Jest mało prawdopodobne, abym sięgnęła po "Rzeczy" Georgesa
Pereca (Wydawnictwo Lokator 2014; przełożyła Anna Tatarkiewicz), gdyby nie głośna powieść Vincenzo Latronico "Do perfekcji", którą niedawno przeczytałam. Kto ją poznał, ten wie, jaki związek zachodzi pomiędzy tymi dwiema książkami. Otóż Vincenzo Latronico wzorował się na "Rzeczach", napisał ich współczesną wersję, co otwarcie komunikuje. Dlatego, z pewnymi oporami, postanowiłam jednak zapoznać się z pierwowzorem. Napisałam, że z pewnymi oporami, bo o Georgesie Perecu oczywiście słyszałam, a nawet widziałam spektakl na podstawie jego książki "Życie instrukcja obsługi", i jakoś nie wydawało mi się, aby był to pisarz dla mnie. Cóż, nie przepadam za prozą eksperymentalną, a do takiej szufladki jego twórczość trafiła.Chociaż powieść Vincenzo Latronico nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia, czego dowodem jest moje literackie podsumowanie roku, gdzie jej nie umieściłam, to jednak kierowana ciekawością i impulsem wypożyczyłam sobie "Rzeczy" z biblioteki. A ponieważ nikt nie czekał na nie w kolejce, zwlekałam z rozpoczęciem lektury, bo inne tytuły przyzywały mnie zdecydowanie silniej. Teraz muszę jednak przyznać, że powieść przeczytałam ze sporym zainteresowaniem i może kiedyś (kiedy? kiedy?) spróbuję się zmierzyć z jakąś inną książką Georgesa Pereca. Od razu też napiszę, że pierwowzór, chociaż to debiut, jest zdecydowanie lepszy i głębszy. Cóż, od razu czuć, że ma się do czynienia z literacką klasą.
Lata sześćdziesiąte zeszłego wieku. Sylvie i Jerôme, para dwudziestokilkulatków, mieszkają w Paryżu w skromnym mieszkanku. Przerwali studia psychologiczne, gdyż podjęcie pracy ankieterów, albo inaczej psychosocjologów, co brzmi bardziej prestiżowo, o którą stosunkowo łatwo, wydało im się bardziej atrakcyjne, bo miało przybliżyć ich do celu - osiągnięcia statusu społecznego, wspięcia się na wyższy poziom drabiny społecznej. Szybko jednak okaże się, że to pułapka, z której nie będą umieli znaleźć wyjścia. Z jednej strony dzięki takiej pracy mogą żyć dość swobodnie, nie zamykać się w kieracie pełnoetatowej harówki.
Tak żyli oboje oraz ich przyjaciele w swych mieszkaniach ciasnych i sympatycznych, ze swymi sprawami i filmami, składkowymi przyjęciami, wielkimi projektami. Nie byli nieszczęśliwi. Pewne uroki ich życia, ulotne, pierzchliwe, opromieniały ich dni.
Z drugiej jednak strony pieniądze, jakie zarabiają, nie przybliżają ich do takiej pozycji materialnej, o jakiej marzą. Utknęli w małym paryskim mieszkanku i nic nie zapowiada, aby mogli się z niego wyrwać.
Byli "nowymi ludźmi", młodą nieopierzoną jeszcze kadrą w pół drogi do sukcesu. Wszyscy prawie wywodzili się z małomieszczaństwa i uważali, że stare wartości już im nie wystarczają, pożądliwie, zachłannie spoglądali ku oczywistemu komfortowi, zbytkowi, ku doskonałości wielkiej burżuazji. Nie mieli przeszłości,, nie mieli tradycji. Nie oczekiwali spadku.
Cóż, chcieliby mieć ciastko i zjeść ciastko - mieć wolność i pieniądze.
... nie zaharowując się, mieli życie - tak czy owak, lepiej czy gorzej - zabezpieczone. Ale nie było to nic trwałego.
"Mój Boże - często myśleli sobie, a czasami mówili Jerôme i Sylvie - kto nie pracuje, ten nie je, zapewne, ale kto pracuje, ten nie żyje".
