Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amos Oz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amos Oz. Pokaż wszystkie posty

Amos Oz

Wczoraj umarł Amos Oz, mój ukochany pisarz. Ciężko pomyśleć, że już nigdy nie napisze nic nowego. A przecież ostatnia powieść, "Judasz", należała do najlepszych w jego literackim dorobku. Mógł więc jeszcze śmiało stworzyć kolejną poruszającą, ważną książkę. Nie dostał Nobla, co uważam za skandal. Podobnie jak, również już nieżyjący, mój drugi ukochany, Philip Roth. Różnica między nimi jest taka, że twórczość Amosa Oza znam niemal w całości, a Rotha odkryłam później i sukcesywnie poznaję, co jakiś czas czytając jego kolejną powieść. Ale wracam do Oza. Jeśli ktoś nie zetknął się dotąd z jego twórczością, to mu zazdroszczę, że tyle wspaniałych książek przed nim. Bo czytać go trzeba koniecznie. Chyba za każdym razem, kiedy o nim pisałam, apelowałam czytajcie Amosa Oza. Pisał o Izraelu, gdzie urodził się i mieszkał, i o rodzinie, nieszczęśliwej, bo jak kiedyś powiedział, nie ma szczęśliwych rodzin. Jego proza jest gęsta, ma swój gatunkowy ciężar, ale nie elitarna, nie hermetyczna. Nie eksperymentował z formą, zero postmodernizmu za to, jak często w literaturze izraelskiej, sporo w jego twórczości biblijnych odniesień, aluzji i tropów. A teraz subiektywny top sześć (tak mi wyszło) najważniejszych książek Amosa Oza. Wskazówka dla tych, którzy go nie czytali, a chcieliby ten skandaliczny brak nadrobić.

Ex aequo "Opowieść o miłości i mroku" (jeden z pierwszych wpisów na blogu) i "Judasz". Zacząć należy od tej pierwszej, żeby wiedzieć, skąd wziął się Amos Oz, gdzie ma źródło jego twórczość. To niesamowita historia przodków pisarza, którzy jeszcze przed wojną wyjechali do Palestyny, historia jego rodziców, jego dzieciństwa i młodości. W tle Jerozolima, Palestyna, a potem świeżo powstały Izrael. Smutne, poruszające, fascynujące, piękne. "Judasz", ostatnia powieść. Bardzo klimatyczna, melancholijna, też smutna, znowu z Jerozolimą w tle. O nieszczęśliwej miłości studenta do dojrzałej kobiety i intelektualna dyskusja o konflikcie izraelsko-palestyńskim. To ostatnie brzmi być może mało zachęcająco, ale takie nie jest, bo Amos Oz jest mistrzem.

Na trzecim miejscu stawiam "Fimę". Powieść, o której rzadziej się wspomina, dlatego bardzo się zdziwiłam i ucieszyłam, kiedy znalazłam ją na drugim miejscu w zestawieniu, jakie zrobił Michał Nogaś. Rzecz o nieszczęśliwym, wiodącym samotne życie dojrzałym mężczyźnie, marzycielu, wiecznym chłopcu, o jego relacjach z przyjaciółmi. I znowu Jerozolima w tle.

Potem dwa zbiory opowiadań. "Sceny z życia wiejskiego" i "Wśród swoich". To dziwne, bo nie jestem miłośniczką tej formy literackiej, raczej od niej stronię. Ale te opowiadania są genialne. Tym razem za tło mają niewielką galilejską wioskę (pierwszy zbiór) i kibuc (drugi). Bardzo smutne, poruszające. Jest w nich coś nieuchwytnego, metafizycznego. Udało się Amosowi Ozowi uchwycić w nich cały ból istnienia, nieznośny ciężar bytu.

"Mój Michael". Od tej powieści zaczęła się moja przygoda z twórczością pisarza. Czytałam ją kilkanaście lat temu (dlatego nie ma o niej notki na moim blogu), powinnam przeczytać ponownie. O kobiecie przechodzącej kryzys, osobisty i małżeński.

To nie oznacza, że nie polecam innych jego książek. Wszystkie są warte lektury. Wyróżniłabym jeszcze "Poznać kobietę" (też z epoki przedblogowej). Jakoś we mnie utkwiła, chociaż dziś już nie umiem odtworzyć dlaczego. Nie znam kilku starszych zbiorów opowiadań, esejów i książki reporterskiej. Szczególnie opowiadania chciałabym przeczytać. A z półki zdjęłam powieść "Dotknij wiatru, dotknij wody", której dotąd nie przeczytałam. I to będzie moja najbliższa lektura. A co z innymi, których tyle czeka w czeluściach czytnika? Kiedy doczekają swojego czasu? Ratunku!!!

PS. Kto chce dokładniejszych informacji i więcej refleksji o książkach Amosa Oza, może wpisać w wyszukiwarkę na moim blogu imię i nazwisko pisarza.

"Opowieść o miłości i mroku" (film)

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że Natalie Portman nakręciła film według książki Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku", najpierw pomyślałam sobie, że to szaleństwo. Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Amosa Oza, wielbicielka "Opowieści o miłości i mroku" wiedziałam, że nie da się przenieść na ekran tej bogatej w liczne wątki historii dzieciństwa i młodości pisarza, jego przodków i Izraela. Chwilę później wzruszyłam pogardliwie ramionami - rzecz tym bardziej nie może się udać, skoro za scenariusz i reżyserię zabiera się właściwie debiutantka, w dodatku amerykańska gwiazda, Natalie Portman. Najpierw byłam pewna, że nie mam ochoty patrzeć, jak na ekranie mordują uwielbianą przeze mnie książkę, bardzo dla mnie ważną. Potem, kiedy zorientowałam się, że raczej dobrze się o filmie mówi (na przykład pięć gwiazdek w tygodniku Polityka), postanowiłam jednak sprawdzić. No i teraz muszę z pokorą przyznać, że się myliłam. Naprawdę byłam zaskoczona, że to, co zobaczyłam na ekranie, aż tak mi się podobało. Film mnie poruszył, zagarnął, wciągnął w swój świat.

Przede wszystkim Natalie Portman oparła scenariusz właściwie na jednym wątku. Z niezwykle bogatej książki Amosa Oza wybrała, można powiedzieć, że wydestylowała, opowieść o rodzinie, skupiając się na relacji syna i matki. Tłem jest burzliwy czas, kiedy powstawał Izrael. Dzięki temu dostajemy dość klarowną historię wykształconej, wrażliwej, obdarzonej wyobraźnią kobiety. Urodzona i wychowana w Równem od dziecka karmiona była mitem ziemi obiecanej, Erec Izrael, a kiedy wreszcie się tam znalazła, musiała skonfrontować się z rzeczywistością daleką od ideału. Jej kruchość i wrażliwość sprawiają, że coraz gorzej sobie radzi. Trudne warunki komplikuje jeszcze wojna, która wybucha po proklamowaniu wymarzonego państwa. Jej konsekwencją, co oczywiste, są zagrożenie, śmierć, strach, destabilizacja ułożonego już jakoś życia. Na świat i rodzinną tragedię patrzymy oczami jej syna, małego Amosa. Dziecka, które nie do końca rozumie, dlaczego matka zamyka się w sobie, oddala się, milczy i cierpi. Trudno mi oczywiście powiedzieć, na ile te wszystkie problemy są czytelne dla kogoś, kto książki nie zna. Na ile czytelny jest bunt kilkunastoletniego chłopaka, który w kilka lat po śmierci matki zmienia nazwisko, opuszcza ojca intelektualistę i wstępuje do kibucu, aby stać się takim krzepkim chłopakiem budującym nowe państwo, wcielającym w życie lewicowe ideały. Mnie historia wydała się dość jasna i klarowna, ale może właśnie dlatego, że znam kontekst. Oczywiście wiadomo, że przepaść musiały bogactwo i złożoność książki - liczne anegdoty, rodzinne historie, liryczne fragmenty. Ich klimat oddaje kilka onirycznych scen, które budują atmosferę filmu. Mnie może najbardziej brakuje wątku dziadków Amosa Oza. Kiedy czytałam ich historię, zrozumiałam, jaką nieprawdopodobną zmianą, nie dla każdego na lepsze, była decyzja o wyjeździe do Palestyny. Tam wszystko trzeba było zaczynać od nowa w zupełnie innej, egzotycznej rzeczywistości. Najczęściej łączyło się to z zawodową i materialną degradacją. Nie każdy mógł być profesorem jak w Europie. W końcu ilu profesorów potrzeba na jedynym uniwersytecie? Dlatego najlepiej traktować ten film jako samoistny byt.

Wielkim atutem są zdjęcia Sławomira Idziaka. Niby kolorowe, ale tak bardzo stonowane, że robią wrażenie czarno-białych. Dzięki nim i dbałości o plenery, wnętrza, kostiumy, rekwizyty całość przypomina stare fotografie. Jest tak, jakbyśmy oglądali rodzinny album. To wrażenie potęguje fakt, że film to właściwie wspomnienie starego już Amosa Oza, który kilkukrotnie pojawia się na ekranie (chyba jednak nie jest to sam pisarz). No i chłopiec grający głównego bohatera od początku przyciąga uwagę. Magnetyzuje swoim smutnym spojrzeniem.

Wiem, że głosy są różne. Także krytyczne. Ja jednak będę broniła tego smutnego, melancholijnego, depresyjnego filmu. Wbrew moim początkowym obawom okazał się udany. Ale oczywiście potem należy koniecznie przeczytać autobiograficzną powieść Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku", pamiętając o tym, że jest to coś znacznie bardziej złożonego niż historia nieszczęśliwej, zawiedzionej kobiety nieradzącej sobie z życiem. A kto nie znał dotąd twórczości tego wybitnego izraelskiego pisarza, powinien sięgnąć po inne jego książki. Zapewniam, że warto, czemu wielokrotnie w moich zapiskach dawałam wyraz. A notka o "Opowieści o miłości i mroku" jest jedną z pierwszych, jakie tu zamieściłam.

Amos Oz "Judasz"

Najnowsza powieść, "Judasz" (Rebis 2015; przełożył Leszek Kwiatkowski), mojego ukochanego Amosa Oza jak zwykle nie zawodzi. Umieszczam ją w ścisłej czołówce ulubionych książek izraelskiego pisarza. To ten rodzaj prozy, z którą trudno się rozstać. Chciałoby się, żeby trwała, trwała i trwała. No ale życie to wędrówka od rozstania do rozstania (o tym też jest "Judasz"), wszystko ma swój kres, nawet najgrubsza lektura, a ta jest przeciętnej długości. Na szczęście do książki zawsze można wrócić.

"Judasz" jest powieścią wielowarstwową i jestem pewna, że nawet czytelnik niezbyt zorientowany w sprawach izraelsko-palestyńskich, których w dużej mierze dotyczy, znajdzie w niej sporo dla siebie. Choćby magiczna, trochę baśniowa, trochę mroczna atmosfera silnie zaznaczona już od pierwszych stron. Główny bohater, student Szmuel Asz, odpowiada na ofertę pracy i pewnego grudniowego dnia 1959 roku, o zmierzchu przekracza bramę starego, kamiennego domu na końcu jednego z jerozolimskich zaułków. Dalej jest już tylko wadi, dolina. Właśnie przestało padać, wszystko lśni od deszczu. W tym domu spędzi zimę, zabawiając rozmowami starego człowieka, Gerszoma Walda. Dostanie pokój na facjacie, podpisze zobowiązanie, że nikomu nie zdradzi, gdzie i jak pracuje. Mieszka tam jeszcze jedna osoba, tajemnicza i niedostępna Atalia Abrabanel. To ona tu rządzi. Kim jest?

Zaczyna się jak w baśni, jak w powieściach dla dzieci. Tajemniczy dom, tajemniczy ogród, tajemnicza uliczka, tajemnicze miasto. Szmuel w wolnym czasie włóczy się samotnie po Jerozolimie, często nocami. Opisy pustego miasta, boleśnie podzielonego linią zasieków i min na dwie części, izraelską i jordańską,  potęgują jeszcze baśniową, z czasem coraz mroczniejszą atmosferę. I nie jest to mrok, którego źródłem są jakieś zagrożenia czyhające na mieszkańców kamiennego domu. To smutek przypisany życiu. Smutek rozstań, utraty, tęsknoty, rozczarowań, samotności, cierpienia. A jeśli ktoś się łudzi, że można znaleźć na wszystkie smutki świata jakieś panaceum, jest w błędzie. Ale nie ma pocieszenia na świecie to zdanie najlepiej oddaje głęboki pesymizm tej książki. I doprawdy nie sposób się z nim nie zgodzić, kiedy rozejrzy się dookoła. A pisałam te słowa, kiedy tysiące uciekinierów kołaczą do bram Europy, kiedy w Chinach zaczyna się kryzys gospodarczy, który nic dobrego światu nie przyniesie, kiedy trwają wojny, kiedy ukraiński reżyser Oleh Sencow został w Rosji skazany na dwadzieścia lat łagru, a jakby tego było jeszcze mało, to Polskę pustoszy susza. A przecież to zaledwie ułamek cierpień i nieszczęść. Być może, czytelniku tej notki, wzruszysz ramionami. To banały, pomyślisz. Co z tego, kiedy prawdziwe. A Amos Oz potrafi o nich pisać subtelnie, delikatnie, ale jednocześnie dojmująco, i budzi w czytelniku jakieś ukryte struny, niepokoje. Tak było w dwóch tomach jego opowiadań "Sceny z życia wiejskiego" i "Wśród swoich". Już o tym kiedyś wspominałam, żadna moja pisanina głębi jego prozy nie odda, po prostu Amosa Oza trzeba czytać i tyle.

Kolejna warstwa powieści, która na pewno będzie atrakcyjna dla czytelnika, to splecione ze sobą dwa literackie motywy - poszukiwanie drogi życiowej i fatalna fascynacja dojrzałą, starszą kobietą. Piękną, tajemniczą, zamkniętą w sobie, niedostępną. Szmuel znalazł się na rozstajach. Porzuciła go dziewczyna, firma rodziców zbankrutowała, z powodu różnicy poglądów rozpadło się  studenckie Koło Odnowy Socjalistycznej, praca magisterska na temat Jezus w oczach Żydów stanęła w miejscu. Rozmowy prowadzone z Gerszomem Waldem sprawiają, że nabiera coraz więcej wątpliwości. Świat staje się jeszcze bardziej skomplikowany. Chwieją się jego przekonania. I te młodzieńcze, idealistyczne o rewolucji, która zbawi świat, i te bardziej pragmatyczne, dotyczące powstania państwa Izrael i konfliktu arabsko-żydowskiego. Zima spędzona w kamiennym domu miała dać mu czas na uporządkowanie swoich spraw. Tymczasem jest chyba jeszcze bardziej zagubiony. Nadal pyta czego szukamy? dokąd iść? co robić? Pytania, jakie stawiamy sobie nie tylko na początku drogi.

Kolejna warstwa powieści, myślę, że dla Amosa Oza najważniejsza, to cały zestaw pytań, wątpliwości, idei krążących wokół problemu arabsko-żydowskiego. Być może po to "Judasz" powstał. Akcja toczy się w roku 1959 i bohaterowie z tej perspektywy oceniają wszystko to, co się zdarzyło od czasu, kiedy w głowach Żydów przybywających do Palestyny powstało marzenie o własnym państwie. Ale nie sposób zauważyć, że dyskusje toczone w kamiennym domu pełne są proroczych przepowiedni, które się sprawdziły. Amos Oz pytany o perspektywy konfliktu palestyńsko-izraelskiego wypowiadał się z nadzieją. Wierzył, że w dłuższej perspektywie na pewno zostanie zażegnany. Ta powieść, przynajmniej tak ja ją odbieram, jest chyba dowodem na to, że i w nim wiara w rozwiązanie konfliktu  wyczerpała się. Gerszom Wald i Atalia z goryczą mówią o tym, jaką spiralę nienawiści przyniosło najpierw osadnictwo żydowskie w Palestynie, potem walka o państwo, a wreszcie jego utworzenie. Jaki był sens śmierci tych, którzy zginęli w walce o niepodległość, skoro efektem powstania Izraela są kolejne wojny, śmierci, cierpienie, nienawiść? Czy mogło być inaczej? Czy Arabowie musieli nienawidzić Żydów a Żydzi Arabów? Czy Arabowie musieli uciekać, kiedy Izrael powstał? Czy szlachetna idea dwóch narodów w jednym państwie może się ziścić? Na te pytania padają pesymistyczne odpowiedzi. Jest w tym zapętleniu jakiś fatalizm losu.

No i jeszcze jedna warstwa powieści, bardzo ciekawa, religijna. To rozważania Szmuela dotyczące tematu jego przerwanej pracy magisterskiej o stosunku Żydów do Jezusa. Stają się one inspiracją dla rozmyślań o samym Jezusie i przede wszystkim o Judaszu. Szmuel tworzy własną wizję tej postaci, własną ewangelię według Judasza. Jaką, pisać nie będę, bo czas kończyć. Niech to będzie jeszcze jedna przynęta, którą zarzucę na ciebie, czytelniku tej notki. Przeczytaj, dowiesz się. A ja muszę jeszcze wspomnieć, że równie istotne są dywagacje na temat zdrady. Kim jest zdrajca? Jak łatwo rzucamy na kogoś to oskarżenie, często tylko dlatego, że odważył się myśleć pod prąd, wbrew innym. Co jest ceną tak rozumianej zdrady? Infamia i samotność.

Na koniec muszę też wspomnieć o wnikliwych, intrygujących portretach bohaterów, dzięki którym powieść żyje, a nie zamienia się tylko w dyskurs na tematy religijne, światopoglądowe i polityczne.

Czy to mało? A przecież "Judasz" jest znacznie bogatszy, niż udało mi się przekazać w tej długiej-niedługiej notce. Pozostaje mi wobec tego zaapelować ponownie (już kiedyś to robiłam) - czytajcie Amosa Oza!!!

Amos Oz "Wśród swoich"

Stary, dobry Amos Oz. Znowu po niego sięgnęłam. Tym razem po najnowszy zbiór opowiadań "Wśród swoich" (Rebis 2013; przełożył Leszek Kwiatkowski) zbierający bardzo dobre recenzje. Zresztą w wypadku Oza za nic mam głosy krytyków, po prostu ich nie słucham, jako że kocham go wielką czytelniczą miłością. A opowiadań byłam ciekawa tym bardziej, że poprzedni zbiór, "Sceny z życia wiejskiego", po prostu mnie zachwycił. Doskonale pamiętam, że wysmażyłam tu pean na jego cześć pisany niemal w natchnieniu, świadectwo ekstazy jakiejś ogromnej. Trochę ironizuję, ale nie jestem daleka od prawdy. Wtedy miałam wrażenie, że obcuję z literaturą delikatną, lekką jak puch, melancholijną, a nawet smutną, dotykającą tajemnicy ludzkiej egzystencji w sposób niezwykły. Co tu dużo mówić, po prostu wielką. "Wśród swoich" to powrót do tamtego pomysłu, tonu, nastroju. Podobna konstrukcja, podobny temat, tylko miejsce akcji inne. I jeszcze jedna różnica: to proza całkowicie realistyczna. W tamtym tomie pojawiły się dwa (a może nawet trzy) opowiadania nie do końca spełniające kryteria realizmu. Podobnie jak "W scenach z życia wiejskiego" dostajemy tu zbiór opowieści, których akcja rozgrywa się w jednym miejscu. Niby każda stanowi odrębną całość, każda jest historią kogoś innego, ale w kolejnych rozdziałach ci, którzy byli na pierwszym planie w jednym z poprzednich opowiadań, wracają gdzieś w tle albo wręcz partnerują komuś innemu. Każda historia znajduje też jakieś domknięcie w jednym z następnych rozdziałów. W kilku zdaniach, gdzieś mimochodem, narrator, mieszkaniec kibucu Jikhat, w którym toczy się akcja, informuje o tym, co się wydarzyło. Tak jakby plotkował, opowiadał komuś o swoich sąsiadach. 

Amos Oz wraca w swojej ostatniej książce ponownie do tematyki kibucowej, jak w dwóch powieściach sprzed lat: "Spokój doskonały" i "Może gdzie indziej". Akcję umieścił w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy ruch kibucowy wciąż jeszcze był wierny swoim ideałom. Sam mniej więcej w tamtych latach, po śmierci matki i konflikcie z ojcem, zamieszkał w kibucu i żył w nim długi czas. Miejsce nie jest tu bez znaczenia. Dlaczego? Bo w kibucu żyje się kolektywnie, we wspólnocie, bardzo blisko innych członków społeczności. Dom przy domu, ściana przy ścianie. Nawet posiłki jada się wspólnie w stołówce. Wspólne są też rozrywki, wspólnie rozwiązuje się problemy, często te najintymniejsze, jeśli tylko wyjdą na światło dzienne, a zazwyczaj wychodzą, bo przecież tu każdy o każdym wszystko wie. Wydawałoby się, że w takiej wspólnocie nikt nie może czuć się samotny. Okazuje się jednak, że samotność potrafi zagnieździć się wszędzie. Nawet tutaj. Podobnie jak nieszczęśliwa miłość, zawiedzione uczucie, zdrada. To bardzo smutne opowiadania. Nie ma tu może antycznych tragedii, jest taki zwykły, codzienny smutek i codzienne nieszczęście. Da się z tym żyć, ale ciężar samotności i niezrozumienia uwiera. Ból istnienia w najczystszej postaci. Jest samotna kobieta i samotny mężczyzna, coś ich do siebie przyciąga, ale nie potrafią przekroczyć niewidzialnej bariery. Jest mąż, który odszedł do innej. Jest ojciec niepotrafiący się pogodzić z tym, że jego osiemnastoletnia córka zamieszkała ze swoim nauczycielem, który zmienia kobiety jak rękawiczki. Jest młody chłopak umieszczony w kibucu przez opiekę społeczną, który pragnie stać się jednym z nich, ale bezskutecznie. Jest mały, nieszczęśliwy chłopczyk dręczony przez dzieci z dziecińca. Tak bardzo pragnie ciepła rodziców. Jest jego ojciec, który ze wszystkich sił chce ochronić swojego synka. Jest mądra, samodzielna, silna kobieta, która ucieka od męża. I samotny mężczyzna niemający odwagi albo refleksu, aby sięgnąć po swoją szansę. I chłopak, który pragnie się stamtąd wyrwać, ale nie ma sił, aby zostawić najbliższych. I wreszcie stary, chory, samotny mężczyzna, który za wszelką cenę chce się czuć potrzebny. Takie to historie, zwyczajne, jak w życiu, jak wszędzie wokół nas. Czasem rozgrywają się na widoku, czasem w zakamarkach duszy. Jedno je łączy: cierpienia nie sposób dzielić z kimś innym. Nikt, nawet gdyby najbardziej chciał, nie jest w stanie wziąć go na siebie. Tym nie można się podzielić.

Tak jak w "Scenach z życia wiejskiego" to, co najważniejsze, rozgrywa się gdzieś pomiędzy słowami. I tylko czasem narrator rzuca czytelnikowi, a może słuchaczowi?, jakieś zdanie, które trafia w sedno. Że miłość to plaga, bo trudno się przed nią obronić, a zwykle prowadzi do nieszczęścia. Że jest na nią większy popyt niż podaż. Że kibuc wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nic nie poradzi na samotność. Cóż, jak się okazuje, żadna wspólnota przed nią nie ochroni.

Amos Oz jak zwykle nie zawodzi. Najnowszy tom jego opowiadań to książka bardzo prawdziwa, bardzo smutna i bardzo piękna. Przyznam jednak, z lekką nutką żalu, że nie udało mi się przeżyć ponownie takiego czytelniczego olśnienia, jakie towarzyszyło mi w czasie lektury " Scen z życia wiejskiego". Czy tamte opowiadania były po prostu jeszcze lepsze? Czy może teraz czas mniej sprzyjał skupieniu? Może jedno i drugie? Tak czy owak Amos Oz jest zawsze wart lektury. Jak zwykle, kiedy o nim piszę (który to już raz?), gorąco namawiam do spotkania z jego książkami. Wszystkimi, nie tylko tą ostatnią.

PS. Trwa sezon noblowski. Wkrótce poznamy laureata w dziedzinie literatury. Od dawna uważam za skandal, że dotąd ani Amos Oz, ani mój drugi ukochany pisarz, Philip Roth, nagrody nie dostali. Czy tym razem też tak będzie?

Amos Oz "Sceny z życia wiejskiego"

Kiedy sięgam po kolejną książkę (moje rozważania dotyczą beletrystyki), marzę o tym, aby mnie porwała, poruszyła do szpiku, przewierciła, sponiewierała i co tam jeszcze. Nie lubię lektur letnich, a ostatnio na kilka takich trafiłam. I wreszcie jest! Spełnienie! Książka o magnetycznej mocy przyciągania. No cóż, mój od kilku lat ukochany Amos Oz okazał się jak zwykle niezawodny. I pomyśleć, że "Sceny z życia wiejskiego" (Rebis 2010; przełożył Leszek Kwiatkowski) dwa lata leżały na mojej półce lektur oczekujących na swoją kolej. Chyba między innymi dlatego, że to zbiór opowiadań, a ja, o czym tu kilkakrotnie wspominałam, jestem miłośniczką cegieł. Czasem jednak warto złamać swoje czytelnicze nawyki. Tym bardziej, że te  opowiadania stanowią pewną całość. Ich akcja umieszczona została w sielankowej izraelskiej (fikcyjnej) wsi Tel Ilan, gdzieś wśród zielonych wzgórz (wbrew temu co może się wydawać, są takie rejony w Izraelu). Kilkakrotnie na kartach książki porównuje się to miejsce do Toskanii czy Prowansji. Winorośle, oliwkowe drzewka, dużo zieleni i kwiatów, stare, kamienne domki, wiele nowych, eleganckich willi, park, dom kultury, szkoła, biblioteka, zamożni mieszkańcy (wielu z nich przeniosło się tu z większych miast, w których pracują). W czasie weekendów wioskę odwiedzają turyści, przyjeżdżają też ci, którzy  mają tu swoje drugie domy. Pewnie dlatego powstały galerie, małe knajpki, sklepy z miejscowymi wyrobami. Ale to  niczego Tel Ilan nie ujmuje.

Jakby na przekór temu akcja toczy się w ciszy i spokoju, więcej: w martwocie wieczornej pustki, letniego skwaru, południowej sjesty czy zimowego wieczoru, kiedy za oknem wieje i leje. Bohaterami tych opowiadań są mieszkańcy wioski, każdego ktoś inny, ale większość z nich przewija się w kolejnych rozdziałach. Jedni przemierzają uliczki w pustce wieczoru lub piątkowego popołudnia, kiedy zaczyna się szabat i życie zamiera. Jak lekarka Gili Sztajner, która czeka na swojego siostrzeńca. Jak burmistrz Beni Awni szukający swojej żony, która zostawiła mu nieoczekiwaną wiadomość: "Nie martw się o mnie". Inni spędzają wieczory w swoich domach. Samotnie jak młoda wdowa Ada Dwasz, urzędniczka pocztowa i bibliotekarka, w której zakochał się beznadziejną miłością siedemnastoletni Kobi Ezra. W towarzystwie starego ojca i arabskiego studenta jak nauczycielka Rachel Franko, też wdowa. W gronie przyjaciół jak małżeństwo Dalii i Awrahama Lewinów, które w tragicznych okolicznościach straciło jedynego syna, a teraz każde z małżonków w różny sposób zmaga się z cierpieniem i poczuciem winy. Nie wymieniłam wszystkich. Jest jeszcze Arie Celnik, emerytowany żołnierz, który porzucił życie w Hajfie i wrócił do starej matki. Jest agent nieruchomości, jest dziewczyna, która oprowadza go po rodzinnym domu, który być może zostanie wystawiony na sprzedaż.

