Pokazywanie postów oznaczonych etykietą saga rodzinna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą saga rodzinna. Pokaż wszystkie posty

Susan Abulhawa "Poranki w Dżeninie"

Już od jakiegoś czasu zbierałam się do przeczytania powieści

"Poranki w Dżeninie" palestyńskiej pisarki, naukowczyni i aktywistki, Susan Abulhawy (Sonia Draga 2025; przełożyła Urszula Ruzik-Kulińska). Problem konfliktu izraelsko-palestyńskiego interesuje mnie od dawna. Dziwi mnie zdziwienie tych, którzy dopiero teraz, patrząc na to, co stało się i nadal dzieje się w Gazie, zdumieni otwierają oczy. Chyba po raz pierwszy zrozumiałam, jak wygląda codzienne życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy po przeczytaniu książek palestyńskiego adwokata i pisarza Rajy Shehadeha, "Palestyńskie wędrówki", "Obcy w domu", "Dziennik czasu okupacji", oraz reportaży Pawła Smoleńskiego, "Izrael już nie frunie", "Oczy zasypane piaskiem", "Arab strzela, Żyd się cieszy". To lektury sprzed wielu lat, a stosunkowo niedawno sięgnęłam po "Apeirogon" Columa McCanna i "Jestem stamtąd, jestem stąd" Mourida Barghoutiego. Mam wrażenie, że niektórym otworzyły się oczy dopiero po lekturze "Drobnego szczegółu" Adanii Shibli, bo o tej pisarce i jej książce zrobiło się bardzo głośno w związku z aferą, która miała miejsce, kiedy nie mogła odebrać przyznanej jej nagrody na frankfurckich, chyba, targach książki. W swoim czytniku mam jeszcze inne pozycje dotyczące tego problemu, a przede wszystkim książkę "Palestyna: wojna stuletnia. Opowieść o kolonializmie i oporze" Rashida Khalidiego. Przyznam, że "Poranki w Dżeninie" zrobiły na mnie tak silne wrażenie, że natychmiast zabrałam się za lekturę "Czystek etnicznych w Palestynie" żydowskiego historyka Ilana Pappe, która to książka została mi polecona.

Susan Abulhawa urodziła się w Kuwejcie, jej rodzice musieli opuścić Jerozolimę. Mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. "Poranki w Dżeninie" to jej literacki debiut. W Polsce ukazał się po raz pierwszy w roku 2012 w innym wydawnictwie i tłumaczeniu, także pod innym tytułem.

Tę powieść śmiało można nazwać sagą rodzinną. Mamy nawet drzewo genealogiczne palestyńskiej rodziny, której historię poznajemy. Wszystko zaczyna się jeszcze przed rokiem 1948, kiedy to powstało państwo Izrael, w jednej z palestyńskich wiosek, której mieszkańcy pracują na roli. Są przywiązani do swojej ziemi, do swoich sadów i drzewek oliwnych. Życie toczy się w rytm przyrody. Ale już od jakiegoś czasu towarzyszy im niepokój. Co się stanie, kiedy powstanie żydowskie państwo? Niektórzy się boją, inni to lekceważą. Przecież chcemy tylko spokojnie żyć, miejsca starczy dla wszystkich. Przecież ci żydowscy żołnierze, których ugościliśmy w naszej wiosce, z którymi rozmawialiśmy, nie mogą nam nic zrobić. A jednak dochodzi do najgorszego. Mieszkańcy wioski, jak wielu innych, zostają siłą zmuszeni do jej opuszczenia, ograbieni z wszystkiego, co mieli, i pognani na teren ówczesnej Transjordanii do Dżeninu. Tam powstaje jeden z największych obozów dla palestyńskich uchodźców, który istnieje do dziś. Początkowo żyją w namiotach skazani na pomoc organizacji humanitarnych.

Baba wzywał nas do domu, do obozu, gdzie wszyscy razem żyliśmy w cieniu międzynarodowej dobroczynności.