Swoboda, którą się cieszą, też okazuje się pułapką - prowadzi do egzystencjalnej pustki, dlatego naiwnie tęsknią za prawdziwymi wyzwaniami, jakie Historia dała pokoleniu ich rodziców. Marząc o wielkich czynach, przechodzą obojętnie wobec wojny w Algierii. Kiedy w końcu napór wydarzeń zmusił ich do zajęcia stanowiska, zaangażują się, ale dość niemrawo i na chwilę. Zniechęci ich poczucie, że nie mają wpływu na bieg wydarzeń, i ... nadchodzące wakacje.
Pragnęliby jakiegoś dowodu, że to, co robią, jest ważne, użyteczne, niezastąpione, że ich trwożne wysiłki mają jakiś sens dla nich samych, są czymś, co jest im potrzebne, czymś, co mogłoby im pomóc w osiągnięciu samowiedzy, przeistoczeniu się, życiu. (...) Ale w przeddzień wakacji nawet zwykła czujność zdawała się tracić rację bytu.
Ratunkiem nie okaże się również praca w Tunezji w roli nauczycieli języka francuskiego, szczególnie, że nie zostaną skierowani do wymarzonego Tunisu, ale do prowincjonalnego miasteczka. Będą prowadzili samotnicze życie, nie nawiążą relacji ani z takimi jak oni ekspatami, ani tym bardziej z miejscowymi. Dzień będzie podobny do dnia.
Wkrótce mogło im się zdawać, że ustało w nich wszelkie życie. Czas mijał w bezruchu. Nic już nie łączyło ich ze światem (...) Nie snuli już projektów, nie odczuwali niecierpliwości, nie czekali już na nic, nawet na wakacje, ciągle zbyt odległe, nawet na powrót do Francji.
Życie ich było jak stary nawyk, jak nuda prawie pogodna; życie bez treści.
Ich problem polegał na tym, że prestiż, do jakiego dążyli, utożsamiali przede wszystkim z posiadaniem owych tytułowych rzeczy.
Chcieliby być bogaci. Sądzili, że umieliby nimi być.
Nie potrafili oprzeć się zewnętrznym oznakom bogactw; bogactwo kochali bardziej niż życie.
Niestety znali tylko jedną namiętność: dobrobyt, i ona wyczerpywała ich możliwości.
Chcieli używać świata, ale dookoła używanie było jednoznaczne z posiadaniem.
Nie umieli zatrzymać się w pół drogi - mieć mniej, ale żyć. Nie urodzili się w rodzinach, dzięki którym mogliby ominąć ten etap harówki, który ograbiłby ich z życia, i od razu wskoczyć do owego mieć i żyć jednocześnie.
Umieliby korzystać z przyjemności. Chętnie przechadzaliby się bez celu, wybierali, oceniali. Kochaliby życie. Byłoby ono prawdziwą sztuką.
Jest więc to opowieść o skostniałym francuskim społeczeństwie i pokoleniu, które jeszcze nie potrafi się zbuntować.
Kiedy indziej mieli tego dosyć. Chcieli walczyć, zdobywać swe szczęście. Ale jak walczyć? Przeciwko komu? Żyli w dziwnym, migotliwym świecie, kuszącym świecie cywilizacji handlowej, obfitości stającej się więzieniem, fascynujących zasadzek szczęścia. Skąd groziły niebezpieczeństwa? Na czym polegało zagrożenie? Przeciwko czemu? Kiedyś miliony ludzi walczyły i jeszcze walczą o chleb. Jerôme i Sylvie nie sądzili, aby można walczyć o kanapy Chesterfield.
Bunt przyjdzie później - w roku 1968. Oni chcą mieć, mieć i mieć, chociaż widzą, że to pułapka.
Tyle lat minęło, a przecież powieść nie straciła na aktualności. Nic dziwnego, że Vincenzo Latronico postanowił przepisać ją na nowo i nadać jej współczesny sztafaż. Anna i Tom są w podobnym miejscu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz