Niedawno dzieliłam się tu refleksjami o powieści palestyńskiej
pisarki, aktywistki i naukowczyni, Susan Abulhawy, "Poranki w Dżeninie". Książka tak bardzo podniosła mi ciśnienie, że natychmiast sięgnęłam po pracę izraelskiego historyka i aktywisty, Ilana Pappe, "Czystki etniczne w Palestynie" (Instytut Wydawniczy Książka i Prasa 2017; przełożyła Anna Sak). Przyznam, że wcześniej nie słyszałam ani o tym tytule, ani tym bardziej o jego autorze. Poleciła mi jego książki bliska mi osoba czytająca swobodnie po angielsku. Wspominam o tym, bo w Polsce wyszła niestety tylko ta jedna jego pozycja.Ilan Pappe, który obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie pracował, a może nadal pracuje, na Uniwersytecie Exeter, należy do grona izraelskich nowych historyków, którzy rewidują historię swojego kraju, patrząc na nią w sposób krytyczny.
Jak już wspominałam, pisząc o "Porankach w Dżeninie", dzięki lekturom książek Rajy Shehadeha, Pawła Smoleńskiego i innych sporo wiem o tym, jak współcześnie wygląda życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy, natomiast miałam niewielkie pojęcie o przeszłości. Przyznaję, patrzyłam na nią bardziej z perspektywy izraelskiej niż z palestyńskiej. To skomplikowane, myślałam. Dopiero powieść Susan Abulhawy rzuciła inne światło na historię Nakby. Teraz jeszcze bardziej poszerzyłam swoją wiedzę, czytając książkę Ilana Pappe.
"Czystki etniczne w Palestynie" obejmują okres bezpośrednio tuż przed powstaniem Izraela do czasów współczesnych, przy czym koniecznie muszę zaznaczyć, że to drugie oznacza rok 2007, bo wtedy ukazało się ich pierwsze wydanie. Główny nacisk kładzie autor na przeszłość, której poświęca najwięcej miejsca. Wszystko, o czym pisze, jest bardzo dobrze udokumentowane. Obficie cytuje źródła, na których się opiera, między innymi dziennik Ben Guriona albo rozkazy wojskowe. Sporo też opowieści świadków, którzy Nakbę przetrwali.
Cóż, w trakcie lektury nie raz, nie dwa włos jeżył mi się na głowie, pięści zaciskały się ze złości, a na usta cisnęło się pytanie - jak ci sami ludzie, którzy uciekli z Europy przed antysemityzmem, zostali z niej wypchnięci, przeżyli Holokaust, byli jego świadkami, mogli potem brać czynny udział w wypędzaniu Palestyńczyków z ich wiosek albo dzielnic miast, burzeniu ich domów, ograbianiu ich ze wszystkiego, szabrowaniu tego, co po nich zostało, a wreszcie mordowaniu, głównie mężczyzn, przy czym za mężczyzn uznawali także chłopców. Albo biernie przyglądać się temu wszystkiemu. Albo potem zajmować ich domy, jeśli wcześniej nie zostały zrównane z ziemią. Ponieważ autor bardzo dokładnie dokumentuje kolejne etapy Nakby i zagładę kolejnych wiosek, w sumie ponad kilkuset - przyznam, to szczególarstwo bywało czasem trochę nużące, bo powtarzalne - w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że pisze też o wiosce, z której zostali wypędzeni bohaterowie powieści Susan Abulhawy. Wspomina też o tym, co tak bardzo mnie w czasie jej lektury poruszyło, że stała się w pewnym momencie kolonią żydowskich artystów przybyłych z Europy. Nie zastanawiali się nad tym, co się stało z tymi, którzy tam mieszkali? Tak łatwo uwierzyli, że to terroryści czyhającymi na Izrael? A może dali sobie wmówić, że cel uświęca środki?
Ilan Pappe wprost nazywa Nakbę czystkami etnicznymi. Udowadnia, że był to konsekwentnie realizowany plan, nazwany kryptonimem "Dalet".
... realizacja zadania zajęła 6 miesięcy. W chwili, gdy uznano je za wykonane, wysiedlona została ponad połowa rdzennej ludności Palestyny - blisko 800 tys. ludzi - zniszczono 531 wsi i usunięto mieszkańców z 11 obszarów miejskich.