Z czasem sklecą sobie nowe domki, które później wielokrotnie będą niszczone przez izraelskich żołnierzy. Długo wierzą, że to tylko na chwilę, że będą mogli wrócić do swoich wiosek i domów, jeśli nie zostały zrównane z ziemią. Najbardziej tęsknią za bliskim kontaktem z naturą, za pracą na roli, przecież żyją stłoczeni na niewielkiej przestrzeni, gdzie nie ma zieleni, nie mogą już doglądać zbiorów oliwek i owoców. Nadzieja odżywa w roku 1967 w czasie wojny arabsko-izraelskiej zwanej sześciodniową. Szybko okazuje się płonna. To w jej wyniku powstaje Strefa Gazy i zaczyna się okupacja Zachodniego Brzegu, zajęte zostają Wzgórza Golan i Wschodnia Jerozolima. Odtąd jest jeszcze gorzej.

Główną bohaterką powieści, a w wielu fragmentach narratorką, jest Amal, która przychodzi na świat w roku 1955 w Dżeninie. To jej historia wysuwa się na pierwszy plan, chociaż równie ważne są inne bohaterki i inni bohaterowie. Jej matka, w młodości nieokiełznana Beduinka Dalia, ukochany ojciec, Hasan, starszy brat, Jusuf, który urodził się jeszcze przed Nakbą. Bardzo ważną postacią jest także brat, który zaginął w czasie ucieczki. A to nie wszyscy,  wiele tu postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Bo to powieść pełnokrwista, wielowątkowa, z pogłębionymi portretami bohaterek i bohaterów. Ich losy splatają się ze sobą, rozchodzą, aby w jakimś momencie znowu się połączyć, choćby na chwilę. Amal wychowuje się w Dżeninie, ale potem dzięki splotowi szczególnych okoliczności, w dużej mierze tragicznych, spełnia marzenie swojego ojca i wyjeżdża uczyć się do Jerozolimy, a potem studiować w Stanach. Przejdzie przez okres wykorzenienia, rozpuszczenia swojej arabskiej tożsamości w zachodnim świecie. Nigdy jednak nie zapomni o tym, kim jest i najpierw wróci na Bliski Wschód do Libanu, gdzie w innym obozie dla uchodźców będą żyli jej bliscy, a  w końcu także do Dżeninu. 

Lecz choćbym nie wiem co sobie kupiła, nie wiem, jaką fasadę zbudowała, i tak na zawsze przynależałam do narodu palestyńskiego, wygnanego donikąd, pozbawionego człowieczeństwa i honoru.

Niczego tu nie zdradzam, bo od sceny w obozie w roku 2002 zaczyna się powieść. Historia jej i innych bohaterek oraz bohaterów jest bardzo burzliwa, nie sposób tu nawet w najdrobniejszej części jej opowiedzieć.

Zanim przejdę do tego, dlaczego ta powieść mimo zastrzeżeń zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie przeczołgała, wspomnę o jednym z problemów, który też wydaje się istotny, a który w obliczu historii politycznej może  umknąć. Bo jest to też powieść o macierzyństwie, o różnych jego obliczach. A przede wszystkim o macierzyństwie, które w wyniku tragedii zostaje złamane, a może lepszym określeniem byłoby słowo zamrożone. Matka, która kocha swoje dziecko, nie potrafi mu tego okazać, a ono czuje coraz większy żal, złość, samotność. 

Wzrok mamy zrobił się pusty, bez wyrazu, jej ciało skurczyło się, a oddech stał się chrapliwy. Moja rodzina właściwie przestała istnieć, a ja zbliżałam się do czternastych urodzin poznaczona szpetnymi ranami. Życie bywało nieprzewidywalne i kapryśne, nie można było mu ufać.

Dorastałam w świecie doraźnych marzeń i abstrakcyjnych narodowych tęsknot, wszystko wydawało mi się ulotne. Na nic nie można było liczyć i nic nie było pewne - ani rodzice, ani rodzeństwo, ani dom.

To jeszcze jedno oskarżenie, bo te tragedie są ściśle związane z polityką. Ale jest tu też matka, która ma siłę, aby wybrać inną drogę. Swojego bólu i smutku pozbywa się dzięki miłości do syna. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo musiałabym zbyt dużo zdradzić, a przecież akcja ma w tej powieści wielkie znaczenie, ale muszę zasygnalizować ten problem. Apatia w równym stopniu dotyka mężczyzn, którzy czują się bezsilni w obliczu tego, co się dzieje. Są też znacznie częściej niż kobiety upokarzani przez izraelskich żołnierzy, bici czy wsadzani do więzień. Dalia, matka Amal, ma takie powiedzenie: Cokolwiek czujesz, zachowaj to dla siebie. No ale ile można? Czy rozwiązaniem jest albo apatia, albo wybuch wściekłości?

Czytając "Poranki w Dżeninie", myślałam sobie, że jest to książka z gatunku takich, która w lekki, przystępny, ciekawy sposób opowiada o ważnych, tragicznych sprawach. Ot tak, aby pokazać problem, ale nie odstręczyć czytelniczki czy czytelnika, nie stawiać im wielkich barier. I w jakimś stopniu rzeczywiście to prawda, ale tylko w jakimś. Bo jest tu wiele scen wstrząsających, szczególnie tych, które rozgrywają się w obozach dla uchodźców w Dżeninie i w Libanie - w czasie wojny sześciodniowej, pierwszej wojny libańskiej w roku 1982 i w czasie jednej z palestyńskich intifad. I nie są to sceny  wymyślone. Autorka opowiadając o tych najbardziej dramatycznych momentach, posiłkuje się cytatami z prac historycznych, z prasy czy z innych dokumentów. Ta świadomość, że nie mamy do czynienia z fikcją literacką, robi największe wrażenie.

Jak już wspomniałam, miałam sporo wiadomości o współczesnym obliczu konfliktu, tymczasem niewiele o jego przeszłości. Oczywiście wiedziałam o Nakbie, przecież pisze o niej choćby przywołany przeze mnie Raja Shehadeh, ale o samym konflikcie zawsze myślałam, że to skomplikowane. Przyznam, że patrzyłam na jego źródła bardziej z perspektywy izraelskiej niż palestyńskiej. I podejrzewam, że mogłam być w większości. Bo nie tylko Izrael, ale również świat zachodni skutecznie nam taką perspektywę narzucił. 

Tydzień po masakrze w Sabrze i Szatili redakcja "Newsweeka" uznała, że najważniejszą wiadomością minionych siedmiu dni była śmierć księżnej Grace. W kolejnym tygodniu na okładce zaakcentowali inny temat: "Israel in Torment". "Męczarnie Izraela". To Izrael stał się ofiarą.

Jak żyć w świecie, który niezmiernie odwraca oczy od takiej niesprawiedliwości?

Do głębi poruszył mnie fakt, że w opuszczonym przez rodzinę Amal domu po jakimś czasie zamieszkują Żydzi, którzy przyjechali z Francji. Czym różnią się od Polaków, którzy wprowadzali się do pożydowskich mieszkań i domów? A jak do tego doszło, czytam właśnie we wspomnianej już książce żydowskiego historyka Ilana Pappe "Czystki etniczne w Palestynie". Niech zwiastunem jej omówienia będzie cytat z "Poranków w Dżeninie".

... Palestyńczycy płacili cenę za żydowski Holokaust.

Dużo do myślenia dał mi też wywiad z Karoliną Wójcicką, autorką niedawno wydanego zbioru reportaży "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy", w którym tłumaczyła między innymi, jak polityka historyczna Izraela, edukacja wpływają na to, że Izraelczycy są przekonani, iż w tym konflikcie są niewinnymi ofiarami i muszą się bronić, co usprawiedliwia przemoc.

Chociaż Susan Abulhawa pokazuje  palestyńską perspektywę na konflikt, to równocześnie opowiada o przyczynach  radykalizacji młodych Palestyńczyków, która doprowadza do aktów terroru i intifad. To zresztą żadne odkrycie.

Znakiem szczególnym uchodźców stało się dążenie do przetrwania, ale ceną, jaką za nie płacili, była utrata wrażliwości. W jej miejsce nauczyli się celebrować męczeństwo, bo jedynie ono dawało im wolność. Tylko gdy byli martwi, Izrael nie mógł już więcej ich ranić. Męczeństwo stało się radykalną formą oporu przeciw okupacji.

Ale ofiarami polityki Izraela stają się też młodzi żydowscy chłopcy wcielani do wojska. Pisał o tym w swoich książkach Paweł Smoleński.

Szkoda mi go. Smuci mnie ten chłopak, który musiał stać się mordercą. Żal mi młodości zdradzonej przez przywódców na rzecz ich symboli, flag, wojny i władzy.

I na koniec muszę jeszcze napisać, co mnie w tej powieści drażniło. Otóż jest to książka pełna egzaltacji. Sposób, w jaki autorka pisze, szczególnie o miłości, jest dla mnie niestrawny. Nie znoszę egzaltacji, a takim językiem o tym opowiada. Być może wynika to z tradycji opowieści arabskich, także tych oralnych. Może do takich tradycji nawiązuje. Podejrzenie, że tak właśnie jest, nasuwa mi narratorka, Amal, która mieszkając w Stanach, nie potrafi przyzwyczaić się do oszczędnego sposobu takiego codziennego komunikowania się. Wielokrotnie wspomina, jakie możliwości daje w takich sytuacjach język arabski, a przede wszystkim obyczaj i kultura. Nawet jeśli tak jest, to mnie  taki egzaltowany sposób opowiadania irytuje.

Tak czy inaczej uważam, że "Poranki w Dżeninie" to lektura bardzo ważna, a właściwie może nawet chętnie napisałabym, że obowiązkowa, gdybym nie wzdrygała się przed takim kategorycznym sformułowaniem.

W maju w tym samym wydawnictwie wyjdzie kolejna powieść Susan Abulhawy. Na pewno po nią sięgnę. Jestem bardzo ciekawa, na ile autorka będzie potrafiła wyjść dalej, a na ile powieli schemat "Poranków w Dżeninie".

Ludmiła Ulicka "Drabina Jakowa"

Kilkanaście lat temu przeczytałam powieść "Zielony namiot"

Ludmiły Ulickiej. Bardzo mi się ta książka podobała. Na półce od tamtej pory leży jej "Daniel Stein, tłumacz", po którego dotąd nie sięgnęłam, bo taki gruby, a ja przyzwyczaiłam się do wygody czytnika, ale kiedyś na pewno to zrobię. Dlatego bardzo ucieszyłam się, gdy nagle nastąpił wysyp książek Ludmiły Ulickiej. Wyszły trzy, w dwóch różnych wydawnictwach, wszystkie na szczęście w wersji elektronicznej. Oczywiście leżą już w moim ukochanym czytniku, a ja postanowiłam skorzystać z okresu świątecznego i sięgnąć po najgrubszą z nich, czyli "Drabinę Jakowa" (Wydawnictwo Literackie 2024; przełożyła Agnieszka Sowińska). Dodam jeszcze, że autorka mieszka na emigracji, już w 2014 roku protestowała przeciwko agresji na Ukrainę, odtąd w Rosji nie wolno wydawać jej książek, usunięto je też z bibliotek, a teraz pisarka czynnie wspiera armię ukraińską.

Wobec "Drabiny Jakowa" miałam wielkie oczekiwania, po pierwsze dlatego, że do dziś pamiętam "Zielony namiot", a po drugie ponieważ Justyna Sobolewska, którą cenię, dała tej powieści w "Polityce" maksymalną liczbę gwiazdek i wielokrotnie słyszałam, jak wyrażała swój zachwyt. I jak to w takich wypadkach bywa, jeśli poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko, łatwo o rozczarowanie. Rozczarowanie nie jest tu najlepszym słowem, bo przecież książka mi się podobała, może nawet bardzo, ale na pewno nie przyznałabym jej maksymalnej liczby gwiazdek, gdybym to robiła. Najwyższa ocena to przecież arcydzieło, a to powieść tylko/aż bardzo dobra. I nie pytajcie mnie, dlaczego nie podzielam entuzjazmu Justyny Sobolewskiej, bo przecież nie zamierzam "Drabiny Jakowa" krytykować, przeciwnie polecam ją gorąco, ale wytłumaczyć, z jakich powodów nie uważam jej za arcydzieło, nie potrafię. Po prostu brakuje jej tego czegoś. Ale do rzeczy.

"Drabina Jakowa" to historia żydowskiej zasymilowanej rodziny Osieckich, której akcja sięga do początków dwudziestego wieku, a kończy się w roku 2011. A więc saga rodzinna, a ja je uwielbiam. Wszystko zaczyna się w latach siedemdziesiątych, kiedy Nora, mieszkająca w Moskwie scenografka, dowiaduje się o śmierci swojej babci, Marusi. Kiedy razem z ojcem likwidują jej mieszkanie, a właściwie pokój w komunałce, znajdują wiklinowy kosz, w którym leżą listy pisane przez jej dziadka, tytułowego Jakowa, do żony. Jest też trochę korespondencji z synem. Natomiast listów od Marusi do męża leży w koszu zdecydowanie mniej. Początkowo Nora nie zainteresuje się znaleziskiem, sięgnie po nie dopiero w roku kończącym powieść, wtedy uda się też do odtajnionych archiwów, aby dokładniej zgłębić losy dziadka. I tak ta historia toczy się dwutorowo i ma dwoje głównych bohaterów. Jedną jest Nora, na kartach powieści poznajemy jej burzliwą historię od wczesnej młodości do wieku dojrzałego. Drugim bohaterem jest jej dziadek, Jakow Osiecki. Oczywiście jak to w sadze rodzinnej bywa, mamy też wiele postaci drugoplanowych.

Co zwróciło moją szczególną uwagę? Na pewno bogate, wieloznaczne portrety bohaterek i bohaterów. Nawet ci mniej istotni zarysowani są mocną kreską, o każdej i każdym czegoś się dowiadujemy. Druga sprawa to po prostu bardzo ciekawa opowieść - historia żydowskiej rodziny, historie miłosne, problemy rodzinne, jednym słowem życie, z wielu powodów burzliwe. 

Kolejna sprawa to teatr. Jak już wspomniałam, Nora jest scenografką, pracuje w teatrach, czasem nawet za granicą. Często współpracuje z gruzińskim reżyserem, starszym od niej Tengizem. Od kiedy zaczęli razem robić spektakle, zostali kochankami. Trudna to miłość. Kiedy przedstawienie jest gotowe, Tengiz wraca do siebie, do Tbilisi, do żony, dzieci, a później wnuków. Bywają okresy, kiedy mieszka u Nory przez kilka miesięcy, uczestniczy aktywnie w jej życiu, potem nie kontaktują się latami. Gdy wyjeżdża, ona bardzo tęskni i cierpi. Z czasem przyzwyczaja się do takiej relacji. Już samo to love story jest oczywiście bardzo ciekawe, ale wspominam o tym wątku nie z tego powodu. Kiedy Nora pracuje nad scenografią do przedstawienia, śledzimy proces  dochodzenia do koncepcji spektaklu, który rodzi się w dyskusji z reżyserem albo jest wynikiem jej samodzielnych przemyśleń podbudowanych licznymi lekturami. Dla mnie, miłośniczki teatru, te rozdziały były fascynujące - obserwowanie, jak rodzi się przedstawienie, zderzenie wystawianego tekstu z koncepcją scenografki i reżysera. 

Kolejny wątek, który zwrócił moją szczególną uwagę, to amerykańska historia Jurika, syna Nory. Dziś na pewno uznano by go za człowieka w jakimś spektrum, tę odmienność, neuroróżnorodność, jak się teraz mówi, odziedziczył po ojcu, naukowcu. Wielką fascynacją Jurika była muzyka. Nora w obawie przed wojskiem, do którego trafiłby jej syn, co na pewno skończyłoby się wysłaniem go do Afganistanu, robi wszystko, aby pojechał do swojego ojca do Stanów, tam skończył szkołę i został. Uratowała go przed wojną, ale nie mogła ustrzec przed używkami. Jurik, który w Nowym Jorku poczuł się jak w domu, którego wciągnął nowojorski undergroundowy muzyczny świat, sięgnął tam samego dna. To przejmująca historia człowieka, któremu trudno pomóc, bo on tego nie chce. Jak się skończy, czy zmagania Nory o uratowanie syna zakończą się szczęśliwie, zdradzić oczywiście nie mogę.

Ciekawa jest historia Marusi, babci Nory, żony Jakowa. Kobiety, którą życie zmusiło do porzucenia marzeń o teatrze. A może wyrzekła się ich sama w imię miłości? Dla Nory była wspaniałą babcią, źródłem inspiracji. A dla Jakowa? Marusia jest dowodem na to, ile sprzeczności mieści się w jednym człowieku, jak życie bywa niejednoznaczne, jak trudno kogoś oceniać. W liście do męża pisze:

Widzę się teraz taką, jak moja mama - zanurzoną w nudnej kobiecej codzienności, garnki, kołnierzyki, szycie i przeszywanie. Nienawidzę tego! Moja mama, nie wiesz o tym, pisała w młodości wiersze. Zachowała swój zeszycik, w którym zapisane są poetyckie strofy jako pomnik jej niezrealizowanego życia ...

Ale najbardziej przejmujący wątek to historia tytułowego Jakowa, dziadka Nory. Opowieść, jaką doskonale znamy, jeśli wiemy, jakim krajem był Związek Radziecki, szczególnie w czasach stalinowskich. Jakow został przemielony przez Historię. Akceptował rewolucję, ale i tak w pewnym momencie uznano go za wroga politycznego. Wiele lat spędzi na zesłaniach. Takie życie na odległość, z dala od żony i syna, będzie miało wpływ na ich związek. 

Surowy los zgotował mi wyjątkowo ciężką biografię. Cios za ciosem, bez chwili na oddech, lata tułaczki następowały po sobie. Mąż i żona powinni żyć razem, małżeństwo nie może się opierać na znaczkach pocztowych. I teraz dla wszystkich jest jasne, kto zniszczył moją rodzinę. I takich, jak my, widzę wokół siebie tysiące.

Czytając te listy, poznajemy jego poglądy i historię. 

Historia wielkiej miłości, historia poszukiwania sensów, twórcze podejście do życia i niewiarygodna żądza wiedzy, rozumienia rozwichrzonego i niesamowitego świata.

Mimo trudności Jakow zawsze próbuje odnaleźć się w sytuacji, w jakiej się znalazł, chce pracować, robić coś pożytecznego. Zachowuje optymizm, nie skarży się. Kocha muzykę. Kropką nad i jest ostatni rozdział, kiedy Nora sięga do archiwów, a my razem z nią poznajemy kulisy aresztowań i procesów, ich tragiczne konsekwencje. Jak ocenić postawę bliskich Jakowa? Czy mamy prawo? Ilu było takich Jakowów zniszczonych przez sowiecki i stalinowski system! 

Jakow już od dawna rozważał tę nieznośną myśl, że pochowany będzie tutaj, na kole podbiegunowym, w zbiorowym grobie, pod palikiem z numerem ... Taki przypadł los jego rodzinie, jego narodowi - w zbiorowej mogile w Kijowie, na Łukjanowce, leży młodszy brat, cztery kuzynki ... łącznie dwadzieścioro bliskich krewnych. A w Europie jeszcze wiele milionów, z którymi nie łączyło go pokrewieństwo. Diabeł był jeden, tylko wąsy o różnym kroju ...

Z posłowia autorki dowiadujemy się, że historia głównego bohatera została częściowo oparta na jej rodzinnych dokumentach. A więc Jakow miał swój pierwowzór.

Bardzo dobra powieść.

Popularne posty