To opowieści o zwyczajnych, przeciętnych ludziach, ani biednych, ani specjalnie bogatych. A jednak każdy z nich jest niezwykły niezwykłością tego, co przeżywa. Niezwykłością odczuwania smutku, samotności, tęsknoty, melancholii, niespełnienia, rozczarowania, cierpienia albo życia po swojemu, na przekór innym. Nikt tu nie wywleka swoich niepokojów, tęsknot i uczuć. Nikt ich nie nazywa. Po prostu dzieje się, gryzie, w ciszy wieczoru lub leniwego popołudnia. Bywa, że nawet obecność śpiewających przyjaciół nie chroni przed rozpaczą, chociaż nikt z obecnych tego nie dostrzega. Teraz myślę, że to książka o tym, że każdy z nas w swoim większym czy mniejszym cierpieniu skazany jest na samotność. Nie ma sensu wywlekanie na wierzch naszej melancholii, krzyczenie o niej światu, bo i tak na końcu musimy zmierzyć się z nią sami.

Mistrzostwo tych opowiadań polega na tym, że nic tu nie jest nazwane wprost, wszystko dzieje się gdzieś między słowami. Mimo to dotykają, przejmują. Jakbym o tym nie pisała, nie oddam istoty rzeczy, bo tak jest ulotna. A udało się to autorowi osiągnąć, bo zbudował niezwykły klimat. Wśród urokliwych opisów otoczenia, wśród celnej charakterystyki postaci, wśród zwyczajnych zdarzeń nagle dzieje się coś nieoczywistego. Jak to rozumieć? Czy to przywidzenia? Sny? Wyobrażenia? Jak  tłumaczyć na przykład nocne stukania, które słyszą po kolei mieszkańcy jednego z domów? Czy to rojenia starego człowieka? Ale potem słyszy je też arabski student, a wreszcie Rachel. Szybko jednak przekonujemy się, że życie toczy się jak zawsze. Zagadki nigdy nie zostaną rozwiązane. Czytelnik nie dowie, co, i czy w ogóle coś, stuka. Ale i tak wie więcej niż sąsiedzi, którzy o nocnych hałasach nie mają pojęcia. To tylko przykład, takich nieoczywistości jest tu kilka. Mimo to upierałabym się przy tym, że są to opowieści realistyczne.

Całość wieńczy króciutkie opowiadanie o zupełnie odmiennym charakterze. Dzieje się w innym miejscu i czasie. Jest zaskoczeniem, tajemnicą i zagadką. Każe zastanawiać nad jego celem i sensem. A ponieważ stanowi swoistą puentę książki, zmusza do ponownego przemyślenia całości. Jak je rozumieć w kontekście siedmiu wcześniejszych? Wnioski niekoniecznie są łatwe, a już na pewno niejednoznaczne. Aż prosi się o konfrontację własnych przemyśleń z cudzymi. No ale skąd wziąć kogoś, kto akurat teraz przeczytał tę samą książkę?

"Sceny z życia wiejskiego" mimo atrakcyjnego anturażu wcale nie są lekturą pogodną. Ale naprawdę warto po nią sięgnąć, właściwie powinnam napisać, że koniecznie trzeba. Tak jak i po inne książki Amosa Oza, jednego z moich ukochanych autorów, który tym zbiorem opowiadań po raz kolejny udowodnił, że  zachwytu jego twórczością nie wzięłam się z powietrza. Pisałam tu chyba o trzech książkach tego izraelskiego pisarza, inne czytałam jeszcze w epoce przedblogowej. Chce mi się głośno krzyczeć: CZYTAJCIE AMOSA OZA! (Tylko nie zaczynajcie lektury od "Czarnej skrzynki", bo to moim zdaniem najsłabsza z jego książek, które znam, co nie znaczy oczywiście, że zła. Po prostu jest może najmniej charakterystyczna dla pisarza.) Kiedy porównuję twórczość Oza z twórczością mojego drugiego ulubieńca, Orhana Pamuka, już wiem, że wolę tego pierwszego. A to przecież Pamuk dostał Nobla, a Oz jest wiecznym kandydatem do nagrody. Tyle na dziś.

Popularne posty