W bardzo sprytny, pomysłowy sposób autor zestawia tamte wydarzenia z czystkami etnicznymi w byłej Jugosławii, kiedy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku zamieszkujące ją narody rzuciły się sobie do gardeł. Niemal każdy z rozdziałów zaczyna się jakimś cytatem, z prasy, z dokumentów ONZ-etu czy innych źródeł, dotyczącym czystek etnicznych na Bałkanach. Czasem od razu autor zderza to z cytatem dokumentu z czasów Nakby, innym razem tę analogię odnajdujemy w rozdziale. Taki zabieg sprawia, że tym dobitniej dociera do czytelniczki czy czytelnika, jakie kryteria trzeba stosować do tamtych zdarzeń. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z takich cytatów rozpoczynający rozdział czwarty zatytułowany "Finalizowanie planu generalnego".
Według rzecznika prasowego NATO, Jamie'ego Shea, wszystkie raporty docierające do NATO wskazywały, iż wydarzenia w Kosowie rozgrywają się zgodnie z dobrze zorganizowanym planem generalnym nakreślonym przez Belgrad. Zaznaczył, że aktów przemocy dokonywano według pewnego schematu: najpierw serbskie czołgi otaczają wsie, następnie wkraczają oddziały paramilitarne, które pod lufami karabinów spędzają cywilów w jedno miejsce, po czym oddzielają młodych mężczyzn od kobiet i dzieci. Kobiety i dzieci są wypędzane z domów, a potem posyłane dalej, w kierunku granicy. Gdy opuszczą wsie, ich domy są plądrowane, a potem systematycznie podpalane. (CNN, 30 marca 1999)
Operacje można przeprowadzać następującymi sposobami: poprzez niszczenie wsi (podpalanie, wysadzanie w powietrze domów, zaminowywanie gruzów), zwłaszcza tych skupisk ludności, które trudno kontrolować stale, albo w formie akcji poszukiwawczo-kontrolnych według następującego schematu: okrążenie wsi, przeszukanie. W razie napotkania oporu oddziały zbrojne mają zostać unieszkodliwione, a ludność wydalona poza granice państwa. (Plan "Dalet", 10 marca 1948)
A Ben Gurion instruował:
Finałem każdego ataku ma być zajęcie, zniszczenie i wysiedlenie.
Niestety nie jest to wcale najdrastyczniejszy cytat wyciągnięty z dokumentów albo z opowieści świadków.
Książka Ilana Pappe uświadomiła mi jeszcze jedno - to, co się stało w Palestynie, jest czystym kolonializmem. Może już wcześniej obiło mi się o uszy stwierdzenie, że Izrael to państwo kolonialne, ale tylko obiło, jakoś się w to nie wgłębiałam, traktowałam jak publicystyczne stwierdzenie. Tymczasem w trakcie lektury tej książki uderzyło mnie to z całą mocą, chociaż autor znacznie częściej niż terminu kolonializm używa pojęcia czystek etnicznych.
Fakt, iż dokonujący wysiedlenia byli nowymi przybyszami i działali w ramach projektu kolonizacyjnego, łączy casus Palestyny z kolonialną historią czystek etnicznych w Ameryce Północnej i Południowej, Afryce i Australii, gdzie biali kolonizatorzy popełniali takie zbrodnie rutynowo.
Bo czyż nie jest kolonializmem wyrzucenie z jakiegoś terenu rdzennych (arabskich) mieszkańców stanowiących zdecydowaną większość ludności przez przybyłą z Europy mniejszość (żydowską), która stopniowo zagarnia ziemię tej większości po to, żeby stworzyć tam sobie swoje państwo? A tych nielicznych, którzy w obrębie tego państwa pozostaną, traktuje jak obywateli drugiej kategorii. Czym to jest, jeśli nie kolonializmem? W roku 1922, kiedy Rada Ligi Narodów zatwierdziła brytyjski mandat na obszarze Palestyny, mieszkało tam 78% muzułmanów, 11% Żydów i niecałe 10% chrześcijan. Kilka lat później dzięki kolejnym alijom Żydów jest już 16%, ale nadal posiadają tylko 4% ziemi. W 1939 roku Żabotyński, jeden z syjonistycznych przywódców, pisze:
... Arabowie muszą zrobić miejsce dla Żydów w Ziemi Izraela. Skoro dało się przenieść narody nadbałtyckie, to da się to zrobić z palestyńskimi Arabami.
Kiedy w 1947 roku zaczęły się czystki etniczne, ludność palestyńska, muzułmańska i chrześcijańska stanowiła nadal dwie trzecie, a tylko jedną trzecią stanowili syjonistyczni żydowscy osadnicy i uchodźcy z powojennej Europy. Większość przybyła w latach dwudziestych XX wieku i później. I tej mniejszości posiadającej tylko 6% ziemi, ONZ-et obiecał państwo zajmujące ponad połowę terytorium Palestyny. W jego granicach Żydzi posiadali zaledwie 11% ziemi i wszędzie byli mniejszością.
Autor pokazuje też, jak to wszystko dokonało się przy bierności Wielkiej Brytanii, która wcześniej po upadku Imperium Osmańskiego sprawowała nad terenem Palestyny kontrolę, zwaną mandatem, co też przecież było formą kolonializmu, Stanów Zjednoczonych i całego świata zachodniego oraz instytucji międzynarodowych, w tym ONZ-etu. Szczególnie po wojnie wyrzuty sumienia z powodu bierności wobec Holocaustu powodowały, że usprawiedliwiano albo przymykano oczy na wszelkie działania syjonistów w Palestynie, a potem państwa Izrael. Tak zresztą dzieje się do dziś. Bardzo łatwo być posądzonym o antysemityzm, jeśli krytykuje się to, co wyprawia Izrael na Zachodnim Brzegu czy w Strefie Gazy.
Ilan Pappe obala jeszcze jeden mit, który służy za usprawiedliwienie Nakby. Pokazuje, że to nie Palestyńczycy byli stroną atakującą i zagrażającą żydowskim osadnikom, chociażby dlatego, że po stłumionym przez Brytyjczyków powstaniu, które w roku 1936 wybuchło przeciwko brytyjskiej i syjonistycznej kolonialnej polityce, palestyńskie struktury polityczne i wojskowe zostały rozbite i nie odbudowały się do czasów Nakby. Także państwa arabskie nie były skore do niesienia im pomocy, a rola Jordanii była wręcz haniebna. Jeśli dochodziło do zamachów, to była to reakcja na to, co się działo. Siły izraelskie miały zdecydowaną przewagę. Na przykład w 1938 roku w zamachach przeprowadzonych przez żydowski Irgun zginęło 119 Palestyńczyków, tymczasem w zamachach palestyńskich zginęło 8 Żydów.
A potem zaczęło się zacieranie śladów, wycinanie ze zbiorowej pamięci arabskiej przeszłości tych ziem, choćby przez systematyczne zalesianie terenów po palestyńskich wioskach i tworzenie na tych obszarach terenów rekreacyjnych.
Wiele nowych osiedli i parków narodowych w całym Izraelu zostało zapisanych w pamięci zbiorowej tego kraju z pominięciem faktu, że niegdyś na ich terenie rozciągały się palestyńskie wsie, nawet jeśli fizyczne pozostałości takie jak pojedynczy dom albo meczet, świadczą o tym, że ktoś tam wcześniej mieszkał i to wcale niedawno, bo jeszcze w 1948 r.
I konsekwentne budowanie opowieści o Izraelu jako państwie, na które czyhają wszyscy sąsiedzi. Ostoi cywilizacji w morzu barbarzyństwa.
Spreparowana przez izraelskich historiografów opowieść mówiła o masowym "dobrowolnym transferze" setek tysięcy Palestyńczyków, którzy postanowili opuścić swoje domy i wsie, żeby utorować drogę nadciągającym arabskim armiom żądnym unicestwienia młodziutkiego państwa żydowskiego.
I tak to trwa do dziś. Jest coraz gorzej, nadziei na rozwiązanie konfliktu nie widać. Izrael konsekwentnie odmawia Palestyńczykom prawa do powrotu, buduje osiedla i mury na Zachodnim Brzegu. Obsesją stała się kwestia demografii - nie można dopuścić, aby ludności arabskiej było w Izraelu więcej niż żydowskiej.
Niełatwa, czasem nużąca, ale bardzo ważna lektura.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz