze, ludzie w drodze. Jest w nich często jakaś pierwotna dzikość, zwierzęcość wręcz, biologia, kipią energią i gniewem, ale czasem też radością życia. Jest w nich coś, co przyciąga, nie pozwala zapomnieć. Francuzka (w opisie filmu znalazłam, że Włoszka, mnie się wydaje, że jednak nie), która zakochała się w rumuńskim muzyku i nie zważając na nic, postanawia go odnaleźć w jego ojczyźnie. Ta decyzja całkowicie odmieni jej życie, dzięki swej wędrówce stanie się kimś zupełnie innym. Francuz, który po śmierci ojca (a może matki?; nie pamiętam) postanawia wyruszyć do Rumunii tropem jakiejś ludowej śpiewaczki, którą jego ojciec był zafascynowany. Zetknięcie z nieznanym światem i jemu przyniesie odmianę losu. Inny Francuz o algierskich korzeniach, muzyk, mieszkaniec potwornego paryskiego blokowiska również wyruszy w drogę. Chce dotrzeć do kraju swego dzieciństwa, najpierw jednak w odruchu rozpaczy i protestu zniszczy swoje skrzypce. Być może te historie brzmią banalnie, ale wcale takie nie są. Przeciwnie, rozwijają się w sposób nieoczywisty i nieoczekiwany. I jeszcze jedno: bohaterowie Gatlifa to często mieszkańcy bogatej Europy, którzy wędrując, trafiają do prowincjonalnego, obcego świata, odległego od ich doświadczeń. Wyruszając w drogę, nie spodziewają się, że czeka ich spotkanie z innym. W filmach, które widziałam, reżyser odkrywa nie tylko peryferie, ale i zapomniane, pogardzane społeczności. Często to, co oglądamy na ekranie, jest  brzydkie i w pierwszym momencie odpychające, ale po chwili wciąga i fascynuje swoją innością.

Reżyser łączy filmową poezję z brzydotą, tragizm z humorem. Szczególnie zabawny (oczywiście chwilami) jest "Gadjo Dilo", ale i oglądając "Transylwanię", można się czasem uśmiechnąć. W tym ostatnim filmie zobaczyłam też najbardziej niezwykłą scenę łóżkową. Nie byłoby Gatlifa bez muzyki, szczególnie cygańskiej. To ją słychać z ekranu, to ona bywa w pewnym sensie tematem jego twórczości. Być może właśnie taka mieszanka sprawia, że bije z tych obrazów niezwykła energia, jakiś rodzaj magnetyzmu. Gdy o nich myślę, to natychmiast mam skojarzenie z ruchem, biegiem, wirowaniem. Jego filmy nie zawsze mają wysokie oceny (kiedy czasem natykam się na ich zapowiedzi w dodatku telewizyjnym do Gazety Wyborczej, to zazwyczaj opatrzone są tam tylko dwiema gwiazdkami), nie wszystkim się podobają (znam takich, których "Exils" zirytował), ja należę do ich wiernych wyznawców. Szczególnie zachwycił mnie przywoływany tu już kilkakrotnie "Gadjo Dilo". Przyznaję, że również za sprawą Romaina Duris'a  mojego ulubionego francuskiego aktora, który główną rolę zagrał także w "Exils". 

Dlaczego tyle miejsca poświęcam dawnym filmom Gatlifa, zamiast zająć się świeżo obejrzanymi "Oburzonymi"? Otóż dlatego, aby dzieląc się swoją fascynacją jego kinem, zachęcić innych, żeby odkryli je dla siebie. Bo obawiam się, że kto zetknie się z twórczością tego reżysera za pośrednictwem ostatniego filmu, może się zrazić, a byłaby to wielka szkoda. W "Oburzonych" znajdziemy wiele elementów znanych z wcześniejszej twórczości reżysera. Jest wędrówka, jest wykluczona bohaterka (nielegalna imigrantka z Afryki; tu, odwrotnie niż w poprzednich obrazach, to ktoś z prowincjonalnego świata przybywa do centrum Europy, o której marzy), jest muzyka, jest brzydota i jest poezja. Powiedziałabym, że  poezji, filmowej metafory jest tu znacznie więcej. Ale nie ma tempa, ruchu, wiru, energii. A właściwie pojawia się, ale tylko w dokumentalnych scenach manifestacji. Kiedy oburzeni wykrzykują swoje hasła w takt rytmicznej muzyki wygrywanej na bębnach, wszystko wibruje siłą, gniewem i radością płynącą z poczucia wspólnoty. Energii brakuje głównej bohaterce, imigrantce z Afryki. Pewnie dlatego, że jej naiwne marzenia o lepszym życiu szybko weryfikuje brutalna rzeczywistość. Jak inni nielegalni staje się apatyczna i bezsilna w obliczu bezdusznej, urzędniczej machiny i obojętnego świata. Przygląda się zrewoltowanym tłumom, ale ich oburzenie nie dotyczy jej. Wprawdzie pośród wielu wzniosłych i słusznych haseł pojawiają się i takie, które biorą w obronę nielegalnych imigrantów, ale czy oburzony mieszkaniec sytej Europy jest naprawdę gotów trochę się posunąć, aby zrobić miejsce tym, którzy mają jeszcze gorzej niż on? Jak głosi napis na murze: Wasze złudzenia krzyżują się z naszymi (cytat z pamięci), ale czy coś z tego wynika poza krzykiem? Film nie pozostawia złudzeń.

"Oburzeni" to częściowo dokument, częściowo fabuła. Więcej jednak tego pierwszego. Momentami wzrusza i przejmuje, zachwyca urodą poetyckich kadrów, momentami irytuje, czasem nuży. Ja wolałabym, aby jeden z moich ulubionych reżyserów nakręcił na ten sam temat pełnokrwisty film fabularny, posługując się swoim charakterystycznym językiem. Obawiam się, że wielu widzów "Oburzeni" mogą znudzić i zniechęcić do Gatlifa. Niesłusznie.

Siegfried Lenz "Biuro rzeczy znalezionych"

Przeczytałam niewielkich rozmiarów powieść "Biuro rzeczy znalezionych" (Czytelnik 2006; przełożyła Sława Lisiecka) mojego ulubionego autora, odkrytego mniej więcej
rok temu dzięki przyjaciołom. W porównaniu z "Lekcjami niemieckiego" i "Muzeum ziemi ojczystej" (bardzo polecam; o obydwu pisałam) ta książka jest rzeczywiście niewielka, można by powiedzieć, esencjonalna. Nie ma tu długich, nieco poetyckich opisów, dygresyjnych opowieści rozsadzających akcję, mniej też niezwykłości i magii. Opowiedziana historia nie ma też takiego ciężaru gatunkowego jak tamte. Pozostają zdarzenia niby zwyczajne, ale dzięki ludziom, których spotyka na swej drodze główny bohater, dwudziestokilkuletni Henry Neff, jednak nie całkiem prozaiczne. Już miejsce, w którym się zatrudnia, jest niecodzienne: to kolejowe biuro rzeczy znalezionych. Rzędy regałów wypełnionych po brzegi zostawionymi w pociągach zgubami tworzą swoisty labirynt. Czego to ludzie nie gubią! Henry zdziwi się nie raz, a pracujący tu od dawna Alfred Bussman, Hannes Harms i Paula Blohm pobłażliwie przyglądają się jego zdziwieniu, wszak widzieli już niejedno.

Henry jest sympatycznym młodym człowiekiem, pozbawionym ambicji (także materialnych), który przez życie pragnie podążać spokojnie i wygodnie, nie angażując się zbytnio. Miejsce, w którym pracuje, to zawodowa bocznica, dlatego wydaje się idealne dla niego. Ale biuro rzeczy znalezionych to nie tylko przedmioty, często pozornie bezwartościowe, a dla właścicieli niezwykle ważne, ale i ludzie. Paula, Bussman, każde z nich ma swoją historię, każde zaintryguje Henrego, każde w inny sposób będzie ważne. Ale najważniejszy okaże się Fiodor Lagutin, doktor matematyki, który przyjechał na naukowe stypendium z dalekiej Syberii. To on, przybysz z zewnątrz, prostolinijny, życzliwy, dumny, wnosi do powieści aurę niezwykłości. To z jego powodu Henry będzie musiał wyjść ze swojej wygodnej bierności i przeciwstawić się złu.

O czym jest ta niewielka książeczka? O przyjaźni, o ciekawości drugiego człowieka, o dojrzewaniu do odpowiedzialności. Czyta się jednym tchem, pozostaje w pamięci, chociaż nie może się równać z dwiema najważniejszymi powieściami Lenza. Przeczytana jako pierwsza nie da wyobrażenia o niezwykłości prozy niemieckiego pisarza. Można traktować ją jako przygrywkę do tamtych lektur i cieszyć się na niezwykłą literacką ucztę. Albo od razu zacząć od tego, co najważniejsze, a tę zostawić sobie na deser.

Filmy irańskie - to naprawdę ciekawe!

Filmy to może trochę na wyrost napisane, chciałabym wspomnieć o trzech, które widziałam na przestrzeni kilku miesięcy: "Trzy kobiety w różnym wieku" Manijeh Hekmat, "Co wiesz o ELLy?" i "Perski Nowy Rok" Asqhara Farhadiego (ten ostatni w kanale filmowym Ale kino!).Wszystkie trzy warte polecenia i przede wszystkim zaskakujące. Czym? Mnie zdziwiły swoją europejskością, której jest tu zdecydowanie więcej niż spodziewanej egzotyki. Teheran pokazany w "Trzech kobietach" i "Perskim Nowym Roku" to miasto szerokich arterii, pełne ulicznego ruchu, sklepów, muzeów, uczelni, ciągłych rozmów przez telefon komórkowy, a kobiety noszą chusty i dżinsy, pracują, studiują i prowadzą samochody. "Nie, na film irański nie chce mi się iść." - usłyszałam od znajomego. Nic bardziej błędnego.

Na pewno ten rys europejskości wynika z opisu sportretowanego środowiska. Można by pewnie powiedzieć, że jest to irańska klasa średnia (o ile taka istnieje). Mamy tu konserwatorkę i jednocześnie specjalistkę od perskich dywanów, studentów, nauczycielkę i innych, których profesji nie poznajemy, ale domyślamy sie, że są to ludzie wykształceni, drobni przedsiębiorcy czy artyści.

Inne podobieństwo to pośpiech, ruch. Bohaterowie ciągle gdzieś się spieszą, przemieszczają samochodami, załatwiają coś, gadają przez komórki, kogoś szukająWędrujemy z nimi gwarnymi ulicami Teheranu, zaglądamy na korytarze uczelni artystycznej, jedziemy windą w wieżowcu, by wpaść do mieszkania niczym specjalnie nieodróżniającego się od naszych, jesteśmy w biurze jakiejś firmy, w parku miejskim, na wystawie. Dalej poruszane problemy: poszukiwanie własnej tożsamości, zazdrość, zdrada małżeńska (!), brak porozumienia, uczucia, kłamstwa. Nawet zabawy, którymi umila sobie weekendowy wypad nad morze towarzystwo z filmu "Co wiesz o Elly?", są nam doskonale znane: to  kalambury.

Ale jest w tych filmach oczywiście rys egzotyczny, który pokazuje irańską odrębność, szczególnie obyczajową. Objawia się ona na przecięciu tego, co miejskie, współczesne, młode i wykształcone, z tym, co na prowincji, starsze, proste. Z jedną z bohaterek "Trzech kobiet..." przemierzamy puste, bezkresne, górskie krajobrazy. Trafiamy do małych wiosek składających się z żółtych domków z gliny (?). Jestesmy świadkami okrucieństwa obyczajowego wobec kobiet (nieślubna ciąża). Inna bohaterka, sprzątaniem zarabiająca na własne wesele  ("Perski Nowy Rok"), ze zdziwieniem spogląda na życie wielkomiejskiej rodziny. Sama pochodzi z prowincji, nosi czador, we wszystkim słucha swojego narzeczonego, ale jednocześnie próbuje być samodzielna (pracuje, idzie do fryzjerki, nie konsultując tego z narzeczonym, co w pierwszym odruchu wydaje się jej oczywiste).

Kolejny problem to traktowanie kobiet. I nie myślę tu o mieszkańcach prowincji, ale o tych wykształconych, wielkomiejskich parach. Kiedy tylko pojawia się problem, kobietą się dosłownie pomiata. Krzyk, pretensje, a nawet przemoc fizyczna. I nie zawsze mile widziane jest to, że próbuje sama decydować o swoim losie lub pomóc innej kobiecie.

Filmy jak najbardziej warte polecenia i obejrzenia.

Popularne posty